Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

Na internetowej stronie regionalnego dodatku „Gazety Wyborczej”  wyborcza.pl ŁÓDŹ zamieszczono dziś (26 października 2022 r.) tekst Justyny Mysior-Pajęckiej, w którym informuje ona o wynikach pierwszego etapu przydziału dotacji z MEiN w ramach programu Inwestycje w oświacie”. O dodatkowe środki  z tego programu mogły ubiegać się niepubliczne szkoły i przedszkola. Oto obszerne fragmenty tego tekstu:

 

 

 

Foto: www.szkolyrzemiosl.edu.pl

 

Szkoła, która z projektu „Inwestycje w oświacie” Dostała najwięcej w woj. Łódzkim – aż 3,1 mln zł.

 

 

 

Minister Przemysław Czarnek dzieli kasę. W Łodzi prawie całą pulę zgarnęły szkoły katolickie

 

 

Szkoły w Łodzi i w regionie. Cztery łódzkie placówki otrzymają z ministerstwa Przemysława Czarnka ponad 5,5 mln zł. Z tego aż 5,1 mln trafi do szkół katolickich prowadzonych przez Towarzystwo Salezjańskie.

 

Minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek rozdysponował już znaczną część pieniędzy, o które w ramach programu „Inwestycje w oświacie” mogły ubiegać się niepubliczne szkoły i przedszkola. Ponad 90 proc. kwoty w pierwszym rozdaniu zdobyły instytucje katolickie.

 

O 100 mln przyznanych w ramach konkursu mogło ubiegać się około 6 tys. niepublicznych placówek edukacyjnych. Jak informował wiceminister Dariusz Piontkowski, kiedy ogłoszono program, dofinansowanie można przeznaczyć na remont, rozbudowę, zakup nieruchomości czy wyposażenie. Wtedy też podkreślał, że choć górna granica nie została określona, nie należy się spodziewać, że jedna placówka otrzyma więcej niż milion czy dwa miliony. Jak wyszło w praktyce?

 

W pierwszej części konkursu rozdysponowano kwotę 59,6 mln zł. W puli pozostało jeszcze 40 mln. Spośród  58 zwycięzców aż 36 to placówki katolickie, które otrzymają 55,2 mln zł.

 

Ile dostały szkoły w Łodzi i w Łódzkiem? Cztery placówki z województwa otrzymają łącznie nieco ponad 5,5 mln zł. Warto jednak zaznaczyć, że aż 5,1 mln trafi do szkół katolickich prowadzonych przez Towarzystwo Salezjańskie.

 

Zespół Szkół Salezjańskich w Łodzi dostanie 2 mln zł, natomiast Salezjańskie Szkoły Rzemiosł w Łodzi – 3,1 mln zł, co stanowi jedną z najwyższych dotacji dla jednej placówki.[…]

 

Dofinansowanie w województwie łódzkim otrzymają także Niepubliczne Przedszkole Aktywne Maluchy w Bełchatowie (55,6 tys. zł) oraz spółka Edu Force prowadząca Szkołę Podstawową Smart School i Mundurowe Liceum Ogólnokształcące w Łodzi (400 tys. zł).

 

Stowarzyszenia, organy kościelne pozakładały szkoły i prowadzą je z wielkimi sukcesami. Te podmioty i te szkoły były pozbawione możliwości finansowania inwestycji w infrastrukturę edukacyjną. Dlatego stworzyliśmy projekt za 100 mln zł dla szkół prowadzonych przez organizacje pozarządowe, dla szkół niesamorządowych – podkreślał minister Przemysław Czarnek w momencie ogłoszenia programu „Inwestycje w oświacie”.

 

Jednak to nie wybór konkretnych placówek budzi wątpliwości. Eksperci wskazują na przepisy zawarte w rozporządzeniu, które mogą sprzyjać nadużyciom m.in. brak obowiązku uzasadnienia decyzji o przyznaniu czy odmowie dofinansowania. […]

 

Wyniki krytykują także politycy opozycji. Posłanka KO i była minister edukacji Krystyna Szumilas wylicza, że w Polsce jest około 10 tys. szkół i placówek niepublicznych, z czego katolickich około 500. […]

 

 

Źródło:  www.lodz.wyborcza.pl/lodz/

 



Z kilkudniowym opóźnieniem prezentujemy, zamieszczony 20 października na blogu „Eduopticum”, jak zwykle bardzo obszerny tekst Roberta Raczyńskiego, który powstał jako komentarz do innej publikacji – Bartłomieja Dwornika, zatytułowanej „Zadbajmy (wreszcie) o nauczycieli”, która ukazała się 14 października 2022 r. na portalu EDUNEWS.

 

 Oto – także obszerne, choć tylko fragmenty tego tekstu:

 

 

                                                                         Na Berdyczów

 

Na Edunews.pl, w Dniu Edukacji Narodowej, ukazał się piękny, okolicznościowy apel, autorstwa Bartłomieja Dwornika. Zgadzam się z jego treścią w 70%, ale nie bardzo wiem, do kogo jest skierowany. Kto miałby na niego odpowiedzieć? Muszę się także wytłumaczyć z tych 30% brakujących do szczęścia, bo ilościowo może się to wydać nie tak znowu wiele, ale niestety procenty te dotyczą dość istotnych kwestii. Jak zwykle, odniosę się do nich w kolejności ich wystąpienia w omawianym tekście:

 

„[…] skończmy z masowym rozdawaniem coraz mniej wartych matur” – Czyżby jakiś minister miał się lada moment wychylić z poglądem, że obecna (a może każda?) matura to bzdura? Może jakaś niezidentyfikowana siła polityczna doprowadzi do odpowiedniego referendum? A może to samo społeczeństwo oddolnie zagłosuje za przywróceniem maturze jakiejkolwiek wartości? Nie bądźmy naiwni, nie ma na to żadnych widoków. Żadna władza (a zwłaszcza tak populistyczna, jak obecna) nie da sobie odebrać możliwości rozdawania ersatzu wiedzy, który większość suwerena uważa za towar powszechnie dostępny każdemu niezainteresowanemu, darmowy i należny, jak psu miska. Hasło „wyrównywania szans” (to nic, że jedynie w dół) jest podstawowym argumentem socjaldemokratycznych rządów w całej Europie. Kto się wyłamie, narazi politycznej poprawności i oznajmi narodowi, że to nieprawda, że prawdziwa wiedza i umiejętności, jak każdy produkt wysokiej jakości, jest dobrem elitarnym?

 

Gdybyśmy przyjęli taką definicję efektywności, to nasze państwo za pieniądze włożone w system edukacji dostaje wynik na oczekiwanym poziomie – twierdzi Mateusz Krajewski, prezes fundacji Ogólnopolski Operator Oświaty. – Przecież większość ósmoklasistów zdaje egzamin z przyzwoitym wynikiem, a poziom opieki jest wystarczający, bo liczba wypadków w szkołach jest niewielka.” – A to nie o to przypadkiem chodzi? Zapytam inaczej: Jakiemu odsetkowi podmiotu edukacyjnego to naprawdę przeszkadza? Tym fragmentem Autor doskonale podsumował priorytety MEiN, które, powiedzmy sobie szczerze, doskonale pokrywają się z uśrednionymi oczekiwaniami społecznymi. Żeby to zmienić, trzeba by całkowicie przestroić cele oświaty i otwarcie powiedzieć, że, to co nazywamy edukacją powszechną jest w istocie świetlicą środowiskową. Osobiście nie mam z tym problemu, pod warunkiem, że jednocześnie, dla jakiejś, optymistycznie licząc, ¼ podmiotu kształcenia zaistnieją szkoły, które świetlicą nie będą i zaoferują jej coś więcej, oprócz międlenia o kompetencjach ludzkich.

 

Mentalnie stoimy w miejscu i dalej wychowujemy pracownika fabryki. W pruskim modelu staramy się przekazywać uniwersalną wiedzę wszystkim. Dzisiaj to już się nie sprawdza i nie prowadzi do spektakularnych efektów.” – Delikatnie rzecz ujmując jest to uogólnienie, a mniej kurtuazyjnie, przekłamanie i manipulacja. Po pierwsze, powtarzanie ogranych sloganów obraża nauczycieli dobrze wykonujących swoją pracę, w obronie których podobno apel został wystosowany, a po drugie (mniej subiektywne), jak wytłumaczyć fakt, że absolwenci polskich szkół należą często do elity kulturalnej i intelektualnej zagranicznych uczelni?[1] Poza tym, czas zaakceptować fakt, że uzyskiwanie spektakularnych efektów, czyli w realiach szkoły powszechnej, znaczącego przyrostu wiedzy i kompetencji u większości targetu, jest już dziś niemożliwe, z przyczyn oczywistych, przede wszystkim ze względu na stałe kurczenie się zasobów wiedzy rudymentarnej, będącej przez całe stulecia niedostępną, bez szkoły i nauczyciela. „Spektakularne efekty” można obecnie uzyskać jedynie licytując się na skuteczność w nauczaniu takich przedmiotów jak „optymizm”, „przyjazność”, „uważność”, „przygotowywanie do życia” i inne „ludzkie kompetencje przyszłości”.

 

Oczywiście, mało który masowy system jest skonstruowany tak, żeby wspierać indywidualności. Jednak z doświadczeń innych krajów wiemy, że jest to możliwe.” – Możliwe, ale mało prawdopodobne. Niedawno pisałem, dlaczego u nas nawet bardzo mało.

 

Nawet dzisiaj, w niedofinansowanym systemie, można stworzyć atrakcyjną ofertę szkoły podstawowej. Można ją prowadzić inaczej, w sposób interesujący, rozwijający dzieci i korzystny dla rodziców.” – Nie podzielam takiego optymizmu. Na jakiej podstawie mamy dalej zakładać i utwierdzać społeczeństwo w przekonaniu, że prawdziwi fachowcy (bo chyba o takich chodzi) będą sobie flaki wypruwać za kwoty, które obśmieje każdy szanujący się usługodawca? Między można stworzyć, a tworzy się istnieje ogromna przepaść semantyczna, nad którą najczęściej nie kładzie się mostu. Najczęściej, wyjątki utożsamiane są z nieistniejącą normą.

 

To da się zrobić i nasze szkoły są tego przykładem.” – Przepraszam, dopiero po dotarciu do tego zdania, dotarło do mnie, że mam do czynienia ze zgrabną reklamą, a nie pomysłem na oświatę powszechną. Ale w porządku, idea warta jest upowszechnienia, szkoda jednak, że Autor nie zastrzegł na wstępie, że marzy mu się po prostu zmiana ustroju oświatowego. Przy takim założeniu wszystko staje się prostsze, choć chętnie poznałbym szczegóły tego „przykładu”, a zwłaszcza fenomenu nauczycieli, gotowych przyjąć na siebie większe (bo realne, a nie papierowe) obowiązki, za… No właśnie, za ile?

 

Jak podkreśla prezes fundacji Ogólnopolski Operator Oświaty, jakość szkoły nie powinna być mierzona poziomem zdawalności testów czy egzaminów. Głównym kryterium oceny powinien być poziom zadowolenia uczniów i to, ilu chętnych wskazuje szkołę jako placówki pierwszego wyboru.” – Ładnie brzmi, przyznaję. Tyle, że znów powstaje pytanie o cele główne, ustrojowe. Zgadzam się, że uczenie „do testu” nie jest synonimem wartościowej edukacji. Skoro jednak nie chcemy rozdawać matur, to co ma być wymiernikiem jej poziomu? Rezygnujemy z wymiernika? To skąd będziemy wiedzieć, że czegokolwiek uczymy, a nasze osiągnięcia nie są jedynie funkcją zdolności naszych wychowanków? Zaproponowany wymiernik niezupełnie mnie przekonuje, bo „poziom zadowolenia uczniów” jest w ogromnej mierze, niebezpiecznie  skorelowany z łatwością i komfortem uzyskiwania świadectwa. Jest sporo szkół, które na ten parametr nauczania postawiły, ale nie nazwałbym ich dobrymi. Proponowałbym inne sformułowanie: kryterium oceny powinien być poziom zadowolenia absolwentów, którzy dostali się na upragnione uczelnie wyższe (lub do innych szkół, które sobie wybrali) i nie wylecieli z nich po pierwszym semestrze.

 

Żeby ten system zadziałał w pełni, rozwiązanie jest bardzo proste. Trzeba w większej mierze do budowy sieci placówek publicznych dopuścić niezależne organy prowadzące”. – Rozwiązanie to rzeczywiście jest proste. I właściwe. Problem nie leży jednak w jego skomplikowaniu, czy też poprawności, lecz w gotowości opinii publicznej do jego akceptacji. Obserwowany, niski poziom poparcia dla takich idei związany jest z umiejętnie podsycaną przez rozmaite środowiska polityczne niechęcią do liberalizacji rynku oświatowego i obawą przed utratą ostatniego bastionu „równości”, jakim jest mityczna bezpłatność edukacji. Dopóki przemiana tego sposobu myślenia nie nastąpi (na skutek procesu ekonomicznego, którym najczęściej bywa niestety kryzys) marne są szanse, aby edukacja publiczna weszła na drogę fundacji, lub innych sposobów finansowania. Ponieważ mamy do czynienia z państwowym podmiotem budżetowym, nastąpienie takiego kryzysu, widocznego i odczuwalnego dla ogółu, jest praktycznie niemożliwe. Długo jeszcze będziemy musieli kontentować się wyjątkami od reguły.

 

Tymczasem wciąż pokutuje teza, że szkoła branżowa jest karą.” – Święta prawda. Ważna jest jednak nie tyle konstatacja faktu, co rozumienie mechanizmu jego zaistnienia, a za ten odpowiedzialny jest mit awansu społecznego, dokonującego się przez umagistrowienie. Żeby taki mit mógł działać na wyobraźnię, musi być albo bardzo atrakcyjny (kto nie kupił kiedyś losu totolotka?), albo łatwo dostępny, vide trzy litery przed czterema. Do czego takie myślenie o wyższym wykształceniu doprowadziło, nie trzeba tłumaczyć – efekty w postaci deprecjacji wiedzy, pauperyzacji potrafiących cokolwiek i ucieczki w myślenie magiczne całej reszty dostrzega każdy, kto posiada nie tylko eksponowane z braku laku miękkie kompetencje.

 

Czytaj dalej »



We wczorajszej darmowej gazetce „ŁÓDŹ.pl”,  wydawanej i kolportowanej na terenie Łodzi trzy razy w tygodniu, znaleźliśmy tekst, którego nie mogliśmy pozostawić bez decyzji o jego zamieszczeniu na OE. Bo jego bohater –  Bartek Rosiak – zaistniał na naszym OE już parokrotnie. Np. 3 grudnia 2018 roku w materiale zatytułowanym Członek Rady Dzieci i Młodzieży krytycznie o ostatniej konferencji minister Zalewskiej”, czy 27 września 2019 roku – Jednak było z kogo wybrać Radę Dzieci i Młodzieży przy MEN”. Także w „Felietonie nr 237. Razem zmienimy edukację, ale będzie to „długi marsz”…jest o nim długa wzmianka.

 

Oto ten tekst o najmłodszym nauczycielu języka polskiego – w Łodzi na pewno, a nie wykluczone, że i w całym kraju:

 

 

Już w przedszkolu Bartek zamieszkał na stałe z babcią Basią. Gdy miał 7 lat, zmarła jego mama, a on wpadł w otchłań traumy. W podstawówce ledwo zdawał z klasy do klasy. Uchodził za ucznia słabego i mało zdolnego, choć gdy szedł do szkoły, to umiał czytać, pisać i liczyć. Pod koniec VIII klasy wychowawca powiedział jego babci, żeby lepiej wybrał kiepskie gimnazjum, a później zawodówkę, bo i tak nic więcej z niego nie będzie.

 

W wieku 12 lat zaczął kręcić dokument o hitlerowskim obozie dla dzieci przy ul. Przemysłowej. – Zajęło mi to 2 lata i na sam koniec, podczas renderowania, wysiadł komputer. Kilku informatyków próbowało odzyskać materiał, ale bezskutecznie – wspomina. To wtedy poczuł, czym jest hejt. Bo część osób uznała, że filmu pewnie w ogóle nie było.

 

Przez pół roku nie mogłem dojść do siebie. Czułem, że nie jestem w stanie znów zaczynać od początku. W końcu uznałem, że nie muszę tego robić tak samo. I powstał film dużo bardziej dojrzały – opowiada.

 

Wybitnie uzdolniony

 

Gimnazjum było dla niego rozpędem. Został laureatem olimpiady chemicznej, oszczędności wydawał na pracownię w domu i zamierzał zostać chemikiem. W liceum okazał się uczniem wybitnie uzdolnionym. Gdy większość rówieśników żegnała się z „czerwonymi paskami”, to on właśnie wtedy zaczął je zgarniać. Tym razem spotkał na swojej drodze wyjątkową polonistkę, która tak go poprowadziła, że z ucznia „trójkowego” stał się „szóstkowym”. Wygrał olimpiadę polonistyczną i w klasie maturalnej został równolegle studentem filologii polskiej.

 

Już jako licealista prowadził zajęcia wyrównawcze w podstawówce na Bałutach. A od dwóch tygodni jest absolwentem UŁ.

 

Materiał na przyszłego dyrektora

 

Bartek Rosiak ma dziś 21 lat, studiuje zarządzanie oświatą i uczy polskiego w SP nr 182. – Jego młody wiek mnie nie przeraził, bo poleciła go zaufana osoba. Na rozmowę kwalifikacyjną przyszedł świetnie przygotowany. W przeciwieństwie do wielu kandydatów miał wiedzę na temat naszej szkoły i sporo własnych pomysłówopowiada dyrektorka, Iwona Sosnowska. Oboje są zwolennikami oceniania kształtującego, w którym zamiast ocen uczeń dostaje komunikat, co poszło dobrze, a nad czym jeszcze ma popracować. Szefowa widzi w młodym nauczycielu materiał na przyszłego dyrektora. – Jest uporządkowany, kreatywny, z własną wizją, ma aspiracje i nie boi się zmian. A to są cechy, które powinna mieć osoba zarządzająca oświatą, jeśli chcemy, by system polskiej edukacji wyszedł z zapaści.

 

Cała klasa w pierwszej ławce

 

Na razie Rosiak napisał autorski program nauczania, więc jego uczniowie nie korzystają z podręczników. W klasie nie siedzą jeden za drugim, tylko w okręgu (ten pomysł przyniósł z SP nr 81). – Dzięki temu każdy zawsze jest w pierwszej ławce. Ostrzegano mnie, że będą ściągać, ale raczej tego nie robią. Bo im ufam. A jeśli naprawdę ktoś podpowie koledze, to jest to wartość dodana.

 

W swoim pokoju ma portrety ludzi, których podziwia, m.in. Kory i Wandy Rutkiewicz. Literacko kocha Tokarczuk, Ferrante, Szymborską, Poświatowską i Pamuka. Na emeryturę zostawia sobie Prousta. Szczerze przyznaje, że traumatyczne przeżycia  wpłynęły na całe jego dalsze życie.

 

Gdyby nie zetknięcie ze śmiercią, pewnie byłbym przeciętny. Początkowo trauma obniżyła mi lot, ale pomogła mi też rozbudzić w sobie ogromną chęć samodzielności. I chyba jako rekompensatę los zesłał mi wielu wspaniałych ludzi. Oprócz babci to nauczyciele byli dla mnie największym wsparciem. Dzięki nim i ja dziś uczę, a praca w szkole daje mi moc kreowania rzeczywistości – podkreśla.

 

Karolina Tatarzyńska

 

 

 

Pod tekstem zamieszczono taką informację, którą i mu upubliczniamy:

 

 

 

 

Źródło:  www.odz.pl

 



 Foto: Janusz Pająk[www.gazetaolsztynska.pl]

 

Dr hab. Stanisław Czachorowski, prof Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego  Olsztynie

 

Dzisiaj prezentujemy tekst autorstwa dr hab. Stanisława Czachorowskiego, prof Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, który zamieścił on na swoim blogu „Profesorskie Gadanie”  23 października 2022 r.:

 

 

Projekt w edukacji

 

Od dawna stosuję metodę projektu w edukacji. Zaczęło się od pracy w kole naukowym a potem była kontynuacja, gdy sam byłem opiekunem studenckiego koła naukowego. Nauka bez ocen, bez egzaminów. Bez oceniania lecz z docenianiem. W zasadzie tak powinno wyglądać studiowanie. W dobie upowszechniania się komunikacji online rożnie potrzeba działania praktycznego i rozwijania kompetencji miękkich.  A więc koła naukowe dla wszystkich. Jak to zrobić? Z opieką mentorów i tutorów, z samodzielnym stawianiem sobie celów, w realizacji badań i udziałem w konferencjach naukowych by ćwiczyć się w komunikacji i prezentowaniu wyników. I by uczestniczyć w szerszej dyskusji. Mniej wykładów, więcej działania praktycznego. I więcej możliwości wybory zajęć bo to kształtuje odpowiedzialność za siebie i swoją edukację.

 

A czy metoda projektu może być szerzej wykorzystana w normalnych, kursowych zajęciach? Myślę, że tak. Zacząłem od  zajęć z ochrony środowiska a potem poszerzałem i teraz wykorzystuję praktycznie na wszystkich swoich przedmiotach. Nawet, gdy są to tylko wykłady. Teraz uczę się m.in. design thinking. I dostosowuję do specyfiki zajęć, które prowadzę ze studentami biologii, biotechnologii, mikrobiologii oraz pedagogiki wczesnej edukacji. Uczę się metodą projektu jak nauczać przez projekty. Nie tylko czytam (poszukuje wiedzy) lecz i działam, uczę się przez działanie i wspólne ze studentami odkrywanie.

 

Stosując metodę projektu kształtujemy u uczniów/studentów umiejętności: organizacji pracy, selekcji zebranych materiałów, współdziałania, posługiwania się komputerem, korzystania i poszukiwania różnych źródeł informacji, rozwiązywania problemów, podejmowania decyzji za siebie i grupę, kulturalnego dyskutowania, publicznego dyskutowania prezentowania.

 

Na każdy projekt składa się kilka faz/etapów:

 

1.Pomysł na projekt (inspirowanie i dyskusja).

 

2.Sformułowanie tematu (dopracowanie pomysłu i dyskusji).

 

3.Zaprezentowanie celu projektu oraz uzgodnienie harmonogramu działań i sposobu monitorowania.

 

4.Podział na grupy i przydzielenie zadań. W grupach studenckich to także pomoc w wyłonieniu lidera/liderów.

 

5.Realizacja projektu.

 

6.Prezentacja efektów (jako forma podsumowania i sprawdzenia realizacji zakładanego celu).

 

7.Ewaluacja (zamiast oceny).

 

Pytania pomocne w opracowywaniu plan akcji metodą projektu (z mojej praktyki):

 

-Co i gdzie zrobimy? Kto weźmie udział?

 

-Czy tylko studenci z grupy?

 

-Jak poinformować i zachęcić innych?

 

-Czy organizować dodatkowe spotkania (poza zajęciami)?

 

-Czy przygotować plakaty (lub inne formy informowania o celu akcji)?

 

-A może nagłośnić akcję w gazecie czy radiu ?

 

-Jak wykorzystać media społecznościowe do informowania i zachęcania?

 

-Jak przygotować notatkę prasową dla gazety i radia?

 

-Co w tej akcji jest niezwykłego, ciekawego, wyjątkowego (by przekaz miał większy zasięg i by zainteresować media. Czyli poszukiwanie efektu viralowego)?

 

-Jak zorganizować przepływ informacji między osobami kluczowymi, organizującymi akcję?

 

-Skąd zdobyć pieniądze (jeśli są potrzebne, bo przecież można uwzględnić wkład własny w postaci czasu i zaangażowania)?

 

-Czy tylko we własnym zakresie (w przypadku sprzątania każdy przychodzi ze swoimi workami, rękawiczkami i wiktuałami na ognisko), czy też poszukać sponsorów? Czy znalazłby się sponsor ognisko i na jakich warunkach?

 

– Czy planowane będą inne wydatki (np. papier i farby na plakaty) – a może znajdzie się sponsor?

 

-Jak poznamy, że nam się udało (ewaluacja i mierniki projektu).

 

-Jak będziemy świętowali?

 

Przykładowo w akcjach typu sprzątanie świata (takie projektu realizowałem na początku), programem  minimum było: np. zorganizowanie sprzątania fragmentu parku, lasu, okolicy jez. Kortowskiego lub zebranie podpisów (petycja), akcja konsumencka itd. Jeśli wyżej stawialiśmy sobie poprzeczkę (początkowo motywowałem to wyższą ocena, potem zrezygnowałem z jakichkolwiek ocen): zachęcenie (zrealizowane) do udziału innych osób z poza grupy (inni studenci, młodzież, dorośli). Kolejna poprzeczka wyżej to włączenie mediów (gazety, radio, TV), a przez to poszerzenie kręgu odbiorców. Dalej – pozyskanie od sponsorów funduszy na worki na śmieci, rękawiczki, nagrody do ewentualnych konkursów, poczęstunek do ogniska. W końcu podsumowanie akcji w formie referatu lub artykułu w prasie. Ważne by to sami studenci pisali i udzielali wywiadów.

 

            Na czym polega efektywność metody projektów? 

-rozwija samodzielność,

-kształci umiejętność pracy w grupie (praca zespołowa),

-rozwija myślenie twórcze,

-umożliwia zaprezentowanie i zintegrowanie wiedzy z różnych dziedzin,

-uwzględnia zainteresowania, uzdolnienia uczniów/studentów,

-daje możliwość samooceny, wyrażania własnego zdania, samorealizacji,

 

[…]

 

Więcej materiałów i przykładów z niektórymi zrealizowanymi projektami  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.profesorskiegadanie.blogspot.com

 

 



Dzisiaj (24 października 2022 r.) prezentujemy – z licznymi „wycięciami” –  obszerny tekst,  jaki Jarosław Pytlak zamieścił w minioną sobotę na swoim blogu:

 

 

 

Edukacja powinna być apolityczna, ale chwilowo nie może

 

W Sejmie mamy oto powtórną próbę wprowadzenia drakońskich przepisów, wzmacniających rolę kuratorów – urzędników zwanych dla niepoznaki „nadzorem pedagogicznym”, choć bardziej adekwatne byłoby określenie „politycznym”. Lex Czarnek 2.0 nie różni się w praktyce od zawetowanej w marcu przez prezydenta Dudę pierwszej wersji tej ustawy, którą spokojnie można nazwać kagańcową dla dyrektorów, albo, jak kto woli, epitafium dla autonomii placówek oświatowych. Na pewno znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że ta autonomia i tak niewarta jest funta kłaków, bo dyrektorzy twardogłowi albo strachliwi, nauczyciele leniwi lub bezduszni, a organizacje pozarządowe czasem mocno kontrowersyjne w swoim przekazie. Warto jednak pamiętać, że w tym ogromnym systemie są również dyrektorzy otwarci i twórczy, zaangażowani i mądrzy nauczyciele, oraz organizacje pozarządowe pomagające rozwiązywać realne problemy, z którymi machina państwowa sobie nie radzi. Nowe przepisy – o ile wejdą w życie – zaorzą wszystkich jednakowo. Używając terminologii wojennej – społeczeństwo obywatelskie utraci przyczółek po dobrej stronie Mocy, z którego w przyszłości mogłoby szybciej podążyć w kierunku lepszej, bardziej satysfakcjonującej edukacji dla wszystkich.

 

Konieczność wprowadzenia nowych regulacji uzasadniana jest potrzebą zapewnienia rodzicom wpływu na działalność programową szkół. Ma to tyle wspólnego z prawdą, co w powieści „Rok 1984” nazwa Ministerstwo Miłości z faktyczną, opresyjną funkcją owego urzędu. Tłumacząc najkrócej: choćby wszyscy rodzice w szkole podpisali się pod jakąś inicjatywą, negatywna opinia kuratora nie dopuści do jej realizacji. Z drugiej strony, choćby ci sami rodzice jak jeden mąż zaprotestowali przeciw inicjatywie pochodzącej z ministerstwa, ona i tak zostanie wprowadzona w życie na terenie ich placówki. To ucieleśnienie idei szkoły w służbie państwa, rozumianego jako wszechogarniający monopol partii rządzącej. […]

 

Cóż, będę śledził dalszy rozwój sytuacji z ciekawością karpia, obserwującego ostrzenie kuchennego noża przed wigilią, żywiąc rozpaczliwą nadzieję, że kucharz przypadkiem przetnie sobie tętnicę. Albo że prezydent Duda naprawdę nie znosi tego bufoniastego, aroganckiego kucharza… […]

 

x            x           x

 

[…] Piszę ten artykuł uczestnicząc w dorocznym spotkaniu działaczy Społecznego Towarzystwa Oświatowego. Podczas obrad wybrzmiało, że jesteśmy organizacją apolityczną. Niestety, trzymając się z dala od polityki mocno ryzykujemy, że polityka przyjdzie po nas sama. Akurat boleśnie przekonują się o tym zwolennicy edukacji domowej, która na fali oświatowego kryzysu przeżywa prawdziwy boom, obrastając w cały szereg instytucji wspomagających. Kilka starannie dobranych przepisów, wpisanych do procedowanego właśnie projektu nowelizacji Karty Nauczyciela – o ile wejdą one w życie – skutecznie ograniczy zasięg tej formy edukacji, jak również swobodę, jaka się dotąd cieszyła. Jedna niewielka nowelizacja i już…! To powinno być bolesne memento dla apolitycznych optymistów z kręgów oświatowych.

 

x           x            x

 

[…] Pomysł na ten artykuł przyszedł mi do głowy podczas fejsbukowej dyskusji nad moim poprzednim wpisem, w którym odpowiedziałem na felieton pana Wojciecha Starzyńskiego. Jeden z dyskutantów napisał tak oto:

 

Czytaj dalej »



Wczoraj (21 października 2022 r.) pof. Bogusław Śliwerski zamieścił na swoim blogu „PEDAGOG” post, zatytułowany „Etyk, prawnik, pedagog o problemach psychiatrii wobec kryzysu psychicznego dzieci i młodzieży”. Pamiętając nasz materiał zamieszczony 19 października pt. „Metody stosowane wobec uczniów w niepublicznej szkole dla dzieci autyzmem”, postanowiliśmy udostępnić ten tekst na stronie naszego informatora oświatowego:

 

Źródło: www.taniaksiazka.pl

 

Wydana w ostatnim czasie monografia prof. Uniwersytetu Medycznego  Błażeja Kmieciaka pt. Stosowanie przymusu wobec osób w kryzysie psychicznym (Warszawa, 2022) jest znakomitym studium interdyscyplinarnym na pograniczu nauk o zdrowiu i nauk społecznych, które świadczy o tym, jak może być zdehumanizowana psychiatria dziecięca. Zapewne nie tylko nasza, bo już we wstępie przywołane jest wspomnienie brazylijskiego pisarza Paulo Coelho z jego pobytu w szpitalu psychiatrycznym, w którym bez klinicznych podstaw grożono mu użyciem elektrowstrząsów. Ujawnienie przez pisarza przemocowych praktyk sprawiło, że w latach 90. XX wieku dokonano w Brazylii zmian w prawie dotyczących zasad przymusowej hospitalizacji psychiatrycznej (s.10). Jeszcze w Polsce Ludowej wyraźny ślad w pamięci mojego pokolenia zaznaczył amerykański film fabularny pt. Lot nad kukułczym gniazdem z 1975 roku w reżyserii Miloša Formana, który został oparty na książce Kena Keseya pod tym samym tytułem, a wydanej w roku 1962. Musiało upłynąć kilkanaście lat od wydanie tej powieści, by na kontynencie amerykańskim i europejskim zaczęła intensywnie rozwijać się nowa dyscyplina badań naukowych pod jakże charakterystyczną nazwą – ANTYPSYCHIATRIA.

 

W naszym kraju nie dochodzi tak szybko do pogłębiania wiedzy nie tylko o sytuacjach, zdarzeniach czy wynaturzeniach osobowych psychopatów w białych fartuchach, skoro książka K. Kenseya ma już kolejną edycję a uczeni muszą powracać do pytań pierwszych i ponownie uświadamiać społeczeństwu, politykom, prawnikom i medycznemu środowisku, że źle się w nim dzieje. Tymczasem antypsychiatria miała szczytowy okres swojego rozwoju na przełomie lat 60. i 70. XX wieku, przyczyniając się do realnych zmian w procedurach, ale i kulturze udzielania pomocy psychiatrycznej osobom, które już doświadczyły negatywnych skutków przemocy w okresie przedszpitalnego życia. Kiedy więc trafiają do szpitala psychiatrycznego jako instytucji totalnej (M. Foucault) stają się po raz kolejny ofiarami zdepersonalizowanego przymusu.

 

Jak pisze B. Kmieciak: (…) w Polsce do 1994 r. nie obowiązywała żadna ustawa, która w sposób nawet fragmentaryczny odnosiłaby się do problemu przymusowego leczenia pacjenta na terenie szpitala psychiatrycznego (s.13) Autor unika słowa przemoc stosując termin przymus wyjaśniając, że dotyczy on m.in.:

 

– poddaniu osób bez ich zgody na leczenie psychiatryczne w szpitalu psychiatrycznym (tzw. internacja/detencja) w następstwie popełnienia przez nie w stanie niepoczytalności czynu zabronionego;

 

 – osób poddanych w psychiatryku obserwacji sądowo-psychiatrycznej podejrzanych o popełnienie czynu przestępczego;

 

– osób chorych psychicznie lub podejrzanych o taką chorobę, które stwarzają zagrożenie dla własnego życia, życia i zdrowia innych osób, a także osób, które w związku z podobnym stanem zdrowia nie potrafią samodzielnie funkcjonować i wskazane jest objęcie ich wsparciem psychiatrycznym w warunkach szpitalnych (s.15).

 

 

Polecam tę rozprawę pedagogom resocjalizacyjnym jak i studentom tej specjalności na kierunku pedagogika. Wprawdzie nie będą tylko po tych studiach zatrudnieni w szpitalach psychiatrycznych jako psychoterapeuci, ale podejmując się badań wśród osób skazanych za działalność przestępczą czy też pracujących z nimi w rozwiązywaniu ich problemów leczniczych, socjalno-bytowych, egzystencjalnych itp. uzyskają aktualną wiedzę na temat istoty kryzysów psychicznych z perspektywy społecznej, prawnej i medycznej, które są wskaźnikiem także stopnia sprawstwa w czynach podlegających sankcjom prawnym.

 

Stany kryzysów psychicznych mogą przytrafić się każdej zdrowej psychicznie osobie, która doświadcza w sposób niespodziewany dla niej spotęgowania i kumulacji sytuacji trudnych, traumatycznych obniżając jej możność do racjonalnego działania.  Przejawem takiego stanu może być agresja i przemoc wobec kogoś lub czegoś, samookaleczenia, cyberprzemoc, zaburzenia lękowe, zaburzenia odżywiania, uzależnienia itp. (s.30). Są to zarazem sygnały zachowań istotne także dla rodziców dzieci czy nauczycieli, środowiskowych opiekunów, wychowawców, katechetów, instruktorów itp.

 

Czytaj dalej »



 

Tekst, którego fragmenty prezentujemy dzisiaj (21 października) został opublikowany w cotygodniowym dodatku „Gazety Wyborczej” – „Duży Format” w miniony poniedziałek pod tytułem „Szkolna psycholog? Zero zaufania”. W wersji zamieszczonej na internetowej stronie GW został on opatrzony tytułem „Szkolna psycholog? Raz byłam. Opowiedziała mi o problemach mojej koleżanki. Więc zero zaufania, więcej nie pójdę”.

 

Uznaliśmy, że naszym obowiązkiem jest przybliżyć wszystkim, którzy nie czytają „Gazety Wyborczej”, lub tekst ten przeoczyli, jego najbardziej reprezentatywne fragmenty i namówić do przeczytania całości:

 

 

Szkolna psycholog? Raz byłam. Opowiedziała mi o problemach mojej koleżanki.

Więc zero zaufania, więcej nie pójdę

 

[…]

 

Czy psycholog szkolny budzi zaufanie? Jest pomocny? Warto do niego pójść? Kto może pomóc w sytuacji kryzysowej? Jak reagują rodzice, gdy nastolatek oznajmia, że potrzebuje rozmowy z psychologiem? Do kogo rodzice wysyłają dziecko, gdy zgłasza złe samopoczucie lub problem? Jakie są doświadczenia z wizyt u specjalistów zdrowia psychicznego: psychologa, pedagoga, psychiatry, terapeuty, socjoterapeuty, coacha. Zapytałam o to nastolatków z różnych szkół.

 

Młody człowiek bywa wysyłany do specjalisty z rodzicielskiej troski, ale też czasem jakby „za karę” – gdy jest „niegrzeczny” w szkole. Czasem sam chciałby pójść, ale nie wie jak, a rodzice, bywa, nie chcą pomóc. Zdarza się, że pierwszy kontakt ze specjalistą od zdrowia psychicznego ma dopiero w ostrym kryzysie, i ten kontakt w dodatku jest trudny, bo specjalistą jest wtedy lekarz psychiatra na izbie przyjęć, który dwoje poprzednich pacjentów musiał już położyć – z braku miejsc – na leżankach w korytarzu, a teraz nie wie, w co włożyć ręce. […]

 

Dominik, lat 16, liceum muzyczne, Warszawa: – Szkolny psycholog to jest bardziej za karę. Jak coś źle zrobisz, idziesz do pani pedagog, psycholog albo dyrektor – w zależności od tego, która akurat jest wolna. A jak jest megaprzypał, to zbierają się wszystkie trzy naraz.

 

Ja byłem u psycholożki raz, za e-papierosa. Chciała chyba wykorzystać sytuację i podpytywała, czy ktoś z naszego rocznika pali marihuanę. To jest takie zachowanie LOL XD, nie wiem, jak to inaczej określić. Nie wiem, dlaczego ona uważa, że akurat marihuana jest naszym problemem. Naszym problemem jest plan lekcji – wracamy do domu o osiemnastej i siadamy do ćwiczeń na instrumencie i odrabiania prac domowych. Naszym problemem jest nauczycielka biologii, która każe nam wykuć kilka stron na pamięć i nie obchodzi jej, że musimy robić to w nocy, bo nie ma kiedy. Niektórzy mają jeszcze swoje osobiste problemy, np. w domu. Ale ta psycholog przecież nic na to nie poradzi.[…]

 

Kasia, 14 lat, Łódź, ósma klasa: – Mieliśmy warsztaty z psychologiem i to było bardzo fajne. Rozmawialiśmy na przykład o emocjach, o tym, jak się czujemy w różnych sytuacjach. Pierwszy raz wtedy spojrzałam na niektórych kolegów z klasy w takim sensie, co oni czują. Zwykle w szkole o tym nie rozmawiamy, bo nie ma na to czasu – na lekcjach na pewno, a na przerwie każdy stoi w swojej grupie.

 

Na warsztatach psycholog mówił, że nie ma dobrych i złych emocji i możemy czuć różne rzeczy, ważne, co potem z tym zrobimy. To było super. Bo na przykład jakbym powiedziała mamie, że jest mi źle, to mama by powiedziała: „W twoim wieku człowiek nie ma prawdziwych problemów, nie dziwacz” – więc ja raczej nie mówię o tym, jak się czuję.

 

Chciałabym, żebyśmy częściej mieli takie zajęcia, ale one trwały trzy dni i raczej już się nie powtórzą.[…]

 

Inga, 18 lat, liceum, Warszawa: – Rodzice chcą mnie wysłać do psychologa, ale nie idę, bo nie uważam, żeby to było potrzebne. Tata wpadł na taki pomysł, jak powiedziałam im, że być może jestem osobą niebinarną. Rodzicom się chyba wydaje, że jakbym poszła do psychologa, to on mnie wyleczy i będę taka, jak oni by chcieli. Czyli będę z mamą kupowała w Lidlu cringe’owe legginsy i różowe sweterki.

 

A potem mama się dziwi, dlaczego ja nie chcę z nimi rozmawiać. Nie będę rozmawiać. Zamierzam zdać maturę, pójść do pracy i spróbować płacić za swoje życie. A do psychologa to oni mogliby iść.… […]

 

 

 

Cały tekst „Szkolna psycholog? Raz byłam. Opowiedziała mi o problemach mojej koleżanki. Więc zero zaufania, więcej nie pójdę” – TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.wyborcza.pl/duzyformat/

 

 



Jak nasza, wypracowana już od dłuższego czasu, tradycja nakazuje – zamieszczamy informację o wczorajszym spotkaniu w „Akademickim Zaciszu”  Tym razem jego gospodarz – prof. Roman Leppert zaprosił czworo znawców podjętej tego wieczora tematyki, dla której impulsem stały się obchody Roku  Marii Grzegorzewskiej oraz 100-lecie powstania Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie, która do 2000 roku działała pod nazwą Wyższej Szkoły Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej.

 

W spotkaniu uczestniczyli:

 

-Prof. APS Jacek Kulbaka – historyk wychowania, nauczyciela historii, zajmującego się też historią kształcenia specjalnego w Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie;

 

-Dr Anna Hryniewiecka – autorka książki „W stronę człowieka… O odwadze twórczego myślenia Marii Grzegorzewskiej” ;

 

-Dr Monika Kupiec  i dr Marta Krasuska-Betiuk – autorki książki „W odpowiedzi na listy Marii Grzegorzewskiej. Portrety nauczycieli w studenckich narracjach„;

 

-Sylwia Nowak – studentka, której list znalazł się we wspomnianej wyżej książce.

 

Wszystkich, których ta tematyka interesuje, a którzy wczoraj nie mogli tego spotkania oglądać zapraszam – w dogodnej dla nich porze – do YouTube, gdzie to spotkanie zostało utrwalone:

 

 

 

 

O Marii Grzegorzewskiej w sposób nieoczywisty  –  TUTAJ

 

 

 



Foto: www.facebook.com

 

Dr Tomasz Tokarz prywatnie. Zdjęcie sprzed czterech lat.

 

 

Choć od Dnia Edukacji Narodowej, przez wielu nadal nazwanego Dniem Nauczyciela, minęło już kilka dni, postanowiliśmy zamieścić swoisty komentarz do bardzo często wypowiadanych w tym czasie treści, komentarz dr Tomasza Tokarza, jaki zamieścił on w poniedziałek 17 października 2022 r. na swoim fb-profilu:

 

 

Kiedy król musi wciąż powtarzać, że jest królem, nie jest nim tak naprawdę” (Tywin Lannister)

 

Usłyszałem 14 października wiele gładkich słów. Lejtmotyw był mniej więcej taki: „Nauczyciel to zawód wyjątkowy, niezwykły, sól ziemi

 

Takie powtarzanie, że zawód jest wyjątkowy ewidentnie używane jest w znaczeniu lepszy niż inne – bo w sumie każdy jest wyjątkowy, ale w tej celebracji nie takie jest przesłanie i nie z taką intencją jest wygłaszana.

 

Wydaje mi się, że jest to coś w rodzaju redukcji dysonansu poznawczego w stylu: wykonuję pracę, która ogólnie nie jest ceniona, za którą minister wielkich pieniędzy nie chce płacić, zawód, który w sumie w realu polega zazwyczaj na zmuszaniu nieletnich do wykonywania niezrozumiałych dla nich poleceńto muszę (dla ratowania poczucia wartości) wmówić sobie i głosić to wmówienie, że mój zawód jest absolutnie niezwykły i wymaga niezmierzonego szacunku (a jak ludzie tego nie widzą to są ciemni).

.

Ale to jest krótkotrwałe i ogranicza się do własnej klatki, dlatego trwale nie zmienia poczucia satysfakcji. Dlatego też próba celebracji święta, bo wtedy z przyzwyczajenia raz do roku wszyscy mówią, że zawód jest wyjątkowy i w ogóle nauczyciele to zbawcy kosmosu i koniecznie jeszcze, że bez nauczycieli to ludzie trafiliby na bruk, czyli mówią dokładnie to, co środowisko chce usłyszeć. To decydentów niewiele kosztuje, ot kilka gładkich słów, a trochę nastroje buntu opadają.

 

Czeka (kto?- WK), aż środowisko nauczycielskie wybije się na niezależność, ale taką prawdziwą. Uwierzy w siebie, w swoją siłę. A wtedy nie będzie musiało uciekać się w celebrację własnej niezwykłości i tworzyć opowieści o siłaczkach podnoszących ludzi z otchłani ciemności ku światłu.

 

Tylko po prostu przejdziemy na poziom: jestem nauczycielem czyli oferuję dobrej jakości usługę, mogę pomóc Ci w rozwoju i osiąganiu celów. Po prostu – jak w setkach innych zawodów.

 

 

Źródło: https://www.facebook.com/tomasztokarzIE

 

 



Portal radia TOK FM zamieścił wczoraj (18 października 2022 r.) tekst, który – naszym zdaniem – nie zaszkodzi. aby przeczytali go nasi Czytelnicy. Oto jego obszerne fragmenty i link do pełnej wersji, gdzie moszna odsłuchać podkastu zat. „Przemoc w szkole dla dzieci z autyzmem. ‚To powszechna praktyka w tego typu placówkach'”:

 

Screen z nagrania[www.tokfm.pl/Tokfm/]

 

Na opublikowanym nagraniu widać m.in. jak dorosły przygniata ucznia kolanem. Mężczyzna aż sapie z wysiłku, dziecko krzyczy: „Puść, to boli!”. 

 

 

Może już dzieci nie razi się prądem, ale mamy do czynienia tak naprawdę z tym samym”. Ekspertka: To powszechna praktyka

 

Mamy rok 2022. Może już się dzieci nie polewa powszechnie szlauchem z zimną wodą, ani nie razi prądem (co nie znaczy, że nigdzie do takich praktyk nie dochodzi), ale dalej mamy do czynienia tak naprawdę z tym samym, jedynie formy się trochę zmieniły – mówiła w TOK FM dr Joanna Ławicka. Pedagożka specjalna i prezeska Fundacji Prodeste skomentowała metody stosowane w Niepublicznej Szkole Terapii Behawioralnej dla Dzieci z Autyzmem we Wrocławiu. […]

 

Na łamach tokfm.pl, w tekście pt. „Siadanie na dzieciach, dociskanie kolanem i „‚tresura'”. Tortury czy terapia?” Konrad Oprzędek opisał praktyki stosowane w Niepublicznej Szkole Terapii Behawioralnej dla Dzieci z Autyzmem we Wrocławiu (NSTB). Na opublikowanym nagraniu widać m.in. jak dorosły przygniata ucznia kolanem. Mężczyzna aż sapie z wysiłku, dziecko krzyczy: „Puść, to boli!”.

 

Ubolewała jednocześnie, że nie spotyka się to z dużym oburzeniem w społeczeństwie. – Przy tej sprawie znajdujemy wiele komentarzy, które wprost mówią, że nie ma czego się czepiać; że to osoby niepełnosprawne, trzeba nad nimi zapanować. Bo przecież całe wychowanie składa się z kar i nagród – relacjonowała w rozmowie z Adamem Ozgą, podkreślając, że „to dramat”.

 

Zastrzegła też, że choć tematem zajmuje się od 1999 roku, to dopiero teraz doczekała się pierwszych artykułów na temat przemocy w terapii osób niepełnosprawnych, osób autystycznych. […]

 

Pedagożka zapewniła, że – wraz z zespołem – pracują rocznie z kilkoma tysiącami osób autystycznych i obywają się bez tego typu metod. – Ostatni raz sytuacja, kiedy musieliśmy zastosować jakikolwiek przymus bezpośredni miała miejsce kilka lat temu i dotyczyła jednego dziecka. Wyłącznie dlatego, że rodzice nie poinformowali nas o fakcie, że chłopiec potrafi w błyskawicznym tempie wpaść w olbrzymią złość i być  zagrożeniem. Gdybyśmy o tym wiedzieli, do takiej sytuacji by nie doszło – wskazała. […]

 

Pedagożka specjalna oceniła, że problem sprowadza się najczęściej do wyboru specjalistów pracujących z dziećmi autystycznymi czy niepełnosprawnymi intelektualnie, którzy powszechnie decydują się na metody przemocowe. – A rodzice w większości się na to godzą, wierząc w to, że to terapia – mówiła, podkreślając, że mamy w Polsce ogromne przyzwolenie na przemoc wobec dzieci w ogóle. – Przemoc w edukacji i wychowaniu jest na porządku dziennym. Wobec tego wśród osób autystycznych będzie to jeszcze bardziej rozwinięte – dopowiedziała.

 

Tym bardziej, jak dodała, że podejście oparte na podstawach humanistycznych – wymyślone 100 lat temu –  także nie jest w Polsce rozpowszechnione. – Takich placówek jest bardzo mało. Wobec tego 90 proc. dzieci trafi właśnie do tego typu ośrodków – alarmowała dr Ławicka.

 

Prezeska Fundacji Prodeste podkreśliła na koniec, że ważny jest każdy krok w kierunku zmiany tej  mentalności. – Odkąd zajmuję się tym tematem niewiele się zmieniło. Mamy rok 2022. Może już się dzieci nie polewa powszechnie szlauchem z zimną wodą, ani nie razi prądem (co nie znaczy, że nigdzie do takich praktyk nie dochodzi), ale my dalej mamy do czynienia tak naprawdę z tym samym, jedynie trochę się formy zmieniły – podsumowała gorzko w TOK FM.

 

 

 

Źródło: https://www.tokfm.pl/Tokfm/7,103085,29038713,to-powszechna-praktyka-w-tego-typu-placowkach-dr-lawicka.html