Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

 Foto: Janusz Pająk[www.gazetaolsztynska.pl]

 

Dr hab. Stanisław Czachorowski, prof Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego  Olsztynie

 

Dzisiaj prezentujemy tekst autorstwa dr hab. Stanisława Czachorowskiego, prof Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, który zamieścił on na swoim blogu „Profesorskie Gadanie”  23 października 2022 r.:

 

 

Projekt w edukacji

 

Od dawna stosuję metodę projektu w edukacji. Zaczęło się od pracy w kole naukowym a potem była kontynuacja, gdy sam byłem opiekunem studenckiego koła naukowego. Nauka bez ocen, bez egzaminów. Bez oceniania lecz z docenianiem. W zasadzie tak powinno wyglądać studiowanie. W dobie upowszechniania się komunikacji online rożnie potrzeba działania praktycznego i rozwijania kompetencji miękkich.  A więc koła naukowe dla wszystkich. Jak to zrobić? Z opieką mentorów i tutorów, z samodzielnym stawianiem sobie celów, w realizacji badań i udziałem w konferencjach naukowych by ćwiczyć się w komunikacji i prezentowaniu wyników. I by uczestniczyć w szerszej dyskusji. Mniej wykładów, więcej działania praktycznego. I więcej możliwości wybory zajęć bo to kształtuje odpowiedzialność za siebie i swoją edukację.

 

A czy metoda projektu może być szerzej wykorzystana w normalnych, kursowych zajęciach? Myślę, że tak. Zacząłem od  zajęć z ochrony środowiska a potem poszerzałem i teraz wykorzystuję praktycznie na wszystkich swoich przedmiotach. Nawet, gdy są to tylko wykłady. Teraz uczę się m.in. design thinking. I dostosowuję do specyfiki zajęć, które prowadzę ze studentami biologii, biotechnologii, mikrobiologii oraz pedagogiki wczesnej edukacji. Uczę się metodą projektu jak nauczać przez projekty. Nie tylko czytam (poszukuje wiedzy) lecz i działam, uczę się przez działanie i wspólne ze studentami odkrywanie.

 

Stosując metodę projektu kształtujemy u uczniów/studentów umiejętności: organizacji pracy, selekcji zebranych materiałów, współdziałania, posługiwania się komputerem, korzystania i poszukiwania różnych źródeł informacji, rozwiązywania problemów, podejmowania decyzji za siebie i grupę, kulturalnego dyskutowania, publicznego dyskutowania prezentowania.

 

Na każdy projekt składa się kilka faz/etapów:

 

1.Pomysł na projekt (inspirowanie i dyskusja).

 

2.Sformułowanie tematu (dopracowanie pomysłu i dyskusji).

 

3.Zaprezentowanie celu projektu oraz uzgodnienie harmonogramu działań i sposobu monitorowania.

 

4.Podział na grupy i przydzielenie zadań. W grupach studenckich to także pomoc w wyłonieniu lidera/liderów.

 

5.Realizacja projektu.

 

6.Prezentacja efektów (jako forma podsumowania i sprawdzenia realizacji zakładanego celu).

 

7.Ewaluacja (zamiast oceny).

 

Pytania pomocne w opracowywaniu plan akcji metodą projektu (z mojej praktyki):

 

-Co i gdzie zrobimy? Kto weźmie udział?

 

-Czy tylko studenci z grupy?

 

-Jak poinformować i zachęcić innych?

 

-Czy organizować dodatkowe spotkania (poza zajęciami)?

 

-Czy przygotować plakaty (lub inne formy informowania o celu akcji)?

 

-A może nagłośnić akcję w gazecie czy radiu ?

 

-Jak wykorzystać media społecznościowe do informowania i zachęcania?

 

-Jak przygotować notatkę prasową dla gazety i radia?

 

-Co w tej akcji jest niezwykłego, ciekawego, wyjątkowego (by przekaz miał większy zasięg i by zainteresować media. Czyli poszukiwanie efektu viralowego)?

 

-Jak zorganizować przepływ informacji między osobami kluczowymi, organizującymi akcję?

 

-Skąd zdobyć pieniądze (jeśli są potrzebne, bo przecież można uwzględnić wkład własny w postaci czasu i zaangażowania)?

 

-Czy tylko we własnym zakresie (w przypadku sprzątania każdy przychodzi ze swoimi workami, rękawiczkami i wiktuałami na ognisko), czy też poszukać sponsorów? Czy znalazłby się sponsor ognisko i na jakich warunkach?

 

– Czy planowane będą inne wydatki (np. papier i farby na plakaty) – a może znajdzie się sponsor?

 

-Jak poznamy, że nam się udało (ewaluacja i mierniki projektu).

 

-Jak będziemy świętowali?

 

Przykładowo w akcjach typu sprzątanie świata (takie projektu realizowałem na początku), programem  minimum było: np. zorganizowanie sprzątania fragmentu parku, lasu, okolicy jez. Kortowskiego lub zebranie podpisów (petycja), akcja konsumencka itd. Jeśli wyżej stawialiśmy sobie poprzeczkę (początkowo motywowałem to wyższą ocena, potem zrezygnowałem z jakichkolwiek ocen): zachęcenie (zrealizowane) do udziału innych osób z poza grupy (inni studenci, młodzież, dorośli). Kolejna poprzeczka wyżej to włączenie mediów (gazety, radio, TV), a przez to poszerzenie kręgu odbiorców. Dalej – pozyskanie od sponsorów funduszy na worki na śmieci, rękawiczki, nagrody do ewentualnych konkursów, poczęstunek do ogniska. W końcu podsumowanie akcji w formie referatu lub artykułu w prasie. Ważne by to sami studenci pisali i udzielali wywiadów.

 

            Na czym polega efektywność metody projektów? 

-rozwija samodzielność,

-kształci umiejętność pracy w grupie (praca zespołowa),

-rozwija myślenie twórcze,

-umożliwia zaprezentowanie i zintegrowanie wiedzy z różnych dziedzin,

-uwzględnia zainteresowania, uzdolnienia uczniów/studentów,

-daje możliwość samooceny, wyrażania własnego zdania, samorealizacji,

 

[…]

 

Więcej materiałów i przykładów z niektórymi zrealizowanymi projektami  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.profesorskiegadanie.blogspot.com

 

 



Dzisiaj (24 października 2022 r.) prezentujemy – z licznymi „wycięciami” –  obszerny tekst,  jaki Jarosław Pytlak zamieścił w minioną sobotę na swoim blogu:

 

 

 

Edukacja powinna być apolityczna, ale chwilowo nie może

 

W Sejmie mamy oto powtórną próbę wprowadzenia drakońskich przepisów, wzmacniających rolę kuratorów – urzędników zwanych dla niepoznaki „nadzorem pedagogicznym”, choć bardziej adekwatne byłoby określenie „politycznym”. Lex Czarnek 2.0 nie różni się w praktyce od zawetowanej w marcu przez prezydenta Dudę pierwszej wersji tej ustawy, którą spokojnie można nazwać kagańcową dla dyrektorów, albo, jak kto woli, epitafium dla autonomii placówek oświatowych. Na pewno znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że ta autonomia i tak niewarta jest funta kłaków, bo dyrektorzy twardogłowi albo strachliwi, nauczyciele leniwi lub bezduszni, a organizacje pozarządowe czasem mocno kontrowersyjne w swoim przekazie. Warto jednak pamiętać, że w tym ogromnym systemie są również dyrektorzy otwarci i twórczy, zaangażowani i mądrzy nauczyciele, oraz organizacje pozarządowe pomagające rozwiązywać realne problemy, z którymi machina państwowa sobie nie radzi. Nowe przepisy – o ile wejdą w życie – zaorzą wszystkich jednakowo. Używając terminologii wojennej – społeczeństwo obywatelskie utraci przyczółek po dobrej stronie Mocy, z którego w przyszłości mogłoby szybciej podążyć w kierunku lepszej, bardziej satysfakcjonującej edukacji dla wszystkich.

 

Konieczność wprowadzenia nowych regulacji uzasadniana jest potrzebą zapewnienia rodzicom wpływu na działalność programową szkół. Ma to tyle wspólnego z prawdą, co w powieści „Rok 1984” nazwa Ministerstwo Miłości z faktyczną, opresyjną funkcją owego urzędu. Tłumacząc najkrócej: choćby wszyscy rodzice w szkole podpisali się pod jakąś inicjatywą, negatywna opinia kuratora nie dopuści do jej realizacji. Z drugiej strony, choćby ci sami rodzice jak jeden mąż zaprotestowali przeciw inicjatywie pochodzącej z ministerstwa, ona i tak zostanie wprowadzona w życie na terenie ich placówki. To ucieleśnienie idei szkoły w służbie państwa, rozumianego jako wszechogarniający monopol partii rządzącej. […]

 

Cóż, będę śledził dalszy rozwój sytuacji z ciekawością karpia, obserwującego ostrzenie kuchennego noża przed wigilią, żywiąc rozpaczliwą nadzieję, że kucharz przypadkiem przetnie sobie tętnicę. Albo że prezydent Duda naprawdę nie znosi tego bufoniastego, aroganckiego kucharza… […]

 

x            x           x

 

[…] Piszę ten artykuł uczestnicząc w dorocznym spotkaniu działaczy Społecznego Towarzystwa Oświatowego. Podczas obrad wybrzmiało, że jesteśmy organizacją apolityczną. Niestety, trzymając się z dala od polityki mocno ryzykujemy, że polityka przyjdzie po nas sama. Akurat boleśnie przekonują się o tym zwolennicy edukacji domowej, która na fali oświatowego kryzysu przeżywa prawdziwy boom, obrastając w cały szereg instytucji wspomagających. Kilka starannie dobranych przepisów, wpisanych do procedowanego właśnie projektu nowelizacji Karty Nauczyciela – o ile wejdą one w życie – skutecznie ograniczy zasięg tej formy edukacji, jak również swobodę, jaka się dotąd cieszyła. Jedna niewielka nowelizacja i już…! To powinno być bolesne memento dla apolitycznych optymistów z kręgów oświatowych.

 

x           x            x

 

[…] Pomysł na ten artykuł przyszedł mi do głowy podczas fejsbukowej dyskusji nad moim poprzednim wpisem, w którym odpowiedziałem na felieton pana Wojciecha Starzyńskiego. Jeden z dyskutantów napisał tak oto:

 

Czytaj dalej »



Wczoraj (21 października 2022 r.) pof. Bogusław Śliwerski zamieścił na swoim blogu „PEDAGOG” post, zatytułowany „Etyk, prawnik, pedagog o problemach psychiatrii wobec kryzysu psychicznego dzieci i młodzieży”. Pamiętając nasz materiał zamieszczony 19 października pt. „Metody stosowane wobec uczniów w niepublicznej szkole dla dzieci autyzmem”, postanowiliśmy udostępnić ten tekst na stronie naszego informatora oświatowego:

 

Źródło: www.taniaksiazka.pl

 

Wydana w ostatnim czasie monografia prof. Uniwersytetu Medycznego  Błażeja Kmieciaka pt. Stosowanie przymusu wobec osób w kryzysie psychicznym (Warszawa, 2022) jest znakomitym studium interdyscyplinarnym na pograniczu nauk o zdrowiu i nauk społecznych, które świadczy o tym, jak może być zdehumanizowana psychiatria dziecięca. Zapewne nie tylko nasza, bo już we wstępie przywołane jest wspomnienie brazylijskiego pisarza Paulo Coelho z jego pobytu w szpitalu psychiatrycznym, w którym bez klinicznych podstaw grożono mu użyciem elektrowstrząsów. Ujawnienie przez pisarza przemocowych praktyk sprawiło, że w latach 90. XX wieku dokonano w Brazylii zmian w prawie dotyczących zasad przymusowej hospitalizacji psychiatrycznej (s.10). Jeszcze w Polsce Ludowej wyraźny ślad w pamięci mojego pokolenia zaznaczył amerykański film fabularny pt. Lot nad kukułczym gniazdem z 1975 roku w reżyserii Miloša Formana, który został oparty na książce Kena Keseya pod tym samym tytułem, a wydanej w roku 1962. Musiało upłynąć kilkanaście lat od wydanie tej powieści, by na kontynencie amerykańskim i europejskim zaczęła intensywnie rozwijać się nowa dyscyplina badań naukowych pod jakże charakterystyczną nazwą – ANTYPSYCHIATRIA.

 

W naszym kraju nie dochodzi tak szybko do pogłębiania wiedzy nie tylko o sytuacjach, zdarzeniach czy wynaturzeniach osobowych psychopatów w białych fartuchach, skoro książka K. Kenseya ma już kolejną edycję a uczeni muszą powracać do pytań pierwszych i ponownie uświadamiać społeczeństwu, politykom, prawnikom i medycznemu środowisku, że źle się w nim dzieje. Tymczasem antypsychiatria miała szczytowy okres swojego rozwoju na przełomie lat 60. i 70. XX wieku, przyczyniając się do realnych zmian w procedurach, ale i kulturze udzielania pomocy psychiatrycznej osobom, które już doświadczyły negatywnych skutków przemocy w okresie przedszpitalnego życia. Kiedy więc trafiają do szpitala psychiatrycznego jako instytucji totalnej (M. Foucault) stają się po raz kolejny ofiarami zdepersonalizowanego przymusu.

 

Jak pisze B. Kmieciak: (…) w Polsce do 1994 r. nie obowiązywała żadna ustawa, która w sposób nawet fragmentaryczny odnosiłaby się do problemu przymusowego leczenia pacjenta na terenie szpitala psychiatrycznego (s.13) Autor unika słowa przemoc stosując termin przymus wyjaśniając, że dotyczy on m.in.:

 

– poddaniu osób bez ich zgody na leczenie psychiatryczne w szpitalu psychiatrycznym (tzw. internacja/detencja) w następstwie popełnienia przez nie w stanie niepoczytalności czynu zabronionego;

 

 – osób poddanych w psychiatryku obserwacji sądowo-psychiatrycznej podejrzanych o popełnienie czynu przestępczego;

 

– osób chorych psychicznie lub podejrzanych o taką chorobę, które stwarzają zagrożenie dla własnego życia, życia i zdrowia innych osób, a także osób, które w związku z podobnym stanem zdrowia nie potrafią samodzielnie funkcjonować i wskazane jest objęcie ich wsparciem psychiatrycznym w warunkach szpitalnych (s.15).

 

 

Polecam tę rozprawę pedagogom resocjalizacyjnym jak i studentom tej specjalności na kierunku pedagogika. Wprawdzie nie będą tylko po tych studiach zatrudnieni w szpitalach psychiatrycznych jako psychoterapeuci, ale podejmując się badań wśród osób skazanych za działalność przestępczą czy też pracujących z nimi w rozwiązywaniu ich problemów leczniczych, socjalno-bytowych, egzystencjalnych itp. uzyskają aktualną wiedzę na temat istoty kryzysów psychicznych z perspektywy społecznej, prawnej i medycznej, które są wskaźnikiem także stopnia sprawstwa w czynach podlegających sankcjom prawnym.

 

Stany kryzysów psychicznych mogą przytrafić się każdej zdrowej psychicznie osobie, która doświadcza w sposób niespodziewany dla niej spotęgowania i kumulacji sytuacji trudnych, traumatycznych obniżając jej możność do racjonalnego działania.  Przejawem takiego stanu może być agresja i przemoc wobec kogoś lub czegoś, samookaleczenia, cyberprzemoc, zaburzenia lękowe, zaburzenia odżywiania, uzależnienia itp. (s.30). Są to zarazem sygnały zachowań istotne także dla rodziców dzieci czy nauczycieli, środowiskowych opiekunów, wychowawców, katechetów, instruktorów itp.

 

Czytaj dalej »



 

Tekst, którego fragmenty prezentujemy dzisiaj (21 października) został opublikowany w cotygodniowym dodatku „Gazety Wyborczej” – „Duży Format” w miniony poniedziałek pod tytułem „Szkolna psycholog? Zero zaufania”. W wersji zamieszczonej na internetowej stronie GW został on opatrzony tytułem „Szkolna psycholog? Raz byłam. Opowiedziała mi o problemach mojej koleżanki. Więc zero zaufania, więcej nie pójdę”.

 

Uznaliśmy, że naszym obowiązkiem jest przybliżyć wszystkim, którzy nie czytają „Gazety Wyborczej”, lub tekst ten przeoczyli, jego najbardziej reprezentatywne fragmenty i namówić do przeczytania całości:

 

 

Szkolna psycholog? Raz byłam. Opowiedziała mi o problemach mojej koleżanki.

Więc zero zaufania, więcej nie pójdę

 

[…]

 

Czy psycholog szkolny budzi zaufanie? Jest pomocny? Warto do niego pójść? Kto może pomóc w sytuacji kryzysowej? Jak reagują rodzice, gdy nastolatek oznajmia, że potrzebuje rozmowy z psychologiem? Do kogo rodzice wysyłają dziecko, gdy zgłasza złe samopoczucie lub problem? Jakie są doświadczenia z wizyt u specjalistów zdrowia psychicznego: psychologa, pedagoga, psychiatry, terapeuty, socjoterapeuty, coacha. Zapytałam o to nastolatków z różnych szkół.

 

Młody człowiek bywa wysyłany do specjalisty z rodzicielskiej troski, ale też czasem jakby „za karę” – gdy jest „niegrzeczny” w szkole. Czasem sam chciałby pójść, ale nie wie jak, a rodzice, bywa, nie chcą pomóc. Zdarza się, że pierwszy kontakt ze specjalistą od zdrowia psychicznego ma dopiero w ostrym kryzysie, i ten kontakt w dodatku jest trudny, bo specjalistą jest wtedy lekarz psychiatra na izbie przyjęć, który dwoje poprzednich pacjentów musiał już położyć – z braku miejsc – na leżankach w korytarzu, a teraz nie wie, w co włożyć ręce. […]

 

Dominik, lat 16, liceum muzyczne, Warszawa: – Szkolny psycholog to jest bardziej za karę. Jak coś źle zrobisz, idziesz do pani pedagog, psycholog albo dyrektor – w zależności od tego, która akurat jest wolna. A jak jest megaprzypał, to zbierają się wszystkie trzy naraz.

 

Ja byłem u psycholożki raz, za e-papierosa. Chciała chyba wykorzystać sytuację i podpytywała, czy ktoś z naszego rocznika pali marihuanę. To jest takie zachowanie LOL XD, nie wiem, jak to inaczej określić. Nie wiem, dlaczego ona uważa, że akurat marihuana jest naszym problemem. Naszym problemem jest plan lekcji – wracamy do domu o osiemnastej i siadamy do ćwiczeń na instrumencie i odrabiania prac domowych. Naszym problemem jest nauczycielka biologii, która każe nam wykuć kilka stron na pamięć i nie obchodzi jej, że musimy robić to w nocy, bo nie ma kiedy. Niektórzy mają jeszcze swoje osobiste problemy, np. w domu. Ale ta psycholog przecież nic na to nie poradzi.[…]

 

Kasia, 14 lat, Łódź, ósma klasa: – Mieliśmy warsztaty z psychologiem i to było bardzo fajne. Rozmawialiśmy na przykład o emocjach, o tym, jak się czujemy w różnych sytuacjach. Pierwszy raz wtedy spojrzałam na niektórych kolegów z klasy w takim sensie, co oni czują. Zwykle w szkole o tym nie rozmawiamy, bo nie ma na to czasu – na lekcjach na pewno, a na przerwie każdy stoi w swojej grupie.

 

Na warsztatach psycholog mówił, że nie ma dobrych i złych emocji i możemy czuć różne rzeczy, ważne, co potem z tym zrobimy. To było super. Bo na przykład jakbym powiedziała mamie, że jest mi źle, to mama by powiedziała: „W twoim wieku człowiek nie ma prawdziwych problemów, nie dziwacz” – więc ja raczej nie mówię o tym, jak się czuję.

 

Chciałabym, żebyśmy częściej mieli takie zajęcia, ale one trwały trzy dni i raczej już się nie powtórzą.[…]

 

Inga, 18 lat, liceum, Warszawa: – Rodzice chcą mnie wysłać do psychologa, ale nie idę, bo nie uważam, żeby to było potrzebne. Tata wpadł na taki pomysł, jak powiedziałam im, że być może jestem osobą niebinarną. Rodzicom się chyba wydaje, że jakbym poszła do psychologa, to on mnie wyleczy i będę taka, jak oni by chcieli. Czyli będę z mamą kupowała w Lidlu cringe’owe legginsy i różowe sweterki.

 

A potem mama się dziwi, dlaczego ja nie chcę z nimi rozmawiać. Nie będę rozmawiać. Zamierzam zdać maturę, pójść do pracy i spróbować płacić za swoje życie. A do psychologa to oni mogliby iść.… […]

 

 

 

Cały tekst „Szkolna psycholog? Raz byłam. Opowiedziała mi o problemach mojej koleżanki. Więc zero zaufania, więcej nie pójdę” – TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.wyborcza.pl/duzyformat/

 

 



Jak nasza, wypracowana już od dłuższego czasu, tradycja nakazuje – zamieszczamy informację o wczorajszym spotkaniu w „Akademickim Zaciszu”  Tym razem jego gospodarz – prof. Roman Leppert zaprosił czworo znawców podjętej tego wieczora tematyki, dla której impulsem stały się obchody Roku  Marii Grzegorzewskiej oraz 100-lecie powstania Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie, która do 2000 roku działała pod nazwą Wyższej Szkoły Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej.

 

W spotkaniu uczestniczyli:

 

-Prof. APS Jacek Kulbaka – historyk wychowania, nauczyciela historii, zajmującego się też historią kształcenia specjalnego w Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie;

 

-Dr Anna Hryniewiecka – autorka książki „W stronę człowieka… O odwadze twórczego myślenia Marii Grzegorzewskiej” ;

 

-Dr Monika Kupiec  i dr Marta Krasuska-Betiuk – autorki książki „W odpowiedzi na listy Marii Grzegorzewskiej. Portrety nauczycieli w studenckich narracjach„;

 

-Sylwia Nowak – studentka, której list znalazł się we wspomnianej wyżej książce.

 

Wszystkich, których ta tematyka interesuje, a którzy wczoraj nie mogli tego spotkania oglądać zapraszam – w dogodnej dla nich porze – do YouTube, gdzie to spotkanie zostało utrwalone:

 

 

 

 

O Marii Grzegorzewskiej w sposób nieoczywisty  –  TUTAJ

 

 

 



Foto: www.facebook.com

 

Dr Tomasz Tokarz prywatnie. Zdjęcie sprzed czterech lat.

 

 

Choć od Dnia Edukacji Narodowej, przez wielu nadal nazwanego Dniem Nauczyciela, minęło już kilka dni, postanowiliśmy zamieścić swoisty komentarz do bardzo często wypowiadanych w tym czasie treści, komentarz dr Tomasza Tokarza, jaki zamieścił on w poniedziałek 17 października 2022 r. na swoim fb-profilu:

 

 

Kiedy król musi wciąż powtarzać, że jest królem, nie jest nim tak naprawdę” (Tywin Lannister)

 

Usłyszałem 14 października wiele gładkich słów. Lejtmotyw był mniej więcej taki: „Nauczyciel to zawód wyjątkowy, niezwykły, sól ziemi

 

Takie powtarzanie, że zawód jest wyjątkowy ewidentnie używane jest w znaczeniu lepszy niż inne – bo w sumie każdy jest wyjątkowy, ale w tej celebracji nie takie jest przesłanie i nie z taką intencją jest wygłaszana.

 

Wydaje mi się, że jest to coś w rodzaju redukcji dysonansu poznawczego w stylu: wykonuję pracę, która ogólnie nie jest ceniona, za którą minister wielkich pieniędzy nie chce płacić, zawód, który w sumie w realu polega zazwyczaj na zmuszaniu nieletnich do wykonywania niezrozumiałych dla nich poleceńto muszę (dla ratowania poczucia wartości) wmówić sobie i głosić to wmówienie, że mój zawód jest absolutnie niezwykły i wymaga niezmierzonego szacunku (a jak ludzie tego nie widzą to są ciemni).

.

Ale to jest krótkotrwałe i ogranicza się do własnej klatki, dlatego trwale nie zmienia poczucia satysfakcji. Dlatego też próba celebracji święta, bo wtedy z przyzwyczajenia raz do roku wszyscy mówią, że zawód jest wyjątkowy i w ogóle nauczyciele to zbawcy kosmosu i koniecznie jeszcze, że bez nauczycieli to ludzie trafiliby na bruk, czyli mówią dokładnie to, co środowisko chce usłyszeć. To decydentów niewiele kosztuje, ot kilka gładkich słów, a trochę nastroje buntu opadają.

 

Czeka (kto?- WK), aż środowisko nauczycielskie wybije się na niezależność, ale taką prawdziwą. Uwierzy w siebie, w swoją siłę. A wtedy nie będzie musiało uciekać się w celebrację własnej niezwykłości i tworzyć opowieści o siłaczkach podnoszących ludzi z otchłani ciemności ku światłu.

 

Tylko po prostu przejdziemy na poziom: jestem nauczycielem czyli oferuję dobrej jakości usługę, mogę pomóc Ci w rozwoju i osiąganiu celów. Po prostu – jak w setkach innych zawodów.

 

 

Źródło: https://www.facebook.com/tomasztokarzIE

 

 



Portal radia TOK FM zamieścił wczoraj (18 października 2022 r.) tekst, który – naszym zdaniem – nie zaszkodzi. aby przeczytali go nasi Czytelnicy. Oto jego obszerne fragmenty i link do pełnej wersji, gdzie moszna odsłuchać podkastu zat. „Przemoc w szkole dla dzieci z autyzmem. ‚To powszechna praktyka w tego typu placówkach'”:

 

Screen z nagrania[www.tokfm.pl/Tokfm/]

 

Na opublikowanym nagraniu widać m.in. jak dorosły przygniata ucznia kolanem. Mężczyzna aż sapie z wysiłku, dziecko krzyczy: „Puść, to boli!”. 

 

 

Może już dzieci nie razi się prądem, ale mamy do czynienia tak naprawdę z tym samym”. Ekspertka: To powszechna praktyka

 

Mamy rok 2022. Może już się dzieci nie polewa powszechnie szlauchem z zimną wodą, ani nie razi prądem (co nie znaczy, że nigdzie do takich praktyk nie dochodzi), ale dalej mamy do czynienia tak naprawdę z tym samym, jedynie formy się trochę zmieniły – mówiła w TOK FM dr Joanna Ławicka. Pedagożka specjalna i prezeska Fundacji Prodeste skomentowała metody stosowane w Niepublicznej Szkole Terapii Behawioralnej dla Dzieci z Autyzmem we Wrocławiu. […]

 

Na łamach tokfm.pl, w tekście pt. „Siadanie na dzieciach, dociskanie kolanem i „‚tresura'”. Tortury czy terapia?” Konrad Oprzędek opisał praktyki stosowane w Niepublicznej Szkole Terapii Behawioralnej dla Dzieci z Autyzmem we Wrocławiu (NSTB). Na opublikowanym nagraniu widać m.in. jak dorosły przygniata ucznia kolanem. Mężczyzna aż sapie z wysiłku, dziecko krzyczy: „Puść, to boli!”.

 

Ubolewała jednocześnie, że nie spotyka się to z dużym oburzeniem w społeczeństwie. – Przy tej sprawie znajdujemy wiele komentarzy, które wprost mówią, że nie ma czego się czepiać; że to osoby niepełnosprawne, trzeba nad nimi zapanować. Bo przecież całe wychowanie składa się z kar i nagród – relacjonowała w rozmowie z Adamem Ozgą, podkreślając, że „to dramat”.

 

Zastrzegła też, że choć tematem zajmuje się od 1999 roku, to dopiero teraz doczekała się pierwszych artykułów na temat przemocy w terapii osób niepełnosprawnych, osób autystycznych. […]

 

Pedagożka zapewniła, że – wraz z zespołem – pracują rocznie z kilkoma tysiącami osób autystycznych i obywają się bez tego typu metod. – Ostatni raz sytuacja, kiedy musieliśmy zastosować jakikolwiek przymus bezpośredni miała miejsce kilka lat temu i dotyczyła jednego dziecka. Wyłącznie dlatego, że rodzice nie poinformowali nas o fakcie, że chłopiec potrafi w błyskawicznym tempie wpaść w olbrzymią złość i być  zagrożeniem. Gdybyśmy o tym wiedzieli, do takiej sytuacji by nie doszło – wskazała. […]

 

Pedagożka specjalna oceniła, że problem sprowadza się najczęściej do wyboru specjalistów pracujących z dziećmi autystycznymi czy niepełnosprawnymi intelektualnie, którzy powszechnie decydują się na metody przemocowe. – A rodzice w większości się na to godzą, wierząc w to, że to terapia – mówiła, podkreślając, że mamy w Polsce ogromne przyzwolenie na przemoc wobec dzieci w ogóle. – Przemoc w edukacji i wychowaniu jest na porządku dziennym. Wobec tego wśród osób autystycznych będzie to jeszcze bardziej rozwinięte – dopowiedziała.

 

Tym bardziej, jak dodała, że podejście oparte na podstawach humanistycznych – wymyślone 100 lat temu –  także nie jest w Polsce rozpowszechnione. – Takich placówek jest bardzo mało. Wobec tego 90 proc. dzieci trafi właśnie do tego typu ośrodków – alarmowała dr Ławicka.

 

Prezeska Fundacji Prodeste podkreśliła na koniec, że ważny jest każdy krok w kierunku zmiany tej  mentalności. – Odkąd zajmuję się tym tematem niewiele się zmieniło. Mamy rok 2022. Może już się dzieci nie polewa powszechnie szlauchem z zimną wodą, ani nie razi prądem (co nie znaczy, że nigdzie do takich praktyk nie dochodzi), ale my dalej mamy do czynienia tak naprawdę z tym samym, jedynie trochę się formy zmieniły – podsumowała gorzko w TOK FM.

 

 

 

Źródło: https://www.tokfm.pl/Tokfm/7,103085,29038713,to-powszechna-praktyka-w-tego-typu-placowkach-dr-lawicka.html



Danuta Srerna zamieściła wczoraj na swoim blogu tekst  – tradycyjnie inspirowany artykułem z za Atlantyku – rela- cjonujący amerykańskie badania sprzed dziesięciu lat nad  efektywnością dwu różnych metod nauczania. Może wnioski z nich zainspirują osoby czytające OE?

 

Rysunek: Danuta Strerna

 

 

Paradoks „dobrego” nauczania

 

Co oznacza „dobre” nauczanie? Nie wszyscy mamy taką samą odpowiedź. Prawie wszyscy uważają, że skutkiem dobrego nauczania jest podniesienie wyników uczniów. Ale są też zwolennicy opinii, że najważniejsze jest zainteresowanie uczniów. W tym wpisie – co mówią na ten temat badania i czy można połączyć te dwa profity.

 

Dwóch naukowców z University of Maryland i Harvard University, przeanalizowało to pytanie. Do badania zaproszono 53 losowo wybranych nauczycieli matematyki szkół podstawowych. Porównywano wyniki uczniów z matematyki z ankietami, które uczniowie czwartej i piątej klasy wypełnili w ramach badania. Proszono uczniów o ocenę zajęć matematycznych poprzez wybór odpowiednich zdań: „Zajęcia matematyczne to dla mnie szczęśliwe lekcje”; „Na lekcji matematyki, czuję się smutny lub zły”; „To co robiliśmy na lekcji było dla mnie intersujące”; „Dzięki nauczycielowi uczę się kochać matematykę”; „Lubię w tym roku lekcje matematyki ” itp.

 

Okazało się, że uczniowie oceniają lekcje w dwóch aspektach: dużo się uczę na lekcjach tego nauczyciela lub lubię lekcje z nauczycielem. Te oceny nie były zbieżne.

 

Nauczyciele, którzy byli dobrzy w podnoszeniu wyników uczniów (np. w testach), zazwyczaj otrzymywali niskie oceny z lubienia ich lekcji. A nauczyciele wysoko oceniani w „lubieniu”, przeważnie nie podnosili zbytnio wyników uczniów.

 

Profesor polityki edukacyjnej na Uniwersytecie Maryland – David Blazar, jeden ze współautorów badania powiedział, że nauczyciele i metody nauczania, które zwiększają wyniki testów, często różnią się od tych, które poprawiają zaangażowanie uczniów.

 

Dlaczego tak się dzieje? Jedna z teorii głosi, że nauczanie przy pomocy częstych powtórek i wymagań, może skutecznie pomóc uczniom dobrze radzić sobie na testach, ale niestety jednocześnie sprawia, że zajęcia są nudne. Naukowcy jednak nie znaleźli statystycznych dowodów na to, że nauczyciele, którzy poświęcają więcej czasu w czasie lekcji na przygotowanie do testu, uzyskiwali wyższe wyniki uczniów. Wysokie osiągnięcia nie wydają się być związane z nauczaniem na pamięć.

 

Za to zauważono, że nauczyciele, którzy prowadzili bardziej wymagające poznawczo lekcje, wykraczając poza nauczanie procedur i wymagali złożonego zrozumienia, zwykle uzyskiwali wyższe wyniki uczniów z matematyki. Naukowcy przyznali, że „niepokojące” było to, że nauczanie „wymagające poznawczo”, nie skutkują zaangażowaniem uczniów.

 

Badacze i nauczyciele zauważają, że uczenie się to ciężka praca. Uczniowie mogą nie lubić wysiłku i dochodzenie do rezultatów poprzez popełnianie błędów i dociekanie. Uczenie się może być frustrujące.

 

Naukowcy znaleźli pośród 53 biorących udział w badaniu, sześć osób, które potrafiły łączyć te dwa aspekty, czyli podnosić wyniki i angażować uczniów. Nauczyciele ci

 

-często polecali pracę uczniów w parach lub grupach

-często stosowali gry

-byli uporządkowani

-ich lekcje zwierały różnego rodzaju rytuały

-panowały na ich lekcjach bardzo jasne zasady

-mieli dobre wyczucie tempa i rozumieli granice możliwości uwagi dzieci

-mierzyli i przestrzegali czas pracy uczniów

 

Ciekawe, czy tacy nauczyciele, na dłuższą metę, są ostatecznie lepsi dla uczniów.

 

Badania o których piszę miało miejsce dziesięć lat temu, w 2012 roku. Blazar przyglądał się, losom uczniów pięć i sześć lat później. W swoich wstępnych obliczeniach stwierdza, że ​​uczniowie, którzy mieli bardziej angażujących nauczycieli w szkole podstawowej, mieli później wyższe wyniki w matematyce i czytaniu oraz mniej nieobecności w szkole średniej. Uczniowie, których nauczyciele byli bardziej skuteczni w podnoszeniu wyników, generalnie radzili sobie lepiej również w szkole średniej, ale długoterminowe korzyści nieco zmalały.

 

Jakie wnioski? Najlepiej łączyć i to i to: dobrze uczyć do egzaminu i jednocześnie zaciekawiać uczniów. Z przytoczonych badań widać, że pomocne może być jasne określanie celów i zasad, częsta praca w grupach, dobra znajomość uczniów i tego, gdzie się znajdują w procesie uczenia się, stosowanie technik zadawania pytań  i posługiwanie się grami w nauczaniu.

 

Inspiracja artykułem Jill Barshay  PROOF POINTS: The paradox of ‘good’ teaching

 

 

 

 

Źrósło: www.osswiata.ceo.org.pl

 



Foto: www.facebook.com/photo/

 

Leszek Olpiński – poznański nauczyciel fizyki, informatyki i etyki, który przed rokiem – po 22 latach pracy – postanowił odejść z zawodu.

 

 

Dzisiaj nasz internetowy radar wyszukał, zasługujący na upowszechnienie, wpis Leszka Olpińskiego – pracującego aktualniejak sam siebie określiłjako edukator w Soward Smart Kids Poznań Winogrady. Tekst ten zamieścił on na swoim fb-profilu w niedzielę 16 października 2022 roku, a my udostępniamy go bez skrótów. Wyróżnienie pogrubioną czcionką lub podkreśleniem fragmentów tekstu – redakcja OE

 

 

Napiszę kilka słów refleksji, choć jestem pewien, że przejdą prawie niezauważone w natłoku innych tekstów o edukacji, wśród narzekań na stan obecny i prostych recept naprawy. Niezauważalnie, bo tylko w małej bańce myślących podobnie. Niezauważalnie, bo nie jestem gwiazdą nauczycielstwa.

 

To czego doświadczam i co obserwuję w edukacji jest dla mnie powodem do pesymizmu. Nie wierzę w cudowne recepty naprawy edukacji. Nie wierzę, by w bliskiej perspektywie doszło do radykalnych zmian na lepsze.

 

Brakuje dobrych, zaangażowanych nauczycieli, będących pasjonatami nauczania i swojej dziedziny. Brakuje czasu i chęci do zmiany metod pracy. Brakuje energii na wprowadzanie zmian w systemie i w pojedynczej szkole.

 

Brakuje ich, bo w sytuacji permanentnych reform, zmian i zawirowań, gdy utrzymanie się wymaga pracy ponad etat, gdy brakuje poczucia sprawstwa nie widać gotowości do opuszczenia strefy znanego. Nie ma chęci porzucenia tego co uwiera i przeszkadza, ale jest już oswojone.

 

W przestrzeni słów i idei i deklaracji jest nieźle. Fundamentem funkcjonowania państwa, a w nim edukacji, jest zasada pomocniczości. Teoretycznie rodzina jest traktowana podmiotowo. Teoretycznie szkoła ma wspierać rolę wychowawczą rodziców. Teoretycznie samorządy mają wspierać rodziców dając im ofertę dobrej edukacji. Teoretycznie finansowanie tej dziedziny to obowiązek państwa

 

Teoretycznie państwo wspiera samorządy, rodziców.

 

Ale praktyka jest przecież inna. Polska jest scentralizowana i scentralizowana jest edukacja. Centralne podstawy programowe są tak szczegółowe, że stały się praktycznie programami nauczania. Ustanowione siatki godzin nie dają czasu na bycie dzieci poza systemem edukacji, na indywidualny rozwój. Finansowanie edukacji przez państwo jest takie, że stała się obciążeniem dla samorządów, które szukają oszczędności. Płace w szkołach są tak niskie, że wymuszają pracę ponad standard, prywatyzację i pauperyzację.

 

A siła trwania zwyczajów z poprzednich dekad sprawia, że uczniowie zamiast szansy na rozwój zdecydowanie zbyt często czują się jak pionki w grze.

 

Szkoła powinna stać się demokratyczna. Szkoła powinna praktykować podział władzy i partycypację.

 

To nieprawda, że dzieci młodszych klas szkoły podstawowej nie mogą uczestniczyć w planowaniu pracy, w budowaniu wspólnej przestrzeni. To nieprawda, że brakuje im możliwości by decydować o sobie. Owszem, nie mają tego samego doświadczenia co osoby dorosłe, ale są przecież osobami, a więc podmiotami relacji.

 

Ale demokratyzacja szkoły to również zapewnienie znacznie większej autonomii nauczycieli, to docenianie czasu debaty i konsultacji, to kolegialne podejmowanie decyzji.

 

Formy głosowania, tajnego czy jawnego, są przy tym czymś ubocznym. Prawdziwa demokracja nie realizuje się poprzez głosowanie, a raczej przez debaty, przez ważenie racji, rozmowy, kompromisy, poszukiwanie innowacji w dialogu. Demokracja jest czymś znacznie więcej niż fasadą.

 

W pewnym sensie jestem konserwatystą. Uważam, że inżynieria społeczna jest szkodliwa. Nie cenię też zmiany dla samej zmiany.

 

Ale jednocześnie dostrzegam pilną potrzebę działania.

 

Fundamentalnymi wartościami kultury chrześcijańskiej jest wolność i odpowiedzialność. Nie wspólnota narodowa, która zbyt często jest nacjonalizmem. Nie wspólnota przekonań religijnych, która zbyt często jest klerykalizmem. Nie przekonania o trwałości zastanych zwyczajów, skutkująca zbyt często prześladowaniem inaczej myślących.

 

W naszej postreligijnej rzeczywistości te fundamentalne wartości chrześcijańskie wciąż mają sens. I wciąż warto, by pozostały wartościami fundamentalnymi dla edukacji. Bo dobra edukacja powinna być oparta na poszukiwaniu wolności i odpowiedzialności. A w tym porządku kryje się przecież szacunek dla każdego.

 

Mam nadzieję, że jeszcze będzie dobry czas na edukację. To przecież jest najlepsza inwestycja w przyszłość

 

 

 

 

Źródło: https://www.facebook.com/leszek.olpinski

 



 

 

10 października 2022 r.  na fanpage Fundacji „Rodzice Szkole” – Rady Rodziców.pl – portal dla rad rodziców, jej prezes Wojciech Starzyński zamieścił okolicznościowy tekst, który poniżej w całości przytaczamy:

 

 

Kilka refleksji na Dzień Edukacji Narodowej

 

Zbliża się Dzień Edukacji Narodowej, ciągle z uporem godnym lepszej sprawy przez wiele środowisk (głównie nauczycielskich) nazywany „Dniem Nauczyciela”. O idei, która przyświecała inicjatorom zmiany tej nazwy pisałem kilkakrotnie. Przypomnę jedynie, że chodziło o to, aby było to święto wszystkich uczestników procesu nauczania, a więc obok nauczycieli również pracowników administracji oświatowej i szkolnej, nadzoru pedagogicznego, rodziców, uczniów i licznych, mniej czy bardziej sformalizowanych organizacji obywatelskich, wspierających swoją działalnością polską szkołę. Zazwyczaj w tym dniu wyróżniani i odznaczani są liczni nauczyciele i dyrektorzy, a szkoły obdarowywane laurkami i często niezasłużonymi wyrazami wdzięczności. Nie negując słuszności podkreślania w taki sposób roli nauczycieli, może warto jednocześnie, w dniu tego wspólnego święta, spojrzeć na wiele procesów dziejących się w polskiej oświacie bardziej obiektywnie i wskazać również na jej słabości i braki (wbrew obiegowym opiniom nie wynikające jedynie z sytuacji finansowej i wysokości zarobków nauczycieli).

 

Od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku byłem osobą, która uważała, że szkoła powinna być kuźnią cnót obywatelskich i miejscem, w którym wszyscy uczestnicy procesu edukacji (przede wszystkim rodzice i nauczyciele) uczą się współpracy na rzecz dobra wspólnego, jakim jest przyszłość uczniów i kraju. Ta idea – bardzo żywa i przynosząca wiele pozytywnych rezultatów w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku – powoli umierała i w chwili obecnej prawie w 100% została wyeliminowana z życia publicznego. Odpowiedź na pytanie dlaczego tak się stało, to temat do poważnych badań dla socjologów i środowisk naukowych, nad którym może kiedyś się pochylą (zamiast za publiczne pieniądze produkować tysiące nikomu niepotrzebnych i przez nikogo nieczytanych artykułów, opracowań i „mądrych” rozpraw). W mojej ocenie za zaistniałą sytuację częściowo odpowiadają rodzice, którzy mimo nie najgorszych rozwiązań ustawowych od pewnego czasu rezygnują z uczestnictwa w życiu szkół własnych dzieci. Ale ta słabość to tylko jedna strona sygnalizowanej sprawy. Zdecydowanie znacznie ważniejszym problemem jest „wypychanie” ze szkół aktywnych rodziców (bardzo często ze świadomym naruszaniem prawa oświatowego i Konstytucji RP) przez dyrektorów i nauczycieli. Tłumienie rodzicielskiej aktywności (czasem nieporadnej, ale stwarzającej szansę na budowanie państwa obywatelskiego) to grzech popełniany i szeroko akceptowany przez większość środowisk nauczycielskich. Mówiąc bardzo brutalnie nauczyciele w ciągu kilkunastu lat „ukradli” społeczeństwu jego szkoły i chyba nie do końca rozumieją, jak krótkowzroczne są to działania, które wbrew pozorom im również nie przyniosą uznania i jakichkolwiek mniej czy bardziej wymiernych korzyści.

 

Powyższe słowa piszę z wielkim bólem, ale jednocześnie z głębokim przekonaniem, że wreszcie należy o polskiej oświacie tych kilka gorzkich słów powiedzieć. Liczę, że wśród ludzi mądrych i zatroskanych przyszłością kraju spotkam się ze zrozumieniem zgodnie ze słowami poety, który wierzył: […] że z cierpkiego ziarna / Dąb rozłożysty pod niebo wybieży. Tych, którym mój tekst nie spodoba się i którzy potraktują go jako atak na środowisko nauczycieli nie przepraszam, ponieważ za słowa prawdy nie powinno się nigdy nikogo przepraszać.

 

Z okazji Dnia Edukacji Narodowej życzę wszystkim wyżej wspomnianym uczestnikom życia szkolnego dużo radości, uśmiechów i wiary, że nie ma rzeczy niemożliwych oraz przypominam, że w życiu należy kierować się dewizą: jeśli ci mówią, że głową muru nie przebijesz nie wierz im.

 

Wojciech Starzyński

Prezes Zarządu Fundacji „Rodzice Szkole”

ojciec 4 dzieci i 5 wnucząt

 

 

Źródło:  www.facebook.com/rodziceszkole

 

x                x                x 

 

 

Po kilku dniach – 15 października 2022 r. – odniósł się do prezentowanych przez Wojciecha Starzyńskiego tez nasz dobry znajomy Jarosław Pytlak. Oto obszerne fragmenty tego posta i link do pełnej wersji na blogu „Wokół Szkoły”:

 

 

 

 

                                                    List z tamtego świata czyli wyzwanie dla Bańkonautów

 

Na krótko przed Dniem Edukacji Narodowej dotarł do mnie e-mail od pana Wojciecha Starzyńskiego, prezesa Fundacji „Rodzice szkole”, a w załączniku do niego felieton autorstwa nadawcy. W treści e-maila przeczytałem, że załączony tekst jest próbą odniesienia się autora do szeregu problemów nękających polską oświatę.

 

Pana Wojciecha Starzyńskiego znam od przeszło trzydziestu lat. Był on jednym z założycieli Społecznego Towarzystwa Oświatowego, a pełniąc funkcję prezesa zarządu tej organizacji współpracował ze mną jako dyrektorem szkoły STO przez niemal dwa dziesięciolecia. Po odejściu z funkcji objął stanowisko prezesa Fundacji „Rodzice szkole”, w której aktywnie działa do dzisiaj. […]

 

Czytaj dalej »