Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

Screen z pliku na You Tube [www.youtube.com]

 

Agnieszka Jankowiak-Maik podczas wystąpienia na Targach Edukacyjnych w Poznaniu w maju 2021 roku.

 

 

W niedzielę 17 października 2021 r. portal OKO.PRESS zamieścił zapis rozmowy redaktora Piotra Pacewicza z Agnieszką Jankowiak-Maik, znaną szerzej jako „ Babka od histy”. Poniżej zamieszczamy obszerne fragmenty tego wywiadu i link do jego pełnej wersji:

 

 

 

Piotr Pacewicz, OKO.press: Co to będzie ze szkołami, jeśli wejdzie Lex Czarnek? Nadzór kuratorski z groźbą niemal natychmiastowego odwołania niepokornej dyrektorki. Szlaban na zajęcia dodatkowe dla organizacji społecznych. Dacie się zdyscyplinować?

 

Agnieszka Jankowiak-Maik (Babka od histy)*: Wiele nauczycielek i nauczycieli się nie podda, będziemy robić swoje, choć oczywiście pojawi się także strach i zniechęcenie, już zresztą tak się dzieje. Mam nadzieję, że ludzie nie podkulą ogonów i będą dalej jak najlepiej się da pracować dla dzieciaków. Czasem zapominamy, że właśnie dobro dzieciaków jest sednem edukacji.

 

Władza stawia sprawę jasno. Pan minister ma wizję konserwatywno-martyrologiczno-nacjonalistycznego programu, co ma sprawić, że młodzież zostanie uformowana na prawicową modłę. Marszałek Terlecki jasno to wyraził: chodzi o to, by wychować sobie wyborców.

 

Nastroje podtrzymuje kampania Wolna Szkoła, której jestem jedną z promotorek. Tak szerokiej koalicji organizacji społecznych, samorządów i nauczycielskich związków zawodowych jeszcze nie było. Wreszcie rozumiemy, że to naprawdę wspólna sprawa, edukacja dotyczy dosłownie nas wszystkich, a skutki tej kolejnej „deformy” dotkną każdego i każdą z nas. Ale to się nie uda, młodzież jest za mądra, poza tym w czasach internetu nie da się zamknąć młodych w szkolnej bańce. W smartfonach mają inne przekazy, w każdej chwili można zerknąć. Jedno, co może wyjść z Lex Czarnek, to smutek. […]

 

 

Trochę się gubię. Czy nauczyciele i nauczycielki są gotowi na opór, czy też byli i są pogrążeni w konformizmie? Są zaangażowani, czy jest im wszystko jedno?

 

Oczywiście są tacy i tacy, rzeczywistość jest zawsze czarno-szaro-biała, szkołę tworzą ludzie. Płyną do nas sygnały zagrożenia, ale jeśli działa wspólnota szkolna rodziców, nauczycieli i uczniów, to są szanse, że szkoła przeżyje każdy nacisk.

 

Wiele zależy od kultury szkoły. W naszym liceum dużo się zawsze działo. Dodatkowe zajęcia, świetne projekty. Ja sama prowadziłam zajęcia antydyskryminacyjne, co nawet skończyło się prywatnym donosem do kuratorium, musiałam „złożyć wyjaśnienia”. Zobaczymy, co będzie dalej, jak w styczniu wrócę z urlopu macierzyńskiego.

 

Ale zdaję sobie sprawę, że takim osobom jak ja, w dużym mieście, jest łatwiej się przeciwstawiać. Mam niezłą sytuację materialną, mieszkanie, wspaniałą rodzinę. W małych miejscowościach, jak stracisz pracę w szkole, to może być trudno. Trzeba uważać, zwłaszcza jak masz kredyt.

 

To nie jest sztuka protestować w Poznaniu. Bohaterstwem jest protestować tam, gdzie nie ma wsparcia, klimatu wolnościowego.

 

 

Kto napisał na ciebie donos?

 

Nie wiadomo. W zajęciach antydyskryminacyjnych rozmawiamy zawsze o tzw. piramidzie nienawiści – od braku akceptacji aż do eksterminacji – m.in. wobec osób LGBT, ale po donosie mailowym i telefonach do szkoły zajęcia się nie odbyły. Zapraszałam edukatorkę ze stowarzyszenia Stonewall (wielkopolska organizacja LGBT+ zrzeszająca osoby, które popierają postulaty równouprawnienia par tej samej płci oraz walczą z dyskryminacją i przemocą – red.) i to był ten punkt zapalny.

 

Temat nie zniknął, bo o homofobii i akceptacji różnorodności rozmawiam z uczniami i uczennicami także na innych lekcjach. Ludzie się boją tego, czego nie znają, dlatego trzeba ich z tym oswajać.[…] Myśli samobójcze ma w Polsce 80 proc. osób LGBT. To straszne, prawda? Młodzi, wrażliwi ludzie, kompletnie samotni. Opinie prezydenta, liderów partii, biskupów odbierają im poczucie bezpieczeństwa, izolują, podważają godność. Kiedy posłanka Agnieszka Dziemianowicz-Bąk mówiła o takich skutkach kampanii typu „Strefa wolna od ideologii LGBT”, minister Czarnek się śmiał, a posłowie i posłanki PiS klaskali. Jak tak można?

 

 

To było samobójstwo w twojej szkole?

 

Czytaj dalej »



Foto:www.eduopticum.wordpress.com

 

Robert Raczyński

 

 

Śpieszymy donieść, że w sobotę Robert Raczyński zamieścił na stronie swojego bloga, jak zwykle obszerny (18 935 znaków), tekst, zatytułowany „Dużo wywiadów, mało pytań, zero odpowiedzi”. Jest to krytyczna (bardzo!) analiza poglądów innego naszego znajomego „z sieci” – Mikołaja Marceli. Oto fragmenty tego posta i link do całości na stronę „Eduopticum”:

 

Przyznaję, że z Mikołajem Marcelą mam kłopot i nie wiem, czy jest to kwestia mojej percepcji jego przekonań, czy też przekazu medialnego, którego jest bohaterem. Z jednej strony wyraża on w stosunku do dominującego modelu oświaty zastrzeżenia te same, lub podobne do moich, z drugiej, rozmijamy się niemal zupełnie w kwestii wniosków z nich płynących. To znaczy właśnie jego wniosków nie jestem pewien, bo jeśli opierać się na jego wypowiedziach prasowych, to zdają się one sprowadzać do jednego słowa: Zaorać.

 

Nie to, żebym miał się rzucać pod pług, w obronie swego miejsca pracy – bardziej mnie interesuje konstrukcja lemiesza, osoba ewentualnego oracza oraz pod co ta orka ma być przeprowadzona. Kiedy sięgałem po kolejny już w ostatnich tygodniach wywiad, w którym Marcela roztacza swe odkrywcze diagnozy, spodziewałem się, że tym razem wyniosę z niego krzepiącą świadomość, że na polu nowego paradygmatu dokonano już przynajmniej wstępnej podorywki. Tymczasem dziennikarze „przesłuchujący” Marcelę na okoliczność sugerowanych prac polowych wykazują się w tej kwestii wręcz anielską cierpliwością i we wszystkich trzech wymienionych kwestiach zdają się w ogóle odpowiedzi nie oczekiwać. Ewa Raczyńska odbyła z nim jedynie kolejną rozmowę kurtuazyjną, będącą pretekstem do  promocji nowej książki autora, ale i Jacek Żakowski, po którym spodziewałem się więcej werwy, zdobył się tylko na nieśmiałe „i co z tym zrobić?” w swej ostatniej kwestii, podczas gdy każdy zainteresowany czytelnik chętnie wykrzyczałby to pytanie po każdej padającej enuncjacji.

 

Nie wiem, czemu przypisać taką powściągliwość – być może obawie, że żadnej konkretnej odpowiedzi, która podniosłaby poczytność numeru, nie da się otrzymać, a „przesłuchiwany” nie ma do powiedzenia nic, czego nie powiedział już ładnych parę razy w innych mediach. Ogólnik rzucony na koniec naprawdę trudno uznać za jakąkolwiek wskazówkę, wartą dziennikarskiego zachodu. Podejrzewam również, że zdecydowana większość czytelników Polityki nie z tego wywiadu dowiedziała się, że od dawna istnieją już „modele demokratycznej szkoły”, szkoły walfdorskie i oparte na idei montessoriańskiej. Moim zdaniem, „w demokratycznym społeczeństwie” istnieje całe mnóstwo pomysłów na kształt dobrej, nowoczesnej oświaty publicznej, jest za to wyraźny deficyt świadomości dróg do niej prowadzących. Poza tym, zakładając, że ewentualne drogowskazy miałyby zostać postawione w myśl założeń ideologicznych Mikołaja Marceli (w odróżnieniu od merytorycznych, których nie przedstawia), to nowa rzeczywistość oświatowa już u swego zarania skażona zostałaby błędem założycielskim, niemniejszym niż „bismarckowska fabryka”.

 

Jak już wspomniałem, niemal w całości podzielam obserwacje Marceli. Nie są one obce chyba nikomu zaangażowanemu w działanie edukacji. Te same i podobne kwestie były już wielokrotnie dyskutowane w środowisku. Doskonale pamiętam rozmowy, w których sam brałem udział, gorące dyskusje i polemiki na Osi Świata z Danusią Sterną, Pawłem Kasprzakiem i Ksawerym Stojdą, który do dziś jest uważnym recenzentem moich wypowiedzi publicznych, i jestem przekonany, że przyczyną zarówno kontrowersji wokół zmian w edukacji, jak i żółwiego tempa ich introdukcji nie jest brak pomysłów (często zresztą realizowanych na poziomie indywidualnym), a właśnie kurczowe trzymanie się wyobrażenia o jakimś mającym powszechnie obowiązywać, choć póki co zupełnie abstrakcyjnym „modelu”. Jak się zdaje, zdecydowana mniejszość zainteresowanych rozumie, że jeśli jakiś kolejny, współcześnie politycznie poprawny model stanie się obowiązkiem, nie oznacza to jeszcze, że w dzisiejszych realiach spotka się z powszechną akceptacją. Tymczasem Marcela jako aksjomaty traktuje zjawiska będące jedynie ewentualnością (adekwatne zdolności intelektualne, ciekawość, motywacja, chęć poszerzania horyzontów, stałość w dążeniach), a które (martwą) regułą stać się mogą jedynie w przypadku siłą narzuconego dekretu, czyli dokładnie tak samo, jak w przypadku systemu będącego przedmiotem krytyki.

 

Zacznijmy od wysokiego C, podstawowego „rozwiązania”, które „autor bestsellerowych poradników” jakby mimochodem sugeruje na koniec wspomnianego wywiadu, a mianowicie idei „greckiej schole”.

 

Czytaj dalej »



Źródło: www.google.com

 

 

Ponad tydzień temu (4 października 2021) portal „Juniorowo” zamieścił obszerny tekst Elżbiety Manthey, zatytułowany Po co komu zebrania rodziców?”. Uznaliśmy, że zawarte w nim spostrzeżania i opinie warte są udostępnienia. Oto fragmenty tego tekstu; wyróżnienia podkreśleniami i pogrubioną czcionką – redakcja OE:

 

 

Szkolne zebrania z rodzicami. Nauczyciele się nimi stresują, rodzice gimnastykują się, żeby wcisnąć je w trzeszczący w szwach grafik swoich obowiązków, a potem siedzą na niewygodnych uczniowskich krzesełkach i nerwowo patrzą na zegarki. Czy te zebrania są komukolwiek potrzebne?

 

Typowe zebranie rodziców: nauczyciel przekazuje przygotowane wcześniej informacje, plus ewentualnie plik dokumentów do podpisu a na pierwszym zebraniu w roku szkolnym łapanka do trójki klasowej. Wersja rozszerzona: jest jakiś problem w klasie, albo któraś z informacji budzi wątpliwości i jest wśród rodziców ktoś odważny, kto się wypowie. Wywiązuje się dyskusja, która zazwyczaj donikąd nie prowadzi, bo albo nauczyciel nic nie może („takie mamy realia”, „to nie ode mnie zależy”, takie są decyzje dyrekcji”, „takie są szkolne zasady”), albo rodzice nie są w stanie dojść między sobą do porozumienia w kwestii tego, czego tak naprawdę chcą, na czym im zależy i o co im chodzi. […]

 

Takie zebrania to strata czasu. Informacyjna funkcja zebrań jest już nieaktualna. W świecie, kiedy informacje można przekazywać na dziesiątki różnych sposobów spotkanie w szkole nie jest potrzebne do ogłoszenia zasad oceniania, systemu przyznawania karnych punktów z zachowania, czy że w tym roku nie będzie podwieczorków, jeśli nie zakłada się otwartości na dyskusję wokół tych tematów (a zazwyczaj szkoła nie zakłada). Nie ma większego sensu spotykanie się z ludźmi, których nie ma się zamiaru wysłuchać i których zdania i tak nikt nie weźmie pod uwagę. A straszenie tym, że „będzie ciężko” to w ogóle jakaś pomyłka, bo niby co rodzice mają zrobić z taką ponurą wizją?

 

Takie zebrania to teatra władzy, który rozrywa się w szkole od początku jej istnienia. Rodziców zawiadamia się o zebraniu, a właściwie wzywa na nie („obecność obowiązkowa”), sadza się ich w uczniowskich ławkach, po czym nauczyciel wykłada im to, co ma do zakomunikowania. Rodzice wchodzą w tę rolę jak w masło – znów na godzinę stają się dziećmi, które nie chcą się wychylać, żeby nie rozgniewać pani. […]

 

Czy w takim razie zebrania rodziców w szkole są niepotrzebne? Wręcz przeciwnie – potrzebne są bardzo! Spotkania z rodzicami mogą być czymś niezwykle konstruktywnym i wzmacniającym dla procesu edukacyjnego, środowiska szkolnego, nauczycieli i samych rodziców. Tylko żeby tak było, trzeba do nich podejść zupełnie inaczej.

 

Czytaj dalej »



Na portalu EDUNEWS, pod zakładką <Szkoły>, jego redaktor naczelny Marcin Polak zamieścił swój tekst pt. Jak przestrzeń może wspierać pracę nauczycieli w klasie?”  Oto jego obszerne fragmenty:

 

Foto: www.edunews.pl

 

Przestrzeń sali lekcyjnej może rzeczywiście być „trzecim nauczycielem” (pod pewnymi warunkami), o czym pisał już w swoich pracach Loris Malaguzzi włoski pedagog i współtwórca metody nauczania Reggio Emilia. Podobnie, pomocna dla nauczyciela może być też przestrzeń wspólna szkoły, w której można w trakcie zajęć zrealizować jakieś elementy lekcji metodami aktywnymi. Stosunkowo dużo czasu spędzamy w szkołach na dekorowaniu klas i wspólnych przestrzeni. Może moglibyśmy więcej czasy poświęcić na zastanowienie się, jak wykorzystać tę przestrzeń, aby rzeczywiście wspierać proces uczenia się uczniów w szkole.

 

Ponowne przemyślenie procesu nauczania i uczenia się pod kątem tego, jak uczniowie będą się uczyć, w konsekwencji rodzi pytanie o środowisko fizyczne, w którym na co dzień pracujemy. Paradoksalnie – każdy wyobrazi tu sobie, że przecież w „starych” szkołach się nie da nic zrobić z tą przestrzenią. Że nie będą nigdy tak ładne jak te w nowych budynkach. Że są to odrębne cele, w których zamyka się nauczyciel z uczniami i w tych pomieszczeniach nie da się nic więcej wymyśleć. To nieprawdziwe założenie, jeśli przyjąć założenie, że środowisko uczenia się powinno być kształtowane w szkole tak, aby jak najlepiej wspierać interakcje nauczycieli i uczniów podczas lekcji. Jeśli zależy nam tylko na „przelaniu” wiedzy w formie wykładu, być może przestrzeń będzie miała mniejsze znaczenie. Jeśli chcemy uczyć także kompetencji kluczowych (albo wręcz tzw. superkompetencji 4K: krytyczne myślenie komunikacja, kooperacja, kreatywność) – przemyślenie przestrzeni, w której się znajdujemy będzie kluczowe (z wszystkimi plusami i minusami…). Wspieranie nauki opartej na współpracy będzie trudne w klasie z rzędami ławek ustawionymi przodem do tablicy. Choć z drugiej strony niemal każdy nauczyciel wie, jak trudno jest zwrócić na siebie uwagę uczniów siedzących w grupach.

 

Czytaj dalej »



W najnowszym numerze „Głosu Nauczycielskiego” można przeczytać wywiad z dyrektorem Zespołu Szkół Rzemiosła w Łodzi. Oto fragmenty zapisu tej rozmowy:

 

Foto: www.glos.pl

 

Marcin Józefaciuk – dyrektor Zespołu Szkół Rzemiosła w Łodzi, człowiek dwu pasji: pracy z młodzieżą i… dłuuugiego biegania.

 

 

Łatanie” planu lekcji w szkole. Dyrektor Marcin Józefaciuk:

Uczniowie zamiast lekcji fizyki mają geografię

 

 

Z Marcinem Józefaciukiem, dyrektorem Zespołu Szkół Rzemiosła im. Jana Kilińskiego w Łodzi, rozmawia Katarzyna Piotrowiak

 

Czy z powodu braku nauczycieli prawo do nauki może być zagrożone, jak alarmuje RPO? Jak to wygląda z perspektywy Waszej szkoły?

 

Prawo do nauki już jest zagrożone. Mamy pierwsze tygodnie nauczania stacjonarnego, a plan lekcji ciągle jest „łatany”. Jeśli zatrudniamy nauczyciela emerytowanego, nowego nauczyciela czy specjalistę zawodowego, to często musimy zmienić plan pod tę osobę. Inni nauczyciele też zaczynają tego wymagać. Kłopot polega na tym, że nauczycieli jest za mało, żeby domknąć plany lekcji, a kiedy jeden z nich musi coś pilnie załatwić, to bierze urlop bezpłatny i wypadają lekcje, bo nie zawsze mamy komu dać zastępstwo. Coraz częściej zdarza się, że nauczyciele rezygnują z pracy w trakcie roku szkolnego. Jedna z nauczycielek zrezygnowała zaraz na początku września.

 

 

MEiN twierdzi, że obecna sytuacja kadrowa nie odbiega od tej sprzed lat…

 

Jest jeszcze za wcześnie, by ministerstwo mogło mówić o sytuacji kadrowej w szkołach. W SIO nie znajdziemy wszystkich danych. Te z września to są nadal szczątkowe dane. Dopiero w październiku będzie można ocenić sytuację, podać, ile jest wakatów, a ile osób otrzymało godziny ponadwymiarowe.

 

 

Ilu nauczycieli realizuje ponadwymiarówki w Waszej szkole?

 

Czwarty rok jestem dyrektorem i mogę powiedzieć, że ten temat wywołuje różne komentarze. Z jednej strony staram się trochę „ugłaskać” nauczycieli dodatkowymi godzinami, z drugiej jest coraz więcej takich osób, które „muszą” je wziąć, bo inaczej nie miałby kto uczyć. Przed laty tych godzin ponadwymiarowych mieliśmy trzy – cztery w tygodniu plus jeszcze zastępstwa.W tym roku mam kilkunastu nauczycieli realizujących od 1,3 do 1,5 etatu. Osoby bez nadgodzin to głównie wuefiści, pedagog, psycholog i ja sam, bo nie mogę ich mieć jako dyrektor szkoły, podobnie zresztą jak inni nauczyciele pełniący funkcje kierownicze – wicedyrektorzy oraz kierownik kształcenia praktycznego.

 

 

Zespół Szkół Rzemiosła to specyficzna szkoła. Jak duże są braki kadrowe?

 

Na chwilę obecną brakuje nam nauczyciela instruktora jazdy ciągnikiem, a także nauczyciela instruktora jazdy konnej. Nie mamy też fizyka. Uprzedzając pani pytanie, powiem, że poradziłem sobie z tym brakiem, zmieniając ramowy plan nauczania. Przydzieliłem niektórym klasom więcej geografii, a fizykę przerzuciłem na następne lata. Mogę to zrobić, więc skorzystałem z takiej możliwości. Nie miałem innego wyjścia. Moja matematyczka, która prowadzi także zajęcia z optyki, wzięła tylko kilka dodatkowych lekcji z fizyki. Już ma półtora etatu. To są rozwiązania na teraz. W następnym roku szkolnym fizyk będzie potrzebny na cały etat, nie wiem, jak poradzi sobie z tym wszystkim nowy dyrektor szkoły.

 

Jako to nowy dyrektor?

 

Kończę kadencję.

 

 

I nie chce Pan już być dyrektorem szkoły?

Zobaczymy. Coraz bliższy jestem tej decyzji, żeby już nie startować na kolejną kadencję. Wracając do fizyka. Szukam go trzeci rok. Miałem wcześniej fizyka, też emerytowanego, który wcześniej pracował w gimnazjum. Zgodził się mimo problemów ze zdrowiem. Całkiem dobrze radził sobie w czasie pandemii, wręcz można powiedzieć, że nauczanie zdalne było w jego sytuacji lepszym rozwiązaniem. Niestety, nie mógł wrócić we wrześniu. Zdrowie…[…]

 

 

Dyrektor szkoły, do tego anglista, informatyk, wuefista. Może należałoby zapytać, czego Pan jeszcze nie uczył?

 

Uczę jeszcze etyki… Ta lista to po części efekt zainteresowań, a po części konieczności. Ktoś musi uczyć, kiedy są braki kadrowe. Dodatkowych kwalifikacji z fizyki nie zrobię, bo nie jestem ścisłowcem. Przyszłość jest niewiadoma. Obawiamy się jej. Kiedy był spokój, trochę stabilizacji, wtedy widzieliśmy przyszłość. Obecnie nie mamy zielonego pojęcia, co nas czeka. […]

 

 

A co Pan odpowiada, kiedy ktoś chce wiedzieć, czym się Pan zajmuje?

 

Mówię, że jestem nauczycielem i jestem z tego dumny. Ale nie podoba mi się sposób traktowania nauczycieli w moim kraju. Nauczyciele dają z siebie wszystko. Proszę zobaczyć, co porobiło się przez ostatnie lata. Pandemia nieco zmieniła ten negatywny odbiór społeczny, kiedy rodzice weszli w buty nauczyciela. Mam nadzieję, że będą nas teraz bardziej rozumieć.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

 

 

Są to fragmenty wywiadu opublikowanego w „Głosie Nauczycielskim” nr 39 z 29 września br. Całość – w wydaniu papierowym i elektronicznym TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.glos.pl

 

 



Foto: www.publicystyka.ngo.pl

 

Dr Jędrzej Witkowski – prezes zarządu Centrum Edukacji Obywatelskiej

 

 

Dziś proponujemy lekturę tekstu dr Jędrzeja Witkowskiego – prezesa Zarządu Fundacji Centrum Edukacji Obywatelskiej, zamieszczonego 6 października 2021 r. na podstronie < Blogi > portalu Centrum Edukacji Obywatelskiej, zatytułowanego „Wizja szkoły na przyszłość, której nie znamy”.

 

Tekst został pierwotnie opublikowany w raporcie „Szkoła ponownie czy szkoła od nowa? Jak wygląda powrót do edukacji stacjonarnej?”, który powstał we współpracy i przy wsparciu zespołu Centrum Edukacji Obywatelskiej.

 

Zamieszczamy jedynie fragmenty tej publikacji, odsyłając w celu zapoznania się z całym tekstem do źródła:

 

Jeśli obecny kryzys ma stać się szansą do wyobrażenia polskiej szkoły na nowo, potrzebujemy wszyscy poważnej rozmowy, jaka edukacja może dobrze służyć wszystkim młodym ludziom w przyszłości i do jakiej szkoły naprawdę warto wracać. Eksperci i ekspertki zgadzają się, że podstawą do myślenia i rozmowy o szkole na nowe czasy powinny być: tradycyjne, sprawdzone i mocno zakorzenione w systemie podejścia, innowacyjne praktyki i wyniki badań edukacyjnych oraz wnioski z okresu edukacji zdalnej (Fullan, 2020). Jesteśmy przekonani, że w rozmowie o przyszłości szkoły powinniśmy wziąć udział wszyscy. Warto wsłuchiwać się w głos uczniów i uczennic, nauczycielek i nauczycieli, dyrekcji szkół, rodziców, ekspertów edukacyjnych i władz oświatowych.

 

Poniżej opisujemy, do jakiej szkoły warto wracać według Centrum Edukacji Obywatelskiej. Wizję tę formułujemy na podstawie wielu lat doświadczeń pracy z tysiącami szkół, bacznej obserwacji i analizie ostatniego roku, ostatnich tygodni i dni oraz wniosków z badań, które podpowiadają, jak tworzyć szkoły możliwości dla naszych dzieci.

 

 

TEZA 1: Znajdźmy nową równowagę priorytetów: budowania podmiotowości, dostarczania wiedzy, rozwijania kompetencji

 

Dziś szkoła skupiona jest na wiedzy przedmiotowej i wąsko rozumianych umiejętnościach przedmiotowych. Pozostałe elementy są w szkole obecne w sposób dalece niewystarczający lub pojawiają się w niej tylko teoretycznie. Potrzebujemy nowej równowagi priorytetów szkoły – dostarczania wiedzy, rozwijania kompetencji i budowania podmiotowości młodych ludzi (Fadel i in., 2015). […]

 

 

Wiedza. Szkoła powinna przekazywać wiedzę, która wyjaśnia otaczający nas świat, pozwala młodym ludziom go zrozumieć w jego złożoności i samodzielnie go poznawać również po lekcjach.

 

Kompetencje. Szkoła powinna rozwijać kompetencje ogólne, które pozwalają młodym ludziom skutecznie funkcjonować w szkole i dorosłym życiu. Warto, aby uczyła samodzielnego myślenia, współpracy, rozwiązywania problemów, empatii, zarządzania sobą i uczenia się.

 

Podmiotowość i wspólnotowość. Szkoła powinna w ramach działań wychowawczych budować poczucie własnej wartości, skuteczności i sprawstwa młodych ludzi, ich poczucie przynależności do wspólnoty i odpowiedzialności za nią.

 

 

TEZA 2: Spójrzmy na całość szkolnego doświadczenia, zadbajmy o dobrostan

 

Czytaj dalej »



Szukając kompleksowego opracowania, którego przedmiotem byłby polski system szkolny, natrafiliśmy na tekst sprzed dwu lat, który został opublikowany w numerze 4 (89) 2019 czasopisma e-mentor.

 

Na stronie tego, wydawanego przez Szkołę Główną Handlową w Warszawie oraz Fundację Promocji i Akredytacji Kierunków Ekonomicznych,czasopisma naukowego zamieszczono obszerny tekst dwu autorek: Barbary Kurowskiej i Kingi Łapot-Dzierwy, zatytułowany „Tradycyjna czy twórcza – jaka jest polska szkoła?”. Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji:

 

Abstrakt

Współczesna szkoła ciągle narażona jest na krytykę różnych grup społecznych. Co leży u podstaw niezadowolenia i które aspekty jej funkcjonowania są negatywnie oceniane? By dowiedzieć się, jaki jest wizerunek polskiej szkoły, czy bliżej jej do tradycyjnej czy twórczej, przeprowadzono badania sondażowe wśród przyszłych nauczycieli oraz przeanalizowano publikacje prasy codziennej, blogi i portale internetowe, przeznaczone dla rodziców, w których pojawiały się treści dotyczące współczesnej szkoły. Z przeprowadzonych wywiadów i analizy treści zamieszczanych w mediach wyłania się obraz szkoły bardziej tradycyjnej, niż twórczej. Szkoły, która przekazuje wiedzę, a nie kształtuje umiejętności i postaw. Takiej, w której brak indywidualnego traktowania ucznia, w której nie bierze się pod uwagę jego zainteresowań i potrzeb a dąży do realizowania tego, czego chce nauczyciel oraz regulujące jego pracę podstawy programowe. Szkoły pełnej biurokracji i ciągle zmieniających się przepisów. Takiej, w której nie ma miejsca na twórczą aktywność i kreatywność, gdyż ważniejsze jest terminowe realizowanie programu nauczania. […]

 

Działalność współczesnej szkoły nie może być skierowana na uzyskanie „produktu standardowego” (Schulz, 1996, s. 18), przekazanie wszystkim uczniom tych samych wiadomości, ukształtowanie u nich tych samych umiejętności, bez względu na ich indywidualne cechy, zainteresowania i oczekiwania. Rozwijanie kreatywności i stymulowanie aktywności twórczej dzieci i młodzieży, wychowanie człowieka innowacyjnego, potrafiącego prowadzić twórczy styl życia, to kluczowe działania niezbędne, by przygotować uczniów do sprostania wyzwaniom XXI wieku (Denek, 1999, s. 14-15; Szmidt, 2007, s. 232). Czy współczesna szkoła, w swej obecnej postaci, jest w stanie zrealizować te zadania? […]

 

 

Dlaczego dzisiejsza szkoła nie bywa twórczą?

Współczesny system szkolnictwa krytykowany jest niemal przez każdego: uczniów, rodziców, a nawet nauczycieli. Krytyka ta sprowadza się m.in. do kwestii braku atrakcyjności szkoły dla uczniów, przedmiotowego ich traktowania, wyobcowania społecznego, niedofinansowania szkół, niskich kwalifikacji nauczycieli, przeładowanych programów (co niesie za sobą konieczność spędzania przez uczniów coraz większej ilości czasu na nauce w szkole i poza nią), narastającej biurokracji. Jak twierdzą Krzysztof Szmidt i Edward Nęcka: „wszystko to rodzi wizję szkoły jako niepokojącego mrowiska, bez perspektyw rozwojowych, mało implikatywnego i wyrażanego mało kreatywnym językiem” (za: Barska, 2012, s. 54). W takiej przestrzeni nie dziwi nagradzanie szybkości myślenia kosztem refleksyjności, powrót koncepcji szkoły, która nie uczy, jak się uczyć, a premiuje te standardowe wytwory uczniów, które poddają się łatwej i bezdyskusyjnej ocenie (Barska, 2012, s. 54).

 

Dlaczego współczesna szkoła nie bywa szkołą twórczą? Może jest to związane ze zbytnią koncentracją nauczycieli na realizacji programu, z brakiem czasu na innowacyjne działania, ze sztywnym rozumieniem autorytetu nauczyciela, ze słabą orientacją nauczycieli w możliwościach i zdolnościach swoich wychowanków, z wyróżnianiem za dobre i wierne odtwarzanie treści programowych? Może z dążeniem nauczycieli głównie do przekazywania wiedzy gotowej, obiektywnej, encyklopedycznej, czego konsekwencją jest brak zaangażowania uczniów, niechęć do kreatywnego myślenia i dochodzenia do mniej oczywistych koncepcji. Bogusław Śliwerski, zwracając uwagę na cztery grupy błędów współczesnej edukacji i towarzyszących im negatywnych zjawisk, podkreśla zły system kontroli i oceniania powodujący, że szkoły „stają się niedowartościowanych jednostek, osób o zaniżonej samoocenie, lekceważących w następstwie tego procesu znaczenie zdobywania wiedzy” (Śliwerski, 2008,s.37). […]

 

 

Współczesna szkoła z perspektywy studentów kierunków pedagogicznych

Oprócz wizerunku szkoły kreowanego przez media, istotny jest również sposób jej postrzegania przez samych nauczycieli, gdyż to oni w dużej mierze są jej twórcami. By poznać opinie nauczycieli i przyszłych nauczycieli na temat współczesnej szkoły, przeprowadzono badania sondażowe wśród 60 studentów kierunku pedagogika przedszkolna i wczesnoszkolna II roku studiów magisterskich uzupełniających, stacjonarnych i niestacjonarnych. Wśród badanej grupy 38 osób było już czynnymi zawodowo nauczycielami, pozostałe deklarowały chęć podjęcia pracy w zawodzie od razu po zakończeniu studiów. […]

 

Czytaj dalej »



Foto: AKPA /MWMedia[www.fakt.pl/kobieta]

 

Edyta Pazura

 

 

Na portalu mama:DU zamieszczono w środę (6 października 2021r.) tekst, którego tytuł wystarczy za jego reklamę: „Jeden wielki bajzel”. Edyta Pazura nie kryła frustracji po odebraniu córki ze szkoły”. Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji:

 

Edyta Pazura w swoich mediach społecznościowych stara się nie lukrować macierzyństwa. Tym razem napisała post, w którym ze szczerością opowiedziała, co myśli o polskim systemie edukacji. Już wcześniej zamieściła zdjęcie przemęczonej córki, która zasnęła w samochodzie podczas powrotu ze szkoły.

 

Edyta Pazura znana jest ze swojego dystansu do rzeczywistości, stara się też nie upiększać macierzyństwa. Tym razem postanowiła podzielić się z fanami tym, że martwi się o swoją córkę. Uważa że dzieci są za bardzo obłożone nauką i mają za dużo obowiązków.

 

 

Wszyscy są sfrustrowani

 

Wczoraj padł FB i Instagram, a ja czekam aż padnie to… Nasz system edukacji, w którym są sfrustrowane dzieci, sfrustrowani nauczyciele i jeszcze bardziej sfrustrowani rodzice. Tragedia zbliża się wielkimi krokami, brakuje już psychologów, a niektórzy rodzice zamiast wspierać dziecko w ciężkich chwilach, na oceny poniżej 4 reagują histerią i wzywają nadzwyczajny, rodzinny szczyt G8, aby udzielić dziecku korepetycji” – pisze w swoim poście na Instagramie Edyta Pazura.

 

Dodaje, że prawda jest taka, że jeżeli pół klasy dostaje 1 to oznacza, że rolą nauczyciela jest nadrobić z dzieciakami materiał.

 

Problem polega na tym, że nauczyciele mają związane ręce, bo muszą pędzić z materiałem szybciej niż Struś Pędziwiatr i Kojot w jednym. Z materiałem, który w dużej mierze mógłby być przerabiany w klasach profilowanych, a nie 4,5,6 czy 7 podstawówki.

 

Kolejni ministrowie, którzy nie widzą jak topi się góra lodowa i nadal zajmują się cnotami niewieścimi, odbieraniem funduszy na telefon zaufania i innymi ‘pierdoletami’ (…). To zamknięte koło: dziecko, rodzic, nauczyciele. Wszystkie te trzy podmioty są wierzchołkami trójkąta w środku którego znajduje się jeden, wielki bajzel„– pisze w dalszej części postu Pazura.

 

Pod postem pojawiło się mnóstwo komentarzy. Rodzice przyznawali, że mają takie same odczucia i są przerażeni samopoczuciem swoich dzieci.[…]

 

 

 

Cały tekst, w tym oipinie rodzicow – TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.mamadu.pl

 



 

I tym razem autor bloga Eduopticum – Robert Raczyński – nas nie zawiódł. W zamieszczonym w niedzielę                 (3 października) poscie dał kolejny dowód swej elokwencji i erudycji. Z resztą – przekonajcie się sami.

 

Zapraszamy do lektury – najpierw fragmentów, ale później całości na blogu:

 

 

Martyrologia filistrów

 

Mój poprzedni wpis był nieco retrospektywny i ogólny, a traktował po części o zjawisku, którego bardziej szczegółowy aspekt chciałbym przedstawić dzisiaj. Rzecz będzie o uwielbieniu do własnej martyrologii (a właściwie o aberracji w jej postrzeganiu) i jego nowej odsłonie – przewidzianej, zapowiedzianej i implementowanej traumie covidowej w polskiej szkole.

 

Przed zewnętrznym obserwatorem (którego od czasu do czasu, dla higieny psychicznej, udaję), ciężko jest raczej ukryć fakt, że spora część naszego społeczeństwa lubi sobie oficjalnie pocierpieć i chciałaby mieć wtedy jakąś publiczność. Właściwie nikt nie miałby nic przeciwko, gdyby głęboką empatię i uznanie przez taką widownię okazywane, dało się uzyskać bez konieczności organizowania nieudanych rezurekcji i ekshumacji ofiar katastrof lotniczych, ale nie ma tak łatwo. Autentycznym bólem jest fakt, że o publiczność, nie tyle ekscytującą się płynącą rynsztokiem krwią, co wyrażającą współczucie dla ciężko pokrzywdzonych przez obojętny rozmaitym „wartościom” los, jest już dziś bardzo trudno. Ludzie mają po prostu wystarczająco dużo własnych, realnych problemów, a przede wszystkim rzadko bywają tak zakompleksieni i przewrażliwieni na swoim punkcie, jak moi rodacy. Na uznanie rozmaitych zaszłych racji moralnych, owacje na stojąco i wsparcie międzynarodowej opinii publicznej nie mamy więc w takich sytuacjach co liczyć. Zwłaszcza, że w tym naszym narodowym sporcie, lubimy wyręczać się zawodnikami rezerwowymi, najchętniej dawno zmarłymi, a w ostateczności pokoleniami, które, według ugruntowanej opinii, „głosu nie mają”.

 

Właśnie domniemana martyrologia najmłodszych pokoleń doby Internetu bardziej mnie dziś zajmuje, bo w kwestii polityki historycznej mam jedynie do zadeklarowania głęboką wdzięczność wszystkim, którzy przyczynili się do umożliwienia mi egzystencji w wolnym kraju i zagwarantowania prawa do wypowiadania się – życie na wieczny kredyt, zaciągnięty pod zastaw wyklętych zwłok, bohaterskich trumien, pomników słusznych i niesłusznych oraz innych rekwizytów teatru manipulacji zupełnie mnie nie interesuje. Jeszcze bardziej (choć pewnie mniej świadomie) niezainteresowani są młodzi ludzie, na których tą wieczną akademię ku czci wygranych bitew, a przegranych wojen znów usiłuje się wymusić. […]

 

Czytaj dalej »



 

Po ponad miesięcznej przerwie, Jarosław Bloch zamieścił w minioną niedzielę (3 października 2921 r.) na swoim blogu „Co z tą edukacją” post, zatytułowany Dla kogo ta szkoła?”. Oto ten tekst – wyróżnienia jego fragmentów podkreśleniami i pogrubioną czcionką – redakcja OE:

 

Partia rządząca poprzez kuratoria dokonuje zamachu na niezależność szkół. Jeśli pomysły na nową rolę kuratoriów przejdą, to po szkołach przyklasztornych w średniowieczu, będziemy mieć w XXI wieku szkoły przypartyjne. Oczywiście wszystko to w typowym dla jaśnie rządzących stylu – czyli skoro rodzic ma mieć większy wpływ na wychowanie i światopogląd dziecka, więc… Kuratorium pokaże rodzicom jak mają swoje dzieci wychowywać i jaki mają mieć światopogląd. Nadchodzi epoka jedynych nieomylnych.

 

Jako nauczyciel chciałbym mieć jak najwięcej do powiedzenia w szkole. Rozumiem jednak, że szkoła nie jest dla nauczycieli, jest dla uczniów. Ja jestem tylko wynajętym najemnikiem, który powinien swoją robotę wykonać najlepiej jak potrafi. Jak mówi stare chińskie przysłowie – Nauczyciel otwiera drzwi, ale to od ucznia zależy czy chce przez nie przejść. Dzisiejsza władza poprzez zmiany w powoływaniu i odwoływaniu dyrektorów, poprzez zawłaszczanie decyzji czego i od jakich organizacji pozarządowych mają się uczyć dzieci, nie otwiera drzwi. Ona kopniakiem w dupę spycha dzieci do rynny, jak w aquaparku, polecą w dół bez możliwości wyboru, bo droga jest jedna, a na jej końcu wpadną z hukiem do basenu wypełnionego jedynym słusznym ładem…

 

Czytaj dalej »