
Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'
Patriotyzm (łac. patria – ojczyzna, gr. patriotes) – postawa szacunku, umiłowania i oddania własnej ojczyźnie oraz chęci ponoszenia za nią ofiar i gotowości do jej obrony. Charakteryzuje się przedkładaniem celów ważnych dla ojczyzny nad osobiste, gotowością do pracy dla jej dobra i w razie potrzeby, poświęcenia dla niej własnego zdrowia lub nawet życia. Patriotyzm to również umiłowanie i pielęgnowanie narodowej tradycji, kultury czy języka. Oparty jest na poczuciu więzi społecznej, wspólnoty kulturowej oraz solidarności z własnym narodem i społecznością.
Źródło: www.pl.wikipedia.org/wiki/Patriotyzm
Proponujemy lekturę fragmentów tekstu Edyty Wąsik – nauczycielka historii w Szkole Podstawowej Paderewski w Lublinie, ekspertki CEO – zatytułowanego „Czym jest patriotyzm w XXI wieku?”:
Foto: www.paderewski.lublin.pl
Co to dziś znaczy być patriotą? Czy w naszych czasach również żyją bohaterowie? Czy jest gotowa recepta na to, jak uczyć patriotyzmu w czasie obchodów stulecia niepodległości?
Setna rocznica odzyskania niepodległości napełnia dumą i optymizmem, ale także skłania do refleksji: co to znaczy być patriotą w XXI wieku? Czy w naszych czasach również żyją bohaterowie? Jak szkoła może kształtować postawy patriotyzmu wolnego od fanatyzmu?
Warto, nie tylko w tym szczególnym roku poszukać odpowiedzi na te i podobne pytania. Próba odpowiedzi na nie to kluczowa kwestia w procesie edukacji. Ważne jest budowanie wśród młodych ludzi postaw świadomych obywateli, „zakochanych” w swoim kraju, lecz pragnących dobra nie tylko dla siebie, lecz także dla ludzi żyjących wokół. […]
Jak historia uczy patriotyzmu?
W budowaniu postawy współczesnego patrioty istotna jest ciekawość historii swojego narodu i wynikającej z niej kultury, świadomość cech, a nawet kompleksów ogólnonarodowych. […]
Spojrzenie na historię własnymi oczami pozwala kształtować umiejętność krytycznego myślenia i argumentowania. Pokazuje też, że przeszłość prawie nigdy nie jest czarno-biała, ma raczej wiele odcieni. […]
Codzienna, konsekwentna aktywność a patriotyzm
Innym, ważnym elementem dla budowania postawy patriotycznej jest aktywność społeczna. Z naszej polskiej historii możemy wyciągnąć wniosek, że mrówcza praca bohaterskich społeczników była niezbędnym elementem w drodze do odzyskania niepodległości.
Walka o wolność nie ograniczała się przecież wyłącznie do ryzykowania życia na polu walki. Zaliczała się do niej również sekretna edukacja młodych pokoleń, mozolne tworzenie lokalnych organizacji, budowanie solidarności wśród narodu i realizacja inicjatyw zmierzających do wspólnego celu. […]
Kim są patriota i patriotka XXI wieku?
W minioną niedzielę (7 listopada 2021 r.) Robert Raczyński zamieścił na swoim blogu „Eduopticum” kolejny, jak zwykle obszerny (18 825 znaków) tekst – tym razem zatytułowany „Magister doce te ipsum” [Nauczycielu ucz się sam], a poświęcony jego autorskiej diagnozie stanu gotowości nauczycieli do rzeczywistego podnoszenia swoich kompetencji w ramach doskonalenia zawodowego. Oto jego fragmenty wraz z poprzedzającym go rysunkiem i link do pełnej wersji:
Edunews.pl to z pewnością platforma prowokująca do myślenia, pokazująca, że, od czasu do czasu, poza codziennym zmaganiem z oportunistyczną ignorancją Jasia i obowiązkowym już zachwytem nad „nowym” w szkole, nauczyciele i ludzie zajmujący się edukacją profesjonalnie zdolni są do refleksji nad otaczającą ich rzeczywistością. Taką właśnie, nietuzinkową, daleką od urzędowej sztampy i kołczowskiego zadęcia refleksją jest tekst Małgorzaty Bukowskiej-Ulatowskiej – konsultantki ds. edukacji języków obcych w Centrum Edukacji Nauczycieli w Gdańsku.
O razu na wstępie uprzedzę, że, podobnie jak jego autorka, też nie czuję się na siłach odpowiedzieć na stawiane przez nią na końcu wpisu jakże istotne pytanie o właściwą formę nauczycielskich szkoleń – problem jest niezwykle złożony i nie sądzę, by mógł być rozwiązany globalnie. Myślę jednak, że rozważania nad choćby cząstkową odpowiedzią należałoby rozpocząć od dociekań przyczyny zaobserwowanego przez nią zjawiska: Dlaczego doświadczamy kryzysu doskonalenia zawodowego nauczycieli? Dlaczego oczekiwania przeciętnego nauczyciela wobec szkoleniowca rozmijają się z intuicjami tego ostatniego i bardziej są podobne niewyrafinowanym gustom klienta baru szybkiej obsługi, niż smakosza dań serwowanych w dobrej restauracji?
Żeby nie zaczynać cynicznie, będę optymistycznie udawał, że powód oczywisty w ogóle nie przychodzi mi na myśl. Kto zresztą mógłby przypuszczać, że istnieją ludzie, którzy utknęli w zawodzie nie dającym żadnych perspektyw ekonomicznych, późno to do nich dotarło, ale wiedzą już, że wyżej nerek nie podskoczą i po prostu nie widzą najmniejszego sensu inwestowania swojego czasu i resztek energii w wysłuchiwanie instrukcji, jak jeszcze wydajniej je tracić?
Podobnie, nie będę się na próżno zastanawiał nad przyczynami systemowymi – brakiem twórczego zainteresowania ze strony czynników decyzyjnych oraz merytorycznego zaplecza uniwersyteckiego – zostawię je dla bardziej zorientowanych, bo przyznaję, że poza polityką, urzędniczą dezynwolturą, nieobecnością zachęty ekonomicznej i miałkością intelektualną przekazu, nie przychodzi mi nic do głowy.
Zacznę więc z niższego poziomu, od przyczyny najogólniejszej i podstawowej – wielu nauczycieli od dawna już nie funkcjonuje w jednolitej, idealistycznej, misyjnej bańce Stasi Bozowskiej, a tym bardziej nie identyfikuje się z oderwanymi od rzeczywistości, niemożliwymi do pogodzenia założeniami i wymaganiami pełnej sprzeczności instytucji, działającej na wariackich papierach.Na co dzień funkcjonują oni w niezliczonych kołach społecznych sprzężeń zwrotnych, które jednak z rzadka zawierają potoczne, laurkowe wyobrażenia-klisze o oświacie powszechnej. Wbrew pozorom, bliżsi są w tej mierze oczekiwaniom społecznym, niż ogarnięci politycznie poprawnym chciejstwem teoretycy edukacji. Ci ostatni nie do końca trafnie odczytują przekaz płynący od klienta szkoły! Żądanie „żeby było lepiej” niekoniecznie oznacza powszechną akceptację dla ich „nowoczesnych” i postępowych koncepcji, a tym bardziej dojmującą tęsknotę za poznaniem – jest przede wszystkim wołaniem o zdjęcie odpowiedzialności i zastąpienie wszelkich wymagań wygodną świetlicą, czynną przynajmniej 12 godzin na dobę. Tak więc, nauczyciele są nie tylko adresatem teorii edukacji, ministerialnego i korporacyjnego przekazu oraz niezliczonych, opartych na powyższych szkoleń, ale przede wszystkim podlegają presji ze strony targetu swoich działań. Ten z kolei szybko i chaotycznie się zmienia w wyniku przemian społecznych i kulturowych. Tak się jakoś składa, że ostatnio jego zainteresowania oscylują raczej wokół szwedzkiego stołu, a nawet taśmociągu gotowych dań na wynos, a nie delektowania się niuansami smaku – w szkole ma być jak w McDonald’s – szybko, tanio i do syta byle czego, byle estetycznie podanego. […]
W takim klimacie, nie jest dziwne, że przeciętny nauczyciel, chcąc sprostać wymaganiom kultury nagrody „na kliknięcie”, takich właśnie rozwiązań potrzebuje i oczekuje od swojego szkoleniowca. I tu pewnie panią Małgorzatę zdziwię, ale rynek nie pozostaje obojętny wobec takiego popytu. Fast-foodowe szkolenia z cudowną ofertą leków na wszelkie szkolne bolączki są powszechnie dostępne, często oferując te panacea w aurze wtajemniczenia i ekscytacji, dużo taniej, niż cudowne garnki. Za niewygórowaną cenę kilku godzin z życia, nabyć można objawienia skompromitowanej neurodydaktyki, tajniki kinezjologii, zachwycić się głębią mindfulness i mnogością rodzajów inteligencji, jeśli własnej nie staje. Trzeba przy tym zauważyć, że zarówno szkoleni nauczyciele, jak i wynajęci przez nich kołcze są już często przedstawicielami pokoleń, które taką formą dokształtu (na poziomie uczniowskiej prezentacji, podlanej obficie sosem amwayowskiej ściemy) nie są wcale zdziwione. Pierwsi z nich łykają te wszystkie „tajemnice”, jak karmione nad stawem kaczki, drudzy, z poczuciem misji, tę żałosną, rozmoczoną bułę poradnictwa im ciskają. Postmodernistyczna oświata, zdejmująca z użytkownika wszelką odpowiedzialność i utwierdzająca go w równorzędności narracji bzdury i faktów, faworyzuje taki właśnie model i dotyczy on w tej samej mierze ludzi wpatrzonych w tablicę, co tych na ogół zwróconych do niej plecami. Śladowa skuteczność tak zdobywanej „wiedzy” (jeśli takie wskazówki sprawdzają się w szkole, to jedynie w skali jednostek, a nie ogółu) nie wywołuje u adresatów refleksji nad sensem jej pozyskania, ale głód następnej porcji fast-foodu – a nuż na następnym kursie niezadawania prac domowych, dowiemy się wreszcie jak sprawić, by na jednej godzinie w tygodniu zapewnić uczniowi wystarczającą ekspozycję na treść zajęć? […]
21 października zamieściliśmy kolejną część „Poradnika Wiesławy Mitulskiej – jak pracować z trzecioklasistami” – cz. IV”. Dziś kontynuujemy tą serię:
25 października
O odkrywaniu jesieni i o tym, że eksperymenty nie zawsze się udają.
Od trzech dni zajmujemy się kolejnymi pytaniami z naszej tablicy projektowej. Dzieci już wiedzą dlaczego liście zmieniają kolor, ale ja chciałam jeszcze pokazać im kolory jesieni w eksperymentalnym wydaniu.
Znalazłam opis eksperymentu, w którym można zobaczyć jak barwy jesiennych liści rozkładają się na barwy składowe, a wśród nich powinien znaleźć się kolor zielony, na dowód, że nie cały chlorofil już się rozłożył, nawet jeśli liść jest czerwony.
Podczas eksperymentowania zawsze pracujemy metodą naukową, to znaczy, że stawiamy hipotezy i wyciągamy wnioski z wykonanych badań.
Zrobiliśmy wszystko według instrukcji.
Posegregowaliśmy zebrane liście według kolorów. Liście zostały pracowicie rozdrobnione, roztarte i w słoiczkach zalane alkoholem. Kiedy barwnik z liści przeszedł do alkoholu, dzieci mogły zobaczyć piękne, żywe kolory: zielony, żółty i brunatno-czerwony.
Zadałam uczniom pytanie:
Co się stanie, gdy do każdego słoiczka włożymy papierowy ręcznik?
Wszyscy zgodnie postawili hipotezę, że ręcznik nasiąknie i będziemy mogli zobaczyć na nim taki kolor, jaki miały liście w słoiku.
W tym momencie zostawiliśmy nasze laboratorium na cały weekend, a w poniedziałek, ku uciesze dzieci, których hipotezy się sprawdziły, mogliśmy zobaczyć piękne, żywe kolory na ręcznikach.
Tylko ja nie byłam zadowolona z efektów eksperymentu.
Niestety, chromatografia nie wyszła, ale dziecięce notatki już tak.
W okolicy szkoły mamy sporo drzew różnych gatunków, które posłużyły nam jako materiał badawczy.
Dzięki badaniom dzieci, dowiedziałam się, że wśród nich rośnie młody platan, którego nigdy wcześniej nie zauważyłam.
Sprawdziliśmy jeszcze jak spadają liście z drzew, a potem każde dziecko wyobraziło sobie, że jest takim spadającym liściem.
Co liść mógłby myśleć w trakcie spadania?
Według dzieci, spadanie jest bardzo przyjemne, tylko lądowanie może nie być już takie miłe.
W tym momencie wykorzystałam okazję, do poćwiczenia z dziećmi krótkich wypowiedzi pisemnych. To przykład na to, że projekt typowo przyrodniczy może sięgać po aktywności z różnych dziedzin.
Nasz projekt jeszcze potrwa, bo widzę, że zainteresowanie uczniów się nie kończy, a i pytań na tablicy projektowej jeszcze sporo zostało.
27 października
Czy już wiem i potrafię?
W projekcie „Odkrywamy jesień” uczniowie osiągają różne cele. Jednym z wielu jest umiejętność rozpoznawania gatunków drzew po liściach i owocach, a żeby się tego nauczyć, trzeba najpierw zbadać drzewa, zgromadzić materiał porównawczy, wyszukać informacje w różnych źródłach i zrobić notatki.
Czy to już wystarczy, by móc powiedzieć, że umiem rozpoznawać gatunki drzew?
Trzeba to sprawdzić.
Ale jak? Testem? Sprawdzianem?
Jest znacznie lepszy sposób, by sprawdzić, co zostało w głowach po przeprowadzeniu badań.
Należy udać się w miejsce, w którym zadania testowe same pchają się w ręce, leżą pod nogami i wiszą nad głowami.
My poszliśmy do parku, by w trzyosobowych zespołach wykonać zadania sprawdzające.
Najpierw trzeba było zebrać liście i owoce poszczególnych gatunków drzew posługując się listą przygotowaną przeze mnie, a potem ułożyć zgodnie z kodem. To niełatwe zadanie, bo najpierw trzeba było zastanowić się, który liść należy do dębu szypułkowego, a który do jesionu albo do jawora.
Zgromadzony materiał wykorzystaliśmy jeszcze do kodowania liczb 50 i 100, układając je z elementów przyrodniczych zgodnie z przypisaną wartością.
Kiedy wracaliśmy do szkoły szurając kolorowymi liśćmi i wdychając zapach jesiennego parku (zupełnie inaczej pachniało tam, gdy byliśmy w czerwcu), wykonaliśmy jeszcze jeden test.
Bardzo prosty test.
Jak nazywa się drzewo, pod którym właśnie stoimy?
Dzisiaj w parku zobaczyłam jak bardzo radosne i zadowolone mogą być dzieci, które właśnie zostały poddane procesowi sprawdzania wiedzy.
4 listopada
Dziś proponujemy lekturę fragmentów – tylko dla zorientowania się w temacie, ale zaraz potem kliknięcie w link do źródła z pełną wersją – najnowszego (bo z soboty 6 listopada 2021 r.) tekstu kolegi Jarosława Pytlaka, który – jak zawsze – bez ogródek, odważnie i ze znajomością (z autopsji) opisywanej sytuacji – prezentuje realia funkcjonowania dyrektorów szkół w czasie narastającej czwartej fali pandemii. Przepraszamy Autora za dokonanie znacznych skrótów, ale uznaliśmy, że naszym celem jest tylko zachęcenie czytelniczek i czytelników do wejścia na stronę „Wokół Szkoły” i przeczytanie całości:
Na jakiej podstawie prawnej?!
Jeśli ktoś zorganizowałby plebiscyt na pytanie roku, to powyższe w dobie pandemii miałoby wielkie szanse. A wśród dyrektorów przedszkoli i szkół prawdopodobnie wygrałoby bez apelacji.
Niby wszystko jest jasne. Opasłe tomy ustaw i rozporządzeń dekretują wszelkie przejawy aktywności w oświacie, od programów, przez organizację, po finansowanie. I tylko mnogość firm szkoleniowych oraz wszelkiego typu poradników świadczy, że jest tego zbyt dużo, aby prosty dyrektor placówki był w stanie wszystko sensownie ogarnąć. Ogarnia więc wycinkowo, gdy coś jest potrzebne. W normalnych czasach to zupełnie wystarcza, bo kuchnia takiego zarządzania rzadko tylko stanowi przedmiot zainteresowania szerszego grona ludzi: nauczycieli lub rodziców uczniów. Ale za sprawą pandemii czasy nie są normalne. A już podejmowanie decyzji o wysyłaniu uczniów na tzw. zdalne nauczanie budzi obecnie mnóstwo wątpliwości i emocji. Tym więcej, im więcej jest zakażeń, których jednym z głównych ognisk są przecież placówki oświatowe. […]
Kwestia kierowania uczniów na zdalne nauczanie ujęta jest w Rozporządzeniu MEiN w sprawie bezpieczeństwa i higieny w publicznych i niepublicznych szkołach i placówkach. Jego §18 ust.2a głosi:
Dyrektor, za zgodą organu prowadzącego i po uzyskaniu pozytywnej opinii właściwego państwowego powiatowego inspektora sanitarnego, może zawiesić zajęcia na czas oznaczony, jeżeli ze względu na aktualną sytuację epidemiologiczną może być zagrożone zdrowie uczniów.
I tyle. Cała reszta tego, co uznaje się w tym temacie za prawo jest radosną twórczością ministra, aplikowaną za pomocą zaleceń, komunikatów i wytycznych. Ich wartość prawna jest żadna, ale mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Poza tym, na straży realizacji owych wytycznych etc. stoją zbrojne ramiona władzy – kuratoria oświaty oraz Sanepid. Który dyrektor zechce kopać się z koniem?! […]
Kluczem do zrozumienia tego, co się dzieje jest niewinne słówko „może” z zacytowanego wyżej fragmentu rozporządzenia. Wynika z niego, że to dyrektor sam decyduje o podjęciu (lub nie) decyzji o zdalnym nauczaniu. I tylko decyzja podjęta wymaga kontrasygnaty Sanepidu i organu prowadzącego. Czy dyrektor ma obowiązek kierowania się wytycznymi, zaleceniami? Niekoniecznie, bo to do niego należy ocena zagrożenia zdrowia uczniów. A komunikatami ministra? Tym bardziej nie. To jednak teoria. Praktyka jest inna, bo prawo powielaczowe ma się w oświacie doskonale. […]
Wczoraj na fejsbukowym profilu dr Marzeny Żylińskiej zamieszczony został taki tekst:
Jeśli nie chcemy żyć w świecie bez empatii
Wychować człowieka mądrego, czy raczej dobrego i mądrego. Wiedza i sprawne posługiwanie się narzędziami bez empatii jest zagrożeniem dla społeczeństwa, czego właśnie doświadczamy.
Jak wygląda świat bez empatii, wszyscy dziś widzimy. Dlatego powinniśmy zastanowić się, co zrobić, żeby z dzieci, i młodych ludzi nie wyrośli dorośli, którzy z obojętnością będą patrzeć na cierpienie innych ludzi, dla których miłość bliźniego nie jest pustym frazesem.
Chcemy, żeby nasze dzieci (młodzież) dużo umiały, ale za mało dbamy o to, żeby były dobrymi ludźmi. Dziś problem obojętności na ludzkie cierpienie, problem braku empatii i zasad moralnych uderzył w nas z niesamowitą siłą. Warto zadać sobie pytanie, jak chcemy na to, co nas otacza odpowiedzieć.
Gdybym dziś pracowała w szkole, połączyłabym empatię i sposób traktowania innych ludzi z różnymi hasłami zawartymi w podstawach programowych.
Kompetencję czytania i pisania można rozwijać w oparciu o opowiadania z książek „Przyjaciele żyrafy. Bajki o empatii” (tom 1, 2 i 3). To krótkie, życiowe historyjki z dołączonymi do nich tematami do dyskusji i zadaniami. Te książki warto wykorzystać też na godzinach wychowawczych. To niezwykle mądre książki, których tematem jest dobro.
Jeśli chcecie u swoich uczniów rozwijać empatię, uczynić dobro tematem lekcji, to sięgnijcie po książkę „Co robią uczucia” Tiny Oziewicz. To też dobry pretekst do tego, by mówić o największej bolączce naszych czasów, czyli o wszechobecnym egoizmie i materializmie.
Książki znajdziecie w Księgarni Internetowej Edukatorium
Wczoraj na internetowym profilu Wojtka Gawlika znaleźliśmy – pod plakatem jak wyżej – taki oto tekst:
SZKOŁA W ZMIANIE – EWOLUCYJNA REWOLUCJA
Czy całkowita zmiana systemu edukacji pozostaje jednie w strefie naszych marzeń?
Wpływ każdego z nas na szkolnictwo w Polsce jest niewielki i pewnie można by tym stwierdzeniem, po prostu się poddać. Jednak nic bardziej mylnego. Każdy z nas ma olbrzymi wpływ na to, co się dzieje w jago najbliższym otoczeniu. A kaskadowe włączanie kolejnych osób w takie działanie, sprawia, że tworzymy ruch, który ma moc zmieniania świata.
Moc sprawcza każdego z Nas może już dziś sprawić, że ktoś poczuje się lepiej, ktoś pokocha daną dziedzinę wiedzy, ktoś zostanie zaakceptowany, a ktoś inny znajdzie przyjaciół. Z perspektywy społeczeństwa suma tych pojedynczych zmian sprawia, że świat staje się lepszy. A uczniowie, którzy wychodzą z murów szkolnych są bardziej przygotowani do tego, co ich czeka w przyszłości.
Dlatego warto mieć marzenia, bo “Jeśli chcesz dojść do celu, musisz patrzeć dokąd idziesz. Jeżeli nie będziesz patrzył dokąd idziesz, to dojdziesz tam, gdzie patrzysz.”
Ale marzenia nie wystarczą. Żeby gdziekolwiek dojść, trzeba pamiętać o tym, że każda podróż rozpoczyna się od założenia butów (no chyba, że jesteś Hobbitem – wtedy biegasz na bosaka), postawienia pierwszego kroku i wyjrzenia poza granice własnego ogródka.
Jeśli wyzwaniem jest zmiana edukacji, liczy się suma tysięcy małych kroków, wykonanych przez tysiące nauczycieli, rodziców i uczniów, w setkach szkół. Potrzebne są działania, które pozwolą nam zbliżyć się do siebie i wspólnie stawiać pierwsze kroki w ewolucji systemu nauczania. Afrykańskie powiedzenie brzmi: “Jeśli chcesz iść szybko -idź sam. Jeśli chcesz iść daleko – IDŹ RAZEM”.
Taki cel przyświecał nam podczas projektowania Świątecznego Jarmarku Edukacyjnego. Jest to przestrzeń, w której chcemy rozmawiać zarówno o wspaniałych celach naszych podróży, jak i o tym, jak dobrze zawiązać sznurowadła. Chcemy też budować wspólnotę, w której łatwiej być sobą.
Podczas konferencji nasi cudowni prelegenci będą dzielili się swoją wiedzą, doświadczeniami, upadkami i wzlotami. Będziemy rozmawiali o nas, o relacjach, o komunikacji, o sposobach, o praktyce, o osiągnięciach nauki. Temat Ewolucyjnej rewolucji poruszymy na wielu płaszczyznach, po to, żeby pomóc Wam, być jeszcze lepszymi i bardziej szczęśliwymi nauczycielami i dyrektorami.
Wspólnie z Centrum Doskonalenia Nauczycieli Razem Lepiej zapraszamy 11 i 12 grudnia 2021 r. do uczestnictwa w wyjątkowym wydarzeniu on-line – ŚWIĄTECZNYM JARMARKU EDUKACJI 2 !
Źródło: www.facebook.com/WojtekGawlikEdu
Na tle zamieszczonych na OE informacji o aktualnej sytuacji w jakim trybie funkcjonują szkoły (w dniu 29 października i w dniu 2 listopada) – zapraszamy do lektury obszernych fragmentów (i pełnej wersji „u źródła”) najnowszego tekstu Jarosława Pytlaka na jego stronie „Wokół Szkoły”:
Tańczący z kwarantannami
„Właśnie dostałam info o kolejnym zachorowaniu. Wykończona jestem!” – napisała moja koleżanka w grupie messengerowej dyrektorów szkół STO. Była sobota wieczorem, długi weekend. Mnie dobry los udzielił amnestii na jeszcze jedną noc i złe wiadomości przyniósł dopiero w niedzielny poranek. Może dlatego, że w sobotę przezornie nie otwierałem e-maili.
Piszę niniejsze w poniedziałek. Już wiem, że na czwartoklasistów, którzy szczęśliwie powracają do szkolnych ławek, czekać będzie dużo wolnej przestrzeni. Do klas piątych, które będą kontynuować kwarantannę jeszcze przez tydzień, dołączyły szóste, siódme, ósme, liceum oraz większość klas najmłodszych. Cały ten Armagedon za sprawą dwojga pozytywnych nauczycieli i kilkorga dzieci. […]
Nadal czuję respekt przed groźnym bakcylem, ale równocześnie zdołałem już rozeznać, jak wiele szkód wyrządził czas zdalnego nauczania. Doskonale rozumiem wszystkich, którzy chcą, żeby szkoły pozostały otwarte. Też jestem za tym, choć oczywiście nie wolno wyłączać rozumu. Niedługo miną dwa lata, odkąd jako dyrektor placówki oświatowej przechodzę intensywny kurs epidemiologii. I choć nadal pozostaję amatorem w tej kwestii, pewne zjawiska potrafię teraz zaobserwować i ocenić.
Wirus przenosi się między dziećmi łatwo, dużo łatwiej niż rok temu. Co oczywiste, najszybciej w klasie, w której spędzają ze sobą większość czasu. Mniej groźne są luźne kontakty, na przykład na korytarzu. Dlatego spośród trzech klas czwartych mamy dużo zakażeń w jednej a w pozostałych tylko pojedyncze, po bliższych spotkaniach w ramach zajęć dodatkowych. Prawdopodobnie gdyby nie szybko wprowadzona kwarantanna, zachorowań w tych dwóch klasach byłoby znacznie więcej. […]
Są przypadki bezobjawowe, wykryte tylko przez przezornych rodziców, którzy zaprowadzili na test dzieci kończące kwarantannę, tak dla wszelkiej pewności, i ku swojemu zdumieniu dowiedzieli się, że wynik jest pozytywny. A ponieważ przezornych rodziców jest mniejszość sądzę, że już teraz mamy w szkole wśród uczniów grupę nieświadomych ozdrowieńców.
Zachorowania zdarzają się także wśród zaszczepionych nauczycieli, ale biorąc pod uwagę liczebność naszego zespołu pedagogicznego i fakt, że na co dzień zanurzeni jesteśmy w zbiorniku z wirusami, jakim jest szkoła, infekcje covidowe są w tej grupie rzadkie i zazwyczaj przechodzą lekko. […]
Podtrzymuję swoją opinię, którą wielokrotnie wyrażałem już na blogu, że szkoła nie ma żadnego wsparcia ze strony władz. Do wszystkiego jednak można się przyzwyczaić. Szkoda jedynie, że jutro pracownicy mojego sekretariatu strawią długie godziny na wprowadzanie do systemu blisko 300 osób.
Co komu by szkodziło, żeby choć raz w życiu przydał nam się ten cholerny System Informacji Oświatowej?! Jest w nim większość potrzebnych informacji, w tym najważniejsza: PESEL, czyli ciąg 11 znaków, które w sanepidowym formularzu musimy wklepać z klawiatury. W naszym przypadku razy 300 i koniecznie bez błędu. Myślę, że naprawdę nie trzeba wielkiego programisty, by ułożyć w SIO procedurę odhaczania tylko uczniów i nauczycieli zgłaszanych do Sanepidu, a następnie eksportować taką listę do stosownego systemu. Ale niestety, praca personelu szkolnego jest niezmiennie w tym kraju traktowana jako jeszcze mniej warta niż chłopów pańszczyźnianych, z których ponoć kulturowo się wywodzimy…
A jeśli już jesteśmy przy władzach, to może ktoś zechciałby rozwiązać następującą zagadkę:
W klasie, na przykład, siódmej, mamy niemal 100% uczniów zaszczepionych. Oczywiście jest to tajne przez poufne, ale wychowawca ma jednak dość dobre rozeznanie. Zakażenie zostaje stwierdzone u nauczyciela. Klasę raportujemy do kwarantanny, całą, bo przecież szczepienie jest tajne przez poufne etc., a poza tym ktoś z rodziców mógłby nas okłamać. Szczepione dzieci nie idą na kwarantannę, więc nie jest spełniony warunek zdalnego nauczania, że ponad połowa klasy przebywa na kwarantannie. Ale wie o tym tylko sztuczna inteligencja rozsyłająca SMS-y z Sanepidu. Bo dla szkoły to jest tajne przez poufne. W Polsce nie będzie segregacji sanitarnej – grzmi minister Czarnek. Więc zaszczepieni będą uczyć się przez Teams razem ze swoimi pojedynczymi koleżankami/kolegami, którzy szczepionki nie przyjęli.
Gdzie w tym jest logika?!
Zacząłem od zacytowania sobotniej wiadomości od mojej koleżanki. Przed chwilą napisała: „Ja jestem już u kresu!”. Jakby ktoś pytał o kondycję psychiczną kadry zarządzającej szkołami, proszę to zdanie śmiało zacytować!
Cały tekst „Tańczący z kwarantannami” – TUTAJ
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl
Foto: Karolina Misztal [www.dziennikbaltycki.pl]
Marcin Stiburski – nauczyciel matematyki i fizyki – do niedawn (bo już nie) w Morskiej Szkole Podstawowej w Gdańsku, inicjator idei „Szkoła Minimalna”.
28 października 2021 r. na stronie „POLSKA TIMES” zamieszczono zapis rozmowy, jaki z Marcinem Stiburskim przeprowadziła Magdalena Konczal. Tekst ten został zatytułowany „Mało zarabiamy, bo mało pracujemy”. O pensum nauczycielskim rozmawiamy z Marcinem Stiburskim – fizykiem i twórcą Szkoły minimalnej'”. Oto fragmenty tego wywiadu:
Słynie Pan z niezbyt popularnych, a czasami nawet nieco kontrowersyjnych opinii. Jedną z nich jest ta, dotycząca czasu pracy nauczyciela. Uważa Pan, że nauczyciele pracują za mało?
Przeglądałem raport czasu pracy nauczycieli, który został opracowany w 2014 roku przez Instytut Badań Edukacyjnych. Właśnie tam było pokazane, ile nauczyciele pracują, jak dużo biorą nadgodzin. Głównym mankamentem tego raportu – co też podkreślali badacze – była deklaratywność, a więc raport został oparty na deklaracjach nauczycieli, ponieważ w rzeczywistości nie mamy narzędzi, które pozwoliłyby nam na sprawdzenie realnego czasu pracy nauczyciela.
Kiedy ja obserwuję całą tę sytuację, to widzę ucznia, który siedzi ponad trzydzieści godzin w szkole, bo taki ma plan lekcji i nauczyciela, który w szkole spędza zdecydowanie mniej czasu. Nauczyciele narzekają, że bardzo mało zarabiają, ale też mówią, że pracują więcej, przygotowując się do tych swoich osiemnastu godzin pensum, czyli ponad trzynastu godzin zegarowych, bo, przypomnijmy, że jedna godzina pensum to czterdzieści pięć minut. Uwzględniając czas spędzony na przerwach czy dyżurach, to w dalszym ciągu nie jest to czas pracownika, zatrudnionego na Kodeks Pracy. […]
Nauczyciele będą bronić swojego status quo. To jest trochę tak, jak górnicy bronią swoich deputatów górniczych, a policjanci by bronili swojego wcześniejszego przejścia na emeryturę. Trudno jest nam rezygnować z pewnego układu pracy, który kiedyś wypracowaliśmy. Przewartościowując edukację, musimy mieć wgląd w to, że należy też przewartościować sposób pracy nauczyciela. Nauczyciel dziś nie musi być nauczycielem podawczym, który relacjonuje Wikipedię, ale mentorem, tutorem i przewodnikiem.[…]
Ja nie obserwuję tego, by nauczyciele pracowali po czterdzieści czy pięćdziesiąt godzin, jak to często deklarują. Ci, którzy mają jeden goły etat, najczęściej o godz. 13.00 są już w domu. Ale są też tacy, którzy chcą dorobić więcej, bo oczywiście uposażenie za jeden etat osiemnastogodzinny jest, jakie jest (od 3 200 zł netto w dół), ale wówczas wyrabiają drugi etat i mają 6 200 czy 6 400 zł na rękę. W tym momencie pojawia się pytanie: czy 6 000 zł netto, to jest mało czy dużo? Sądzę, że co najmniej kilkanaście procent nauczycieli pracuje właśnie na dwa etaty.
Myśli Pan, że nauczyciele nie przygotowują się do lekcji?
Nauczyciele deklarują, że się przygotowują. Nawet w sporach, które ze mną prowadzą, mówią, że na jedną godzinę lekcyjną przygotowują się dwie godziny zegarowe i mimo że w danej szkole mają pięć lekcji tego samego typu z pięcioma klasami na tym samym poziomie, to i tak będą deklarować, że do każdej lekcji przygotowują się dwie godziny. Tłumaczą się tym, że są różni uczniowie, ale według mnie to jest naciągana teoria.
Wiadomo, że inaczej trzeba patrzeć na nauczycieli poszczególnych przedmiotów. Inną ilość czasu na obowiązki pozalekcyjne będzie poświęcał matematyk, a inną polonista. Ja uważam jednak, że skoro jest się specjalistą w danej dziedzinie, to jest się też w stanie przeprowadzić zajęcia bez przygotowania. Mechanik nie czyta instrukcji naprawy samochodu przed naprawą samochodu, po prostu to robi.
Oczywiście polonista, gdy zleci uczniom napisanie jakiegoś tekstu, będzie musiał najzwyczajniej w świecie go przeczytać. Gdybym ja chciał zadać dzieciom wiele zadań matematycznych, również musiałbym później je sprawdzić. Ale z drugiej strony ocenianie naprawdę nie musi polegać na sprawdzaniu metodą testu, oceniać można na tysiąc innych sposobów. […]
Chciałabym zapytać o propozycję Ministerstwa Edukacji i Nauki, jaką jest podwyższenie pensum nauczycielskiego o cztery godziny…
Dziś prezentujemy tekst z dawno nie odwiedzanego fejsbukowego profilu Marzeny Żylińskiej:
Czy umiemy wyobrazić sobie szkoły, w których wszyscy uczniowie czerpią radość ze swojego rozwoju? Również ci, którzy rozwijają się nieco wolniej lub mają z czymś trudności? Nie chodzi o to, żeby oszukiwać uczniów, że są świetni, gdy w rzeczywistości mają jakieś problemy, chodzi o to, żeby wiedzieli, że:
>można mieć z czymś trudności i to jest OK,
>można czegoś nie rozumieć,
>można być w czymś wolniejszym,
>można czegoś (jeszcze) nie umieć.
Te wszystkie trudności nie są problemem, gdy człowiek ma motywację do podejmowania kolejnych prób. Bo dziecko ma wiele lat na to, żeby się pewnych rzeczy nauczyć. Chodzi więc o to, by na początku nie straciło motywacji do nauki, zainteresowania światem i wiary w siebie.
Dlatego jedną z najważniejszych kompetencji w zawodzie nauczyciela jest umiejętność podtrzymywania motywacji do pracy wtedy, gdy dzieci / młodzi ludzie ją tracą, bo coś im nie wychodzi.
Nauczyciel, który potrafi przywrócić chęć do pracy zdemotywowanemu dziecku, który rozumie, że coś może sprawiać trudności i potrafi wytłumaczyć, że sukces w życiu odnoszą ci, którzy potrafią realizować własne cele mimo pojawiających się trudności.
Sukces dzieci zależy od tego, czy trafią na dorosłych, którzy rozumieją, że one mają prawo (jeszcze) czegoś nie umieć i nie rozumieć, potrafią je wspierać i zachęcać do kolejnych prób i wciąż im powtarzać, że problemy i trudności są w procesie uczenia się czymś normalnym. O to właśnie chodzi, gdy w podstawach programowych czytamy o dostosowaniu wymagań do możliwości uczniów.
Źródło: www.facebook.com/marzena.zylinska/
Foto: www.olsztyn.com.pl
Dr hab. Stanisław Czachorowski, profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego.
Wczoraj (27 października 2021r.) portal EDUNEWS zamieścił tekst dra hab.Stanisława Czachorowskiego, zatytułowany „Szkoła a Ministerstwo Edukacji Narodowej”. W trosce o właściwy przekaz zamieszczamy go bez skrótów:
W szkolnych murach spędzamy bardzo dużo czasu, co najmniej kilkanaście lat. Podobno uzbiera się tego około 14 tys. godzin. Kawał życia. A po opuszczeniu murów szkolnych, z dyplomem, uczymy się dalej, na studiach, kursach, szkoleniach, indywidualnie, stacjonarnie i coraz bardziej online. Jednym słowem kształcenie (się) ustawiczne. A potem nawet w uniwersytetach trzeciego wieku. Uczymy się tak dużo a i tak odczuwamy braki, luki w swojej wiedzy, umiejętnościach i kompetencjach. Społecznie dostrzegamy powszechny wtórny analfabetyzm. Coś z tym kształceniem jest nie tak?
Szkoła to epizod w historii ludzkości, uczyliśmy się, uczymy i będziemy uczyli się nie tylko w szkole. A teraz jesteśmy w trakcie ogromnej rewolucji technologicznej. Tempo zmian jest ogromne i instytucjonalne nadążanie za potrzebami jest permanentnie zapóźnione. To tak, jakby pieszo gonić jadący autobus. Dlatego czeka nas spora transformacja systemu edukacji. To się nie rozejdzie po kościach ani nie da się „przeczekać”.
Edukacja to duży i ważny fragment naszego życia, a tak mało przykładamy wagi do należytego zorganizowania tego procesu i sfery życia. W praktyce mamy Ministerstwo Szkoły Narodowej na poziomie podstawowym, średnim i wyższym. W nazwie naszego ministerstwa jest edukacja i nauka a nie szkoła jako miejsce: Ministerstwo Edukacji i Nauki (dawniej Ministerstwo Edukacji Narodowej). To dlaczego zajmuje się tylko szkolnictwem, szkołami a nie całym procesem edukacji? Ewidentne zapóźnienie koncepcyjne.
Środowisko edukacyjne jakoś się rozwija. Samo z siebie. Obiektywne procesy społeczne i cywilizacyjne. Czasem zachodzą chaotycznie. Rozwijają się prywatne korepetycje (jako plaster na niewydolność edukacji szkolnej), niedoinwestowani nauczyciele, przeciążeni papierologią i nieproduktywną ideologizacją odchodzą z zawodu, w Polsce powstają coraz liczniej szkoły prywatne i intensywnie rozwijają się różnorodne formy edukacji online. To tylko nieliczne symptomy poważnego kryzysu i zachodzącej dużej transformacji. Kto nie wyda na kucharza, wyda na lekarza. Żałujemy wydatków na edukację (np. na pensje nauczycieli i stworzenie dobrych lokalowo i sprzętowo warunków do pracy w szkołach). Zawsze są inne, pilniejsze i potrzebniejsze inwestycje. Szkoła ma się tylko jakoś zaopiekować uczniami. Zająć się nimi. Niewiele oczekujemy w zakresie dobrej edukacji. Bo ci, którym zależy, to poślą swoje dzieci na korepetycje, płatne kursy, szkolenia online itp. Czyli i tak wydamy i to więcej na „leczenie” skutków słabej edukacji państwowej.
To oczywiście tylko jeden problem. Od dekady intensywnie rozwijają się centra nauki jako pozaszkolne obszary edukacji, rozwija się rozproszona edukacja online, pojawił się crowdlearning. Na uniwersytetach coraz liczniejsze są różnorodne festiwale nauki i zajęcia dla młodzieży szkolnej. To już nie są jakieś małe epizody, ale trwały i ważny element. Ale jeszcze systemowo nie zauważony i nie zintegrowany z edukacją szkolną. Ferment i chaos tak jak w każdej rewolucji technologicznej. Coś się z tego w końcu wykluje. Bo podobnie dzieje się na całym świecie. Społeczeństwa poszukują nowego modelu edukacji, tworzą nowe, współczesne środowisko edukacyjne, w którym szkoły będą w pełni zintegrowane ze środowiskiem pozaszkolnym.











