
Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'
Foto: Andrzej Cylwik[www.cen.gda.pl]
Małgorzata Bukowska-Ulatowska podczas jednego z warsztatów, prowadzonych przez nią w Centrum Edukacji Nauczycieli w Gdańsku.
Wczoraj na portalu EDUNEWS, pod zakładką < Szkoły > zamieszczono tekst Małgorzaty Bukowskiej-Ulatowskiej pt. „Fastfoodyzacja doskonalenia zawodowego nauczycieli?”. Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji – wyróżnienie fragmentów przytoczonego tekstu podkreśleniami i pogrubioną czcionką – redakcja OE:
Miałam przyjemność poprowadzić stacjonarne warsztaty dla nauczycieli języka angielskiego na temat wykorzystania potencjału pytań w edukacji językowej. Na zajęcia dotarły… 3 osoby. W ten sposób dołączyłam do sporego grona trenerów, którzy w ostatnich tygodniach przygotowali szkolenia stacjonarne i albo odwołali je ze względu na niewielkie zainteresowanie, albo zdecydowali się poprowadzić zajęcia – dla bardzo kameralnych grup. […]
Przed pandemią zdarzało mi się spotkać z opinią, że praca w grupach czy wymiana doświadczeń uczestników podczas warsztatów to elementy zbędne: nie przychodzę na szkolenie, żeby słuchać koleżanek, tylko eksperta; szkoda czasu na dyskusję w grupach, lepiej, żeby pani prowadząca podała w tym czasie kilka dodatkowych pomysłów na ćwiczenia dla uczniów (cytaty z ankiet ewaluacyjnych). Jednak zdecydowanie częściej nauczyciele podkreślali wartość uczenia się od siebie nawzajem, dzielenia się opiniami oraz propozycjami rozwiązań, a także możliwość bezpośredniej interakcji z prowadzącym i wyjaśniania pojawiających się wątpliwości na bieżąco. Część odbiorców preferowała wykłady, jednak warsztaty również gromadziły wielu uczestników. Czyżby czas pandemii zmienił sposób myślenia nauczycieli o tym, czym jest efektywne doskonalenie zawodowe? Nie znajduję przesłanek, które wskazywałyby na taką zmianę. […]
A może odwykliśmy od długich dojazdów na szkolenia? Do tego jesienna aura za oknem nie zachęca do wychodzenia z domu…. Może też daje o sobie znać ogólne zmęczenie, kumulacja trudnych doświadczeń z ostatnich miesięcy czy nawet lat oraz nadal niepewna sytuacja epidemiczna? Może za kilka miesięcy wszystko wróci do normy? Obawiam się, że mamy do czynienia z poważniejszą zmianą. Wydaje mi się, iż doświadczamy kryzysu doskonalenia zawodowego nauczycieli.
Szkoleniowy fast food?
Rozwój nowoczesnych technologii oraz inicjatywy związane z dzieleniem się wiedzą znacząco zwiększyły dostępność informacji, również z zakresu dydaktyki. Przeniesienie szkoleń do sieci stworzyło nowe możliwości – np. uwolniło nas od dylematów, którą z konferencyjnych sesji równoległych wybrać; dzięki dostępowi do nagrań możemy zapoznać się ze wszystkimi. Na fali solidarnościowej w pierwszych miesiącach lockdownu powstało wiele tutoriali i innych materiałów szkoleniowych udostępnianych nieodpłatnie. Często miały one charakter zestawu prostych, gotowych rozwiązań – niekoniecznie sprzyjały pogłębionej refleksji nad przebiegiem procesu edukacyjnego, ale odpowiadały na potrzeby chwili i były przydatne w sytuacji kryzysowej. Sama przygotowałam kilka cykli nagrań szkoleniowych w rodzaju 3 pomysły na… (np. pisanie na lekcjach online). Jednak postrzegałam te działania jako doraźne. […]
Jeszcze kilka lat temu skarżyłam się, że ze względu na ograniczenia finansowe nie mogę uczestniczyć w wielu interesujących mnie formach doskonalenia. Teraz brakuje mi czasu na obejrzenie czy przeczytanie wszystkiego, do czego mam dostęp (często nieodpłatnie oraz bez konieczności ponoszenia kosztów podróży, noclegu itp.) i z czym chciałbym się zapoznać. Myślę, że znaczna część nauczycieli jest w podobnej sytuacji – dzięki ogromnym zasobom edukacyjnym online może poznawać nowe treści bez wstawania z kanapy. Jednak doskonalenie zawodowe to nie tyle czytanie opracowań z interesującej nas dziedziny czy oglądanie webinariów, ile refleksja nad własnym warsztatem pracy i wprowadzanie stosownych modyfikacji. […]
Co dalej?
Jakie formy doskonalenia zawodowego dla nauczycieli będą z jednej strony przyciągały uczestników, a z drugiej – tworzyły warunki sprzyjające rzeczywistemu rozwojowi zawodowemu? Nie potrafię w tej chwili odpowiedzieć na to pytanie. Może ktoś z Państwa ma jakiś pomysł?
Cały tekst „Fastfoodyzacja doskonalenia zawodowego nauczycieli?” – TUTAJ
Źródło: www.edunews.pl
https://www.edunews.pl/system-edukacji
Foto: wvww.pl.dreamstime.com/
Wczoraj (25 października 2021r.) portal < mama:Du > zamieścił artykuł Agnieszki Miastowskiej pt. „Twoje dziecko dostało jedynkę z pracy domowej? To nie tylko bez sensu, ale też niezgodne z prawem!”. Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji:
[…] Prace domowe są tematem budzącym kontrowersje. Z jednej strony wielu nauczycieli i rodziców powtarza, że bez ćwiczeń w domu uczniowie nie są w stanie przyswoić wszystkiego, czego dowiedzą się na lekcji. Szczególnie jeśli chodzi np. o naukę pisania wypracowań, na co na lekcji zwyczajnie nie ma czasu.
Z drugiej strony czas dziecka w domu powinien być przeznaczony na odpoczynek, a wystarczy, że kilka nauczycielek jednego dnia zada „dwa ćwiczonka dla powtórki materiału”, by dzieci nad książkami ślęczały od powrotu do domu do późnej nocy. Kto z nas nie zna tego z własnego dzieciństwa?
Kto nie zna też obawy o to, że praca domowa została wykonana źle i czytając ją przed klasą, ośmieszymy się albo dostaniemy słabszą ocenę? Albo jedynkę za brak pracy domowej, jeśli akurat o niej zapomnieliśmy, a przerwa nie będzie wystarczająco długa, by ją od kogoś spisać.
Okazuje się jednak, że praca domowa w ogóle nie powinna podlegać ocenie. Nauczyciele, którzy wystawiają jedynkę za nieodpowiednie wykonanie pracy domowej lub jej brak zwyczajnie łamią prawo. Jakie prawo? […]
Pedagodzy, którzy są zwolennikami nieoceniania pracy domowej powołują się na artykuł 44 ustawy o systemie oświaty. Zgodnie z nim „ocenianiu podlegają (m.in.) osiągnięcia edukacyjne ucznia”, a praca domowa nie zalicza się do osiągnięć edukacyjnych. […]
Za brak/nieprawidłowe wykonanie pracy domowej nauczyciel nie ma więc prawa postawić niedostatecznej oceny z pracy na lekcji, ponieważ nie zalicza się ona do „osiągnięć edukacyjnych”. Czy jednak faktycznie może wystawić negatywną ocenę z zachowania?
Tak jakby brak zadania do wykonania w czasie wolnym od szkoły, był przejawem nieodpowiedniego zachowania ucznia? I po raz kolejny – ani nauczyciele, ani rodzice nie są zgodni i nie do końca zdają sobie sprawę z litery prawa lub po prostu interpretują je inaczej.[…]
Kolejni nowocześni edukatorzy rokrocznie przypominają, że w Ustawie o systemie oświaty nie ma jednej informacji o tym, że praca domowa jest obowiązkiem ucznia. Za to w Konwencji o prawach dziecka znajdziemy zapis na temat tego, że „dziecko ma prawo do odpoczynku i wolnego czasu. […] Nikt też nie może go zmuszać do pracy ponad siły ani wykorzystywać zarobkowo w inny sposób„.
Jak więc rozwiązać spór o prace domowe? Nauczyciele są raczej zgodni w tym, że niewłaściwie wykonana praca domowa świadczy o tym, że uczeń nie opanował materiału, więc należy mu się zdecydowanie pomoc nauczyciela, a nie nagana z jego strony.
Notoryczny brak pracy domowej będzie jednak przez większość nauczycieli traktowany jako niewywiązanie się z obowiązku szkolnego lub powód do odnotowania tego w kategoriach niewłaściwego zachowania.
Cały artykuł „Twoje dziecko dostało jedynkę z pracy domowej? To nie tylko bez sensu, ale też niezgodne z prawem!” – TUTAJ
Źródło:www.mamadu.pl
Rysunek: Danuta Sterna
W minionym tygodniu na swoim blogu < Oś świata > Danuta Sterna zamieściła bardzo przydatny wszystkim, którzy chcą zmienić polską szkołę tekst, będący omówieniem badań kanadyjskich i australijskich naukowców nad sposobami motywowania uczniów do uczenia się. Zamieszczamy ten tekst bez skrótów:
Badania nad motywacją do uczenia się
Zacznę od anegdoty z września tego roku. Pewna młoda osoba zdała egzamin do liceum plastycznego. Wcześniej uczyła się w domu w edukacji domowej. Pierwsze dni w liceum spowodowały, że dziewczyna odmówiła chodzenia do szkoły, mimo, że bardzo chciała rozwijać się artystycznie. Za dużo sprawdzianów, za dużo krzyku, za dużo wymagań i straszenia. Mama dziewczyny poszła na rozmowę z dyrektorem i zaproponowała, że córka będzie uczyć się samodzielnie w domu, uczęszczać będzie tylko na zajęcia artystyczne i pod koniec semestru zda egzaminy. Dyrektor odpowiedział: „Nie mogę się na to zgodzić, każdy uczeń tak by chciał”. Czyli my nauczyciele jesteśmy świadomi tego co motywuje do nauki, ale nie chcemy/nie możemy się na to zgodzić!
Ponieważ niezmotywowany uczeń raczej nie nauczy się wiele, dlatego warto pracować nad motywacją. Niektórzy nauczyciele uważają, że mogą zmotywować karami i nagrodami, inni cenią tylko chwalenie i docenianie.
Co mówią badania edukacyjne?
Zespół kanadyjskich i australijskich naukowców postanowił przyjrzeć się sposobom motywowania. Znaleźli 144 badań na ten temat, obejmujących prawie 80 000 uczniów, od szkoły podstawowej po uniwersytet.
Doszli do dwóch wniosków:
1.Po pierwsze, nauczyciele mają znacznie większy niż rodzice wpływ na motywowanie uczniów do nauki, choć rola rodziców ma też znaczenie.
2.Drugi wniosek dotyczy tego, jak rozwijać wewnętrzną motywację, która naprawdę pomaga dzieciom i młodym osobom odnosić sukcesy w szkole. Burea wskazuje na zaspokojenie trzech potrzeb psychologicznych uczącego się: kompetencja, przynależność i autonomia. Przy czym, poczucie kompetencji nie oznacza, że uczniowie już wiedzą, jak coś zrobić, ale że mają pewność, że są w stanie się tego nauczyć [Źródło: www. journals.sagepub.com]
Joshua L.Howard, Julien i Frederic Guay wyszczególniają dwa rodzaje motywacji wewnętrznej najsilniej związane są z sukcesem w szkole. Dą to: wytrwałość i dobre samopoczucie. Natomiast motywacja kierowana chęcią zdobycia nagrody lub uniknięcia kary była w ich badaniach najmniej korzystna i wiązała się z gorszym samopoczuciem.
Motywacja jest rzeczą niezwykle trudną do zmierzenia i zbadania. Wnioski naukowców opierają się na tym, co uczniowie deklarują w ankietach. Naukowcy nie zdołali przeprowadzić eksperymentów z grupami kontrolnymi i stwierdzić, czy niektóre podejścia rzeczywiście powodują wzrost motywacji. Zamiast tego koncentrują się na tym, w jaki sposób pewne zgłaszane uczucia powiązane są osiągnięciami akademickimi uczniów.
Co może zatem robić nauczyciel?
Nauczyciele mogą słuchać uczniów i pytać ich o uczucia, których doznają oraz przede wszystkim kierować się w stosunku do uczniów empatią.
Wyjaśniać zasady i określać wymagania, tak, aby uczniowie wiedzieli po co i dlaczego się uczą.
Dawać uczniom wybór i pozwalać im personalizować zadania. Na przykład nauczyciele mogą pozwolić uczniom wymyślić własne tematy do opracowania lub opracować i wykonać własne eksperymenty naukowe.
Jak jest w szkołach z motywacją?
Przygotowując się do pisania kolejnego niedzielnego felietonu przeglądałem wydarzenia mijającego tygodnia. I nie mogłem nie zarejestrować tego, które miało miejsce w środę wieczorem w „Akademickim zaciszu”. Stało się ono źródłem moich wyrzutów sumienia. Że nie zostało przez „Obserwatorium Edukacji” zauważone i upublicznione.
Przeto dzisiaj, dla tych wszystkich, którzy o spotkaniu z profesorem Ryszardem Łukaszewiczem nie wiedzieli, albo którzy nie dysponowali wówczas czasem, tworzymy możliwość wysłuchania rozmowy z owym twórcą Wrocławskiej Szkoły Przyszłości, zamieszczając link do Yoy Tube, gdzie będą mogli wysłuchać w jakie to obszary życiowych doświadczeń zaprowadził swojego rozmówcę gospodarz tego wydarzenia – profesor Roman Leppert.
Redaktor „Obserwatorium Edukacji”
O Wrocławskiej Szkole Przyszłości (i nie tylko) z Profesorem Ryszardem Łukaszewiczem – TUTAJ
Źródło: www.facebook.com/roman.leppert
Foto: www.wartowiedziec.pl
Marcin Stiburski – ilustracja do wywiadu z nim pt. „Wyobrażam sobie szkołę całkowicie pozbawioną ocen”
Dziś postanowiliśmy zaprezentować kilka, wybranych, refleksyjnych postów z fejsbukowego profilu Marcina Stiburskiego:
12 września
Dlaczego nie naśladujemy wzorców, które się sprawdzają i które uznajemy za wartościowe?
100 lat temu została założona pierwsza demokratyczna szkoła Summerhill, przez wizjonera Alexandera Sutherland Neill’a.
To od przeczytania jego książki na początku lat 90-tych, wywróciłem do góry nogami cały swój świat edukacyjny.
Ale nie była to rewolucja narzucająca nowe idee, a energia, która usystematyzowała we mnie to co idealnie dopasowało się do myśli przestawianych przez Alexandra.
Uczeń jest podmiotem w procesie edukacji.
Niby wyświechtany slogan, ale na ile pozwalamy uczniowi być podmiotem, a na ile twierdzimy że wiemy lepiej.
To „lepiej” powoduje, że narzucamy uczniowi, dziecku, młodzieży, metody, sposoby, treści, nie uwzględniając komunikatów które to nas ta młoda osoba wysyła.
My wiemy lepiej. A młody, młoda jak dorośnie to zrozumie nasze metody łamania mu karku. I jeszcze do doceni…
Wielu ma złudne wrażenie, że docenia starania swoich nauczycieli, którzy poprzez narzucanie metod i sposobów spowodowali, że wyrośli na takich a nie innych ludzi.
Ala pamiętajmy, że to bardzo prosty mechanizm Efektu Utopionych Kosztów. W prostych słowach to mechanizm racjonalizowania rzeczywistości, w taki sposób aby uwiarygadniał sensowność naszego życia.
W tej racjonalizacji nie dostrzegamy mniejszych lub większych traum, skrzywień, które doznaliśmy, a które cały czas pracują w naszych ciałach i umysłach. Doświadczeni psychologowie widzą je już po przekroczeniu progu poradni przez klienta, który zgłasza się z problemami w życiu.
A wystarczyłoby nie przeszkadzać w naturalnym nieskrępowanym wzroście, dostarczając niezbędnych do wzrostu elementów.
Gdy apeluję o uwolnienie edukacji, gdy apeluję o dobrowolność nauki, to nigdy nie wnoszę o likwidację swobodnego dostępu do tejże nauki.
A osoby straumatyzowane edukacją, tego nie dostrzegają. One widzą swoją drogę edukacyjną, która w ich racjonalizacji spowodowała to, że są jacy są. I uznają ten stan za dobry.
W Polsce mamy także piękne osobistości edukacyjne, ale prócz zachwycania się nad znanym zdaniem Jana Zamojskiego lub postawą Janusza Korczaka, nie staramy się uchwycić myśli jakie te osoby nam przekazują.
Pierwsza dotyczy państwa.
Jeżeli chcemy mieć państwo DEMOKRATYCZNE składające się z WOLNYCH obywateli, to musimy mieć szkołę DEMOKRATYCZNĄ składającą się z WOLNYCH uczniów.
Nasze społeczeństwo nie tworzy się w próżni. Ono powstaje w szkole. I jaką będziemy mieć szkołę takie później będziemy mieć państwo.
Druga myśl dotyczy człowieka.
„Nie ma dzieci – są ludzie.” – to jedno zdanie wystarczy aby uświadomić sobie czym powinna być szkoła. I jaką relację powinniśmy budować pomiędzy dziećmi-ludźmi, dorosłymi-ludźmi.
Rozwiązanie jest.
To krzewienie idei szkoły Summerhill Alexandera Sutherland Neill’a. Tylko tyle i aż tyle.
W 100-lecie powstania tej pięknej idei:
https://www.100yearsofsummerhill.co.uk/
https://pl.wikipedia.org/wiki/Alexander_Sutherland_Neill
https://pl.wikipedia.org/wiki/Summerhill_(ksi%C4%85%C5%BCka)
15 października (przed południem)
Szukam i szukam na rynku edukacyjnym przystani. Intuicyjnie czuję, że ważny jest aspekt bezpłatności usług edukacyjnych. Aby nie było czynnika płacę-żądam.
Wiem, że są szkoły niepubliczne, które dopinają swoje budżety wyłącznie w oparciu o gołą subwencję.
Żyją skromniej, ale są uwolnieni od zabiegania o względy. W tym zabieganiu jest ryzyko fałszu.
Pojawia się nieszczerość w intencjach.
Dlatego jestem zwolennikiem bonu edukacyjnego, który w przejrzysty sposób przekazywałby pewną kwotę pieniędzy dla szkoły, która wybraliby rodzice. Bez podziału na szkoły publiczne, niepubliczne.
Spotkanie w Poznaniu zaowocowało rozmową, poznaniem z osobami zaangażowanymi w budowanie sieci szkół niepublicznych, które są bezpłatne.
To dla mnie ważny kierunek, z którym jestem wewnętrznie spójny.
15 października (po południu)
27 września zamieściliśmy kolejną część „Poradnika Wiesławy Mitulskiej – jak pracować z trzecioklasistami” – cz. III”. Dziś kontynuujemy tą serię:
27 września
Sekrety pamięci – kolejne doświadczenia
To już tydzień, gdy pracujemy w projekcie „Umiem się uczyć”. Wszystkie strategie i tajniki uczenia się, które dzieci poznają już od pierwszej klasy, teraz staramy się zweryfikować doświadczalnie.
W czwartek uczniowie pracowali z trudnymi wyrazami i sprawdzali, co można zrobić, by zapamiętać ich pisownię. Powstały wtedy ilustrowane słowniczki z tymi wyrazami. Jeszcze tego samego dnia powtórzyliśmy cały materiał.
Wtedy poszło nieźle, a dziś?
Nie było powtórek, więc część materiału została zapomniana, tylko nieliczni napisali wszystkie wyrazy bezbłędnie. Za to liczenie po 7, które utrwalamy codziennie, u prawie wszystkich dzieci jest już w pamięci długotrwałej. Potrafią wymienić liczby w przód i w tył.
Zrobiliśmy jeszcze krótki eksperyment pozwalający każdemu dziecku sprawdzić jaką pojemność ma jego pamięć robocza. Lista 5 wyrazów, które trzeba zapamiętać, potem zapisać na kartce okazała się dla niektórych zbyt obszerna, a dla niektórych w sam raz.
Każdy jest inny, więc i pamięć może mieć różnie pojemności.
Jeszcze tylko przypomnienie, że w uczeniu ważne są przerwy i zdrowy sen i już można było zrobić stronę do naszej książeczki – poradnika o uczeniu się.
29 września
Jak oceniasz swoje umiejętności uczenia się?
Od tego pytania zaczęłam dziś zajęcia o uczeniu się dla ósmoklasistów. W skali 0-10 uczniowie najczęściej pokazywali 5 i 6, a wyjątkiem była dziesiątka u jednego ucznia.
Umiejętność uczenia się to kompetencja wciąż zaniedbywana w naszych szkołach.
Szkoła jako instytucja, której jednym z zadań jest uczenie, nie uczy jak to robić. Wielu uczniów powiela najmniej skuteczną strategię, czyli wielokrotne czytanie i ewentualnie powtarzanie, by zapamiętać to co w podręczniku lub notatkach.Podczas rozmowy z ósmoklasistami usłyszałam, że chcieliby dowiedzieć się jak robić notatki pomagające się uczyć. Będziemy trenować tę umiejętność, inne strategie uczenia się również.
Tymczasem trzecioklasiści kontynuują pracę nad poradnikiem o uczeniu się.
Jak czytać ze zrozumieniem, co to w ogóle jest czytanie ze zrozumieniem, jak się tego nauczyć – sprawdzaliśmy w działaniu. Powstała również kolejna kartka poradnika.
Umiejętność planowania ruchu i kodowania symbolami trenowaliśmy kodując wymyślone przez dzieci kroki do piosenki Happy Colina Farrella.
Może ktoś zatańczy według naszego kodu?
1 października
Czy wiesz, jak lubi się uczyć Twój mózg?
O tym dziś rozmawiałam z trzecioklasistami. Dzieci już wiedzą, że w zabawie, w dobrym nastroju, po rozgrzewce, czasem w ruchu, czasem w spokoju i w skupieniu, a dziś przyjrzeliśmy się uczeniu z użyciem wyobraźni.
Mózg lubi historie, barwne opowieści, obrazy i kolory. Używanie wyobraźni podczas uczenia pomaga porządkować poznawany materiał, a przede wszystkim pomaga zrozumieć.
Podczas projektu „Umiem się uczyć” wszystko sprawdzamy doświadczalnie, dlatego dziś w ten sposób opracowywaliśmy pisownię wyrazów z rz.
Najpierw zgromadziliśmy potrzebne wyrazy, potem dzieci wymyślały z nimi historyjki i wzajemnie sobie je opowiadały. Namalowanie pięknych, kolorowych obrazów było już tylko dopełnieniem całego procesu. Dzieci doskonale wiedziały, co mają malować, bo wcześniej wszystko sobie wyobraziły.
W poniedziałek napiszemy dyktando z tymi wyrazami, by każdy mógł sprawdzić, skuteczność takiej strategii uczenia się.
Nasz projekt trwa już prawie dwa tygodnie. W tym czasie uporządkowaliśmy i sprawdziliśmy w praktyce wszystko, czego uczniowie wcześniej dowiedzieli się na temat skutecznego uczenia. Już widzę rezultaty projektu, bo dzieci coraz bardziej świadomie uczestniczą w całym procesie. Bardzo mi na tym zależy, dlatego często robimy stopklatki na refleksje i czasami słyszę: – U mnie liczenie po 7 jest już w pamięci długotrwałej, albo – Ja już zrobiłam notatkę, teraz tylko utrwalam.
Ponieważ liczenie po 7 jest już dobrze ulokowane w pamięci długotrwałej, to teraz czas na liczenie po 8. Do zabaw, ćwiczeń i gier wykorzystaliśmy kasztany z oznaczonymi kolejnymi wielokrotnościami liczby 8.
Kilka dni wcześniej chciałam sprawdzić, jak dzieci sobie z tym radzą, dlatego rzuciłam im wyzwanie: „Zbuduj wieżę z kubeczków. Każdy kubek ma wartość 8. Możesz tak długo dokładać kubeczki, jak długo będziesz umiał/ umiała podać wartość całej wieży”.
No… i zabrakło kubeczków.
Zobaczyłam rozmaite strategie obliczania wartości wieży. Cieszę się, że trzecioklasiści potrafią znajdować rozwiązania problemu. Choć początkowo widziałam trudności, to w rezultacie całe wyzwanie wywołało u dzieci refleksję o błędzie, o konieczności zaczynania wszystkiego od początku i niepoddawaniu się, gdy coś nie udaje się od pierwszego razu.
7 października
Chwytając okazję, czyli miniprojekcik kasztanowy.
Jeden z chłopców przyniósł do klasy worek kasztanów, które zadziałały na dzieci jak magnes. W każdej wolnej chwili podbierały kasztany, by się nimi pobawić. Takiej okazji nie mogłam zmarnować. Wymyśliłam kasztanowy dzień, w którym różne aktywności miały wspólny mianownik – kasztany. Żałowałam tylko, że nie zdążyliśmy zrobić nawet połowy działań, na które miałam pomysł.
Kasztanowa rozgrzewka.
Każdy dzień rozpoczynamy rozgrzewką. Dziś wykorzystaliśmy do niej kasztanową ścieżkę sensoryczną. Ciekawe, że przejście po niej dla niektórych dzieci było przyjemnym, a dla innych bolesnym doświadczeniem. Było również turlanie kasztanów stopą i chwytanie ich palcami.
Sposób na liczenie.
Dzieci chciały wiedzieć ile mamy kasztanów i proponowały różne sposoby na ich szybkie policzenie. Najpierw szacowaliśmy ile ich może być, a potem każdy wziął po 10 kasztanów. Wspólnie policzyliśmy po 10, potem po 20, a resztę z małej kupki po 4.
Wspólnymi siłami policzyliśmy, że jest ich w sumie 432.
Kasztan Bank* nazwa wymyślona i zastrzeżona przez drugoklasistów.
Nasze pudło z kasztanami awansowało do roli banku, a kasztany stały się środkiem płatniczym (kryptowalutą, jak określił jeden z chłopców). Krótka rozmowa uświadomiła mi, jak różny jest poziom wiedzy dzieci na temat banku i finansów. Niektórzy twierdzili, że banki rozdają pieniądze albo, że w każdym banku są skrytki ze złotem, na które złodzieje organizują napady.
Wspólnymi siłami zebraliśmy słownictwo związane z bankiem, a potem potrenowaliśmy pisanie wyrazów z pamięci.
Gwoździem dzisiejszego programu była zabawa w bank i prowadzenie rachunku własnego konta.
Każde dziecko dostało wpłatę na konto w wysokości 20 kasztanów i możliwość wybierania ich z banku. O tym, ile kasztanów można wybrać jednorazowo decydował rzut kostką. Dzieci samodzielnie zapisywały te czynności na swoich rachunkach do momentu, gdy musiały zacząć pożyczać pieniądze. Tutaj musieliśmy wyjaśnić sobie, na czym polega kredyt i co to jest saldo.
Kiedy zrobiliśmy stop klatkę, by dzieci pokazały na placach w skali 0-10 na ile zrozumiały pojecie długu i zapisywania go na koncie, to większość dzieci pokazała 9 lub 10, ale były też takie, które pokazały 1, 2, 3. To jest okazja do tego, by wykorzystać wzajemne uczenie się od siebie. Kto rozumie, tłumaczy temu, który nie rozumie. A jaka jest moja rola?
Jestem koordynatorem „tłumaczy”.
Na koniec dnia trzeba było oddać zaciągnięty kredyt, a ponieważ kredyt kosztuje, to „płaciliśmy” odpowiedziami na pytania, oczywiście na pytania związane z bankiem.
To był szybki sposób na utrwalenie nowych pojęć.
W naszym banku wciąż są kasztany, więc może wkrótce wykorzystam pozostałe pomysły na ciekawe zadania.
11 października
Kiedy wydaje ci się, że wszystko dobrze przemyślałaś, rozplątałaś wszystkie supły, rozwiązałaś problemy i teraz to już możesz wspinać się ze swoją klasą na edukacyjne szczyty, życie pisze swój scenariusz i musisz się zatrzymać.
Wszystkie zajęcia poświęciliśmy dziś empatii.
Foto: www.facebook.com/jaroslawkordzinski/
Jarosław Kordziński
Na portalu EDYNEWS zamieszczono dziś (19 października 2021r) tekst znanego trenera i coacha, od 2006 roku prowadzącego własną działalność pod szyldem „Centrum Komunikacji i Mediacji AKADEMIA DIALOGU” – Jarosławem Kordzińskim. Publikacja którą przytaczamy bez skrótów, przewrotnie zatytułowana pytaniem retorycznym „Czy trzeba organizować proces uczenia się uczniów?” jest godnym zauważenia głosem w debacie o wyższości uczenia uczenia się nad strategią „trzech Z”: „Zakuć – Zdać – Zapomnieć”:
- Pracując w szkole poszukujemy na ogół rozwiązań, które pozwoliłyby nam zwiększyć skuteczność naszej pracy. Myśląc o skutecznym nauczaniu, często zastanawiamy się nad optymalnymi sposobami organizacji procesu uczenia się uczniów. I choć sformułowanie „nauczanie” to w gruncie rzeczy edukacyjna zaprzeszłość, w języku potocznym służy jednak do powszechnego uwiarygodnienia podstaw funkcjonowania nie tylko całych systemów oświaty, ale wręcz podstawowych powodów, dla którego posyłamy dzieci do szkoły. Bywa też źródłem wiary uczących w spełnianie przez nich ich dziejowej misji oraz pretekstem do organizacji szkoleń na temat efektywnego wymuszania (?) na uczniach poznawania i zapamiętywania określonych treści czy ćwiczenia i utrwalania uznanych za właściwe dla poszczególnych przedmiotów umiejętności. By tak się jednak stało, uczeń musi poddać się skutecznemu nauczaniu, a nauczyciel powinien pozyskać i umiejętnie dysponować wybranymi strategiami, narzędziami oraz technikami pracy, które pozwolą zdominować podopiecznych i wymusić (?) na nich najpierw określone zaangażowanie a następnie ściśle określone efekty.
Dwa razy w poprzednim akapicie przy sformułowaniu „wymusić” pojawił się znak zapytania. Czy bowiem wspomniane przesłanie oraz oczekiwana procedura działania ma rzeczywiście tak wyraźny charakter przemocowy? W szkole przecież skupiamy się głównie na podejmowaniu działań, które mają służyć dobru dziecka. Przemoc i żadne wymuszanie nie mają z tym nic wspólnego. Z drugiej strony, kiedy słyszymy sformułowanie typu: „Musisz coś z tym zrobić, inaczej grozi ci jedynka czy wręcz pozostanie na drugi rok w tej samej klasie”… to jednak coś z przemocy (groźby, szantażu, próby wymuszenia) w tego typu sekwencji wyrazów narzuca się w sposób oczywisty. Zwłaszcza kiedy powiązać je z zachowaniami dorosłych. Najpierw uwagi, informacje i wreszcie oceny stosowane przez nauczyciela. Później prośby i groźby wyrażane przez rodziców (niekiedy dziadków, ciotki i inne dorosłe autorytety). Równolegle, być może, rozmowa z wychowawcą, dyrekcją szkoły, niekiedy specjalistami – pedagogiem czy psychologiem. Ktoś mógłby powiedzieć „siła złego na jednego”! Wszystko dla dobra dziecka?!
I do tego jeszcze ów zbiór dobrych porad. „Ucz się, powtarzaj wiele razy to samo, zapamiętuj…”. W bardzo ciekawy sposób ów zbiór „dobrych rad” skwitowali autorzy „Harvardzkiego poradnika skutecznego uczenia się”: „Wielokrotna lektura tekstu i skomasowany ćwiczenia, czyli strategie nabywania nowej wiedzy i umiejętności najczęściej wybierane przez uczących się wszelkiego autoramentu, należą zarazem do strategii najmniej skutecznych. (…) Wielokrotna lektura i skomasowane ćwiczenia dają poczucie płynności, które bierzemy za dowód opanowania materiału, ale z punktu widzenia prawdziwego mistrzostwa strategie te są w znacznym stopniu stratą czasu. (…) Ćwiczenie w przywoływaniu – czyli przypominanie sobie faktów bądź pojęć czy też zdarzeń – stanowią dużo bardziej skuteczne strategię uczenia się niż powtarzanie materiału przez jego wielokrotną lekturę. (…) Jeden prosty quiz po przeczytaniu tekstu bądź wysłuchaniu wykładu prowadzi do lepszych efektów uczenia się i do lepszego zapamiętania niż wielokrotna lektura tekstu czy przeglądanie notatek. (…) Jeśli ćwiczenia dotyczące określonego materiału rozkładamy w czasie, a między kolejnymi sesjami w pewnym stopniu tracimy naszą sprawność albo gdy wykonujemy ćwiczenia przemieszane dotyczące dwóch lub więcej przedmiotów, przywołanie właściwych treści z pamięci okazuje się trudniejsze i odnosimy wrażenia, że jest ono mniej efektywne, ale wysiłek z nim związany prowadzi do ich trwalszego zapamiętania i umożliwia bardziej różnorodne ich zastosowanie w okolicznościach, które mogą pojawić się w przyszłości ”.
Screen z pliku na You Tube [www.youtube.com]
Agnieszka Jankowiak-Maik podczas wystąpienia na Targach Edukacyjnych w Poznaniu w maju 2021 roku.
W niedzielę 17 października 2021 r. portal OKO.PRESS zamieścił zapis rozmowy redaktora Piotra Pacewicza z Agnieszką Jankowiak-Maik, znaną szerzej jako „ Babka od histy”. Poniżej zamieszczamy obszerne fragmenty tego wywiadu i link do jego pełnej wersji:
Piotr Pacewicz, OKO.press: Co to będzie ze szkołami, jeśli wejdzie Lex Czarnek? Nadzór kuratorski z groźbą niemal natychmiastowego odwołania niepokornej dyrektorki. Szlaban na zajęcia dodatkowe dla organizacji społecznych. Dacie się zdyscyplinować?
Agnieszka Jankowiak-Maik (Babka od histy)*: Wiele nauczycielek i nauczycieli się nie podda, będziemy robić swoje, choć oczywiście pojawi się także strach i zniechęcenie, już zresztą tak się dzieje. Mam nadzieję, że ludzie nie podkulą ogonów i będą dalej jak najlepiej się da pracować dla dzieciaków. Czasem zapominamy, że właśnie dobro dzieciaków jest sednem edukacji.
Władza stawia sprawę jasno. Pan minister ma wizję konserwatywno-martyrologiczno-nacjonalistycznego programu, co ma sprawić, że młodzież zostanie uformowana na prawicową modłę. Marszałek Terlecki jasno to wyraził: chodzi o to, by wychować sobie wyborców.
Nastroje podtrzymuje kampania Wolna Szkoła, której jestem jedną z promotorek. Tak szerokiej koalicji organizacji społecznych, samorządów i nauczycielskich związków zawodowych jeszcze nie było. Wreszcie rozumiemy, że to naprawdę wspólna sprawa, edukacja dotyczy dosłownie nas wszystkich, a skutki tej kolejnej „deformy” dotkną każdego i każdą z nas. Ale to się nie uda, młodzież jest za mądra, poza tym w czasach internetu nie da się zamknąć młodych w szkolnej bańce. W smartfonach mają inne przekazy, w każdej chwili można zerknąć. Jedno, co może wyjść z Lex Czarnek, to smutek. […]
Trochę się gubię. Czy nauczyciele i nauczycielki są gotowi na opór, czy też byli i są pogrążeni w konformizmie? Są zaangażowani, czy jest im wszystko jedno?
Oczywiście są tacy i tacy, rzeczywistość jest zawsze czarno-szaro-biała, szkołę tworzą ludzie. Płyną do nas sygnały zagrożenia, ale jeśli działa wspólnota szkolna rodziców, nauczycieli i uczniów, to są szanse, że szkoła przeżyje każdy nacisk.
Wiele zależy od kultury szkoły. W naszym liceum dużo się zawsze działo. Dodatkowe zajęcia, świetne projekty. Ja sama prowadziłam zajęcia antydyskryminacyjne, co nawet skończyło się prywatnym donosem do kuratorium, musiałam „złożyć wyjaśnienia”. Zobaczymy, co będzie dalej, jak w styczniu wrócę z urlopu macierzyńskiego.
Ale zdaję sobie sprawę, że takim osobom jak ja, w dużym mieście, jest łatwiej się przeciwstawiać. Mam niezłą sytuację materialną, mieszkanie, wspaniałą rodzinę. W małych miejscowościach, jak stracisz pracę w szkole, to może być trudno. Trzeba uważać, zwłaszcza jak masz kredyt.
To nie jest sztuka protestować w Poznaniu. Bohaterstwem jest protestować tam, gdzie nie ma wsparcia, klimatu wolnościowego.
Kto napisał na ciebie donos?
Nie wiadomo. W zajęciach antydyskryminacyjnych rozmawiamy zawsze o tzw. piramidzie nienawiści – od braku akceptacji aż do eksterminacji – m.in. wobec osób LGBT, ale po donosie mailowym i telefonach do szkoły zajęcia się nie odbyły. Zapraszałam edukatorkę ze stowarzyszenia Stonewall (wielkopolska organizacja LGBT+ zrzeszająca osoby, które popierają postulaty równouprawnienia par tej samej płci oraz walczą z dyskryminacją i przemocą – red.) i to był ten punkt zapalny.
Temat nie zniknął, bo o homofobii i akceptacji różnorodności rozmawiam z uczniami i uczennicami także na innych lekcjach. Ludzie się boją tego, czego nie znają, dlatego trzeba ich z tym oswajać.[…] Myśli samobójcze ma w Polsce 80 proc. osób LGBT. To straszne, prawda? Młodzi, wrażliwi ludzie, kompletnie samotni. Opinie prezydenta, liderów partii, biskupów odbierają im poczucie bezpieczeństwa, izolują, podważają godność. Kiedy posłanka Agnieszka Dziemianowicz-Bąk mówiła o takich skutkach kampanii typu „Strefa wolna od ideologii LGBT”, minister Czarnek się śmiał, a posłowie i posłanki PiS klaskali. Jak tak można?
To było samobójstwo w twojej szkole?
Foto:www.eduopticum.wordpress.com
Robert Raczyński
Śpieszymy donieść, że w sobotę Robert Raczyński zamieścił na stronie swojego bloga, jak zwykle obszerny (18 935 znaków), tekst, zatytułowany „Dużo wywiadów, mało pytań, zero odpowiedzi”. Jest to krytyczna (bardzo!) analiza poglądów innego naszego znajomego „z sieci” – Mikołaja Marceli. Oto fragmenty tego posta i link do całości na stronę „Eduopticum”:
Przyznaję, że z Mikołajem Marcelą mam kłopot i nie wiem, czy jest to kwestia mojej percepcji jego przekonań, czy też przekazu medialnego, którego jest bohaterem. Z jednej strony wyraża on w stosunku do dominującego modelu oświaty zastrzeżenia te same, lub podobne do moich, z drugiej, rozmijamy się niemal zupełnie w kwestii wniosków z nich płynących. To znaczy właśnie jego wniosków nie jestem pewien, bo jeśli opierać się na jego wypowiedziach prasowych, to zdają się one sprowadzać do jednego słowa: Zaorać.
Nie to, żebym miał się rzucać pod pług, w obronie swego miejsca pracy – bardziej mnie interesuje konstrukcja lemiesza, osoba ewentualnego oracza oraz pod co ta orka ma być przeprowadzona. Kiedy sięgałem po kolejny już w ostatnich tygodniach wywiad, w którym Marcela roztacza swe odkrywcze diagnozy, spodziewałem się, że tym razem wyniosę z niego krzepiącą świadomość, że na polu nowego paradygmatu dokonano już przynajmniej wstępnej podorywki. Tymczasem dziennikarze „przesłuchujący” Marcelę na okoliczność sugerowanych prac polowych wykazują się w tej kwestii wręcz anielską cierpliwością i we wszystkich trzech wymienionych kwestiach zdają się w ogóle odpowiedzi nie oczekiwać. Ewa Raczyńska odbyła z nim jedynie kolejną rozmowę kurtuazyjną, będącą pretekstem do promocji nowej książki autora, ale i Jacek Żakowski, po którym spodziewałem się więcej werwy, zdobył się tylko na nieśmiałe „i co z tym zrobić?” w swej ostatniej kwestii, podczas gdy każdy zainteresowany czytelnik chętnie wykrzyczałby to pytanie po każdej padającej enuncjacji.
Nie wiem, czemu przypisać taką powściągliwość – być może obawie, że żadnej konkretnej odpowiedzi, która podniosłaby poczytność numeru, nie da się otrzymać, a „przesłuchiwany” nie ma do powiedzenia nic, czego nie powiedział już ładnych parę razy w innych mediach. Ogólnik rzucony na koniec naprawdę trudno uznać za jakąkolwiek wskazówkę, wartą dziennikarskiego zachodu. Podejrzewam również, że zdecydowana większość czytelników Polityki nie z tego wywiadu dowiedziała się, że od dawna istnieją już „modele demokratycznej szkoły”, szkoły walfdorskie i oparte na idei montessoriańskiej. Moim zdaniem, „w demokratycznym społeczeństwie” istnieje całe mnóstwo pomysłów na kształt dobrej, nowoczesnej oświaty publicznej, jest za to wyraźny deficyt świadomości dróg do niej prowadzących. Poza tym, zakładając, że ewentualne drogowskazy miałyby zostać postawione w myśl założeń ideologicznych Mikołaja Marceli (w odróżnieniu od merytorycznych, których nie przedstawia), to nowa rzeczywistość oświatowa już u swego zarania skażona zostałaby błędem założycielskim, niemniejszym niż „bismarckowska fabryka”.
Jak już wspomniałem, niemal w całości podzielam obserwacje Marceli. Nie są one obce chyba nikomu zaangażowanemu w działanie edukacji. Te same i podobne kwestie były już wielokrotnie dyskutowane w środowisku. Doskonale pamiętam rozmowy, w których sam brałem udział, gorące dyskusje i polemiki na Osi Świata z Danusią Sterną, Pawłem Kasprzakiem i Ksawerym Stojdą, który do dziś jest uważnym recenzentem moich wypowiedzi publicznych, i jestem przekonany, że przyczyną zarówno kontrowersji wokół zmian w edukacji, jak i żółwiego tempa ich introdukcji nie jest brak pomysłów (często zresztą realizowanych na poziomie indywidualnym), a właśnie kurczowe trzymanie się wyobrażenia o jakimś mającym powszechnie obowiązywać, choć póki co zupełnie abstrakcyjnym „modelu”. Jak się zdaje, zdecydowana mniejszość zainteresowanych rozumie, że jeśli jakiś kolejny, współcześnie politycznie poprawny model stanie się obowiązkiem, nie oznacza to jeszcze, że w dzisiejszych realiach spotka się z powszechną akceptacją. Tymczasem Marcela jako aksjomaty traktuje zjawiska będące jedynie ewentualnością (adekwatne zdolności intelektualne, ciekawość, motywacja, chęć poszerzania horyzontów, stałość w dążeniach), a które (martwą) regułą stać się mogą jedynie w przypadku siłą narzuconego dekretu, czyli dokładnie tak samo, jak w przypadku systemu będącego przedmiotem krytyki.
Zacznijmy od wysokiego C, podstawowego „rozwiązania”, które „autor bestsellerowych poradników” jakby mimochodem sugeruje na koniec wspomnianego wywiadu, a mianowicie idei „greckiej schole”.
Źródło: www.google.com
Ponad tydzień temu (4 października 2021) portal „Juniorowo” zamieścił obszerny tekst Elżbiety Manthey, zatytułowany „Po co komu zebrania rodziców?”. Uznaliśmy, że zawarte w nim spostrzeżania i opinie warte są udostępnienia. Oto fragmenty tego tekstu; wyróżnienia podkreśleniami i pogrubioną czcionką – redakcja OE:
Szkolne zebrania z rodzicami. Nauczyciele się nimi stresują, rodzice gimnastykują się, żeby wcisnąć je w trzeszczący w szwach grafik swoich obowiązków, a potem siedzą na niewygodnych uczniowskich krzesełkach i nerwowo patrzą na zegarki. Czy te zebrania są komukolwiek potrzebne?
Typowe zebranie rodziców: nauczyciel przekazuje przygotowane wcześniej informacje, plus ewentualnie plik dokumentów do podpisu a na pierwszym zebraniu w roku szkolnym łapanka do trójki klasowej. Wersja rozszerzona: jest jakiś problem w klasie, albo któraś z informacji budzi wątpliwości i jest wśród rodziców ktoś odważny, kto się wypowie. Wywiązuje się dyskusja, która zazwyczaj donikąd nie prowadzi, bo albo nauczyciel nic nie może („takie mamy realia”, „to nie ode mnie zależy”, takie są decyzje dyrekcji”, „takie są szkolne zasady”), albo rodzice nie są w stanie dojść między sobą do porozumienia w kwestii tego, czego tak naprawdę chcą, na czym im zależy i o co im chodzi. […]
Takie zebrania to strata czasu. Informacyjna funkcja zebrań jest już nieaktualna. W świecie, kiedy informacje można przekazywać na dziesiątki różnych sposobów spotkanie w szkole nie jest potrzebne do ogłoszenia zasad oceniania, systemu przyznawania karnych punktów z zachowania, czy że w tym roku nie będzie podwieczorków, jeśli nie zakłada się otwartości na dyskusję wokół tych tematów (a zazwyczaj szkoła nie zakłada). Nie ma większego sensu spotykanie się z ludźmi, których nie ma się zamiaru wysłuchać i których zdania i tak nikt nie weźmie pod uwagę. A straszenie tym, że „będzie ciężko” to w ogóle jakaś pomyłka, bo niby co rodzice mają zrobić z taką ponurą wizją?
Takie zebrania to teatra władzy, który rozrywa się w szkole od początku jej istnienia. Rodziców zawiadamia się o zebraniu, a właściwie wzywa na nie („obecność obowiązkowa”), sadza się ich w uczniowskich ławkach, po czym nauczyciel wykłada im to, co ma do zakomunikowania. Rodzice wchodzą w tę rolę jak w masło – znów na godzinę stają się dziećmi, które nie chcą się wychylać, żeby nie rozgniewać pani. […]
Czy w takim razie zebrania rodziców w szkole są niepotrzebne? Wręcz przeciwnie – potrzebne są bardzo! Spotkania z rodzicami mogą być czymś niezwykle konstruktywnym i wzmacniającym dla procesu edukacyjnego, środowiska szkolnego, nauczycieli i samych rodziców. Tylko żeby tak było, trzeba do nich podejść zupełnie inaczej.














