
Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'
Wczorajsze (2 listopada 2022 r.) spotkanie w „Akademickim Zaciszu” poświęcone było pedagogii Marii Montessori. Gospodarz – prof. Roman Leppert – zaprosił do rozmowy na ten temat osoby bardzo kompetentne „w tym temacie”:
– Prof. UW Annę Jaroszewską – autorkę książki „Kultura szkoły Montessori w XXI wieku” (Oficyna Wydawnicza IMPULS, Kraków 2022);
– Doktora Jarosława Jendzę z Uniwersytetu Gdańskiego – absolwenta studiów magisterskich z pedagogiki Marii Montessori w University of Girona, posiadacza dyplomu AMI 6-12;
– Monikę Pawluczuk-Solarz – montessoriankę z przekonania i wykształcenia.
– Ewelinę Donatti – kierującą Międzynarodową Akademią Montessori we Wrocławiu.
Plik z YoyTube z nagraniem „Pedagogia Marii Montessori na cztery głosy” – TUTAJ
W dniu 1 listopada na blogu „Moja oś świata”, prowadzonym przez Danutę Sternę pojawił się kolejny tekst, inspirowany anglojęzycznymi publikacjami. W tym przypadku był to tekst Elisy McDonald pt. „3 Habits to Make Teacher Teams More Impactful” [3 nawyki, dzięki którym zespoły nauczycieli będą bardziej skuteczne] Oto ten post Danuty Sterny – bez skrótów:
Wspólnie o nauczaniu w zespole nauczycieli
Rysunek: Danuta Sterna
Temat współpracy nauczycieli w zespołach stale powraca i niestety nie następują w nim spektakularne zmiany. Kiedyś uczyłam w naprawdę wspanialej szkole, gdzie jedynym mankamentem była właśnie współpraca nauczycieli. Przez lata nic nie dało się zrobić, ze szkodą dla uczniów i nauczycieli. Nie mam na myśli pracy w zorganizowanych zespołach zadaniowych, bo taka w szkołach występuje, chodzi mi raczej o współpracę pedagogiczną, dyskusję i wspólne doskonalenie procesu nauczania.
Panuje pogląd, że nauczyciela współpracują ze sobą, gdyż biorą udział w radach pedagogicznych, szkoleniach i są członkami zespołów zadaniowych. Moim zdaniem kultura współpracy nauczycieli wokół nauczania nie jest w Polsce powszechna. W innych krajach myślę, że jest jej więcej, gdyż jest wbudowana w organizacje pracy szkoły.
Przedstawiam wskazówki konsultantki edukacyjnej – Elisy MacDonald (jej książka „Intentional Moves: How Skillful Team Leaders Impact Learning”) – jak budować współpracę nauczycieli wokół nauczania. Jej zdaniem, główne punkty to: czytać wspólnie teksty edukacyjne, prowadzić wzajemne obserwacje lekcji i wspólnie przyglądanie się pracy uczniów. Nie są to łatwe do realizacji wskazówki. Bardzo ambitne, ale znam szkoły, które je z powodzeniem wykorzystują. Do wskazówek dołączę informacje o naszych propozycjach w programie Szkoła ucząca się (SUS).
W skrócie trzy wskazówki.
1.Nawyk wspólnego czytania
Samodzielne czytanie tekstów edukacyjnych oraz oglądanie filmów i podcastów jest oczywiście niezmiernie pożądane. Jednak nie przeceniajmy tego sposobu doskonalenia nauczyciela. Zmiana nawyków nauczania pod wpływem przeczytanego tekstu występuje niezwykle rzadko. Za to, jeśli nauczyciele omawiają przeczytany tekst, to mogą podzielić się pomysłami zastanowić wspólnie nad tekstem. Bez konsultacji z innymi nauczycielami zwykle „wyczytany” pomysł „upada”. Dlatego warto omówić z innymi nauczycielami tekst, przedyskutować i może rozwinąć wykorzystując zasoby innych. Jednocześnie wspólne studiowanie tekstu zwiększa szansę na zastosowanie dobrych pomysłów w całej szkole.
W programie Szkoła ucząca się rekomendowaliśmy Rozmowy o nauczaniu. Opracowaliśmy 27 krótkich tekstów, które polecaliśmy nauczycielom przeczytać przed spotkaniem, a w czasie spotkania proponowaliśmy dyskusję na temat tekstu (z wykorzystaniem lub nie scenariuszy spotkania). Byłam autorka tego pomysłu, ale spotkałam się z powątpiewaniem innych członków zespołu SUS, czy da się ten pomysł wykorzystać w polskich szkołach. Okazało się, że kilka szkół podjęło wyzwanie i powstały nawet kluby Rozmów o nauczaniu. Wykorzystują je również szkoły biorące udział w Całościowym Rozwoju Szkoły. Wszystkie teksty i scenariusze i wskazówki do Rozmów o nauczaniu można znaleźć na blogu – Oś świata pod adresem:
Wracając do wskazówek Elisy MacDonald, przekazuję jej rady dla lidera podejmującego się organizacji wspólnego czytania tekstów:
>Zacznij od krótkich tekstów. Zaproponuj krótki angażujący tekst (np. komiks, kontrowersyjny cytat, inspirujący fragment podcastu), jeśli nauczyciele podejmą dyskusję, to można potem przejść do dłuższych tekstów (np. fragment rozdziału z książki, artykułu, streszczenie pracy badawczej lub opracowanych wyników badań). Najważniejsze jest, aby teksty były poruszające dla nauczycieli i zachęcały do dyskusji.
>Zorganizuj rozmowę w sposób sprzyjający dyskusji. Czasami, aby rozpocząć opartą na tekście dyskusję zespołową, wystarczy dobre pytanie. Lepiej jest, gdy dyskusja od razu wywiąże się po przeczytaniu tekstu. Odwlekanie może zobojętnić nauczycieli na tekst. W Rozmowach o nauczaniu polecaliśmy zorganizować spotkanie przy kawie w milej atmosferze.
>Nawiązanie do tekstu. Może się okazać, że inne ważne wydarzenia odciągną dyskutantów od tekstu. Jednak warto wrócić do niego, aby było widać, że sensowne było jego przeczytanie. Można powrócić poprzez pytania: „Czy widzicie jakieś połączenie z tekstem?”, „Gdzie w tekście to występuje?”, „Co cię w tekście zaciekawiło?”, „Z czym się zgadzasz, a z czym nie?”, „Co mówi autor na ten temat?”.
Z naszych doświadczeń z Rozmów o nauczaniu wynika, że te spotkania nie powinny być obowiązkowe i narzucane, wystarczy, gdy weźmie w nich udział tylko kilka osób. Z czasem inne osoby mogą mieć chęć przyłączenia się.
2.Nawyk obserwacji koleżeńskiej
25 października zamieściliśmy materiał, zatytułowany „Oto dowód, że nie wolno przekreślać szans żadnego ucznia na jego rozwój”. Były tam obszerne fragmenty tekstu, opublikowanego w kolportowanej na terenie łodzi bezpłatnej gazetce „ŁÓDŹ.pl, zatytułowanego „Nauczyciel ma tę moc”. Jego bohaterem był Bartek Rosiak – jak tam napisaliśmy „najmłodszy nauczycielu – w Łodzi na pewno, a nie wykluczone, że i w całym kraju.”
Pod tekstem zamieściliśmy informację, ze 26 października 0o 16:30, w Fabryce Aktywności Miejskiej przy ul. Tuwima, odbędzie się spotkanie z Bartkiem. Jednak z przyczyn obiektywnych nie mogliśmy w nim uczestniczyć i dlatego z radością powitaliśmy dzisiaj (2 listopada 2022 r.) na stronie łódzkiego dodatku do „Gazety Wyborczej” < wyborcza.pl ŁÓDŹ > zamieszczono dzisiaj artykuł Justyny Mysior-Pajęckiei pt.„Najmłodszy nauczyciel w Polsce: Nie chcę, żeby uczniowie wchodzili na moje lekcje z bólem brzucha”.
Oto jego obszerne fragmenty i link do pełnej wersji, której lekturę bardzo polecamy:
Foto: Tomasz Stańczak/Agencja Wyborcza[www lodz.wyborcza.pl/lodz/]
Bartek Rosiak w przystosowanej do pacy metodami aktywizującymi sali lekcyjnej
Szkoły Podstawowej nr 182 im. im. Tadeusza Zawadzkiego „Zośki”,
w budynku „B” przy ul. Traktorowej 35
[…]
Najmłodszy nauczyciel pierwsze zajęcia prowadził w wieku 17 lat
– Myślałem o tym zawodzie, kiedy nie działo się jeszcze tak źle w oświacie i nauczycieli było sporo, szczególnie polonistów. Żartowano, że dyrektor ma w czym przebierać i nie przyjmuje np. za brzydki nos. To były takie czasy. Pomyślałem sobie: „Skończysz studia, pójdziesz z dyplomikiem i co dalej, nawet nie zaprosi cię na rozmowę, bo po co”. Uznałem, że muszę uprzedzić fakty i wtedy na pewno zostanę zapamiętany jako młody z doświadczeniem – przyznaje Rosiak.
W wieku 17 lat poszedł do podstawówki, którą ukończył i powiedział, że chce tam uczyć. Dyrekcja dobrze go znała, więc wyrażono zgodę, żeby w ramach wolontariatu prowadził dodatkowe lekcje. Podkreśla więc, że w praktyce ma cztery lata doświadczenia.
– To, że mi tam nie płacono i nie prowadziłem klas na stałe nie ma żadnego znaczenia. Byłem nauczycielem. Prowadziłem olimpijczyków – mówi. – Szczególnie specjalizowałem się w wyciąganiu dzieci, które mają tróje, a później wygrywają olimpiady.
Nie ukrywa, że sam był marnym uczniem, ale usłyszał od polonistki, że on również mógłby zostać polonistą, i w to uwierzył. – Mocno wierzę w psychologię i efekt aureoli. Są dzieci, które jeśli im się powie, że są w czymś dobre, to zadziałają tak jak ja w dzieciństwie. Zrobią wszystko, żeby ktoś nie zmienił zdania. Czasami warto w dziecku zbudować pewien mit tego, że ma jakąś umiejętność – zaznacza – To jest jak z jazdą na rowerze. Ktoś słyszy „trzymam cię”, chociaż nikt nie trzyma tego kija i dzięki temu się uczy. Nie wchodzę do sali z myślą: „ja was wyuczę”, ale „zainspiruję was do tego, żebyście sami to pociągnęli”. Myślę, że można mieć dyplom filologii polskiej, ale jeśli nie ma się wrażliwości polonistycznej, to najlepiej wyuczone teorie literatury czy poetyki w niczym nie pomogą.
Bartek Rosiak ma duże plany. Mówi wprost, że chce zostać dyrektorem szkoły, kiedy tylko nadarzy się taka możliwość. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, mogłoby mu się to udać jeszcze przed trzydziestką.[…]
Dr Marzena Źylińska zamieściła w miniony poniedziałek (31 października 2022 r) na swoim fb-profilu tekst, który tylko pozornie jest reklamą książki dostępnej w księgarni internetowej „Edukatorium”. Polecamy jego lekturę, gdyż dotyczy on bardzo powszechnego wśród rodziców uczniów przekonania o zasadności dążenia „za wszelką cenę” do uzyskiwania przez ich dzieci świadectw „z paskiem”.
Ela C. – Ale jeśli pozwolimy uczniom skupić się na tym, co ich interesuje, to nie dostaną 7 punktów za świadectwo z paskiem!”
Ja – I co wtedy?
Ela C. – Wtedy nie dostaną się do swojej wymarzonej szkoły!
Ja – I co wtedy?
Ela C. – Będą musieli pójść do jakiejś innej.
Ja – I co wtedy?
Ela C. – Wtedy nie dostaną się na wymarzone studia.
Ja – Jest Pani pewna?
Ela C. – No nie, ale mogą się nie dostać, więc trzeba walczyć o te 7 punktów, uczyć się wszystkiego, zamiast zajmować się tylko tym, co kogoś interesuje. Po co tak ryzykować?
Autorka książki Julie Lythcott-Haims przez wiele lat była dziekanem i opiekunem studentów na Uniwersytecie Stanforda. Dzięki temu obserwowała, jak radzą sobie na studiach studenci, jak inaczej wygląda droga tych, którzy są samodzielni, wewnątrzsterowni, którzy sami potrafią wyznaczać sobie cele, a jak na studiach funkcjonują ci, którzy dotychczas skoncentrowani byli na realizacji celów wyznaczonych im przez dorosłych i robili to, za co byli nagradzani.
Julie Lythcott-Haims pokazuje, jak na uczelni funkcjonują młodzi ludzie skrzywdzeni przez nadopiekuńczych rodziców. Ci rodzice chcą dobrze, zbyt dobrze, ale koszty ich dobrych chęci ponoszą dzieci
Gdy czytałam „Pułapkę nadopiekuńczoście” wiele razy myślałam o pewnej nauczycielce często komentującej moje posty na FB Budzącej Się Szkoły.
Pod postami, w których wyjaśniam, dlaczego nie warto zmuszać dzieci do gonienia za wysoką średnią, pani Ela C. zawsze pisze to samo: „Ale za świadectwo z paskiem można dostać 7 punktów!”
To przykład zawężonego rozumienia słowa sukces, któremu Julie Lythcott- Haims poświęca w swojej książce wiele miejsca. Z tego zawężenia, którego skutkiem jest skupianie się na ocenach, średnich, świadectwach i elitarnych uczelniach i pomijanie wszystkich innych aspektów spełnionego życia, wynika wiele nieszczęść.
Dlatego polecam „Pułapkę nadopiekuńczości” wszystkim rodzicom, którzy już wybrali swoim dzieciom kierunek studiów i którzy wożą je popołudniami na wybrane przez siebie dodatkowe zajęcia. W ten sposób dzieci tracą kontakt z samym sobą i przestają słyszeć swój wewnętrzny głos, który mówi im, co jest w życiu dla NICH SAMYCH ważne. Ten sam błąd, w dobrej wierze popełnia też wielu nauczycieli.
Więc książkę tę polecam wszystkim dorosłym, którzy wiedzą lepiej, czego potrzebują w życiu dzieci i młodzi ludzie, którzy wiedzą, co zapewni im szczęśliwe życie. Kluczem do tego błędnego myślenia jest zawężone rozumienie słowa sukces.
Książkę Julii Lythcott- Haims „Pułapka nadopiekuńczości” znajdziecie w księgarni internetowej Edukatorium. To jedna z książek otwierających oczy.
Źródło: https://www.facebook.com/marzena.zylinska
Najczęściej w poniedziałkowy poranek udostępniamy na naszej stronie najnowszy post z bloga „Wokół Szkoły”. Tak jest i dzisiaj – oto tekst Jarosława Pytlaka, zamieszczony tam przez niego w minioną sobotą – 29 października 2022 roku:
Znikający nauczyciele
Nie, nie będzie to kolejny tekst o tym, że nauczyciele odchodzą z pracy z powodu niskich zarobków, braku prestiżu, wyzwań przerastających możliwości oraz innych powodów, o których wiele mówi się i pisze w mediach bliższych realiom życia codziennego niż minister Czarnek. Znikanie nauczycieli niejedno bowiem ma imię.
Biorąc udział w jednej z internetowych konferencji miałem okazję usłyszeć z ust pani Anny Stalmach-Tracz, szefowej ośrodka doskonalenia nauczycieli, refleksję zasłyszaną przez nią od pewnej dyrektorki szkoły. Osoba ta wskazała, że jeszcze kilka lat temu liczba członków dużej rady pedagogicznej, wszechstronnie angażujących się w życie szkoły, mogła sięgać nawet połowy składu. Teraz aktywnych na tym polu daje się policzyć na palcach, czasem nawet tylko jednej ręki. Pani Anna nazwała to zjawisko wewnętrznym znikaniem nauczycieli. Nadal są w zespole, ale jakoś tak mniej niż dawniej.
Szkoła ma dziś tak fatalną opinię, że mało kto docenia aktywność tej instytucji na innych polach niż nauczanie. Ba, tradycyjne formy uroczystości szkolnych traktowane są z lekceważeniem lub nawet pogardą, jako bezwartościowy rytuał albo teatr dorosłych, odgrywany z udziałem (i kosztem) uczniów. Na pewno jest w tym odrobina prawdy, ale wspólne świętowanie nadal jest dość naturalną aktywnością społeczną; ponadto w szkołach dzieją się także inne wydarzenia: festyny, konkursy, przedstawienia, imprezy rozrywkowe, często bardzo wartościowe. Za niemal wszystkimi stoi (także) wysiłek nauczycieli. Dodajmy, że z reguły entuzjastów, czyniących to bez osobnego wynagrodzenia.
Czas pandemii zredukował niemal do zera tak rozumianą aktywność społeczności szkolnych, ale powrót do normalności nie przywrócił jej do stanu wyjściowego. Na pewno po części wynika to z ogólnego znużenia, wypalenia – wszyscy w szkołach, młodzi i starzy, wyszli z obostrzeń covidowych mocno poturbowani. Jest jednak również ubocznym efektem obecnej sytuacji kadrowej.
Mówiąc o ponadwymiarowej pracy nauczycieli liczy się przede wszystkim godziny spędzone przy tablicy. Tylko niekiedy dodaje, że idzie za tym również większa liczba prac do sprawdzenia, ocen do wystawienia, dostosowań do przygotowania – a jest to dodatkowy czas, który trzeba poświęcić na pracę. Część nauczycieli dorabia sobie do niskiej pensji poza szkołą, czy to udzielaniem korepetycji, co otoczone bywa odium społecznej niechęci, czy pracą w sklepie albo punkcie usługowym. W wszystkich tych przypadkach nie starcza już pary, by robić coś więcej w macierzystej placówce.
Świadomość powyższego może pomóc lepiej odczytywać informacje o brakach kadrowych w oświacie. W opublikowanym ostatnio zestawieniu pani Renata Kaznowska, wiceprezydent Warszawy, odpowiedzialna m.in. za edukację, podała, że w mieście brakuje 2861,73 nauczycieli (ten ułamek to wynik sumowania wakujących kawałków etatu). Poinformowała również o 1790 nauczycielach pracujących na półtora etatu i 2024, którzy pracują jeszcze więcej. Z tym wiąże się efekt domina. Brakuje nauczycieli, więc trzeba ich zastępować innymi. Ci inni – dociążeni obowiązkami – przestają mieć głowę do angażowania się w życie społeczne szkoły, podobnie zresztą, jak stachanowcy wyrabiający mnóstwo nadgodzin. Niemal od razu dadzą się zauważyć lekcje, które prowadzą osoby przysłane na zastępstwo, często specjaliści od zupełnie innych przedmiotów. Dopiero trochę później okaże się, że w szkołach dzieje się już niewiele więcej poza zwykłymi lekcjami, bo mało kto z nauczycieli ma czas, siły i chęci, by to organizować.
Pragniemy mądrej, sensownej edukacji. Póki co, oferujemy jakąś, o ile się uda. Aby mieć nadzieję na lepsze, musimy nie tylko znaleźć nowych adeptów zawodu nauczyciela, ale również odzyskać tych, którzy znikli wewnętrznie. To dodatkowe wyzwanie, z którego warto sobie zdawać sprawę myśląc o jakiejkolwiek przyszłości rodzimego szkolnictwa.
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl
W minioną środę (26 października 2022 r.) Borys Binkowski zamieścił na swoim fb-profilu niedługi, ale- sądząc po pojawiających się pod nim licznych komentarzach – kontrowersyjny post. Jest to tekst, w którym przekonuje on, że sprawdziany w procesie dydaktycznym nie są złem jako takie, ale że mogą pozytywnie wpływać na proces uczenia się. Przeczytajcie sami i rozważcie argumenty Autora:
Czy ciągłe sprawdziany sprawiają, że uczymy się szybciej?
Jest to pytanie kontrowersyjne. Członkowie mojej bańki internetowej zapewne od razu odpowiedzą – „nie, sprawdziany powinny zniknąć ze szkoły przyszłości„.
Odpowiedź prawidłowa brzmi jednak – „tak, ciągłe sprawdziany sprawiają, że uczymy się szybciej„. Jednoznacznie przekonują o tym liczne eksperymenty. Jednak tu należy bardzo wyraźnie opisać jak powinien wyglądać sprawdzian, który pozwala na szybsze uczenie się:
Po pierwsze sprawdzian powinien sprawdzać świeżo nabytą wiedzę bądź umiejętności.
Po drugie powinien przynosić natychmiastowy feedback – czyli informację co się zrobiło dobrze, co źle i jak powinno być.
Po trzecie – powinien być przeprowadzony w atmosferze rozwoju (czyli bez przykrych konsekwencji dla ucznia).
Znakomicie rozumieją to twórcy gier, którzy stopniują wyzwania i wyposażają gry w natychmiastowy feedback. W ten sposób motywują do działania unikając wrażenia lęku bądź nudy.
Czy tak działają szkolne sprawdziany? Zapewne wszyscy wiemy, że celem sprawdzianu nie jest eliminowanie błędów (a więc ciągły rozwój), a głównie wystawienie oceny, która często wiąże się ze stresem, utrudniającym uczenie się.
Innymi słowy – nie sam sprawdzian, ale sposób jego stosowania jest niewłaściwy.
Źródło: www.facebook.com/borys.binkowski.9
Katarzyna Pelc – nauczycielka w Zespole Szolkolno-Przedszkolnym w Rzeszowie – zamieściła przed trzema dniami (23 października 2022 r.) na swoim fb-profilu informację o pewnej lekcji, o której postanowiła opowiedzieć. Naszym zdaniem warto ten tekst udostępnić także naszym Czytelniczkom i Czytelnikom:
LEKCJA PRAWIE IDEALNA czyli jak przekłuć porażkę w sukces!!!!!
Jeśli istnieje lekcja idealna to dziś zupełnie….początkowo przypadkowo byłam jej częścią.
Tak tak…płyta z filmem nie zadziałała ….trzeba było improwizować….
Temat: kultura/sztuki artystyczne, uczennica 12 lat. Utrwalamy słownictwo, doskonalimy umiejętność mówienia.
W popłochu przypomniałam sobie, że dziewczynka lubi rysować i malować. Dlaczego nie wpadłam na to wcześniej…???
Poprosiłam ją o pokazanie kilku prac …..
I poleciało…
-indywidualizacja zadania
–odwołanie do osobistych doświadczeń
-temat bazujący na zainteresowaniach dziecka
PRZEBIEG
1.Najpierw opisała co one przedstawiają.
2.Zapytałam o motywację wyboru takich tematów.
3.Rozmawiałyśmy o technikach wykonania oraz ilości czasu wykonania tych prac.
4.Zapytałam o styl jej pracy jako malarki i nastrój jaki towarzyszy jej w trakcie tworzenia.
5.Zastanawiałyśmy się dlaczego warto malować i czemu służy ekspresja artystyczna.
6.Nawiązałyśmy do różnych stylów malarskich. Opowiedziałam jej i pokazałam moich ukochanych impresjonistów.
Tym samym przećwiczyłyśmy cały szereg struktur gramatycznych I słownictwa….poruszając tematy bardziej „codzienne” i abstrakcyjne. Naturalna komunikacja w najczystszej postaci.
To kocham
Więcej takich( za to bardziej przemyślanych pomysłów) na lekcje już niedługo w kolejnej odsłonie „Co zamiast stopni?” ode mnie i Magdalena Sierocka plus niesamowici goście!!!
Lekcja petarda. Jak dobrze jest być uważnym i otworzyć się na ucznia. Przy okazji zobaczcie sami jaki to talent.
Autorka zgodziła się na publikację jej prac i powyższy opis. Dziękuję M.
Źródło: www.facebook.com/profile.
Na internetowej stronie regionalnego dodatku „Gazety Wyborczej” wyborcza.pl ŁÓDŹ zamieszczono dziś (26 października 2022 r.) tekst Justyny Mysior-Pajęckiej, w którym informuje ona o wynikach pierwszego etapu przydziału dotacji z MEiN w ramach programu „Inwestycje w oświacie”. O dodatkowe środki z tego programu mogły ubiegać się niepubliczne szkoły i przedszkola. Oto obszerne fragmenty tego tekstu:
Foto: www.szkolyrzemiosl.edu.pl
Szkoła, która z projektu „Inwestycje w oświacie” Dostała najwięcej w woj. Łódzkim – aż 3,1 mln zł.
Minister Przemysław Czarnek dzieli kasę. W Łodzi prawie całą pulę zgarnęły szkoły katolickie
Szkoły w Łodzi i w regionie. Cztery łódzkie placówki otrzymają z ministerstwa Przemysława Czarnka ponad 5,5 mln zł. Z tego aż 5,1 mln trafi do szkół katolickich prowadzonych przez Towarzystwo Salezjańskie.
Minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek rozdysponował już znaczną część pieniędzy, o które w ramach programu „Inwestycje w oświacie” mogły ubiegać się niepubliczne szkoły i przedszkola. Ponad 90 proc. kwoty w pierwszym rozdaniu zdobyły instytucje katolickie.
O 100 mln przyznanych w ramach konkursu mogło ubiegać się około 6 tys. niepublicznych placówek edukacyjnych. Jak informował wiceminister Dariusz Piontkowski, kiedy ogłoszono program, dofinansowanie można przeznaczyć na remont, rozbudowę, zakup nieruchomości czy wyposażenie. Wtedy też podkreślał, że choć górna granica nie została określona, nie należy się spodziewać, że jedna placówka otrzyma więcej niż milion czy dwa miliony. Jak wyszło w praktyce?
W pierwszej części konkursu rozdysponowano kwotę 59,6 mln zł. W puli pozostało jeszcze 40 mln. Spośród 58 zwycięzców aż 36 to placówki katolickie, które otrzymają 55,2 mln zł.
Ile dostały szkoły w Łodzi i w Łódzkiem? Cztery placówki z województwa otrzymają łącznie nieco ponad 5,5 mln zł. Warto jednak zaznaczyć, że aż 5,1 mln zł trafi do szkół katolickich prowadzonych przez Towarzystwo Salezjańskie.
Zespół Szkół Salezjańskich w Łodzi dostanie 2 mln zł, natomiast Salezjańskie Szkoły Rzemiosł w Łodzi – 3,1 mln zł, co stanowi jedną z najwyższych dotacji dla jednej placówki.[…]
Dofinansowanie w województwie łódzkim otrzymają także Niepubliczne Przedszkole Aktywne Maluchy w Bełchatowie (55,6 tys. zł) oraz spółka Edu Force prowadząca Szkołę Podstawową Smart School i Mundurowe Liceum Ogólnokształcące w Łodzi (400 tys. zł).
– Stowarzyszenia, organy kościelne pozakładały szkoły i prowadzą je z wielkimi sukcesami. Te podmioty i te szkoły były pozbawione możliwości finansowania inwestycji w infrastrukturę edukacyjną. Dlatego stworzyliśmy projekt za 100 mln zł dla szkół prowadzonych przez organizacje pozarządowe, dla szkół niesamorządowych – podkreślał minister Przemysław Czarnek w momencie ogłoszenia programu „Inwestycje w oświacie”.
Jednak to nie wybór konkretnych placówek budzi wątpliwości. Eksperci wskazują na przepisy zawarte w rozporządzeniu, które mogą sprzyjać nadużyciom m.in. brak obowiązku uzasadnienia decyzji o przyznaniu czy odmowie dofinansowania. […]
Wyniki krytykują także politycy opozycji. Posłanka KO i była minister edukacji Krystyna Szumilas wylicza, że w Polsce jest około 10 tys. szkół i placówek niepublicznych, z czego katolickich około 500. […]
Źródło: www.lodz.wyborcza.pl/lodz/
Z kilkudniowym opóźnieniem prezentujemy, zamieszczony 20 października na blogu „Eduopticum”, jak zwykle bardzo obszerny tekst Roberta Raczyńskiego, który powstał jako komentarz do innej publikacji – Bartłomieja Dwornika, zatytułowanej „Zadbajmy (wreszcie) o nauczycieli”, która ukazała się 14 października 2022 r. na portalu EDUNEWS.
Oto – także obszerne, choć tylko fragmenty tego tekstu:
Na Berdyczów
Na Edunews.pl, w Dniu Edukacji Narodowej, ukazał się piękny, okolicznościowy apel, autorstwa Bartłomieja Dwornika. Zgadzam się z jego treścią w 70%, ale nie bardzo wiem, do kogo jest skierowany. Kto miałby na niego odpowiedzieć? Muszę się także wytłumaczyć z tych 30% brakujących do szczęścia, bo ilościowo może się to wydać nie tak znowu wiele, ale niestety procenty te dotyczą dość istotnych kwestii. Jak zwykle, odniosę się do nich w kolejności ich wystąpienia w omawianym tekście:
„[…] skończmy z masowym rozdawaniem coraz mniej wartych matur” – Czyżby jakiś minister miał się lada moment wychylić z poglądem, że obecna (a może każda?) matura to bzdura? Może jakaś niezidentyfikowana siła polityczna doprowadzi do odpowiedniego referendum? A może to samo społeczeństwo oddolnie zagłosuje za przywróceniem maturze jakiejkolwiek wartości? Nie bądźmy naiwni, nie ma na to żadnych widoków. Żadna władza (a zwłaszcza tak populistyczna, jak obecna) nie da sobie odebrać możliwości rozdawania ersatzu wiedzy, który większość suwerena uważa za towar powszechnie dostępny każdemu niezainteresowanemu, darmowy i należny, jak psu miska. Hasło „wyrównywania szans” (to nic, że jedynie w dół) jest podstawowym argumentem socjaldemokratycznych rządów w całej Europie. Kto się wyłamie, narazi politycznej poprawności i oznajmi narodowi, że to nieprawda, że prawdziwa wiedza i umiejętności, jak każdy produkt wysokiej jakości, jest dobrem elitarnym?
„Gdybyśmy przyjęli taką definicję efektywności, to nasze państwo za pieniądze włożone w system edukacji dostaje wynik na oczekiwanym poziomie – twierdzi Mateusz Krajewski, prezes fundacji Ogólnopolski Operator Oświaty. – Przecież większość ósmoklasistów zdaje egzamin z przyzwoitym wynikiem, a poziom opieki jest wystarczający, bo liczba wypadków w szkołach jest niewielka.” – A to nie o to przypadkiem chodzi? Zapytam inaczej: Jakiemu odsetkowi podmiotu edukacyjnego to naprawdę przeszkadza? Tym fragmentem Autor doskonale podsumował priorytety MEiN, które, powiedzmy sobie szczerze, doskonale pokrywają się z uśrednionymi oczekiwaniami społecznymi. Żeby to zmienić, trzeba by całkowicie przestroić cele oświaty i otwarcie powiedzieć, że, to co nazywamy edukacją powszechną jest w istocie świetlicą środowiskową. Osobiście nie mam z tym problemu, pod warunkiem, że jednocześnie, dla jakiejś, optymistycznie licząc, ¼ podmiotu kształcenia zaistnieją szkoły, które świetlicą nie będą i zaoferują jej coś więcej, oprócz międlenia o kompetencjach ludzkich.
„Mentalnie stoimy w miejscu i dalej wychowujemy pracownika fabryki. W pruskim modelu staramy się przekazywać uniwersalną wiedzę wszystkim. Dzisiaj to już się nie sprawdza i nie prowadzi do spektakularnych efektów.” – Delikatnie rzecz ujmując jest to uogólnienie, a mniej kurtuazyjnie, przekłamanie i manipulacja. Po pierwsze, powtarzanie ogranych sloganów obraża nauczycieli dobrze wykonujących swoją pracę, w obronie których podobno apel został wystosowany, a po drugie (mniej subiektywne), jak wytłumaczyć fakt, że absolwenci polskich szkół należą często do elity kulturalnej i intelektualnej zagranicznych uczelni?[1] Poza tym, czas zaakceptować fakt, że uzyskiwanie spektakularnych efektów, czyli w realiach szkoły powszechnej, znaczącego przyrostu wiedzy i kompetencji u większości targetu, jest już dziś niemożliwe, z przyczyn oczywistych, przede wszystkim ze względu na stałe kurczenie się zasobów wiedzy rudymentarnej, będącej przez całe stulecia niedostępną, bez szkoły i nauczyciela. „Spektakularne efekty” można obecnie uzyskać jedynie licytując się na skuteczność w nauczaniu takich przedmiotów jak „optymizm”, „przyjazność”, „uważność”, „przygotowywanie do życia” i inne „ludzkie kompetencje przyszłości”.
„Oczywiście, mało który masowy system jest skonstruowany tak, żeby wspierać indywidualności. Jednak z doświadczeń innych krajów wiemy, że jest to możliwe.” – Możliwe, ale mało prawdopodobne. Niedawno pisałem, dlaczego u nas nawet bardzo mało.
„Nawet dzisiaj, w niedofinansowanym systemie, można stworzyć atrakcyjną ofertę szkoły podstawowej. Można ją prowadzić inaczej, w sposób interesujący, rozwijający dzieci i korzystny dla rodziców.” – Nie podzielam takiego optymizmu. Na jakiej podstawie mamy dalej zakładać i utwierdzać społeczeństwo w przekonaniu, że prawdziwi fachowcy (bo chyba o takich chodzi) będą sobie flaki wypruwać za kwoty, które obśmieje każdy szanujący się usługodawca? Między można stworzyć, a tworzy się istnieje ogromna przepaść semantyczna, nad którą najczęściej nie kładzie się mostu. Najczęściej, wyjątki utożsamiane są z nieistniejącą normą.
„To da się zrobić i nasze szkoły są tego przykładem.” – Przepraszam, dopiero po dotarciu do tego zdania, dotarło do mnie, że mam do czynienia ze zgrabną reklamą, a nie pomysłem na oświatę powszechną. Ale w porządku, idea warta jest upowszechnienia, szkoda jednak, że Autor nie zastrzegł na wstępie, że marzy mu się po prostu zmiana ustroju oświatowego. Przy takim założeniu wszystko staje się prostsze, choć chętnie poznałbym szczegóły tego „przykładu”, a zwłaszcza fenomenu nauczycieli, gotowych przyjąć na siebie większe (bo realne, a nie papierowe) obowiązki, za… No właśnie, za ile?
„Jak podkreśla prezes fundacji Ogólnopolski Operator Oświaty, jakość szkoły nie powinna być mierzona poziomem zdawalności testów czy egzaminów. Głównym kryterium oceny powinien być poziom zadowolenia uczniów i to, ilu chętnych wskazuje szkołę jako placówki pierwszego wyboru.” – Ładnie brzmi, przyznaję. Tyle, że znów powstaje pytanie o cele główne, ustrojowe. Zgadzam się, że uczenie „do testu” nie jest synonimem wartościowej edukacji. Skoro jednak nie chcemy rozdawać matur, to co ma być wymiernikiem jej poziomu? Rezygnujemy z wymiernika? To skąd będziemy wiedzieć, że czegokolwiek uczymy, a nasze osiągnięcia nie są jedynie funkcją zdolności naszych wychowanków? Zaproponowany wymiernik niezupełnie mnie przekonuje, bo „poziom zadowolenia uczniów” jest w ogromnej mierze, niebezpiecznie skorelowany z łatwością i komfortem uzyskiwania świadectwa. Jest sporo szkół, które na ten parametr nauczania postawiły, ale nie nazwałbym ich dobrymi. Proponowałbym inne sformułowanie: kryterium oceny powinien być poziom zadowolenia absolwentów, którzy dostali się na upragnione uczelnie wyższe (lub do innych szkół, które sobie wybrali) i nie wylecieli z nich po pierwszym semestrze.
„Żeby ten system zadziałał w pełni, rozwiązanie jest bardzo proste. Trzeba w większej mierze do budowy sieci placówek publicznych dopuścić niezależne organy prowadzące”. – Rozwiązanie to rzeczywiście jest proste. I właściwe. Problem nie leży jednak w jego skomplikowaniu, czy też poprawności, lecz w gotowości opinii publicznej do jego akceptacji. Obserwowany, niski poziom poparcia dla takich idei związany jest z umiejętnie podsycaną przez rozmaite środowiska polityczne niechęcią do liberalizacji rynku oświatowego i obawą przed utratą ostatniego bastionu „równości”, jakim jest mityczna bezpłatność edukacji. Dopóki przemiana tego sposobu myślenia nie nastąpi (na skutek procesu ekonomicznego, którym najczęściej bywa niestety kryzys) marne są szanse, aby edukacja publiczna weszła na drogę fundacji, lub innych sposobów finansowania. Ponieważ mamy do czynienia z państwowym podmiotem budżetowym, nastąpienie takiego kryzysu, widocznego i odczuwalnego dla ogółu, jest praktycznie niemożliwe. Długo jeszcze będziemy musieli kontentować się wyjątkami od reguły.
„Tymczasem wciąż pokutuje teza, że szkoła branżowa jest karą.” – Święta prawda. Ważna jest jednak nie tyle konstatacja faktu, co rozumienie mechanizmu jego zaistnienia, a za ten odpowiedzialny jest mit awansu społecznego, dokonującego się przez umagistrowienie. Żeby taki mit mógł działać na wyobraźnię, musi być albo bardzo atrakcyjny (kto nie kupił kiedyś losu totolotka?), albo łatwo dostępny, vide trzy litery przed czterema. Do czego takie myślenie o wyższym wykształceniu doprowadziło, nie trzeba tłumaczyć – efekty w postaci deprecjacji wiedzy, pauperyzacji potrafiących cokolwiek i ucieczki w myślenie magiczne całej reszty dostrzega każdy, kto posiada nie tylko eksponowane z braku laku miękkie kompetencje.
We wczorajszej darmowej gazetce „ŁÓDŹ.pl”, wydawanej i kolportowanej na terenie Łodzi trzy razy w tygodniu, znaleźliśmy tekst, którego nie mogliśmy pozostawić bez decyzji o jego zamieszczeniu na OE. Bo jego bohater – Bartek Rosiak – zaistniał na naszym OE już parokrotnie. Np. 3 grudnia 2018 roku w materiale zatytułowanym „Członek Rady Dzieci i Młodzieży krytycznie o ostatniej konferencji minister Zalewskiej”, czy 27 września 2019 roku – „Jednak było z kogo wybrać Radę Dzieci i Młodzieży przy MEN”. Także w „Felietonie nr 237. Razem zmienimy edukację, ale będzie to „długi marsz”…” jest o nim długa wzmianka.
Oto ten tekst o najmłodszym nauczycielu języka polskiego – w Łodzi na pewno, a nie wykluczone, że i w całym kraju:
Już w przedszkolu Bartek zamieszkał na stałe z babcią Basią. Gdy miał 7 lat, zmarła jego mama, a on wpadł w otchłań traumy. W podstawówce ledwo zdawał z klasy do klasy. Uchodził za ucznia słabego i mało zdolnego, choć gdy szedł do szkoły, to umiał czytać, pisać i liczyć. Pod koniec VIII klasy wychowawca powiedział jego babci, żeby lepiej wybrał kiepskie gimnazjum, a później zawodówkę, bo i tak nic więcej z niego nie będzie.
W wieku 12 lat zaczął kręcić dokument o hitlerowskim obozie dla dzieci przy ul. Przemysłowej. – Zajęło mi to 2 lata i na sam koniec, podczas renderowania, wysiadł komputer. Kilku informatyków próbowało odzyskać materiał, ale bezskutecznie – wspomina. To wtedy poczuł, czym jest hejt. Bo część osób uznała, że filmu pewnie w ogóle nie było.
– Przez pół roku nie mogłem dojść do siebie. Czułem, że nie jestem w stanie znów zaczynać od początku. W końcu uznałem, że nie muszę tego robić tak samo. I powstał film dużo bardziej dojrzały – opowiada.
Wybitnie uzdolniony
Gimnazjum było dla niego rozpędem. Został laureatem olimpiady chemicznej, oszczędności wydawał na pracownię w domu i zamierzał zostać chemikiem. W liceum okazał się uczniem wybitnie uzdolnionym. Gdy większość rówieśników żegnała się z „czerwonymi paskami”, to on właśnie wtedy zaczął je zgarniać. Tym razem spotkał na swojej drodze wyjątkową polonistkę, która tak go poprowadziła, że z ucznia „trójkowego” stał się „szóstkowym”. Wygrał olimpiadę polonistyczną i w klasie maturalnej został równolegle studentem filologii polskiej.
Już jako licealista prowadził zajęcia wyrównawcze w podstawówce na Bałutach. A od dwóch tygodni jest absolwentem UŁ.
Materiał na przyszłego dyrektora
Bartek Rosiak ma dziś 21 lat, studiuje zarządzanie oświatą i uczy polskiego w SP nr 182. – Jego młody wiek mnie nie przeraził, bo poleciła go zaufana osoba. Na rozmowę kwalifikacyjną przyszedł świetnie przygotowany. W przeciwieństwie do wielu kandydatów miał wiedzę na temat naszej szkoły i sporo własnych pomysłów – opowiada dyrektorka, Iwona Sosnowska. Oboje są zwolennikami oceniania kształtującego, w którym zamiast ocen uczeń dostaje komunikat, co poszło dobrze, a nad czym jeszcze ma popracować. Szefowa widzi w młodym nauczycielu materiał na przyszłego dyrektora. – Jest uporządkowany, kreatywny, z własną wizją, ma aspiracje i nie boi się zmian. A to są cechy, które powinna mieć osoba zarządzająca oświatą, jeśli chcemy, by system polskiej edukacji wyszedł z zapaści.
Cała klasa w pierwszej ławce
Na razie Rosiak napisał autorski program nauczania, więc jego uczniowie nie korzystają z podręczników. W klasie nie siedzą jeden za drugim, tylko w okręgu (ten pomysł przyniósł z SP nr 81). – Dzięki temu każdy zawsze jest w pierwszej ławce. Ostrzegano mnie, że będą ściągać, ale raczej tego nie robią. Bo im ufam. A jeśli naprawdę ktoś podpowie koledze, to jest to wartość dodana.
W swoim pokoju ma portrety ludzi, których podziwia, m.in. Kory i Wandy Rutkiewicz. Literacko kocha Tokarczuk, Ferrante, Szymborską, Poświatowską i Pamuka. Na emeryturę zostawia sobie Prousta. Szczerze przyznaje, że traumatyczne przeżycia wpłynęły na całe jego dalsze życie.
– Gdyby nie zetknięcie ze śmiercią, pewnie byłbym przeciętny. Początkowo trauma obniżyła mi lot, ale pomogła mi też rozbudzić w sobie ogromną chęć samodzielności. I chyba jako rekompensatę los zesłał mi wielu wspaniałych ludzi. Oprócz babci to nauczyciele byli dla mnie największym wsparciem. Dzięki nim i ja dziś uczę, a praca w szkole daje mi moc kreowania rzeczywistości – podkreśla.
Karolina Tatarzyńska
Pod tekstem zamieszczono taką informację, którą i mu upubliczniamy:
Źródło: www.odz.pl













