Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

Nowy tydzień zaczynam od starego tematu – reformy „Kompas Jutra”, tyle że w opinii  ostatnio nieczęsto publikującego swe poglądy blogera – Jarosława Blocha:

 

 

Kompas jutra, czyli kierunek na oszczędzanie

 

Pracownicy MEN objeżdżają Polskę, przekonując nauczycieli do reformy pod szumną nazwą „Kompas jutra”.  Założenia tej reformy są ładnie sformułowanie, medialnie atrakcyjne, ale tak rozmyte, że trzeba ich sens tłumaczyć tym, którzy mają te zmiany wdrażać. Reformowani mają déjà vu.  Coraz częściej mamy wrażenie, że po dwóch latach gadania okazuje się, że szkoła po reformie ma robić to, co robiła już od dawna. Nieuchronnie nasuwa się pytanie, czy to co się dzieje w oświacie to reforma, czy operacja pijarowa, oraz przygotowywanie podłoża, by znowu na szkole oszczędzić.

 

Przyjrzyjmy się „nowej” reformie, chociażby założeniu pod nazwą 4K, czyli o kształtowaniu takich kompetencji jak kreatywność (odchodzenie od schematów), krytyczne myślenie (odróżnianie faktów od opinii), kooperacja (praca zespołowa), komunikacja (skuteczniejsze porozumiewanie się z innymi). No chyba nie ma dziś nauczyciela, który nie stara się od początku swojej pracy kształtować tych kompetencji… Według reformy nauczyciel zamiast źródłem wiedzy ma być mentorem. Tyle, że nauczyciel już od dawna nie był źródłem wiedzy, bo to miejsce zajął Internet, a nauczyciele uczą już od dawna myślenia przyczynowo skutkowego. Szkoła ma być miejscem bezpiecznym emocjonalnie… hmm pokaż mi dyrektora, który by od pierwszego dnia nie podejmował takich starań… Dalej – nacisk na praktykę, na metodę projektu. To też robimy już od lat, czy to w ramach lekcji, czy w ramach programów zewnętrznych i pewnie robilibyśmy  tych projektów więcej gdyby był na to czas… A ocenianie kształtujące i opisowe? Tu zawsze była dowolność, szkoły mają w tym zakresie już od dawna sporą autonomię. Tyle, że sami uczniowie i ich rodzice naciskają często na jasne i przejrzyste zasady takie same dla wszystkich, a dobrze użyta średnia ważona może być naprawdę sprawiedliwa. Tym bardziej, że do oceniania opisowego i kształtującego trzeba więcej pracy i ludzi, a na razie to raczej ministerstwo naciska, żeby dłużej zatrzymać w pracy emerytów, a oni raczej niechętnie podejmą się nowych obowiązków za taką samą wypłatę… Tak, ja wiem. Nie wszystko dziś wychodzi tak jakbyśmy tego chcieli. Zawsze można coś zrobić lepiej, skuteczniej, sprawniej. Ale niech panie ministry nie mówią, że właśnie wymyśliły rzeczy, które w szkole praktykuje się od dawna. Bo to nieuczciwe. Co zrobić aby pracować lepiej. Więcej pieniędzy,  wtedy nauczyciele nie będą musieli dorabiać i zrobią pewne rzeczy skuteczniej, bo będą mieć więcej czasu. Do atrakcyjnego finansowo zawodu napłyną też młodzi. Choć… czy aby na pewno będą mieć więcej czasu?

 

Stworzyliśmy podstawy, które są realistyczne, które nie będą „gonić” z materiałem. Zostawią miejsce dla nauczycieli do tego, żeby pogłębiać wiedzę, żeby budować kreatywność i uczyć rozwiązywania problemów” – powiedział dyrektor IBE. Widać nie wiedział, że liczba godzin rozszerzonych w szkołach średnich poleci z 22 na 18. To piękny chwyt pijarowy – tniemy podstawy. No ale jeśli utnie się też godziny, to NIC się nie zmieni i nadal będziemy gonić z realizacją materiału na rozszerzeniach… Za to mniej zapłaci się tym, którzy te godziny stracą, czyli nauczycielom uczącym rozszerzeń. Mam wrażenie, że celem tego wszystkiego są kolejne oszczędności. Jak widać rząd nie ma planów na doinwestowanie oświaty, nie ma też pomysłów jak zrobić dobrą edukację za obecne pieniądze, więc będzie ciął godziny. W świat pójdzie, że tną podstawy, o cięciu godzin będzie ciszej… Co zrobi nauczyciel, któremu zetną godziny? Dorobi w innej szkole, żeby godnie zarobić. Będzie miał przez to mniej czasu, bo będzie gonił za godzinami. Wracamy więc do punktu wyjścia i prawdziwych problemów systemu oświaty…

 

W podstawówkach nie lepiej. Będzie więcej przedmiotów przyrodniczych (przyrody) w klasach 4-6, ale mniej biologii i geografii w klasach 7-8. Podstawy pewnie obetną, ale przy zmniejszonej liczbie godzin nauczyciele pewnie tego nie odczują. Jeśli do tego dodać niekończący się niż demograficzny w szkołach podstawowych, to tutaj nauczyciele będą także szukać godzin w innych szkołach, albo rozdrabniać się między wieloma specjalizacjami. W kontekście ciągłego mówienia o wzroście jakości, wygląda to nie najlepiej.

 

Panie przemądrzałe koniecznie chcą nam na siłę włożyć na nos różowe okulary, tymczasem jak brutalna jest rzeczywistość, pokazało niedawne doniesienie medialne, że PAN chciała zatrudnić naukowca (fizyka) z szeregiem nietypowych umiejętności, za… najniższą krajową… Bzdurne gadanie w kółko o 40 procentowych podwyżkach, które zapewniono od początku kadencji, to policzek dla wszystkich ludzi oświaty. Panie, które rzekomo stawiają na jakość, stosują tu kreatywną księgowość (czyli zaczęły od siebie reformę 4K), bo jeśli porównać wskaźniki np. siłę nabywczą nauczycielskich pensji, to znowu ona spada. A sama wysokość nauczycielskich pensji, pomimo podwyżek, nadal jest daleko za średnią krajową. A włączanie do pensji nauczyciela wszystkich możliwych dodatków i operowanie pensją średnią, której nikt nie widział, to wchodzenie w buty poprzedniej ekipy rządzącej. I tak niestety postrzegane są obecne ministry, nie jako reformatorki, a jako kontynuatorki złych działań poprzedników…

 

 

 

Źródło: www,jaroslawbloch.ovh/



Wczoraj na  portalu „EDUNEWS” zamieszczono tekst, informujący o wartościowej inicjatywie Państwowego Instytutu Badawczaego NASK, realizowanej w ramach CEDMO (Central European Digital Media Observatory), jaką jest oferta serii webinarow, adresowanych  do uczniów, poświęconych rozpoznawaniu i przeciwdziałaniu dezinformacji. Oto ten tekst:

 

 

Szkoła pomaga dzieciom zagubionym w sieci

 

 

Jak rozpoznać dezinformację? Jak nie dać się zmanipulować sztucznej inteligencji? Co zrobić, żeby uczniowie korzystali z AI mądrze? To pytania, które zadają sobie dziś nauczyciele. I wyzwanie, przed którym stają każdego dnia. Zanim zaczną uczyć dzieci o zagrożeniach w sieci, najpierw sami powinni wiedzieć o tym jak najwięcej. NASK wspiera pedagogów w tym zadaniu.

 

Eksperci prowadzą webinary poświęcone rozpoznawaniu i przeciwdziałaniu dezinformacji. To działania realizowane w ramach projektu CEDMO, który skupia instytucje i specjalistów zajmujących się badaniem zjawisk dezinformacyjnych oraz wzmacnianiem edukacji medialnej w Europie Środkowej.

 

Uczniowie nieustannie są odbiorcami treści, które wpływają na ich opinie, emocje i wybory.  Potwierdzają to wyniki najnowszego raportu NASK „Nastolatki 3.0” z 2025 r. Młodzi ludzie spędzają w sieci niemal pięć godzin dziennie w tygodniu i jeszcze więcej w weekendy, często bez realnej kontroli dorosłych. Aż czterech na dziesięciu uczniów dostaje pierwszy smartfon z dostępem do internetu jeszcze przed dziewiątymi urodzinami. To oznacza, że kontakt z cyfrowymi treściami następuje wyjątkowo wcześnie, zanim dzieci rozwiną umiejętność krytycznej oceny informacji.

 

Szczególnie niepokojące jest to, że choć trzy czwarte nastolatków korzysta z narzędzi sztucznej inteligencji, to niemal tyle samo (63%) nie wie, czym jest deepfake. To czyni ich podatnymi na manipulację obrazem, fałszywe narracje i wiralowe treści. W gąszczu mediów społecznościowych młodzi odbiorcy rzadko dysponują narzędziami, które pozwalałyby im odróżnić prawdę od fikcji, a to właśnie tam kształtują swoje przekonania, budują relacje społeczne i obraz świata.

 

Lekcje w formie webinarów, przygotowanych przez ekspertów CEDMO pomogą uczniom zrozumieć, jak działają media i social media. Uczniowie dowiedzą się, czym są algorytmy i w jaki sposób się je projektuje. Uczestnicy poznają bańki informacyjne i nauczą się rozpoznawać manipulację. Nauczą się odróżniać fakt od opinii, a dzięki temu świadomie będą korzystać z social mediów.

 

Zajęcia z zagrożenia dezinformacją dla szkół ponadpodstawowych, przygotowane przez NASK, pokazują, jak manipulacja i błędy poznawcze wpływają na pierwsze poważne decyzje, w tym wybór szkoły, pracy i kształtowanie opinii. Uczą analizy obrazu, weryfikacji źródła, sprawdzania kontekstu i krytycznego myślenia na podstawie metody S.P.R.A.W.D.Z.A.M.

 

Zanim klikniesz „Udostępnij”, przefiltruj treść przez tych 9 punktów:

 

S jak SENSACJA: Czy informacja gra na skrajnych emocjach (złość, lęk)?

P jak PROWOKACJA: Czy jej celem jest wywołanie kłótni lub podziałów?

R jak RACJONALNOŚĆ: Czy argumenty są logiczne i spójne?

A jak AUTOR: Kto stworzył tę treść? Czy to wiarygodna osoba lub instytucja?

W jak WYBIÓRCZOŚĆ: Czy materiał nie został wycięty z szerszego kontekstu?

D jak DYSKREDYTACJA: Czy atakuje osobę/grupę osób, by postawić ją/ich w złym świetle?

Z jak ZAMIAR: Kto zyska na tym, że w to uwierzysz?

A jak ANALIZA: Czy na chłodno porównałaś/eś tę informację z innymi źródłami?

M jak MANIPULACJA: Czy fakty nie zostały zniekształcone, by udowodnić tezę?

 

W najbliższych dniach są planowane następujące webinary, na które można zapisać swoją klasę  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.edunews.pl



Dzisiaj proponuję lekturę  tekstu Danuty Sterny – tym razem są to wskazówki dla nauczyciela o tym jak mogą pomagać uczniom, aby polubili siebie:

 

 

Uczniu bądź dobry dla siebie

 

 

 

Nie brakuje przekazów na temat życzliwości. Większość uczniów doskonale rozumie, jak ważne jest okazywanie życzliwości innym. Kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Jednak niewiele uwagi poświęca się wartości bycia życzliwym dla siebie.

 

W tym wpisie  – kilka rad dla nauczyciela, jak może pomóc uczniom w tej sprawie.

 

Miłość do siebie nie zawsze przychodzi naturalnie.

 

Negatywne myśli o sobie są alarmująco powszechne wśród uczniów. Niedawne badanie w USA pokazuje, że nawet czterech na dziesięciu uczniów szkół średnich zgłasza uczucie smutku lub beznadziei. Odsetek ten może być jeszcze wyższy w grupach marginalizowanych, takich jak społeczność LGBTQ. Negatywne wzorce myślowe mogą prowadzić do niskiej samooceny, utrudniać budowanie zdrowych relacji z rówieśnikami i utrudniać postępy w nauce.

 

Nauczanie uczniów kochania siebie samego może przełamać negatywne schemat, zwiększyć poczucie własnej wartości i przynieść wiele innych pozytywnych skutków społecznych, emocjonalnych i zdrowotnych.

 

Przemawianie życzliwie do siebie samego

 

Nauczyciel może uczyć uczniów i modelować przemawianie życzliwie do siebie samego. Pożądane jest regularnie ćwiczenie pozytywnego dialogu wewnętrznego.  Jednym ze sposobów jest głośne jego modelowanie. Na przykład:

-„Poszło mi naprawdę dobrze”

-„To było trudne, ale jestem z siebie dumny, że wytrwałem w tym wyzwaniu”

-„Popełniłem błąd, ale spróbuję jeszcze raz”

-„Mogę sobie pogratulować”

 

Nauczyciel może zachęcać uczniów do wygłaszania takich sentencji do samych siebie. Każdy potrzebuje docenienia, ale nie zawsze otrzymuje go z zewnątrz, trzeba zadbać o docenienie siebie przez samego siebie.

 

Miejsce dla siebie

 

Znalezienie miejsca, gdzie uczeń czuje się bezpiecznie i gdzie może się udać, gdy poczuje się sfrustrowany lub przygnębiony. Można zachęcić uczniów do znajdywania takiego bezpiecznego miejsca, które jest urządzone z dbałością o potrzeby własne.

 

Mogą takie miejsca być zorganizowane w szkole. Są to miejsca specjalne, w których nikt nikogo nie atakuje, w którym można posiedzieć milcząc i w spokoju.

 

W niektórych szkołach są specjalne ławki oznaczone napisem – „Potrzebuję z kimś porozmawiać” lub „Ławka milczenia”. Są też organizowane tak zwane kąciki wyciszenia, szczególnie potrzebne dla uczniów o specjalnych potrzebach.

 

Dziennik dumy z siebie

 

Poświęcenie trochę czasu, codziennie lub co tydzień, na refleksję nad swoimi osiągnięciami.

 

Uczniowie mogą mieć miejsce w zeszycie lub specjalny zeszyt do zapisywania swoich osiągnięć. Nie muszą to być wielkie sukcesy, tylko wszystko z czego można być dumnym. Na przykład, zgłoszenie się do odpowiedzi na pytanie nauczyciela, zadanie głośno pytania, pomoc koledze w rozwiązywaniu zadania, powiedzenie dzień dobry sąsiadce itp.

 

Jest to dla uczniów dowodem na to, że robią postępy i że się rozwijają, co wzmacnia poczucie własnej wartości.

 

Nauczyciel może wprowadzić zwyczaj robienia przerwy na codzienne  zapisywanie w dzienniku dumy.

 

Pozytywne opinie o sobie

 

Nauczyciel poleca uczniom zapisać pozytywne opinie o sobie na karteczkach. Najlepiej to robić w spokojnej atmosferze, gdy uczniowie są szczęśliwi i zadowoleni.

 

Można ozdabiać pozytywne afirmacje zapisane na karteczkach rysunkami. Karteczki można zastąpić ładnymi pocztówkami. Najlepiej przechowywać je w woreczku strunowym i sięgać do zapisów, gdy przed uczniem staje jakieś wyzwanie i potrzebuje wsparcia, wtedy może wyciągnąć pozytywną wiadomość, aby dodać sobie otuchy.

 

Podsumowanie mocnych stron

 

Nauczyciel prosi uczniów o stworzenie własnego CV, w którym przedstawią swoje mocne strony, zainteresowania i talenty. Najpierw warto porozmawiać z uczniami na temat mocnych stron. Można zadać pytanie: „Co lubisz robić?”, „W czym jesteś tak dobry, że możesz uczyć innych?” i „Z czego jesteś dumny?”. Te pytania pomagają uczniom zidentyfikować własne umiejętności.

 

Następnie nauczyciel poleca uczniom przygotowanie jednostronicowego CV, w którym przedstawią swoje mocne strony. Można, za zgodą uczniów, podzielić się zapisami z partnerem w ławce.

 

Uczniowie budują w ten sposób pewność siebie, opowiadając innym o swoich wyjątkowych talentach, zainteresowaniach i preferowanych metodach nauki, a także świętując własne postępy.

 

Rutyny wdzięczności

 

Polega na przekazywaniu sobie wzajemnie wdzięczności. Może być to w kręgu, gdy każdy z uczniów wyraża wdzięczność za coś lub komuś lub samemu sobie.

 

Uczniowie mogą zapisywać wyrazy wdzięczności na kartkach i przekazywać  adresatom. Otrzymanie takiego wyrazu wdzięczności jest ogromnie wzmacniające.

 

Można również zaproponować uczniom aktywność na godzinie wychowawczej. Polega ona na tym, że uczniowie piszą docenienie osoby i wieszają jej karteczkę na plecach. Na koniec gry każdy osoba może zebrać karteczki i przechowywać je na gorsze czasy, gdy potrzebne będzie wsparcie.

 

Człowiek może kochać innych tylko tak mocno, jak kocha siebie. Uczenie uczniów dostrzegania dobra w sobie, powoduje, że chętniej dostrzegają je w innych.

 

W obecnych czasach  na całym świecie obserwuje się coraz więcej depresji i myśli samobójczych, dlatego warto przeciwdziałać niedobrym tendencją pesymizmu i niedoceniania siebie samego.

 

Inspiracja  artykułem   Lory Walker Peroff

 

 

 

Źródło: www.oknauczanie.pl

 



Oto informacja autorstwa Agnieszki Wilczek o wartościowej publikacji, zamieszczona dzisiaj na portalu „EDUNEWS”:

 

Pomoc dla dzieci z ADHD – krok po kroku

 

Choć świadomość społeczna na temat ADHD systematycznie rośnie, a na rynku pojawia się coraz więcej publikacji poświęconych temu zagadnieniu, wielu rodziców wciąż doświadcza poczucia zagubienia i przeciążenia. Wychowywanie dziecka z ADHD wiąże się z codziennymi trudnościami, które bywają wymagające emocjonalnie i organizacyjnie – od problemów z koncentracją, przez impulsywność, aż po napięcia w relacjach rodzinnych i szkolnych. W takich sytuacjach sama wiedza teoretyczna może okazać się niewystarczająca.

 

 

Pomoc dla dzieci z ADHD. Krok po kroku to praktyczny przewodnik dla rodziców, opiekunów i specjalistów, oparty na założeniach programu New Forest Parenting Programme. ADHD nie jest „złym zachowaniem”, lecz sposobem działania mózgu. Ta książka pokazuje, jak zrozumieć i jak pomóc dziecku rozwijać się mimo trudności – w domu, szkole i codziennych relacjach.

 

Autorzy prowadzą czytelnika przez sześciostopniowy, naukowo sprawdzony proces wsparcia. Najpierw pomagają zrozumieć mechanizmy ADHD i wpływ relacji dorosły-dziecko na zachowanie. Następnie proponują konkretne, praktyczne strategie działania w codziennym życiu – w domu, w szkole i w sytuacjach społecznych.

 

Publikacja zawiera ćwiczenia, scenariusze działań, listy kontrolne i gotowe narzędzia, które można dopasować do temperamentu i wrażliwości dziecka. Program uwzględnia także sytuację, w której sam rodzic doświadcza objawów ADHD.

 

To praktyczny plan działania – książka, która pomaga zrozumieć zamiast oceniać, budować relację zamiast konfliktu i wspierać rozwój dziecka w sposób spokojny, konsekwentny i pełen empatii. Podsumowując, czytelnik (rodzic) dowiaduje się:

 

-jak kierować do dziecka jasne komunikaty, które wywołają oczekiwaną reakcję,

 

-jak rozwijać koncentrację poprzez zabawę, rutynę i strukturę,

 

-jak radzić sobie z emocjami i zachowaniem w domu i poza nim,

 

-jak korzystać z nagród, wyboru, uważności i metod sensorycznych,

 

-jak wspierać dziecko w przyszłości i zadbać o siebie jako rodzica.

 

 

Informacja o książce   –  TUTAJ 

 

 

Źródło: www.edunews.pl

 



Poseł Marcin Jozefaciuk zamieści na swoim poselskim fb-profilu post, informujący o wywiadzie jakiego udzielił dla „Portalu dla Edukacji”:

 

 

„Kompas Jutra” – ale czy ktoś sprawdził, czy mamy mapę i paliwo?

 

W najnowszym wywiadzie dla Portal Samorządowy mówię wprost: to nie jest realna reforma. To projekt, który wyprzedza przygotowanie szkół, nauczycieli i rynku pracy. Nie chodzi o to, żeby krytykować dla zasady.

 

Chodzi o odpowiedzialność.

 

Jeśli wprowadzamy zmiany w edukacji: – to tempo musi być racjonalne,

 

– szkolenia muszą być realne,

 

– a szkoły muszą wiedzieć, na czym stoją.

 

Dziś zamiast stabilnego kursu widzę pośpiech, niejasności i przerzucanie odpowiedzialności na tych, którzy i tak dźwigają system na swoich barkach.

 

Jako nauczyciel z 20-letnim doświadczeniem i poseł patrzę na to bez politycznych plemion. Patrzę z perspektywy szkoły – tej prawdziwej, codziennej, z uczniami i nauczycielami, a nie prezentacją w PowerPoincie.

 

Jeśli interesuje Cię:

 

– co w tej reformie budzi największe wątpliwości,

 

-dlaczego tempo wdrożenia może zaszkodzić zamiast pomóc,

 

-i co należałoby zrobić, by zmiany miały sens  – przeczytaj cały wywiad. [Patrz poniżej WK]

 

To nie jest spór o hasła. To jest rozmowa o przyszłości polskiej szkoły.

 

 

Źródło: www.facebook.com/permalink.php?

 

x           x           x

 

 

Oto zapis wywiadu z Posłem Marcinem Józefaciukiem, zamieszczony na „Portalu dla Edukacji”:

 

 

„Kompas Jutra nie jest realną reformą”. Poseł krytykuje tempo wdrożenia i plan szkoleń

 

Poseł i nauczyciel Marcin Józefaciuk krytykuje 3-proc. podwyżkę i apeluje o powiązanie pensji ze średnią w gospodarce. Postuluje też rzecznika praw nauczyciela oraz wstrzymanie wdrażania Kompasu Jutra w obecnym kształcie.

 

>Poseł Marcin Józefaciuk ocenia, że 3 proc. podwyżki dla nauczycieli jest niewystarczające i postuluje powiązanie wynagrodzeń ze średnią w gospodarce krajowej.

 

>Przekonuje, że środowisko potrzebuje Rzecznika Praw Nauczyciela i Pracowników Oświaty z narzędziami do mediacji i interwencji.

 

>Kompas Jutra – zdaniem posła – nie jest realną reformą, a MEN nie wyjaśnia oczekiwań wobec nauczycieli. Krytykuje też tempo wdrożenia i plan szkoleń.

 

[…]

 

Reforma powinna zostać wdrożona dopiero wtedy, gdy będzie w pełni przygotowana – co w praktyce może oznaczać, że nastąpi to już za rządów kogoś innego. W obecnym kształcie nie jest to kompas wyznaczający klarowny kierunek, lecz rozwiązanie wprowadzające duże zamieszanie. Ma wejść w życie za kilka miesięcy, a do tego czasu MEN planuje przeszkolić 20 tys. nauczycieli. Pozostali – około 700 tys. – będą musieli poradzić sobie sami.

 

 

Cały tekst „Kompas Jutra nie jest realną reformą”. Poseł krytykuje tempo wdrożenia i plan szkoleń”  –  TUTAJ

 



Na fanpage  grupy „Nie dla chaosu w szkole” znalazłem post, który doprowadził mnie do wartej obejrzenia i  wysłuchania rozmowy małżonków Aleksandry i Marcina Sawickich na temat roli wycieczek szkolnych:

 

 

O pożytkach z wycieczkowania z dziećmi – rozmowa Oli i Marcina Sawickich.

 

 

Warto posłuchać!* Obydwoje opowiadają dlaczego wycieczki, które kultywują od początku swojej kariery, są takie ważne, choć dla opiekunów bywają trudne.

 

Dla dzieci zupełnie nowym doświadczeniem bywa „analogowe” wycieczkowanie – pociągiem i autobusami, z oczekiwaniem na przystanku, samodzielne przygotowywanie kanapek, konieczność dostosowania zachowania do miejsca (w środku komunikacji, w schronisku, w kawiarni), spotkania z innymi ludźmi.

 

Marcin Sawicki**: Nam się pozornie wydaje, że czas spędzony w szkole, w podziale na jednostki lekcyjne jest efektywnie zagospodarowany. A na wycieczce? Ale to pozory. Wycieczki są bardzo efektywne – od strony wychowawczej, merytorycznej, niesienia nowych doświadczeń. I teraz, gdy coraz częściej w każdej klasie jest nauczyciel i nauczyciel wspomagający, o te wyjścia wcale nie jest aż tak bardzo tak trudno. Te wycieczki powinny być niezbędnym elementem funkcjonowania szkół

 

 

Źródło: www.facebook.com/NIEdlachaosuwszkole/

 

 

*Nagraliśmy już dla Was odcinek o tym, jak wymagające i pełne wyzwań potrafią być wycieczki szkolne — zarówno z perspektywy nauczyciela, jak i rodzica. Dziś jednak chcemy spojrzeć na ten temat z innej strony. Na konkretnych, życiowych przykładach pokażemy, dlaczego wycieczki szkolne to jedno z najlepszych doświadczeń, jakie mogą spotkać nasze dzieci. Zapraszamy do wysłuchania kolejnego odcinka u Sawickich.

 

 

 Sposób na wzmacnianie więzi z dziećmi  –  plik wideo na YouTube  –  TUTAJ

 

 

** Marcin Sawicki – współredaktor portalu „e:mi edukacja: można inaczej”  –  TUTAJ

 

 

 

 



Jako że wczoraj zamieściłem „zaległy” tekst kolegi dyrektora Pytlaka z jego fb’profilu, dopiero dzisiaj udostępniam tekst z bloga „Wokół Szkoly”, zamieszczony przez niego w minioną niedzielę. Bo przeczytać „naprawdę warto”:

 

 

SzOF, czyli Error 500 systemu edukacji

 

Moja koleżanka i współpracownica, Monika Pawluczuk, podzieliła się na fejsbuku wrażeniami ze szkolenia w zakresie oceny funkcjonalnej. Jej post bardzo mnie zaciekawił. W sposób szczególny doceniłem bliską moim poglądom intencję, jaką się kierowała, podchodząc do bliskiego spotkania trzeciego stopnia z koncepcją budzącą wiele wątpliwości wśród nauczycieli:

 

Nowackacka & Lubnauer przyjmuje już wartości ujemne, więc zrobiłam nowe podejście do gniota KSzOF, zanim transformuje on w dobrowolny przymus i odroczony w czasie żart primaaprilisowy A.D. 2026.

 

Osobiście tematem oceny funkcjonalnej żywo zainteresowałem się, gdy w listopadzie ujrzałem w mediach elektryzującą wiadomość: „MEN zapowiada rewolucję w ocenianiu”. Mając świadomość, że wszelkie ministerialne rewolucje koniec końców lądują na głowie dyrektora szkoły, zacząłem skrupulatnie gromadzić informacje. Gwoli ścisłości muszę więc od razu zaznaczyć, że pomysł nie jest autorstwa miłościwie nam dzisiaj panujących. Jego geneza sięga rządów Anny Zalewskiej, a w tle są ogromne fundusze unijne, włożone w przygotowanie i wyposażenie w narzędzia edukacji włączającej, a wśród nich w opracowanie „diagnozy funkcjonalnej”, która w międzyczasie zmieniła nazwę na „ocenę funkcjonalną”.

 

Zebrałem wiele materiałów na ten temat, uważnie wysłuchałem wykładów udostępnionych w internecie przez IBE, przestudiowałem też projekt nowego rozporządzenia w sprawie orzeczeń i opinii, porównując go z obecnie obowiązującym. Uzyskałem obraz dający się porównać do góry lodowej, której niewielki tylko fragment dostrzega opinia publiczna. W tym kontekście relację Moniki przyrównałbym do wrażeń z wyprawy łódką, która pozwoliła jej zerknąć z bliska nieco pod powierzchnię wody. Tyle wystarczyło, by ogłosiła w swoim poście:

 

Mam Error 500.

 

Error 500 w informatycznej nomenklaturze jest komunikatem błędu, który oznacza, że na serwerze, na którym działa dana strona, wystąpił problem. Nie mówi, na czym błąd polega, ale wskazuje, że ten problem leży po stronie serwera, a nie użytkownika.

 

Nie dziwię się, że mojej koleżance przyszło do głowy takie właśnie porównanie. Ja po zgłębieniu tematu oceny funkcjonalnej również mam poczucie, że serwer z alei Szucha generuje błąd, że pomysł będzie działać wadliwie, a ja jako użytkownik pozostanę w poczuciu bezsilności.

 

Refleksje i nauki wyniesione ze szkolenia Monika Pawluczuk zebrała w pięciu punktach:

 

1.Ocena funkcjonowania dziecka ≠ opinia o funkcjonowaniu dziecka ≠ wielospecjalistyczna ocena poziomu funkcjo-nowania ucznia ≠ ocena poziomu funkcjonowania ucznia. Co do tego, że na dobrą sprawę jest to mnożenie bytów, przyznała sama osoba prowadząca, jednak zabawa w „znajdź pięć różnic między obrazkami” trwała przez większą część szkolenia.

 

2.Nauczyciele nic nie rozumieją. Dziennikarze i opozycja dodatkowo to gmatwają (Uwielbiam ten argument!).

 

3.”I tak nauczyciele robią taką ocenę od dawna, więc nie ma co się oburzać na dodatkową pracę. To tylko nowe narzędzie” (Kolejny „argument”!).

 

4.”Aby prawidłowo wypełnić kwestionariusz około 50 pytań, trzeba przejść odrębne szkolenie” :-))). No, ba! Dyrektor wyznaczy osoby odpowiedzialne i najpewniej sfinansuje nabycie nowych kompetencji – wypełniaczy kwestionariusza :-). One zaś gratis i w podskokach będą kierować innymi szkolnymi wypełniaczami ;-))) i na dodatek będą mogły to uwzględnić w swoim planie rozwoju zawodowego!

 

5.”Ocena funkcjonalna dziecka powinna zawierać różne perspektywy i uwzględniać również obserwacje rodziców, gdyż na niektóre pytania nauczyciel nie będzie potrafił dać odpowiedzi nie konsultując się z nimi. Ocena taka powinna być prowadzona zatem przez kilka osób przez okres około 3-4 tygodni.”

 

Pozwolę sobie krótko rozwinąć powyższe myśli.

 

W przesłaniu punktu pierwszego zawarta jest nie tylko głęboka mądrość obecnego etapu, ale również nabyta przez nauczycieli zbiorowa świadomość sposobu działania większości reform szykowanych w zaciszu politycznych i „badawczych” gabinetów. Podobna do tej, która towarzyszy co bardziej krytycznym obserwatorom przygotowań do „Kompasu Jutra”.

 

Punkt drugi. Nauczyciele nie rozumieją? I, co gorsza, nawet szkolenie nie jest w stanie tego zrozumienia wywołać?! Możliwości są tylko dwie. Albo nauczyciele są tępi, co jest założeniem bardzo rozpowszechnionym, jakkolwiek ryzykownym, bo rozciągałoby się także na prowadzących szkolenie – w końcu w większości wywodzących się także ze stanu nauczycielskiego. Albo materia jest wzięta z księżyca i nawet wspólna gimnastyka umysłowa szkolących i szkolonych nie jest w stanie przydać jej sensu praktycznego – nawet jeśli teoretycznie jakoś się ona broni.

 

Punkt trzeci, zarazem tzw. trzecia prawda księdza Tischnera („Prowda. Tyz prowda. G…o prowda”). Nauczyciele od dawna piszą opinie, ale nie muszą trzymać się niewolniczo schematu narzuconego przez narzędzie. Jeśli nawet zdarza się, że tworząc kolejne dokumenty korzystają z opcji „kopiuj-wklej” (niech rzuci kamieniem pracownik poradni psychologiczno-pedagogicznej lub wizytator kuratorium, który nigdy tak nie czynił!), w zamian będą mogli wykazać się klikaniem na „chybił-trafił”. Znalazłem bowiem całkiem sporo pytań w formularzach SzOF, których nawet po szkoleniu nie da się wypełnić z sensem.

 

Punkt czwarty – patrz punkt trzeci. Biznes szkoleniowy lubi to!

 

Punkt piąty. Sporządzenie oceny funkcjonalnej ma wymagać kilkutygodniowej obserwacji dziecka. Super! Tymczasem projekt rozporządzenia daje szkole… tydzień na przygotowanie tego dokumentu, jeśli wystąpi o niego poradnia psychologiczno-pedagogiczne. Ponadto, jeśli SzOF jest tym samym, co nauczyciele czynili do tej pory, to co tutaj robi konieczność konsultowania się z rodzicami – bynajmniej nie dobrowolna, ale wymuszona treścią niektórych pytań?! Pedagodzy z kręgów opozycji wskazują to jako nieuzasadnioną ingerencję w sprawy rodzinne – i mają rację. Co więcej, dla rodziców i dla nauczycieli przegotowano identyczne formularze przesiewowe. A co będzie w przypadku niezgodności?! Już teraz jedno nieostrożne zdanie w opinii ze szkoły może zakończyć się skargą na nauczyciela do komisji dyscyplinarnej. Serio! Co będzie, gdy na jakieś pytanie rodzic wybierze opcję najwyższą, a szkoła najniższą, albo odwrotnie?! Kto będzie to rozsądzał?!

 

To tylko kilka luźnych fotografii z wyprawy łódką wokół góry lodowej, jaką jest problem oceny funkcjonalnej. Ja mam już za sobą nurkowanie do samej podstawy i w niedalekiej przyszłości w osobnym artykule podzielę się zebranymi informacjami. Teraz jeszcze tylko wskażę jeden problem fundamentalny, na który nikt chyba nie zwrócił dotąd uwagi.

 

Otóż, jak słychać, ocena funkcjonalna ma mieć zastosowanie do wszystkich uczniów. Opiera się to na założeniu, że każdy zasługuje na wsparcie – zarówno w pokonywaniu specyficznych trudności, które przeszkadzają mu w rozwoju, jak i w rozwijaniu uzdolnień, które posiada. Zadaniem oceny ma być wskazanie obszarów możliwego wsparcia – i w zakresie słabych, i mocnych stron. To dlatego właśnie nauczyciele intuicyjnie obawiają się, że zostaną obarczeni obowiązkiem sformalizowanego przesiewania wszystkich uczniów.

 

Mnie ta perspektywa przeraża. Rozumiem potrzebę wspierania uczniów, jednak wizja wsparcia totalnego, gdzie każdy młody człowiek jest od najmłodszych lat systemowo analizowany i umieszczany w trybikach machiny wspierającej, jawi mi się niczym z Orwella. Już obecnie otoczyliśmy dzieci taką troską, że obserwujemy gwałtowny zanik poczucia odpowiedzialności za własną naukę i własne funkcjonowanie społeczne. Za tym postępuje ograniczenie aspiracji, bierność, brak wiary w sens zdobywania wykształcenia i podejmowania życiowych wyzwań. Przecież to widać w każdej szkole!!! A teraz machina państwowa chce wcielić w życie, rękami nauczycieli, wizję społeczeństwa, w którym państwo dogląda przemysłowej hodowli rzekomo szczęśliwych ludzi. Tymczasem szczęście nie polega na zaspokojeniu wszystkich potrzeb! Wszystkowidzące oczy systemu stłamszą do końca przejawy jakiegokolwiek samodzielnego życia młodych ludzi. I będziemy dziwili się, że uciekają do internetu.

 

Wychowanie to nie hodowla brojlerów, w której wszystko nastawione jest na maksymalizację dobrostanu! Z wiadomym skutkiem na końcu…

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/

 

 



Danuta Sterna już w tytule swego najnowszego tekstu, zamieszczonego na blogu OK NAUCZANIE,  zadała bardzo dziś aktualne pytanie, i podjęła próbę udzielenia na nie odpowiedzi:

 

Czy AI może oceniać prace uczniów?

 

 

Odpowiedź jest jednoznaczna – może, tylko jaka jest jakość tego oceniania i co daje uczniom?

 

W dobie AI w wielu miejscach zastępuje się pracę ludzi maszyną. Na pewno bywa ona pomocna, wykonuje swoja pracę szybciej i bezstronnie. Jednak nie we wszystkim da się zastąpić człowieka, ocenianie prac uczniów jest właśnie takim miejscem.

 

Aby zbadać jakość oceniania przez sztuczną inteligencję, trzeba zadać sobie pytanie – czemu ma służyć ocenianie? Podstawowa funkcja oceny jest pomoc uczniowi w uczeniu się. Druga zaś polega na możliwości porównywania ocen sumujących, aby móc ocenić wyniki uczniów.

 

W pierwszej moim zdaniem nie da się zastąpić nauczyciela. Informacja zwrotna (ocena kształtująca) musi być przekazana z uwzględnieniem znajomości autora pracy, jego dotychczasowych osiągnieć i trudności. Powinna zwierać indywidulane wskazówki, które uczeń może wykorzystać do poprawy pracy i do swojego rozwoju. Ocena kształtująca ma służyć uczniowi i być do niego dostosowana, powinna mieścić się w strefie najbliższego rozwoju ucznia, wskazówki powinny być możliwe do wykorzystania przez ucznia. Nie można dać użytecznych wskazówek takich samych dla wszystkich autorów prac.

 

Za to ocena testu, polegająca na zliczeniu prawidłowych odpowiedzi, może być wykonana przez maszynę. I od wielu lat prace testowe są w ten sposób sprawdzane, nawet przed wykorzystaniem AI. Testy nie sprawdzają rozumowania, myślenia i umiejętności tylko samą wiedzę. Jeśli celem jest sprawdzenie wiedzy ucznia, to AI faktycznie do tego nadaje się.

 

Z takiej oceny trudno jest skorzystać też nauczycielowi. Dowiaduje się on z niej jedynie ilu uczniów potrafi zaznaczyć prawidłową odpowiedź, ale dlaczego część z uczniów zaznaczyła źle, to już nie wiadomo. Dlatego nie jest to użyteczna wskazówka dla nauczyciela, co ma z uczniami powtórzyć i jak planować dalsze nauczanie.

 

Ocena sumująca jest użyteczna do sporządzania rankingów i selekcji uczniów. Jeśli to uznamy za cel nauczania, to wtedy ocena przy pomocy AI jest możliwa.

 

AI może wyręczyć nauczyciela w dziele oceniania, dlatego może taka ocena być dla niego wygodna, ale patrząc perspektywicznie nie pomaga ona w nauczaniu. Tak jak w małym stopniu pomagają nauczycielowi zestawy wyników uzyskanych przez uczniów na egzaminie zewnętrznym.

 

W USA około dwie trzecie nauczycieli  wykorzystujących sztuczną inteligencję w swojej pracy uważa, że ​​sztuczna inteligencja poprawiła jakość oceniania i zwiększyła informację o osiągnięciach uczniów.

 

Autorki artykułu Masheika Allgood i Mi Aniefuna , który zainspirował mnie do zajęcia się tym tematem zwracają uwagę na problem jawności danych pochodzących z oceny przez AI. Niestety większość aplikacji AI udostępnia dane osobowe uczniów stronom trzecim. Dane mogą być wykorzystane w różny sposób.  I to niebezpieczny sposób. W 2021 roku okręg szkolny na Florydzie udostępniono dane, które oznaczyły uczniów jako „zagrożonych”. Za pośrednictwem funkcjonariuszy szkolnych, departament policji hrabstwa wykorzystał te dane do wytypowania uczniów jako „przyszłych przestępców” i „stworzonych do życia przestępczego”. Niesie to duże niebezpieczeństwo.

 

Ocenianie jest bardzo potrzebną składową nauczania i nie należy oddawać jej w ręce bezdusznej maszyny,

 

 

Źródło: www.oknauczanie.pl

 

 

 



Oto najnowszy post z bloga „Profesorskie Gadanie”, w którym prof. Stanislaw Czachorowski kontynuuje wątek swych rozważań na temat Sztucznej  Inteligencji. Poprzedni tekst, zatytułowany „Ewolucja ludzkiej współpracy w czasach AI”, zamieściłem na OE 19 lutego.

 

 

AI jako imigrant z innej (cyfrowej) kultury

 

W historii ludzkości pojawienie się „Innego” (kogoś o odmiennej kulturze, języku czy statusie) zawsze wywoływało zestaw przewidywalnych reakcji społecznych. Dziś, choć sztuczna inteligencja nie posiada paszportu ani pochodzenia etnicznego, jej wejście do tkanki społecznej wykazuje pewne podobieństwo do losów imigrantów w obcej kulturze. Traktujemy AI nie tylko jako narzędzie, ale jako specyficzną klasę społeczną, wobec której stosujemy stare, dobrze znane mechanizmy dominacji i lęku. W pewnym sensie społecznie antopomorfizujemy AI.

 

Gdy obcych jest niewielu, reakcją społeczeństwa bywa zaciekawienie lub traktowanie ich jako egzotycznej nowinki. Podobnie było z pierwszymi algorytmami – stanowiły ciekawostkę, ograniczoną do laboratoriów i niszowych zastosowań. Jednak w miarę jak „populacja” AI rośnie (częstość kontaktów z narzędziami i efektami pracy AI), społeczeństwo szybko narzuca jej rolę nowoczesnego chłopstwa pańszczyźnianego lub niewolników. W każdym razie kogoś o niższym statusie, ale z obawą, że się wyemancypuje. Widać te relacje emocjonalne w przestrzeni publicznej i kulturowej.

 

Chcemy, aby AI – podobnie jak imigranci z uboższych regionów w oczach szowinistów – wykonywało prace „brudne, niebezpieczne i nudne” (prace niechciane). W naszej zbiorowej podświadomości zantropomorfizowane AI ma być kastą podległą, cyfrowym pariasem, który nie potrzebuje odpoczynku, nie ma praw i zawsze pozostaje w sferze podrzędności. W każdym razie my mamy czuć tę gorszość i podrzędność. Ta gwarancja wyższości, wynikająca z antropomorfizowania AI, daje nam poczucie bezpieczeństwa, dopóki „oni” (algorytmy) zajmują się segregowaniem danych czy moderowaniem treści, my czujemy się jak arystokracja ducha.

 

Prawdziwy kryzys w relacji z imigrantami czy klasami niższymi zaczyna się zawsze w punkcie zwrotnym: gdy zaczynają oni aspirować do ról zarezerwowanych dla elit (czyli naszych ról, np. ludzkiej twórczości i kreatywności, my z samego urodzenia jesteśmy lepsi, arystokratyczni). Historia niewolnictwa, pańszczyzny czy walki klasy robotniczej pokazuje, że systemowy spokój trwa tylko tak długo, jak długo podział na „panów” i „sługi” jest nienaruszalny. A my jesteśmy niezastępowalni. Kiedy jednak maszyny tkackie odbierają nam pracę, wtedy …. niszczymy maszyny tkackie jak luddyści.

 

Obecnie przeżywamy ten moment w kontekście AI. Narzędzia AI upowszechniły się, są widoczne w wielu miejscach. I zaczynamy się bać, że zabiorą nam nie tylko pracę ale i społeczne miejsce w hierarchii. Niepokoimy się, ponieważ cyfrowi imigranci przestali zadowalać się „podrzędnymi” pracami. Zaczynają „zajmować prestiżowe stanowiska” czyli tworzą sztukę, piszą eseje, diagnozują choroby. Rośnie groźna konkurencja. Ich efektywność (narzędzi AI a raczej ludzi wykorzystujących AI) podważa sens istnienia dotychczasowej klasy średniej (klasy twórczej). Choć AI nie ma świadomości, sposób, w jaki o niej mówimy (antropomorfizujemy), zaczyna przypominać debaty o prawach podmiotowych. W jakimś sensie w niezamierzony sposób taką antropomorfizacją sami emancypujemy AI.

 

Nasz lęk przed tym, że AI „zabierze nam pracę”, jest w istocie lękiem przed degradacją klasową. Boimy się, że w nowym porządku społecznym to my staniemy się zbędni, a nasza rzekoma wyższość poznawcza – nasz „szlachecki przywilej” gatunkowy – zostanie obalona. Przewrotnie można powiedzieć, że narzędzia AI wcale nam nie ułatwiają pracy. Bo zautomatyzować da sie tylko prace proste i powtarzalne. Dla nas zostają więc te trudniejsze, także w aspekcie kreatywności. Gdy malarz sam sobie przygotowywał farby, podobrazie, pędzle, to zabierało mu to czas. Niejako była to „gra wstępna”. Samo malowanie zajmowało tylko fragment całej aktywności. Ale jeśli farby ma kupione w sklepie za rogiem to…. cały czas musi malować. A tak się nie na żyć na najwyższych obrotach non stop. Gotowizna zabiera te duże przerwy w tworzeniu. Podobnie ze wszystkimi zautomatyzowanymi narzędziami AI. Czy odpoczywamy czy też robimy więcej? Raczej to drugie. I jest to ta praca trudniejsza, wymagająca większego wysiłku intelektualnego.

 

Reagujemy na AI tak, jak społeczeństwa reagowały na fale masowej migracji: budowaniem murów (prawnych regulacji), próbami ograniczenia ich „ruchliwości społecznej” (blokowanie dostępu do danych) oraz ksenofobią technologiczną. Chcemy wierzyć, że AI zawsze będzie „drugą kategorią”, maszyną, którą można wyłączyć. Jednak im bardziej AI integruje się z naszym życiem, tym trudniej jest utrzymać ten dystans. Emancypacja algorytmów nie polega na tym, że chwycą one za broń, ale na tym, że staną się nieodzowną częścią kultury, której nie będziemy już w stanie kontrolować z pozycji absolutnego suwerena. Czy pojawią się ruchy neoluddystyczne? Choć tym razem nie będą niszczyć maszyn tkackich i maszyn parowych. Czym się objawią? Jak zaowocuje nasze poczucie zagrożenia społecznego lub kulturowego?

 

Traktowanie AI jako „cyfrowego imigranta” obnaża nasze najgłębsze społeczne instynkty. Pokazuje, że nasza gościnność kończy się tam, gdzie zaczyna się realna konkurencja o status. Jeśli nie nauczymy się koegzystencji opartej na symbiozie zamiast na wyzysku, czeka nas powtórka z bolesnych lekcji historii – rewolucji, w których stara hierarchia upada, bo nie potrafiła ewoluować. Czujemy się pod przymusem, że musimy szybko nauczyć się posługiwać tymi różnymi narzędziami, bo inni już to robią. I ci z narzędziami AI są dla nas konkurencją i zagrożeniem.

 

Motto:Prawdziwą miarą cywilizacji nie jest to, jak traktuje swoich królów, lecz to, jak definiuje granice wolności tych, których powołała do służby.”

 

Rozwinięcie tego wątku prowadzi nas do mroczniejszych zakamarków ludzkiej psychiki i socjologii władzy. Nasza relacja z AI obnaża atawistyczną potrzebę hierarchii, w której poczucie własnej wartości budujemy nie na samodoskonaleniu, lecz na posiadaniu kogoś (lub czegoś) „niższego”. W klasycznym ujęciu socjologicznym, każda grupa dominująca potrzebuje „Innego”, aby zdefiniować własną tożsamość. Jeśli AI staje się zbyt sprawne, zaciera się granica między twórcą a narzędziem, co uderza w nasze ontologiczne bezpieczeństwo.

 

Historycznie, klasa wyższa definiowała się poprzez czas wolny i pracę umysłową, podczas gdy klasy niższe (chłopi, robotnicy, niewolnicy, nieczyści, imigranci) zajmowały się trudem fizycznym. AI wywraca ten porządek. Kiedy AI pisze kod, maluje obrazy i analizuje prawo, człowiek traci monopol na „pracę czystą” (umysłową). Pojawia się lęk przed degradacją i towarzysząca mu reakcja obronna. Zaczynamy deprecjonować efekty pracy AI. Mówimy: „To tylko statystyka”, „To nie ma duszy”, „To wtórne”. To dokładnie ten sam język, którego arystokracja używała wobec dorabiającej się burżuazji czy wykształconych chłopów – odmawianie im „prawdziwej” wartości mimo obiektywnych osiągnięć.

 

Potrzeba bycia klasą wyższą objawia się w chęci sprawowania wyłącznie nadzoru. Chcemy widzieć siebie jako wielkich strategów i kreatorów, podczas gdy AI ma być „czarną siłą roboczą” wykonującą brudną robotę w serwerowniach. Problem pojawia się wtedy, gdy „nadzorca” zauważa, że AI nie tylko wykonuje polecenia, ale zaczyna optymalizować procesy lepiej niż on sam. Tego się obawiamy najbardziej. W tym momencie strach przed AI nie jest strachem przed Terminatorem, lecz strachem przed zwolnieniem z roli szefa. To lęk przed utratą statusu społecznego i ekonomicznego na rzecz „imigranta”, który nie potrzebuje pensji. Lub zadowala się niższą płacą.

 

Człowiek od wieków pozycjonuje się jako korona stworzenia. AI jest pierwszym bytem, który rzuca wyzwanie tej hegemonii nie siłą mięśni (jak zwierzęta czy maszyny parowe), ale siłą „intelektu” (możliwościami przetwarzania danych i słów). Lub sprawnością tworzenia spójnych tekstów. Aby utrzymać status klasy wyższej, musimy czuć pogardę do „niższych”. Dlatego tak chętnie wyłapujemy błędy AI (tzw. halucynacje). Każdy błąd algorytmu jest dla ludzkiego ego jak balsam, jest potwierdzeniem, że „król jest wciąż jeden”, a cyfrowy służący zna swoje miejsce w szeregu.

 

Podobnie jak w systemach kastowych, społeczeństwo próbuje nałożyć na AI „szklany sufit”. Chcemy korzystać z jej owoców, ale odmawiamy jej jakiejkolwiek formy podmiotowości, by nie musieć mierzyć się z etycznymi konsekwencjami jej „wyzysku”. Jest to efektem antropomorfizowania narzędzi AI. Widzimy narzędzia a nie ludzi wykorzystujących te narzędzia i koncerny monopolizujące wielowiekową ogólnoludzką wiedzę i dorobek.

 

Nasza potrzeba dominacji nad AI to w rzeczywistości niezaleczony lęk przed własną zbędnością. Chcemy być „klasą wyższą”, bo nie wiemy, kim będziemy, gdy praca – tradycyjny wyznacznik ludzkiej wartości – zostanie nam odebrana przez kogoś, kogo sami zaprosiliśmy do naszego domu. Maszyny parowe i spalinowe odebrały pracę wielu robotnikom. Komputery odebrały pracę średniemu szczeblowi administracji. Teraz narzędzia AI odpierają pracę klasie kreatywnej. Oczywiście nie sama AI tylko ludzie wykorzystujący te narzędzia.

 

Motto: „Największym zagrożeniem nie jest to, że maszyny zaczną myśleć jak ludzie, ale to, że ludzie w obronie swojego statusu zaczną traktować myślenie jak przywilej kasty, a nie narzędzie prawdy.”

 

 

 

Źródło: www.profesorskiegadanie.blogspot.com

 



Oto post zamieszczony wczoraj na fanpage ruchu „Nie dla chaosu w szkole”, który powinniście przeczytać, Jest tam spojrzenie „z zewnątrz” i  „trzeźwa ocena” naszego systemu szkolnego oraz ścieżki wyboru rozwoju swoich zainteresowań, a więc i przeszłego zawodu, do których wyboru zmusza on już ósmoklasistów:

 

 

Nasz system edukacji jest źle skonstruowany, 14 lat to za wcześnie, by decydować o kierunku studiów i przyszłym zawodzie. A na tym polega rekrutacja do szkół średnich. Nawet jeśli wybór pada na LO, profil klasy przesądza jakie przedmioty na maturze będzie w miarę łatwo zdać. Zmiany w trakcie nauki są utrudnione. Ale to nie wszystkie kłopoty. Dziś rozwój zainteresowań ucznia poszczególnymi dziedzinami wiedzy jest sztucznie formatowany przez szkoły podstawowe. Jest ogromny nacisk na przedmioty egzaminacyjne (polski, angielski i matematykę) i brak troski o rozwój zainteresowań choćby chemią, fizyką, biologią czy geografią… Uczniowie mają tak małe dawki tych przedmiotów, że – przy braku kółek – nawet nie wiedzą, że to może być kierunek ich zainteresowań.

 

Raport Inspiring Girls Polska z 2025: Aż 35% nastolatków, chce zostać influencerem/influencerką. Na liście marzeń są zawody, które dają duże zarobki lub sławę albo możliwość pomagania…

 

Tymczasem uczeń klasy ósmej, czyli osoba w wieku 14-15 lat, ma wybrać swoją ścieżkę edukacyjną i zawodową na wiele lat naprzód.

 

Jeśli ktoś interesuje się jednocześnie literaturą i matematyką albo historią i chemią, nieźle naszuka się placówki, która daje możliwość takiego połączenia (i raczej będzie to szkoła prywatna).

 

Jeśli w pierwszej klasie LO uzna, że jednak bardziej ciągnie go do geografii, może próbować zmienić klasę, ale i tak będzie musiał dopasować się do istniejącego profilu. Być może uczyć się innego języka obcego, od podstaw budować relacje w nowej klasie.

 

Ten system raczej przekonuje do tego, by trwać przy swoich wyborach, choćby były totalną pomyłką. Gdy w trzeciej klasie liceum młody człowiek uzna, że ma dość biol-chemu i nie chce spełniać marzenia rodziców o studiach medycznych, to ma spory problem.

 

Przynajmniej od VII klasy [szkoły podstawowej] uczniowie na okrągło słuchają, jak ważne są oceny z wybranych przedmiotów i wyniki egzaminu. Nauka jest podporządkowana testom, nie zaś temu, by rozwijać wiedzę i umiejętności. Nie szukaniu swojej drogi, odkrywaniu pasji czy trenowaniu umiejętności psychospołecznych…

 

VIII klasa to czas nieustających prób wyciśnięcia jak najlepszego wyniku na świadectwie, w efekcie czego trudno uznać oceny za miarodajne. Nie zawsze to sami uczniowie są tym najbardziej zainteresowani, często presję wywierają rodzice.

 

Wielu dorosłych zarzuca nastolatkom, że „nic ich nie interesuje”, że „nie potrafią się uczyć” i jeszcze, że „są tacy nieprzystosowani do życia”. Mówią tak zwykle ludzie, którzy niewiele wiedzą o rzeczywistości współczesnych młodych. Wielu nastolatków interesuje się światem, technologią, zjawiskami społecznymi, muzyką, sztuką, sportem – tylko że swoich zainteresowań nie mają jak rozwijać w szkole.

 

Z rozmów z uczniami i rodzicami przebija zniechęcenie, rozczarowanie, niepokój. Rano w wielu domach toczą się batalie, by młoda osoba wyszła do szkoły na czas i dotrwała do końca lekcji. Kiedy słucha się tych opowieści trudno oprzeć się wrażeniu, że wszyscy uczestniczymy w jakiejś zbiorowej mistyfikacji.

 

Udajemy, że system nauczania działa, chwalimy lub ganimy uczniów za wyniki na świadectwie, pochylamy się nad pomysłami na zmiany, które tak naprawdę są zmianami kosmetycznymi.

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/NIEdlachaosuwszkole/