
Niech nam Państwo Sowińscy, jak również Dyrekcja Szkoły No Bell, wybaczą, że zamieszczony 1 maja na stronie Plan Daltoński podkast: „Dlaczego No Bell jest najlepszą szkołą na świecie?” przedstawiamy naszym Czytelnikom dopiero dzisiaj…
Co się stało to się nie odstanie – przystępujemy więc do prezentacji:
Kolejna rozmowa Anny i Roberta Sowińskich prowadzona jest z liderkami „najlepszej szkoły na świecie” – Szkoły No Bell w Konstancinie-Jeziornej, czyli z Izabelą Gorczycą – dyrektorką i z Joanną Górecką – specjalistką ds rozwoju tej szkoły.
Siedzą (od lewej) A. Sowińska, I. Gorczyca i J. Górecka
Oto tekst Roberta Sowińskiego, zapowiadający ten podkast:
O szkole No Bell, która działa już 26 rok, od dawna mówi się bardzo dobrze, ale od momentu kiedy zdobyła tytuł najlepszej szkoły na świecie w projekcie Edumission, zainteresowanie ich metodami pracy jest coraz większe. Cieszą się z tego rozgłosu, bo mają nadzieję, że zainspirują innych do zmiany bardzo konserwatywnej polskiej edukacji. Gośćmi naszego podcastu jest Dyrektorka szkoły Izabela Gorczyca oraz Joanna Górecka specjalistka ds rozwoju. W szkole możemy odnaleźć nie tylko ciekawe pomysły edukacyjne ale również wiele oryginalnych mebli oraz pomocy dydaktycznych. Zapraszamy do wysłuchania rozmowy>
Zapraszamy do słuchania (tym razem tylko 36 minut):
Dlaczego No Bell jest najlepszą szkołą na świecie opowiadają Izabela Gorczyca i Joanna Górecka – TUTAJ
Źródło (zdjęcie,tekst i link do nagrania): www.plandaltonski.pl
Foto: ©K_kapica_afk [://www.dziennikzachodni.pl]
Żeby nie było, że pod polską flagą maszerują tylko nacjonaliści
Foto: www.lm.pl
W Koninie także przedszkolaki maszerowały przez Zatorze z polską flagą.
Ale w polskich szkołach flaga jest ważnym symbolem nie tylko 2 maja
Foto: :www.gazetalubuska.pl
Uroczyste ślubowanie i pasowanie uczniów klas pierwszych w Szkole Podstawowej w Trzebiczu
Foto: www.zsnbozejewice.pl
Pasowanie na ucznia pierwszoklasistów gimnazjum Zespołu Szkół Niepublicznych w Bożejowicach
Nauczyciele walczą o swe prawa i o normalność w polskich szkołach także pod białoczerwoną
Foto: www.tokfm.pl
Demonstracja przeciwko reformie edukacji w Częstochowie
Wybór i opracowanie – WK
Zapewne niewielu Czytelników wie, że Łódź jest siedzibą Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dzieci Wojny, a także o tym, że w ub. roku, 8 maja, w Sali Kolumnowej Sejmu odbył się I Kongres Polskich Dzieci Wojny, zorganizowany przez Parlamentarny Zespół ds. Wspierania Środowisk Dzieci Wojny przy współpracy Ogólnopolskiego Zespołu Koordynacyjnego Związków i Stowarzyszeń Dzieci Wojny. To jego uczestnicy, obok innych, podjęli wtedy uchwałę o ustanowieniu dnia 8 maja – Świętem Polskich Dzieci Wojny.
Pierwsze obchody tego Święta odbędą się w przededniu tej daty – 7 maja tego roku – w Parku Szarych Szeregów – pod Pomnikiem Pękniętego Serca – w Łodzi.
Poniżej zamieszczamy fragment zaproszenia i program Centralnych Obchodów Święta Dzieci Wojny:
Jarosław Bloch napisał w sobotę na swym blogi tekst, który – jak można wnioskować po pierwszych zdaniach – postanowił skierować do nauczycieli na długim weekendzie:
Nauczyciele pojechali na piknik, piękna pogoda, sobota, MEN nie pracuje, Pani Minister nadrabia rodzinne zaległości, Warszawiacy wyjechali za miasto. Jednym słowem jak zwykle nikomu nie przeszkadzamy.
Foto: Bartłomiej Zborowski. PAP [www.serwisy.gazetaprawna.pl]
Manifestacja nauczycieli pod gmachem MEN
Jednak, naszym zdaniem, tak naprawdę jest to środowiskowa prowokacja. Przekonajcie się sami i poczytajcie – najpierw fragmenty tego postu, zatytułowanego „Jak to robią inni”, a jeśli Was to zaciekawi – przejdźcie poprzez link do oryginału. Zaczynamy od fragmentu, w którym autor bloga „Co z tą edukacją?” nawiązuje do niedawnego nauczycielskiego protestu:
Zagościł co prawda na chwilę w TV i na portalach internetowych, ale o czym było tu pisać? W końcu 5000 protestowało, w czasie gdy pół miliona od prawie roku karnie wdraża pomysły deformatorów. Żadna szyba nie zbita, ani jeden samochód nie przewrócony, powietrze czyste bo opon nikt nie spalił, żaden nauczyciel oraz żaden policjant nie wylądował w szpitalu. Puff… Z armaty wystrzelił kwiatek. O ostrej amunicji znowu ktoś zapomniał. Ot pochód zmanierowanych belfrów, którzy wg TV reżimowej dostali podwyżki i jeszcze im mało.
No tak… Bo to taka kulturalna grupa zawodowa. Nie będziemy rozrabiać. No to może wziąć przykład z lekarzy rezydentów. Oni byli przynajmniej męczący dla władzy. Jakieś strajki głodowe, które były źródłem tematów w mediach przez kilka tygodni. Wypowiadanie umów. Brak zgody na nadliczbowe godziny, które sprawiały, że lekarze byli po ludzku zmęczeni… To może nauczyciele też wykorzystają coś z tego wachlarza możliwości? Strajk głodowy? Nie, jutro mam zapowiedziane dwa sprawdziany, a w sobotę daję korki. Odpada. Niech pójdzie ta z podstawówki ma więcej czasu. A może głodówkę zacząłby Broniarz ze swoją ekipą w zarządzie głównym? Członkowie ZNP nareszcie wiedzieliby za co ich przełożeni biorą kasę. Ale Broniarz się nie ruszy, bo chce jak zwykle minimalnym nakładem sił pozostać na powierzchni. […]
To prawda co mówią, że czas jest najlepszym lekarzem. Także na wyleczenie z emocji – często niepotrzebnych, a bywa, że szkodliwych. Jeszcze przed tygodniem byłem naładowany myślami, które zrodziły się podczas mojego pobytu na Ogólnopolskiej Konferencji Dyrektorów Szkół i Centrów Kształcenia Praktycznego. Ale minęło kolejnych 7 dni i tematy, wtedy – zdawało mi się – „gorące”, wystygły i dzisiaj straciły na ważności na tyle, że postanowiłem już do nich nie wracać.
Po wczorajszym twórczym wysiłku, poniesionym przy pisaniu pierwszego eseju jubileuszowego, dzisiejszy felieton będzie możliwie krótki, ale za to – podjąłem takie postanowienie – skondensowany w zakresie treści jego przesłania. A będzie o niebezpieczeństwie uprawiania – pozornie niegroźnego, ale niekontrolowanego w procesach jego potencjalnej ewolucji – patriotyzmu.
Przemyślenia te miały swój początek podczas przygotowywania materiału pt. „O tym, że Łódzki Kurator Oświaty jest niegorszym patriotą od swojej szefowej”. Przypadek sprawił, że wkrótce po tym wypatrzyłem tekst o stu klasach mundurowych na Stulecie Niepodległości.
Te dwa dowody na istnienie zdecydowanego kursu rządu, ukierunkowanego na jednoznaczną indoktrynacje patriotyczno-militarną uczniów polskich szkół, spowodowały, że uruchomił się proces skojarzeń i odniesień do historii, zwłaszcza tej poprzedzającej tragiczne lata II Wojny Światowej…
Uprzedzę ewentualne głosy protestu, że przesadzam, wyolbrzymiam, złośliwie implikuję rządzącym złe intencje. Przecież celem pani minister Zalewskiej jest ze wszech miar uzasadniona wola, aby „w stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości […] podjąć działania służące budowaniu wspólnoty, kształtowaniu tożsamości narodowej i poczucia dumy z bycia Polakiem.”*
Tyle tylko, że od dumy z „bycia Polakiem” do nacjonalizmu, a dalej – szowinizmu, droga bywa niedaleka. Odbywające się od kilku lat, coraz śmielej i bardziej masowo organizowane: przemarsze, zloty, i inne „artystyczne” imprezy, a nawet błogosławione przez niektórych hierarchów kościelnych pielgrzymki „prawdziwych Polaków” na Jasną Górę, Polaków ubranych – najczęściej – w czarne stroje, pod flagami i hasłami jednoznacznie nawiązującymi do organizacji, które stały za otumanieniem milionów obywateli państw, winnych wywołania II Wojny Światowej, każą mi teraz, a nie wtedy kiedy będzie już na to za późno, wołać: STOP HIPERPATRIOTYZMOWI w szkołach, i w ogóle – w przestrzeni publicznej!
W pierwszym tegorocznym felietonie, zatytułowanym „To będzie rok problemów w szkołach i jubileuszy”, po wyszczególnieniu tych prognozowanych problemów, z którymi będą musieli się zmierzyć wszyscy, w jakikolwiek sposób związani z naszymi szkołami, napisałem:
Ale dla mnie będzie to przede wszystkim rok kilku „okrągłych” jubileuszy.
I po wymienieniu ich w kolejności „od najwyższej do najniższej liczby je określających”: 60-o, 50-o, 30-o i 25-o lecie – złożyłem deklarację, że „każdemu z tych jubileuszy zamierzam poświęcić oddzielny esej wspomnieniowy, który dla wielu czytelników będzie dodatkowym źródłem wiedzy historycznej o tym, ”jak to drzewiej, nie tylko w oświacie, bywało”.
I oto czytacie pierwszy tekst z tej jubileuszowo-wspomnieniowej serii. Zaczyna ją wspomnienie wydarzenia, od którego zaczęła się nie tylko moja biografia zawodowa, ale tak naprawdę całe moje późniejsze, trwające do dziś, dojrzałe życie. To właśnie w ostatnich dniach kwietnia 1968 roku, czyli dokładnie 50 lat temu, po trzech latach służby wojskowej, odbytej w jednostkach Marynarki Wojennej, powróciłem do rodzinnej Łodzi. Wszystko co potem „zadziało się” w moim życiu ułożyło się w dość logiczny ciąg konsekwentnego realizowania celu, jaki określiłem sobie w sierpniu 1963 roku. (55 lat temu!) To uświadomione wtedy symptomy mojego „powołania” spowodowały odstąpienie od wcześniejszych, młodzieńczych planów „humanisty-polonisty. Opisałem to szerzej 27 marca 2017 roku, w tekście „Jak to się stało, że zostałem magistrem pedagogiki a nie filologii”.
Skutkami owej „iluminacji”, której doznałem, gdy dziwnym zbiegiem okoliczności znalazłem się – w roli wychowawcy – na kolonii letniej dla niedostosowanych społecznie, prowadzonej pod auspicjami łódzkiego Sądu dla Nieletnich w Grabownie Wielkim, było przerwanie studiów polonistycznych na UŁ i – w konsekwencji tej decyzji – wcielenie mnie w kwietniu 1965 r., w wieku 21 lat, a nie jak to było wtedy zasadą – 19-u, do Marynarki Wojennej. Tym celem wówczas uświadomionym, którego „ceną” była właśnie 3-letnia służba w „marwojce”, były studia pedagogiczne i praca w zawodzie wychowawcy…
Ale wszystko mogło potoczyć się także inaczej… Los kusił mnie jeszcze kilka miesięcy przed owym kwietniem 1968 roku inną propozycją, którą, gdybym przyjął, nie wróciłbym do Łodzi, został nadal w mundurze i pracował w Gdyni – w redakcji tygodnika Marynarki Wojennej „Bandera”. Ten epizod opisałem już przed rokiem, przy okazji 50-olecia mojego „debiutu publicystycznego” w felieton nr 162. „Dziś obchodzę 50-lecie mojego debiutu w roli dziennikarza-publicysty”.
Ale wróćmy do głównego nurtu tego wspomnienia. A jest nim wykazanie, że nawet obiektywnie niesprzyjające okoliczności zewnętrzne wcale nie muszą zniszczyć woli dążenia do osiągnięcia, uznanego za ważny, celu życiowego – pod warunkiem, że chce się być wiernym swoim przekonaniom i że się w siebie wierzy.
Do zaprezentowanej powyżej tezy upoważniają mnie doświadczenia owych trzech lat, przeżytych w pięknym, (ale zakładanym tylko „wyjściowo”) granatowym mundurze z „romantycznym” kołnierzem i w czapce bez daszka.
Nie ukrywam – pierwsze tygodnie były trudne. Przeżyłem je w 10. kompanii Centrum Szkolenia Specjalistów Marynarki Wojennej w Ustce. Jednak udało mi się dotrwać do przysięgi bez większych trudności, a nawet „zawalczyć” o to, abym nie został skierowany na kurs dla „pisarzy” (takie stanowisko kancelaryjne w każdej jednostce – także na każdym okręcie), bo jako faceta po maturze początkowo tam mnie zakwalifikowano, i zostać skierowanym na kurs dla operatorów radiolokacji.
W tym czasie przeżyłem dwa epizody, z których każdy mógł w sposób znaczący przestawić zwrotnicę mojej dalszej „kariery” wojskowej, a nawet życiowej. Pierwszym była oferta podjęcia nauki w Oficerskiej Szkole Wojsk Radiotechnicznych w Jeleniej Górze (wycofałem się z tego pomysłu podczas badań lekarskich w Centralnym Szpitalu MW w Gdańsku-Oliwie), a drugim – manifestacyjna odmowa wstąpienia do PZPR – (w sytuacji, gdy prawie wszyscy z mojej „klasy” na kursie zgłosili chęć zapisania się). Za karę, ów agitujący podporucznik – dowódca klasy, przyrzekł mi odbywanie dalszej służby prze radarze, ale na Helu…
Ale i te przeciwności pokonałem – przy wsparciu jedynego rozsądnie myślącego oficera w tym szkoleniowym batalionie, zwanym tam „cyklem – i w ostatnich dniach października tego samego roku zostałem zaokrętowany, jako operator radiolokacji poza etatem, na Okręcie Hydrograficznym „Bałtyk”, którego portem macierzystym był Port Wojenny Gdynia-Oksywie.
OH „Bałtyk”na pełnym morzu
I to było owym „szczęściem w nieszczęściu”, najlepszą wersja odbycia tego, co było nieuchronne – 2,5-letniej służby na okrętach polskiej Marynarki Wojennej. Nie będę tu wyjaśniał czym ta służba różniła się od tej, którą odbywali moi koledzy na niszczycielach, trałowcach czy nawet kutrach torpedowych. Nie mówiąc o okrętach podwodnych. No, może gdybym trafił do bazy tych ostatnich – zostałbym „kolegą z wojska”, młodszego ode mnie o 2 lata, Leszka Millera…
Foto: www.dziennikzachodni.pl
Portal DZIEJE.PL, tworzony przez Muzeum Historii Polski i Polską Agencję Prasową, wspierany finansowo przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zamieścił w czwartek, 26 kwietnia, informację, zatytułowaną „Wiceminister obrony: Ponad 100 klas mundurowych weźmie udział w pilotażu MON”. Oto jej fragmenty:
Przeszło 100 klas mundurowych ze szkół w całej Polsce będzie uczestniczyło od września w pilotażowym programie MON wspierającym tego rodzaju działalność oświatową – poinformował w czwartek w Radomiu wiceminister obrony narodowej Wojciech Skurkiewicz.
Wczoraj na oficjalnej stronie MEN zamieszczono ilustrowana zdjęciami informację: „Europejski Kongres Samorządów z udziałem szefowej MEN”. Czytając ten materiał można nabrać przekonania, że faktycznie było to istotne dla przebiegu tego międzynarodowego kongresu wydarzenie:
Foto: www.men.gov.pl
Minister Edukacji Narodowej Anna Zalewska w czwartek, 26 kwietnia br. była gościem specjalnym trwającego w Krakowie IV Europejskiego Kongresu Samorządów.[…]
Europejski Kongres Samorządów to platforma wymiany poglądów oraz miejsce spotkań liderów samorządowych, elit regionalnych z przedstawicielami administracji państwowej, organizacji pozarządowych i biznesu.
Jak co roku w Krakowie spotykają się przedstawiciele różnych środowiska, żeby porozmawiać o nurtujących ich sprawach i spróbować znaleźć odpowiedź na pytania o rolę samorządu w systemie politycznym kraju.
Udział w Kongresie wzięło około 2000 gości. Byli wśród nich liderzy samorządów, przedstawiciele administracji państwowej, świata biznesu, kultury, NGO, mediów z krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Blisko jedna trzecia uczestników pochodzi z zagranicy – wśród nich ważni politycy, eksperci i ludzie biznesu.
Czytając ten tekst dowiadujemy się o czym pani minister „przemawiała” i czemu się przysłuchiwała:
Dzisiaj, dzięki portalowi SUPERBELFRZY, promujemy e-booka „Turlane lekcje, czyli kostki na polskim”, którego autorką jest Joanna Krzemińska – nauczycielka języka polskiego w łódzkim liceum MIKRIN”. Oto jej „autoreklama” tej publikacji:
Foto: www./zakreconybelfer.pl
Joanna Krzemińska
Zastanawiacie się czasami, co robią nauczyciele, kiedy maja czas wolny? Może odpoczywają? Spędzają czas z bliskimi? Oddają się swoim pasjom? Pudło! Piszą książki














