W miniony piątek – 20 czerwca, na swoim blogu „Wokół Szkoły” Jarosław Pytlak zamieścił kolejny, wart zapoznania się z nim tekst. Jako że jest on bardzo obszerny, udostępniamy jego wybrane fragmenty, dsylając linkiem do jego pełnej wersji. Wyróżnienie tekstu pogrubioną czcionka i podkreślenie – redakcja OE:

 

 

Nauczyciele jako problem społeczny

 

Obserwując od lat funkcjonowanie systemu edukacji zauważam, że jednym z największych jego problemów są nauczyciele. Stanowią oni źródło kłopotów dla władz państwowych, samorządów, uczniów i ich rodziców. Ba, często budzą niepokój i dezaprobatę także wśród progresywnych przedstawicieli własnego środowiska, a nawet u postronnych obserwatorów, szczególnie tych, którzy noszą w sobie traumę szkolną. Nauczyciele albo czegoś oczekują, albo nie spełniają oczekiwań, albo po prostu trwają w niekoniecznie słusznym przekonaniu, że wykonują jakąś bardzo ważną misję. W istocie, po prostu nie rozwiązują wystarczająco skutecznie aktualnych problemów społeczeństwa, a powszechnie wiadomo, że jeśli ktoś nie rozwiązuje, to sam staje się problemem. Borykamy się z tym stanem rzeczy w różnych kontekstach, co spróbuję tutaj przybliżyć Czytelnikowi, by powiększyć jego apetyt na wakacyjny odpoczynek od myślenia o szkole. Dorzucę do tego niewielkie studium przypadku z zakresu projektowania zmian w edukacji.

 

x           x            x

 

Wydarzeniem pierwszych dni czerwca były w polityce edukacyjnej obrady grupy roboczej, powołanej doraźnie pod egidą MEN, w ramach zespołu ds. pragmatyki zawodowej nauczycieli, w celu ustalenia sposobu wynagradzania za godziny nadliczbowe. To pokłosie precedensowego orzeczenia sądu sprzed kilku miesięcy, korzystnego dla nauczycielki, która zażądała zapłaty za pracę, jaką przez pewien czas świadczyła na rzecz swojej szkoły w wymiarze ponad 40 godzin tygodniowo. Władze nadały bieg tej sprawie akurat przed drugą turą wyborów prezydenckich, najwyraźniej jako gest pod adresem nauczycieli. Niestety, jest ona bardzo trudna, bowiem bezpośrednio uderza w interesy ekonomiczne jednostek samorządu terytorialnego (JST).

 

Podczas czerwcowych obrad grupy roboczej do żadnych ustaleń nie doszło, bo dojść nie mogło. Oczekiwania działaczy nauczycielskich zderzyły się czołowo z pomysłami samorządowców. W efekcie związkowcy zasugerowali odsunięcie przedstawicieli JST od rozmów, co najdobitniej mówi o klimacie debaty. W tej sytuacji ministerstwo zapowiedziało przygotowanie w ciągu trzech tygodni własnych propozycji. Szczęśliwie termin ten przypadnie na wakacje, co nieuchronnie obniży tempo rozwoju wydarzeń oraz temperaturę sporu. […]

 

.

x           x           x

 

Stali czytelnicy bloga „Wokół szkoły” wiedzą, że zazwyczaj występuję w roli rzecznika nauczycieli. Krytycy uważają to za przejaw solidarności zawodowej. Cóż, trudno zaprzeczyć. Długie lata przy tablicy nauczyły mnie dostrzegać specyfikę tej pracy, wynikającą choćby z różnorodności postaw i potrzeb uczniów. Wiem, że nie ma dwóch jednakowych lekcji, każdy uczeń może w każdej chwili mnie zaskoczyć. To jednak tylko pół prawdy. Zarządzając od wielu lat placówką oświatową obserwuję pracę nauczycieli także z boku, okiem dyrektora, z perspektywy bardziej socjologicznej niż pedagogicznej. Widzę marne i wciąż pogarszające się materialne warunki tej pracy, widzę rosnące wyzwania wynikające ze zmian w młodym pokoleniu i z malejącego autorytetu społecznego. Widzę rozmaite napięcia społeczne, które przenoszą się także do zespołu nauczycielskiego. Dlatego staram się pokazywać pracę nauczycieli z perspektywy niedostępnej dla zewnętrznych obserwatorów, szczególnie z myślą o decydentach z politycznego nadania. Obraz szkoły w świetle przepisów, urzędowych procedur i badań statystycznych jest wycinkowy, a surowa ocena, kreowana przez krytyków tej instytucji, nawet jeśli mają sporo racji, niesprawiedliwie odnoszona do całokształtu. […]

 

x          x           x

 

Obecna władza przygotowuje reformę edukacji zakładając, że nowe podstawy programowe, oparte na profilu absolwenta, rozpropagowane w środowisku nauczycielskim i wsparte szkoleniami odmienią oblicze przedszkoli i szkół. Od początku nie ukrywam swojego sceptycyzmu, a jedną z jego głównych przyczyn jest pominięcie kwestii warunków pracy nauczycieli, nie tylko wynagrodzeń, ale także codziennej organizacji pracy. Weźmy za przykład nowy przedmiot, edukację obywatelską, który wejdzie do szkół ponadpodstawowych już od najbliższego września. Władze MEN i bardzo aktywny ostatnio szef zespołu twórców koncepcji tego przedmiotu, prezes Centrum Edukacji Obywatelskiej, Jędrzej Witkowski, roztaczają wizję nowości, która wniesie wiele dobrego do kształcenia młodego pokolenia. Co do zasady, zgadzam się. Szczególnie podoba mi się uwzględnienie w podstawie projektu edukacyjnego i działań obywatelskich. Jako stary harcerz widzę już oczami wyobraźni te rozłożone na dwa lata 100 lekcji nowego przedmiotu, wypełnione grupową aktywnością nastawioną na dobro społeczne. Niestety, te same lekcje muszą jeszcze „obsłużyć” realizację kilkudziesięciu tzw. wymagań szczegółowych, w których treści można doliczyć się więcej niż stu (!) czasowników opisujących wymagane czynności ucznia, typu charakteryzuje, opisuje, wyjaśnia, diagnozuje, analizuje itp. Natychmiast włącza mi się tryb dyrektor-praktyk, który wyświetla komunikat, że nie ma fizycznej możliwości, by to rzetelnie zrealizować. Niezależnie od liczby godzin szkoleń, opracowania fantastycznych kart pracy i innych materiałów, czasoprzestrzeni nie da się zakrzywić.

 

Aby edukacja obywatelska w wydaniu lekcyjnym mogła przynieść znaczące korzyści, powinna być skorelowana ze stworzeniem przestrzeni do działania w szkole i jej najbliższym otoczeniu. […]

Gdy śledzę przygotowania do reformy mam wrażenie, że opierają się na przekonaniu o konieczności ograniczenia destruktywnej roli nauczycieli. Wiem, że oficjalne deklaracje są zgoła odmienne, ale oceniam zapowiedzi, w których dominuje dążenie do ścisłego sformatowania pracy dydaktyczno-wychowawczej, począwszy od matrycy narzuconego efektu, jakim ma być profil absolwenta, poprzez zapowiadane nowoczesne narzędzia, cokolwiek się pod tym kryje (a obawiam się, że kryją się pomysły na bieżący, permanentny pomiar), po szczegółowe zapisy w podstawach programowych, nowe pomysły na podręczniki i sposoby oceniania. Wiara w potencjał nauczycieli ogranicza się o przekonania, że odpowiednie szkolenia sformatują ich na nowo w myśl koncepcji powstałej w Instytucie Badań Pedagogicznych (IBE). Mam wrażenie, że pomija się przy tym przedszkole/szkołę jako instytucję, która nie jest po prostu sumą indywidualnych aktywności zatrudnionych w niej pedagogów.

 

x            x           x

 

Na koniec obiecane studium przypadku. Wpadł mi oto w ręce roboczy materiał IBE dotyczący wprowadzenia w ramach reformy obowiązkowego tygodnia projektowego w klasach 4-8 szkoły podstawowej. W zespole ekspertów zatrudnionych w celu przygotowania rekomendacji do ramowego planu nauczania sugerowaliśmy uwzględnienie projektów w każdej klasie, a w ósmej wprowadzenie wręcz specjalnej lekcji – godziny projektowej, niejako na zwieńczenie tego, co uczniowie nauczą się wcześniej w zakresie pracy zespołowej.

Jakiś czas później, ku naszemu zdumieniu, pomysł projektów został zaprezentowany Radzie ds. Wdrażania Reformy, w postaci… obowiązkowego w każdej klasie szkolnego tygodnia projektowego w listopadzie. W materiale, który ostatnio otrzymałem, nie ma już mowy o konkretnym miesiącu, ale nadal jest to obligatoryjnie tydzień. Ma on być wpisany do planu pracy szkoły na dany rok, ze wskazaniem konkretnego terminu. Tyle dobrego, że można będzie ewentualnie podzielić szkołę na dwie lub więcej części, dla każdej wskazując inny tydzień. W szczegółowych warunkach realizacji dopisano jeszcze, że nie wszystkie cztery obowiązkowe etapy realizacji projektu muszą odbyć się w tym tygodniu, ale zasadnicza część zaplanowanych działań już tak. Oczywiście organizacja pracy musi być dostosowana do wymagań pracy projektowej, tak żeby wszyscy uczniowie mieli zapewnioną opiekę oraz wsparcie nauczycieli oraz żeby możliwa była międzyoddziałowa realizacja projektów (jakże znajoma, ponadczasowa poetyka: „dyrektor zorganizuje i zapewni”!). […]

 

Przypadek tygodnia projektowego (na razie jeszcze nierozstrzygnięty, więc proszę potraktować ten artykuł jako głos w dyskusji, ze strony, było nie było, eksperta uznanego przez IBE) doskonale ilustruje obecne dążenie do precyzyjnego zdefiniowania aktywności nauczycieli/szkoły, w przekonaniu, że bez szczegółowej instrukcji nie da się osiągnąć założonych celów. Czasem z wisielczym humorem mówię, że autonomia dyrektora polega w polskiej szkole niemal wyłącznie na prawie do swobodnego radzenia sobie z utrudnieniami wygenerowanymi przez „górę”. Ten scenariusz ma szansę powtórzyć się także w przypadku tygodni projektowych. A gdyby zmienić tę taktykę?! W tym konkretnym przypadku ograniczyć się do kilku prostych punktów: określenia, co rozumie się przez projekt, narzucenia jego grupowej formy, minimalnej częstotliwości oraz sposobu zaliczania i odnotowywania tego w dokumentacji ucznia?! A resztę pozostawić do uznania ludziom pracującym na co dzień w konkretnej społeczności szkolnej?! Taki mały kredyt zaufania dla ludzkiej inteligencji i dobrej woli…

 

 

 

Cały tekst „Nauczyciele jako problem społeczny”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/

 



 

Z wszystkich, odnotowywanych na OE wydarzeń minionego, krótkiego, tygodnia tylko jedno wywołało  u mnie potrzebę podzielenia się z Wami w tym felietonie moimi refleksjami. Było nim środowe „Akademickie Zacisze”, na które  – wyjątkowo – zapraszałem przed, a nie informowałem o nim po, jak, zazwyczaj, w czwartek. Było ono nietypowe, gdyż tym razem zabrakło rozmówczyń/rozmówców, gdy było podsumowaniem pięciu lat prowadzenia tej oryginalnej formuły upowszechniania wiedzy o polskiej oświacie.

 

Nie włączałem się aktywnie, nie posłałem pytania, bo uznałem, że nie będę zabierał czasu tym wszystkim, którzy nadal są w głównym nurcie tego, co aktualnie dzieje się w polskich szkołach. I słuchałem, słuchałem, aż się doczekałem – fragmentu, w którym Profesor odpowiadał na pytanie o ocenę jego okresu pobytu w szkołach w roli ucznia. I właśnie to co usłyszałem stało się bodźcem dla tych refleksji, którymi postanowiłem podzielić się w tym felietonie. Oto, trochę uproszczony, zapis tego co usłyszałem:

 

Najpierw uczęszczałem do malej wiejskiej szkoły czteroklasowej w podnakielskiej miejscowości w której to, w mojej klasie było dziewięcioro uczniów. Ale uczyliśmy się w klasach łączonych.  Kolejne cztery lata to było wejście do dużej szkoły w niewielkim mieści jakim jest Nakło n. Notecią. A potem, jeżeli chodzi o szkołę średnią, to było przejście do jeszcze większego miasta, do dużego miasta, jakim dla mnie wtedy była Bydgoszcz.” Powiedział także, iż na własnym przykładzie przekonał się w trakcie swojej szkolnej edukacji, „że nie można wszystkich nauczyć wszystkiego. Bo on, pomimo iż miał bardzo dobre nauczycielki  – nie nauczył się ani tańczenia, ani śpiewania, ani gry na żadnym instrumencie. A później, już na studiach, choć miał znakomitego nauczyciela, który przez rok usiłował nauczyć go pływania, także nie posiadł tej umiejętności.

 

Dlaczego właśnie te wspomnienia, i wyznanie, wywarły na mnie takie wrażenie? Bo słysząc je zrozumiałem, że mamy w naszych biografiach coś wspólnego, co tłumaczy moją, dotąd niewytłumaczalną, sympatię, jaką obdarzyłem od pierwszych chwil naszej znajomości owego – młodszego o 20 lat ode mnie, z tak różną od mojej drogą życiową i zawodową – profesora Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy.

 

Co prawda ja nie zaczynałem w malej wiosce, ale w na dalekim przedmieściu miasta Łodzi, które jeszcze przed wojną 1939 roku miało status „Osada Cyganka gmina Brus”, nie byłem uczniem czteroklasowej szkoły z klasami łączonymi, ale naukę w  pierwszej klasie odbywałem w filii właściwej szkoły, w której – na dwie zmiany – lekcje pobierały dwie klasy: Ia i Ib, a moja dalsza nauka odbywała się w jednopiętrowym budynku, zbudowanym tuż przed wybuchem wojny, na skraju osiedla i przy poligonie wojskowym. Ale to co najbardziej do mnie dotarło, to owo Jego wyznanie, że nie można Go było nauczyć śpiewu, tańca i gry na żadnym instrumencie, oraz że był odporny na wszelkie starania fachowca i nie umie pływać…

 

Zapewne pamiętacie, że w 31 maja zamieściłem na OE tekst, zatytułowany Informacja o moim projekcie i wielka prośba do Was”, w którym informowałem o tym, że mam gotowy tekst mojej autobiograficznej książki „Wspomnienia wcześniaka z przedmieścia, którego pasją i zawodem stało się wychowawstwo”, i zwróciłem się z prośbą o wsparcie finansowe jej wydania. Wspominam o tym teraz, gdyż  kiedy uda się ją wydać, będziecie mogli przeczytać 18 jej rozdziałów, i wtedy, po lektorze tego ostatniego, zatytułowanego „Pożegnalne zwierzenia autora, które pozwolą właściwie zinterpretować treść tej książki”, dowiecie się o moich deficytach i „niemożna ościach”. Przyznałem się tam do wielu z nich, ale dla uzasadnienia moich powyżej napisanych słów, „że że mamy w naszych biografiach coś wspólnego” przytoczę jedynie kilka fragmentów z owego rozdziału:

 

„Wątła budowa ciała i brak sprawności ruchowej powodowały, że unikałem uprawiania sportu. W zasadzie nigdy nie grałem „w nogę” – ani w drużynach „podwórkowych”, ani nawet w ramach lekcji wf – chyba że „na bramce”– co zdarzało się sporadycznie, i tylko wtedy, gdy nie było kogoś innego. Także w szkołach ponadpodstawowych lekcje WF jedynie „zaliczałem” – bez jakichkolwiek osiągnięć. Gdy w „Budowlance” chłopcy grali w „kosza” lub w „siatę” – ja robiłem za kibica lub asystenta nauczyciela-sędziego… […]

 

Przy okazji tematu sportu oddzielnym problemem było pływanie. Nigdy nie posiadłem tej umiej mętności. Ale tutaj powód był jeszcze poważniejszy. Miałem, i mam do dzisiaj, paniczny lęk przed wodą! Lęk ten towarzyszy mi przez całe życie – gdy tylko wejdę do stawu, jeziora, rzeki czy morza, a dno opada tak, że woda sięga mi do szyi, odczuwam panikę, która objawia się skurczem mięśni, przenikliwym bólem w okolicy żołądka, paniczną potrzebą wyjścia na brzeg. […]

 

[…] nie mam także  „słuchu muzycznego” nigdy nie korciło mnie aby uczyć się gry na jakimkolwiek instrumencie – nawet na gitarze. […] Kiedy mnie ktoś na koncert czy inne wydarzenia muzyczne namawia – mam zawsze jedno usprawiedliwienie odmowy: Wiesz, ja mam pierwszy stopień umuzykalnienia: słyszę, że coś grają…”

 

I dodam jeszcze kilka słów na temat mojego odczucia, że mamy wiele wspólnego: Nie mam wątpliwości, że obydwaj potrafiliśmy, mimo trudnego startu i naszych ograniczeń, iść przez życie dalej, znajdować takie formy aktywności i ścieżki karier zawodowych, aby mieć poczucie iż spełniamy nasz główny cel – aby być potrzebnym innym ludziom.

 

Bo niewątpliwie prof. Roman Leppert w tym co robi „w sieci”, ale i „w realu” dla wszystkich polskich „eduzmieniaczy”, jest czymś, co Go wyróżnia od innych pracowników nauki z dziedziny „pedagogika”. Nikt tak jak On nie potrafił (i nie znalazł w sobie takiej motywacji), aby tak skutecznie i tak konsekwentnie popularyzować konkretny dorobek naukowy innych pedagogów, wspierających swoimi badaniami zasadność przeprowadzenia fundamentalnych zmian w paradygmacie, ale i w praktycznych rozwiązaniach prawnych i metodycznych, polskiego systemu szkolnego, ale przede wszystkim – zapraszając do „Akademickiego Zacisza” praktyków – dyrektorki i dyrektorów, nauczycielki i nauczycieli – wdrażających w swoich placówkach edukację, w której nie są ważne stopnie i realizacja podstaw programowych, a wspieranie rozwoju każdego ucznia – na miarę jego indywidualnych możliwości.

 

 

Romku!

 

Nie poprzestawaj na tym co już zbudowałeś, Idź dalej, szukaj nowych sposobów integrowania tych, którzy nad poprawą szkolnej edukacji pracują „u podstaw”!

 

 

Obserwator i kibic Twoich działań

Włodzisław Kuzitowicz

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



 

 

Od dzisiaj, przez kolejne dwa dni, zawieszamy naszą aktywność obserwacyjną i redaktorską.

 

Zapraszamy do lektury niedzielnego felietonu !

 

Redaktor „Obserwatorium Edukacji”



Oto fragmenty tekstu, zamieszczonego dzisiaj na  „Portalu dla Edukacji”, z którego dowiecie się o bardzo negatywnych skutkach zaniechania w MEN:

 

 

Uczniowie nie pojadą na wycieczki szkolne. Wszystko przez jedną decyzję

 

[…]

 

MEN nie ogłosiło naboru wniosków w programie „Podróże z klasą”

 

Pod koniec maja ubiegłego roku ministra edukacji Barbara Nowacka ogłosiła program sfinansowania wycieczek szkolnych pod nazwą „Podróże z klasą” skierowany do szkół podstawowych i ponadpodstawowych. Jako cel programu podała uatrakcyjnienie procesu edukacyjnego dzieci i młodzieży poprzez umożliwienie im poznawania tradycji, kultury oraz osiągnięć polskiej nauki. Nabór wniosków w programie odbył się w czerwcu i lipcu 2024 r., uczniowie pojechali na wycieczki na początku roku szkolnego 2024/2025.

 

Ministerstwo Edukacji Narodowej wyjaśniło czy w tym roku także zostanie przeprowadzony nabór wniosków w programie „Podróże z klasą”.Programy i przedsięwzięcia ustanawia Minister Edukacji. W przypadku decyzji dotyczących ponowienia programu Podróże z klasą będziemy o tym informować – poinformował resort edukacji.

 

 

Program „Podróże z klasą” musi być zsynchronizowany

z ustaleniami grupy roboczej ds. wynagrodzeń nauczycieli

 

W odpowiedzi zaznaczono, że w MEN trwają analizy dotyczące wynagrodzenia nauczycieli za godziny nadliczbowe, w tym za udział w wycieczkach szkolnych. – Ewentualne zapisy nowej edycji programu Podróże z klasą muszą być zsynchronizowane z ustaleniami grupy roboczej ds. wynagrodzeń nauczycieli wyjaśniono w odpowiedzi.

 

Grupa robocza ds. wynagrodzeń działa w ramach zespołu ds. pragmatyki zawodowej nauczycieli, […]

 

Temat, który ma być podjęty na posiedzeniu grupy związany jest z uchwałą Sądu Najwyższego dotyczącą godzin nadliczbowych nauczycieli. Zgodnie z art. 42 Karty Nauczyciela czas pracy nie może przekraczać 40 godzin tygodniowo w przypadku nauczyciela zatrudnionego w pełnym wymiarze.

 

Do czasu pracy wliczają się:

 

-realizacja zajęć bezpośrednio z uczniami lub wychowankami albo na ich rzecz,

 

-inne zajęcia, jak np. opiekuńcze i wychowawcze,

 

-zajęcia związane z przygotowaniem się do zajęć, samokształceniem i doskonaleniem zawodowym.

 

O godzinach nadliczbowych jest mowa, gdy nauczyciel przeznaczy na te zadania więcej czasu niż wskazano w przepisie.

 

 

Praca nauczyciel ponad normę zapisaną w Karcie Nauczyciela jest pracą w godzinach nadliczbowych

 

W podjętej pod koniec lutego uchwale Sąd Najwyższy orzekł, że praca wykonywana przez nauczyciela ponad normę czasu pracy z Karty Nauczyciela jest pracą w godzinach nadliczbowych w rozumieniu Kodeksu pracy, a płacenie za przekroczenie norm czasu pracy, czyli za nadgodziny, jest zasadą w polskim systemie prawnym.

 

Związki zawodowe zrzeszające nauczycieli od lat wskazują na nieprzestrzeganie praw pracowniczych nauczycieli wyjeżdżających na wycieczki szkolne w roli opiekunów. Chcą prawnego uregulowania m.in. kwestii delegacji służbowych, godzin nadliczbowych oraz dobowego i tygodniowego czasu pracy. […]

 

 

 

Cały tekst „Uczniowie nie pojadą na wycieczki szkolne. Wszystko przez jedną decyzję”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/

 



 

Jako że prof. Roman Leppert zapraszał na dzisiaj do „Akademickiego Zacisza” na ostatnie w tym roku, nietypowe, spotkanie – będzie tam – wyjątkowo – sam, także i my, inaczej niż zazwyczaj, nie w czwartek, ale już teraz, informujemy o tym, gdyż profesor będzie tam podsumowywał pięcioletni okres tej nietypowej formuły wymiany myśli o aktualnych problemach polskiej edukacji. A od czwartku do soboty także w „Obserwatorium Edukacji” będziemy mieli „długi weekend”…

 

Oto obszerny fragment tego zaroszenia:

 

[…] W najbliższą środę, 18 czerwca br. (jak zwykle o 20.00) pojawię się w akademickim zaciszu po raz 36 w tym roku akademickim, po raz 203 od początku realizowania tego projektu. Tym razem sam.

 

To będzie dobry moment, żeby:

 

-podziękować wszystkim, którzy wspierali mnie bezpośrednio i pośrednio w tym pięcioletnim okresie, poczynając od zapraszanych gości, poprzez różne podmioty, osoby, których pomocy wiele zawdzięczam, aż po uczestniczki i uczestników środowych spotkań;

 

-podzielić się refleksjami, które towarzyszą mi w związku z realizacją tego projektu, opowiedzieć o powodach, dla których on ewoluował;

 

-odpowiedzieć na pytania, które chcielibyście zadać mi jako prowadzącemu.

 

 

Zachęcam do zadawania pytań już teraz w komentarzach pod tym postem, lub pod postami publikowanymi na stronie #akademickiezacisze. Oczywiście, jak podczas każdego spotkania w tej przestrzeni będzie możliwość zadania pytań w czacie podczas środowego spotkania.

 

Rozpocznę tradycyjnie, najprawdopodobniej powiem na powitanie:

 

Trzecia czerwcowa środa, godzina 20.00, to oznacza, że rozpoczynamy kolejne spotkanie w akademickim zaciszu, ostatnie w tym roku akademickim, tym razem bez udziału zaproszonego gościa czy gościni.

 

Tym razem tylko w swoim imieniu zapraszam! […]

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/roman.leppert/

 



Wczoraj, na portalu „Edunews” zamieszczono krótki, ale zawierający bardzo trafne spostrzeżenia i wnioski, tekst Doroty Janczak, która kieruje Pracownią Dydaktyki Cyfrowej w Ośrodku Edukacji Informatycznej i Zastosowań Komputerów. Wyróżnienie fragmentów tekstu pogrubioną czcionka 0  redakcja OE:

 

 

Odciążenie uczniów od myślenia?

 

Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie pomysł, że warto byłoby wprowadzić do szkół więcej myślenia filozoficznego. Takiego, które nie daje gotowych odpowiedzi, ale uczy zadawania pytań. Takiego, które rozwija ciekawość, uważność, refleksyjność. Takiego, które przygotowuje do życia, nie tylko do pracy. A tymczasem… Ministerstwo Edukacji robi coś dokładnie odwrotnego.

 

Cicha zmiana w technikach

 

Od nowego roku szkolnego technika nie będą już zobowiązane do wprowadzenia żadnego z czterech przedmiotów humanistyczno-artystycznych (filozofia, plastyka, muzyka, łacina). Dotąd każda szkoła musiała wybrać jeden z nich – często była to filozofia, uznawana przez wielu dyrektorów za wartościowe uzupełnienie edukacji zawodowej. Teraz – nie musi wybierać żadnego. Nie musi się z tego tłumaczyć. Jeśli dyrektor nie przeznaczy na ten cel godzin własnych – filozofia zniknie z planu lekcji. Po cichu. Bez konsultacji. Bez dyskusji. Bez refleksji.

 

Oficjalny powód? „Odciążenie uczniów”

 

Ale od czego tak naprawdę? Od przedmiotu, który miał uczyć jak myśleć, rozumieć i pytać „dlaczego”? Czy technicy, informatycy, mechanicy i logistycy nie potrzebują umiejętności odróżniania faktu od opinii? Rozumienia etycznych skutków działań technologicznych? Czy świat zdominowany przez AI, algorytmy, automatyzację i dezinformację nie wymaga więcej, a nie mniej refleksji? W świecie BANI (kruchym, niespokojnym, nieliniowym i niezrozumiałym) filozofia nie jest luksusem. To szczepionka przeciwko uproszczeniom, manipulacji i myślowemu lenistwu. To nie jest kwestia wyboru przedmiotu. To jest kwestia tego, jakich ludzi chcemy wychowywać.

 

I niestety – przeszło to po cichu. Bo przecież chodzi tylko o myślenie. Tylko o humanizm. Tylko o filozofię. Tylko o przyszłość.

 

I już słyszę argumenty niektórych: „ale przecież filozofia w szkole to nie uczenie myślenia filozoficznego, to tak nie wygląda”. Może i nie – rzeczywiście, lekcje filozofii w szkole rzadko przypominają uniwersyteckie seminaria. Nie zawsze są przestrzenią do swobodnej debaty czy głębokiej refleksji. Jednak nawet w tej uproszczonej formie, filozofia daje uczniom coś unikalnego: kontakt z pytaniami, które nie mają prostych odpowiedzi. Uczy, że świat nie jest czarno-biały, a każda decyzja – nawet techniczna czy zawodowa – niesie ze sobą konsekwencje etyczne i społeczne. Co więcej, łatwiej jest zmienić tematykę lekcji filozofii – dostosować ją do aktualnych wyzwań – kiedy ten przedmiot nie jest całkowicie wyeliminowany. Jeśli filozofia zniknie z planu lekcji, nie będzie już nawet tej minimalnej przestrzeni na refleksję, na zadanie pytania „dlaczego?”, na chwilę zatrzymania się w biegu codziennych obowiązków.

 

Kolejny kontrargument mógłby brzmieć: „takie myślenie powinno się odbywać na lekcji każdego przedmiotu”. Oczywiście, to prawda – idealnie byłoby, gdyby nauczyciele wszystkich przedmiotów zachęcali uczniów do krytycznego myślenia, zadawania pytań, szukania sensu i rozumienia szerszego kontekstu. Jednak w praktyce często brakuje na to czasu, narzędzi, a czasem i odwagi, czy przygotowania. To właśnie lekcje filozofii mogą być miejscem, gdzie uczniowie dostają solidne podstawy: uczą się rozpoznawać argumenty, analizować pojęcia, dostrzegać różnice między wiedzą a opinią. To kompetencje, które później mogą przenosić na inne przedmioty i na całe życie.

 

W świecie, w którym coraz trudniej odróżnić prawdę od fałszu, a decyzje technologiczne mają realny wpływ na życie milionów ludzi, umiejętność myślenia filozoficznego jest nieoceniona. To nie jest luksus – to konieczność. To nie jest „zbędny przedmiot” – to fundament nowoczesnego, odpowiedzialnego społeczeństwa.

 

Ostatecznie pytanie nie brzmi: „czy myślenie filozoficzne i lekcje filozofii powinny być w szkole?”, ale: „czy stać nas na to, by ich zabrakło?”.

 

Bo jeśli zrezygnujemy z nauki myślenia, rezygnujemy z przyszłości, w której chcemy żyć.

 

 

Notka o autorce:

 

Dorota Janczak od ponad dwóch dekad pomaga nauczycielom odkrywać, jak nowoczesne technologie mogą zmieniać edukację, sprawiając, że nauczanie staje się bardziej angażujące i efektywne. Jest nauczycielem konsultantem i kierownikiem Pracowni Dydaktyki Cyfrowej w Ośrodku Edukacji Informatycznej i Zastosowań Komputerów, członkiem grupy SuperBelfrzyRP, administratorem grupy Edukacja w czasach AI oraz autorem (?)  bloga.. 

 

 

Źródło: www.edunews.pl

 



Oto bogato ilustrowana zdjęciami informacja o rozstrzygnięciu kilejnego konkursu „Matematyka – Moja Pasja”, zamieszczona wczoraj na stronie Łódzkiego Kuratorium Oświaty:

 

 

Puchary, nagrody i dyplomy dla pasjonatów matematyki

 

Rywalizowało ponad tysiąc osób. Zwycięzcom pogratulował Łódzki Kurator Oświaty Janusz Brzozowski, współorganizator konkursu od lat popularyzującego matematykę wśród uczniów szkół z całego województwa.

 

Konkurs nazywa się „Matematyka – Moja Pasja”. Uczestnicy rywalizują i są oceniani w dwóch kategoriach wiekowych.

 

 

W młodszej najlepszym matematykiem okazał się Hubert Smyczek ze Szkoły Podstawowej w Ujeździe.

 

 

 W starszej – Szymon Urban z Zespołu Szkół Ponadpodstawowych w Kleszczowie.

 

Uroczysta gala miała miejsce w auli Wydziału Matematyki i Informatyki Uniwersytetu Łódzkiego, głównego organizatora konkursu. Współorganizatorem w kategorii szkół podstawowych jest Łódzki Kurator Oświaty, który w piątek osobiście wręczył nagrody i pogratulował uczniom zafascynowanym światem liczb, równań i kątów.

 

– Rywalizowaliście w konkursie, który jest znany, ceniony i trudny. Samo podjęcie wyzwania wymaga odwagi, a uzyskanie wyróżnienia jest wielkim sukcesempodkreślił Janusz Brzozowski. Kurator podziękował nauczycielom laureatów i finalistówMatematyki – Mojej Pasji” oraz rodzicom, którzy – jak to ujął – są fundamentem dla realizacji uczniowskich zainteresowań i rozwijania nie tylko matematycznych talentów.

 

Uczestników konkursu pochwaliła prof. Grażyna Horbaczewska, dziekan Wydziału Matematyki i Informatyki UŁ. – Matematyka jest wszędzie, nawet tam, gdzie jej nie dostrzegamy. Przydaje się w każdej dziedzinie wiedzy, bo rozwija umiejętność rozpoznawania struktur i zależności. Gratuluję wam wspaniałej pasjiPani dziekan nie ukrywała podziwu dla pasjonatów królowej nauk. Uznanie dla ich wiedzy wyrazili również pomysłodawca konkursu dr Andrzej Rychlewicz oraz nauczyciele Liceum Ogólnokształcącego UŁ, od lat pomagający w jego organizacji.

 

Hubert i Szymon dostali piękne puchary, wszyscy wyróżnieni – dyplomy i nagrody, m.in. książki, tablety, dyski przenośne.

 

Następny konkurs – i gala – za rok!

 

Źródło: www.kuratorium.lodz.pl



Oto tekst, który Zyta Czechowska zamieściła w minioną niedzielę na swoim fejsbukowym profilu. Zamieszczamy go, bo dotyczy bardzo aktualnego w tych dniach tematu: „Formie wyrażenia przez uczniów i ich rodziców podziękowania nauczycielom za ich całoroczną pracę”.

 

Rys. Lisa Aisato

 

Za chwilę zakończenie roku szkolnego…

 

Już za moment rozdzwoni się ostatni dzwonek, wypełnią się świadectwa, w salach rozbrzmią brawa i śmiech. A razem z tym – jak co roku – pojawią się też pytania.

 

-Czy trzeba dziękować nauczycielom, pracownikom szkoły lub przedszkola?

 

-Czy wypada coś dać?

 

-Czy to nie przesada, skoro przecież to ich praca?

 

A ja myślę tak…

 

Pamiętam, jak byłam dzieckiem i nadchodził ten wyjątkowy dzień — zakończenie roku szkolnego. Dla mnie to nie był tylko koniec lekcji i początek wakacji. To był moment pełen wzruszeń, dumy i wdzięczności. Cieszyłam się, że mogę choćby w małym geście podziękować za cały ten wspólny rok — za cierpliwość, za wsparcie, za każde dobre słowo, chociaż czasami o nie było trudno…niestety!

 

W naszym domu nie było nas mało — dziewięcioro rodzeństwa, a możliwości finansowe skromne. Nie mogliśmy pozwolić sobie na bukiety z kwiaciarni. Ale mama zawsze dbała o to, byśmy mieli w dłoniach choćby jeden goździk z przydomowego ogródka. Bo dla niej — i dla nas — najważniejsze było okazanie szacunku i wdzięczności.

 

Wierzyła, że więź między uczniem a nauczycielem jest szczególna. Że to nie tylko przekazywanie wiedzy, ale relacja pełna emocji, zaufania i zaangażowania, która trwa cały rok. I że choćby jednym kwiatem można powiedzieć więcej niż tysiącem słów.

 

Te same wartości i postawy starałam się przekazać mojej córce — i myślę, że udało się to całkiem dobrze…

 

Tu nie chodzi o to, co „trzeba”, ale o to, co czujesz. O to, jak ważne jest dawanie informacji zwrotnej – tej ludzkiej, serdecznej, prawdziwej. Bo każda praca zasługuje na zauważenie. A praca nauczyciela jest szczególna. To praca z emocjami, z dziecięcymi smutkami i radościami. To bycie obok, kiedy boli brzuch ze stresu, kiedy ktoś nie rozumie tabliczki mnożenia albo nie może sobie poradzić z własnym gniewem. To niekończące się rozmowy, cierpliwość, troska i wsparcie – często daleko poza ramami planu lekcji.

 

Za każdym dzieckiem stoją rodzice – z ich oczekiwaniami, wrażliwością, historią. Szkoła czy przedszkole to nie tylko budynek. To wspólnota. To jeden organizm, który oddycha doświadczeniem, współpracą i zaufaniem.

 

Jeśli więc masz potrzebę – powiedz dziękuję. Nie z obowiązku, nie z konwenansu.

 

Ale dlatego, że warto. Bo każde dziękuję buduje mosty.

 

Nie musisz przynosić prezentów! Wystarczy narysowana laurka, kilka słów na kartce, uścisk dłoni. A czasem – po prostu spojrzenie z wdzięcznością.

 

Ale te słowa powinny płynąć również w drugą stronę.

 

Każde dziecko – naprawdę każde – zasługuje dziś na: Dziękuję Ci. Za ten rok. Za Twój wysiłek. Za to, że próbowałeś, że się starałaś, że dałeś z siebie to, co mogłeś. I nawet jeśli czasem było trudno – jesteś ważny, jesteś widziany.

 

Może w przyszłym roku uda Ci się jeszcze więcej, jeszcze odważniej, jeszcze radośniej.

 

Ale już teraz – możesz być z siebie dumny. Nie zostawiajmy tych słów na później. Nie czekajmy, aż ktoś „zasłuży bardziej”.

 

Dziękujmy sobie nawzajem – nauczycielom, pracownikom szkoły lub przedszkola, dzieciom, rodzicom. Za wszystko, co było – i z nadzieją na to, co dopiero przed nami. Wzruszajmy się, cieszmy, odetchnijmy. Bo przecież wakacje są właśnie po to –by nabrać sił, ale też by z radością wrócić.

 

Więcej na ten temat  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/zyta.czechowska/

 



Oto obszerne fragmenty tekstu, zamieszczonego dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji”. Jest on zapisem rozmowy Magdaleny Ignaciuk (SE) z Aleksandrą Mieczkowską – nauczycielką edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej, praktykującą metody Montessori oraz ekspertką w zakresie edukacji STEAM.  Aktualnie – trenerką w Niepublicznym Ośrodku Doskonalenia Nauczycieli „Cyfrowy Dialog”  w Warszawie.

 

 

Nie mają równych szans. Ale mają pasję, odwagę i ludzi, który wierzą, że to wystarczy

 

Dzieciaki z pieczy zastępczej, domów dziecka, trudnych środowisk – z pozoru „niewidzialne”. W systemie edukacji bywają spychane na margines, w klasach często milczące, nieobecne. A jednak wystarczy stworzyć im bezpieczną przestrzeń, by pokazały, że potrafią budować, programować, uczyć innych i… uczyć się siebie. O tym, co daje dzieciom realną sprawczość, dlaczego technologia może leczyć rany i jak bardzo potrzebna jest dziś relacja z dorosłym – mądrym, obecnym, nieoceniającym – opowiada Aleksandra Mieczkowska. […]

 

 

Aleksandra Mieczkowska

 

 

Dzieci, które hakują swoją rzeczywistość

 

Magdalena Ignaciuk: –  Zacznijmy od początku — kim są Hakersi i co właściwie oznacza „hakowanie systemu” w waszym projekcie?

 

Aleksandra Mieczkowska: – Hakersi to dzieciaki, które próbują „zhakować” swój system — czyli rzeczywistość, w której się znalazły. To podopieczni świetlic środowiskowych, domów dziecka, dzieci przebywające w pieczy zastępczej. Chcemy im pokazać różne możliwości — czasem związane z pierwszym doświadczeniem pracy, a czasem po prostu z odkrywaniem nowych pasji w obszarze IT.

 

Regularnie biorą udział w naszych zajęciach: z programowania, modelowania 3D, warsztatach sztucznej inteligencji czy higieny cyfrowej. Uczęszczają także na korepetycje, które są stałą częścią naszej oferty.

 

To dzieciaki, które regularnie spotykają się z naszymi trenerami albo wolontariuszami, próbując „zhakować swój system” – czyli znaleźć sposób na przełamanie trudnej sytuacji, w której się znalazły.

 

-A co poza umiejętnościami? Co jeszcze dzieciaki wynoszą z tych spotkań z trenerami i wolontariuszami? 

 

-Chcemy dać im konkretne, przydatne umiejętności, z którymi będą mogły wejść w dorosłość i zacząć budować swoje życie na nowych zasadach. Zależy nam, żeby wyrwały się z powtarzającego się schematu, który dotyka wielu z nich – na przykład z uzależnienia od systemu świadczeń społecznych.

 

Naszym celem jest ich usamodzielnienie. Bo niestety badania pokazują jednoznacznie: dzieci z takich środowisk, gdy wchodzą w dorosłość, często wracają do punktu wyjścia. My chcemy pomóc im to zmienić. Zależy nam także na budowaniu relacji — chcemy, żeby dzieciaki zobaczyły, że są wokół nich dorośli, którzy są ciekawi, inspirujący i mają dla nich czas. Zdarza się, że w szkole doświadczają stygmatyzacji, dlatego tworzymy dla nich przestrzeń bezpieczną, otwartą na błędy, bez ocen i presji. To miejsce, w którym mogą rozwijać swoje zainteresowania, próbować nowych rzeczy i odkrywać, co naprawdę ich ciekawi.

 

Relacja, której często brakuje w szkole

 

-No właśnie — wspomniała pani, że to miejsce działa inaczej niż szkoła. Że są dorośli, którzy potrafią się zatroszczyć, stworzyć bezpieczną przestrzeń, nawiązać relację. Czy to znaczy, że nasze szkoły wciąż nie są przygotowane do pracy z dziećmi z trudnych, dysfunkcyjnych środowisk?

 

-Mam wrażenie, że empatii w szkołach jest coraz więcej, a kadra pedagogiczna jest coraz lepiej przygotowana. Ale proszę zobaczyć, jak działa system. Przy takich liczebnościach klas nauczyciel, mimo szczerych chęci po prostu nie zawsze ma przestrzeń, by budować indywidualną relację z uczniem. W naszych zajęciach jest inaczej — pracujemy w małych grupach, często indywidualnie, bez presji realizowania podstawy programowej i bez sztywnych schematów rozwojowych. Dzięki temu możemy się naprawdę przyjrzeć potrzebom dziecka, być obok niego. W szkołach widzę coraz więcej dobrych zmian, ale wciąż jest wiele do zrobienia

.

-To, co pani mówi, bardzo mocno mi się kojarzy z tym, że nauczyciele często nie wiedzą, co tak naprawdę dzieje się w życiu ich uczniów. Czasem mają tylko szczątkowe informacje, czasem bazują na domysłach — i to jest trudne, bo gdybyśmy znali sytuację dziecka, moglibyśmy lepiej je wesprzeć i dać coś, czego brakuje mu w domu. 

 

Zależy nam na tym, żeby pokazywać, że szkoła to nie tylko miejsce zdobywania wiedzy z podręczników czy przygotowywania się do testów. To też przestrzeń na pasje i zainteresowania. I muszę powiedzieć, że kiedy nasze dzieciaki trafiają potem do szkoły z umiejętnością modelowania 3D, ich pozycja społeczna natychmiast wzrasta.

 

W szkołach podstawowych coraz częściej pojawia się sprzęt do nowych technologii – dzięki projektom rządowym czy unijnym – ale często brakuje jeszcze kompetencji, by z niego dobrze korzystać. I nagle to nasze dziecko z pieczy zastępczej czy domu dziecka przychodzi i pokazuje, że umie obsłużyć drukarkę 3D. I co wtedy zyskuje?

 

Same kompetencje są ważne, ale – moim zdaniem – nie najważniejsze. Najważniejsze jest to, że ono zyskuje poczucie sprawczości, pewność siebie i miejsce w grupie. To pierwszy moment, kiedy czuje się pewnie, „na dwóch nogach” w przestrzeni szkolnej. I właśnie o to nam chodzi – żeby te dzieciaki po prostu poczuły się lepiej ze sobą.

 

-Dziecko wreszcie może poczuć, że w czymś jest dobre, że posiada unikalną wiedzę, którą może się podzielić z innymi. Nie stoi już z boku, nie próbuje po prostu przetrwać dnia w szkole — zaczyna realnie uczestniczyć w życiu grupy i odnajduje w niej swoje miejsce. 

 

-Tak, i co ważne — dziecko nie tylko zyskuje pewność siebie, ale też inspiruje innych swoimi umiejętnościami.

 

W kontekście tego, jak dużo mówi się dziś o przemocy rówieśniczej, to naprawdę cenne, gdy dzieci „zarażają się” od siebie pozytywnymi rzeczami. Takimi, które coś budują, które pokazują, że można razem stworzyć coś twórczego. To zupełnie zmienia dynamikę relacji w grupie — pojawia się harmonia i pozytywny przepływ.

 

W dalszej części wywiadu Aleksandra Mieczkowska odpowiada na takie pytania:

 

Zwłaszcza, że grupy rówieśnicze funkcjonują dziś inaczej niż 20 lat temu. Kiedyś trudne sytuacje między uczniami dotyczyły głównie szkoły. Dziś przenoszą się także do internetu i trwają poza lekcjami — również po powrocie do domu. […]

 

Samo zakazywanie nic nie daje. W końcu i tak dzieci wejdą do świata internetu, nawet jeśli będziemy je przed tym długo chronić… Czy pani też spotyka się z takim poczuciem bezsilności – i z jednej strony próbą odsunięcia się przez nauczycieli od tego, co dzieje się w sieci, a z drugiej – oczekiwaniem, że szkoła jednak zareaguje? […]

 

Jakie są dziś największe wyzwania, z którymi mierzą się dzieci i młodzież z pieczy zastępczej, placówek opiekuńczych czy rodzin dysfunkcyjnych? Co najbardziej utrudnia im rozwój i samodzielność? […]

 

Wciąż żywe są doświadczenia związane z wojną w Ukrainie i migracją, która była jej następstwem. Do Polski trafiło wtedy wiele dzieci, często po trudnych przejściach, uciekających przed zagrożeniem. Czy te doświadczenia migracyjne również są obecne w waszej codziennej pracy?  […]

 

To sytuacja podwójnie trudna. Dzieci uchodźcze często przyjeżdżają z bagażem trudnych doświadczeń, o których dorośli wokół nich niewiele wiedzą. Dochodzą do tego bariery językowe i kulturowe, które – mimo upływu czasu – pewnie wciąż bywają wyzwaniem. Dlatego tak ważne jest, by osoby pracujące z tymi dziećmi miały nie tylko empatię, ale też świadomość, jak łatwo nieświadomie wyrządzić krzywdę. […]

 

No właśnie — mamy coś, co dzieci doskonale znają, czyli taki międzynarodowy język gier. Wszyscy się w tym odnajdują, co świetnie ułatwia kontakt. Teraz wystarczy jeszcze, żeby dorośli też się na tym znali — i sytuacja idealna. […]

 

A oto pełny zapis końcowej części tego tekstu:

 

-A jak wygląda współpraca z wolontariuszami? Czy to oni sami się do was zgłaszają, czy może ich aktywnie szukacie? Jakie są zasady takiego zaangażowania? 

 

-Jeśli chodzi o pozyskiwanie wolontariuszy, to faktycznie — przede wszystkim zgłaszają się do nas sami. W większości są to osoby związane z branżą IT, choć zdarzają się też tacy, którzy formalnie z technologią nie mają wiele wspólnego, ale funkcjonują w tym środowisku. Czasem to osoby, które osiągnęły życiowy sukces i po prostu chcą coś dać od siebie.

 

Prowadzimy również wolontariat pracowniczy we współpracy z naszymi partnerami — można go realizować właśnie u nas. Zdarza się też, że rozpoczynamy nowy blok tematyczny i wtedy prowadzimy rekrutację przez media społecznościowe. Jesteśmy też obecni na różnych konferencjach, promujemy projekt, ale szczerze mówiąc — mam poczucie, że ludzie sami do nas trafiają. Bo idea jest po prostu dobra i daje dużą elastyczność.

 

-A co trzeba zrobić, żeby zostać wolontariuszem?

 

-Przede wszystkim spełnić wszystkie wymogi wynikające z tzw. ustawy „Kamilka” — to dziś standard, którego oczywiście przestrzegamy. Poza tym… właściwie nic więcej.

 

Wolontariusze otrzymują od nas szkolenia, materiały do pracy, ale też dużą dawkę inspiracji — zachęcamy ich do samodzielnego tworzenia treści. Bo praca z dziećmi to zawsze coś żywego i zmiennego, nie da się wszystkiego zamknąć w sztywnych ramach. Pokazujemy im więc różne sposoby działania, zostawiając przestrzeń do własnych pomysłów. Oferujemy też konkretne miejsca i przestrzenie do działania — zarówno online, jak i offline — gdzie mogą spotykać się z dzieciakami i realnie wpływać na ich rozwój.

 

Historie, które wracają – i chcą zacząć od nowa

 

-A jak długo działa już projekt Hakersi?

 

-Projekt działa od 2016 roku.

 

-Czyli macie już za sobą wielu młodych ludzi, którzy weszli w dorosłość — swoich absolwentów. Czy zdarzają się sytuacje, w których wracają do Was i mówią: „to dzięki Wam się udało”? Czy dzielą się z Wami swoimi historiami sukcesu? 

 

-Tak — są takie historie. Ale mnie osobiście najbardziej cieszą te momenty, kiedy ktoś wraca i mówi: „nie udało mi się, ale chcę spróbować jeszcze raz”. To są dla mnie najważniejsze historie. Bo jeśli młody człowiek potknął się, coś „olał” – mówiąc kolokwialnie – ale wraca, bo czuje się bezpiecznie, bo wie, że nikt go tu nie oceni, tylko powie: „OK, próbujemy jeszcze raz” – to jest dla mnie największy sukces.

 

Jeśli chodzi o takie bardziej spektakularne przykłady, to oczywiście mamy absolwentów, którzy studiują na kierunkach technicznych, mamy dzieciaki, które wracają do nas jako wolontariusze i chcą pomagać młodszym. Są też tacy, którzy odbywają staże i stawiają pierwsze zawodowe kroki.

 

Mam wrażenie, że to grono stale rośnie i staje się coraz silniejsze. Może to też dla nas znak, że warto pomyśleć o rozwinięciu działań w kierunku młodych dorosłych – bo naprawdę zaczynają się u nas pojawiać coraz częściej.

 

-A jak, pani zdaniem, można edukować społeczeństwo — nauczycieli, rodziców, a także decydentów — żeby lepiej rozumieli potrzeby tych dzieci i skuteczniej przeciwdziałali nierównościom? Co mogłoby realnie pomóc w tym, by te dzieciaki miały większe wsparcie niż obecnie? 

 

-To bardzo trudne i złożone pytanie. Z perspektywy naszej fundacji mogę powiedzieć, że cieszy mnie przede wszystkim to, że tematyka ta jest coraz częściej podejmowana — toczą się prace w różnych komisjach, działa wiele fundacji, które również się tym zajmują. To naprawdę dobry kierunek.

 

Wydaje mi się, że kluczowe jest ciągłe aktualizowanie wiedzy i dostosowywanie działań do realnych, zmieniających się potrzeb młodzieży. Wszystko rozwija się bardzo dynamicznie, potrzeby dzieci się zmieniają — nie możemy mieć „zadyszki”, musimy za nimi nadążać.
Do tego konieczne jest poszerzanie współpracy między instytucjami, które mogą wspólnie wypracowywać najlepsze rozwiązania.

 

Pamiętajmy, że mówimy o dzieciach z pieczy zastępczej, które jednocześnie są uczniami, często wchodzącymi w dorosłość i szukającymi ścieżek usamodzielnienia. Tych podmiotów, które powinny ze sobą współpracować, jest naprawdę wiele — i tylko dobra komunikacja między nimi pozwoli działać skutecznie.

 

Z mojej perspektywy bardzo dobrze sprawdzają się rozmowy i działania podejmowane na poziomie lokalnym, regionalnym. Bo inaczej wygląda sytuacja domów dziecka w Warszawie, a inaczej w małych miejscowościach, np. w Małopolsce. To zupełnie inne potrzeby — dlatego trudno tu o proste uogólnienia. Na pewno pilnie potrzebujemy pochylić się nad tematem usamodzielniania tych młodych ludzi. Ale widzę też, że w tej sprawie zaczynają się dziać konkretne rzeczy — i to daje nadzieję. Dlatego takie rozmowy, jak nasza, i współpraca środowisk są bardzo potrzebne. Choć ważne, żeby nie kończyło się tylko na rozmowach — ale żeby za nimi szły też realne działania.

 

-A gdyby miała pani wskazać różnice między domami dziecka w Warszawie a tymi w mniejszych miejscowościach: jakie są największe trudności i bolączki tych lokalnych, mniej widocznych placówek? Co tam najbardziej doskwiera? 

 

-To może podam przykład z naszej „hakersowej” działki. Proszę sobie wyobrazić dziecko z domu dziecka w Warszawie, które ma trudności z matematyką. Zorganizowanie mu korepetycji w dużym mieście to kwestia chwili — wiadomo, potrzebne są na to środki, ale same możliwości są znacznie większe.

 

A teraz przenieśmy się do bardzo małej miejscowości, gdzieś na końcu Polski — tam to już naprawdę duże wyzwanie. Dlatego bardzo się cieszę, że mimo pewnych kontrowersji wokół zajęć online, mamy taką formułę. Dzięki niej nasze dzieciaki mogą spotykać się z wolontariuszami, nawet z Polonii — mamy wolontariuszy ze Stanów Zjednoczonych czy Hiszpanii, którzy wspierają nasze dzieci właśnie w formule zdalnej.

 

To rozwiązanie jest dla nas świetne — i wygodne również dla samych wolontariuszy. Z jednej strony mogą pomagać, z drugiej nie muszą tracić czasu na dojazdy. Oczywiście, ta forma ma też swoje ograniczenia, ale daje realny dostęp tam, gdzie stacjonarnie byłoby to praktycznie niemożliwe.

 

I właśnie ta dostępność jest największą różnicą między dużymi a małymi miejscowościami.W miastach dzieci mają wokół siebie mnóstwo ofert: szkoły programowania, warsztaty, wyd arzenia — często darmowe. W mniejszych miejscowościach tego po prostu brakuje. Nie chodzi więc tylko o pieniądze, ale przede wszystkim o realny dostęp do tych możliwości.

 

x           x           x

 

Aleksandra Mieczkowska – nauczycielka edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej, praktyk metody Montessori oraz ekspertka w zakresie edukacji STEAM. Specjalizuje się w prowadzeniu szkoleń i warsztatów dla uczniów oraz kadry pedagogicznej, łącząc elementy edukacji alternatywnej z nowoczesnymi technologiami. Autorka materiałów dydaktycznych oraz publikacji poświęconych tematyce edukacji cyfrowej. W swojej pracy promuje innowacyjne podejście do nauczania, wspierając rozwój kompetencji przyszłości zarówno wśród dzieci, jak i nauczycieli.

 

O projekcie Hakersi

Hakersi to dzieci i młodzież, które „hakują” niełatwy system życiowy, w którym funkcjonują i „kodują” dla siebie lepszą przyszłość. W lepszym starcie w dorosłość i zdobyciu kompetencji przydatnych w życiu i pracy pomagają im SuperBohakerowie, czyli wolontariusze i firmy wspierające. Celem projektu „Hakersi”, realizowanego przez Fundację Sarigato, jest wspieranie w usamodzielnianiu się poprzez naukę nowych technologii i kompetencji cyfrowych. Projekt realizowany jest od 2016 r., przy współpracy z placówkami opiekuńczymi, wolontariuszami i biznesem.

 

 

 

Cały tekst „Nie mają równych szans. Ale mają pasję, odwagę i ludzi, który wierzą, że to wystarczy”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.strefaedukacji.pl

 

x           x           x

 

Jeśli macie jeszcze kilka minut czasu – koniecznie zapoznajcie się z materiałem, zamieszczonym na portalu < Bochni@nin >, zatytułowanym „Podopieczni Domu Dziecka w Bochni przygotowali teledysk”  –  TUTAJ



Za dwa tygodnie będą już wakacje. Ale póki co Jarosław Pytlak – zainspirowany wywiadem z Mazowiecką Kurator Oświaty – napisał kolejny post na swoim blogu, oczywiście  o problemie metodologii ustalania rocznych ocen. Tekst zamieszczamy bez skrótów, wyróżnienie jego fragmentów pogrubioną czcionką lub podkreśleniem – redakcja OE:

 

 

Kłopoty ze szkolnym ocenianiem

 

Sezon ustalania ocen rocznych w szkołach zbliża się ku końcowi, mogę więc podjąć temat oceniania bez obawy, że komuś zaburzę proces decyzyjny. Oto właśnie, jak Polska długa i szeroka, na rozmaite sposoby łamiemy prawo oświatowe, po prostu podsumowując wcześniej wystawione stopnie zamiast „ustalać stopień realizacji wymagań edukacyjnych”. To ostatnie bywa w warunkach szkolnych trudne, nawet jeśli nauczyciel lege artis przedstawił na początku roku szkolnego uczniom i rodzicom wymagania na poszczególne stopnie. Po prostu wymagań jest zazwyczaj bardzo wiele, a stopień ich realizacji nierównomierny. Poza tym prawo każe ocenić stan osiągnięty i uczyniony przez ucznia postęp, więc kluczowe stają się rozmaite poprawy i dogrywki, wokół których na przełomie maja i czerwca koncentruje się w szkołach życie społeczne.

 

Temat oceniania podjęła redaktor Joanna Ćwiek-Świdecka z „Rzeczpospolitej” („Szkoła na nowo”), w rozmowie z Panią Violettą Krzyżanowską, Mazowiecką Kurator Oświaty. Naprawdę warto posłuchać, by poznać urzędową wykładnię sytuacji, uczynioną przez wieloletnią dyrektorkę szkoły, obecnie wykorzystującą swoje doświadczenie w kierowaniu nadzorem pedagogicznym. Wywiad jest próbą wskazania i wyjaśnienia najczęściej spotykanych w praktyce szkolnej deliktów prawnych, które Pani Kurator wcześniej opisała w liście skierowanym do dyrektorów szkół. Potwierdza rzecz dla mnie od lat oczywistą, że interpretacja przepisów dotyczących oceniania, nawet tak prostych, jak te, które zawarto w prawie oświatowym, w zderzeniu z życiem może rodzić wiele wątpliwości i nieporozumień. Posłużę się tutaj trzema przykładami.

 

Jako rzecze Pani Krzyżanowska, w przypadku poprawy przez ucznia zaliczenia jakiegoś wymagania, jeśli wychodzi ocena wyższa niż pierwotna, tylko ją należy uwzględnić, natomiast jeśli ocena jest gorsza, należy zachować tę wcześniejszą. Moim zdaniem, jeśli trzymać się litery przepisu, w ten sposób łamiemy prawo. Przecież mamy obowiązek ocenić poziom osiągnięty na końcu oraz postęp. Gorsza ocena z poprawy świadczy, że końcowy poziom jest niższy, zaś dokonany postęp ujemny! Oczywiście podejście sugerowane przez Panią Kurator ma szlachetną intencję zachęcenia uczniów do nauki, z drugiej strony jednak sprzyja ich działaniu na zasadzie „a nuż się uda”, bez odpowiedzialności za własną decyzję o podejściu do poprawy. Pochłania też czas nauczyciela, którego w tym gorącym okresie szczególnie brakuje. Używanie w tym kontekście argumentu, że ustalenie gorszej oceny z nieudanej poprawy jest wobec ucznia nie fair, wydaje mi się chybione. Najlepiej byłoby chyba pozostawić to uznaniu nauczyciela, bo tylko on zna wszystkie okoliczności dotyczące pracy konkretnego ucznia…

 

Na pytanie dziennikarki, czy ocena końcowa powinna być średnią wszystkich uzyskanych, pada odpowiedź, że oczywiście nie, że jest to wręcz zabronione, bo nieprzewidziane prawem, w granicach którego musi działać nauczyciel jako urzędnik państwowy. No właśnie, urzędnik… W ciągu minionego ćwierćwiecza zrobiliśmy z nauczycieli urzędników, a z oceniania misterium prawne, które musi być ściśle osadzone w przepisach, włącznie z administracyjnym prawem do formalnego zakwestionowania oceny. Jednocześnie jednak cały czas zwracamy uwagę nauczycieli na konieczność empatycznego podejścia do uczniów, brania pod uwagę wszelkich indywidualnych okoliczności, czyli jednak naginania przyjętych zasad. Tymczasem uczniowie takie odbiegające od schematu zachowania nauczycieli często traktują jako przejaw niesprawiedliwości, nierównego traktowania. A co do meritum, wiem z praktyki, że choć nauczyciel powinien kierować się swoją wiedzą o uczniu i jego osiągnięciach, to wystawienie oceny wyraźnie niższej od średniej niemal zawsze budzi poczucie niesprawiedliwości i pretensje. Stąd ucieczka w wyliczanie średnich czy nawet średnich ważonych, które dają racjonalną „podkładkę” dla decyzji niemożliwej dzisiaj do podparcia po prostu autorytetem nauczyciela. Nie w świecie, w którym jest on urzędnikiem.

 

Trzecia kwestia z wypowiedzi Pani Krzyżanowskiej, z pozoru oczywista: nie można ocenić negatywnie sprawdzianu, którego uczeń nie napisał. Nawet jeśli nie podszedł do drugiego czy żadnego z kolejnych wyznaczonych terminów. Nie ma sprawdzianu – nie ma oceny. Ale co zrobić, jeśli w ten sposób nauczyciel nie zdoła sprawdzić osiągnięć ucznia w zakresie konkretnego wymagania, przewidzianego w rocznym zestawie?! Pominąć? Ale to będzie nie fair wobec innych uczniów, prawda?! Pani Kurator sugeruje, że konsekwencje należy wyciągnąć w ocenie zachowania. A jeśli wszystkie nieobecności ucznia na sprawdzianach są usprawiedliwione?! Co wtedy zrobić, że tak zapytam retorycznie?

 

Nawiasem mówiąc, co do samej oceny zachowania, to w pełni popieram zdanie, które padło w wywiadzie, że jeśli jest ona oparta na punktacji, ma po prostu charakter nieludzki. Ten pogląd rozwinę jednak w osobnym artykule.

 

Intencją podzielenia się tutaj wątpliwościami, jakie nasunęły mi się podczas słuchania wywiadu, nie jest polemika z panią Krzyżanowską. Na jej miejscu mówiłbym zapewne bardzo podobnie, starając się przybliżyć rzeczywistość do przepisów prawa. Problem jest bowiem systemowy, a polega na narzuceniu nauczycielom wewnętrznie sprzecznych ról – urzędnika działającego w granicach prawa i czułego, nieobojętnego człowieka, traktującego swoich podopiecznych z niezmienną empatią. Całe życie trzymałem się tego drugiego, ale też nigdy jako nauczyciel i dyrektor szkoły nie byłem pod tak ogromną presją przepisów i równocześnie oczekiwań społecznych, jak dzisiaj. Stąd bierze się moje fatalistyczne przekonanie, że w kolejnych latach dyskusja o ocenianiu w szkołach będzie w końcu maja corocznie wracała na tapetę, bo dobrych, uniwersalnych rozwiązań nie ma. Próbują kusić się o nie twórcy szykowanej obecnie reformy, ale nie sądzę, by udało się wynaleźć coś przełomowego zamiast kolejnych przepisów, a w ogóle mam podejrzenie graniczące z pewnością, że prezydent Nawrocki nie podpisze żadnej niezbędnej w tym zakresie nowelizacji prawa oświatowego.

 

Abstrahując od polityki, czy widzę jakieś wyjście z sytuacji? Może likwidację ocen szkolnych, ale po wcześniejszym udzieleniu odpowiedzi na pytanie, co w zamian? Może odebranie im znaczenia przy rekrutacji do szkół podstawowych, niestety, z takim samym pytaniem. Obawiam się, że póki szkoła będzie na zamówienie społeczne wymuszała nabycie przez młodych ludzi jakiegoś zestawu wartości, kompetencji i wiedzy, póty wiara w samodzielność edukacyjną uczniów będzie tylko pobożnym życzeniem. Tego typu zmiana wymagałaby przewrotu iście kopernikańskiego – przyjęcia, że to uczeń odpowiada za swój rozwój i sposoby zdobywania wiedzy. Raczej nie do przyjęcia dla władzy państwowej, a na pewno bez szans przy obecnym poziomie wszechogarniającej opieki nad młodymi ludźmi. Dlatego sądzę, że temat zasad oceniania i rozmaitych nieprawidłowości w tym zakresie będzie cyklicznie powracał.

 

Aż może wreszcie ktoś kiedyś wymyśli szkołę na nowo…

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/