Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

Tak się nam skojarzyło, że tekst, który w poniedziałek (12 września 2022 r.) zamieścił na swoim fb-profilu Borys Bińkowski, ma wiele wspólnego z tym, o czym wczoraj wieczorem dzieliły się z obserwatorami spotkania w „Akademickim Zaciszu” nauczycielki, pracujące metodą Celestyna Freneta.

 

Zanim obejrzycie (jeśli nie macie już tego za sobą) filmową relację z tego spotkania (jeszcze dzisiaj – już wkrótce na stronie OE), przeczytajcie ten tekst:

 

 

Dlaczego pozwalam dzieciom (moim uczniom) na swobodę wyboru uczestniczenia w zajęciach?

 

Tak, pozwalam. Przyzwyczaiłem się do tego. Mam to szczęście, że pracuję w środowisku, w którym coraz częściej staje się to normą. Jednocześnie jednak spotykam się z trudnościami uczniów (tych po doświadczeniach szkół zwykłych) oraz, częściej- rodziców z zaakceptowaniem tego.

 

 Zatem krótko wytłumaczę dlaczego tak robię.

1.Nie mam prawa nikogo do niczego zmuszać. Nie jestem prawnym opiekunem. Mogę nakłaniać do spróbowania, zachęcać, dostosowywać przekaz, co też robię, ale na koniec uczestnictwo jest decyzją ucznia.

 

2.Obowiązkowość (co też jest formą zmuszania) prowadzi do nieskuteczności. Dzieci, które pozbawia się możliwości wyboru nie uczą się skutecznie, przeszkadzają innym (są „niesforne”), co sprawia, że same zyskują bardzo mało na lekcjach w których uczestniczą, a jednocześnie uniemożliwiają uczenie się innym. Tak bywa zwykle, choć od tej normy jest dużo odstępstw.

 

3.Poprzez wybór tworzę pozytywną motywację. Wybrałem uczestnictwo, przez co wybrałem metodę pracy nauczyciela, staram się dostosować do tej metody i wyciągać tyle ile się da z zajęć.

 

4.Dzieci przez wybór uczą się konsekwencji swoich działań – wybrałem uczestnictwo, to muszę zostać na kursie (u mnie to zwykle 4 kolejne zajęcia) do końca. Wybrałem nie uczestniczyć – ponoszę tego konsekwencje (w najgorszym razie rezygnację rodziców ze szkoły, w której dziecko nie korzysta z zajęć). Wszystko jest jasno rozłożone na stole.

 

5.W końcu argument neurobiologiczny – ludzie zmuszani do czegokolwiek traktują to jako karę (ich mózgi to tak traktują). Poprzez mechanizm biologiczny, w którym kluczową rolę odgrywa kortyzol, prowadzi to niezdolności uczenia się głębokiego (tworzenia pamięci semantycznej czy proceduralnej). Innymi słowy – zmuszając dzieci do uczenia się, sprawiamy, że są niezdolne do uczenia się.

 

O czymś zapomniałem? Wpiszcie własne argumenty

 

(Małe wyjaśnienie na koniec – chodzi mi oczywiście dzieci odrobinę starsze, tak od 9-10 r.ż., które powoli uczą się ponoszenia konsekwencji swoich czynów).

 

Pozdrawiam, Borys Bińkowski

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/borys.binkowski.9/

 



 

Dzisiaj proponujemy lekturę krótkiego tekstu dr Tomasza Tokarza, zamieszczonego na jego fejsbukowym profilu w poniedziałek 12 września 2022 r., który – naszym zdaniem – zasługuje na upowszechnienie:

 

Obowiązek szkolny w Polsce to przede wszystkim obowiązek bycia zapisanym do szkoły. Niekoniecznie regularnego w niej przebywania. Tu już można się dogadać z konkretną placówką.

 

Jak wspominałem wielokrotnie nie ma konieczności 50% frekwencji do klasyfikowania ucznia.

 

Aby uczeń był klasyfikowany musi mieć podstawę do klasyfikacji – zazwyczaj chodzi tu o oceny bieżące. Ale można przecież zapowiedzieć, że te oceny uczeń może zdobyć na specjalnych lekcjach klasyfikacyjnych. Np. nauczyciel wyznacza 6-10 lekcji klasyfikacyjnych w półroczu (zależnie od ogólnej liczby godzin) i podaje konkretne daty (w tych terminach mogą odbywać się sprawdziany czy prezentacje projektów)

 

Jeśli uczeń na nie przyjdzie – to jest klasyfikowany. I to właściwie niezależnie od wyniku – bo przecież można być klasyfikowanym na ocenę niedostateczną. To ostatnie nie jest oczywiście satysfakcjonującym rozwiązaniem, zatem można się umówić na jakiś podstawowy, minimalny próg oznaczający dopuszczenie do kolejnej klasy.

 

Jeśli uczeń wypadnie dobrze na lekcjach klasyfikacyjnych – to mają one wpływ na odpowiednio wysoki stopień końcowy.

 

Jeśli uczniowie pójdzie słabiej – a zależy mu na lepszym stopniu – będzie mógł się wykazać na lekcjach nieklasyfikacyjnych. Ale to już jego decyzja.

 

Lekcje nieklasyfikacyjne mogą są fakultatywne. Np. (jak wspomniałem) pomagają zdobyć wyższy stopień (jeśli uczniowi na tym zależy), uzyskać przydatne informacje, pobyć z innymi itd. Ale obecność na nich nie ma wpływu na klasyfikację.

 

Mamy jeden z bardziej liberalnych systemów edukacyjnych na świecie. Tylko szkoły z tych możliwości rzadko korzystają.

 

 

 

Źródło:  www.facebook.com/tomasztokarzIE/

 



Nawiązując do zamieszczonej wczoraj informacji o Konferencji Naukowej „Szczęśliwy rodzic, nauczyciel, uczeń – czyli moc relacji w edukacji”, proponujemy dzisiaj (13 września 2022 r.) obszerne fragmenty tekstu z bloga „Ekonomia szczęścia”, prowadzonego przez doktora Piotra Michonia:

 

Foto:  www.ekonomiaszczescia.pl/o-autorze/

 

Dr hab. Piotr Michoń, prof. Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu – w Katedrze Pracy i Polityki Socjalnej

 

 

Szczęście w szkole. Do egzaminu się nie przyda

 

Ustalmy na początku; stoję na stanowisku, że szkoły nie są po to by czynić uczniów szczęśliwymi. Tylko że, nawet jeżeli coś nie jest tworzone z myślą o jakimś celu, nie oznacza, że do niego nie prowadzi. Celem fastfoodziarni jest zarobienie pieniędzy na sprzedawaniu żarcia a nie przesunięcie nas od rozmiaru S do XXXL. Celem ludzi oddanych swojej pasji zwykle nie jest popularność a jednak zdarza się, że ją zdobywają. Coś dzieje się przy okazji i choć nie dążymy do tego wprost, nasze działanie przynosi wymierne konsekwencje. W ekonomii nazywamy to efektami zewnętrznymi; pozytywnymi gdy przy okazji powstaje coś dobrego i negatywnymi, gdy niezamierzone konsekwencje pozostają opłakane. Naprostujcie mnie jeżeli się mylę ale szkoła, choć nie ma tego zapisanego w rozporządzeniu ministra, wpływa na szczęście uczniów i studentów.

 

To była ta bezpieczniejsza część.

 

Dalej generator niezgody i sprzeciwu ma prawo się uruchomić. Jakbyście zareagowali gdybym powiedział, że w szkole powinno się uczyć o szczęściu? Uczymy o rozwielitkach, przydawkach, systemie wyborczym i Bolesławie, który miał krzywe usta. Wszystko po to by każdy odnalazł się w społeczeństwie, mógł zdawać na medycynę (jeśli zechce) i nie mówił „jezdem”.  Zakładamy, że są rzeczy, które powinniśmy wiedzieć; a niektóre są nawet przydatne. A gdyby tak uczyć o szczęściu? O tym jak być szczęśliwym, i co zrobić by poprawić swoje życie? O szczęściu w filozofii, psychologii, socjologii czy ekonomii? W oparciu o dzieła klasyków i nowoczesną naukę. Bez definicji, dat i faktów? Bez kucia na test? Z wiedzą praktyczną do zastosowania od zaraz. Już dzisiaj w wielu szkołach na całym świecie prowadzone są zajęcia z inteligencji emocjonalnej, budowania odporności czy dbania o dobrostan. Nie wiem, jak jest teraz, ale swego czasu najpopularniejszym kursem na Uniwersytecie Harvarda była psychologia pozytywna: nauka o tym, jak być szczęśliwym. W ciągu zaledwie kilku lat liczebność osób uczestniczących w zajęciach wzrosła z 6 do 1600 osób!

 

Bzdura! – powiedzą oponenci uśmiechając się z pogardą – dzieciaki potrzebują wiedzy: twardej, testowalnej, co się na egzaminie przyda i pomoże zdobyć świadectwo z paskiem. Celem szkoły jest edukowanie przyszłych pracowników, członków społeczeństwa, a nie snucie bajań o szczęściu– zakrzykną. W tym miejscu dochodzimy do trzeciej, w mojej ocenie niezwykle istotnej uwagi: nie ma sprzeczności między wspieraniem uczniów w byciu szczęśliwym a zdobywaniem wiedzy. Jest dokładnie odwrotnie; szczęście i edukacja wzajemnie się wzmacniają. Wyniki licznych badań mówią wprost: edukacja i szczęście wzajemnie na siebie oddziałują. Szczęśliwy człowiek szybciej i lepiej się uczy, uczący się człowiek jest szczęśliwszy; fenomenalne w swej prostocie perpetuum mobile. […]

 

Czytaj dalej »



Wczoraj (11 września 2022 r.)  dr Marzena Żylińska zamieściła na swoim fejsbukowym profilu tekst, który – naszym zdaniem – każdy nauczyciel powinien przeczytać. Ze zrozumieniem…

 

 

Jedno dziecko uczy się chodzić w wielu 10 miesięcy, inne, gdy ma 12 czy 13. Ale są i takie, które mają 15 miesięcy i wciąż raczkują, a lekarze twierdzą, że są w normie i rodzice nie powinni się martwić, bo każde rozwija się w swoim własnym tempie.

 

Dzięki medycynie i psychologii wiemy, że każdy mały człowiek ma indywidualne tempo rozwoju, którego nie da się przyspieszyć.

 

Czy to się zmienia, gdy dzieci idą do szkoły? Nie! A nasze szkoły funkcjonują tak, jakby wiedza o indywidualnym tempie rozwoju każdego człowieka przestała obowiązywać, w wieku 7 lat.

 

Szkoła jest odporna na wiedzę

 

Nasz system edukacji tę ogólnie dostępną wiedzę ignoruje. Gdy powstawał – mniej więcej 200 lat temu w Prusach – o rozwoju człowieka nic nie wiedziano. Nie możemy winić Prusaków o to, że stworzyli system ignorujący wiedzę psychologiczną, której wtedy nie było, ale my od dawna wiemy, że każdy człowiek, a więc i każde dziecko rozwija się w swoim własnym tempie.

 

Problem w tym, że wiele osób nie umie wyobrazić sobie szkoły innej niż ta, do której sami chodzili i jaką znają z opowieści swoich rodziców, dziadków i pradziadków. Dla wielu osób szkoła to wciąż ławki, podręczniki, nauczyciel stojący przed tablicą i wyjaśniający nowy materiał, klasówki, podkreślone na czerwono błędy i oceny cyfrowe.

 

Ale szkoła może być inna! Może uwzględniać wiedzę o tym, jak rozwijają się dzieci i może wszystkim stworzyć warunki do rozwinięcia ich indywidualnego potencjału i uczenia się na miarę ich możliwości, bez poczucia przegranej. Taką szkołę opisałam w mojej najnowszej książce „Szkoła na miarę szyta”. Znajdziecie w niej również zadania, które pozwalają na odejście od metod podawczych. Ich wykorzystanie pozwala uczniom uczyć się poprzez własną aktywność. To spersonalizowane zadania ( każdy robi je na takim poziomie, na jakim jest, nie są za trudne dla drugoklasistów, ani za łatwe dla uczniów ostatnich klas szkoły podstawowej czy szkół ponadpodstawowych, to zadania do języka polskiego, matematyki, przyrody, biologii, geografii, chemii, religii czy na godziny wychowawcze.). Celem tych zadań nie jest bezbłędna odpowiedź, ale rozwój. Dobierając zadania do pracy na lekcjach nauczyciele powinni kierować się ich efektywnością, czyli tym, ile dzięki nim uczniowie się nauczą.

 

I nie powinni oczekiwać, że wszyscy nauczą się tyle samo, bo to oczekiwanie jest nie tylko zupełnie nierealistyczne, ale jest również przyczyną porażek tych uczniów, którzy rozwijają się w innym tempie i nie potrafią dostosować się do środowiska, jakim jest szkoła.

 

 

 

Źródlo: www.facebook.com/marzena.zylinska/

 



Foto: [www.tvn24.pl/magazyn-tvn24/]

 

Czy model pruskiej szkoły naprawdę jest niezniszczalny?

 

 

W opublikowanym już wczoraj (9 września 2022 r.) stałym dodatku „Gazety WyborczejWOLNA SOBOTA zamieszczono obszerny tekst Karoliny Słowik, zatytułowany – w wersji drukowanej „Pruska szkoła – zapraszamy na rekonstrukcje”, a w wersji internetowej – „Mniej niemieckiego, więcej strzelania, wędrujący nauczyciele i możliwa matura z religii. Zaczyna się szkoła Czarnka”.

 

Poniżej zamieszczamy jedynie kilka wybranych fragmentów tego bardzo obszernego (w formie gazety drukowanej – 2,5 strony) tekstu, podając link do jego pełnej wersji:

 

[…]

 

Od kilku lat obserwujemy narastający kryzys polskiej szkoły, do którego w ogromnej mierze doprowadziła nieodpowiedzialna i szkodliwa polityka obecnego rządu. System oświaty został zdemontowany poprzez wprowadzanie nieprzemyślanych, przypadkowych i koniunkturalnych zmian. Poziom kształcenia jest coraz niższy, rośnie agresja wśród uczniów, zmniejsza się prestiż zawodu nauczyciela„.

 

Mały konkurs: kto to powiedział? Żaden z działaczy oświatowych, nikt ze związków. Elżbieta Witek, posłanka PiS, przyszła marszałkini Sejmu, udzieliła wywiadu Barbarze Nowak, przyszłej małopolskiej kuratorce oświaty. Wywiad ukazał się na łamach „Zeszytów Politycznych Prawa i Sprawiedliwości” w 2012 r. Na cztery lata przed likwidacją gimnazjów. […]

 

W tym wywiadzie jest wszystko. Witek i Nowak krok po kroku opisały to, co po 2015 roku stało się ze szkołami: od „reformy organizacyjnej” ministry Anny Zalewskiej po „reformę programową”, którą właśnie domyka minister Przemysław Czarnek.

 

O tym, że reforma edukacji ma dwa etapy: organizacyjny i programowy, poinformował wicemarszałek Ryszard Terlecki jeszcze przed zaprzysiężeniem Czarnka. Pytany we wrześniu 2020, co sądzi o jego kandydaturze, odpowiedział: – To jest profesor, były wojewoda, świetny organizator, znakomity człowiek o bardzo wyrazistych poglądach. Tak że wydaje mi się, że to jest bardzo dobra kandydatura. Po znakomitej reformie organizacyjnej, którą udało nam się przeprowadzić w szkolnictwie, teraz czas na reformę programową. […]

 

W środowisku czuć zniecierpliwienie, a wręcz rezygnację. O kolejnym strajku związkowcy zaczynają mówić w mediach, ale częściej mówią też o braku szacunku, pogardzie i kpinach ze strony ministerstwa. Ostatnio wiceminister edukacji, dawny nauczyciel historii Dariusz Piontkowski stwierdził w Polskim Radiu: – Jeżeli jest to stopień nauczyciela dyplomowanego, czyli najwyższy stopień awansu zawodowego, jego wynagrodzenie średnie z wszystkimi dodatkami to jest przeciętnie około 6800 czy 900 zł. Dopytywany, czy na rękę, czy brutto, powiedział: – To jest oczywiście na rękę, ale to jest łącznie z dodatkami, jeżeli ma wychowawstwo, za staż pracy, jeżeli ma nadgodziny, to jego wynagrodzenie może być zdecydowanie wyższe.

 

Dzień później przepraszał na Twitterze i tłumaczył, że chodziło mu o kwotę brutto. Czy to sprostowanie dotrze do wszystkich rodziców, którzy usłyszeli, że nauczyciele zarabiają krocie, a jeszcze chcą więcej? Wiceminister nie wytłumaczył jeszcze jednej nieścisłości: wynagrodzenie średnie to konstrukt prawny. Zlicza się do niego wszystkie kilkanaście dodatków, które nauczycielom przysługują. Nie ma jednak nauczyciela, który dostałby je wszystkie.

 

Taki tworzą nasz wizerunek: rozkapryszone środowisko, czego oni jeszcze chcą, skoro tyle zarabiają. Uparci, roszczeniowi nauczyciele, którzy nie chcą współpracować – komentuje rzeczniczka Związku Nauczycielstwa Polskiego Magdalena Kaszulanis.

 

W takim klimacie Czarnek przystępuje do domknięcia reformy programowej. I konsekwentnie realizuje to, co kierownictwo partii ze swoimi doradcami wymyśliło już ponad dekadę temu. […]

 

To, że godzin lekcji historii przybędzie, zapowiedział sam Jarosław Kaczyński w połowie maja zeszłego roku, kiedy PiS ogłaszał założenia „Nowego ładu”. – Chcemy umacniać polską tożsamość. W szkołach średnich wprowadzimy naukę historii dwoma nurtami, tzn. historię powszechną i historię Polski. Dla każdego z tych nurtów będzie przeznaczone dwie, trzy, może więcej godzin w ciągu tygodnia zajęć. […]

 

Nie chodzi jednak tylko o to, ile razy uczniowie będą mieli historię w planie lekcji, ale też o to, jak ona będzie nauczana. Stąd ten pośpiech w pisaniu i zatwierdzaniu podręcznika do HiT niszowego katolickiego wydawnictwa Biały Kruk (publikowali w nim także Krystyna Pawłowicz, Antoni Macierewicz czy ksiądz Dariusz Oko), na którego promocję – jeszcze przed ostateczną decyzją o dopuszczeniu do użytku szkolnego – resort edukacji miał wydać ok. 75 tys. zł, jak wyliczyły posłanki opozycji. Autor, prof. Wojciech Roszkowski, pisał w nim nie tylko o „hodowli” niechcianych dzieci, ale też o „lewakach”, „wojujących ateistach”, „Murzynach”. Pojęcie feminizmu znajdziemy obok nazizmu i gender w jednym rozdziale „Ideologie i nazizm”. Jest również o tym, że Unia Europejska lansuje ateizm, oraz o „zboczeniach europejskich”. […]

 

O tym nawet Elżbiecie Witek w 2012 roku się nie śniło. „Kościół – szkoła – strzelnica” to nie jest hasło PiS-u. Z tym trzypunktowym programem szedł do wyborów Grzegorz Braun, lider narodowców. Wyjaśniał, że zamierza dbać o „zdrowie duchowe narodu”, „tworzyć nowe i wspierać istniejące szkoły katolickie” i „działać na rzecz wzmocnienia kondycji psychicznej i fizycznej, a jednocześnie zwiększenia zdolności samoobronnych naszych rodaków i potencjału obronnego całej Ojczyzny – m.in. poprzez popularyzowanie i ćwiczenie kunsztu strzeleckiego”.[…]

 

Wszystko to zamiast nauczania o zdrowiu. „Kształtowanie postaw indywidualnych i społecznych sprzyjających zdrowiu – są również szeroko uwzględnione w podstawie programowej innych przedmiotów, takich jak: wychowanie fizyczne, biologia czy wychowanie do życia w rodzinie” – czytamy w uzasadnieniu projektu o zmianie programu dla podstawówek.

 

Równocześnie zmniejszono liczbę godzin nauki języka niemieckiego dla uczniów mniejszości niemieckiej (z trzech do jednej godziny w tygodniu). A z oszczędności (ok. 40 tys. zł) minister Czarnek powoła instytut, który wesprze naukę polskiego w Niemczech i innych krajach. – Przywracamy polsko-niemiecką symetrię – argumentował pomysłodawca projektu Janusz Kowalski z Solidarnej Polski. […]

 

PiS nie tylko nie wyprowadzi religii ze szkół, ale również odbierze wybór tym, którzy chcieliby chodzić na etykę. Nie wprost. W następnym roku szkolnym minister Czarnek wprowadzi obowiązkową naukę religii lub etyki w czwartych klasach szkoły podstawowej i pierwszych klasach wszystkich szkół ponadpodstawowych. Wkrótce nie będzie można już „chodzić na nic”. Zapowiedział to rok temu na łamach „Gazety Polskiej”: „Będziemy chcieli zlikwidować to, co wiele lat temu zostało wprowadzone, czyli możliwość wyboru jednego z trzech wariantów: albo religia, albo etyka, albo nic. To »nic« stało się dość powszechne na przykład w dużych miastach. I właśnie to »nic« służy temu, by odbywały się podobne zbiegowiska, które kompletnie bezrefleksyjnie podchodzą do życia. Nauka albo religii, albo etyki będzie obligatoryjna, by do młodzieży docierał jakikolwiek przekaz o systemie wartości”. […]

 

Czytaj dalej »



W dniach od 5 do 9 września 2022 roku w Bielsku-Białej w Hotelu Dębowiec  odbywa się XXXV Letnia Szkoła  Młodych Pedagogów im. M. Dudzikowej. W tym roku spotkanie odbywa się pod tematem „Pedagogika i edukacja w wikiświecie; o zmianie/zmianach kultury edukacji w środowisku cyfrowym – jak je badać, opisywać i interpretować”.

 

Jednym z mentorów tego spotkania jest prof. Boguslaw Śliwerski, który zamieścił dzisiaj (9 września 2022 r.) na swoim blogu tekst, zainspirowany tym wydarzeniem. Poniżej zamieszczamy  jedynie wybrane fragmenty tego tekstu, odsyłając do jego pełnej wersji do bloga:

 

Foto:  www.telepolis.pl

 

 

Media cyfrowe powinny być stałym środkiem dydaktycznym w hybrydowej edukacji

 

Trwają obrady w Letniej Szkole Młodych Pedagogów im. Marii Dudzikowej przy KNP PAN, które w tym roku koncentrują uwagę młodych kadr na mediach cyfrowych. Niestety, wciąż są one traktowane jako zagrożenie dla rozwoju dzieci i młodzieży, toteż rodzi to opór wśród części nauczycieli, którzy nie zamierzają ich wykorzystywać w swojej pracy dydaktycznej. Musieli tak czynić w okresie lockdownu, w ramach kształcenia zdalnego, ale po powrocie szkół do edukacji stacjonarnej mogli odetchnąć z ulgą i powrócić do dziewiętnastowiecznej formuły nauczania, restrykcyjnego oceniania, testowania i straszenia uczniów. […]

Jedna z uczestniczek Letniej Szkoły zapytała, czy istnieje szansa współczesny Hogwart? Wszędzie jest to możliwe, tylko nie w Polsce. Takie szkoły powstają, ale nie po to, uczyć dzieci magii, eliksirów, zaklęć, zielarstwa, astronomii, latania na miotle itp., ale by rozwijać je integralnie, całościowo w modelu edukacji otwartej, wielostronnej, konstruktywistycznej, zorientowanej na nowe technologie, najnowsze osiągnięcia naukowe i kompetencje miękkie, społeczne, egzystencjalne.

 

Po to inwestuje się w badania naukowe także w naukach społecznych, a nie tylko w naukach ścisłych, technicznych czy medycznych, by interdyscyplinarne zespoły badawcze tworzyły nowe typy szkół, które będą uwzględniać równoległy do realnego świat komunikacji, ale i twórczości, usług, wspomagania ustawicznego uczenia się. Państwo, w którym lekceważy się edukację szkolną traktując ją jako instrument do gry politycznej i ekonomicznych zysków dla przedstawicieli władzy, pozbawia szans na godne życie dużą część młodego pokolenia.[…]

 

Jeden z doktorów zapytał, skąd wiadomo, że edukacja hybrydowa, spersonalizowana, konstruktywistyczna jest słuszna? To tylko potwierdza, że odizolowani od innych modeli kształcenia, by jedynie realizować to, co zleca władza centralna, nie podejmują własnych prób zmiany w procesie kształcenia oraz nie poszukują literatury i medialnych egzemplifikacji dowodzących  efektywności innej edukacji. Tymczasem w sieci są już tysiące materiałów filmowych o przedszkolach, szkołach podstawowych, średnich i wyższych, których nauczycielom chciało się chcieć zmieniać środowisko uczenia się dzieci czy młodzieży.

Media cyfrowe powinny być, jak dawniej pióro i atrament, ławka i podręcznik, stałym, naturalnym narzędziem uczenia się, z którego na bieżąco będą korzystać tak nauczyciele, jak i ich uczniowie. Zamiast lekcji informatyki, godzin wychowawczych konieczne jest prowadzenie zajęć alfabetyzacyjnych w zakresie umiejętności wyszukiwania informacji, wiadomości i wiedzy i naukowej, przetwarzania i przechowywania danych cyfrowych, ukierunkowane ich filtrowania, ale i krytycznej analizy źródeł.

 

Uczniowie powinni w szkole nauczyć się jasno określać, jakie informacje, jaka wiedza jest im potrzebna do znalezienia odpowiedzi na edukacyjne pytania oraz do ocenienia ich trafności i wiarygodności. Kompetentne i odpowiedzialne korzystanie z wyszukiwarek może ułatwić uczniom w bardziej atrakcyjnej formie zdobywanie wiedzy w ramach przedmiotów kształcenia czy w rozwiązywaniu międzyprzedmiotowych problemów.

 

Dlaczego nie wykorzystać w klasie szkolnej komunikatorów typu WhatsApp, Messenger, Facebook lub Skype do prowadzenia zajęć wspólnie z uczniami innej, partnerskiej szkoły czy klas partnerskich w kraju czy poza jego granicami? Pedagogika Celestyna Freineta znakomicie sprawdza się tak w świecie realnym, jak i w wirtualnej edukacji. Podobnie jak psychopedagogiczne prawidłowości, które są wpisane w pedagogikę Marii Montessori, a mianowicie: „pozwól dziecku zrobić coś samemu” oraz „przygotuj mu odpowiednie do jego temperamentu środowisko uczenia się”.

 

 

 

Cały tekst „Media cyfrowe powinny być stałym środkiem dydaktycznym w hybrydowej edukacji”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www. sliwerski-pedagog.blogspot.com

 

 

 

 



My nie mamy wątpliwości, że szczęście w szkole jest możliwe – i to nie tylko w tym znaczeniu, że „mam szczęście, bo mnie dzisiaj nie pytali…” Tym nie mniej – tradycyjnie – zapraszamy wszystkich, którzy wczoraj o 20-ej nie mogli oglądać środowych rozmów w „Akademickim Zaciszu”, tym razem na temat „Czy szczęście w szkole jest możliwe?”

 

Z prof. Ropmanem Leppertem rozmawiali:

 

Dr Anna Hildebrandt-Mrozek – twórczyni kampanii Ogólnopolski Tydzień Szczęścia w Szkole;

 

Zuzanna Walenta – uczennica Szkoły w Chmurze, radna V kadencji Młodzieżowej Rady m.st. Warszawa, pochodząca z moich ukochanych i rodzinnych stron – dzielnicy Wawer;

 

Piotr Michoń – Prof. Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, prowadzący blog „Ekonomia Szccęścia”;

 

Pan Jakub Tylman z Publicznej Szkoły Podstawowej w Śremie im. Kawalerów Orderu Uśmiechu.

 

 

 

                         Plik filmowy ze spotkania „Czy szczęście w szkole jest możliwe”  –  TUTAJ



Wczoraj (7 września 2022 r.) o godz. 20:00 Borys Binkowski był rozmówcą dr Marzeny Żylińskiej. Rozmowa odbyła się wokół jego książki „Szkoła od nowa” i o tym, jak można, a jak nie można zmienić systemu edukacji. Dzisiaj proponujemy lekturę najnowszego posta z jego fejsbukowego profilu:

 

 

Borys Binkowski – pasjonat nauk wszelkich, edukator, tutor nauczyciel, zwolennik racjonalnego patrzenia na rzeczywistość. Prowadzi projekt badawczy pt. „Szkoła od Nowa”

 

 

W klasycznym podręczniku <Science and Human Behavior> Skinner (uważany za twórce behawioryzmu) tłumaczył, że bodźce awersyjne (czyli kary) w istocie mogą szybko zlikwidować niepożądane zachowania, ale po zaprzestaniu kar często powracają one ze zdwojoną siłą, ponieważ obiekt badany nie nauczył się innych zachowań. Podkreślał też, że kary wywołują starach, poczucie winy i wstyd, co w ogólnym rozrachunku prowadzi do obniżenia zdolności uczenia się (innymi słowy, dziecko zmuszane do nauki gry na pianinie za pomocą bicia nie będzie wirtuozem, ala z pewnością nauczy się nienawidzić muzyki). Skinner ostrzegał ponadto, że stosowanie bodźców awersyjnych odbija się też negatywnie na badaczach, gdyż potencjalnie może zmienić eksperyment w sadystyczną demonstrację siły. Ostatecznie – stwierdził Skinner – w przeciwieństwie do wzmacniania kary działają na szkodę zarówno karzącego, jak i karanego

 

Powyższy cytat pochodzi z książki Stevea Silbermanta „Neuroplemiona”.

 

I mój komentarz: to nie behawioryści (na pewno nie wszyscy) namawiają do stosowania kar w wychowaniu czy edukacji. To my, nauczyciele, rodzice, doradcy, pedagodzy, czytamy interpretacje ich badań i nimi posługujemy się w tłumaczeniu naszych zachowań. Nie posługujmy się autorytetem Skinnera czy innych badaczy jeśli chcemy obronić kary w postaci stopni szkolnych.

 

Stopnie szkolne nie są skuteczną metodą wspierającą naukę. Wiemy to z badań naukowych, również tych prowadzonych przez psychologów behawioralnych. A mimo to prowadzimy w szkołach ciągłe eksperymenty behawioralne na dzieciach, trochę podobne do tych, które Skinner prowadził na gołębiach i szczurach laboratoryjnych. Tyle, że w przeciwieństwie do niego nie wyciągamy z tych eksperymentów wniosków.

 

Pozdrawiam, Borys Bińkowski

 

Szkoła od Nowa

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/borys.binkowski.9

 



Foto: www.twitter.com/sliwek1954

 

Prof. dr hab. Bogusław Śliwerski

 

 

Przypomnieliśmy sobie, że z nowym rokiem szkolnym, po wakacyjnej przerwie, podjął swoją blogerską aktywność prof. Bogusław Śliwerski. Po przeglądzie zamieszczonych tam nowych postów wybraliśmy ten z poniedziałku – 5 września, którego fragmenty zamieszczamy poniżej, zachęcając do lektury pełnej wersji na blogu:

 

 

O co chodzi w szkole

 

W okresie wakacyjnym pojawiła się w sieci krytyka Katolickiego Liceum w Tomaszowie Mazowieckim. Od kilku lat doświadczamy tego, że każdy pretekst jest dobry, by atakować wszelkie instytucje związane z Kościołem katolickim, toteż nie oszczędzono niepublicznej szkoły – jak sądzę – z dwóch powodów:

 

– pierwszym był wspomniany fakt, że jest katolicką („Katolicka szkoła pozorów„; „Katolickie liceum nie ma się czym pochwalić”, „Nikt nie zdał tam matury, konsekwencji brak„);

 

– drugim, że żaden z uczniów przystępujących do egzaminu maturalnego, nie poradził sobie z zadaniami.

 

Nie odnoszę się do pierwszej z możliwych przyczyn, bo jest pozamerytoryczna. Nie dostrzegam tekstu, którego autor zainteresowałby się przystąpieniem wszystkich lub może jakiejś części tegorocznych abiturientów tej szkoły do egzaminu poprawkowego.

 

Drugi zaś czynnik wzbudził moje zdumienie, bo przecież mamy w sieci zalew publikacji  oraz komentarzy na temat tego, jak toksyczna jest szkoła. Ileż to mamy wpisów na Fb, by szkoły były bezowe, czyli bez prac domowych, bez ocen, bez lekcji, bez zadań, bez wymagań, bez podręczników, bez godnie opłacanych nauczycieli itp., itd. Najlepiej by było, gdyby w ogóle zlikwidować szkoły i pozwolić dzieciom oraz młodzieży stanowić o tym, czy w ogóle chcą się uczyć, a już tym bardziej, czy chcą uczęszczać do szkoły.

 

To podejście jest w Polsce możliwe i realizowane w sferze prywatnej.

 

W Polsce są prawnie zagwarantowane warunki powoływania różnych form, także instytucjonalnych, alternatywnej edukacji, w ramach której dzieci w wieku obowiązku szkolnego (do 18 roku życia) mogą go realizować poza szkołą publiczną, np. w edukacji domowej.  […]

 

W ustawie Prawo Oświatowe nie znajdziemy obowiązku zdania matury. Dlaczego zatem z nieukrywaną satysfakcję pisano o tej szkole i jej nauczycielach? Może z powodu wojny światopoglądowej w kraju, którą wzmocniła po rządach PO i PSL kolejna władza resortowa i państwowa o prawicowej konstelacji ideologicznej? Wyniki matur są dla każdej władzy rzekomym testem na zasadność prowadzonej polityki oświatowej. Tyle tylko, że każda formacja polityczna od wprowadzenia egzaminów zewnętrznych tak je kalibruje, żeby odpad maturalny nie przekraczał 20-25 proc.

 

Tak oto wspólnota szkolna tomaszowskiego liceum stała się ofiarą własnego środowiska politycznego.

 

Tymczasem wiele osób ponawia pytanie, czy rzeczywiście w szkole chodzi o szkołę? Zadała je – nie tylko w tytule swojej książki – Ewa Radanowicz i udzieliła na nie trafnej odpowiedzi. Otóż w szkole nie chodzi tylko o szkołę. W szkole powinno chodzić o rozwój młodego człowieka, który nie musi być redukowany do certyfikatu, zdanego testu. Może w niej przecież chodzić o to, by zapewnić młodzieży godne warunki do własnego rozwoju na miarę jej możliwości i aspiracji, a nie tylko ze względu na obowiązujące standardy kształcenia?

 

Nie wnikam zatem w funkcje założone tak ośmieszanej w mediach szkoły, skoro dla jej nauczycieli i młodzieży być może były inne cele i wartości w ich wzajemnych relacjach. Nie każdy musi mieć maturę, bo czego Jaś się nie nauczył, to jako Jan być może kiedyś będzie gotów do tego, by zdobyć określone kwalifikacje do realizacji osobistych celów. Polski system szkolny jest drożny pionowo i poziomo. Niezdanie matury nie zamyka nie tylko tej młodzieży drogi do dalszej edukacji, być może zawodowej, a być może ponowionej na poziomie kształcenia ogólnego.

 

Można nie dopuścić nastolatków do egzaminu maturalnego tak, jak czyni się to w publicznych liceach. Jakoś w tym przypadku dziennikarze niechętnie podejmują kwestię, która od lat jest w publicznych szkołach średnich praktykowana. Mam na uwadze niedopuszczanie do matury tych uczniów, którzy tego bardzo pragną mimo posiadania słabych ocen.

 

Nie dostrzegam tragedii ani tym bardziej powodu do medialnego żerowania na porażce, do której nastolatkowie mieli prawo. Jest to ich doświadczenie, z którym muszą sobie poradzić, a ich rodzice/opiekunowie prawni oraz nauczyciele powinni im w tym pomóc. […]

 

 

 

Cały post „O co chodzi w szkole”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com

 

 

 



Oto najnowszy post z fejsbukowego profilu  dr Marzeny Żylińskiej:

 

 

Czy można zapisać w programach rozwój dzieci?

 

„Wszystkie żywe organizmy mają zapisany w genach program rozwoju. Dziedziczymy po rodzicach cechy fizyczne, takie jak kolor oczu, włosów, wzrost, czy tendencję do otyłości. Wiemy to z własnych obserwacji, a nauka je potwierdza.

 

Wiemy też, że procesu fizycznego rozwoju nie jesteśmy w stanie szczególnie wzmocnić czy przyspieszyć. Możemy za to zadziałać na jego szkodę – dzieci niedożywione rosną wolniej i są niższe od średniej w dorosłym życiu, dzieci źle żywione stają się otyłe, dzieci, które przebywają w stresującym środowisku również niewłaściwie się rozwijają, podobnie jak te, które pozbawione są swobodnych zabaw na powietrzu z rówieśnikami.

 

Podobnie jest z rozwojem poznawczym – nie jesteśmy w stanie go znacząco przyspieszyć. Mózg potrzebuje czasu na spokojne dojrzewanie w komfortowych dla niego warunkach. Potrzebuje różnorodnych wyzwań, kontaktów społecznych, zabawy, swobody, wyboru spośród wielu dostępnych opcji. Natura człowieka upomina się o to – dzieci są naturalnie ciekawe i często zmieniają przedmiot swojego zaciekawienia. Odbierając im te możliwości – zmuszając do wykonywania pewnych czynności w określonym, z góry narzuconym porządku – upośledzamy ich naturalny proces rozwoju poznawczego.

 

Dlatego właśnie szkoła jaką dziś znamy nie jest odpowiednią przestrzenią do właściwego wspierania tego procesu. Jeśli dzieci sobie w niej jakoś radzą, to nie dlatego, że szkoła temu sprzyja, ale dlatego, że ich indywidualny program rozwoju zapisany w genach jest wystarczająco silny, aby szkoła go nie zniszczyła.

 

Rodzą się naturalne pytaniaco w szkole należy zmienić, aby mogła ona wspierać naturalny rozwój młodego człowieka? Wybrzmiało to już na łamach tej publikacji, ale podkreślę jeszcze raz – uważam, że szkoły nie należy zmieniać, bo jest to zadanie z rodzaju syzyfowych prac. Trzeba ją postawić od nowa, opartą na właściwych zasadach – na początku w formie pojedynczych, eksperymentalnych placówek, potem, stopniowo zastępujących znane nam dziś szkoły. Na drugie pytanie: „jak to zrobić?”, odpowiedzi udzieli trzecia część tej książki – Borys Bińkowski, Szkoła od nowa

 

 

Na rozmowę z Borysem Binkowskim o jego książce i o tym, jak można, a jak nie można zmienić systemu edukacji, zapraszam w najbliższą środę o godz. 20.00.

 

 

Źródło: https://www.facebook.com/marzena.zylinska