
Ostatni zamieszczony tu esej wspomnieniowy z cyklu „Moje lata dziesiąte..” zakończyłem deklaracją, że „postanowiłem zmienić formułę tych wspomnień i przystąpić do „zapełniania” kolejnymi wspomnieniami wydarzeń, jakie były moim udziałem w latach, które dzieliły dotychczas wspominane, te z lat „dziewiątych” i „dziesiątych”.” Jednak po zastanowieniu zdecydowałem, że nie będę uzupełniał „luk czasowych” kolejnymi 11-oma esejami, lecz uczynię to w formule „dekadowych” odcinków, syntetyzujących kolejne dziesięciolecia mojej biografii. Wyjątkiem od tej zasady będzie ten pierwszy esej nowego cyklu, obejmujący okres 14-u lat:
Od narodzin „wcześniaka” w 1944 roku do ucznia Szkoły Rzemiosł Budowlanych w 1958 roku
Historia mojego życia zaczęła się od dramatycznych wydarzeń, jakie rozegrały się 11 kwietnia 1944 roku, we wtorek, dzień po Świętach Wielkanocnych, w niewielkiej izbie (15 m² ) na poddaszu rodzinnego domu dziadków Kuzitowiczów przy ulicy, która do 1939 roku nazywała się ul. Żeromskiego, a w tym czasie – w czasie okupacji Polski przez III Rzeszę – nazwana została Messingweg (mosiężna dróżka), zaś po wyzwoleniu – i jest tak do dzisiaj – została przemianowana na ul. Mocarną. Tym dramatycznym wydarzeniem był poród bliźniaczy, w którym rodzącej przedwcześnie (w siódmym miesiącu ciąży) mojej mamie, już niemłodej, 38-letniej kobiecie, pomagała okoliczna akuszerka. Dziś takie porody odbywają się w specjalnie do tego przystosowanych, odpowiednio wyposażonych salach szpitalnych, z udziałem lekarzy-ginekologów, mających do dyspozycji inkubatory i inne niezbędne wyposażenie ratujące życie noworodków.
Za tymi oknami, zaznaczonymi kolorową obwódką, przyszedłem na świat
Wtedy przyjmująca poród miała do dyspozycji tylko miednicę, gotowaną wodę, ręczniki i prześcieradła. Z dwu rodzących się w tych okolicznościach „wcześniaków” tylko jeden miał szczęście. Tym szczęściarzem byłem ja. Mój braciszek nie przeżył porodu.
Przez wiele tygodni, jak mi opowiadała mama, byłem na granicy życia i śmierci. Zamiast w inkubatorze leżałem w wyścielonym watą łóżeczku, byłem okładany butelkami z ciepłą wodą. Na przekór tym wszystkim przeciwnościom – przeżyłem! Ale te pierwsze tygodnie i miesiące leżenia – w zasadzie – bez ruchu spowodowały, że plastyczne w tym okresie kości czaszki trochę się odkształciły i moja główka nie wzrastała prawidłowo, była trochę zdeformowana. Gdy mama – już po wojnie – poszła ze mną do lekarza (a był nim późniejszy profesor Tadeusz Pawlikowski – w latach 1968 – 1992 rektor Akademii Medycznej w Łodzi) i zapytała go czy ta deformacja może mieć jakiś wpływ na moje dalsze życie, ten jej odpowiedział: „Niech się pani nie martwi. Z taką głową to ministrami zostają!”
Skąd o tym wiem? Bo przez wiele lat, w sytuacjach nie zawsze dla mnie najszczęśliwszych, mama przypominała mi tę „diagnozę”.
Mały Włodziu w przydomowym ogrodzie
Także późniejsze miesiące i lata były czasem, w którym rodzice „chuchali i dmuchali” na wątłego i chorowitego dzieciaka. Nie ma co owijać w bawełnę – byłem w tych pierwszych latach mojego życia takim maminsynkiem.
I jeszcze jeden epizod, który zapamiętałem z tych pierwszych lat mojego życia, który muszę tu przywołać: Zapewne miałem około 6 lat, kiedy mama zaprowadziła mnie do naszego „złotniańskiego” przedszkola przy ul. Artylerzystów. Szczegółów i wszystkich okoliczności mojego tam pobytu nie przypominam sobie, ale wiem jedno: jeszcze tego dnia po powrocie do domu oświadczyłem, że więcej tam nie chcę chodzić! I postawiłem na swoim.
x x x
Zacząłem od opisu narodzin i pierwszych lat mojego życia nie bez powodu. Bez tego nie zrozumielibyście dalszych etapów mojej biografii, począwszy od tego, który rozpoczął się 3 września 1951 roku, kiedy to zostałem przyprowadzony do pierwszej klasy Szkoły Podstawowej nr 135 w Łodzi. Ten okres wspominałem już w eseju Jak 60 lat temu skończyłem podstawówkę i nie poszedłem do „Kopra”. Teraz uzupełnię opisane tam fakty i zdarzenia o nowe wspominki.
Skoro wydarzenia na Capitolu to „to wewnętrzna sprawa Stanów Zjednoczonych”, jak minionej nocy napisał na Twitterze prezydent Andrzej Duda, to bez wyrzutów sumienia i my możemy zająć się tym, co dla nas jest ważne „tu i treraz”. A tym tematem jest informacja rządu o ewentualnym powrocie uczniów klas I – III do szkół:
Screen z filmowej relacji [www.tvn24.pl]
Wojciech Andrusiewicz – rzecznik resortu zdrowia – podczas dzisiejszej konferencji prasowej
Rzecznik resortu zdrowia Wojciech Andrusiewicz przekazał, że decyzja dotycząca ewentualnego powrotu uczniów klas I-III do szkół podstawowych powinna być podjęta w przyszłym tygodniu, gdy będą pełniejsze dane dotyczące rozwoju epidemii. […]
Rzecznik Ministerstwa Zdrowia Wojciech Andrusiewicz powiedział na czwartkowej konferencji prasowej, że „epidemia nie osłabła, a wręcz po świętach trochę przybrała na sile”. Zauważył, że poziom 14 tysięcy zakażeń nie był notowany w ostatnich kilkunastu dniach. Dodał, że to pokazuje, że „delikatnie po świętach niestety poszliśmy poziom wyżej w tej liczbie zakażonych„.
-Jeszcze mamy przed sobą kilka dni, w których to odnotujemy wyniki posylwetrowe, ponoworoczne (dotyczące epidemii – red.) i wówczas będziemy wiedzieć, na jakim poziomie epidemii stoimy i czy rzeczywiście uruchomienie edukacji na poziomie podstawowym w klasach I-III będzie możliwe – powiedział.
Dodał, że sanepid zgromadził już dane wszystkich chętnych na przeprowadzenie testu nauczycieli i personelu administracji szkół podstawowych, które mogą być uruchamiane po feriach.
-Na dziś to jest 165 tysięcy osób, których lista została zgłoszona do powiatowych stacji sanitarno-epidemiologicznych. To są osoby przygotowane do możliwego testowania w przyszłym tygodniu, przed możliwym – podkreślam możliwym – uruchomieniem szkół po feriach – zaznaczył.
Andrusiewicz zapowiedział, że decyzja dotycząca powrotu uczniów wybranych klas do szkół zapadnie w przyszłym tygodniu.
Cały tekst „Kiedy decyzja o powrocie najmłodszych uczniów do szkół? Odpowiada rzecznik resortu zdrowia” – TUTAJ
Źródło: www.tvn24.pl
Screen sceny z zapisu filmowego spektaklu „MY HERO – INA”
Jak zadeklarowali to twórcy tego projektu, „to autorski spektakl teatralny Teresy Radzikowskiej-Binkowskiej, który ukazuje problem narkomanii w środowisku młodzieży, poszukującej autorytetów i ideałów w obojętnym świecie dorosłych”.
Obok młodych aktorów amatorskiego teatru „Pod lupą” z ŁDK, w sztuce tej – w roli babci – wystąpiła aktorka teatru seniorów „Roines”, dzialajacego w ramach Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi. Rolę mamy zagrała (w zastępstwie chorej na COVID członkini tego teatru) autorka scenariusza i reżyserka spektaklu – Teresa Radzikowska-Binkowska – inicjatorka i osoba prowadząca oba te amatorskie teatry.
Główne postacie grają:
Ina – Łucja Obidowska
Marek – Jan Mizerski
Ojciec – Sebastian Dominiak
Matka – Teresa Radzikowska-Binkowska
Babcia – Bogumila Treller
Sylwia – Karolina Michałus
Kamil – Paweł Anglart
Scenariusz i reżyseria – Teresa Radzikowska-Binkowska z zespołem
Opracowanie plastyczne – Jan Mizerski z zespołem
Muzyka – Ziemowit Cegiełka z zespołem
Realizacja projektu: Fundacja Wspierania i Rozwoju Edukacji – ESCOLA
Projekt został sfinansowany ze środków Urzędu Miasta Łodzi.
Spektakl „My hero – Ina”, który miał swoją premierę na Yoy Tube 30 grudnia 2020 roku,
można obejrzeć – TUTAJ
Foto: www.lodz.naszemiasto.pl
Zaczniemy jednak ten materiału od fragmentów aktualnego komunikatu Urzędu Miasta Łodzi:
Półkolonie w szkołach. Mamy wolne miejsca
980 (na 1028 zapisanych) uczniów klas I – IV szkół podstawowych zjawiło się pierwszego dnia na zajęciach półkolonijnych organizowanych w 28 szkołach i placówkach edukacyjnych. […]
W trzech szkołach są jeszcze wolne miejsca:
Szkoła Podstawowa nr 70, ul. Rewolucji 1905 r. 22 (Śródmieści)
Szkoła Podstawowa nr 111, ul. Jaracza 44/46 (Śródmieście)
Szkoła Podstawowa nr 202, ul. Jugosłowiańska 2 (Nowosolna)
Warto jednak pytać w pozostałych placówkach, zdarzają się rezygnacje i niespodziewanie pojawiają się w trakcie ferii wolne miejsca.
x x x
O rozpoczęciu nietypowych, bo odbywanych w czasie epidemii koronawirusa, zimowych ferii szkolnych poinformowały (nie wszystkie) lokalne łódzkie media, często ilustrując swój materiał nieaktualnymi zdjęciami. Oto te materiały:
Radio Łódź – „Ferie zimowe 2021. Jak spędzą je dzieci w Łódzkiem?”
[,,,] Wielu rodziców zdecydowało się posłać swoje pociechy na półkolonie. Te odbywają się w budynkach szkół w określonym reżimie sanitarnym. – Wreszcie szkoła żyje, są znajome dźwięki śmiechów, krzyków, pisków i radości. Mamy 4 grupy półkolonistów, prawie wszystkie miejsca zajęte – zostało chyba 5 – mówi Małgorzata Tomaszew- ska, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 111 w Łodzi. – Musimy dzieci cały czas rozdzielać, bo te grupy nie powinny się ze sobą krzyżować. Wyjątek mogą stanowić zajęcia na powietrzu, gdzie w bezpiecznych odległościach mogą bawić się ze sobą, biegać i hałasować – dodaje dyrektorka szkoły.
Półkoloniści mogą skorzystać z bardzo zróżnicowanych zajęć. Od technicznych, przez artystyczne, aż do sportowych. – Dzisiaj będziemy budowali robota, a potem będziemy go programowali. Mamy instrukcję – mówią dzieci. Najmłodsi nie mogli się już doczekać spotkania z rówieśnikami. – W domu już się nudzi no i rodzice mają ode mnie spokój – podkrślają.
Ci, którzy zostają w domu, mogą skorzystać też z zajęć online. Proponują je instytucje kultury w Łodzi i regionie.
Źródło: www.radiolodz.pl
x x x
Portal „Łódź Nasze Miasto” zamiesił dziś materiał, zatytułowany „Ferie zimowe 2021 atrakcje na ferie dla dzieci. Zimowe ferie 2021. Pomysły jak spędzić ferie w 2021 i nie łamać zakazów”. Oto jego, najbardziej przydatny dla rodziców, fragment:
Foto:www.polsatnews.pl
Minister Adam Niedzielski podczas dzisiejszej konferencji prasowej
Na Rządowym Zespole Zarządzania Kryzysowego dokonaliśmy przeglądu obostrzeń i chcemy zaproponować pewne złagodzenie obostrzenia – chcemy dopuścić możliwość przebywania dzieci na świeżym powietrzu w godz. 8.00-16.00 bez opieki ze strony dorosłych – przekazał Adam Niedzielski na poniedziałkowej konferencji prasowej. Zmiana ma wejść w życie we wtorek.
Niedzielski zapewnił jednocześnie, że po licznych sygnałach rząd zdecydował się [na – OE] złagodzenie obostrzenia dot. przebywania dzieci na świeżym powietrzu. Rozwiązanie będzie przygotowane w poniedziałkowym rozporządzeniu Rady Ministrów.
–Mieliśmy bardzo dużo wniosków dotyczących sytuacji, że mamy okres ferii, które niestety nie są tymi prawdziwymi feriami, które mogliśmy spędzać w górach, w śniegu, zjeżdżając na nartach. Dlatego chcielibyśmy dać możliwość korzystania ze świeżego powietrza, żeby dzieci w tych godzinach 8-16 mogły samodzielnie przebywać poza miejscem zamieszkania – mówił minister zdrowia.
Więcej – w tym wideo: „Konferencja ministra zdrowia Adama Niedzielskiego w poniedziałek 4 stycznia 2021 roku” – TUTAJ
Źródło: www.polsatnews.pl
Komentarz redakcji:
Przypominamy, że podpisy pod petycją do premiera Mateusza Morawieckiego w sprawie zniesienia “godziny policyjnej” dla dzieci zbierała m.in. Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę. Akcję wsparło blisko 34 tys. osób.
Foto:www.facebook.com/cezary.zechowski
Dr n. med. Cezary Żechowski – kierownik zespołu terapeutycznego Centrum Terapii Dzieci, Młodzieży i Rodzin ALLENORT
31 grudnia ub. roku na stronie „Krytyki Politycznej” zamieszczono zapis rozmowy red. Katarzyny Przyborskiej z Cezarym Żechowskim, specjalistą psychiatrii dziecięcej, psychoterapeutą dzieci, młodzieży i dorosłych, zatytułowany „Za izolację dzieci i młodzież płacą zdrowiem”. Oto jego wybrane fragmenty i link do pełnej wersji, do przeczytania której namawiamy:
[…]
Katarzyna Przyborska: Zaczynają się dziwne ferie, podczas których młodsze dzieci, do czwartej klasy podstawówki, mogą spędzać czas w sposób zorganizowany, w ramach np. szkolnych półkolonii, a starsze mają po prostu siedzieć w domach od 8 do 16. Czyli wtedy, kiedy jest jeszcze jasno. Mogą nacieszyć się światłem dziennym, tylko jeśli towarzyszy im osoba dorosła. Jak pan ocenia tę decyzję?
Cezary Żechowski: Uważam, że jest niepotrzebna, niesłuszna. Dzieci już kolejny miesiąc siedzą w domach, uczą się zdalnie, mają bardzo niewielką możliwość spotykania się ze swoimi rówieśnikami. Cała ta sytuacja nie pozwala na zaspokojenie ich podstawowych potrzeb. Wiemy przecież, że dzieci potrzebują stymulacji społecznej, że jest ona niezwykle ważna, bo tworzą się w tym czasie trwałe wzorce relacji i zachowań społecznych. Potrzebują też bodźców fizycznych.
Czyli izolacja powoduje ograniczenie bodźców potrzebnych w tym okresie rozwojowym?
Właśnie tak. Dlatego m.in. nakaz spędzania wielu dni w zamknięciu trudno mi racjonalnie uzasadnić. […]
Taką petycję wystosowała Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę. Też ją poparłam. Można ją jeszcze podpisać. Fundacja zwraca uwagę m.in. na skalę przemocy domowej. Przypomina, że dzieci odczuwają swój stan psychiczny jako zły, a zespół Fundacji przeprowadził o 25 proc. więcej interwencji w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia dziecka niż rok wcześniej. Czy pan w swojej praktyce też widzi pogorszenie sytuacji? Czy może nie uległa ona aż tak dużej zmianie?
Sądzę, że wiele się zmieniło, ale sami jeszcze do końca nie wiemy co. Jak powiedziałem, bardzo brakuje bodźców społecznych, na które dzieci mają niezwykle duże zapotrzebowanie. Jeśli siedzą w domu, są sfrustrowane, to stają się dla rodziców trudne, a oni nie są w stanie dać dzieciom tego, czego te potrzebują. To zatem czas niełatwy i dla dzieci, i dla rodziców. A jeśli jeszcze w domu jest przemoc, to skutki są dramatyczne, bo dochodzi do jej eskalacji, dzieci dodatkowo cierpią wykorzystywanie i maltretowanie. Nie jesteśmy w tej chwili w stanie ocenić skali zjawiska, ale boimy się, że w tych domach, gdzie na co dzień jest przemoc, dzieci mogą być bardzo straumatyzowane.
Choć, jak widać po numerze w tytule, felieton ten ma bardzo wiele swoich poprzedników, to w tym 2021 roku jest pierwszym tekstem, który proponuję Wam do przeczytania. Nie, nie będzie on wypełniony wydarzeniami ubiegłego roku, które uznałem za znaczące dla polskiego ruchu innowatorów edukacji. Chyba wszyscy mamy już przesyt takich „bilansów”, jakimi od kilku dni raczą nas nieomal wszystkie media. Byłby to precież bardzo subiektywny wybór, i do tego dokonany nie przez frontowca z pierwszej linii walki o „Szkołę po Nowemu”, a jedynie kibica, nawet nie weterana tej walki…
Przeto postaram się zainteresować Was tematem, który – moim zdaniem – może stać się, być może, nawet dominującym w przewidywanych na ten nowy rok zmaganiach „Nowego” ze „Starym” w naszych szkołach.
Punktem wyjścia dla moich refleksji stały się, oczywiście, sygnały, płynące z al. Szucha. Zacznę od przytoczenia wypowiedzi ministra Przemysława Czarnka w „Sygnałach Dnia” (Pr. 1. Polskiego Radia) z 21 października 2020 r.:
Na temat podstaw programowych: „Są zbyt obszerne, potrzeba ich przeglądu pod różnym kątem w jakiejś perspektywie czasowej.” […] „Potrzeba absolutnie pilnego przeglądu podręczników, zwłaszcza języka polskiego, historii, WOS-u.”
O modelu szkoły: „Szkoła z wizją, szkoła z przyszłością, szkoła, która uczy rzeczy najważniejszych w sposób rzeczywiście systemowy, nie przeładowuje materiału, który przekazuje, która uczy, skąd jesteśmy, skąd pochodzimy i dzięki komu żyjemy w wolnym kraju.”
Kilkanaście dni później – 11 listopada – w „Polskim Radiu 24” mówił: „Trzeba zwiększyć wysiłki, by treści patriotycznych było w szkołach więcej poprzez zmianę kanonu lektur, ale również poprzez gruntowne spojrzenie na podręczniki, w tym najnowszej historii.”
Minister powiedział także jakie – jego zdaniem – powinny być nowe podręczniki do historii:
„Mają pokazywać losy niepodległości Polski w ostatnim stuleciu. One mają pomóc zrozumieć, skąd jesteśmy i dlaczego jesteśmy w tym miejscu, w wolnym kraju demokratycznym. Że zawdzięczamy to naprawdę ciężkiej pracy poprzednich pokoleń, którym stawiamy pomniki bazgrane teraz przez osoby, które nie rozumieją, czym jest wolność i na czym polega polskość.”
Tydzień wcześniej minister Czarnek zapowiedział „ostateczne zakończenie pedagogiki wstydu, która towarzyszyła naszej edukacji przez kilkadziesiąt lat”. W innej rozmowie zapowiedział walkę z poglądami „lewicowo-liberalnymi” w szkołach. – Nie ma zgody na dominację czy wręcz dyktaturę poglądów lewicowo-liberalnych, zwłaszcza tych radykalnych w treści, wręcz totalitarnych, które opanowały w szczególności szkoły wyższe, ale przenikają również do szkolnictwa średniego i podstawowego.” [Źródło powyższych cytatów: www.wyborcza.pl]
A wszystkie te plany minister zamierza realizować pod płaszczykiem „odciążenia uczniów od nadmiaru szkolnych obowiązków”. Oto dowód, potwierdzający tę tezę – wypowiedź z 21 października, także w Programie 1. Polskiego Radia :
„To jest perspektywa tych trzech lat, które przed nami w tej kadencji. Proszę zwrócić uwagę, tu, jako przykładem się posłużę, uczeń, który w VII klasie idzie do szkoły na godzinę 8.00 i wraca o 16.00 – jest tak niemal dzień w dzień przez tydzień czasu – to uczeń przemęczony nieprawdopodobnie i przeładowany materiałem. Mamy tego pełną świadomość, będziemy po kolei do tego podchodzić: do siatki godzin, do programu nauczania w poszczególnych przedmiotach.” [Źródło:www.pap.pl]
Przepraszam za te liczne cytaty. Wiem, to nie po felietonowemu. Ale zależy mi na tym, aby moje projekcje przyszłości miały mocne podstawy w realnej sytuacji dnia dzisiejszego. A przyszłość tego roku, a być może i następnych, widzę w czarnych barwach…
Zacznę od paradoksu: „więcej” w „mniej”, bo w nim upatruję pierwsze zagrożenie. Jak można zrealizować zamiar „by treści patriotycznych było w szkołach więcej” (w tym tekstów Jana Pawła II), przy jednoczesnym „odciążeniu uczniów od nadmiaru szkolnych obowiązków”? Nie mam wątpliwości, że odbędzie się to kosztem redukcji treści, które eksperci opłacani przez MEiN uznają za „lewicowo-liberalne”, lub będące narzędziem realizacji „pedagogiki wstydu”.
Screen z pliku na Yoy Tube [www.youtube.com]
Jarosław Pytlak w rozmowie z red. Mateuszem Rzemkiem w studiu „RzeczpospolitaTV” – 22 marca 2019 r.
W ostatnim dniu 2020 roku kolega dyrektor Jarosław Pytlak zamieścił na swojej stronie „Wokół Szkoły” bardzo osobisty tekst (Wiem – wszystkie Jego teksty są osobiste, ale nie tak bardzo jak ten – zobaczcie sami, szczególnie zakończenie!), który opatrzył tytułem, będącym łacińską sentencją; „Quidquid doces tibi doces!”. Informacja dla młodszych roczników – jej tłumaczeniem jest tytuł,naszego materiału.
Tradycyjnie – zapraszamy, dla „posmakowania”, do lektury wybranych fragmentów tekstu Jartosława Pytlaka, a w wolniejszym czasie – do jego pełnej wersji:
Quidquid doces tibi doces!
Rozpocznę ten artykuł wyznaniem niespotykanym u nauczyciela. Przyznam mianowicie z całą szczerością, że nigdy specjalnie nie przejmowałem się, czy moi uczniowie dobrze poznają wykładany przeze mnie przedmiot:* początkowo biologię, potem przez długie lata chemię, aż wreszcie przyrodę. Jedynki z prac klasowych nie budziły mojej frustracji, bowiem stawiałem je rzadko. Zawsze starałem się tak konstruować sprawdziany, by nawet słaby uczeń był w stanie osiągnąć sukces, albo choćby sukcesik w postaci oceny dopuszczającej. Zatwardziałych nieuków, niezdolnych skorzystać z tej oferty, było niewielu. A pod koniec, kiedy uczyłem przyrody w klasie szóstej, już w ogóle nie robiłem klasówek. Postępy uczniów śledziłem obserwując ich pracę podczas lekcji, słuchając wypowiedzi, rozmawiając. Problemy, które przed nimi stawiałem, rozwiązywali zazwyczaj zbiorowym wysiłkiem, a ja nawet nie próbowałem dochodzić, czy ktoś wnosi od siebie więcej, czy mniej. Taka współpraca z uczniami sprawiała mi wielką przyjemność, a i poświęcony czas chyba nie szedł na marne; w każdym razie w anonimowej ankiecie pod koniec roku nauki przyrody przeczytałem sporo pozytywnych komentarzy, a wśród nich nawet taki: „Na tych lekcjach nauczyłem się najwięcej”.
Nie twierdzę, że zadeklarowane tutaj nauczycielskie désintéressement dla skuteczności nauczania może być dobrym patentem dla wszystkich grup wiekowych i dla wszystkich przedmiotów, ale na poziomie starszych klas szkoły podstawowej i w gimnazjum w moim przypadku się sprawdzało. Uświadomienie uczniom, że to oni się uczą, a nie ja, i to oni powinni czuć się odpowiedzialni za efektywność swojej nauki, tworzyło dobrą płaszczyznę współpracy. Nie darmo już wieki temu ukuto sentencję: Quidquid discis, tibi discis, co znaczy: Czegokolwiek uczysz się, uczysz się dla siebie. Ja ją tylko twórczo zastosowałem w szkole. […]
Takie podejście do nauczania powodowało, że uczniowie przychodzili na moje lekcje bez większego stresu, a część może nawet z pewną przyjemnością. Jedna z absolwentek kilka lat po ukończeniu gimnazjum powiedziała mi wprost, że nienawidziła uczyć się chemii, ale lubiła zajęcia ze mną. Oczywiście mam świadomość, że sprzeniewierzałem się trochę temu, co w powszechnym mniemaniu jest misją nauczyciela, bowiem nie poczuwałem się do odpowiedzialności za postępy uczniów i nie starałem się zarazić ich pasją do mojego przedmiotu. Czy jednak byłem z tego powodu złym nauczycielem? Myślę, że nie gorszym od wielu. […]
W polskiej oświacie od z górą stu lat pokutuje mit Siłaczki, mocno zakorzeniony w społecznej (pod)świadomości. Każe on nauczycielowi nieść kaganek oświaty, obowiązkowo wbrew przeciwnościom losu. Owa heroiczna wizja dopiero niedawno zaczęła ustępować wyobrażeniu profesjonalisty, kompetentnie zaspokajającego wszelkie potrzeby uczniów. Jednak oba te pozornie odmienne spojrzenia łączy traktowanie nauczyciela jako kogoś realizującego misję społeczną wśród swoich podopiecznych i z tego czerpiącego satysfakcję oraz poczucie zawodowego spełnienia. A że codzienność pedagogicznej profesji przynosi wiele problemów – tak było w czasach Siłaczki, tak jest również obecnie – niemało nauczycieli wykonuje swoją pracę w poczuciu poświęcenia, ale bez specjalnej satysfakcji. Myślę, że zbyt wielu, by po prostu przejść nad tym do porządku dziennego.[,…]
Wybrałem zawód nauczyciela, ponieważ jako nastoletni instruktor harcerski już po kilku miesiącach prowadzenia drużyny byłem pewny, że przebywanie z dziećmi sprawia mi ogromną radość, daleko większą niż towarzystwo rówieśników… Po prostu cieszyłem się, że mogę z nimi pracować. Zbiórki były pierwszym pretekstem do spotkań, potem pojawiły się wycieczki, obozy letnie, zimowiska, a po ukończeniu studiów, na nowym etapie mojej kariery pedagogicznej – lekcje w szkole. Z biegiem lat przekonałem się, że wypatrzona ongiś w „Fotoplastykonie” Krystyny Siesickiej maksyma „Świat lubi ludzi, którzy lubią świat” doskonale potwierdza się w moim doświadczeniu. Otrzymałem i wciąż otrzymuję wiele dowodów sympatii ze strony wychowanków: uśmiechów, cukierków, laurek, przybijania piątki, spontanicznego przytulania się najmłodszych. Wyrazy wdzięczności spotykają mnie także ze strony wielu rodziców. Odbieram to wszystko jako wciąż nowe porcje paliwa dla mojego pedagogicznego napędu.[…]
Do Koleżanek i Kolegów Dyrektorów i Nauczycieli, a także do innych Osób
stale lub okazjonalnie czytających „Obserwatorium Edukacji”:
Przed rokiem, nie wiedząc co za progiem czeka,
Życzyłem, z przekonaniem szczerego człowieka:
„Życzę wiary w siebie, w sens belferskiej pracy,
Sił, by walczyć o swoje – nic nie ma „na tacy”.
Zdrowia! Potrzebuje go wszak każdy człowiek.
I niechaj Was codziennie wspierają uczniowie…”
Dziś wiemy – najważniejsze te „zdrowia” życzenia.
I na Nowy Rok także nic się w tym nie zmienia!
Lecz poza tym – powrotu normalności w świecie,
Niech szczepionka COVID-a raz na zawsze zmiecie!
Byśmy mogli być znowu twarzą w twarz z uczniami,
Na wymianach doświadczeń – ze sobą – my sami.
Niechaj nas nie opuszcza w SŁUSZNOŚĆ SPRAWY wiara!
A Rok Nowy o zmianę „TAM” niech się postara…
Włodzisław Kuzitowicz
Foto: Maciek Jaźwiecki/Agencja Gazeta[www.wyborcza.pl]
Portal Prawo.pl zamieścił w ub. tygodniu artykuł, którego autorką jest Patrycja Rojek-Socha, zatytułowany „Uczniowie „głosu nie mają”? Kuratorzy z wątpliwościami”. Oto jego obszerne fragmenty:
Helsińska Fundacja Praw Człowieka* wystąpiła do kuratoriów w sprawie uczniów wyrażających poparcie dla trwających protestów, związanych z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego wyłączającym jedną z przesłanek przerywania ciąży. [,,,]
Chodzi o wydarzenia z listopada br. Część uczniów – co wynikało z doniesień medialnych wyrażających swoje poparcie dla Strajku Kobiet spotkało się z konsekwencjami w szkole. Chodziło m.in. o używanie podczas zdalnej nauki awatarów w formie haseł oraz symboli wyrażających poparcie dla trwających protestów. Fundacja wystąpiła więc do kuratoriów oświaty – lubelskiego, małopolskiego, mazowieckiego i podkarpackiego. Trzech kuratorów odpowiedziało.
W pismach Fundacja zaprezentowała wachlarz podstaw prawnych, które bezdyskusyjnie przyznają uczniom i uczennicom prawo do swobody wypowiedzi oraz wolności wyrażania opinii, a są to m.in. Konstytucja RP, Europejska Konwencja Praw Człowieka oraz Konwencja o Prawach Dziecka. HFPC przedstawiła również opartą na orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka analizę sposobu w jaki art. 10 EKPCz powinien być interpretowany w tego rodzaju sytuacjach. Podnosząc, iż prawo to nie ma charakteru absolutnego, wskazała też jego prawne ograniczenia.
Kuratorzy się zgadzają, ale…
[…] W nadesłanych odpowiedziach, jako regulacje prawne uzasadniające działania podejmowane wobec dzieci wskazywane były np. statuty czy regulamin szkoły oraz decyzje dyrektorów poszczególnych placówek podejmowane w sprawie ustalania zasad uczestniczenia uczniów w zajęciach prowadzonych z wykorzystaniem technik kształcenia na odległość.










