Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

Foto: www.demotywatory.pl

 

 

Przed trzema dniami (w piątek 27 sierpnia 2021 r.) „Gazeta Wyborcza” opublikowała wartościowy tekst, który w e-wersji zatytułowano „Nie, nie jesteś kowalem własnego losu. Też mogłeś być biedny, ale miałeś fart”. Po jego lekturze uznaliśmy, że udostępnimy jego fragmenty naszym Czytelniczkom i Czytelnikom:

 

 

[…] Właśnie ukazał się obszerny raport na ten temat „Ubóstwo i sposoby myślenia” przygotowany przez Joint Research Centre (JRC), instytut naukowy Komisji Europejskiej. Przytacza setki badań z zakresu ekonomii, socjologii czy neuronauki i pokazuje, jak ubóstwo wpływa na aspiracje, zachowanie oraz podejmowane decyzje – i je ogranicza. […]

 

Badania dowodzą, że nawet jeśli dziecko z ubogiej rodziny ma takie same możliwości intelektualne i osiągnięcia jak jego rówieśnicy z bogatszych rodzin, zazwyczaj jego aspiracje co do przyszłej kariery są niższe. Wyjaśnienie? „Do pewnego stopnia” – piszą autorzy raportu – można tłumaczyć to niższymi oczekiwaniami ich rodziców i nauczycieli.

 

Bo podczas gdy dziewczynka z bogatego domu po szkole uczęszcza na jazdę konną, angielski, rodzice dopytują, czy nie chciałaby spróbować także hiszpańskiego, a w swoim otoczeniu obserwuje osoby wykonujące różne wymagające zawody, dzieci z ubogich rodzin nie stykają się z tyloma możliwościami, a nawet jeśli o nich wiedzą, postrzegają je jako niedostępne.

 

W efekcie mają mniej doświadczeń, mniejszą wiedzę o możliwych opcjach i mniej wzorów do naśladowania. Nauczyciele zaś z góry oceniają, że nie warto inwestować w nie tyle czasu ile w dzieci, które lepiej rokują – m.in. zresztą właśnie dzięki inwestycjom poczynionym już przez rodziców. Tak powstaje pułapka: ubóstwo ogranicza aspiracje, niskie aspiracje utrwalają zaś ubóstwo.[…]

Ale wróćmy jeszcze do nauczycieli, bo tym nierzadko zdarza się uparcie karać dzieci np. za brak przyborów szkolnych, zamiast zainteresować się powodem ich braku – a więc de facto karzą dziecko za brak rodzica, który wspiera ich rozwój.

 

Czytaj dalej »



 

Dzisiaj (26 sierpnia 2021 r. ) na stronie łódzkiego dodatku „Gazety Wyborczej” zamieszczono tekst prof. Jarosława Płuciennika., zatytułowany „Przemysław Czarnek jako minister edukacji to szczyt buty PiS. Teraz ta granica została przekroczona”. Pierwotnym miejscem jego publikacji, ale pod tytułem „Dyktatura ciemniaków” była jego prywatna strona internetowa. Oto ten tekst – bez skrótów:

 

 

Za PRL o rządach komunistów mówiło się „dyktatura ciemniaków”. Za rządów PiS i ministra Przemysława Czarnka mało tak powiedzieć.

 

Dowiedziałem się właśnie, że podręcznikami w Ministerstwie Edukacji i Nauki – podręcznikami także dla moich synów w wieku 11 i 17 lat – będzie zarządzał niejaki dr Artur Górecki. Nie wiem, gdzie i kiedy zrobił doktorat, bo jego dane są chyba tajne. Podobnie jak jego domyślne związki z Ordo Iuris. Nie znalazłem publicznego Curriculum Vitae. Znalazłem natomiast na Academia.com „aż” trzy teksty, wśród których moją uwagę przykuło coś, co tekstem naukowym nie jest, ale zostało z dumą umieszczone właśnie na tym akademickim z natury portalu.

 

Edukacja klasyczna – poszukiwanie przerwanego szlaku” to felieton opublikowany w „Sed Contra. Periodyk Gimnazjum i Liceum im. Świętego Tomasza z Akwinu” [nr 6 (IX-XI 2017)]. Krytyka Oświecenia jest w tym pisemku jawna i bezpardonowa:

 

Oświecenie (przynajmniej kontynentalne) przyniosło ideał oświaty jednolitej, państwowej, powszechnej, a także wychowania obywatelskiego, wykształcenia realnego i działalności na rzecz oświecania dorosłych. Etatystyczne państwo ‚rodzi’ etatystyczny model edukacji„.

 

Powszechna edukacja wyraźnie Góreckiego uwiera, nie daje mu spokoju. Co więcej, jak można wyczytać także z innych fragmentów, edukacja państwowa jest oczywistym złem, jedynie edukacja kościelna Kościoła Rzymskokatolickiego jest dobra (nie jest powiedziane wprost, że chodzi chyba o ten Kościół nie tylko z czasów przedsoborowych, ale chyba ten średniowieczny…).

 

Ale gdyby tego wszystkiego nie było dość, autor już na wstępie neguje wykształcenie oparte na humanizmie:

 

Momentem, w którym rozpoczyna się proces stopniowego odchodzenia od założeń edukacji klasycznej jest początek nowożytności, kiedy to następuje oddzielenie teologii od poznania naturalnego i poznania świata (np. wtedy nawet w szkołach jezuickich zrezygnowano z wykładu kosmologii) oraz dokonuje się zawężenie rozumienia klasycznego wychowania do wymiaru bliższego temu, co dzisiaj rozumie się pod pojęciem humanistyki. Dokonuje się pęknięcie w harmonii wiary i rozumu. Na skutek przecenienia roli wewnętrznego doświadczenia człowieka w odkrywaniu prawd nadprzyrodzonych następuje podważenie roli rozumu. W konsekwencji, choć dużo później, doprowadzi to do fideizmu i naturalizmu”.

 

Zatem w tych kilku fragmentach widać nastawienie przeciwne nie tylko Oświeceniu, powszechnej edukacji, ale także przeciwne humanizmowi i humanistyce innej niż teologicznie zabarwionej edukacji średniowiecznych tzw. sztuk wyzwolonych, czyli trivium i quadrivium.

 

Jako rodzic mam spokojnie czekać, aż Artur Górecki zabierze się za edukację podręcznikową moich synów w państwowej szkole, której rację bytu otwarcie podważa? 

 

Za tzw. niegdyś oświecenie publiczne wzięli się panowie od negacji oświecenia? Nawet Komisja Edukacji Narodowej jest wrogiem pana dra Góreckiego! Nie wspominam o chrześcijaństwie z litości…?

 

Niegdyś o rządach komunistów za PRL mówiło się „dyktatura ciemniaków”. Tym razem jednak za rządów PiS i ministra Przemysława Czarnka mało tak powiedzieć… Groza.

 

Czarnek na stanowisku ministra edukacji i nauki był już szczytem bezczelnej buty tej władzy. Jednak w osobie Artura Góreckiego kolejna granica została przekroczona. Jeśli teraz nikt nie zaprotestuje, to… witaj średniowiecze… Jutrzenko swobody…

 

PS. Na marginesie zaproponuję Ministrowi Czarnkowi, żeby umieścił cytowany przeze mnie szlachetny periodyk, w którym publikował Artur Górecki, na liście czasopism punktowanych Ministerstwa. Przecież to jest tylko trochę gorsze czasopismo od tego biuletynu prawniczego z KUL, który został awansowany przez ministra Czarnka rozporządzeniem, bo on sam w nim publikował. Jeśli powiedziało się raz A, to trzeba powiedzieć B. Śmiało!

 

 

Źródło: www.lodz.wyborcza.pl

 

 

Pierwotna wersja tekstu Jarosława Płuciennika pt. „Dyktatura ciemniaków” – na jego prywatnej stronie www

TUTAJ

 



 

                                                                     MAM MARZENIE

 

Mam marzenie, że pewnego dnia w tym kraju wszyscy mali ludzie zwani uczniami wstaną rano i z radością oraz uśmiechem na twarzy pójdą do szkoły. Bez konieczności wagarów, bez bólu brzucha i serca, bez niechęci i smutku, po prostu pójdą, aby zdobywać wiedzę o tym fascynującym świecie, i zachwycać się literaturą i przekazywanymi przez nią wartościami, czy matematyką, bez której nie mogłyby istnieć żadne współczesne wynalazki. Że będą pragnąć poznawać mechanizmy działania największego cudu, jakim jest ciało człowieka i eksplorować najdalsze zakamarki ludzkiego umysłu na biologii, wykonywać zadziwiające eksperymenty na chemii, rozumieć codzienne zjawiska dzięki fizyce, z bijącym szybciej sercem odgrywać i rozumieć bitwy i decydujące wydarzenia na historii, podróżować z otwartymi ustami po końcach świata na geografii. Że będą głodni wiedzy, a wieczorem zadowoleni i szczęśliwi położą się spać bez strachu przed kolejnym dniem, bo zamiast sprawdzianów, kartkówek i odpytywania będą czekać na nich nauczyciele-przyjaciele pragnący ich prawdziwego rozwoju i szczęścia, a ich sny pełne będą ekscytujących przygód zamiast koszmarów szkolnych.

 

Mam marzenie, że ze szkoły zniknie wszelki strach, lęk i niepotrzebny stres, bo nie po to jest dzieciństwo, ten najpiękniejszy okres w życiu, by się bać i lękać. Nie po to ci mali ludzie wędrują co rano do tych budynków, by odczuwać strach i stres. Nie, nie na tym polega przygotowanie do dorosłości. Polega ono na wspieraniu, motywowaniu i dodawaniu skrzydeł, aby w przyszłości uczeń dał sobie radę w życiu i leciał wysoko zamieniając marzenia w rzeczywistość. Że nie będzie powodem depresji i myśli samobójczych.

 

Mam marzenie, że szkoła będzie ucznia doceniać, zamiast oceniać. I że będzie doceniać każde jego najmniejsze staranie, każdy wysiłek, bo nikt nie wie z jakim bagażem problemów przychodzi on z domu. Nikt nie wie, czy właśnie nie rozważa odebrania sobie życia lub nie daje rady z przemocą w rodzinie.

 

Mam marzenie, by popołudnia były wolne: by uczeń miał czas na odpoczynek, na kino, na rower, na przyjaźń, na miłość. By miał czas na życie. By tak zwana ‘nauka’ nie niszczyła jego życia rodzinnego i towarzyskiego. By żaden rodzic nigdy już nie musiał usłyszeć, że jego dziecko nie może odwiedzić dziadka, bo ‘ma dużo nauki’. By nie okazało się, że gdy skończył studia i zaczął pracę na to życie nie ma już czasu albo jest za późno, a dziadka już nie ma.

 

Mam marzenie, że nauczyciele zamiast uwag wpisywać będą tylko pochwały i wysyłać pozytywne wiadomości na temat swoich uczniów rodzicom, chociaż raz na kilka miesięcy, wyliczając mocne strony, wskazując kierunek i drogę do dalszej pracy. Że będą dostrzegać w każdym uczniu dobro. Że będą widzieć w nim człowieka. Że będą pomagać mu odkryć pasję i talent, z którym się urodził, aby mógł po skończeniu szkoły uczynić z niego swój zawód.

 

Czytaj dalej »



Foto: www.google.com

 

Jarosław Pytlak – dyrektor Zespołu Szkół STO na warszawskim Bemowie

 

 

Z trzydniowym opóźnieniem odsyłamy czytających OE do najnowszego tekstu Jarosława Pytlaka. Zamieścił on w niedzielę 22 sierpnia 2021 r. na portalu „Wokół Szkoły” obszerny jak zwykle tekst pt.„Taczek nie ma kiedy załadować!”.

 

Poniżej udostępniamy jedynie jego fragmenty, gorąco polecając lekturę całości – w tym celu zamieszczamy link na źródłowy portal:

 

 

Taczek nie ma kiedy załadować!

 

Każde kolejne wystąpienie obecnego ministra edukacji i nauki, poświęcone szkolnictwu, umacnia mnie w przekonaniu, że wkroczyliśmy już w okres, który historycy polskiej edukacji nazwą w przyszłości Nocą Czarnkową. Pryncypialność, z jaką szef MEiN deklaruje jednoznacznie narodowo-katolicki kierunek zmian, stopniowo wprowadzając ten program w życie, rokuje tylko dalsze wzmocnienie ofensywy ideologicznej, opartej na zanegowaniu wartości liberalnych.

 

Działania ministra nie cieszą się popularnością w środowisku oświatowym, co więcej – stan niezadowolenia obejmuje nie tylko nauczycieli, ale również część rodziców, którym okres zdalnej nauki pozwolił dostrzec, jak wiele prawdziwych problemów istnieje w polskich szkołach, odległych od tego, czemu poświęca swoją energię pan minister. I choć kwestia edukacji tradycyjnie nie budzi emocji w szerokich kręgach społeczeństwa, to jednak rzesza osób przejętych jej problemami powoli rośnie. Za ich sprawą cały czas trwa debata nad przyszłością polskiej szkoły. Dzięki mediom, szczególnie społecznościowym, dyskusja jest bardzo żywa, choć w czasach baniek informacyjnych trudno określić jej rzeczywisty zasięg. Niestety, wobec całkowitej obojętności władz ma ona charakter akademicki, bowiem nie ma szansy przełożenia na systemową praktykę. Może stanowić jednak podłoże, na którym wyrośnie coś nowego, kiedy obecne rządy przejdą do historii.

 

Warto zauważyć, że w sensie dosłownym określenie wspomnianej dyskusji mianem „akademickiej” zupełnie do niej nie pasuje, bowiem udział naukowców jest bardzo niewielki. Dlaczego tak się dzieje? Z pewnością uczeni mają swoje kłopoty – wszak rządy „dobrej zmiany” przeorały również ich środowisko. Ale problem sięga głębiej. Do jego naświetlenia posłużę się zaczerpniętą z fejsbuka wypowiedzią Pani Profesor Mirosławy Nowak-Dziemianowicz z Uniwersytetu Opolskiego, wybranej w 2019 roku do Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN.

 

Ostatnio bardzo poruszają mnie posty przedstawicieli różnych szkolnych ruchów – szkół demokratycznych, minimalnych, wiosek i innych prób zmieniania tej opresyjnej instytucji w miejsce swobodnego rozwoju dziecka. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego mam to nieznośne poczucie klęski po 40 latach walki o inną, wolną od przymusu i opresji szkołę, walki prowadzonej w napisanych, opartych na badaniach tekstach, prowadzonych wykładach, organizowanych konferencjach, seminariach, podczas spotkań w całej niemal Polsce, na zaproszenie różnych władz i organizacji, walki prowadzonej wspólnie z doktorantami, którzy pod moim kierunkiem napisali krytyczne rozprawy o tej instytucji? Prace znakomite, prawie wszystkie wyróżnione? Co budzi mój opór a momentami nawet mój gniew? Myślę, że budując przez te lata profesjonalną wiedzę o szkole, o edukacji wraz z wieloma pedagogami, psychologami, socjologami edukacji wierzyliśmy, że upowszechnianie tej wiedzy pomoże i doprowadzi do rzeczywistej zmiany szkoły. Szkoły dla wszystkich, szkoły jako miejsca rozwoju, który potrzebny jest wszystkim, i do którego wszyscy mają prawo. Co się jednak stało? Doszło według mnie do totalnej, powszechnej, masowej (wszak umasowienie to dzisiaj standard jest) banalizacji tej problematyki. W miejsce zgromadzonej, ważnej, opartej na badaniach wielu osób wiedzy o edukacji i szkole, pojawiły się: banał, uproszczenie, potoczność podniesiona do rangi ogólnych twierdzeń i praw. I taka zdroworozsądkowa życzeniowość zawarta w zdaniu: „Jaki piękny będzie świat bez przymusu! Niech dzieci będą wolne!” To zdanie jest niebezpieczne, bo jest piękne, jest naszym marzeniem, nawet nie utopią, bo te mają jakąś siłę sprawczą. Jest niebezpieczne, bo zamiast uruchamiać zabija myślenie. Wiele lat temu wybrałam naukę o edukacji i jej instytucjach po to, żeby ZROZUMIEĆ. Także to, skąd bierze się przymus, komu i czemu służy, czym jest władza dorosłego nad dzieckiem (patrz władza rodzicielska), na czym polega szkolna opresja w jej wielu obszarach, odsłonach i formach. Myślałam (o naiwna), że my wszyscy – badacze edukacji i szkoły- wspólnie budujemy wiedzę, która sprawę zmiany tej opresyjnej instytucji popchnie do przodu. Myliłam się. Przeczytana w nocy książka Mikołaja Marceli dobitnie pokazuje, że ta zgromadzona wiedza nie ma żadnego znaczenia. Każde następne pokolenie będzie zmianę szkoły zaczynało OD POCZĄTKU. Od własnych diagnoz, od kolejnego odkrywania dawno odkrytej Ameryki. Dlatego szkoła się nigdy nie zmieni. Tak jak kręcący się w kółko chomik nigdy nie pokona żadnej odległości, mimo, że tak bardzo pracuje nóżkami.

 

Moje zauroczenie tym tekstem bierze się z faktu, że mam bardzo podobne spostrzeżenia, chociaż z innej perspektywy pedagogicznej – refleksyjnego praktyka, od kilkudziesięciu lat wprowadzającego w szkole różne innowacje. Także z mojego punktu widzenia słowo „banalizacja” na określenie obecnego stanu rzeczy wydaje się niezwykle trafne. […]

 

W konkluzji chciałbym jeszcze raz podkreślić, jak ważne wydaje mi się traktowanie z szacunkiem dorobku intelektualnego poprzednich pokoleń oraz dążenie do pilotażowej weryfikacji planowanych działań, zanim zostaną upowszechnione. Niestety, wszyscy dzisiaj działają pod presją czasu, wymiana myśli w internecie jest w istocie ślizganiem się wzrokiem po komunikatach, a innej, pogłębionej jest coraz mniej. Sytuacja zaczyna przypominać klasyczny dowcip z czasów PRL, kiedy to robotnicy na budowie, biegający z pustymi taczkami, zapewniali wizytującego ich dygnitarza, że „Taki tu mamy, proszę pana, zapieprz, że taczek nie ma kiedy załadować!”. Jeśli nie uda nam się nieco zwolnić płynących we wszystkich kierunkach, całkowicie rozłącznych strumieni naszej świadomości, to po Nocy Czarnkowej nastąpią kolejne okresy ciemności, nawet jeśli ideologicznie będą miały zwrot przeciwny.

 

 

Cały tekst „Taczek nie ma kiedy załadować!”TUTAJ

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl

 



Dziś proponujemy obejrzenie i wysłuchanie rozmowy z Wiesławą Mitulską – nauczycielką edukacji wczesnoszkolnej w Szkole Podstawowej w Słupi Wielkiej, szkole samorządowej, której organem prowadzącym jest gmina Środa Wielkopolska, a nadzór pedagogiczny sprawuje Wielkopolski Kurator Oświaty w Poznaniu. Piszemy o tym, aby czytająca/y już „na wejściu” miał/a świadomość tego, że wszystko co o swojej pracy opowiada koleżanka Wiesia nie jest historią dziejącą się w szkole prywatnej, a działo się i dzieje nadal w normalnej, wiejskiej szkole, w gminie i powiecie Środa Wielkopolska, w województwie Wielkopolskim

 

Na nagranie tego wywiadu, dokonane 17 sierpnia 2021 r., trafiliśmy na fanpage autorskiej szkoły podstawowej „Altra, która przygotowuje się do rozpoczęcia działalności od 1 września 2021 roku w Jelczu-Laskowicach.

 

Zapraszamy do lektury i wysłuchania rozmowy:

 

 

 

Spotkanie z Wiesią Mitulską, nauczycielką edukacji wczesnoszkolnej w Szkole Podstawowej w Słupi Wielkiej.

 

Wiesia od wielu lat pracuje z dziećmi bez ocen, podręczników i ćwiczeń według autorskiego programu „Ruch, zabawa, nauka”. Jej pasją jest praca metodą projektu i wprowadzanie dzieci w świat myślenia wizualnego.

 

Ambasadorka ruchu Wiosna Edukacji, ekspert Fundacji Plan Daltoński i członkini społeczności Superbelfrów. Współpracuje z Fundacją Centrum Edukacji Obywatelskiej w zakresie wprowadzania oceny kształtującej i OK zeszytu.

 

Autorka bloga o tematyce edukacyjnej: „Mamy w planie kodowanie”, autorka strony dla rodziców i nauczycieli „Pomysłowa Szkoła Domowa”, pomysły i inspiracje do pracy z dziećmi znajdziecie TUTAJ

 

 

Nagranie rozmowy z Wiesławą Mitulską – nauczycielką edukacji wczesnoszkolnej w Szkole Podstawowej w Słupi Wielkiej (56 min. 40 sek.) TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/altraszkola/



 

Wczoraj Krystian Ostrowski zamieścił na swoim fejsbukowym profilu tekst, który po przeczytaniu – postanowiliśmy zamieścić go na naszym „Obserwatorium Edukacji”.

 

Oto ten post – bez skrótów:

 

 

Nie wszyscy wiecie, skąd wzięła się szkolna rewolucja, więc krótko wyjaśnię. Jest ona niejako dzieckiem akcji o nazwie SCHOOL SUCKS www.schoolsucks.pl , która powstała kilka lat temu i zdobyła spory zasięg w kraju. Chciałem zmieniać szkołę. Napisałem nawet ksiązkę o tym samym tytule, którą aktualnie można zamówić tylko pisząc bezpośrednio do mnie. Zdobyła ona całkiem pozytywne recenzje mimo, że jest bardzo kontrowersyjna i nie każdy dał radę ją przeczytać. Wojciech Cejrowski na przykład nie dał rady gdyż – jak napisał – ‚zawiera wulgaryzmy’ a on podobno nigdy nie przeklina. Abelard Giza stwierdził, że zawiera zbyt wiele emotikonek. Ludzie mówili mi – zmień tytuł, nie dotrzesz do mediów. I może mieli rację. Bo one zwykle nie są prawdziwe i tej prawdy w 100% przekazywać nie mogą lub nie chcą.

 

Mimo to znalazło się kilku odważnych dziennikarzy, którzy napisali o tej książce lub zrobili jakiś reportaż. ( była już ekipa Natalia Górska z TVN, ale covid zniweczył wszystkie plany). Dziękuje tym, którzy pomagali m.in. Barbara Jackiewicz z Telewizja Tetka Tczew i Radio Tczew Agnieszka Oszczyk Piotr Stolc z TVP, Alicja Cembrowska i Katarzyna Chudzik z Mamadu , Aleksandra Lewińska z Gazeta Wyborcza , Elżbieta Okońska Roman Leppert Bogusław Śliwerski i wielu wielu innym, dzięki którym moje idee dotarły do tysięcy czytelników.

Założyłem też kanał na youtubie https://www.youtube.com/…/UCwi_i3n3ZCBiW2pJ…/featured – niektóre filmy mają blisko 40000 wyświetleń i wciąż są dostępne

 

Kilka miesięcy temu Facebook oficjalnie usunął moją stronę School Sucks, która zrzeszała blisko 20,000 ludzi. To było 5 lat mojego życia. Nie wiem dlaczego to zrobili. Nie wiem komu na tym zależało i pewnie nigdy się nie dowiem. Po ludzku można by się nieźle wkurzyć. Ale szkoda na to pozytywnej energii. Niezaprzeczalne plusy School Sucks to:

>stworzenie ogromnej bazy kontaktów w dziedzinie edukacji

>napisanie książki „School Sucks”, którą wciąż możecie zakupić

>udzielenie pomocy i wsparcia psychicznego setkom uczniów i rodziców

>wzmocnienie wiary, że się da mimo systemu, mimo wszystko

 

Zamiast gniewu i rozpaczy zawsze lepsze jest działanie. Czas na nowy rozdział. Myślę, że będzie jeszcze piękniej, jeszcze mocniej, jeszcze bardziej. Bądźcie ze mną, proszę. Dziękuję wszystkim, którzy mieli choćby najmniejszy wkład w School Sucks.

 

Od września zabieram się ostro do pracy i mimo, iż z jednej strony czuję, że kamień, który był już prawie na szczycie muszę toczyć znowu od początku, to z drugiej strony mam w sobie tyle siły, że wierzę, że się uda, bo zbyt wiele dobra już się wydarzyło.

 

Dla wszystkich, którzy dopiero poznają to, co robię, będę wrzucał stare teksty i filmy (nie miejcie mi tego za złe).

 

Sukcesywnie będę tu przedstawiał sylwetki LUDZI REWOLUCJI SZKOLNEJ, których poznałem przez te kilka lat, a którzy dla mnie czynią szkołę i świat lepszym. Mam nadzieję, że to właśnie z nimi przeprowadzimy razem szkolną rewolucję czyli będziemy zmieniać ją MIŁOŚCIĄ.

 

Na koniec prośba – nie wiem, czy wiecie, ale z powodu nowych regulacji prawnych w UE zasięgi postów spadły drastycznie. Facebook pokazuje Wam tylko posty, które mają wiele reakcji, komentarzy czy udostępnień. Reszty w ogóle nie widzicie.

 

Jeśli więc nie żal Wam kilku sekund – reagujcie, komentujcie choćby jednym słowem i udostępniajcie to, co wg Was jest wartościowe. Tylko w ten sposób będę w stanie odbudować tę społeczność i pchać dalej do przodu tę machinę miłości.

 

Dzięki za wszystko, love, Krystian

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/christian.ostrowski.100

 

 

 



Wczoraj na blogu „Co z tą edukacją” jego autor – Jarosław Bloch zamieścił obszerny tekst, w którym zaprezentował swój pogląd na przyczyny zapaści polskiej edukacji. Poniżej zamieszczamy jego obszerne fragmenty i link do pełnej wersji. Pogrubienie liter fragmentów przytoczonego tekstu – redakcja OE:

 

 

Patoedukacja

 

Wiele dziedzin życia określamy dziś z przedrostkiem „pato”. To znak, że coś się degeneruje, nie jest takie jakie powinno być. Edukacja (nie tylko w Polsce) także podlega temu procesowi. Najbardziej namacalnym efektem tego procesu jest nieumiejętność oddzielenia prawdy od kłamstwa i ogólna pogarda dla nauki, co przejawia się zrównywaniem niesprawdzonej informacji z internetu z informacją naukową i ogólnym ogłupieniem społeczeństwa (np w sprawie szczepień). Kto zawalił? Nie wskażę jednej osoby. Winne są władze oświatowe, szkoły, nauczyciele, młodzież, ich rodzice, a nawet reformatorzy oświaty. Ryzykowna teza? Raczej nie, bardzo prosto można ją udowodnić. Patologię rzadko tworzy jedna osoba.

 

Władze oświatowe psują oświatę od zawsze. Dla władzy nigdy nie było ważne czy edukacja przedstawia jakąś jakość, bardziej dbano by była zgodna z linią władzy. Dlatego mieliśmy edukację na modłę faszystowską, stalinowską etc. Cele edukacji zmieniały się w zależności od rządzącej opcji politycznej, od skrajnie liberalnej, aż po skrajnie antyliberalną. […]

 

Szkoła ma także wielkie zasługi w tworzeniu patoedukacji. Szkoła jako instytucja ma się utrzymać na rynku edukacyjnym. O ile dobre szkoły, nie mające problemów z naborem, do których młodzież sama się pcha, nie tworzą patologii, to już słabe szkoły aby się utrzymać na rynku stosują różne triki. Polegają na tym aby ściągnąć i utrzymać ucznia. […]

 

Nauczycielom najmniej powinno zależeć na patoedukacji, wszak to strażnicy poziomu nauczania. I tak zwykle jest dopóki w oczy nie zajrzy likwidacja szkoły. W szkołach, które mają problemy z naborem, kładzie się duży nacisk, aby zbyt dużo nie wymagać. Żeby szkoła była fajna, a nie wymagająca. Oczywiście realizatorami takiej koncepcji są zwykle nauczyciele. […]

 

Czytaj dalej »



Foto: John D. & Catherine T. MacArthur Foundation[www.behavioralscientist.org]

 

Angela Duckworth – profesor nadzwyczajny psychologii na University of Pennsylvania

 

 

Portal <Bankier.pl> zamieścił dzisiaj (13 sierpnia 2021r.) artykuł pt. „Młodzież ucząca się zdalnie gorzej radzi sobie emocjonalnie, społecznie i edukacyjnie”, będący streszczeniem raportu z badania, przeprowadzonego przez zespół uczonych z Uniwersytetu Pensylwanii w Stanach Zjednoczonych pracujących pod kierunkiem prof. Angeli L. Duckworth, którego celem było pozyskanie informacji o tym w jaki sposób nauczanie online mogło wpłynąć na młodzież w innych sferach życia niż edukacja, szczególnie z perspektywy nastolatków.

 

Oto obszerny fragment tej publikacji – podkreślenia i pogrubienia czcionek we fragmentach przytoczonego tekstu redakcja OE:

 

[…] Badacze przeanalizowali dane od ponad 6,5 tys. uczniów szkół średnich. Młodzież wypełniała ankiety w lutym 2020 r., gdy pojawiły się pierwsze niepokoje związane z rozprzestrzenianiem się wirusa i ponownie w październiku 2020 r., gdy już panowała pandemia. W czasie drugiego badania 2,3 tys. uczniów uczęszczało do szkoły stacjonarnie, a 4,2 tys. uczyło się w domu.

 

Uczniów pytano o ich doświadczenia w trzech sferach – społecznej, emocjonalnej i szkolnej. Dzięki uzyskanym informacjom badacze byli w stanie porównać dobrostan wśród uczniów korzystających z nauki zdalnej i tych, którzy uczęszczali do niej stacjonarnie. Pod uwagę wzięto też takie zmienne jak jak płeć, status społeczno-ekonomiczny i średnią ocen.

 

Wyniki wyraźnie pokazały, że uczniowie uczący się zdalnie wykazują gorsze wyniki we wszystkich badanych sferach – społecznej, szkolnej i emocjonalnej – w porównaniu z młodzieżą, która mogła uczęszczać na lekcje w szkole. Uczniowie uczący się w domach czuli mniejszą więź z rówieśnikami, nie czuli się częścią społeczności szkolnej i zgłaszali mniejsze wsparcie ze strony dorosłych. Odczuwali też więcej emocji negatywnych (np. smutku), a mniej pozytywnych, takich jak radość. Entuzjazm związany ze szkołą również był znacznie niższy – uczniowie uczący się zdalnie uważali, że są mniej zdolni i mają mniejsze szanse na osiągnięcie sukcesu.

 

Warto zaznaczyć, że zauważone różnice w dobrostanie uczniów i ich samopoczuciu ujawniły się głównie u starszej młodzieży. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że dopiero co rozpoczęli naukę w szkole średniej, lub też ze względu na utrudnienie utrzymywania bezpośrednich kontaktów z rówieśnikami, co w tym wieku ma szczególne znaczenie.

 

Opracowujemy programy interwencyjne i naprawcze, które, owszem, są bardzo ważne dla wsparcia młodzieży, ale musimy zdać sobie sprawę że młodzież to po prostu cierpiący młodzi ludzie mówi Duckworth. – Zaspokojenie ich wewnętrznych potrzeb psychologicznych w zakresie więzi społecznych, pozytywnych emocji i zaangażowania w naukę jest wyzwaniem, z którym musimy się zmierzyć” – dodaje. […]

 

 

 

Źródło: www.bankier.pl

 

 

 

Link do oryginalnego tekstu na stronie Educational Researcher TUTAJ

 



 

31 lipca 2021zamieściliśmy fragmenty posta z bloga Roberta Raczyńskiego „Eduopticum”, zatytułowany „Podstawy współczesnej pedagogiki”. Jak można było w tamtym tekście przeczytać, autor już wówczas zapowiedział, że to dopiero początek „większej całości”:

 

W tym i trzech następnych wpisach, chciałbym przyjrzeć się wybranym, pseudonaukowym korzeniom pedagogicznych mitów, dobrym, bo modnym trendom, niezweryfikowanym koncepcjom i narzędziom, które stały się tak popularne i wpływowe, że ich kwestionowanie może na przykład stać się przyczyną niezdanego egzaminu, nieprzychylnej oceny dorobku zawodowego (a w mniejszej skali, przeprowadzonych zajęć) lub ostracyzmu w miejscu pracy.”

 

Najwyższy czas, abyśmy udostępnili owe trzy zapowiedziane teksty. Oto ich fragmenty i linki do pełnych wersji na stronie bloga „Eduopticum”. Pogrubienia czcionek i podkreślenia fragmentów cytowanego tekstu – redakcja OE:

 

 

5 sierpnia 2021 r. – „Zmiana ci wszystko wybaczy”

 

Charakterystyczną dla pop-pedagogiki i jej mesjaszy, a zupełnie obcą działaniom naukowym strategią, jest zestawianie ekstremów, tworzenie sztucznych opozycji i wyciąganie z nich rzekomo wiążących wniosków. Wszystko jest tam czarne lub białe i jedno wyklucza drugie, tak jak w przypadku wspomnianych już miękkich i twardych kompetencji.

 

Jak motywacja wewnętrzna uznana została za tę jedynie słuszną, to mimo zmiany warunków i okoliczności, jakakolwiek zewnętrzna jest już obrazą dla podmiotu. Skoro bezpośrednie nauczanie jest na cenzurowanym, to jedyne, do czego bywa jeszcze przydatne, to regulamin pracowni chemicznej. Analogicznie, jeśli nauczycielska instrukcja werbalna jest niezalecana i ma być ograniczana, to nauczyciel powinien tak zorganizować zajęcia, by uczeń zasady dynamiki sformułował sobie sam, bo w końcu, jeśli Newton mógł, to dlaczego nie kto inny? Każde zdarzenie edukacyjne musi być sprowadzone albo do praktycznego banału, albo do absurdu – jeśli np. do zebrania informacji o patronie przydała się metoda projektu, to z pewnością sprawdzi się również przy czytaniu lektury. […]

 

Niespójność i niekonsekwencja to znak firmowy wielu pedagogicznych poczynań. Na przykład, wspomniany już Hattie (nie uwziąłem się na niego, jest po prostu osobą uważaną w środowisku za prominentnego badacza) wyraża poparcie dla bezpośredniego nauczania. Jak mu się to nie kłóci z nieistotnością wiedzy nauczyciela, doprawdy nie wiem, ale w tym przypadku nikt się tym jakoś nie ekscytuje i nie podkreśla na każdym kroku – pedagogika nigdy takimi drobiazgami się nie przejmowała, a środowisko jej teoretyków ma raczej wybiórcze, czytaj praktyczne, podejście do jej założeń – co z grubsza pasuje do przyjętej ideologii, jest nagłaśniane, co byłoby niewygodne, zostaje zapomniane. Delikatnie mówiąc, w pedagogicznych dociekaniach, najważniejsza jest słuszna teza, której, wobec wsparcia ponowoczesnej publiczności, nie trzeba nawet zbyt usilnie dowodzić – wystarczy słowo-klucz: Zmiana!

 

Warto przez chwilę zastanowić się, skąd wzięła się nieprawdopodobna popularność i nośność tego jakże bojowego, wręcz rewolucyjnego zawołania. Dlaczego coś ewoluującego dotąd w tempie zgodnym z dynamiką realnego rozwoju społecznego, co działało i jakoś tam sprawdzało się przez tysiąclecia, raptem musi ustąpić, i to w wyniku rewolucyjnego przewrotu? Dlaczego dotychczasowe tempo przemian w edukacji przestało wystarczać? Żeby było jasne, nie pytam, dlaczego w szkole nie bije się już dzieci, ani dlaczego uznaliśmy, że w toku procesu edukacyjnego, to ich rozmaicie pojmowane dobro jest najważniejsze – zaryzykuję twierdzenie, że to nie luminarze pedagogiki to sprawili, a historyczny proces dojrzewania społeczeństwa do takich idei. To prawda, że nasz gatunek jest niezmiernie ekspansywny i zawsze musi sprawdzić, co jest za następnym wzgórzem, jednak w wymiarze jednostkowym jesteśmy dość konserwatywni i dążymy raczej do homeostazy, małej stabilizacji jak długo się da, skąd więc ta nagła potrzeba wywracania do góry nogami naturalnego porządku uczeń-mistrz, który spokojnie doprowadził nas do małego kroku Armstronga?

 

Prawdziwą przyczyną była obserwacja nieskuteczności szkoły, w konfrontacji z rosnącymi oczekiwaniami emancypującego się przedmiotu/podmiotu jej działań, który do pewnego momentu niewiele poza prostą alfabetyzacją od szkoły wymagał. Wraz z umasowieniem szkolnictwa, szybko okazało się, że możliwości nauczanych pozostają z grubsza takie same, ale pretensje do społecznego awansu (jeszcze z edukacją związanego) nieproporcjonalnie się zwiększają. Wraz ze wzrostem dobrobytu społeczeństwa industrialnego, edukacja, początkowo kulturo- i elitotwórcza, traciła swe podstawowe funkcje na korzyść usprawiedliwiania i formalizowania tego awansu. Paradoksalnie, demokratyzacja oświaty, kojarzona przecież z cywilizacyjnym postępem, stała się nie tyle przyczyną upowszechnienia, co swoistej ochlokracji wykształcenia. W świecie kultury Zachodu, edukacja stała się taką samą oczywistością, co ogólnie dostępne dobra konsumpcyjne, czy służba zdrowia. I tu docieramy do sedna problemu. Podczas gdy za chleb i mleko trzeba jednak z reguły zapłacić i naprawdę trzeba się postarać, by znaleźć kogoś, kto nie chce być zdrowy, wykształcenie, jako tani abstrakt, łatwo jest rozdawać, nawet tym, którzy nie wyciągają po nie ręki. […]

 

No cóż, nie trzeba być Kenem Robinsonem, ani innym światłym wykładowcą na YouTube University, żeby udzielić szybkiej, celnej i oczekiwanej odpowiedzi: Tempo przemian w naszym sztucznym środowisku stało się tak szybkie, że przekroczyło zdolności adaptacyjne gatunku i jakiekolwiek próby intelektualnego nadążenia za nim są z góry skazane na niepowodzenie; co więcej, równie szybkie i iście rewolucyjne zmiany dokonują się na rynku pracy, poddając w wątpliwość zasadność nabywania specyficznych, konkretnych umiejętności. Wszystko to prowadzi do oczywistego wniosku, że nie ma sensu próbować zdobywać jakiejkolwiek wiedzy, gdyż jest ona obecnie dostępna na zawołanie (trzeba jedynie mieć taką potrzebę i umieć to zrobić – taki drobiazg) i tylko wtedy jest w miarę aktualna – pracę i powodzenie mogą nam więc zapewnić tylko kompetencje ludzkie (wiadomo, że podłogi myją skrzaty): kreatywność, współpraca w zespole, nawiązywanie i utrzymywanie relacji, analiza i selekcja informacji, radzenie sobie w zmiennych warunkach, etc. Trzeba natychmiast zmienić ten dziewiętnastowieczny system edukacji, bo zginiemy!

 

Prawda, że oczywiste? Jasne. […]

 

x           x           x

 

5 sierpnia 2021 r. „Projekt inteligentny inaczej”

 

Czy, zanim wspomniany na końcu poprzedniego wpisu moment nastąpi, dzisiejszej pedagogice wystarczy czasu, by zrozumieć, że rozmaite kompetencje są komplementarne i faworyzowanie jednych kosztem drugich jest krótkowzroczne? Nie założyłbym się o to. Zbyt wielu już ludzi zaangażowanych w edukację nie rozumie, że jakąkolwiek wiedzę buduje się na innej wiedzy, a nie algorytmie wyszukiwarki. Zbyt wielu nie rozumie wielu innych rzeczy.

 

Czytaj dalej »



Dawno nie prezentowaliśmy przemyśleń, utrwalonych jako posty na blogu „Eduopticum”, autorstwa Roberta Raczyńskiego. Dziś, przy sobocie, ostatniego dnia lipca, już po półmetku wakacji, postanowiliśmy zaproponować Wam lekturę jego najnowszego tekstu, który jest zapowiedziany, jako początek większego cyklu. Już jego tytuł może wzbudzić szacunek do autora, który zamiast relaksować się gdzieś bez zasięgi Internetu, podjął się tak odpowiedzialnego i niełat- wego zadania. Podkreślenia i pogrubienia czcionek we fragmentach przytoczonego tekstu – redakcja OE. Oczywiście – prezentujemy fragmenty tego posta, odsyłając do oryginału:

 

 

Podstawy współczesnej pedagogiki*

 

To, co za chwilę napiszę, dla wielu będzie herezją, obrazą lub obydwoma tymi pejoratywami naraz. Otóż zamierzam dowodzić, że nauczanie, wiedza i nauka, słowa wypowiadane wraz ze szkołą jednym tchem i wydawałoby się nierozerwalnie z nią związane, niemal synonimiczne, nie mają już z nią nic wspólnego. Frazeologia, która je skleja jest artefaktem, pochodzącym z czasów, gdy miała zaprowadzić nas ad astra. Dziś gwiazdy nikogo zdają się nie interesować, co najwyżej są przenośnią, opisującą medialne wydmuszki, z trudem udające ludzi. Szkolnictwo tymczasem, ochoczo podąża za ogólnym trendem odklejenia od rzeczywistości, mentalnego eskapizmu, często, choć bez żadnych logicznych przesłanek, kojarzonego z humanizmem, lub innymi, na nowo odkrytymi „wartościami ludzkimi”. […]

 

W tym i trzech następnych wpisach, chciałbym przyjrzeć się wybranym, pseudonaukowym korzeniom pedagogicznych mitów, dobrym, bo modnym trendom, niezweryfikowanym koncepcjom i narzędziom, które stały się tak popularne i wpływowe, że ich kwestionowanie może na przykład stać się przyczyną niezdanego egzaminu, nieprzychylnej oceny dorobku zawodowego (a w mniejszej skali, przeprowadzonych zajęć) lub ostracyzmu w miejscu pracy.

 

Jeśli wsłuchać się w „dyskusję” o edukacji, nie sposób nie dostrzec, że wszyscy jej uczestnicy, zarówno profesjonaliści, jak i laicy są w swoim wyobrażeniu zainteresowani i zatroskani tym, czego szkoła uczy. W zdecydowanej większości uważają, że skoncentrowana jest na budowie słupka i pręcika, datach bitew i nazwach dopływów co większych rzek. No cóż, jest to jeszcze jeden mit, który śmiało mógłbym dołączyć do jednego ze swoich ostatnich tekstów. Napiszę tu jasno i wyraźnie: To nie jest prawda i to od dawna! Dziś szkoła, sensu stricte, nie uczy prawie niczego – ani przyziemnych i pogardzanych faktów, ani tego, co z nimi zrobić – niczego poza tym, co Jasiowi przyklei się, w sposób zupełnie przypadkowy do hipokampa. W pewnym, pokrętnym sensie, oświata publiczna wprowadziła w życie zupełnie sobie obcą ideę liberalizmu: Rób, co chcesz, może się czegoś nauczysz. Niestety, robi to stosując przymus i indoktrynację, udając jednocześnie, że jest czymś więcej, niż rozłożoną na długie lata świetlicą środowiskową i roszcząc sobie prawo do egzaminowania z rzeczy, których nie nauczyła, bo nauczyć nie mogła.

 

Chcąc być konsekwentnym, muszę teraz powiedzieć, do czego ostatnio namawiałem, czyli „uprawiać herezję i obrażać” dalej. Mitologia rządząca szkolnictwem, której kilka bardziej jaskrawych przykładów niedawno podałem**, nie wzięła się przecież znikąd. Może wydawać się dobrą alternatywą dla dziewiętnastowiecznej, trzcinkowo-kajetowej transmisji, ale pod płaszczykiem nowoczesności, z kołczowskim zadęciem szerzy czystą ignorancję. Chętnie przebiera się w szaty wiedzy, ale nie ma z nią wiele wspólnego.

 

Czymże bowiem jest mit, także ten edukacyjny? Niczym innym, jak sposobem radzenia sobie z nieznanym lub niewygodnym. Bywa piękny, kulturotwórczy, terapeutyczny wreszcie, ale tworzony jest w oportunistycznej odpowiedzi na niewiedzę. Zadowala się mniej lub bardziej zgrabnym zmyśleniem, powstałym na bazie chciejstwa, zastępującego eksperyment lub możliwość jego przeprowadzenia. O dziwo, pedagogika, świadoma swej rozchwianej bazy, też potrzebuje takiego mitu, bo jak ognia boi się rzeczy w innych dziedzinach normalnej – otwartego wyznania, że czegoś nie wie. Nie ma nic wspólnego z zakładanym w naukach społecznych pluralizmem, próbuje za to wygrywać dualizmy, wskazując ich „złe” bieguny. Na horyzoncie daje się już dostrzec nowy, tym razem pseudo humanistyczny monizm. Mieniąc się nauką, na co dzień posługuje się niezweryfikowanymi wyobrażeniami, pasującymi do akurat wiodącej ideologii, a jej „odkrycia” można przewidzieć, analizując sinusoidę społecznych nastrojów. Objaśnia świat (edukacyjny) tak, jak przez tysiące lat robili to szamani wszystkich kultur pierwotnych. „Badania”, przeprowadzane w nieraz urągających naukowej metodologii warunkach, wszechobecna, na ogół kulawo skonstruowana ankieta, robiąca za jedyne znane wszystkim „naukowcom” narzędzie, przyjmowanie wyników cząstkowych za decydujące, uogólnianie na podstawie znikomej próby, nieporadność analityczna i szukanie jedynie dowodów potwierdzających politycznie poprawną tezę, to tylko niektóre ze skandalicznych, powszechnie występujących w pedagogice praktyk. […]

 

Czytaj dalej »