
Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'
Na „Portalu dla edukacji” zamieszczono dzisiaj tekst, będący syntezą jednego wątku wywiadu z ministra Barbarą Nowacką, opublikowanego na stronie dziennika „Rzeczpospolita”. Jest on zapisem nagrania, zapisanego w podcaście „Szkoła na nowo”. Oto fragment tekstu z „Portalu dla edukacji” oraz link na stronę „Rzepy”:
Screen z zapisu w podcaście „Szkoła na nowo”, który można obejrzeć TUTAJ
Rząd zamiesza w wynagrodzeniach. Przygotowywane są różne modele obliczania pensji nauczycieli
[…]
Ministra edukacji Barbara Nowacka pytana była w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” m.in. o zarobki nauczycieli i kwestię systemowej zmiany ich wynagradzania. Oświadczyła, że MEN prowadzi zaawansowane rozmowy z resortem finansów w sprawie zmiany systemu wynagradzania nauczycieli. Zapewniła, że rozwiązanie zapewni stabilność wzrostu płac.
Podkreśliła, że nauczyciele muszą zarabiać dobrze. – To jest zawód prestiżowy, dlatego ich pensje powinny rosnąć z roku na rok. Ale dla mnie jest szalenie istotne, by powiązać wzrost wynagrodzeń nauczycieli ze wskaźnikami gospodarczymi. I doprowadzimy tę zmianę do skutku – powiedziała Nowacka. – To zobowiązanie zarówno moje, jak i premiera Donalda Tuska. Nie chcemy, by pensje w szkołach były zależne od władzy – dodała.
Zapytana o to, z jakimi wskaźnikami powiązane zostaną wynagrodzenia nauczycieli i czy będzie to propozycja, którą złożył w Sejmie Związek Nauczycielstwa Polskiego, powiedziała, że resort szykuje rozwiązanie, które będzie wskazywało pewnie trochę inne wskaźniki, ale z pewnością da stabilność wzrostu pensji.
– Jesteśmy obecnie w trakcie zaawansowanych rozmów z Ministerstwem Finansów, przygotowywane są różne modele obliczania nauczycielskich pensji. Nie boimy wyzwań. Przecież podwyżki wynagrodzeń nauczycieli w 2024 r. – tak wiem, że minęły już dwa lata – wyniosły aż 30 proc. I jest też tego efekt uboczny – 40 proc. nauczycieli znalazło się w drugim progu podatkowym – zaznaczyła.
Dodała, że ma nadzieję na to, że niedługo będą gotowi te rozwiązania przedstawić. […]
Cały tekst „Rząd zamiesza w wynagrodzeniach. Przygotowywane są różne modele obliczania pensji nauczycieli”
– TUTAJ
Zapis wywiadu Janny Ćwiek-Śwideckiej z min. Barbarą Nowacką, zatytułowanego „Barbara Nowacka: Żałuję, że edukacja zdrowotna nie jest przedmiotem obowiązkowym” – TUTAJ
Oto „jeszcze ciepły”, zamieszczony dzisiaj przez prof. Stanisława Czachorowskiego na jego blogu post, który – bez skrótów – publikuję poniżej – z oczywistego powodu: to szansa na poszerzenie swej wiedzy oraz spojrzenie z punktu widzenia biologa na sztuczną inteligencję i jej rolę w ewolucji gatunku homo sapiens:
Ewolucja ludzkiej współpracy w czasach AI
Ewolucja współpracy jest jednym z najbardziej znaczących procesów w historii naszego gatunku. Człowiek nie wygrał z innymi gatunkami siłą fizyczną ani szybkością, lecz zdolnością do tworzenia stabilnych, koordynowanych i współpracujących grup. Mechanizmy takie jak altruizm odwzajemniony, reputacja, sankcje społeczne czy wspólne normy kulturowe pozwoliły budować wspólnoty większe niż bezpośrednia rodzina. W tym kontekście hipoteza Robina Dunbara opisuje nie tylko limit relacji, lecz granicę efektywnej współpracy opartej na zaufaniu i znajomości kontekstu.
W małych grupach łowiecko-zbierackich współpraca była „wysokiej rozdzielczości”: twarzą w twarz, z pełnym dostępem do sygnałów niewerbalnych, z natychmiastową informacją zwrotną. To właśnie do takich warunków społecznych wyewoluował nasz biologiczny mózg. Mechanizmy kontroli społecznej takiej jak plotka, reputacja, obserwacja – były skuteczne, bo każdy znał każdego. Nasz społeczny mózg „ogarniał całość”. Wraz z rozwojem rolnictwa i późniejszych form organizacji społecznej, pojawiła się potrzeba skalowania współpracy poza krąg bezpośrednich więzi. Nasza horda poszerzała się na plemię a potem jeszcze bardziej, np. naród. A biologiczne podłoże, czyli nasz mózg, pozostawało takie samo. Odpowiedzią stały się instytucje, prawo, religia, biurokracja – narzędzia, które pozwalały koordynować działania w populacjach znacznie przekraczających liczbę Dunbara (o tej liczbie więcej w poprzednim tekście).
Sztuczna inteligencja wpisuje się w ten długi proces skalowania współpracy, ale wprowadza jakościową zmianę. Po raz pierwszy w historii do systemu kooperacyjnego włączony zostaje aktor nieludzki (jeśli pominiemy towarzyszące nam zwierzęta, np. takie jak psy), zdolny do przetwarzania ogromnych ilości informacji i wspierania decyzji w czasie rzeczywistym. AI może analizować reputację, przewidywać zachowania, optymalizować podział zasobów, wykrywać konflikty zanim staną się jawne. Z perspektywy teorii gier oznacza to zwiększenie przejrzystości interakcji i potencjalne ograniczenie oportunizmu. Potencjalny skok ewolucyjny jest duży, tak jak w przypadku symbiogenezy (integracji gatunków w większy układ na drodze symbiozy).
Jednocześnie pojawia się napięcie między skalą a głębokością relacji. Ewolucyjnie wykształcone mechanizmy współpracy opierają się na emocjach: empatii, poczuciu sprawiedliwości, wstydzie, dumie. AI może wspierać koordynację, lecz nie doświadcza tych stanów. Gdy decyzje kooperacyjne są coraz częściej mediowane przez algorytmy, relacje między ludźmi mogą ulec formalizacji. Współpraca staje się efektywna, lecz potencjalnie bardziej transakcyjna. Odbieramy informacje wielokanałowo, nie tylko przez treść języka ale także przez język ciała i kontekst sytuacyjny, intonację głosu itp. A tego wszystkiego brakuje w kontaktach za pośrednictwem urządzeń ekranowych.
Istotne jest również to, że AI zmienia środowisko reputacyjne. W małych grupach reputacja była tworzona przez bezpośrednie obserwacje i narracje. Treść uzupełniana był kontekstem i językiem ciała. Dziś jest agregowana przez systemy ocen, algorytmy rekomendacyjne i analitykę danych. Trochę jak zewnętrzna, pozamózgowa intuicja (nieświadome przetwarzanie danych). To może zwiększać przejrzystość, ale też prowadzić do nadmiernej standaryzacji i redukcji człowieka do mierzalnych wskaźników. Mechanizm, który ewolucyjnie służył stabilizowaniu współpracy, zostaje przeniesiony do infrastruktury cyfrowej.
Kolejnym aspektem jest przebodźcowanie. Ewolucja przygotowała nas do funkcjonowania w relatywnie stabilnym środowisku społecznym, gdzie liczba interakcji była ograniczona. Wraz ze wzrostem liczby kontaktów w nowoczesnych, przegęszczonych społecznościach spotykamy wzrokiem jednego dnia więcej osób niż nasi przodkowie w ciągu całego życia. Czy to na ulicy, w metrze, czy to na ekranach. Współczesne środowisko cyfrowe generuje nieustanny strumień sygnałów. To może osłabiać zdolność do selektywnego inwestowania w relacje, a tym samym podkopywać fundamenty zaufania. Współpraca wymaga nie tylko informacji, ale także czasu na jej przetworzenie i osadzenie w kontekście emocjonalnym. Nie da się zagadać do każdego przechodnia, mijanego na ulicy. Ani tym bardziej do każdej postaci z ekranu. To jest ponad nasze biologiczne możliwości przetwarzania. Przynajmniej na razie.
Można więc mówić o trzech kierunkach ewolucji współpracy w kontekście AI.
Po pierwsze, rozszerzenie skali – algorytmy umożliwiają koordynację działań w ogromnych sieciach. W tak dużych grupach jeszcze nigdy w swej historii Homo sapiens nie funkcjonował. Ani nasze mózgi.
Po drugie, przesunięcie ciężaru z relacji osobistych na relacje systemowe. Zaufanie do osób częściowo zastępowane jest zaufaniem do infrastruktury (może dlatego internetowy hejt jest tak dla nas niszczący?). A tu już trudniej nam odróżniać prawdę od fałszu, wiarygodność od oszustwa.
Po trzecie, jest jeszcze ryzyko erozji głębokiej kooperacji, jeśli uwaga i zaangażowanie zostaną rozproszone przez nadmiar bodźców. Nasz duży, społeczny mózg wyewoluował do obsługi większej liczby kontaktów (jeśli porównamy do szympansów, goryli i najpewniej także Neandertalczyków).
Przez setki tysięcy lat ten nasz paleolityczny mózg był wystarczający. Ale jeszcze przed epoką AI i ekranowych mediów, zaczęliśmy żyć w znacznie większych społecznościach. To tak jakby to zakupowej torby zacząć wkładać większe niż zazwyczaj zakupy. Po prostu się nie mieści. W tym kontekście technologia jest i szansą i zagrożeniem. Szansą, bo pozwala „ogarnąć” znacznie większą liczbę interakcji społecznych. I zagrożeniem – bo nie wiemy co z tego wyniknie.
Kluczowe pytanie nie brzmi więc, czy AI zwiększy efektywność współpracy, bo to już się dzieje, ale czy pozwoli nam zachować jej ewolucyjny rdzeń: wzajemność, odpowiedzialność i poczucie wspólnoty. Jeśli technologia stanie się jedynie narzędziem wspierającym ludzkie relacje, może wzmocnić współpracę ponad biologiczne ograniczenia skali. Jeśli jednak zastąpi relacyjne fundamenty czystą optymalizacją, to wtedy grozi nam współpraca wydajna, ale płytka i powierzchowna.
W tym sensie AI jest kolejnym etapem ewolucji środowiska społecznego człowieka. Nie zmienia ona naszej biologii, lecz zmienia kontekst, w którym ta biologia działa. Od sposobu, w jaki zaprojektujemy relację między człowiekiem a algorytmem zależy, czy współpraca stanie się bardziej inkluzywna i stabilna, czy bardziej fragmentaryczna i podatna na przeciążenie poznawcze.
Pamięć zewnętrzna, zlokalizowana poza naszym mózgiem, nie pojawiła się dopiero teraz, w epoce smartfonów z AI. Już wcześniej krążyła w konektywnie połączonych relacjami mózgach w postaci intersubiektywności. Czyli w mitach, legendach, historii, pamięci zbiorowej ułożonej w narracjach. Potem ta intersubiektywność byłą zapisywana na papierze. Jeszcze później na taśmach i dyskach. A teraz właśnie w chmurze. I co ciekawe, jest ona samoistnie przetwarzana w sieciach neuronowych LLMów i różnego rodzaju systemów AI. Gdybyśmy się tylko zatrzymali w biologicznych ograniczeniach, to moglibyśmy spodziewać się ewolucji coraz większych mózgów. Taka koncepcja pojawiła sie w połowie wieku XX w postaci Homo sapientissimus. Ale biologiczne ewolucja trwałaby dużo dłużej. Dzięki interakcji z urządzeniami i pamięcią zewnętrzną, czyli swoistej symbiozie naszych organizmów z technologią, ten postęp ewolucyjny może zachodzić znacznie szybciej. Już nie tylko holobiont lecz holotechnobiont. [Neologizm łączący koncepcję biologiczną z technologiczną – WK] Z punktu widzenia filozoficznego i biologicznego to niesłychanie frapujące zagadnienie. Coś niezwykłego w ziemskiej filogenezie dzieje się na naszych oczach.
W ciekawych czasach żyjemy. Doświadczamy tego, co nawet filozofom się nie śniło. To znaczy śniło, np. noosfera Teilharda de Chardin. A przecież nie był on jedynym wybiegającym myślami daleko w przyszłość. Ale te filozoficzne mrzonki wydawały się nam zbyt odległe, by się na dłużej nad nimi pochylić.
Źródło: www.profesorskiegadanie.blogspot.com/
Dzisiaj na stronie Radia Z zamieszczono tekst Aleksandry Puculek o aktualnej sytuacji w sprawie ostatecznej decyzji o pracach domowych uczniów – będą czy nie będą. Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji:
Prace domowe wrócą do szkół? Sprawdziliśmy, co z wyczekiwanymi rekomendacjami ekspertów
W ciągu najbliższych dwóch tygodni mają być gotowe rekomendacje ekspertów w sprawie prac domowych – dowiaduje się RadioZET.pl. To m.in. od tych opinii MEN uzależniało ewentualne zmiany w zasadach dotyczących zadawania uczniom ćwiczeń do domu.
Instytut Badań Edukacyjnych pierwsze rekomendacje dotyczące prac domowych przedstawił pod koniec października. Ale szybko je usunął. Jako jedną z ekspertek współtworzącą te zasady wskazano bowiem Danutę Kozakiewicz, dyrektorkę SP nr 103 w Warszawie. Ta jednak poinformowała, że brała udział tylko w dwóch spotkaniach na temat wprowadzonych ograniczeń i zaprzeczyła tworzeniu rekomendacji, z którymi zresztą w większości się nie zgadzała.
Po jej proteście dyrektor instytutu zapowiedział „powtórzenie procedury”. Oświadczył, że decyzja ta jest efektem „uzyskania informacji o niezgodnym ze standardami Instytutu sposobie procedowania projektu” i przeprosił ekspertów za zaistniałą sytuację.
Temat ucichł. Co teraz się dzieje z rekomendacjami, które – według pierwszych komunikatów MEN – miały być dostępne jesienią? – Jesteśmy już po ponownych spotkaniach zespołu ekspertów. Wszyscy przedstawili tam swoje pomysły, propozycje. Teraz czekamy na zatwierdzenie przez ekspertów dokumentu z rekomendacjami oraz na ewentualne poprawki i dodatkowe uwagi od nich – mówi w rozmowie z RadioZET.pl Ryszard Kamiński, rzecznik prasowy IBE.
Jak się dowiedzieliśmy, dokument nie będzie zawierał tym razem jednego konkretnego katalogu rekomendacji. Jeśli eksperci będą mieli odrębne opinie i różne zdania na dany temat, a takie się pojawiały w trakcie spotkań zespołu, to zostaną one uwzględnione w raporcie. Kiedy go poznamy? – Wszystko zależy od tego, jak szybko uda nam się uzyskać ostateczne potwierdzenie od ekspertów przedstawionej wersji dokumentu. Staramy się to zrobić jak najszybciej. Mam nadzieję, że to jest kwestia najbliższych dwóch tygodni – mówi nam rzecznik IBE.
[…]
Dyrektorka przypomina tu zresztą, że wszystkie materiały dotyczące oceny sytuacji już dawno są dostępne. Chodzi m.in. o raport IBE, z którego wynika, że nauczyciele wyraźnie domagają się prawa do zadawania prac domowych i oceniania ich. Podobne głosy płyną od uczelni i naukowców, którzy powtarzają, że należy powtarzać przedstawiony na zajęciach materiał, a inna sytuacja jest nie do przyjęcia. Pod wpływem tych opinii MEN ewidentnie nieco złagodziło przekaz na temat zadawania prac domowych. Przedstawiciele MEN pytani o tę kwestię podkreślają często, że prace domowe wciąż można zadawać. – Ale potrzebujemy jasnego komunikatu, że wydanie tego rozporządzenia było błędem. W tej chwili trzeba się z tego błędu wycofać i wprowadzić zmianę – uważa Danuta Kozakiewicz. […]
MEN po wielu krytycznych głosach od nauczycieli zlecił IBE przygotowanie raportu na temat skutków wprowadzonych zmian. Zapowiedziano też, że to od jego wyniku, a także rekomendacji ekspertów i ocen z egzaminów ósmoklasisty zostaną podjęte decyzje w sprawie prac domowych. Z liczącego ponad 200 stron dokumentu wynika, że tylko niespełna 10 proc. nauczycieli uważa, że zmiany były korzystne dla uczniów i uczennic. Zdecydowana większość szkolnej kadry bije na alarm: uczniowie gorzej utrwalają materiał, są mniej samodzielni, zaangażowani i zmotywowani – wyliczono w raporcie.
Cały tekst „Prace domowe wrócą do szkół? Sprawdziliśmy, co z wyczekiwanymi rekomendacjami ekspertów”
– TUTAJ
Źródło:www.wiadomosci.radiozet.pl
Bardzo ciekawe informacje o alternatywie do Rankingu „Perspektyw” zawarła w swoim tekście Magdalena Konczal, który dzisiaj został zamieszczony na portalu „Strefa Edukacji”. Oto jego fragmenty i link do pelnej wersji:
Nowe narzędzie dla uczniów. Sprawdza szkoły „od środka”
Powstało narzędzie, które ma pomóc ósmoklasistom sprawdzić realne warunki panujące w szkołach – od atmosfery i relacji z nauczycielami po czas nauki po lekcjach i koszty korepetycji. Autorzy rozwiązania przekonują, że wybieranie liceum wyłącznie po wskaźniku zdawalności matury to dziś „gra na loterii”, a w czasach AI coraz większe znaczenie mają też dobrostan uczniów i kompetencje przyszłości.
W styczniu opublikowano Ranking Liceów 2026 Perspektyw. Jak podkreślają jego twórcy, „Kryteria Rankingu Liceów 2026 są te same, co w ubiegłych latach”. Oznacza to, że nadal dominują wskaźniki oparte o wyniki matur i olimpiad zatwierdzonych przez MEN.
– Takie rankingi szkół nie przystają do wyzwań współczesności. Promują edukację w przestarzałej formule, gdzie dominuje wiedza. W erze AI potrzebujemy szkoły w równym stopniu stawiającej na sprawczość, kompetencje miękkie czy dobrostan uczniów – mówi Marcin Bruszewski, Założyciel Fundacji Zwolnieni z Teorii.
Z publicznie dostępnych podsumowań obrad Kapituły Perspektyw ma wynikać, że autorzy rankingu widzą problem, ale barierą mają być dane. Twórcy rankingu wskazują, że „wszystkie rankingi Perspektyw oparte są na obiektywnych i mierzalnych danych, które pochodzą ze źródeł zewnętrznych”.
– Od lat rozmawiamy z autorami Rankingu Perspektyw o nowych kryteriach uwzględniających kompetencje przyszłości. Rozumiemy, że z ich punktu widzenia nie jest to łatwe, ale wciąż trzymamy za nich kciuki – zaznacza Bruszewski. I dodaje: – Świat nie będzie czekać. Potrzebujemy, by za rewolucją AI w gospodarce poszły realne zmiany w szkołach. Podstawa programowa nie wystarczy. Ważne, jak postrzegamy to, czym jest sukces ucznia w szkole.
72% uczniów kieruje się opiniami o atmosferze w szkole przy wybieraniu liceum. W 2026 roku liczą się też m.in. relacje między uczniami i nauczycielami, to, jak często dana szkoła jest polecana przez rówieśników (Net Promoter Score), liczba godzin nauki po zajęciach oraz średnie wydatki na korepetycje.
Jak wynika z analiz Stowarzyszenia Świadomie Wybieram – wybór szkoły spoza czołówki najpopularniejszego rankingu może oznaczać mniejsze wydatki na korepetycje: nawet ponad 19 tys. zł w ciągu 4 lat nauki.
[…]
Stworzono rozwiązanie, które ma pomagać dopasować szkołę do potrzeb ucznia, biorąc pod uwagę więcej niż wyniki egzaminów. Jak mówi Wiktor Stanisławek, założyciel i Prezes Stowarzyszenia Świadomie Wybieram: – Ale to już przeszłość. Stowarzyszenie Świadomie Wybieram stworzyło alternatywną, dedykowaną platformę online. Już ponad 240 tysięcy uczniów wybrało z nami szkołę, sprawdzając m.in., ile godzin trzeba uczyć się dodatkowo, po zajęciach, średnie wydatki na korepetycje, jakie są relacje między uczniami i nauczycielami, na ile szkołę polecają sami uczniowie, oraz 12 innych niedocenianych kryteriów – zaznacza Stanisławek.
W praktyce uczeń ma ustawiać ważność kryteriów „suwakami”, a algorytm podpowiadać wyniki. – System działa, dzięki zbadaniu ponad 42 tysięcy uczniów szkół średnich – liceów, techników, szkół branżowych, których opinie zasilają nasz system. Każda placówka może bezpłatnie zbadać swoich uczniów w mniej niż 2 godziny dzięki naszym systemom ankietowym i otrzymać raporty wspierane Sztuczną Inteligencją – mówi Wiktor Stanisławek, założyciel i Prezes Stowarzyszenia Świadomie Wybieram.[…]
Cały tekst „Nowe narzędzie dla uczniów. Sprawdza szkoły ‘od środka’ ” – TUTAJ
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Gdy wczoraj przeczytałem „jeszcze ciepły” post na fb-profilu Zyty Czechowskiej, od razu wiedziałem, że musi on zaistnieć, choćby we fragmentach, na „Obserwatorium Edukacji”. I oto realizacja tego wczorajszego postanowienia:
Długo się zastanawiałam czy napisać ten artykuł, bo czytam ile budzi emocji ten temat, czasami niezrozumienia i hejtu!
Będzie długo…
Ostatnio czytam wiele artykułów. Trafiam na wpisy rodziców, nauczycieli, komentarze pod tekstami, a także na relacje z protestów i debat o szkole. W tych głosach jest dużo emocji. Dużo napięcia. Często bezradność, czasem złość, bardzo często lęk.
Rodzice piszą, że się boją. O poziom nauki. O tempo pracy w klasie. O to, czy ich dziecko dostanie wystarczająco dużo uwagi. Czy nie „straci”, kiedy nauczyciel musi podzielić swój czas między tak wiele różnych potrzeb.
Nauczyciele mówią, że jest im coraz trudniej. Że klasy są bardzo zróżnicowane, że oczekiwania rosną, a możliwości systemowe nie zawsze za nimi nadążają. Że próbują, ale nie zawsze wiedzą jak pogodzić potrzeby wszystkich dzieci naraz.
I myślę sobie, że w tym wszystkim jest coś bardzo wspólnego. Strach.
A strach budzi silne emocje. To naturalne. Każdy rodzic chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Każdy nauczyciel chce dobrze uczyć. Każdy chce mieć poczucie, że robi to, co słuszne. Nie jest niestety łatwo, jest bardzo ciężko!
Mam też swoją perspektywę. Nie idealistyczną. Nie uważam, że jest fantastycznie. Widzę braki systemu, zmęczenie nauczycieli, napięcie rodziców. Widzę chaos, w którym wszyscy próbują się odnaleźć. Ale widzę też coś jeszcze. Widzę dzieci.
I wiem, że dzieci funkcjonujące w normie intelektualnej nie mogą po prostu „pójść gdzieś indziej”, np. do szkół specjalnych. One są takimi samymi dziećmi jak wszystkie pozostałe. Do szkół specjalnych uczęszczają dzieci z niepełnosprawnością intelektualną, ale wszyscy uczniowie mają takie samo prawo do edukacji, do bycia w grupie, do budowania relacji, do dorastania w społeczeństwie, które jest różnorodne, bo świat właśnie taki jest.
O edukacji specjalnej i włączającej przeczytasz: https://nodnzytaczechowska.pl/szkoly-specjalne-i…/
Nigdy wcześniej dzieci nie miały tak różnej rozpiętości skrzydeł.
W jednej klasie spotykają się dziś dzieci bardzo zdolne i takie, które uczą się wolniej. Dzieci wysoko wrażliwe i te, które potrzebują silnych bodźców, by cokolwiek poczuć. Dzieci z diagnozami i bez nich, ale z realnymi trudnościami. Dzieci spokojne i impulsywne. Dzieci, które świetnie czytają emocje, i takie, które dopiero się tego uczą. Każde z nich przychodzi do szkoły ze swoim światem. Z tempem, którego nie da się przyspieszyć rozkazem. Z wrażliwością, której nie da się wyłączyć. Z możliwościami, których nie da się porównać linijką.
[…]
Na koniec wraca do mnie bardzo praktyczne pytanie, które pojawia się w rozmowach z nauczycielami i dyrektorami: czy my tu i teraz, w realiach, które mamy możemy zrobić coś więcej? Bo oczywiście idealnie byłoby gdyby klasy były mniej liczne (10-15 osobowe), w każdej klasie pracowało po dwóch nauczycieli…
Myślę jednak, że tak. I że wcale nie zawsze muszą to być rozwiązania systemowo rewolucyjne. Na pewno warto tworzyć systemowo mniej liczebne klasy na cito, już możliwe rozwiązanie, czyli klasy integracyjne tam, gdzie jest to możliwe. Takie przestrzenie, w których różnorodność nie jest przypadkiem, lecz świadomie zaplanowaną strukturą z odpowiednim wsparciem.
Możemy też otwierać w szkołach oddziały specjalne czy klasy terapeutyczne, by część uczniów miała dostęp do bardziej dopasowanych warunków pracy, bez konieczności całkowitego wyłączania ich ze społeczności szkolnej. Mamy również narzędzia, z których mam wrażenie wciąż korzystamy zbyt rzadko albo zbyt ostrożnie. Na podstawie zapisów w IPET możliwe jest wyodrębnienie dla uczniów z orzeczeniem zajęć w małych grupach, do pięciu osób, a nawet w formie indywidualnej bez konieczności uruchamiania kolejnych opinii czy procedur. Podobnie zindywidualizowana ścieżka kształcenia jest rozwiązaniem, które już istnieje w systemie i które realnie może odciążyć zarówno dziecko, jak i klasę.
Warto korzystać z tego, co już mamy dostępne i nie bać się tego. Bo często największą barierą nie są przepisy, lecz obawa, że „to za dużo”, „że się nie da”, „że nie ma środków”. A przecież jeśli tylko jest taka możliwość, zatrudniajmy nauczycieli współorganizujących kształcenie i nie obniżajmy im liczby godzin wyłącznie z powodów oszczędnościowych.Nauczyciel, który jest w klasie pięć godzin tygodniowo, choć mógłby być dwadzieścia, nie ma szans być tak efektywny, jak mógłby. Nie zdąży zbudować relacji, poznać dynamiki grupy, wesprzeć uczniów w momentach, kiedy wsparcie jest naprawdę potrzebne. A w pracy z różnorodnością to właśnie obecność i ciągłość są kluczowe. Może więc zamiast pytać wyłącznie, co system powinien zmienić dla nas, warto też zapytać, co my w ramach tego, co już istnieje możemy uruchomić odważniej, szerzej, mądrzej.
Bo każde dodatkowe wsparcie, każda mniejsza grupa, każda godzina więcej obecności dorosłego w klasie to kolejny podmuch w czyjeś skrzydła.
A tych skrzydeł, jak wiemy, nigdy wcześniej nie było tak wiele i tak różnych.
Cały artykuł znajdziesz – TUTAJ
Cały post Zyty Czechowskiej na jej fb-profilu – TUTAJ
W minioną sobotę, na portalu „Edunews” zamieszczono informację o wystąpieniu Jarosława Pytlaka na konferencji INSPIR@CJE 2025, która odbyła się… w dniach 25-26 października 2025 w Warszawie. Skoro redaktor naczelny tego portalu – Marcin Polak – uznał, że należy to przypomnieć właśnie teraz, to i ja postanowiłem zamieścić ten tekst oraz plik z zapisem wystąpienia kolegi Pytlaka:
Dzikie pola w debacie o polskiej oświacie
Edukacja w Polsce to kraina piękna, zróżnicowana, o ogromnym potencjale rozwoju i zasobności, ale jednocześnie mocno zaniedbana. Jest trochę takimi Dzikimi Polami, jakie pamiętamy z trylogii Sienkiewicza. Znajduje się na pograniczu stref wpływów różnych, wielkich sił politycznych i społecznych, co powoduje, że jej rozwój kuleje, nie jest przewidywalny i stabilny.
Podczas INSPIR@CJI 2025 Jarosław Pytlak zauważył, że jego zdaniem edukacja w Polsce w przeszłości funkcjonowała lepiej i miała większe znaczenie dla społeczeństwa, żeby wspomnieć choćby takie zmiany jak likwidacja analfabetyzmu, upowszechnienie wykształcenia szkolnego – prowadzące do awansu społecznego wielu ludzi, czy – od strony przygotowania zmian w szkołach – opieranie nowych koncepcji jednak na badaniach naukowych (vide tzw. raport Kupisiewicza).
Dzisiaj przekonanie, że edukacja to dzika, zaniedbana kraina, wydaje się być powszechne. Spójrzmy na różne głosy. Niezadowoleni są praktycznie wszyscy: rodzice, uczniowie, nauczyciele. Każda kolejna reforma generuje kolejne fale frustracji. Za taki stan rzecz odpowiada wiele czynników, z którymi mierzymy się codziennie. Czy da się z tego wybrnąć?
Zapraszam do posłuchania wystąpienia Jarosława Pytlaka na INSPIR@CJACH 2025:
Dzikie pola w debacie o polskiej oświacie – zapis filmowy wystąpienia Jarosława Pytlaka – na YouTube – TUTAJ
Źródło: www.edunews.pl
x x x
Nie mogę nie poinformować, że Jarosław Pytlak zamieścił wczoraj na swoim blogu „Wokół Szkoły” kolejny tekst, którego jedynie pierwsze dwa akapity zamieszczam poniżej, odsyłając linkiem do jego pełnej wersji:
A co na to Naczelna Izba Nauczycielska?
Na początku lutego pojawiły się przecieki, że kierownictwo MEN przymierza się do uczynienia edukacji zdrowotnej, z nowym rokiem szkolnym, przedmiotem obowiązkowym. Mowa o enigmatycznej „nowej formule”, w której podobno najbardziej kontrowersyjne treści, czyli dotyczące zdrowia seksualnego, byłyby fakultatywne. Jak stwierdziła wiceministra Lubnauer (cytuję za tygodnikiem „Wprost”): Ministerstwo jest „gotowe na różne elastyczności, jeśli chodzi o organizację zajęć”, choć padła też deklaracja, że „na pewno nic z edukacji zdrowotnej nie zniknie, bo wszystkie treści (…) są po pierwsze niezbędne, a po drugie zdrowie seksualne to też jest część naszego zdrowia”. To ostatnie raczej wykluczałoby „elastyczności” na prawicy, gdyby nawet była na nie jakakolwiek szansa, ale mniejsza o to…
Kanwy do tych wypowiedzi dostarczyło spotkanie z przedstawicielami Naczelnej Izby Lekarskiej, która wcześniej zwróciła się z apelem do MEN o uczynienie edukacji zdrowotnej przedmiotem obowiązkowym. Owo wystąpienie samorządu zawodowego medyków stało się w narracji ministerstwa ważnym argumentem za przeprowadzeniem owej zmiany. […]
Cały tekst „ A co na to Naczelna Izba Nauczycielska?” – TUTAJ
Dzisiaj postanowiłem zamieścić – dla zachęty – kilka fragmentów z artykułu Karoliny Słowik, opublikowanego na stronie „Gazety Wyborczej”. Tytuł powie Wam wszystko, a więcej dowiecie się klikając w załączony link:
Dzieci z ADHD podpisują w szkole kontrakty na grzeczność. Kara za złamanie? Brak wycieczki
Karanie dzieci z ADHD za objawy jest bardzo krzywdzące – mówi aktywistka, która domaga się zmian w prawie. MEN zapowiada, że będą: projekt, który zmieni zasady wydawania orzeczeń, ma się pojawić już w marcu.
O kontraktach „nauki i zachowania” podsuwanych w szkołach dzieciom z ADHD, coraz częściej mówią aktywiści i rodzice. W kontrakcie, który widzieliśmy, jest mowa o tym, by zawsze mieć zeszyt, notować zadania z tablicy, zgłaszać się przynajmniej raz w tygodniu. Są też zapisy dotyczące zachowania. Np. „Koniec z przeszkadzaniem. Nie komentuję uwag nauczyciela, nie zagaduję kolegów”. Albo: „Zanim się odezwę, podnoszę rękę”.
Za złamanie kontraktu: natychmiastowy wpis do dziennika, telefon do rodziców, brak możliwości wyjazdu na wycieczkę szkolną.
Podobny kontrakt – podpisany przez anglistkę z drugoklasistą w gabinecie pedagoga – opublikowała w serwisie społecznościowym psycholożka dziecięca Agnieszka Misiak. Przyznaje, że na jego widok opadły jej ręce. […]
Z kontraktami zetknęła się też Magdalena Szerszeń, aktywistka i matka dziecka z ADHD. Zgłaszają się do niej rodzice, których dzieciom je podsuwano, i którzy nie wiedzą, jak zareagować. – To jest totalnie nieadekwatne, bo dziecko nie ma wpływu na swoje zaburzenie. Ono może się przestraszyć i podpisać, ale szybko się okazuje, że nie jest w stanie spełnić tych oczekiwań. Takie karanie za objawy przez np. wykluczanie z udziału w wycieczce szkolnej jest bardzo krzywdzące – uważa Szerszeń.[…]
Szerszeń uważa, że potrzebne są zmiany w systemie. I dlatego napisała do ministerstwa edukacji petycję „Stop dyskryminacji dzieci z ADHD w systemie oświaty„. Podpisało ją już prawie 35 tys. osób.
Wytyka rządzącym głównie to, że dzieci z zespołem nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi nie mogą liczyć na orzeczenie o kształceniu specjalnym, jakie przysługuje dzieciom w spektrum autyzmu. A to oznacza brak dofinansowania na nauczyciela współorganizującego, zajęcia rewalidacyjne. Nie ma też odrębnego arkusza na egzaminie ósmoklasisty. Dzieci z ADHD otrzymują jedynie opinię, czyli miękkie wskazania dla szkół, które mogą, ale nie muszą być realizowane. […]
Co w tej sprawie planuje MEN? Zdaniem wiceministry edukacji Izabeli Ziętki z Polski 2050 dzieci z ADHD już na podstawie obecnych przepisów powinny być wspierane w szkole. Ale zmiany też w końcu mają być. […] Projekt w tej sprawie ma być gotowy na początku marca. – Będzie mowa o tym, by pomocy dziecku nie wyznaczała ściśle jednostka chorobowa, tylko potrzeba. Bo jeśli dziecko jest w spektrum, a nie potrzebuje pomocy nauczyciela wspomagającego, i analogicznie – gdy dziecko z ADHD, cukrzycą, czy FAS takiego wsparcia potrzebuje, to system obecnie nie reaguje identycznie wobec każdego dziecka – tłumaczy wiceministra. […]
Cały tekst „Dzieci z ADHD podpisują w szkole kontrakty na grzeczność. Kara za złamanie? Brak wycieczki” – TUTAJ
Źródło: www.wyborcza.pl
W piątek 13 lutego proponuję lekturę najnowszego posta z bloga „Pedagog”, w którym prof. Bogusław Śliwerski podjął strategiczny temat dla debaty o polskiej edukacji: „Kto ma prawo decydować o edukacji oraz jak ta władza powinna być legitymizowana”. Oto ten tekst bez skrótów:
Edukacja publiczna między konstytucją a populistyczną polityką
Edukacja publiczna jest problemem ustrojowym, ale nie ma jej w Polsce, mimo istniejących regulacji w Konstytucji.
Debaty o edukacji w Polsce od lat dotyczą głównie programów nauczania, egzaminów, list lektur, przedmiotów i organizacji procesu kształcenia. Tymczasem u ich podstaw leży pytanie znacznie głębsze, które ma charakter ustrojowy. Nie dotyczy ono tego, czego i jak uczyć, lecz tego, kto ma prawo decydować o edukacji oraz jak ta władza powinna być legitymizowana.
Bez odpowiedzi na to pytanie każda reforma pozostaje kosmetyczna. Można bowiem zmieniać treści, ale jeśli struktura władzy pozostaje niezmieniona, szkoła nadal będzie funkcjonowała jako instytucja zarządzana centralnie, a nie jako dobro wspólne, przestrzeń świata wspólnego dla wszystkich jej podmiotów.
Model edukacji uspołecznionej, publicznej w pełnym tego słowa znaczeniu nie jest propozycją kolejnej „wizji pedagogicznej”. Jest od kilkudziesięciu lat kwestią ustroju systemu edukacji w Polsce.
Uspołecznienie i autonomia
W tradycji demokratycznej autonomia nie oznacza swobody wyboru ani braku ograniczeń, ale nieuzasadnioną dominację, życie w porządku, w którym nikt nie podlega arbitralnej władzy innego podmiotu.
Przeniesione na politykę oświatową oznacza to brak arbitralnej dominacji władzy centralnej nad szkołami, brak dominacji rynku nad celami procesu kształcenia oraz brak dominacji administracji państwowej nad profesją nauczycielską. Edukacja demokratyczna nie jest więc ani liberalnie prywatna, ani etatystycznie centralna, ale jest autentycznie publiczna, samorządna.
Konstytucyjny potencjał Polski
Polska Konstytucja nie narzuca systemowi szkolnemu modelu centralistycznego. Wręcz przeciwnie:
-Rzeczpospolita jako dobro wspólne (art. 1),
-godność osoby jako źródło praw (art. 30),
-prawo do nauki (art. 70),
-pomocniczość jako zasada ustrojowa.
Powyższe normy zobowiązują władze państwowe do tego, by:
-gwarantowały wszystkim dzieciom i młodym dorosłym prawo do edukacji,
-określały minimalne ramy (obowiązek szkolny do 18 roku życia, ale bezpłatne studia do 26 roku życia),
-chroniły równość dostępu.
Konstytucja nie określa szczegółowo praktyki dydaktycznej, podobnie jak nie rozstrzyga o praktyce medycznej, prawniczej, ekonomicznej itp.
Problem polskiej edukacji nie polega więc na braku podstaw konstytucyjnych, lecz na lekceważeniu przez sprawujących władzę państwową od 1999 roku ich zawężającej interpretacji.
Centralizm jako deformacja samorządnej oświaty
W praktyce polski system oświatowy ewoluował w stronę modelu, w którym:
-państwo (MEN) definiuje szczegółowe treści,
-państwo pośrednio narzuca metody kształcenia poprzez strukturę egzaminów zewnętrznych,
-państwo kontroluje szkoły poprzez kuratoria i dyrektorów (niższe ogniwa nadzoru pedagogicznego – partyjnego).
Wraz z centralistyczną reformą Mirosława Handke powstał w Polsce ustrój szkolny, który deklaratywnie jest publiczny, lecz ustrojowo przypomina hierarchiczne administrowanie organizacją oraz procesami kształcenia i wychowania w placówkach. Te zaś wraz z likwidacją samorządności i autonomii nauczycieli przestały być publicznymi.
W takim systemie:
-szkoła traci charakter samorządnej wspólnoty,
-nauczyciel traci status profesjonalisty, bo pozornie jest funkcjonariuszem publicznym (w rzeczywistości ogniwem władzy państwowej, partyjnej),
-obywatel jest zniechęcany do realnego wpływu na to, w jakich warunkach edukowane są jego dzieci .
Oświatę publiczną wypiera zarządzanie partyjno-biurokratyczne.
Uspołeczniony, publiczny system szkolny opiera się na decentracji i decentralizacji władzy między cztery podmioty:
Państwo – gwarantuje suwerenność normatywną,
Samorząd terytorialny – suwerenność kontekstową, infrastrukturalną, logistyczną, komunikacyjną,
Szkoła – suwerenność wspólnotową (szkoła samorządna)
Zawód nauczycielski – suwerenność profesjonalną (samorząd zawodowy nauczycieli)
Oświatę publiczną wypiera zarządzanie partyjno-biurokratyczne.
Uspołeczniony, publiczny system szkolny opiera się na decentracji i decentralizacji władzy między cztery podmioty:
Państwo – gwarantuje suwerenność normatywną,
Samorząd terytorialny – suwerenność kontekstową, infrastrukturalną, logistyczną, komunikacyjną,
Szkoła – suwerenność wspólnotową (szkoła samorządna)
Zawód nauczycielski – suwerenność profesjonalną (samorząd zawodowy nauczycieli)
Żaden z samorządnych podmiotów nie jest nadrzędny wobec pozostałych.
Państwo ustanawia ramy. Samorząd tworzy warunki. Szkoła organizuje praktykę. Profesjonaliści strzegą standardów. To jest sedno ustroju demokratycznego, ale nie w III RP.
Autonomia nauczycieli jako jeden z warunków samorządnej oświaty. Ta nie istnieje bez autonomicznych wobec ustroju szkolnego obywateli, rodziców dzieci i młodzieży. Nie ma też samorządnej szkoły bez autonomicznych nauczycieli. Autonomia nie oznacza dowolności, ale zdolność do samodzielnego sądu w ramach wspólnego świata norm.
Nauczyciel autonomiczny interpretuje program, samodzielnie dobiera metody i bierze odpowiedzialność za sens własnej praktyki zawodowej. System oparty na checklistach, procedurach i mikroregulacjach nie tylko ogranicza autonomię, ale przekształca zawód nauczyciela w funkcję administracyjną, któremu minister może zlecić zadania nawet zupełnie sprzeczne z funkcją szkoły.
Samorząd zawodowy nauczycieli wymaga odróżnienia od interesów pracowniczych (związki zawodowe) i od standardów profesji (samorząd zawodowy). Władztwo centralistyczne nie chce samorządnej profesji zlecając troskę o nauczycieli w granicach dopuszczalnych przez rząd. Jeśli nauczyciele są niezadowoleni, a są, to wciska się im rzekomą potrzebę powołania rzecznika praw nauczycieli, czyli kolejnego urzędnika działającego pod dyktando partiokracji.
W demokratycznym społeczeństwie samorząd nauczycieli powinien ustalać standardy wejścia do zawodu, tworzyć kodeks etyki, współdecydować o warunkach kształcenia i doskonalenia zawodowego nauczycieli, ale także prowadzić postępowania dyscyplinarne wobec osób naruszających ustanowione standardy.
Władze państwowe uznają istnienie samorządu, bez możliwości sterowania nim. Dopiero wtedy nauczyciel przestaje być „pracownikiem budżetowym”, a staje się członkiem zawodu zaufania publicznego.
Uspołecznienie edukacji: rady oświatowe
Polskie prawo od 1991 roku przewiduje możliwość powołania krajowej oraz terytorialnych rad oświatowych, a w placówkach radę szkoły czy radę przedszkola. Problemem nie jest ich brak, lecz ich degradacja do roli fasadowej tam, gdzie powstały (o.2 proc. wszystkich szkół quasi publicznych).
W modelu szkolnictwa publicznego rady tworzą środowisko do deliberacji obywatelskiej, artykułują interes publiczny, opiniują kierunki polityki edukacyjnej. Nie zarządzają szkołami czy przedszkolami, nie zatrudniają dyrektorów, ale mają pełne prawo do wyrażania własnej opinii na temat istniejących regulacji wewnątrzszkolnych i sposobów ich egzekwowania od uczniów i ich nauczycieli. Nie narzucają rozwiązań dydaktycznych, bo od tego są profesjonalnie wykształceni nauczyciele. Zapewniają obecność obywateli w placówkach edukacyjnych jako ich współgospodarzy, a nie jako petentów.
Szkoła jako mikropolis
Szkoła publiczna nie jest ani filią ministerstwa, ani przedsiębiorstwem usługowym, ani poradnią psychologiczno-pedagogiczną, a tym bardziej zakładem karnym. Jest mikropolis, małą wspólnotą, w której istnieją organy przedstawicielskie, toczy się w organach społecznych debata, pojawiają się konflikty i kompromisy. Uczeń w takiej wspólnocie nie jest „przygotowywany do demokracji” ani nauczany o demokracji, ale żyje w jej elementarnej formie.
Egzaminy i programy kształcenia w logice szkoły publicznej
Podstawa programowa określa minimum wspólne, a nie jest scenariuszem lekcji. Egzaminy zaś potwierdzają osiągnięcie progów, nie służą rangowaniu placówek i ich uczniów, oddziałów czy nauczycieli. Celem nie jest porównywanie szkół, lecz zagwarantowanie prawa do edukacji uczęszczającym do nich dzieciom .
Co wymaga zmiany, a co już istnieje
Model szkoły publicznej nie wymaga zmiany Konstytucji. Wymaga natomiast reinterpretacji istniejących zasad, redystrybucji kompetencji, odblokowania uśpionych instytucji. Jest to projekt ewolucyjny, nie rewolucyjny.
Zamiast zakończenia
Najgłębszy spór o edukację w Polsce nie dotyczy lektur, godzin ani przedmiotów. Dotyczy tego, czy wierzymy, że obywatele są zdolni współrządzić, profesje są zdolne do samoregulacji, a państwo nie musi być jedynym nosicielem racjonalności. Ten model edukacji zaczyna się od zaufania do społeczeństwa.
Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com
Dziś proponuję (bez skrótów) kolejny tekst Danuty Sterny, zamieszczony na jej blogu „OK. NAUCZANIE”. Są tam nie tyko informacje o tym jakie są przyczyny, że uczniowie nie spelniają oczekiwań, ale przede wszystkim cztery wskazówki, jak sobie z takimi problemami poradzić.
Jakie mogą być przyczyny braku spełnienia przez uczniów oczekiwań nauczyciela?
Rys, Danuta Sterna
Nauczyciel może zauważyć, że uczniowie nie rozwijają się tak, jak sam zakładał. Może to wynikać z różnych powodów . W tym wpisie cztery wskazówki, jak sobie z takimi problemami poradzić.
Nauczyciel zauważając, że uczniowie nie spełniają określonych w stosunku do nich oczekiwań, przeważnie ponownie tłumaczy materiał, stosując te same metody, tylko wolniej. To rzadko przynosi rezultaty, trzeba zastanowić się jakie są przyczyny. W tym wpisie cztery z możliwych. Najłatwiej byłoby zrzucić odpowiedzialność na uczniów, na ich niechęć do uczenia się lub lenistwo. Jednak w tym wpisie zastanowimy się nad przyczynami wynikającymi ze sposobu nauczania.
1.Niejasność co do celu.
Dzieje się to wtedy, gdy cel nauki lub kryteria sukcesu są dla uczniów niejasne.
Nie można zakładać że cele i kryteria, które są jasne dla nauczyciela, są też jasne dla uczniów.
Przykład: Uczniowie rozwiązujący równanie linowe, znajdują odpowiednią odpowiedź, ale nie pojmują, że mogli ją sprawdzić podstawiając do równania. Uczniowie potrafią udzielić odpowiedzi, ale nie wiedzą, jak do niej doszli, nie potrafią udzielić wyjaśnień. Ich praca koncentruje się na dokładności proceduralnej, a nie na wymaganym rozumowaniu.
Co można zrobić:
-Koncentrować się na celu, a nie na temacie.
-Opisywać kryteria sukcesu w sposób przystępny dla uczniów.
-Prosić uczniów, aby opowiedzieli własnymi słowami o celu i kryteriach sukcesu.
-Wyjaśnić uczniom, że ważne jest wyjaśnienie, a nie sam wynik.
-Zamodelować właściwe rozwiązanie problemu.
2.Brak otwartości na nowe
Uczniowie nie wiedzą, jak podejść do nowego wyzwania. Mają do dyspozycji tylko poprzednio już opanowane strategie, a one nie sprawdzają się w nowym kontekście, gdyż wymagają nowego, nieznanego uczniom podejścia.
Co można zrobić?
-Pytać uczniów: „Co już próbowaliście zrobić?”.
-Pozwolić uczniom na wycofanie się z nieefektywnej drogi.
-Zachęcać do próbowania
-Podzielić zadania na części, aby uczniowie mogli osiągnąć częściowe sukcesy.
-Podawać wskazówki, ale nie wyręczać uczniów.
-Pokazywać właściwa drogę na innym przykładzie.
3.Problem z niezrozumieniem polecenia.
Nauczyciel jest przekonany, że jego komunikat/polecenie do zadania są całkowicie jasne. Często jednak użycie nowych pojęć i skomplikowany język, mogą wpływać na brak zrozumienia.
Co można zrobić?
-Dbać o jasny przekaz w poleceniu.
-Używać prostego języka, usunąć zbędne konteksty lub wyróżnić kluczowe informacje.
-Pytać uczniów, jak rozumieją polecenie.
-Ustalać z uczniami, co powinni po kolei zrobić.
-Podać konkretny przykład.
-Podzielić zadanie na części i sprawdzać zrozumienia polecenia do każdej z nich.
-Określać wraz z uczniami, co oznacza dobre wykonanie zadania, czyli określać kryteriów sukcesu do zadania.
4.Awaria transferu
Uczniowie nie potrafią jeszcze zastosować wiedzy już zdobytej do nowego kontekstu.
Potrafią wykorzystać daną umiejętność w praktyce lub z pomocą, ale nie potrafią rozpoznać, kiedy użyć tej samej umiejętności w nowej sytuacji.
Przykład: Uczniowie poprawnie rozwiązują zadania wymagającego mnożenia liczb, ale nie potrafią wykonać działania w zadaniu tekstowym.
Jest to podobna sytuacja, jak w punkcie 2, tylko tam uczniowie nie potrafią zacząć rozwiązywać zadania, a w tym przypadku problemy są z ukończeniem pracy.
Co można zrobić?
-Uświadamiać uczniom, że mają już opanowane umiejętności potrzebne dla ukończenia zadania.
-Podzielić zadania na etapy i podsumowywać każdy z wykonanych etapów.
-Podsumować to, co już zostało opanowane i traktować to jako zasób.
Trzy praktyczne propozycje do wypróbowania:
-Wyszczególnienie części polecenia, która odnosi się do celu – „Co jest najważniejsze w tym zadaniu?”
-Polecenie uczniom powtórzenie, własnymi słowami, czego wymaga od nich zadanie. Jakie są kroki prowadzące do rozwiązania problemu?
-Przedyskutowanie z uczniami, czy znana im strategia rozwiązywania problemu, sprawdzi się w danym przypadku.
W pokonywaniu tych czterech barier pomaga ocenianie kształtujące stosowane przez nauczyciela w stosunku do własnego nauczania. Polega to na: zbieraniu dowodów uczenia się uczniów, dostosowywania metod nauczania do tych dowodów, i ponownego pozyskiwania informacji o procesie uczenia się uczniów.
Sprawdzanie jest tu kluczowe. Jeśli następuje ono na końcu procesu uczenia się uczniów, to nie można skorzystać z płynących ze sprawdzania wskazówek, aby lepiej pokierować procesem nauczania. Druga podstawowa sprawa, to próbowanie. Nie ma reguł – jak nauczać, pasujących do każdej klasy i do każdego ucznia. Nauczyciel doskonali swój warsztat – próbując.
Inspiracja artykułem Todda Finleya
Źródło: www.oknauczanie.pl
Wszyscy, którzy nie mogą żyć bez kolejnych informacji o losach reformy „Kompas Jutra” mogą się o tym dowiedzieć z zamieszczonej na portalu „Strefa Edukacji” publikacji, zatytułowanej „Koniec biegania między szkołami? MEN proponuje nowe rozwiązanie” – TUTAJ
A ja proponuję bardzo ważki materiał z portalu „Prawo.pl” z którego można dowiedzieć się o wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Poznaniu, który potwierdził, że dyrektor szkoły to organ władzy publicznej i jako taki jest zobowiązany do udostępnienia informacji publicznej, nawet jeśli zarządza prywatną szkołą podstawową.
Poniżej udostępniam jedynie wybrane przeze mnie fragmenty tego tekstu, ale gorąco polecam zapoznanie się z jego pełną wersją ( załączam link), a także udostępnianie togo tekstu swoim znajomym:
Jedynki i dwójki stawiane uczniom stanowią informację publiczną
Dyrektor szkoły to podmiot zobowiązany do udostępnienia informacji publicznej, nawet jeśli stoi na czele szkoły prywatnej. Jak pokazuje orzecznictwo, również oceny stawiane uczniom, w tym i te niedostateczne, i bez znaczenia z jakiego przedmiotu szkolnego stanowią informację publiczną podlegającą udostępnieniu.
Przedmiotem sprawy była skarga na bezczynność dyrektora szkoły podstawowej w zakresie udostępnienia informacji publicznej. Wnioskodawczyni zwróciła się z prośbą o udzielenie odpowiedzi na dziesięć pytań dotyczących stanu osobowego uczniów w klasach 7 i 8, ilości dokonanych skreśleń z listy uczniów oraz braku klasyfikacji do następnej klasy, liczby uzyskanych ocen niedostatecznych na poszczególnych lekcjach, a także uczestnictwa dzieci w olimpiadach tematycznych. Poza tym interesowała ją kwestia kwalifikacji zawodowych nauczyciela muzyki i kontroli kuratorium oświaty. Dyrektor udzielił odpowiedzi jedynie na dwa pytania – o kwalifikacje zawodowe nauczyciela oraz liczbę kontroli kuratorium oświaty. Pozostałe żądane dane nie stanowiły, zdaniem dyrektora szkoły, informacji publicznych i w tym zakresie on sam zaniechał udzielania odpowiedzi na pytania.
Bezczynność dyrektora podstawówki została zaskarżona do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Poznaniu. Wnioskodawczyni zakwestionowała stanowisko dyrektora i brak przekazania danych rzekomo niestanowiących informacji publicznych. Zwróciła uwagę na fakt, że kierowana przez dyrektora placówka oświatowa to podmiot prywatny, ale korzystający z subwencji oświatowej. Z tego powodu dyrektor jako organ prowadzący podlega obowiązkowi udostępniania informacji publicznych.
[…]
Odnosząc się do odpowiedzi na pytania, które – zdaniem dyrektora szkoły – nie stanowiły informacji publicznych, sąd rozpatrzył indywidualnie każdą z nich. W pierwszej kolejności informacja dotycząca stanu osobowego w poszczególnych klasach, czyli innymi słowy liczba uczniów realizujących obowiązek szkolny i struktura klas w szkole kierowanej przez dyrektora to przejaw informacji publicznej. Mimo, że szkolnictwo jest powszechne, to coraz częściej szkoły nie posiadają obsady we wszystkich klasach. Społeczeństwo chce wiedzieć, czy program nauczania jest realizowany w każdej klasie, w której jest to obowiązkowe i zdaniem sądu, ma do tego pełne prawo.
Biorąc pod uwagę fakt, że skreślenie z listy uczniów stanowi sprawą administracyjną, w której dyrektor szkoły wydaje decyzję administracyjną, to dane dotyczące ilości uczniów skreślonych z listy stanowią wzorcową informację publiczną. Jak wyjaśnił WSA, obywatel ma prawo wiedzieć, czy dyrektor szkoły prawidłowo realizuje swoje obowiązki. Liczba uczniów nieklasyfikowanych to również informacja publiczna, bowiem brak klasyfikacji zazwyczaj stanowi podstawę skreślenia z listy uczniów albo nieudzielenia promocji do następnej klasy.
Statystyka ocen niedostatecznych wystawionych na poszczególnych lekcjach to również obszar zainteresowania obywateli. Jak wyjaśnił sąd, ocenianie i wystawianie ocen to jeden z fundamentalnych obszarów działalności szkoły. Skoro pytania ze sprawdzianów, kartkówek, egzaminów państwowych stanowią informację publiczną (służącą do prawidłowej oceny realizacji programu nauczania), to każda ze stawianych uczniom ocen, w tym niedostateczna, półroczna, roczna, cząstkowa jest również informacją publiczną podlegającą udostępnieniu bez względu na przedmiot szkolny.
[…]
Sąd pierwszej instancji doszedł do przekonania o zasadności skargi – dyrektor podstawówki dopuścił się bezczynności, ale bez rażącego naruszenia prawa. Wszystkie odpowiedzi na pytania zawarte we wniosku o udostępnienie informacji publicznej, także na te pominięte stanowią informację publiczną i podlegają udostępnieniu w ramach ustawy o dostępie do informacji publicznej. Dlatego też dyrektor został zobowiązany do rozpoznania wniosku skarżącej również w pozostałym, zaniechanym uprzednio zakresie.
Cały tekst „Jedynki i dwójki stawiane uczniom stanowią informację publiczną” TUTAJ
Źródło:www.prawo.pl/oswiata/
















