
Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'
Screen z relacji filmowej na portalu www.edunews.pl
Jarosław Pytlak podczas debaty #3TEZY O EDUKACJI, zorganizowanej 20 maja 2016 roku przez Fundację Szkoła Liderów.
Wymiana poglądów na Facebooku nie wpłynęła w żadnym stopniu na utrwaloną tradycję zamieszczania fragmentów tekstów Jarosława Pytlaka z jego bloga „Wokół Szkoły”. Poniżej proponujemy to co wybraliśmy z najnowszego, zamieszczonego w piątek 7 października 2022 r. Naszym dziełem jest wyróżnienie podkreśleniami lub pogrubionymi czcionkami tych myśli i tez, które uznaliśmy za szczególnie warte uwagi:
Na frontach wojny czarnkowej
Trwa październik. Nieco przycichła w mediach wrzawa związana z niedoborem nauczycieli, co nie znaczy, że minister Czarnek miał rację twierdząc publicznie, że obecne braki kadrowe w przedszkolach i szkołach są zjawiskiem normalnym, sezonowym. Nie są, a problem, zrazu najbardziej odczuwalny w wielkich miastach, dociera tu i ówdzie już także do mniejszych ośrodków. Statystyki ogłoszeń na stronach kuratoriów wskazują, że w porównaniu z poprzednim rokiem deficyt kadr pedagogicznych się pogłębił, a pan minister w swoich uspokajających wypowiedziach po prostu głosi nieprawdę.
Jeśli system jeszcze jakoś się trzyma – z naciskiem na słowo „jakoś” – zawdzięczamy to dyrektorom placówek, którzy przemyślnie omijają prawne ograniczenia liczby godzin pracy nauczycieli. Nie pomogłyby jednak żadne dyrektorskie sztuczki, gdyby wielu belfrów nie zgadzało się pracować w dużo większym wymiarze niż przewiduje Karta Nauczyciela, i gdyby nie wsparcie licznej rzeszy emerytów. Niezawodnego źródła motywacji dostarcza tutaj ekonomia – pensja za goły etat nauczyciela, nawet dyplomowanego, coraz gorzej wygląda w zestawieniu z płacą minimalną, podobnie jak nauczycielska emerytura. Większa liczba godzin „tablicowych”, to wypłata bardziej zbliżona do przyzwoitej, a dodatkowo jeszcze w bonusie wdzięczność dyrekcji za załatanie dziury kadrowej. I tak to się jakoś kręci, choć brakujących nauczycieli niektórych specjalności coraz częściej po prostu nie ma kim zastąpić. I raczej nie będzie, więc krach cały czas wisi w powietrzu.
W środowisku oświatowym daje się odczuć zdziwienie, dlaczego władze aż tak ostentacyjnie lekceważą nauczycieli. Tegoroczna podwyżka wynagrodzeń o 4,4% była żałośnie niska w stosunku do oficjalnie potwierdzonej stopy inflacji, a zapowiadane na rok przyszły kolejne 7,8%, wobec wzrostu kosztów utrzymania przekraczającego 17%, jest tylko dodaniem krzywdy do zniewagi. Nawet nieco większa podwyżka dla nauczycieli początkujących w zawodzie, którą chwali się minister Czarnek, nie jest żadną łaską, bowiem zapewnia jedynie, że ich zarobki nie spadną poniżej poziomu płacy minimalnej. No i dotyczy zaledwie ok. 15% tej grupy zawodowej.[…]
W tym miejscu powraca pytanie, dlaczego władze tak lekceważą nauczycieli? Dlaczego godzą się na ich rosnący deficyt, wręcz prowokując do porzucania zawodu brakiem jakichkolwiek perspektyw poprawy sytuacji?! Ano dlatego, że minister Czarnek z pełną premedytacją prowadzi kampanię wojenną, która ma doprowadzić do… Do czego? – o tym za chwilę.
Wojna czarnkowa rozgrywa się na dwóch frontach. Jeden skierowany jest przeciw nauczycielom. Nie da się ukryć, że władza odnosi tutaj znaczące sukcesy. Oto gigantyczne wysiłek, by zapewnić dzieciom zajęcia, kosztem ogromnych komplikacji organizacyjnych w szkołach i przedszkolach, oraz pracy nauczycieli w dużo większym wymiarze, niż dopuszcza prawo, nie tylko pozwala zachować w oświacie namiastkę poczucia normalności, ale także dobitnie świadczy, że… nauczyciele naprawdę mogą pracować więcej. Powszechna np. w Warszawie praca tzw. ścisłowców na półtora etatu, a nawet więcej, wymuszona potrzebami finansowymi pracowników, a kadrowymi poszczególnych placówek, stanowi tylko potwierdzenie słuszności odrzuconej przez związki zawodowe propozycji ministra – pracujcie więcej, a dostaniecie więcej pieniędzy! W praktyce tak właśnie się dzieje i – jak widać – wydaje się to możliwe. […]
W miony czwartek – 6 września 2022 r. – Maria Wenke-Jerie na prowadzonej przez siebie stronie o nazwie < Twitter Twins >, która z serwisem społecznościowym o tej nazwie ma niewiele wspólnego, choćby dlatego, że tam obowiązuje limit 280 znaków, zamieściła tekst o tytule, który nie mógł nie zwrócić naszej uwagi. I postanowiliśmy upowszechnić go wśród naszych Czytelniczej i Czytelników:
Czy warto być prymusem?
Tydzień temu zaczął się nowy rok szkolny. Mamy za sobą uroczyste inauguracje, życzenia sukcesów zarówno dla uczniów, jak i nauczycieli. Miarą szkolnego sukcesu jest na ogół świadectwo z wyróżnieniem, czyli czerwonym, a właściwie biało-czerwonym paskiem. Aby je otrzymać należało uzyskać średnią ocen wynoszącą minimum 4,75 i wzorową lub bardzo dobrą ocenę z zachowania. Prymusami zostają więc uczniowie, którzy mają co najmniej bardzo dobre oceny z większości przedmiotów. Czy są to osoby szczególnie utalentowane? I dlaczego tak często wyrastają z nich zupełnie przeciętni dorośli? To pytanie zasadne, bo ambicją większości rodziców jest biało-czerwony pasek na świadectwie, a powodem do satysfakcji nauczycieli jak najliczniejsze grono prymusów.
Najczęściej odpowiedź na pierwsze pytanie, czy prymusi to osoby szczególnie utalentowane, nie jest jednoznaczna. Powszechna opinia przypisuje szkole i systemowi edukacji to, że nie tylko nie rozwija talentów, ale wręcz je zabija. I pewnie częściowo jest to prawdą. Testowy system sprawdzania wiedzy i dostosowane do tego nauczanie nie promują samodzielnego myślenia, twórczej inwencji, kreatywności.
Drugie pytanie, dlaczego ze szkolnych prymusów tak często wyrastają zupełnie przeciętni dorośli, co jest faktem, implikuje kolejne: czy ci uczniowie, którzy uzyskują bardzo dobre oceny ze wszystkich przedmiotów, są szczególnie uzdolnieni, czy tylko najlepiej dostosowani do systemu edukacyjnego? Taki wzorowy uczeń poprawnie rozwiązuje testy i to ze wszystkich przedmiotów, dzięki czemu uzyskuje bardzo dobre oceny, a więc i wysoką średnią. Do tego spokojnie siedzi w ławce, nie sprawia kłopotów, wykonuje bez szemrania polecenia nauczycieli i rodziców, starannie odrabia prace domowe. Jego celem są jak najlepsze oceny, co jest oczywiście powodem do satysfakcji nauczycieli i dumy rodziców. Często jednak ci uczniowie nie są kreatywni, ale odtwórczy, a system edukacyjny właśnie to promuje. Nawet w tak wymagającej talentu dziedzinie, jaką jest matematyka. Nie tak rzadko spotkałam się z sytuacją, gdy utalentowany uczeń, który rozwiązał zadanie inaczej niż oczekiwał nauczyciel, niekiedy prościej i bardziej pomysłowo, nie był za to nagradzany, ale wprost przeciwnie, za takie rozwiązanie odejmowano mu punkty, albo nie uznawano jako poprawne. Co dopiero mówić o przedmiotach, w których ocena z reguły obarczona jest znacznie większym subiektywizmem. Pamiętam jak ocenione na dostateczny wypracowanie mojego siostrzeńca znajomy profesor polonistyki na uniwersytecie uznał za wybitne, oryginalne i wyróżniające się. Nauczyciel w szkole nie potrafił tego docenić.
Nie ma oczywiście prostej recepty na sukces w dorosłym życiu. Na pewno potrzebny jest łut szczęścia, ale i cechy charakteru, które osiąganiu sukcesu sprzyjają. Jest to ciekawość, wytrwałość w realizacji zainteresowań i pasji, ale także odwaga, w tym odwaga myślenia.
Polecam mój wcześniejszy tekst pt. „Odwaga” [TUTAJ]
Odwagi wymaga również koncentracja na swoich zainteresowaniach i uzyskiwanie słabszych wyników z innych przedmiotów. Nikt przecież nie pochwali za słabsze oceny, a rodzice mogą często nie kryć z tego powodu zawodu. Oczywiście nie namawiam rodziców, by zachęcali dzieci do zaniedbywania jednych przedmiotów kosztem innych, ale warto, by nie wywierali presji na bardzo dobre oceny z wszystkich przedmiotów, bo to postawa rodziców często wymusza aspiracje dzieci.
„Nie znam klucza do sukcesu, ale kluczem do porażki jest próbować wszystkich zadowolić” – ta sentencja przypisywana Billowi Cosby oddaje w pewnym sensie to, czym jest dążenie do uzyskania jak najwyższej średniej ocen.
Ważną umiejętnością kształtującą charakter jest też przyjmowanie porażek. W życiu nie zawsze się wygrywa, trzeba nauczyć się wyciągać z porażki wnioski na przyszłość, traktować porażkę jako lekcję do odrobienia, a nie klęskę.
Gdy obowiązywały jeszcze egzaminy wstępne na studia, zasiadałam w komisjach rekrutacyjnych. Wówczas bez egzaminu przyjmowani byli zarówno laureaci olimpiad przedmiotowych, jak i osoby, które miały świadectwo z wyróżnieniem. Dobrze pamiętam, że ci pierwsi to byli na ogół najlepsi studenci, drudzy natomiast często byli słabsi od kandydatów wyłonionych w wyniku rekrutacji.
Szkolni prymusi, jeżeli nie są to osoby wszechstronnie uzdolnione, to na ogół ludzie w dorosłym życiu przeciętni. Talentu nie da się sprawdzić testem. Nie warto więc wywierać presji na dzieci, by uzyskiwały same bardzo dobre oceny kosztem rozwoju talentów i zainteresowań. Zwłaszcza że postawa prymusa utrwala się w dorosłym życiu, utrudnia, a nie ułatwia, uzyskanie zawodowego sukcesu, ale przede wszystkim komplikuje relacje w zespole. Prymusów na ogół się nie lubi, nie tylko w środowisku uczniowskim.
Choć system szkolny sprzyja oczekiwaniu, żeby dziecko było najlepsze ze wszystkiego, pamiętajmy, że ma je przygotować do życia, w którym osiągnie ono sukces wówczas, gdy będzie się wyróżniało w jednej tylko dziedzinie. Dedykuję tę myśl rodzicom u progu nowego roku szkolnego.
Źródło: www.twittertwins.pl
Na dzisiejsze przedpołudnie proponujemy lekturę wczorajszego (6 października 2022 r.) posta Danuty Strerny, w którym podjęła ważny element procesu szkolnej edukacji:
Rysunek: Danuta Sterna
Sztywne terminy, czy elastyczność
Czy elastyczność w zakresie terminów pozwoli uczniom odczuwać mniejszy stres? A może zaowocuje klęską w ich przyszłej pracy? Dość kontrowersyjny wpis o terminowości w szkole.
Każdy z nauczycieli spotkał się z prośbami uczniów o przedłużenie terminów oddania prac. Szczególnie, gdy praca polegała na wykonaniu skomplikowanego projektu. Nauczyciel ma dylemat, z jednej strony termin był wyznaczony wcześniej i można było dobrze rozplanować czas pracy, ale z drugiej strony mogło to być niemożliwe z powodu np. choroby, nagromadzenia innych prac lub zmiany planów dotyczących wykonania projektu. Możliwe, że uczeń dokonuje krytycznej refleksji i samooceny i prosi o przedłużenie, aby pracę wykonać lepiej, co może się okazać dobre dla projektu i dla ucznia.
Wyznaczone terminy mają swoją wartość (np. uczą planowania), ale mogą być również źródłem stresu dla uczniów. Ostateczne terminy mogą pomóc uczniom zorganizować i ustalić priorytety pracy, wykonać etapowe zadania i uniknąć niepokoju związanego z nagromadzeniem się różnych zadań na przykład na koniec semestru. Dla wielu nauczycieli ścisłe przestrzeganie terminów jest ważną umiejętnością, która powinna być opanowana przed wejściem w dorosły świat. Ale są też nauczyciele, którzy preferują elastyczność i mniej stresu. Pytaniem jest: kiedy elastyczność może poprawić wyniki pracy i zmniejszyć stres – a kiedy jest ważne, aby stanowczo egzekwować terminy?
Uczniowie, szczególnie po okresie pandemii są bardzo zestresowani, obciążeni ponad miarę zadaniami i presją rywalizacji, podsycaną przez konieczność dostania się do tak zwanej dobrej szkoły.
Niektórzy nauczyciele traktują stopnie szkolne śmiertelnie poważnie i oceniają negatywnie uczniów miedzy innymi za oddanie pracy z opóźnieniem. Podstawą ich myślenia jest właśnie przygotowanie uczniów do przyszłej pracy. Jednak w tak zwanym „dorosłym życiu” ludzie pracują najczęściej zespołowo i gdy jeden z członków zespołu ma kłopoty, to inni mu pomagają lub nawet wykonują pracę za niego, aby tylko projekt był wykonany dobrze. Oprócz tego dorośli w pracy mają jednego szefa i jeden projekt, a uczniowie podlegają ośmiu nauczycielom, którzy wyznaczają im wiele terminów.
Zespół Ashley Whillans, przeprowadzili ankietę wśród pracujących dorosłych w 2021 r. na temat proszenia o przedłużenie terminów. Odkryli, że 53 procent terminów było zmienianych. W tym samym badaniu Whillans i jej zespół odkryli (na podstawie odpowiedzi 10 000 pracujących profesjonalistów), że prośba o przedłużenie terminów jest ogólnie postrzegana przez menedżerów przychylnie – i zmniejsza stres pracowników, jednocześnie poprawiając wydajność.
Jednak pracownicy (zwłaszcza kobiety) rzadko proszą o przedłużenie, nawet jeśli jest jasne, że terminy są elastyczne i mogą być zmienione. Obawiali się, że menedżerowie „pomyślą, że są niekompetentni i nie mają motywacji”, Za to menedżerowie oceniali zarówno pracowników, którzy prosili o przedłużenie, jako bardziej zmotywowanych niż ci, którzy tego nie robili.
Zatem może argument o przygotowaniu uczniów do dorosłego życia nie jest taki trafny?
Należy wziąć pod uwagę, czy proszenie o przedłużenie nie staje się zwyczajem uczniów i czy przedłużenie terminu ma wpływ na jakość wykonanego zadania. Ważna jest analiza – czy termin jest odpowiednio skalkulowany, czy jest realny i czy daje uczniom odpowiednio dużo czasu, aby mogli wykonać lepiej swoją pracę.
Nieelastyczne terminy bez możliwości poprawy pracy przyczyniają się do wysokiego poziomu niepokoju związanego z zakończeniem pracy.
Wobec tych wątpliwości pedagodzy radzą przede wszystkim ustalić cele, harmonogramy i terminy z uczniami i dawać im możliwość wyboru.
Warto też ustalić wraz z uczniami obowiązujący system oceniania. Badania pokazują, że pomaga możliwość poprawy i ponownej oceny. Dwa różne badania pokazują, że umożliwienie uczniom opóźnienia o jeden lub dwa dni — to najlepsza przyjęta elastyczność. Przedłużenie terminu o tydzień lub więcej powoduje gwałtowny spadek liczby prac oddanych w terminie i zmniejsza zaangażowanie uczniów w pracę. Badania pokazują również, że uczniowie mają poczucie, że nauczyli się więcej, gdy mogą poprawić ocenę z projektu.
Ustalanie terminów pomaga uczniom zaplanować swoją pracę i ustalić priorytety. Dla wielu uczniów jest to bardzo pomocne. Jednak patrząc na dorosły świat, często uzgadniane początkowo terminy są przedłużane. Szczególnie, gdy praca nad projektem okazuje się bardziej skomplikowana.
Kilka rad w sprawie elastyczności:
>Zezwalać na selektywne przedłużanie, czyli ustalenie wraz z uczniami liczby możliwych przedłużeń w semestrze lub roku szkolnym. Sama taka możliwość obniża napięcie i stres związane a terminem.
>Drugim podejściem może być dopuszczenie przedłużenia, jeśli uczeń o nie poprosi 24 do 48 godzin przed terminem. To podejście nie uwzględnia nagłych sytuacji awaryjnych.
>Trzecią opcją jest zapowiedź możliwości oddania pracy z dwudniowym opóźnieniem bez żadnych konsekwencji.
>Czwarta to ustalenie dwóch ocen, jednej za jakość pracy, a drugiej za terminowość jej wykonania. Przy czym nie są to oceny tej samej wagi.
Niektórzy nauczyciele uznają jako końcowy termin – koniec semestru lub roku szkolnego. To oddaje planowanie i odpowiedzialność w ręce uczniów.
Autorka artykułu, z którego korzystam Carly Berwick radzi, aby dać możliwość przedłużenia terminu, ale dopiero po przedstawieniu nauczycielowi stanu pracy nad projektem. Taka postawa uczy odpowiedzialność za jakość pracy, ale oczywiście obciąża też nauczyciela.
Istotne jest, aby przeanalizować – po co i dlaczego ustalamy terminy. Czy termin jest związany z oceną efektu pracy ucznia, czy jest tylko wygodą nauczyciela (co też jest ważne), czy może wynika z poczucia władzy i porządku.
Inspiracja artykułem Carly Berwick
Źródło: www.osswiata.ceo.org.pl
Portal „Krytyka Polityczna” zamieścił 5 października tekst Ali Budzyńskiej i Miszy Tomaszewskiego, zatytułowany „Spięcie: Ucieczka z publicznej szkoły”. Pierwsze słowo tego tytułu jest nazwą projektu:
Źródło: https://magazynkontakt.pl/spiecie/
Z publikacji tej dowiadujemy się, że owocem owej współpracy jest pięć tekstów, opublikowanych jednocześnie przez partnerów tego projektu:
1.Spięcie: Mamy na czym budować. Polska szkoła to nie tylko problemy, Anna Byrska
2.Spięcie: Nie dla państwowej dyktatury w edukacji! Zarówno w wydaniu PiS, jak i lewicy,Jarema Piekutowski
3.Spięcie: Druga fala prywatyzacji. Ze szkołą jest źle, a będzie gorzej, Łukasz Pawłowski
4.Spięcie: Ucieczka z publicznej szkoły, Ala Budzyńska, Misza Tomaszewski
5.Spięcie: Nie ma demokracji bez dobrej szkoły publicznej, Katarzyna Przyborska
Oto kilka fragmentów tekstu Ali Budzyńskiej i Miszy Tomaszewskiego :
Spięcie: Ucieczka z publicznej szkoły
[…]
Ministerstwo opowiadało o projekcie reformy systemu oświaty z 2017 roku jako – między innymi – o sposobie na wyrównanie szans edukacyjnych dzieci pochodzących z różnych środowisk. Eksperci już wtedy ostrzegali, że likwidacja gimnazjów, która pociąga za sobą skrócenie o rok nauki poprzedzającej próg selekcji szkolnej, jest krokiem w przeciwnym kierunku. Analogiczne konsekwencje ma firmowane przez ten sam rząd podwyższenie wieku inicjacji szkolnej do 7 lat. Nie dość jednak, że egalitarna w myśl politycznego przekazu reforma wprowadziła rozwiązania pogłębiające szkolną segregację, to przyspieszyła ona procesy rozwarstwiające edukacyjnie polskie społeczeństwo na inne sposoby. […]
W poprzedzającym wprowadzenie reformy roku szkolnym 2016/2017 było w Polsce 1244 niepublicznych szkół podstawowych i 448 niepublicznych liceów ogólnokształcących. W roku szkolnym 2021/2022, z którego pochodzą najbardziej aktualne dane, było ich już, odpowiednio, 1549 i 607 – czyli, plus minus, o jedną czwartą więcej. W tym samym czasie odsetek szkół publicznych wzrósł tylko nieznacznie. W związku z likwidacją gimnazjów uczniów i uczennic przybyło zarówno w podstawówkach i liceach publicznych, jak i w tych niepublicznych, ale w tych ostatnich zrobiło się ich w ciągu pięciu lat prawie dwa razy więcej i jest ich obecnie już 220 tysięcy (obliczenia autorów na podstawie danych MEN, które od 2018 roku podawane są w postaci utrudniającej dokonywanie takich porównań). Ktoś mógłby powiedzieć, że to stosunkowo niewiele wobec ponad trzech i pół miliona uczniów i uczennic uczęszczających do podstawówek i liceów publicznych, ale tak się składa, że są wśród nich osoby pochodzące z rodzin o największym kapitale ekonomicznym i kulturowym, co niesie ze sobą dość oczywiste konsekwencje dla edukacji publicznej.
Mniej więcej w tym samym czasie dało się zaobserwować skokowy wzrost liczby rodziców deklarujących, że posyłają swoje dzieci na korepetycje. Ich odsetek wzrósł z 17 procent w roku szkolnym 2016/2017 do 29 procent w kolejnym roku i 32 procent dwa lata później. Pandemia COVID-19 nieco wyhamowała ten trend, ale w roku 2021/2022, z którego pochodzą najbardziej aktualne dane, nastąpiło ponowne przyspieszenie. Na zajęcia dodatkowe, wśród których – oprócz korepetycji – są także zajęcia językowe, artystyczne i sportowe, posyła swoje dzieci 78 procent rodziców z wyższym wykształceniem (wobec 30 procent z wykształceniem podstawowym) i 93 procent rodziców mieszkających w dużych miastach (wobec 42 procent mieszkających na wsi). […]
Jak to jest już „stałym elementem gry” – także i w ten czwartek dajemy wszystkim którzy wczoraj nie mogli obejrzeć kolejnego spotkania w „Akademickim Zaciszu”, a których jego temat „Po co nam uniwersytet?” zaciekawił – dajemy na naszej stronie możliwość wysłuchania odpowiedzi na to pytanie, które udzielały:
– Profesor Monika Kostera – socjolożka, profesor nauk ekonomicznych i humanistycznych, aktualnie na Uniwersytecie Jagiellońskim;
– Doktor habilitowana Agnieszka Dziedziczak-Foltyn – prof. Uniwersytetu Łódzkiego, socjolożka, zainteresowana m.in. problematyką reform szkolnictwa wyższego i nauki;
– Doktor Aleksandra Rzyska – pedagożka z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, badająca m.in. reprezentacje uniwersytetu w dyskursie prasowym.
„Akademickie Zacisze” – prof. Roman Leppert i i debata „Po co nam uniwersytet” – TUTAJ
Wczoraj wieczorem (6 października 2022 r.) dr Marzena Żylińska napisała na swoim fb-profilu o „zagonionym świecie” uczniów. I o tym kto jest tego sprawcą. I o tym że wcale tak nie mysi być…
Stan zagonienia, to taki stan, gdy dajesz z siebie wszystko i czujesz, że liczba zadań cię przerasta, że i tak nie dasz rady.
W stanie zagonienia życie traci smak, nic człowieka nie cieszy, wszystko przygnębia. Człowiek traci poczucie sprawstwa i wiarę w to, że jego praca ma sens.
Ile dzieci, ilu młodych ludzi tak się czuje? Czy nas dorosłych interesuje, jak radzą sobie z naszymi zadaniami domowymi i zapowiedzianymi klasówkami, kartkówkami i testami? Czy szkoły monitorują, ile czasu uczniowie spędzają w domu nad książkami, w jakim wymiarze godzin w rolę nauczycieli wchodzą rodzice?
Ja dobrze wiem, jak czuje się człowiek w stanie zagonienia, jak nieefektywna jest wtedy jego praca, jak niska jakość życia.
Ile dzieci / młodych ludzi dostaje zadania, którym nie może podołać? Ilu z nich dostaje zadania, które je / ich przerastają? Jak stan zagonienia wpływa na ich rozwój, na myślenie o sobie, na podejście do nauki?
Czego potrzeba? Refleksji, empatii, mądrości i zwyczajnej ludzkiej dobroci i serdeczności. Dlaczego w tak wielu szkołach ich brakuje?
P.S.
Nie piszcie proszę, że uderzam w nauczycieli. Nauczyciele mają wybór, dzieci tego wyboru nie mają. Gdy tracą dzieciństwo, to tracą je na raz na zawsze. Są wtedy pozbawione czegoś niezwykle cennego, czego już nikt nie będzie im mógł oddać.
Sama wystarczająco długo byłam nauczycielką, by wiedzieć, ile zabieramy naszym uczniom. Sama też zabierałam, bo myślałam, że tak trzeba. Dziś wiem, że nie tylko nie trzeba, ale wręcz nie można. Nie można okradać dzieci z dzieciństwa, a młodych ludzi z życia. Nie można fundować kolejnych dni pełnych stresu, strachu i braku sensu. Nie można.
Ten post napisałam po rozmowie w uczniem klasy 8, który już teraz, na początku października, mówi, że nie da rady, że nie chce chodzić do szkoły. To niezwykle uzdolniony chłopiec, który każdego dnia prosi rodziców, żeby pozwolili mu zostać w domu, bo … chce się uczyć w spokoju, bez nerwów i stresu. Dotychczas nie zgadzali się na to, ale teraz, widząc, co się z nim dzieje, przestraszyli się. Myślą o Szkole w Chmurze. W szkole nikt nie rozumie, o co im chodzi, przecież trzeba dzieci przygotować do egzaminu po 8 klasie. A co jeśli nie dają rady, co jeśli tracą wiarę w siebie i w sens nauki? Czy ktoś zadaje sobie takie pytania? Czy ktoś bierze odpowiedzialność za to, co dzieje się z dziećmi / młodymi ludźmi?
Źródło: https://www.facebook.com/marzena.zylinska
Foto: www.newsweek.pl
Na internetowej stronie dodatku „Gazety Wyborczej” ŁÓDŹ zamieszczono dzisiaj (5 października 2022 r.) tekst Justyny Mysior-Pajęckiej, z którego można dużo dowiedzieć sie o problemie korepetycji. I to już na początku roku szkolnego. Poniżej zamieszczamy wybrane fragmenty tej publikacji i link do jej pełnej wersji:
Co czwarty uczeń bierze korepetycje. Nawet z religii i wychowania do życia w rodzinie
Korepetytorzy podkreślają, że już dawno minęły czasy, kiedy korzystanie z korepetycji było zarezerwowane dla uczniów, którzy wyjątkowo nie radzą sobie z nauką. Ile trzeba zapłacić za korepetycje w tym roku? […]
Od jednego z uczniów III LO w Łodzi dowiaduję się, że w ubiegłym roku zarówno on, jak i znaczna część jego kolegów z klasy korzystała z usług tych samych korepetytorów. Najczęściej decydowały się na nie osoby z wysoką średnią ocen. Nie ukrywa, że w tym roku może być podobnie.
– Nie ma co winić nauczycieli, bo robią, co się da, żebyśmy dawali radę, ale program jest przeładowany. Wielu z nas ma dodatkowe zajęcia sportowe. Przygotowanie do sprawdzianów czy egzaminów z pomocą drugiej osoby pozwala nam znaleźć na nie czas. Z korepetytorem w godzinę ogarniam materiał, przy którym sam spędziłbym przynajmniej kilka godzin – słyszę.
Jego koleżanka przyznaje, że doniesienia o trudniejszej maturze sprawiają, że choć ma do niej jeszcze sporo czasu, woli się zabezpieczyć i na pierwsze zajęcia dodatkowe z przedmiotów, które będzie zdawać, zapisała się już we wrześniu.
– Na razie robimy powtórkę materiału z poprzednich lat. Nie wiem, czego mogę się spodziewać na egzaminach. Wolę być gotowa na wszystko, żeby w maju nie było za późno – mówi.
Korepetytorzy podkreślają, że już dawno minęły czasy, kiedy korzystanie z korepetycji było zarezerwowane dla uczniów, którzy wyjątkowo nie radzą sobie z nauką. – Zgłaszają się zarówno uczniowie, którzy mają problemy z rozwiązywaniem zadań i bez indywidualnego przygotowania trudno byłoby im przejść do następnej klasy, jak i tacy, którzy z testów dostają piątki, ale zależy im na jak najlepszym wyniku na maturze czy egzaminie ósmoklasisty – przyznaje Maria, nauczycielka z 20-letnim stażem, która od lat udziela korepetycji z matematyki. […]
Od 23 lipca 2022 roku, kiedy Robert Raczyński zamieścił na swoim blogu „Eduopticum” post „Ubezpiecz się, ociepl dom i nie pisz dla idiotów”, na kolejne trzeba było czekać do 1 października, kiedy to pojawiły się teksty: „O starzeniu się, klimacie, alergii i liberalizmie”, jeszcze tego samego dnia – „Dlaczego im bardziej się zmian w szkole szuka, tym bardziej ich tam nie ma?”, a po nim jeszcze „IMPRESJE’22”.
I zaledwie po trzech dniach mogliśmy przeczytać ten najnowszy, po lekturze którego postanowiliśmy zamieścić go – bez skrótów – na „Obserwatorium Edukacji”. Nie mogliśmy powstrzymać się przed wyróżnieniem jego fragmentów podkreśleniem lub pogrubieniem czcionek. Tekst został opatrzony historyjką obrazkową, którą także – za Robeftem Raczyńskim, zamieszczamy:
Twarde niekompetencje
Kiedy czyta się i słucha o osiągnięciach fińskiej oświaty (tych rzeczywistych, a nie wyobrażonych i zmitologizowanych), albo o funkcjonowaniu szkół demokratycznych w Izraelu, nieodparcie pojawia się pragnienie wykupienia odpowiedniej licencji. Przecież, żeby u nas było równie fajnie jak u nich, wystarczy wysłać tępych nauczycieli na odpowiedni dokształt z miękkich kompetencji, nieoceniania i niezadawania prac domowych! Tak przynajmniej wynika ze światłych zaleceń żyjących z ludzkiej naiwności (oraz ignorancji i niedokształcenia) kołczów, trenerów i pedagogicznych ekspertów od wszystkiego.
Ci, którzy na ten dyżurny, jakże uproszczony przekaz się nie łapią, doskonale wiedzą, że nie pomogą tu ani intensywne szkolenia, ani obserwacja uczestnicząca, ani nawet potrojenie oświatowego budżetu – podstawowy problem tkwi w naszej mentalności, diametralnie różnej zarówno od wyważonego, fińskiego pragmatyzmu, jak i żydowskiego kolektywizmu[1].
W przypadku zaistnienia trudności, polski minister oświaty zareaguje buńczucznym dekretem i żądaniem zaraportowania jego realizacji w tabelce; tymczasem, jego fiński odpowiednik zleci przeprowadzenie adekwatnych badań, zapozna się z opiniami niezależnych ekspertów, zapyta o zdanie bezpośrednio zainteresowanych i ewentualnie wyda rekomendacje, których stopień realizacji i tak zależeć będzie od podmiotów lokalnych. Kiedy w izraelskiej szkole dyrektor nie jest pewien jak rozwiązać jakiś problem organizacyjny, lub dotychczasowy model działania przestał mu się sprawdzać, odwoła się do szkolnej społeczności z prośbą o radę lub opinię. W analogicznej sytuacji, polski dyrektor, zanim kiwnie palcem w sprawie, sprawdzi wszystkie ostatnie ministerialne rozporządzenia, obdzwoni kolegów i koleżanki po fachu, upewniając się, czy przez przypadek jakieś arcyważne wytyczne mu nie umknęły i odczeka jeszcze z miesiąc, w nadziei, że żadnej decyzji, za którą mógłby zostać pociągnięty do odpowiedzialności, nie będzie musiał podjąć. W rezultacie, najczęściej, intuicja i koledzy podpowiedzą mu jakieś działania pozorne, owinięte w kilka warstw biurokracji.
Na drugim końcu szkolnego łańcucha pokarmowego, polscy uczniowie, w każdej kwestii zależni od decyzji wyższej instancji, czyli nauczyciela[2], są znieczuleni na wszelkie problemy, niedotyczące ich fizycznie. W imię ich papierowej podmiotowości, postępowi pedagodzy zdejmują z nich odpowiedzialność za kwestie oczywiste dla izraelskiego przedszkolaka, bo a nuż coś zepsują albo, nie daj pedagogiko, się zestresują. Kiedy w fińskiej, czy izraelskiej szkole trzeba podjąć decyzje istotne dla całej jej społeczności, oddziału, czy kółka przedmiotowego, zainteresowani zbierają się, żeby przedyskutować sprawę i znaleźć rozwiązanie. W polskiej, nauczyciel wie, że będzie musiał zaangażować się osobiście i zadecydować, bo inaczej na zbiórkę na kino, albo wybór celu wycieczki musiałby czekać miesiącami. Nie ma przecież mowy, żeby w razie niepowodzenia obydwu przedsięwzięć, wyjście do kina i wycieczka się nie odbyły, a grupa spożytkowała przeznaczony na nie czas na sprzątanie szkoły. Gdyby tak się stało, do dyrektora przybiegliby zbulwersowani rodzice zestresowanych takim obrotem sprawy podmiotów oświaty, pretensjom nie byłoby końca, a i kurator mógłby zostać w to wmieszany.
Dzisiaj prezentujemy tekst, zamieszczony 2 października 2022 r. przez Borysa Bińkowskiego na jego fb-profilu. Jest to znakomita propozycja zajęć, podczas których, przy pomocy bardzo prostych środków, można empirycznie wykazać uczniom, że teza o nadmiarze dwutlenku węgla wprowadzanego przez człowieka do atmosfery ziemskiej – jako przyczynie „efektu cieplarnianego” – nie jest wymysłem lewaków i producentów fotowoltaoiki oraz ferm wiatrowych:
Jak rozbrajać PSEUDONAUKĘ na zajęciach z dziećmi?
Weźmy taki przykład: globalne ocieplenie. Jest, czy nie?
Hipoteza głosi, że wypuszczane przez nas CO2 powoduje efekt cieplarniany (dwutlenek węgla szybciej się podgrzewa od tlenu czy azotu), który podgrzewa atmosferę.
Czy musimy wierzyć naukowcom na słowo, czy można to sprawdzić?
Postanowiłem zrobić z dziećmi w Kooperatywa Akacja eksperyment.
Jego istota polega na zmierzeniu temperatury w dwóch butelkach wystawionych na słońce:
Jednej z powietrzem (butelka kontrolna)
Drugiej z większą zawartością CO2 (butelka badawcza)
Wszystko pięknie, ale jak wyprodukować CO2? To jest akurat bardzo proste – CO2 powstaje jako produkt reakcji sody oczyszczonej i octu (znany wszystkim wulkan z sody i octu).
Dwutlenek węgla jest cięższy od powietrza i jeśli reakcję przeprowadzimy w naczyniu, pozostanie w nim na dnie, jak woda (można to sprawdzić „wylewając” CO2 na palącą się świeczkę, która gaśnie). Tak stworzone CO2 można ostrożnie wlać do butelki badawczej, zamknąć ją i poczekać na słońce.
Pamiętać należy jednak, aby wcześniej do obu butelek włożyć skalibrowane termometry.
Jak mi wyszło? Butelka z CO2 rzeczywiście podgrzała się o stopień wyżej. Nadmienić tu muszę, że była to pierwsza próba. Nie byłem w stanie sprawdzić rzeczywistego stężenia dwutlenku węgla w butelce badawczej, popełniłem też błąd, dopuszczając wodę do butelki. Różnica w temperaturze była też na tyle mała, że należy być ostrożnym przed wyciąganiem daleko idących wniosków.
Myślę jednak, że jest to znakomity przykład prezentujący metodę postępowania, gdy chcemy weryfikować prawdy zawarte w książkach czy postach na FB. Co jeszcze można by zweryfikować?
Pozdrawiam, Borys Bińkowski
Źródło: https://www.facebook.com/borys.binkowski.9
W ub. tygodniu (27 września 2922 r.) na stronie lokalnego dodatku „Gazety Wyborczej” [wyborcza.pl SOSNOWIEC] zamieszczono tekst, który przygotowała Magdalena Warchala-Kopeć . Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji:
Szkoły łamią prawa uczniów. Nie wolno karać za brak pracy domowej czy za tatuaż
Stowarzyszenie dO! PAmina Labz Dąbrowy Górniczej przeanalizowało 55 statutów szkół. Wszystkie zawierały zapisy niezgodne z prawem. […]
Szkolny statut nie może stać ponad konstytucją
– Pod lupę wzięliśmy 55 statutów, z czego aż 41 z dąbrowskich szkół, bo tu mieszkamy, działamy i polityka oświatowa Dąbrowy Górniczej jest dla nas priorytetem. Wyrywkowo sprawdziliśmy też statuty szkół z innych miast: Bielska-Białej, Sosnowca, Będzina, Torunia, Warszawy, Jaworzna, Chruszczobrodu i Szczecina. Były wśród nich statuty szkół, które są na pierwszych miejscach rankingu „Perspektyw”. Ani jeden nie był wolny od bezprawnych zapisów – mówi Anna Dęboń, prezeska dO! PAminy. […]
– Już dwa lata temu sygnalizowaliśmy, że w statutach dąbrowskich szkół zdarzają się regulacje niezgodne z przepisami prawa. Od wielu osób słyszeliśmy jednak, że niekoniecznie mamy rację, że to tylko takie nasze bezpodstawne teorie. Zarzucano nam, że nie lubimy szkoły. Jest w tym ziarno prawdy, bo nie podoba nam się szkoła w jej obecnym kształcie. Sprawdziliśmy, jak jest, i udowodniliśmy, że problem istnieje. Raport pokazuje, jaka jest jego skala – mówi Dęboń. […]
Członkowie stowarzyszenia zauważyli jeden główny błąd popełniany przez osoby opracowujące treści statutów. Zapominały one mianowicie, że statut szkoły znajduje się na samym dole obowiązującej hierarchii aktów prawnych. Tym samym nie może naruszać aktów prawa stojących w tej hierarchii wyżej, jak Konstytucja RP, Deklaracja Praw Człowieka, Konwencja Praw Dziecka czy Ustawa o Systemie Oświaty. Gdyby ta jedna zasada była przestrzegana, nie dochodziłoby do innych naruszeń. […]
Jakie konkretne nieprawidłowości zdiagnozowali zatem członkowie dO! PAminy? Dotyczyły one m.in. warunków i sposobów oceniania uczniów. W wielu statutach zapisano np., że aby dostać ocenę celującą, uczeń musi opanować wiadomości i umiejętności wykraczające poza podstawę programową, brać udział w konkursach, zawodach czy olimpiadach. Nieprawidłowe były również zapisy o tym, że ocenę śródroczną lub roczną nauczyciel wystawia na podstawie średniej z ocen cząstkowych. […]
Wygląd ucznia to nie sprawa szkoły
Członkowie dO! PAminy podkreślają, że zamieszczane w statutach szkół regulacje należy formułować w sposób jasny i zrozumiały. Nie można stosować nieprecyzyjnych zwrotów takich jak „godny młodego Polaka”, „średnio trudne do opanowania” czy też „wygląd ucznia niebudzący zastrzeżeń nauczycieli i innych pracowników szkoły”. Tymczasem takie nieostre sformułowania zidentyfikowano w aż 41 z 55 statutów szkolnych.
Wygląd ucznia to zresztą osobna kategoria, w której szkoły dopuszczają się szczególnych nadużyć. Statut może bowiem określać tylko zasady ubierania się na terenie szkoły, ale nie wolno mu ingerować w ogólny wygląd ucznia. Szkoła nie może zatem zakazać noszenia makijażu, malowania paznokci, farbowania włosów, eksponowania tatuaży. Nie może też różnicować uczniów ze względu na płeć, czyli np. nakazać uczennicom wkładania na szkolne uroczystości spódnic.
Okazją do nadużyć były też zakazy wnoszenia do szkoły i korzystania na jej terenie z telefonów komórkowych czy innych urządzeń elektronicznych. W statucie szkoły taki zapis jest co prawda legalny, jednak w razie złamania go przez ucznia nauczyciel nie ma prawa urządzenia skonfiskować, nawet na chwilę. […]
Raport został dostarczony do wszystkich szkół, których statuty poddano analizie, do władz samorządowych oraz do kuratoriów oświaty.
– Przygotowaliśmy też projekt programu naprawczego, który zakłada sprawdzenie statutu, identyfikację występujących w nim ewentualnych bezprawnych regulacji oraz eksperckie wsparcie zarówno dla szkolnych zespołów, które są odpowiedzialne za tworzenie statutów, jak i dla nauczycieli, ponieważ usunięcie pewnych regulacji ze statutu mocno zmienia codzienną dydaktyczno-wychowawczą praktykę – mówi Dęboń. […]
Omówienie raportu – TUTAJ
Cały tekst „Szkoły łamią prawa uczniów. Nie wolno karać za brak pracy domowej czy za tatuaż” – TUTAJ
Źródło: www.sosnowiec.wyborcza.pl/sosnowiec/
h












