
Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'
Dzięki Jarosławowi Pytlakowi, który ten post udostępnił na swoim fb-profilu mogliśmy dotrzeć na profil Przemka Rojka, gdzie 26 listopada 2022 r. zamieścił on taki, warty upowszechnienia, tekst, którego punktem wyjścia jest takie zdjęcie:
To jest takie zdjęcie ilustracyjne, które natychmiast rozpozna całym sobą każdy wykształciuch jak Polska długa, szeroka, wysoka i głęboka – rozpozna i powie: oho, autor zdjęcia na pewno był na jakiejś konferencji albo na szkoleniu.
Tak, macie rację: byłem na szkoleniu dla egzaminatorów maturalnych (to po części tłumaczy, czemu na tym zdjęciu brakuje jeszcze jednego nieodzownego elementu, czyli ciasteczek, na który to krzyczący brak zwracała mi uwagę każda osoba, której już tę fotkę okazałem – ciasteczka po prostu nie pasują do tak trwale związanego z misją polskiego nauczyciela etosu niedofinansowania i wzniosłej ascezy).
Słowo daję, nie będę się znęcał nad samym szkoleniem – prowadząca robiła co mogła, żeby bezsensownej i koszmarnie nudnej materii, którą musiała przedstawić, nadać jakiekolwiek pozory sensu, a koleżanki i koledzy, z którymi dzieliłem te udręki, czasem mówili coś rozsądnego, czasem bredzili jak potłuczeni. Taki lajf, wiadomo, nie uważam, żebym sam w czymkolwiek od nich na plus odstawał.
Chciałem natomiast z całą mocą (i zgrozą) podkreślić, że to, co Centralna Komisja Egzaminacyjna szykuje na najbliższą sesję maturalną uczniom, nauczycielom i egzaminatorom, to jest jakaś najczarniejsza otchłań edukacyjnego piekła. Serio, uczę dwadzieścia lat, przeżyłem dziesiątkę ministrów edukacji (i marzę o tym, by przeżyć tego jedenastego), widziałem takie rzeczy w związku z maturą z polskiego, że „you people wouldn’t believe”, ale to jest nic w porównaniu z tym, co tu się szykuje. W związku z tym chciałem oświadczyć, że dopóki powołania do zespołu egzaminacyjnego nie dostarczy mi w ramach jakiejś częściowej mobilizacji delegacja z WKU uzbrojona w broń długą – nie będę w tym uczestniczył.
Owszem, zdarzało mi się już poprawiać maturę pisemną – nie robiłem tego dla kasy, zawsze miałem z tym opory natury dość banalnej (to jest zwyczajnie kawał cholernie ciężkiej harówy), ale chciałem po prostu, za przeproszeniem, udoskonalić swój warsztat. I pragnąłbym też z drugiej strony podkreślić, że nigdy nie robiłem tego z poczuciem, że przykładam rękę do jakiegoś procederu haniebnego – teraz jednak tak właśnie by było i dlatego nie zapiszę się, nie pójdę, nie poprawię.
Obiecuję, że o tym, co w tym wszystkim jest takiego strasznego, napiszę – i to obszernie – gdzie indziej. A na dziś, siostry polonistki, bracia poloniści – mam takie hasło, dobre na tatuaż, t-shirta i na transparent:
UCZĘ. KOCHAM. NIE EGZAMINUJĘ.
Pod tym postem pojawiło się 15 komentarzy. Oto, przykładowo, trzy z nich:
Dzisiaj proponujemy lekturę tekstu, zamieszczonego przed kilkoma tygodniami (4 października 2022 r.) na stronie Rzecznika Praw Dziecka. Bijemy się w piersi – naszą winą jest, że tak późno ten tekst znalazł się w zasięgu naszego radaru. A jest to omówienie wyników badania jakości życia dzieci i młodzieży – w zawężeniu do opinii o środowisku szkolnym, wyrażanych przez uczniów na trzech poziomach edukacji (uczniów II i VI klasy Szkoły Podstawowej i II klasy szkół ponadpodstawowych), oraz ich rodziców. Badanie było prowadzone kwestionariuszem KIDSCREEN – jednolitego narzędziem, używanym w krajach europejskich do oceny jakości życia dzieci (Ravens-Sieberer & Kidscreen Group Europe, 2016). Oto ten tekst:
Wyniki badań: Rodzic większym szkolnym pesymistą niż dziecko
Rodzice znacznie gorzej oceniają sytuację swoich dzieci w szkole niż one same. O ile niezadowolony jest tylko co piąty uczeń, to aż połowie rodziców wydaje się, że ich dzieci mają złą opinię o szkole. Ze zleconych przez Rzecznika Praw Dziecka ogólnopolskich badań naukowych wynika też, że matki są większymi pesymistami niż ojcowie, nie ma zaś przy takich ocenach większego znaczenia miejsce zamieszkania rodziców, ich wiek czy status materialny.
Rok temu Rzecznik Praw Dziecka Mikołaj Pawlak zlecił ogólnopolskie – pierwsze od 20 lat tak szerokie i szczegółowe – badanie naukowe jakości życia dzieci i młodzieży. Zapytano uczniów szkół podstawowych i ponadpodstawowych o ich stosunek m.in. do szkoły, rodziny, kolegów, a także ich samopoczucie psychiczne i fizyczne. W tym roku powtórzono badanie, ale tym razem zapytano rodziców, co sądzą ich dzieci o środowisku szkolnym.
– Różnice są dość zaskakujące, bowiem z badań wynika, że o niezadowoleniu ze środowiska szkolnego mówiło tylko około 20 procent uczniów, natomiast aż połowie rodziców wydaje się, że ich dzieci odczuwają niechęć do szkoły. Jedną z przyczyn może być to, że szkoła kontaktuje się z rodzicami najczęściej dopiero w sytuacjach kryzysowych, gdy pojawiają się jakieś problemy. To zniekształca opiekunom ocenę całego środowiska szkolnego, w którym uczą się ich dzieci. Ale to też niestety pokazuje, że dorośli nie rozumieją świata własnych dzieci – podkreśla Mikołaj Pawlak.
Screen ze strony RPD [www.brpd.gov]
Z badań wynika, że na niezadowolenie ze środowiska szkolnego wskazywało 22 procent uczniów II klas szkół podstawowych, zaś aż 50 procentom rodziców takich uczniów wydawało się, że ich dzieci nie są zadowolone ze szkoły. W przypadku uczniów VI klas szkół podstawowych – było to odpowiednio 20 i 50 procent. Z kolei 18 procent uczniów szkół średnich wyrażało niezadowolenie ze szkoły, a ich rodzicom w 43 procentach tak się wydawało.
Przy podziale na opinie matki i ojca oboje byli prawie zgodni w przypadku rodziców najmłodszych uczniów – matki w 49 procentach, a ojcowie w 50 procentach twierdzili, że ich dzieci są niezadowolone ze szkoły. Matki starszych uczniów okazały się większymi pesymistkami – tak uważało 53 procent matek i tylko 40 procent ojców uczniów VI klas szkoły podstawowej. Negatywne oceny dotyczące odczuć uczniów szkół średnich dzieliły się na: 46 procent matek i 37 procent ojców.
Badania nie wykazały większych różnic co do opinii o stosunku dzieci do szkoły w zależności od miejsca zamieszkania ich rodziców. Opinie były podobne na wsiach i w miastach. Także niewielkie różnice były w zależności od stanu materialnego rodziców – wyższe zarobki tylko nieznacznie polepszały oceny zadowolenia dzieci ze szkoły.
Znaczne różnice wskazujące na istotny brak zrozumienia sytuacji dzieci wykazały odpowiedzi na pytanie, czy dziecku układa się w szkole. Zapytani o to uczniowie II klas szkół podstawowych aż w 40 procentach przypadków odpowiadali, że układa się „ogromnie”. Zapytani o to ich rodzice odpowiadali tak tylko w 15 procentach przypadków. „Ogromnie” zadowolonych ze stosunków w szkole było 19 procent uczniów VI klas, a ich rodziców tylko 9 procent. Zgoda panowała wśród młodzieży ze szkół średnich i ich opiekunów – tu obie grupy wskazały na „ogromne” zadowolenie tylko w 8 procentach odpowiedzi.
Podobne różnice wykazały odpowiedzi na pytanie o relacje uczniów z nauczycielami. Najmłodsi uczniowie wskazywali w 50 procentach, że mają „zawsze” dobre relacje, zaś ich rodzice uważali tak tylko w 27 procentach. Wśród klas VI było to odpowiednio 21 i 13 procent. I znów prawie zgodne opinie były przy tym pytaniu wśród uczniów najstarszych – na „zawsze” dobre relacje z nauczycielami wskazało 14 procent uczniów szkół średnich i 13 procent ich rodziców.
Zdaniem Rady Ekspertów przy Rzeczniku Praw Dziecka wyniki tej części badania wskazują na konieczność podjęcia działań na rzecz szerszego zaangażowania rodziców w życie poszczególnych klas i całych społeczności szkolnych. Nauczyciele muszą zaś zacząć postrzegać rodziców jako ważnych uczestników życia szkolnego i budować relacje oparte na potencjałach uczniów oraz ich opiekunów.
Ogólnopolskie badanie jakości życia dzieci i młodzieży 2022 – środowisko szkolne – plik PDF – TUTAJ
Źródło: www.brpd.gov.pl
Oto dwa posty z późnego środowego wieczora (23 listopada 2022 r.) fb-profilu dr Marzeny Żylińskiej – oba o tym, czy należy oddawać uczniom sprawdziany, czy je archiwizować. Różnią się one tym, że tylko pierwszy jest w pełni autorstwa dr Żylińskiej, dugi jest w znacznym stopniu przytoczeniem tekstu, nadesłanego – jako komentarz do poprzedniego posta – przez Violettę Kalka – nauczycielkę języka polskiego w Zespole Szkół Mechanicznych, Elektrycznych i Elektronicznych w Toruniu:
Oczywistość czy herezja
Żyjemy w czasach, w których to, co dla jednych jest oczywistością, dla innych jest kompletną herezją.
Są nauczyciele (i jest to całkiem duża grupa), którzy oddają swoim uczniom sprawdzone i ocenione sprawdziany i nie mają w związku z tym żadnych problemów.
Są też tacy nauczyciele, którzy sprawdzianów uczniom nie oddają, a jeśli rodzice chcą zobaczyć, jak ich dziecko napisało kartkówkę czy klasówkę, muszą się umówić z nauczycielem, przyjść do szkoły i wtedy mogą zobaczyć, co dziecko zrobiło dobrze, a z czym ma jeszcze problemy. Ponieważ sprawdzianów w niektórych szkołach jest po kilka w tygodniu, oczywiste jest, że chcą mieć wgląd w sprawdziany, rodzice musieliby ciągle odwiedzać nauczycieli.
Ci pierwsi mówią, że nie mają żadnych problemów z tym, że jakieś dziecko sprawdzian zgubi ( co zresztą ich zdaniem zdarza się niezwykle rzadko). Rodzice wiedzą, że sprawdziany są oddawane, więc nie mają pretensji do nauczyciela. Zresztą tam, gdzie oceny można poprawiać, waga sprawdzianów spada, pomagają jedynie w nauce i pokazują wynik na pewnym etapie, więc jeśli zginą, nikt nie robi z tego problemu.
Ci drudzy, dla których najważniejsze jest archiwizowanie wszystkich sprawdzianów, twierdzą, że nie mogą ich oddać do domu, bo wtedy sprawdziany nie wrócą, część dzieci je „zgubi” i rodzice będą mieli do nich pretensje.
Najdziwniejsze jest to, że nauczyciele, którzy sprawdziany uczniom oddają, bo traktują je jako pomoc w procesie uczenia się, tych problemów, o których mówią nauczyciele z grupy drugiej, w ogóle nie mają.
To kolejny dowód na to, że im bardziej opresyjny, restrykcyjny, zbiurokratyzowany i sformalizowany system, tym więcej problemów, które odciągają uwagę od tego, co jest prawdziwym celem szkoły, czyli od nauki. Problem w tym, że tworząc taki system, utrudniamy życie nie tylko uczniom i ich rodzicom, ale również samym sobie. A funkcjonowanie w złych, nieprzyjaznych relacjach niszczy nie tylko atmosferę, ale również zdrowie, wszystkim, nauczycielom też. Czy warto?
x x x
Czy nauczyciel musi archiwizować sprawdziany uczniów?
Jedni twierdzą, że muszą, bo są takie przepisy, ale nikt żadnego aktu prawnego, który by na nauczycieli nakładał taki obowiązek, nie podają.
Inni nauczyciele sprawdzianów nie archiwizują, ale oddają je uczniom i nie mają w związku z tym żadnych problemów. Jedną z takich osób jest Violetta Kalka polonistka z Torunia. Przeczytajcie, co napisała.
„Ja oddaję każdą klasówkę, każdy sprawdzian, każdy arkusz maturalny. Pracuję 25 lat …
Od kilku lat nie oceniam wypracowań. Tłumaczę, co jest dobrze, a co trzeba dopracować. Nie ma stresu, gonitwy, bezsensownych problemów. Wyniki matur są zaskakująco dobre.
Dodam jeszcze, że nie za bardzo przejmuję się wszelkimi systemami oceniania. U mnie uczeń może poprawić KAŻDĄ ocenę. Dziś trójka chłopców poprawiała „Kordiana”, ponieważ – i tu cytuję – „Wstyd mieć trójkę z lektury”.
Wszystko na luzie, bez stresu, z wzajemnym szacunkiem. Sama jestem po technikum, więc wiem, jakie chłopcy mają priorytety. A jednak miło mi, gdy widzę, że im zależy.
Czy powinniśmy oddawać uczniom klasówki? Dla mnie odpowiedź jest prosta. W szafach to ja trzymam pomoce dydaktyczne, a nie makulaturę.”
Violetta Kalka
nauczycielka języka polskiego z Torunia
Źródło: https://www.facebook.com/marzena.zylinska
Tradycyjnie umożliwiamy dzisiaj obejrzenie i wysłuchanie wczorajszego spotkania w „Akademickim Zaciszu”, gdzie tym razem rozmawiano na temat „Paradoksy edukacyjne XXI wieku”. Zaproszenie od prof. Romana Lepperta do udziały w tej debacie przyjęli:
– dr hab. Renata Tomaszewska, prof. UKW w Bydgoszczy – pedagożka, autorka wielu prac, w tym opublikowanej niedawno książki: „Człowiek i praca. Perspektywa transhumanizmu” ;
– dr hab .Marcin Napiórkowski, wykładowca w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego – semiotyk, prowadzący stronę internetową „Mitologie współczesne”, autor wielu książek, w tym opublikowanej niedawno „Naprawić przyszłość. Dlaczego potrzebujemy lepszych opowieści, żeby naprawić świat”;
– dr Konrad Ciesiołkiewicz – prezes Fundacji Orange, autora wielu opracowań poświęconych problematyce edukacyjnej.
Zapis wczorajszego spotkania – wyjątkowo nie na YoyTuba (do chwili zamieszczania tego materiału nie było tak tej relacji) – na fanpage „Akademickiego Zacisza” – TUTAJ
Przed kilkoma dniami (20 listopada 2022 r.) prof. Stanisław Czachorowski podzielił się swoimi refleksjami o tym, jak błędy w – pozornie – logicznym rozumowaniu mogą prowadzić do ich utrwalania w podręczniku szkolnym. Poniżej zamieszczamy nieomal cały ten tekst, wycinając bardzo „specjalistyczny” fragment, ale zainteresowanym udostępniamy go pod podanym linkiem:
Chemosynteza czyli o tym, jak czasem logiczne rozumowanie prowadzi na manowce (przykład z podręcznika)
Przeglądałem starszy podręcznik szkolny do biologii. Moją uwagę zwrócił fragment o chemosyntezie. Dostrzegłem błąd lecz to nie o błędzie będzie dywagacja. O czymś więcej. Będzie o tym jak uogólniamy i jak czasem logiczne rozumowanie prowadzi na manowce.
W podręcznikach szkolnych trzeba dokonywać skrótów i uproszczeń. To zrozumiałe. Ale gdy z tych uproszczeń próbujemy wyciągnąć wnioski to czasem czynimy spore błędy. Tak mają uczniowie i studenci, czytający podręczniki i w swojej głowie przetwarzający wyczytane informacje, by zbudować swój własny, spójny system wiedzy. Czynią tak też nauczyciele a czasem autorzy podręczników. W dobrej wierze.
By poszerzyć uczniom wiedzę w podręcznikach do biologii wspomina się nie tylko fotosyntezę, ale i chemosyntezę. Logiczne rozumując, skoro chemosynteza jest analogiem fotosyntezy to jak to zapisać by przejrzyście wyglądało w podręczniku i ułatwiło zrozumienie zagadnienia przez ucznia? Czy różnica jest tylko w źródle energii? Na ten szczegół starał się zwrócić autor lekcji w podręczniku. Resztę dopasował. Skoro w fotosyntezie jest dwutlenek węgla i woda, to pewnie w chemosyntezie też tak będzie. Skoro w fotosyntezie powstaje cukier glukoza i tlen, to w chemosyntezie pewnie też tak jest? Dwa błędne założenia. W efekcie mamy błąd w podręczniku. Błąd uproszczenia i złudzenie logicznego myślenia. Nie wiem czy w nowszych wydaniach tego podręcznika opisywany błąd został poprawiony. Ważniejsze jest to, jak takie błędy myślowe powstają. I jak je korygować. Najlepiej przez sięgnięcie do źródeł bardziej szczegółowych. Uczeń tego nie zrobi, ale nauczyciel powinien. Realizacja „podręcznika” nie wystarczy. Potrzebna własna, głębsza i szersza wiedza oraz umiejętność weryfikowania informacji. Trudnością jest także to, że nie wszystko da się prosto i skrótowo wyjaśnić. A trzeba. By uczeń zrozumiał a nie tylko zapamiętał.[…]
[Wycięty fragment – TUTAJ]
W procesie chemosyntezy (u chemoautotrofów) energia uwalniana podczas utleniania substratu przejściowo jest magazynowana w ATP a następnie wykorzystywana do wiązania dwutlenku węgla. Jednak u metanotrofów zamiast dwutlenku węgla wiązany jest formaldehyd.
Jak „wyciągnąć” istotę chemosyntezy u autotrofów i prosto ją przestawić uczniom? Czy wystarczy słownie wspomnieć, że jest analogiem fotosyntezy i że jest wcześniejszym procesem pierwszych autotrofów, że fotosynteza pojawiła się później. I że efektem chemoautrofii jest synteza związków organicznych, w tym cukrów? Nie ma jednak uwalniania tlenu jako produktu, tak jak to się dzieje w fotosyntezie.
Sam nie bardzo wiem jak zgrabnie, prosto, przejrzyście i poprawnie przedstawić temat chemosyntezy u chemoautotrofów. Być może czasem uproszczenia są potrzebne, mimo że mogą zawierać błędy. Bo ważniejszy jest sens niż szczegóły?
Źródło: www.profesorskiegadanie.blogspot.com
Dr Marzena Żylińska zamieściła wczoraj (22 listopada 2022 r.) na swoim fb-profilu tekst z książki autorstwa – też doktora, tyle że z geografii – Borysa Bińkowskiego „Szkoła od nowa” o uczeniu się dla stopni, a pod tym cytatem zamieściła swój komentarz, będący „przy okazji” promocją ruchu „Budzących się Szkół”. Oto ten tekst – w całości:
Wielu rodziców patrząc na wypełnione strony w zeszytach ćwiczeń lub widząc wiele ocen w dzienniku elektronicznym, ma (złudne) poczucie, że ich dziecko się uczy. Uff, jest dobrze – myślą sobie, a ich serca wypełnia spokój i zadowolenie.
Nic bardziej mylnego. Duża liczba stopni, tak samo jak wypełnione kartki w zeszytach ćwiczeń, o niczym nie świadczą. W kolejnym poście napiszę, po czym poznać, czy nasze dziecko efektywnie się uczy i czy rozwija swój potencjał.
Ale w tym poście chcę wstawić fragment z niezwykle ciekawej książki Borysa Bińkowskiego „Szkoła od nowa„, którą znajdziecie w księgarni Edukatorium.
„W szkole skupionej na stopniach, uczniowie uczą się przyjmowania strategii, które premiowane są w postaci dobrej oceny. Wybierają dziedziny, które są oceniane, pomijają zaś te, które ocenie nie podlegają; uczą się jak najłatwiej wypełnić kryteria, by otrzymać odpowiedni stopień; uczą się przewidywać, co będzie dobrze ocenione przez nauczyciela; wybierają strategie na skróty – przepisywanie zadań, ściąganie, kopiowanie z internetu. W efekcie tracą autentyczne zainteresowanie przedmiotem i dopracowują do perfekcji strategię 3Z – zakuć, zdać, zapomnieć.
Stopnie są często ważne dla nauczyciela lub rodzica, bo dają wrażenie panowania nad sytuacją. Wyobrażają sobie oni, że dzięki ocenie wzmacniają motywację do nauki lub odpowiedniego zachowania oraz, że wiedzą jak dziecko się rozwija. Rzeczywistość jest inna zarówno na poziomie poznawczym (postępów w nauce) jaki i rozwoju emocjonalnego, a kompetencje, szczególnie te miękkie (np. umiejętność współpracy czy krytycznego myślenia) bardzo trudno jest ocenić.
Stopień, zwłaszcza ten wyrażony w formie cyfry czy litery, daje nam obraz dwóch kompetencji – umiejętności krótkotrwałego zapamiętywania faktów oraz wykonywania poleceń. Może jeszcze – umiejętności pisania klasówek i egzaminów.”
Borys Bińkowski
Szkoła od nowa
Mój komentarz (mż)
Jak długo nie zrozumiemy, że duża liczba stopni to jedynie złudzenie efektywnej nauki, tak długo kontrolowanie i ocenianie będzie odbywało się kosztem czasu, który mógłby i powinien być przeznaczony na naukę. Bo człowiek uczy się wtedy, gdy próbuje zrobić coś, czego jeszcze nie umie, gdy popełnia błędy i się na nich uczy, gdy dyskutuje, szuka, bada i sprawdza swoje hipotezy, gdy …
W Budzących Się Szkołach staramy się, by szkoła była miejscem efektywnej nauki a nie wielką testowalnią, która obowiązek uczenia dzieci przerzuca na dom.
Źródło: www.facebook.com/marzena.zylinska
Foto: www.twitter.com/KrzysztofCiurej/photo
Krzysztof Ciurej – nauczyciela przyrody w Szkole Podstawowej w Osielcu, współtwórca Instytutu Nauki Lektikon
Na blogu <Lekcja:Enter> zamieszczono wczoraj (21 listopada 2022 r.) tekst Krzysztofa Ciureja – nauczyciela przyrody w Szkole Podstawowej w Osielcu (wieś w gminie Jordanów, powiecie suskim, Województwie Małopolskim), współtwórcy Instytutu Nauki Lektikon, poświęcony wskazówkom metodycznym, dotyczącym defektywnego uczenia się uczniów. Poniżej zamieszczamy wybrane fragmenty tej publikacji i link do jej pełnej wersji:
Co ma wpływ na uczenie się, czyli jak działać by dać uczniom szansę efektywnie się uczyć?
Zarówno nauczyciele, jak i uczniowie (wszyscy!) stają przed dylematem: jakie zastosować sposoby nauczania, aby proces uczenia się u uczniów zaistniał! […]
Podjęcie próby ustandaryzowania sposobów uczenia się wymaga w pierwszej kolejności odpowiedzi na pytanie, czym właściwe jest uczenie się? Myślę, że każdy z czytelników w swoim życiu doświadczał różnych sytuacji edukacyjnych w szkole, w domu, na uczelni, które może poddać ocenie pod kątem skuteczności w uczeniu. Ponadto, jeśli chodzi o edukatorów, studia pedagogiczne, różnorodne kursy poszerzają wiedzę teoretyczną i umiejętności stosowania takich metod czy form pracy, które podniosą skuteczność uczenia się uczniów. Aby jeszcze bardziej uwrażliwić na potrzebę dobierania odpowiednich metod i form pracy zestawmy ze sobą dwa podejścia do uczenia. Pierwsze, opisane w XVII wieku, oraz drugie sformułowane w wieku XX. Podejście XX-wieczne jest już oparte na dowodach naukowych, których źródłem są badania edukacyjne przeprowadzone przez naukowców na przestrzeni wielu lat. […]
Przyglądając się różnym opracowaniom na temat uczenia się jako aktywnego procesu warto poddać analizie wyniki prac Petera Honeya oraz Alana Mannforda. Omówiłem go w materiale „Projektowanie lekcji opartej na doświadczeniu. Cykl Kolba w teorii i praktyce” udostępnionym na platformie projektu „Lekcja:Enter”. Wskazany materiał opisuje cztery etapy cyklu uczenia się sformułowane przez Dawida Kolba nazwane „Cyklem Kolba” a także style uczenia się według Petera Honey’a oraz Alana Mannforda: aktywny, refleksyjny, teoretyczny i pragmatyczny.
Ułatwienie zrozumienia powyższych kategorii może zilustrować przykład wskazany w książce Geoffa Petty’ego „Nowoczesne nauczanie”. Wyobraź sobie, że uczniowie muszą nauczyć się obsługi nowego programu komputerowego albo sposobu korzystania z dowolnej aplikacji.
-Teoretycy będą chcieli, żeby im wyjaśniono sposób działania programu lub też będą potrzebować czasu na samodzielne zapoznanie się z instrukcją obsługi.
-Uczniowie, których cechuje refleksyjność będą chcieli się zastanowić, dlaczego coś działa, a coś nie działa, konfrontując swoje wyobrażenia z rzeczywistością.
-Pragmatycy postarają się wykorzystać program do tego, co jest im potrzebne, niekoniecznie zawracając sobie głowę detalami działania programu, zaś
-aktywiści po prostu zaczną „klikać”, próbować, sprawdzać.
John Dewey oraz David Kolb, chcąc zapewnić optymalną jakość uczenia się każdej z grup opracowali cykl uczenia zwany Cyklem Kolba, wyróżniający cztery etapy uczenia się:
1.Etap doświadczenia (dla aktywnych),
2.Etap refleksji (dla refleksyjnych),
3.Etap teorii (dla teoretyków),
4.Etap zastosowania (dla pragmatycznych).
W wyżej cytowanym materiale scharakteryzowano szczegółowo etapy cyklu Kolba. Znalazły się tam także wskazówki jak zaplanować lekcję w cyklu Kolba i przykłady takich lekcji. Korzystając z cyklu Kolba w nauczaniu edukator/edukatorka ma pewność, że żaden z uczniów, niezależnie od tego, czy jest aktywistą, czy cechuje go refleksyjność, czy lubi teorie, czy też działania – nie zostanie pominięty. Ponadto wygrywa pogląd, który wskazuje na to, że aby zapewnić jak najwyższą skuteczność uczenia warto tak organizować lekcję czy szkolenia, aby pojawiły się wszystkie elementy powyższego cyklu.
Na koniec tych rozważań warto zadać pytanie – dlaczego należy stosować Cykl Kolba w szkole? Aby pokusić się o odpowiedź warto ustalić kryterium, według którego ocenimy lekcję; czyli kiedy uznamy, że spełnia ona swoje zadanie. Za taką uznajemy lekcję, która jest skuteczna w uczeniu się uczniów. Cykl Kolba umożliwia organizację takiej lekcji, podczas której uczniowie i ich aktywność są w centrum procesu dydaktycznego. Zgodnie z poglądami konstruktywistycznymi J. Piageta, L. Wygotskiego i J. Brunera taka lekcja ułatwia indywidualne konstruowanie schematów poznawczych przez uczniów lub sprzyja ich przebudowywaniu. Dzieje się to dlatego, iż w istniejące struktury poznawcze włącza się nową wiedzę, umiejętności, następuje naturalny proces uczenia się. W cyklu Kolba nowa wiedza tworzy się na podstawie przekształcenia przeżytego doświadczenia, na etapie refleksji, teorii i zastosowania. Mówiąc najprościej, na takiej lekcji uczeń/uczennica ma szansę dużo się nauczyć, a przecież o to nam chodzi!
O procesie uczenia się i stylach uczenia się możesz dowiedzieć się więcej – TUTAJ
[…]
Cały tekst „Co ma wpływ na uczenie się, czyli jak działać by dać uczniom szansę efektywnie się uczyć?” – TUTAJ
Źródło: www.lekcjaenter.pl/blog/
16 listopada 2022 r. na portalu Fundacji Orange zamieszczono tekst dr Tomasza Tokarza, w którym on podjął próbę odpowiedzi na pytanie „Co jest lepsze – indywidualna praca na lekcji czy grupowa?”. Zapraszamy do lektury:
Źródło: www.facebook.com/tomasztokarzIE
Praca indywidualna, a praca w grupie – wady i zalety
Praca indywidualna a praca w grupie – co jest lepsze – z punktu widzenia dobra ucznia i skuteczności edukacji? Warto przyjrzeć się bliżej obu formom, by rozpoznać ich wady i zalety.
Każdy z nas jest niepowtarzalnym podmiotem mającym własne preferencje – także dotyczące uczenia się. Są oczywiście uniwersalne techniki i narzędzia, które wszystkim pomagają w efektywnej nauce, niemniej sam tryb i tempo przyswajania wiedzy i rozwijania umiejętności bywają zróżnicowane. Ta różnorodność przejawia się także w podejściu do pracy indywidualnej i zespołowej. Niektórzy lepiej czują się w grupie, kiedy mogą na bieżąco wymieniać się przemyśleniami. Inni wolą zaszyć się samotnie w kącie, by nikt im nie przeszkadzał. Wybór jest zatem często subiektywny. Zależy także od wyznaczonych celów i rodzaju materiału.
Praca indywidualna – plusy i minusy
Praca indywidualna polega na samodzielnym wykonywaniu przez ucznia jakiegoś zadania – zazwyczaj przydzielonego odgórnie. W edukacji jest to praca według pewnych reguł i zasad, zmierzająca do jakiegoś wymiernego efektu – rozwiązania zadania czy stworzenia dzieła (na przykład w ramach projektu).
W szkołach taka forma wciąż dominuje. Zdecydowana większość uczniowskich aktywności przebiega właśnie w ten sposób. Otwórzcie ćwiczenia na stronie 45 i wykonajcie polecenie 7. Albo: Sprawdzian. Przed Wami jest 5 zadań, macie na nie 30 minut. Albo: W domu opracujcie temat: Aminokwasy i przygotujcie notatkę wizualną. Z założenia w takim trybie uczeń nie konsultuje się z innymi uczniami. Chodzi w nim o sprawdzenie, czy jest w stanie poradzić sobie z zadaniem na własną rękę.
Praca indywidualna ma oczywiście swoje zalety.
Po pierwsze – pomaga nauczycielowi oszacować możliwości konkretnego ucznia, rozpoznać, co już umie, a czego nie. Jest przede wszystkim narzędziem diagnozy jednostkowego potencjału. Po zapoznaniu się z wynikiem lub pracą ucznia, nauczyciel może udzielić mu precyzyjnej i spersonalizowanej informacji zwrotnej: to ci poszło dobrze, tu jeszcze są braki, możesz to poprawić tak i tak, może masz pomysł, co zrobić, by następnym razem poszło Ci lepiej Dokładnie tak samo jak trener w sportach indywidualnych, na przykład skokach narciarskich.
Po drugie – praca indywidualna jest dobrym rozwiązaniem jeśli uczeń sam chce zorientować się, na jakim poziomie się znajduje. Odwołując się do przykładu skoków narciarskich – jeśli Adam Małysz chciał zobaczyć, w jakiej znajduje się formie, to po prostu kilkanaście razy skakał i obserwował wyniki, wyciągając wnioski ze wcześniejszego przygotowania, zdobytego doświadczenia i wskazówek trenera.
Po trzecie – praca indywidualna może być efektywną formą pracy, jeśli chcemy, by wszyscy uczniowie opanowali pewien konkretny zespół informacji i umiejętności, taki sam dla każdego (jeśli na przykład chcemy, by każdy nauczył się tabliczki mnożenia). Mamy wówczas możliwość obserwowania indywidualnych trudności, a wynik ucznia nie rozmywa się w wynikach innych.
Po czwarte – z drugiej strony praca indywidualna może także być skuteczna jeśli zadania są zróżnicowane. Wtedy każdy może wybrać taki rodzaj ćwiczeń, który jest dla niego najlepszy.
Po piąte – praca indywidualna może pomóc uczniowi rozwijać kompetencje zarządzania czasem i planowania własnego rozwoju. Sam jest odpowiedzialny za zadanie i jego wynik i nie może odpowiedzialności przerzucić na innych. Nie może pozorować działań i zasłaniać się innymi. Albo jest efekt, albo nie ma. Dla wielu uczniów jest to szybsza forma pracy, jeśli chcą osiągnąć konkretny cel.
Praca indywidualna ma jednak także pewne poważne wady. Przede wszystkim nie pomaga rozwijać kompetencji społecznych: komunikacji i współpracy. Uczniowie pracując indywidualnie uczą się… pracować indywidualnie. Może im się to przydać w wielu czynnościach życiowych, ale na pewno nie we wszystkich. Większość zawodów opiera się jednak na kooperacji, a w firmach mamy podział obowiązków i ról. Trzeba umieć współdziałać.
Praca zespołowa
Dlatego tak ważne jest położenie nacisku w szkole na pracę zespołową. Praca zespołowa polega na wykonywaniu zadań w określonej grupie, a wynik jest efektem współpracy należących do niej członków. Chodzi tu nie tylko o to, że kilku osobom łatwiej jest poprzez wymianę myśli znaleźć rozwiązanie lub opracować koncept projektu. Chodzi też o to, że pracy zespołowej pojawia się (wyznaczony odgórnie lub będący efektem naturalnej dynamiki) podział ról i funkcji. Szczególnie zauważalny jest on podczas złożonej pracy projektowej, gdzie uczniowie muszą rozdzielić zadania, a następnie spiąć w całość ich efekty.
Jakie są plusy pracy zespołowej? Przede wszystkim uczy współpracy. Wiele obserwacji potwierdza, że uczniowie którzy od pierwszych lat szkolnych mieli dużo ćwiczeń zespołowych, po latach dużo częściej podejmują współpracę niż ci, którzy nie przeszli takich warsztatów. Częściej spontanicznie wyjaśniają swoje stanowisko, potrafią lepiej słuchać i dzielić się opiniami. Praca zespołowa daje przestrzeń do działań, dzięki którym możliwe jest rozwijanie kompetencji negocjacji, wspólnego rozwiązywania problemów, osiągania konsensusu, wymiany wiedzy i doświadczeń, konstruktywnego spierania się.
Ważną przewagą pracy zespołowej jest to, że pozwala na stworzenie dzieła, które nie byłoby możliwe podczas pracy indywidualnej. Umożliwia realizację dużych przedsięwzięć. Kiedyś co prawda zdarzali się wybitni samotnicy, którzy konstruowali na własną rękę niezwykle wynalazki. Dzisiaj jednak najbardziej przełomowe osiągnięcia dokonywane są w zespołach.
Minusy
Nie oznacza to, że taki sposób pracy nie generuje pewnych trudności.
Foto: www.google.com
Od 1 września 2022 roku obowiązuje Ustawa z dnia 9 czerwca 2022 r. o wspieraniu i resocjalizacji nieletnich. Dyrektorki i dyrektorzy szkół zobowiązani zostali jej Art. 4.p. 4 do stosowania wobec ucznia – osoby nieletniej, która „wykazuje przejawy demoralizacji lub dopuściła się czynu karalnego na terenie szkoły lub w związku z realizacją obowiązku szkolnego czy obowiązku nauki’, środka oddziaływania wychowawczego. Takim środkiem może być „pouczenie, ostrzeżenie ustne lub na piśmie, zobowiązanie do przeproszenia pokrzywdzonego, przywrócenia stanu poprzedniego lub wykonania określonych prac porządkowych na rzecz szkoły”.
I ten problem jest tematem artykułu Pauliny Nowosielskiej pt. „Dyrektorzy chcą wysyłać uczniów na prace społeczne, ale nie mogą”. Oto jego obszerny fragment:
Wśród nauczycieli i szefów szkół jest poparcie dla nowych przepisów pozwalających na kierowanie uczniów za mniej poważne występki do prac porządkowych. I zwolennicy, i przeciwnicy tego rozwiązania wskazują jednak, że trudno po nie sięgnąć.
Tak wynika z sondy zrealizowanej na prośbę DGP przez Ogólnopolskie Forum Oświatowe Nauczycieli i Dyrektorów wśród swoich członków. Poparcie dla nowych przepisów zadeklarowało 57 proc. uczestników ankiety. Przeciwko było 25 proc. W niemal 87 proc. szkół nie było jeszcze konieczności sięgnięcia po nowe narzędzie. Ale w pozostałych podjęto próbę skorzystania z niego. Wśród wymienianych powodów dominowały: zniszczenie mienia szkoły, niewłaściwe zachowanie względem drugiej osoby, agresja słowna wobec innego ucznia.
Praktyka stosowania tych przepisów wskazuje, że problemem jest konieczność uzyskania zgód opiekunów ucznia. Mówi o tym ponad 53 proc. pytanych. Inny kłopot to niemożność samego wyegzekwowania wykonania prac porządkowych (17,5 proc.).
– Skoro uczeń narozrabiał, to powinien ponieść konsekwencje, a rodzice zostać jedynie powiadomieni o takiej „karze”. Niestety, zazwyczaj kontakt z nimi jest utrudniony lub nie wyrażają zgody, co w praktyce wytrąca dyrektorowi narzędzie z rąk – mówią ankietowani. Podkreślają, że takie kary mają szansę nauczyć uczniów więcej niż rozmowy u dyrektora na dywaniku i wzywanie rodziców.
– Potrzeba jednoczesnej zgody rodziców i ucznia jest nieporozumieniem – dodaje Janusz Aftyka, szef Ogólnopolskiego Forum Oświatowego Nauczycieli i Dyrektorów. Zwraca uwagę, że rozwiązaniem pośrednim mogłoby być dopracowanie listy prac na rzecz szkoły, zawartej w statucie placówki, która wcześniej zyskałaby opinię rady rodziców. To leży w gestii każdej szkoły.
Pytani przez DGP prawnicy zwracają uwagę, że zgoda rodzica działa jak zabezpieczenie. – Istnieje ryzyko, że tego rodzaju kary mogą stanowić naruszenie godności osobistej ucznia. A na pewno, w jego mniemaniu, upokorzyć go na tle społeczności szkolnej. Kara może więc spowodować szkody, szczególnie gdy zostanie jej poddany wrażliwy uczeń – ocenia Marek Walaszek, radca prawny. Ale i on zaznacza, że konieczność uzyskania zgody od rodzica to potencjalny czynnik konfliktogenny na linii szkoła-dom. – Może zaostrzać wzajemne relacje, co nie jest dobre – mówi, podkreślając, że kary nie powinny być wymierzane uczniom publicznie. […]
Cały tekst „Dyrektorzy chcą wysyłać uczniów na prace społeczne, ale nie mogą” – TUTAJ
Źródło: www.serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/
Dzisiaj proponujemy lekturę dwu postów, jakie wczoraj i dzisiaj zamieścił na swoim fb-profilu Jarosław Kordziński – właściciel Centrum komunikacji i mediacji. Akademia Dialogu:
17.11.2022 r.
Autorytet nauczyciela
Edukacja musi się zacząć od poznania samego siebie i dobrze kiedy dostarcza wielu atrakcyjnych doznań związanych z poszukiwaniem i odkrywaniem rzeczy nowych, co dla większości młodych ludzi jest szczególnym motorem motywującym do działania. By tak się działo trzeba dbać o atrakcyjność zajęć oraz umożliwić uczniom uczenia się tego, co jest najbliższe ich możliwościom i potrzebom oraz w formie, która najbardziej sprzyja stylowi ich pracy nad własnym rozwojem. Jak podkreślają Hopgood i van Leeuwen: „Najlepsze środowisko nauki to takie, które jest wystarczająco zróżnicowane i elastyczne, aby zaspokoić potrzeby uczących się, oraz które zapewnia stałe możliwości budowania społeczności studentów i pracowników”
Takie społeczności promują wspólne uczenie się, indywidualne, w małych bądź dużych grupach. W grupach, w których praca jest wspólna i które są elastyczne, uczniowie uczą się, jak skutecznie komunikować się z innymi, pracować w zespole, ćwiczyć samodyscyplinę oraz doskonalić umiejętności społeczne i interdyscyplinarne. Dzięki współpracy uczniowie rozwijają lepsze zrozumienie tego, czego się uczą i doskonalą umiejętności krytycznego myślenia”.
Praca nad odkrywaniem i nazywaniem nowych rzeczy rozwija tak ważne dla każdego z nas kompetencja rozumienia i tworzenia informacji. To zdolność identyfikowania, rozumienia, wyrażania, tworzenia i interpretowania pojęć, uczuć, faktów i opinii w mowie i piśmie, przy wykorzystaniu obrazów, dźwięków i materiałów cyfrowych we wszystkich dziedzinach i kontekstach. Zakłada rozwój skutecznego komunikowania się i porozumiewania się z innymi. Stanowi podstawę dalszego uczenia się, rozróżniania i wykorzystywania źródeł wiedzy, poszukiwania, gromadzenia i przetwarzania informacji oraz wykorzystywania ich do formułowania i wyrażania własnych argumentów.
To również wstęp do krytycznego myślenie oraz zdolność oceny informacji i pracy z innymi. Wiąże się ze świadomością oddziaływania na innych ludzi oraz potrzebą rozumienia i używania języka w sposób pozytywny i odpowiedzialny społecznie. Uczenie się konstruktywnego dialogu, badania źródeł, opierania swoich wypowiedzi nie na przekonaniach, ale na faktach i bezrefleksyjnego zastępowania racji emocjami stanowi nie tylko podstawę pełnego porozumiewania się, ale też postrzegania świata w całej jego złożoności a jednocześnie mnogości wariantów rozwiązywania barier oraz problemów, z którymi nieustannie musimy się borykać.
18.11.2022 r.
Autorytet nauczyciela
Wielu dorosłych zastanawia się, co zrobić, żeby dzieci poświęcały więcej uwagi i staranności w pracy nad sobą. Pamiętając własne dzieciństwo, zastanawiamy się niekiedy, ile czasu sami straciliśmy na bezmyślne zabawy. I kim moglibyśmy być, gdyby nie te zmarnowane godziny?! Czy jednak rzeczywiście dzieci wymagają tak intensywnej pracy nad własnym rozwojem? Czy faktycznie powinien on polegać głownie na tym, by wtłaczać je w opracowane przez dorosłych algorytmy? Gerald Hüther zwraca naszą uwagę na to, że: „Rozwój talentów i predyspozycji drzemiących naszych dzieciach będzie możliwy dopiero wtedy, gdy spojrzymy na nie bez lęku i zatroskania, kiedy przestaniemy mieć wobec nich określone zamiary i zrezygnujemy z konkretnych wyobrażeń na ich temat. Dlatego też musimy zacząć traktować je poważnie (…) Powinno to być spotkanie dwojga ludzi, którzy mimo dzielących je różnic są jednak otwarci na to, by uczyć się od siebie wzajemnie; którzy cieszą się na wspólne odkrywanie i kształtowanie świata. Musimy się nauczyć rozmawiać z dziećmi, patrząc im w oczy; nawet jeśli w tym celu czasem będziemy musieli przykucnąć”.
Psychologia rozwojowa, a i najnowsze badania ludzkiego mózgu wskazują, że dzieci najintensywniej rozwijają się do piątego, szóstego roku życia. A więc do czasu zanim objęte zostaną formalną edukacją. I rzeczywiście, przyglądając się naszym maluchom możemy śmiało powiedzieć, że ich poziom motywacji i determinacji w pracy nad własnym rozwojem jest bliski zaangażowaniu najbardziej skupionych na swojej pracy naukowców. Zobaczmy z jakim zapałem grzebią patykiem w ziemi, by się dokopać do ukrytych w niej skarbów. Z jaką swobodą biorą do ręki najbardziej odrażające stworzenia, by zgłębić tajemnicę ich egzystencji. Z jaką łatwością i kreatywnością opowiadają o sprawach, które ich zdaniem zdarzyły się czy choćby powinny się zdarzyć. Wreszcie jak często, jak wiele i jak dociekliwe zadają pytania. Maluchy intuicyjnie zdają sobie sprawę, że zanim pójdą do szkoły muszą się bardzo, bardzo wiele nauczyć. A co później? Kilkadziesiąt laty Albert Camus temu zauważył, że szkoła przygotowuje dzieci do życia w świecie, który nie istnieje. A przecież od czasu wypowiedzi autora „Dżumy”, świat rozwija się w sposób jeszcze bardziej dynamiczny. Do tego stopnia, że już dziś coraz trudniej zaakceptować stereotypowy paradygmat edukacji, jakim jest zasada, że głównym dostawcą wiedzy i ważnych umiejętności dla rozwoju dzieci i młodzieży szkolnej są nauczyciele.
Źródło: www.facebook.com/j.kordzinski














