
Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'
Dzisiaj proponuję lekturę trzech tekstów Danuty Sterny – pierwszego na OE, a do dwu następnych odsyłam linkami na blog OK NAUCZANIE:
Jak zachować spokój w zawodzie nauczyciela?
Przede wszystkim postanowić: „Nieważne, co się dzisiaj wydarzy, nie pozwolę, żeby to wpłynęło na mnie negatywnie”. Spokojny nauczyciel, nie dający się wyprowadzić z równowagi, to skarb dla uczniów.
W każdej klasie niewłaściwe zachowanie uczniów może wystawić na próbę nawet najbardziej opanowanych nauczycieli. Mając na głowie widownię złożoną z czujnych młodych oczu i presję dnia szkolnego, większość nauczycieli prędzej czy później zareaguje opryskliwie, podniesie głos głośniej, niż by chcieli, lub powie coś, czego później mogą żałować. Aby uniknąć lub przynajmniej zmniejszyć prawdopodobieństwo odruchowej, potencjalnie niewłaściwej reakcji, warto rozwijać w sobie umiejętność rozpoznawania własnych emocji, gdy tylko się pojawią. Po rozpoznaniu warto szybko reagować, na przykład zatrzymać się, wziąć oddech, napić się wody, odejść gdzieś dalej. Umiejętność samoregulacji nie jest łatwa. Wymaga czasu i praktyki. W emocjach dokonujemy szybkich i często nieprawidłowych ocen i wyborów.
Kilka wskazówek od doświadczonych nauczycieli:
– Podstawowa rada to zatrzymanie się choćby na trzy sekundy, aby zapobiec odruchowej reakcji.
– Druga wskazówka to pamiętać, że nauczyciel jest obserwowany przez całą klasę. Można wyobrazić sobie, że obecne są w danej chwili osoby dorosłe, na przykład rodzice ucznia, i pohamować nieprzemyślaną reakcję.
– Można położyć w widocznym dla siebie miejscu przypominajkę – „Dyscyplina bez emocji”. Pozwala ona skupić się na obrazie nauczyciela, jakim chciałby być.
– Nauczyciel może zaproponować uczniom włączenie się w uspokojenie emocji, czyli umówienie się na liczenie do dziesięciu i wzięcie głębokiego oddechu. Wtedy u obu stron jest szansa na opadnięcie emocji. Można też wygłosić zdanie: „Potrzebujemy kilku chwil na uspokojenie”. Inny wariant to wyjście z klasy i przespacerowanie się na powietrzu. Można to zrobić z całą klasą. To pozwala zwolnić tempo, uwolnić nagromadzoną energię i ponownie skupić uwagę.
– Uczniowie w emocjach nie traktują nauczyciela jako człowieka, który ma uczucia. Można wyjaśnić uczniowi, że jego zachowanie rani nauczyciela. Uczeń nie zdaje sobie z tego sprawy, ale gdy dorosły wyraża na głos taką opinię, atak ucznia może zacząć słabnąć. Najlepiej powiedzieć to w cztery oczy, a nawet po pewnym czasie od „wypadku”.
– Aby nie reagować od razu, można usiąść przy biurku i zacząć opisywać~~,~~ swoje uczucia. Zwykle wtedy w klasie zapada cisza. Można po zapisaniu kilku zdań przypomnieć sobie sprawy, które idą w klasie dobrze, co zazwyczaj przeważa nad tym, co poszło źle.
– Powtarzać sobie: „To ja tu jestem dorosły, a nie to dziecko”.
Jeśli nie uda się pohamować emocji i na przykład wypowie się nieodpowiednie słowa, to po prostu warto przeprosić. Warto wyjaśnić, że chociaż zachowanie ucznia nie było odpowiednie, to nauczyciela niepotrzebnie poniosły emocje. Przeprosiny to świetny sposób na zażegnanie trudnej sytuacji. Nic nie kosztują, a wytrącają broń z ręki napastnika.
Warto po trudnej interakcji w klasie, poświęcić chwilę na refleksję nad zachowaniami, które działają na nerwy. Może to pomóc nauczycielom przygotować się na przyszłe podobne sytuacje.
Nie powinno się traktować ucznia jako partnera do kłótni. Uczeń jest dzieckiem, które się uczy, i jemu mogą puścić nerwy, ale nauczycielowi nie powinny.
Inspiracja artykułem Paige Tutt
Źródło: www.oknauczanie.pl
x x x
A gdy już jesteśmy na blogu „OK.NAUCZANIE” – proponuję zapoznać się z jeszcze dwoma tekstami:
Początek lekcji – TUTAJ
Pierwszych 5 minut porannej lekcji – TUTAJ
Dziedzina wiedzy, której edukacją zajmuje się Tomasz Pintal, znany jako nauczyciel, psycholog, trener szachowy oraz pasjonat matematyki i logicznego myślenia, ale także autor postów zamieszczanych na Jego fejsbuku, nigdy nie była mi bliska, a bywało, że stawała się źródłem moich kłopotów edukacyjnych. Dlatego, wywiązując się z danej Mu obietnicy, że i jego teksty znajdą się na OE – nie odważę się na dokonywanie skrótów – mimo że poniższy tekst jest dość długi:
Czy to jest SIGMA czy też bardziej ENIGMA?
Często wyjaśniam moim uczniom, że bycie sigmą w jakimś przedmiocie, aktywności czy też domenie, to bardziej styl życia czy też funkcjonowania, aniżeli praca w tym obszarze, zwłaszcza taka od czasu do czasu. Nie da się być sigmą czy też kozakiem w czymś co nie jest banalne i każdy w tym jest dobry, jeśli nie poświęca się tej domenie jak najwięcej energii, czasu oraz wykonuje solidną pracę.
Zdarza się, że pokazuję i wyjaśniam moim uczniom, że ja także uczę się od osób, które są sigmami, bo dzięki temu mogę wykonywać moją pracę najlepiej jak potrafię. Podkreślam wyraźnie, że staję na plecach gigantów, aby móc widzieć jeszcze dalej. Inaczej sam niewiele byłbym w stanie zrobić.
Uczniowie często bywają zagubieni w całym tym szkolny świecie. Nie dziwię się, bo ja raczej nie odnalazłbym się w nim obecnie. Pewnie musiałbym się do niego dostosować, ale pytanie za jaką cenę. Tego do końca nie wiem, ale widząc współczesną młodzież oraz to w jakim świecie żyje, to mam dużą pewność, że ta instytucja jest dla nich czymś, czego do końca nie rozumieją i z czym się coraz mniej identyfikują.
Szkoła z jednej strony jest i bywa od zawsze, ale z drugiej strony świat cały czas się zmienia. Nie da się szkoły zatrzymać w czasie i po prostu ignorować wszelkie zmiany związane z tym jak zmienia się świat, a szkoła wydaje się jakby odporna na owe zmiany. Obecnie przechodzimy tak zwany kryzys edukacji i to nie tylko na naszym podwórku, ale też i w skali globalnej. Pojawia się pytanie czy ten kryzys nie jest szansą na to, aby przejść na wyższy poziom edukacji? Czy szkoła nie powinna ewoluować wraz ze zmieniającym się światem? Mówi się, że rewolucyjne zmiany są najczęściej szkodliwe, ale czy zbyt powolny proces ewolucji jest pożądany i ma pozytywny wpływ? Mam co do tego bardzo mieszane uczucia.
W ostatnim czasie mam okazję wykorzystywać moje umiejętności związane z tym, czego uczyłem się na studiach psychologicznych. Z czym to się wiąże? Otóż mam wyjątkową możliwość pomagania uczniom szkoły średniej w tym, aby mogły poradzić sobie z matematyką. Wiele razy to pisałem oraz powtarzałem zarówno rodzicom jak i uczniom: dla mnie nie ma znaczenia poziom ucznia, tylko to czy jest dojrzały do tego, aby wziąć odpowiedzialność za własną naukę (pracę) oraz czy jest gotowy wykonać niezbędną pracę w określonym czasie, będą uczciwym wobec siebie i mnie. Tylko tyle a zarazem aż tyle. Każdy uczeń tak jak i człowiek dorosły jest w czymś lepszy, a w czymś innym gorszy. Tak samo z uczniami oraz ich poziomem wiedzy, zrozumienia oraz doświadczenia w zakresie matematyki: każdy z nich jest na swój sposób inny i to jest w porządku.
Jak staram się rozbrajać ten kod, który jest porównywalny do (z)łamania szyfru Enigmy? No właśnie. Bywają uczniowie, którzy miewają naprawdę bardzo nieprzyjemne (negatywne) doświadczenia z matematyką, więc często po prostu jej się boją i od niej uciekają. Nadchodzi jednak taki czas, że muszą stawić czoło wyzwaniu, którym jest albo REALNE zagrożenie związane z pozostaniem na drugi rok w tej samej klasie albo też niezdaniem matury z matematyki. W takiej sytuacji poszukują pomocy, a ich pośrednikami są najczęściej rodzice, którzy są świadomi tego, że sytuacja jest podbramkowa. Wówczas rodzic kontaktuje się ze mną, pytając czy będę w stanie pomóc. Następnie umawiamy się na krótkie spotkanie na Zoom lub telefoniczne oraz ustalamy kwestie, które są ważne dla obu stron, a ja następnie mówię w czym i na ile jestem w stanie pomóc. Później oczywiście jak wszystko uda się ustalić, dogadujemy kwestie pierwszego spotkania z uczniem, a potem już wszystko idzie z górki.
Najbardziej krwawi moje serce (czy też dusza), gdy słyszę przerażające historie związane z uczniami oraz ich doświadczeniami ze szkołą, nauczycielami czy też całym systemem edukacji. Szczerze mówiąc, często się łapię na tym, że to co mi opowiadają rodzice nie może być prawdą, bo nikt mógłby być tak okrutny dla uczniów, a także i w szerszym aspekcie – nauczycieli. Rodzice opowiadają mi różne historie, ale mają one jedną wspólną płaszczyznę: moje dziecko ma poważne problemy z matematyką i wymaga jak najszybszej pomocy. W takiej sytuacji staram się na spokojnie ocenić dane wyzwanie oraz to co jest celem i na ile realnie jestem w stanie pomóc. No i jak już uda mi się wszystko ustalić z rodzicem, to przychodzi najwyższa pora, aby zrealizować pierwsze zajęcia z uczniem.
Spotkanie organizacyjne na którym przedstawiam uczniowi co i jak oraz odpowiadam na wszystkie pytania, to coś co sprawia, że ów uczeń zaczyna czuć grunt pod nogami. W czasie takiego spotkania mamy okazję ku temu, aby wszystko dogadać, ustalić niezbędne warunki współpracy, cel jaki chcemy zrealizować oraz środki jakie będziemy ku temu wykorzystywali. Co sprawia, że uczeń zaczyna czuć się pewnie? Na pewno to, że informuję go o tym, że wspólnie będziemy pracowali nad tym, żeby osiągnąć cel oraz o tym, że ja opiekuję się wszystkim na poziomie merytorycznym, zaś uczeń ma wykonywać odpowiednią pracę, aby osiągnąć sukces. Jeśli celem jest zdanie egzaminu maturalnego, to pokazuję na konkretach, co i jak trzeba będzie zrobić, aby go zdać i mieć poczucie dobrze wykonanej pracy. Wiele razy pisałem na temat struktury i teraz mogę śmiało powiedzieć, że właśnie ów plan oraz struktura, którą wyjaśniam, są tym czego uczniowie potrzebują. Dzięki temu widzą oni, że wszystko jest odpowiednio przygotowane a przy okazji podzielone na odpowiednie etapy. Wyjaśniam, że jeśli naszym celem jest przebiegnięcie maratonu, to podzielimy sobie go na tak zwane punkty kontrolne czyli checkpointy, aby mieć pewność, że uczeń będzie w stanie przebiec każdy z nich.
Ostatnio miałem okazję zaprezentować kilku uczniom plan pracy dotyczący przygotowania do matury z matematyki i okazało się, że to jest coś czego bardzo potrzebowali oraz na bieżąco potrzebują, bo daje im to poczucie bezpieczeństwa. Z czego to wynika? Chociażby z tego, że nie do końca wiedzą w jaki sposób ma przebiegać taka praca, bo nie są ekspertami. Wyjaśniam im wówczas to, że po pierwsze nie muszą umieć całej matematyki, aby zdać maturę. Podkreślam jednak, że muszą wykonywać cały czas pracę (szczególnie pomiędzy zajęciami), aby nabyć odpowiedni poziom umiejętności, który potem zaprezentują na maturze, rozwiązując określone zadania. Następnie upewniam ich w tym, że dzięki podzieleniu całego maratonu na mniejsze części, będą w stanie bez problemu ukończyć cały maraton, przebiegając każdy odcinek kontrolny – jeden po drugim. W edukacyjnym kontekście wygląda to tak, że pokazuję im tak zwaną „tier listę” Matemaksa, który wypisał wszystkie zagadnienia oraz nadał im odpowiednią rangę. Bywają bowiem tematy, które są łatwe do opanowania, nie trzeba poświęcać na nie dużo czasu, a jednocześnie bardzo często pojawiają się one na maturze. Wówczas takie zagadnienia są najwyżej na liście priorytetowej, czyli dostają one znaczek „S+”, czyli z polskiego na nasz – super ważne. Kolejne mają następujące oznaczenia: „S”, „A”, „B” oraz „C”.
Oto kolejny, zamieszczony w sobotę 26 września na blogu „Wokół Szkoły”, tekst Jarosława Pytlaka – tym razem nie tylko krytyczne, bo zakończony trzema poradami doświadczonego dyrektora:
Zaproszenie dla nauczycieli poczciwych, a naiwnych – wersja IBE-PIB/26
Nic już chyba nie jest w stanie mnie zaskoczyć ze strony urzędników władających polską oświatą i pozostających na ich usługach uczonych z Instytutu Badań Edukacyjnych (IBE-PIB). Zaskoczyć – nie, ale zdenerwować – jak najbardziej! Oto najświeższy przykład. 22 września otrzymałem z kuratorium pismo adresowane do dyrektorów szkół, zachęcające do „dobrowolnego podzielenia się materiałami wykorzystywanymi w szkołach we wspieraniu uczennic i uczniów zdolnych, w tym materiałami przygotowanymi lub wykorzystywanymi przez dyrekcję, nauczycielki i nauczycieli, specjalistki i specjalistów, a także materiałami kierowanymi do uczennic i uczniów oraz ich rodziców”. Czyli, ujmując rzecz kolokwialnie – jeżeli wypracowaliście coś fajnego, to podzielcie się! Dobrowolnie, ale najwyraźniej bezpłatnie. I jak tu zachować spokój?!
Nie pierwsza to kadencja rządowa, w której Ministerstwo Edukacji Narodowej (MEN) i jego akolici traktują rzesze nauczycieli jako amorficzną masę szkoleniową, którą należy ukształtować w myśl arbitralnie przyjętych założeń. Mając jednak świadomość, że w tej masie są także autorzy ciekawych i twórczych rozwiązań, starają się owe swoiste „rodzynki” wyłowić, a ich pomysły skonsumować, najchętniej bezkosztowo, ewentualnie w zamian za hojnie szafowany prestiż. Do wspomnianego pisma dołączone zostało więc zaproszenie do współpracy, sygnowane przez IBE-PIB, który wspólnie z Ośrodkiem Rozwoju Edukacji realizuje na zlecenie MEN projekt „Rozwijanie metod i form wspierania uczennic i uczniów zdolnych”. W ramach tego projektu przewidziano zgromadzenie materiałów z tego zakresu, opracowanych i wykorzystywanych w praktyce szkolnej.
Trzeba przyznać, że badacze wykazali się szerokim gestem. Wskazali aż 11 różnych obszarów tematycznych, w ramach których wyrazili zainteresowanie takimi materiałami, jak scenariusze zajęć, programy pracy, karty pracy, zestawy zadań, materiały dydaktyczne i metodyczne, poradniki, prezentacje, materiały informacyjne i szkoleniowe, narzędzia, procedury, instrukcje, materiały przygotowane na potrzeby kół zainteresowań, projektów, mentoringu lub tutoringu, materiały dla uczennic i uczniów, materiały dla rodziców i opiekunów, a także materiały projektowe oraz wyniki monitoringu lub ewaluacji prowadzonych działań. No, po prostu bagatela!
Zachęcam do zapoznania się z tym zaproszeniem (TUTAJ), jako swoistym kuriozum. Ze swej strony chciałbym zwrócić szczególną uwagę Czytelnika na dwie kwestie. Po pierwsze, krótki termin wyznaczony na przesłanie materiałów – do 15. października, czyli niespełna cztery tygodnie. Być może, atrakcyjny dla osób, które w postępowaniu na stopień nauczyciela dyplomowanego muszą wykazać się popularyzacją własnych pomysłów („Przekazano do IBE” – to zabrzmi dumnie). Albo głodnym prestiżu dyrektorom szkół, stawiającym na współpracę z Instytutem. Bądź też szlachetnym pięknoduchom pośród nauczycieli, którzy pogodzili się już z faktem, że prestiż jest podstawową walutą, jaką płaci się w oświacie, i dostrzegają w niej wartość. Na przykład, atrakcyjny przelicznik na stawki otrzymywane za prowadzone potem szkolenia.
Należy przyznać, że w zaproszeniu IBE starannie podkreślono dobrowolność udziału w przedsięwzięciu. Jak należy rozumieć, materiały gromadzone będą do celów studyjnych, a jeżeli ich wykorzystanie (cyt.) miałoby polegać na publikacji, upowszechnieniu lub wykorzystaniu w innym zakresie, zostanie to odrębnie uzgodnione z podmiotem uprawnionym. Materiały będą wykorzystywane z poszanowaniem praw autorskich oraz zasad ochrony danych osobowych. Zwracam uwagę jednak, że powyższe nie stanowi jednoznacznej deklaracji odkupienia takich materiałów od ich autorów.
W tym miejscu pojawia się druga kwestia: kwota, jaka kryje się za podanym w liście z IBE symbolem projektu FERS.01.04-IP.05-0001/26. 21 767 610,45 złotych, z czego ponad 80% ze środków unijnych. Żadna to hańba, oczywiście, finansowanie badań i wdrożeń, a i cel szlachetny, jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że forma, jaką zastosowano, stanowi próbę wykorzystania dorobku nauczycieli z naruszeniem ich interesów. Każdy materiał zgłoszony i dołączony do tworzonego repozytorium będzie służył dalszym badaniom, które – z całą pewnością – mają w projekcie określoną cenę. Oczywiście jakiś ułamek zostanie wykorzystany – na przykład opublikowany – w zamian za konkretne wynagrodzenie autora. Zdecydowana większość jednak będzie stanowić po prostu wypełniacz, który prowadzącym projekt pozwoli wykazać się „twardym” rezultatem działań, w postaci tegoż repozytorium. A skądinąd wiadomo, że właśnie takie „twarde” efekty mają kluczowe znaczenie dla rozliczania unijnych dotacji.
Nie zarzucam uczonym z IBE nieuczciwości, a jedynie próbę sięgnięcia tanim kosztem po dorobek intelektualny wielu nauczycieli, mający konkretną wartość materialną, niezależnie od tego, w jak szlachetnym celu badacze pragną go pozyskać. Ba, nie jest to nawet koncept nowy, bowiem – jak zaraz pokażę, historia właśnie zatoczyła koło, wracając do czasów politycznie minionych.
x x x
Oto na początku czerwca 2020 roku kuratoria oświaty skierowały do szkół zaproszenie do wspólnego tworzenia repozytorium „dobrych praktyk z zakresu działalności szkół i placówek systemu oświaty oraz innych podmiotów w kształceniu na odległość, a także pracy zdalnej”. Już ten wstęp brzmi znajomo, prawda?! W dalszej części czytaliśmy:
Wydział Specjalnych Potrzeb Edukacyjnych Ośrodka Rozwoju Edukacji, na zlecenie Ministerstwa Edukacji Narodowej, przygotowuje się do stworzenia banku dobrych praktyk. Bank będzie repozytorium doświadczeń, zawierającym rozwiązania/propozycje w zakresie pracy na odległość, z wykorzystaniem środków komunikacji elektronicznej.
(…) Przesłane opisy zostaną przez nas opracowane redakcyjnie i upowszechnione na stronie internetowej ORE/MEN (zastrzegamy sobie prawo wyboru). Jednocześnie informujemy, że nie pobieramy opłat za publikację, a autorom zgłaszanych materiałów nie wypłacamy honorarium.
Muszę przyznać, że w początkowej fazie pandemii i zdalnego nauczania inicjatywa tworzenia wspólnym wysiłkiem takiego repozytorium miała głębszy sens. Tym niemniej, zareagowałem na nią niechętnie, wyjaśniając swoje stanowisko na blogu, w artykule „Ministerstwo zaprasza poczciwych, a naiwnych”:
Powinienem być zadowolony. Wszak nie dalej jak trzy dni wcześniej napisałem na swoim blogu („Zagadka września”), że już teraz MEN powinien zlecić prace badawcze i koncepcyjne, mające przygotować nas na wielce prawdopodobną ewentualność powrotu do nauczania zdalnego od września. „Chcesz? Masz!” – mógłby mi powiedzieć minister Piontkowski, gdyby nie pewien drobiazg. Nie zaznaczyłem mianowicie w moim artykule, że powinny to być prace wykonane przez dobrze opłaconych fachowców. Mea culpa – wydawało mi się to oczywiste. Nie wziąłem pod uwagę, że każdy, nawet najlepszy pomysł może zostać zrealizowany przez nasze Ministerstwo jedynie zgodnie jego naczelną zasadą, jaką w obliczu pandemii okazało „Weźmy się i zróbcie!”. Nie inaczej jest i tym razem.
Oto bowiem szefostwo MEN zaprasza pracowników oświaty do udostępniania własnych, autorskich pomysłów z góry zastrzegając, że nie przewiduje wypłacania honorariów. Nie wiem, czy ma nas za naiwnych, czy także za idiotów. Na to drugie mogłoby wskazywać wielkoduszne zapewnienie, że nie będzie oczekiwało opłaty za publikację.
Czym różni się pismo z roku 2026 od tego sprzed sześciu lat? Przede wszystkim pojawił się Instytut Badań Edukacyjnych – wykreowany przez obecną władzę istny oświatowy demiurg, realizujący wszystkie zlecenia swoich mocodawców, konsumujący środki, hojnie przydzielane przez MEN, zazwyczaj bez rzetelnej procedury przetargowej. Pojawiły się też potężne środki unijne, które doskonale oliwią maszynę badawczo-szkoleniową. I tyle. Cała reszta, włącznie z traktowaniem nauczycieli jako taniego źródła pomysłów, pozostaje ponadczasowa i ponadpolityczna.
Ponadczasowe pozostaje również moje stanowisko, opublikowane w 2020 roku:
Ministerstwo oferuje nam teraz społeczny udział w dziele, które powinno być przygotowane i profesjonalnie przeprowadzone w ramach funduszy posiadanych przez tę instytucję, a przy okazji w ramach statutowych (jak sądzę) obowiązków Ośrodka Rozwoju Edukacji. Trudno wykluczyć, że ktoś da się nabrać na tę inicjatywę, choćby po to, żeby w jakiś sposób wypromować swoje pomysły. Warto jednak, by najpierw zastanowił się, jaką wartość będzie miał – bliżej nieokreślony chwilowo w formie – internetowy bank pomysłów?!”
Dzisiaj mógłbym jeszcze tylko dodać do ostatniego zdania, „w dobie sztucznej inteligencji i w obliczu fatalnej kondycji zawodowej nauczycieli”.
Wspieranie uczennic i uczniów zdolnych jest niewątpliwie kierunkiem słusznym, zgodnym z interesem społecznym. Czy jednak projekt gromadzenia materiałów, narzędzi i dobrych praktyk rokuje poprawę sytuacji w tym zakresie?! Czy wskazywany dość powszechnie brak wystarczającego wsparcia naprawdę wynika z niedostatków wiedzy, na czym ono może polegać i jak powinno wyglądać w praktyce?! Otóż, śmiem twierdzić, absolutnie nie! Know how jest w głowach większości nauczycieli. To, czego brakuje, to odpowiednich warunków do wprowadzania go w życie.
Podpowiadam więc, że aby skutecznie wesprzeć uczennice i uczniów zdolnych należy zastosować proste metody, o których od dawna już wiadomo, że rokują pozytywnie:
1.Stworzyć nauczycielom dobre warunki pracy, w szczególności poprzez:
a.zapewnienie pomocy ze strony pedagogów specjalnych i innych specjalistów, w pracy z uczniami, którzy z różnych przyczyn wymagają wsparcia w edukacji na poziomie wymagań podstawy programowej, oraz w funkcjonowaniu społecznym,
b.ograniczenie liczebności uczniów w klasach, by możliwe stało się skierowanie uwagi także na potrzeby uczniów wyróżniających się swoimi uzdolnieniami,
c.udostępnienie materiałów i środków technicznych w dostatecznej ilości, umożliwiającej na co dzień efektywną pracę.
2.Zapewnić fundusze na organizację i realizację w każdej szkole programu zajęć pozalekcyjnych, służących rozwijaniu rozmaitych uzdolnień dzieci i młodzieży. W obliczu chronicznego niedoboru środków warto rozważyć ograniczenie liczby lekcji obowiązkowych na rzecz zajęć fakultatywnych.
3. Zaufać nauczycielom, którzy, odpowiednio zmotywowani materialnie, mając dobre warunki pracy i czas dla uczniów, będą wykorzystywać własną wiedzę i doświadczenie, sięgając także do dostępnych już teraz w internecie zasobów metod i pomysłów dydaktycznych, oraz posiłkować się możliwościami sztucznej inteligencji, aby wspierać uczennice i uczniów zdolnych
Formułuję te wskazówki pod adresem wszystkich zainteresowanych decydentów. Wartość tej porady wyceniam na pół promila kosztów projektu IBE-PIB i ORE, 10 883,80 zł., które proszę przekazać Krajowemu Funduszowi na rzecz Dzieci. Zaoszczędzoną kwotę proponuję przeznaczyć na pilotażowe wdrożenie moich propozycji. Jestem przekonany, że pożytek z tego będzie dużo bardziej konkretny, niż gromadzenie pomysłów metodycznych, które w obecnych warunkach pracy nauczycieli i tak pozostaną tylko piękną teorią.
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/
x x x
Kolega Pytlak zamieścił wczoraj kolejny tekst na swoim blogu – także skierowany pod adresem Instytutu Nadań Edukacyjnych, i do tego w formule „per ty”:
Drogi Instytucie Badań Edukacyjnych!
Bardzo dziękuję za zauważenie mojego ostatniego artykułu, w którym krytycznie odniosłem się do listu, jaki skierowałeś za pośrednictwem kuratoriów do dyrektorów szkół i nauczycieli, z prośbą o podzielenie się swoim dorobkiem z dziedziny pracy z uczennicami i uczniami zdolnymi. Doceniam spokojną i rzeczową formę komentarza wpisanego pod moim postem na fejsbuku. Pozwalam sobie przytoczyć go tutaj na użytek Czytelników niezorientowanych w temacie: […]
Czytaj dalej – TUTAJ
Dopiero dzisiaj wyłowiłem fejsbukowego oceanu tekst Igi Kazimierczyk – nauczycielki, działaczki edukacyjnej, współtwórczyni kampanii „Wolna szkoła” oraz prezeski Fundacji „Przestrzeń dla Edukacji”, który jest jej propozycją bilansu osiągnięć, zaniechań i niemożności tego, z czym, w obszarze edukacji, przed trzema laty, startowała do władzy tzw. „Koalicja 15 października”. Tekst, opublikowany na blogu „Fundacji Batorego”, nie jest krótki, dlatego zamieszczam go we fragmentach, ale odsyłam linkiem do pełnej wersji:
Edukacja do tablicy – polska szkoła przed wyborami
Rok 2023 miał być momentem, kiedy edukacja zacznie – po ośmiu latach oczekiwania – zmieniać się na serio, gruntownie i trwale. Oczekiwania były wysokie – przez tych kilka lat środowiska eksperckie, organizacje, nauczyciele i nauczycielki wypracowali katalog pomysłów, jak zacząć uzdrawiać polskie szkolnictwo. Kampania wyborcza w 2023 roku finiszowała w cieniu ostatniej próby przeforsowania „lex Czarnek” – ustawy mającej na celu ograniczenie zakresu społecznych działań w szkole oraz rozmów o konieczności stworzenia instytucji na wzór Komisji Edukacji Narodowej, która wyjęłaby decyzje dotyczące edukacji z osi bezpośredniego sporu politycznego.
Trzy lata temu nie brakowało oczekiwań ani pomysłów. Były też energia i gotowość do pracy – zarówno wśród nauczycieli, nauczycielek, jak również ekspertów i organizacji. Przedwyborczy optymizm musiał jednak zmierzyć się z realiami partyjnych negocjacji i parlamentarnej arytmetyki. Spójrzmy, co z tych oczekiwań zostało po trzech latach i w jakiej kondycji szkoła jako instytucja wchodzi w ostatni rok przed kolejnymi wyborami.
Podwyżki były i ich nie ma
Jedną z pierwszych decyzji, wynikającą wprost z obietnic składanych w kampanii wyborczej, było przyznanie podwyżek nauczycielom od stycznia 2024 roku. Była to zmiana konieczna, ponieważ w tamtym czasie pensje nauczycieli wchodzących do zawodu oscylowały w okolicach minimalnego wynagrodzenia, a wysokość pensji w oświacie coraz bardziej oddalała się od średniego wynagrodzenia w gospodarce. Po podwyżce pensja nauczyciela początkującego wynosiła 4908 zł brutto – o 666 zł więcej od płacy minimalnej. Jednocześnie nauczyciele domagali się powiązania wynagrodzenia w oświacie ze średnią płacą. W czasie spotkania, organizowanego przez Związek Nauczycielstwa Polskiego w listopadzie 2024, obietnicę stałego podnoszenia pensji złożył nauczycielom premier Donald Tusk. W 2026 roku wiele z tej obietnicy nie zostało, a pod koniec wakacji ZNP zorganizował pod MEN kolejny protest. Także tym razem nie chodziło tylko o pieniądze: 65% nauczycieli w Polsce uznaje obciążenie pracą za wysokie, jednocześnie 38% ma poczucie, że ze swoimi problemami w pracy może liczyć tylko na siebie. To dane z badania TALIS 2024 (Teaching and Learning International Survey). […]
Nieodrobiona praca domowa
Likwidacja prac domowych wywołała w polskiej edukacji efekt motyla. Wydaje się, że ani inicjujący proces premier Donald Tusk, ani tym bardziej Maciek z Włocławka, uczeń, który miał być inspiracją dla tej zmiany, nie spodziewali się tak dalekosiężnych efektów tego ruchu. Prace domowe – których zadaniem jest nauka systematyczności, utrwalenie materiału, rozwijanie i nauka samodzielności – zostały odgórnie wyeliminowane z praktyki szkolnej. Dla nauczycieli to posunięcie stanowiło czytelny sygnał braku zaufania i wprowadzania zmian z pozycji „wiemy lepiej”. Dla uczniów – początkowo zadowolonych, że będzie lżej – likwidacja okazała się kamieniem w plecaku. […]
O zdrowiu z Episkopatem
Szczęśliwie w roku szkolnym 2026/27 skończyliśmy dwuletnią dyskusję o edukacji zdrowotnej. Na szczęście – ponieważ większość argumentów, jakie padały ze strony krytykującej pomysł, nie miała wiele wspólnego z meritum sprawy. Na szczęście także dlatego, że dzięki wprowadzeniu tego przedmiotu jako obowiązkowego uczniowie i uczennice zyskali prawo dostępu do rzetelnych i sprawdzonych informacji, a szkoła – szansę na to, żeby w bardziej kompleksowy sposób wspierać wychowawcze działania rodzin. Miesiące dyskusji o prawach rodziców do odmawiania dziecku dostępu do wiedzy pozwoliły części komentujących zapomnieć o czymś, co wynika wprost z prawa oświatowego – szkoła wspiera wychowawczą funkcję rodziny.
Mimo istotnych wad tego rozwiązania (dołożenie kolejnej lekcji do przeładowanych planów lekcji), edukacja zdrowotna jest jednym z ważniejszych, choć długo dojrzewających sukcesów obecnego rządu. Niestety, od samego początku dość słabo komunikowanym. W pierwszym roku przedmiot był nieobowiązkowy, obowiązek wyjaśniania jego treści spadł na nauczycieli, z zajęć skorzystało około 30% uczniów i uczennic.
Reforma, która jest, ale wiary w nią nie ma
Czy to nie na reformę właśnie czekaliśmy w środowisku edukacyjnym? Jej zapowiedzi pojawiały się w kampanii w 2023 roku i towarzyszył im racjonalny optymizm. Dlaczego zatem po tych kilku latach poparcie dla tych zmian jest minimalne? Składa się na to kilka czynników. Najistotniejszym pozostaje, zdaje się, nazewnictwo. Reforma powinna zakładać zmianę całego systemu lub jego kilku kluczowych elementów – kształcenia nauczycieli, kwalifikacji, organizacji szkolnictwa, egzaminów, podstaw programowych. Tymczasem reforma „Kompas jutra” opiera się jedynie na zmianach samych podstaw programowych. Są one zasadne (podstawy w formie, jaką mamy w Polsce, muszą być cyklicznie aktualizowane), ale wobec wyzwań ostatnich lat – niewystarczające. […]
Nierówności – wiemy o nich, ale udajemy, że ich nie ma
Skoro jesteśmy przy reformie, musimy pamiętać, że zmiana podstaw programowych (tak samo, jak likwidacja prac domowych) może przynieść różne skutki w szkołach dysponujących różnymi zasobami. Zmiany, nawet tak techniczne, jak te dotyczące podstaw programowych, wymagają przygotowania kadry, zaplecza instytucjonalnego i gotowości do działania. Z wprowadzanych korekt z pewnością w większym stopniu skorzystają te placówki, które już dziś mają odpowiednie zaplecze organizacyjne i zasoby. Stracą te, które mają niezawinione przez siebie deficyty – głównie organizacyjne i kadrowe. […]
Zakaz, któremu nikt się nie sprzeciwił
Zakaz używania telefonów w szkołach pojawił się bez wcześniejszej debaty i sporów, które towarzyszyły innym zmianom w edukacji. Uzasadnienie było w tym wypadku stanowcze, proste i wynikające z badań: dzieci spędzają przed ekranami zbyt dużo czasu. Zakaz miał z jednej strony skłonić rodziny do głębszej refleksji nad tym, ile miejsca w ich codziennym życiu zajmują ekrany, z drugiej – stać się wyraźnym sygnałem ze strony państwa, pokazującym, że korzystanie z telefonów wymaga nałożenia ograniczeń. W rozmowach o tym, czy zakazy w ogóle działają, pojawiały się argumenty, że o takie jednoznacznie wytyczne z resortu prosiły same szkoły, uwikłane w niekończące się dyskusje z rodzicami o tym, co wolno w szkole zrobić z telefonem, odgórna decyzja miała więc dać im oparcie w ustalaniu i egzekwowaniu zasad.
Wrzesień 2026 roku był testem sprawdzającym – poza trudnościami technicznymi, nie pojawiały się w tym temacie żadne większe kontrowersje ani problemy. Ta decyzja była przykładem trafnego wczucia się w emocje społeczne i próbą przejścia ponad polaryzacją społeczną, czym także się za chwilę zajmiemy.
Edukacja obywatelska – marzenie o zaangażowaniu
Wprowadzenie nowego przedmiotu – w miejsce zlikwidowanego Historia i teraźniejszość, który z kolei zastąpił wcześniejszą Wiedzę o społeczeństwie – jest zasadne. W dużym skrócie, jest to powrót do treści WOS, ale w nowszej, bardziej adekwatnej do realiów strukturze, stawiającej na zaangażowanie uczniów i uczennic. Sam przedmiot zakłada w swoim przebiegu istotne elementy praktyki i doświadczeń obywatelskich. Jednak jest on trochę, jak skowronek, który nie czyni wiosny – cieszymy się, że jest, ale nie możemy sobie obiecywać po jego wprowadzeniu zbyt wiele. Edukacja obywatelska jako przedmiot nie uczyni szkoły przestrzenią współpracy, jeśli fundamenty jej działania pozostaną niezmienione. […]
Młodzież w centrum
Wczoraj Grzegorz Ćwiertniewicz – dr n. humanistycznych, ekspert w zakresie prawa pracy, w tym prawa oświatowego, mediator sądowy oraz autor publikacji poświęconych prawu, zarządzaniu i praktyce funkcjonowania szkół; zamieścił na swoim fb-profilu bardzo ważny tekst, który powinni przeczytać nie tylko nauczyciele, ale i dyrektorki i dyrektorzy – szczególni ci, którzy dopiero od 1 września sprawują to stanowisko. A jest to opis konkretnego przypadku mobbingu, jakiemu przez wiele lat poddawana była pewna nauczycielka:
MOBBING W OŚWIACIE (NIE) ISTNIEJE
Post będzie długi, bo o pewnych kwestiach nie da się napisać krótko…
Kiedy przygotowuję się do prowadzonych szkoleń, nie tylko czytam fachowe książki, analizuję akty prawne czy orzecznictwo, ale zaglądam również na fora branżowe, na których toczą się żywe dyskusje, rozmawiam z ludźmi, sięgam po artykuły opisujące konkretne historie czy… reportaże koncentrujące się na konkretnym problemie.
Przed weekendem skończyłem czytać „Masz się łasić. Mobbing po polsku”. Katarzyna Bednarczykówna wykonała kawał dobrej roboty. Na podstawie opowieści przedstawicieli różnych grup zawodowych podjęła próbę pokazania mechanizmu mobbingu i jego konsekwencji. Nie zazdroszczę ludziom tych doświadczeń!
Moją szczególną uwagę przykuł rozdział „Lęk”, przedstawiający historię pewnej polonistki z pewnego liceum. Najgorsze, że ten przypadek nie jest odosobniony. Wielu z Was po przeczytaniu krótkiego streszczenia zapewne zapyta: Skąd ja to znam?
Marta zaczyna pracę w liceum w 1997 roku. Wraca do rodzinnego Miasteczka po studiach i podejmuje wymarzoną pracę jako polonistka. Jest bardzo aktywna: uczy, zdobywa kolejne kwalifikacje, kształci się także z psychologii, prowadzi szkolny zespół muzyczny, organizuje akademie i inne wydarzenia. Jest dobrze oceniana przez uczniów i zdobywa uznanie również poza szkołą.
Przełom następuje w 2007 roku, gdy dyrektorką zostaje nauczycielka biologii. Wcześniej Marta miała z nią dobre, wręcz serdeczne relacje. Po objęciu stanowiska przez nową dyrektorkę sytuacja nagle się zmienia. Pojawia się niechęć, której Marta nie potrafi zrozumieć.
Zaczyna się stopniowe odsuwanie Marty i jej upokarzanie. Dyrektorka odsuwa ją od organizacji imprez, a podczas jednego z wydarzeń każe jej po prostu „stać pod drzwiami”, jak ochroniarz czy bramkarz. Marta wykonuje polecenie. Z czasem zaczyna omijać sekretariat, rezygnuje ze wspólnych obchodów Dnia Nauczyciela i wycieczek, bo źle czuje się w atmosferze panującej w szkole.
W pewnym momencie dyrektorka informuje ją o rzekomej skardze. Twierdzi, że Marta obraża uczniów, rzuca krzesłami i drze zeszyty, a skarga trafiła m.in. do ministerstwa i kuratorium. Marta chce ją zobaczyć. Jej mąż pisemnie domaga się ujawnienia dokumentu. Dopiero po kilku latach nauczycielka dowiaduje się, że żadnej takiej skargi do kuratorium ani ministerstwa nie było.
W 2010 roku dyrektorka rozwiązuje prowadzony przez Martę zespół muzyczny. Gdy uczniowie proszą o jego przywrócenie, dyrektorka uzasadnia odmowę brakiem odpowiedniego specjalisty. Tego samego specjalisty, który wcześniej przez lata zespół prowadził…
Marta dostaje kolejne dodatkowe obowiązki. Ma m.in. przygotować film reklamujący szkołę. Kiedy mówi o trudnościach i braku czasu, dyrektorka krzyczy na nią przy innych. Nauczycielka, mimo weekendowych studiów, organizuje pomoc rodziny i znajomych i praktycznie przez cały weekend pracuje nad filmem. W poniedziałek przekazuje gotowy materiał. Nikt jej za to nie podziękuje…
Marta odnosi sukcesy, ale reakcje dyrektorki są negatywne. Uczniowie przyznają jej nagrody w szkolnych konkursach, po czym dyrektorka te konkursy likwiduje. W 2017 roku zgłaszają Martę do regionalnego plebiscytu „Nauczyciel na Medal”. Marta wygrywa. Kiedy przychodzi do szkoły z medalem i ciastem, dyrektorka reaguje złością i podważa sens nagrody. Później Marta otrzymuje także nagrodę mieszkańców Miasteczka.
Dochodzi do kolejnych upokarzających sytuacji. Przed maturą polonistka zostaje oskarżona o nieprzygotowanie sali, mimo że wcześniej ją przygotowała. Dyrektorka zarzuca jej m.in. brudną pleksi i gazetki. Marta schodzi po środki czystości i sama zaczyna wszystko szorować, choć nie należy to do jej obowiązków. Podczas pracy płacze.
Część swojej aktywności przenosi poza szkołę. Zakłada firmę szkoleniową, tworzy materiały dla maturzystów, publikuje i pisze podręcznik. Gdy zostaje ponownie nominowana do konkursu „Nauczyciel na Medal”, wycofuje swoją kandydaturę, żeby uniknąć kolejnej konfrontacji. Przez lata pojawiają się następne szykany. Marta opisuje m.in. ograniczanie kontaktów z innymi nauczycielami, zlecanie jej pracy w ferie, pomniejszanie nagród finansowych mimo osiągnięć, dokładanie kolejnej klasy maturalnej oraz problemy związane z dokumentacją i awansem zawodowym. W jednym przypadku dyrektorka każe jej podpisać dokument z wcześniejszą datą. Marta wpisuje rzeczywistą datę, po czym musi przygotować dokument ponownie. Jej awans i związana z nim podwyżka zostają opóźnione o około pół roku.
Kulminacja następuje wiosną 2020 roku. Podczas nauczania zdalnego, przed klasyfikacją maturzystów, dochodzi do sporu dotyczącego ocen. Marta uważa, że muszą one wynikać z wiedzy uczniów. Za namową kolegi daje uczniom możliwość wykonania dodatkowych zadań. Korzysta z tego grupa uczniów, wśród nich także syn Marty, którego sama uczy. Po klasyfikacji Marta zostaje oskarżona o sfałszowanie dokumentacji. Dyrektorka zarzuca jej, że dopisała ocenę własnemu synowi, aby podwyższyć mu średnią. Marta twierdzi, że wszystkie oceny i ich podstawy są udokumentowane w dzienniku elektronicznym i e-mailach. Podczas spotkania dyrektorka przez około dwie godziny ją upokarza i grozi m.in. prokuraturą. Nauczycielka w silnym stresie podpisuje oświadczenie. Dyrektorka każe jej je sporządzić, częściowo dyktując treść. Marta opisuje, że była wówczas jak sparaliżowana i nie była w stanie normalnie myśleć. Podpisuje dokument, który jest jeszcze częściowo pusty i który dyrektorka ma później uzupełnić.
Marta żyje w strachu przed konsekwencjami. Obawia się, że może stracić prawo wykonywania zawodu. Sytuacja finansowa rodziny jest dodatkowo trudna, ponieważ firma męża ucierpiała podczas pandemii. Zatrudniają prawnika. Sprawa rzeczywiście trafia do prokuratury. Przed Wielkanocą 2021 roku Marta zostaje wezwana. Pobiera się od niej odciski palców i próbkę DNA. Przesłuchiwani są uczniowie i nauczycielka, sprawdzany jest komputer oraz połączenia. Marta rezygnuje ze swoich dodatkowych aktywności i zaczyna zastanawiać się, co zrobiła źle.
5 października 2021 roku prokuratura uznaje zarzuty za bezpodstawne i umarza sprawę. Później komisja dyscyplinarna również oczyszcza Martę z zarzutów, a w swojej opinii pozytywnie ocenia sposób wykonywania przez nią obowiązków nauczyciela.
Można byłoby pomyśleć: koniec koszmaru. Niestety, nie.
Oczyszczenie z zarzutów nie kończy problemu. Marta psychicznie się załamuje. Ma problemy ze snem, koszmary, silny lęk przed szkołą. Przed powrotem do pracy jej mąż zabiera ją do lekarki, która stwierdza, że Marta powinna natychmiast odciąć się od źródła stresu. Otrzymuje zwolnienie, a następnie roczny urlop dla poratowania zdrowia. Stan Marty staje się bardzo poważny. Przestaje prowadzić samochód, przyjmuje leki psychotropowe, korzysta z psychoterapii i przez długi czas boi się wychodzić z domu. Miewa myśli samobójcze. W maju 2022 roku, podczas rozmowy z autorką reportażu, przyznaje, że nadal jest w bardzo złym stanie. Mówi, że przez trzynaście lat wydawało jej się, że sobie radziła, ale „w czternastym roku” już nie wytrzymała.
Marta decyduje się skierować sprawę do sądu jako sprawę o mobbing. Do września 2023 roku w Miasteczku odbywają się trzy rozprawy. Od grudnia 2023 roku sąd przyznaje Marcie zabezpieczenie – 800 zł miesięcznie na pokrycie kosztów prywatnej terapii – do czasu zakończenia procesu. W przytoczonym dokumencie sąd wskazuje, że na tym etapie postępowania uprawdopodobniono szereg zachowań mogących stanowić mobbing.
W momencie zakończenia opisywanej historii proces nadal trwa. Mimo pozwu, procesu i wiedzy miejskiego wydziału edukacji o zarzutach wobec dyrektorki zostaje ona ponownie wybrana w konkursie na stanowisko dyrektorki szkoły.
To tak w dużym skrócie…
Marta opowiedziała o kilkunastu latach narastającej presji – od odsuwania jej od obowiązków i upokarzania, przez kolejne konflikty zawodowe, aż po oskarżenie o fałszowanie dokumentacji. Z tego ostatniego zarzutu została oczyszczona. Tyle że oczyszczenie z zarzutów nie sprawiło, że zniknęły skutki wcześniejszych doświadczeń. Te doprowadziły ją do poważnego kryzysu psychicznego, a ostatecznie do skierowania sprawy o mobbing do sądu.
I chyba właśnie to w tej historii jest szczególnie ważne. Mobbing rzadko zaczyna się od jednego wielkiego zdarzenia. Często są to sytuacje, które rozpatrywane oddzielnie można próbować bagatelizować. Jedna uwaga. Jedno upokorzenie. Jedno dodatkowe zadanie. Jeden konflikt. Jedna niesprawiedliwa decyzja. Tyle że później pojawia się następna. I następna. I następna…
Oczywiście pracownicy czasami mylą mobbing z krytyką wykonywania zadań czy egzekwowaniem należytej jakości pracy. Przełożony ma prawo wymagać, kontrolować, oceniać i zwracać uwagę na błędy. Nie każda nieprzyjemna sytuacja w pracy jest mobbingiem. Problem jest znacznie bardziej złożony.
Mobbing może jednak pojawić się w różnych organizacjach. Mobberem może być nie tylko pracodawca, ale również bezpośredni przełożony czy współpracownik. Dlatego samo przekonanie: „u nas tego problemu nie ma” jeszcze niczego nie dowodzi.
Oświata również nie jest od tego zjawiska wolna. Co więcej, badania wskazują, że pracownicy oświaty należą do grup zawodowych narażonych na zachowania o charakterze mobbingowym. I warto mieć tego świadomość.
Nie po to, żeby w każdym konflikcie doszukiwać się mobbingu. Nie po to, żeby każde wymaganie przełożonego nazywać przemocą. Ale po to, żeby umieć zauważyć moment, w którym konflikt przestaje być konfliktem, a zaczyna się długotrwałe nękanie, zastraszanie, poniżanie czy izolowanie człowieka.
Jeśli zareagujemy dopiero wtedy, kiedy ktoś po kilkunastu latach powie: „już nie wytrzymałam”, może być zdecydowanie za późno. I o tym również mówię podczas szkolenia poświęconego mobbingowi właśnie.
Źródło: www.facebook.com/grzegorz.cwiertniewicz/
Audiobook „Masz się łasić” Katarzyny Bednarczykówny – TUTAJ
Dzisiaj proponuję lekturę bardzo obszernego tekstu zatytułowanego „Ile czasu dzieci i młodzież mogą spędzać w mediach społecznościowych?”, jaki został zamieszczony na blogu CEO. Jako że nie jest on krótki – zamieszczam jedynie jego wybrane (subiektywnie) fragmenty i gorąco zachęcam przeczytanie całości – załączam link:
[…]
Po co nam media społecznościowe?
Człowiek jest z natury istotą społeczną i do zdrowego funkcjonowania potrzebuje kontaktu z innymi ludźmi. Jesteśmy wyposażeni w szereg zdolności, aby wchodzić w interakcje z innymi osobami oraz budować relacje interpersonalne. Przynależność do grupy jest ważna na każdym etapie rozwoju. W pierwszym okresie życia jest to rodzina i najbliższe środowisko.
Potrzeba wymiany myśli, uczuć i informacji jest bezsprzecznie wpisana w funkcjonowanie ludzkie i znajduje różne formy wyrazu. Komunikujemy się werbalnie i niewerbalnie, wyrażamy swoje myśli i uczucia poprzez mowę, pismo, sztukę czy rozmaite kody. Umiejętności społeczne, które nabywamy w toku rozwoju, pozwalają nam radzić sobie w interakcjach społecznych i regulować związane z nimi emocje, aby funkcjonować w zdrowiu i zadowoleniu z życia (Goleman, 1997).
W wieku nastoletnim niezwykle ważna staje się przynależność do grupy rówieśniczej. Wraz z rozwojem nowych technologii wykształciły się media społecznościowe (social media, SM). Pojawiły się one mniej więcej ćwierć wieku temu i stopniowo stały się integralną częścią życia ludzi na całym świecie. Korzystają z nich dorośli, młodzież i dzieci. I właśnie grupa najmłodszych użytkowników skupia na sobie najwięcej uwagi ekspertów w dziedzinie zdrowia. Czas spędzany przed ekranami i media społecznościowe to dwa główne problemy zdrowotne dzieci, które martwią ich rodziców i opiekunów (Nagata, Huang, Hur, Li, Helmer, Weinstein, Moreno, 2025).
Okazuje się, że bycie online oraz używanie social mediów i komunikatorów stanowi codzienność polskich nastolatków, korzysta z nich przeważająca część młodzieży (Jachymek, 2023). Kontrowersje budzi fakt, że komunikacja z wykorzystaniem internetu przebiega inaczej niż kontakt na żywo – przede wszystkim odbywa się bez kontroli i nadzoru. Obawy narastają, gdy widzimy, jak dzieci i młodzież ciągnie do social mediów, jak bardzo nieodparta jest to potrzeba.
Dlatego jako dorośli szukamy odpowiedzi na pytanie o zdrową dawkę social mediów dla swoich podopiecznych (Pyżalski, Plichta, Tomczyk, 2026). Specjaliści od zdrowia są zgodni, że dzieci do 6. roku życia są na tyle niedojrzałe, że powinny mieć minimalny kontakt z urządzeniami cyfrowymi i internetem, jednak już w przypadku nastolatków sprawa się komplikuje. A to wskutek dostrzegania zarówno ryzyka, jak i korzyści, które implikuje użytkowanie mediów społecznościowych (WHO, 2024). […]
Oto podtytuły następnych akapitów:
Poszukiwanie dowodów naukowych […]
Samopoczucie i skrolowanie – gdzie jest skutek, a gdzie przyczyna? […]
A dalej czytamy:
Zdrowa dawka dla nastolatka
Dobrze wiemy, że większość nastolatków korzysta z mediów społecznościowych codziennie – do kontaktów, rozrywki, nauki, budowania tożsamości i regulowania emocji. Jak donosi „Nature”, w przypadku nastolatków to nie czas ekranowy jest największym zagrożeniem, lecz pozostawienie młodych ludzi samych w świecie wirtualnym (Nature, 2019). To ważna zmiana perspektywy dla rodziców, wychowawców i nauczycieli. Nadal trwa jednak dyskusja, w jakim wieku nastolatki powinny móc zacząć korzystać z mediów społecznościowych. […]
Na świecie coraz więcej państw pracuje nad ustawowymi rozwiązaniami podwyższającymi minimalny wiek korzystania z SM do 15–16. roku życia. A 73% Polaków deklaruje, że jest za wprowadzeniem zakazu używania telefonów w szkołach (Feliksiak, 2025). W związku z tym rośnie odpowiedzialność szkoły we wspieraniu uczniów i uczennic w rozwijaniu zdrowych nawyków cyfrowych.
Co jako dorośli możemy zrobić dla nastolatków?
Eksperci proponują rodzicom i nauczycielom wspieranie młodzieży poprzez mądre towarzyszenie im w sieci, a nie zakazywanie przebywania w niej. Amerykańskie Towarzystwo Pediatryczne wskazuje na użyteczność podejścia 5C (Child, Content, Calm, Crowding Out, Communication) w nauczaniu zdrowego korzystania z social mediów (Nagata i in., 2025).
Podejście 5C dotyczy prowadzenia rozmów z nastolatkami na temat higieny cyfrowej w oparciu o pięć zasad:
>Zrozum, co motywuje dzieci do korzystania z mediów społecznościowych. Być może chcą znaleźć społeczność lub rozrywkę. Zaciekaw się tym.
>Zorientuj się, jakie treści nastolatki oglądają w mediach społecznościowych. Wyjaśniaj im, jak może się różnić jakość czasu spędzanego przed ekranem i które treści są wartościowe, a które – mniej.
>Zwróć uwagę na korzystanie z ekranów przed snem i ucz higieny snu oraz zdrowych sposobów na zaśnięcie. Rozmawiaj o tym, jak bodźcujące jest korzystanie z social mediów, oraz o tym, jak się relaksować.
>Pracuj z nastolatkami nad zrozumieniem, w jaki sposób czas spędzony przed ekranem wypiera inne aktywności. Pomóż im znaleźć zajęcia alternatywne, którymi można by zastąpić social media.
>Utrzymuj bliski kontakt i otwartą komunikację z nastolatkami. Regularnie rozmawiaj z nimi na temat social mediów.
Co możesz zrobić jako nauczyciel lub nauczycielka?
-Nie oceniaj wyłącznie liczby godzin spędzanych online.
-Zapytaj, co młoda osoba robi w sieci i jak się po tym czuje.
-Zwracaj uwagę na niewyspanie, wycofanie, trudności z koncentracją i pogorszenie relacji.
-Ustalaj zasady wspólnie z klasą, zamiast bazować wyłącznie na zakazach.
-Włącz rodziców i szkolnych specjalistów, jeśli widzisz niepokojące zmiany.
Nauczyć świadomego korzystania z mediów społecznościowych
Dla jednych uczniów social media to przestrzeń kontaktu i wsparcia, źródło wiedzy, narzędzie twórczości. Dla innych – źródło stresu, presji i porównań. Aby móc rozpoznać, z czym ma do czynienia dany nastolatek, rodzice i nauczyciele powinni zwracać uwagę na zmiany w funkcjonowaniu dziecka związane z wyraźnym spadkiem koncentracji, zmęczeniem, wycofaniem społecznym czy drażliwością. Warto wtedy poświęcić więcej uwagi na wsparcie, rozmowę i rozpoznanie tego, co dzieje się z młodą osobą i czego doświadcza w swoim życiu online i offline.
Świadomego korzystania z social mediów młodzież można nauczyć – podobnie jak pisania, matematyki czy rozwiązywania konfliktów. Szkoła odgrywa ogromną rolę w budowaniu kompetencji, takich jak utrzymywanie higieny cyfrowej, krytyczne myślenie i świadomość własnych emocji w kontekście korzystania z social mediów. Ponadto wielu ekspertów podkreśla, że szkoła może wykorzystać social media jako narzędzie edukacyjne, np. w przypadku projektów, współpracy czy uczenia odpowiedzialności cyfrowej (Jachymek, 2023).
Media społecznościowe są wynalazkiem, który ma służyć naszym celom oraz odpowiadać na ludzką potrzebę kontaktu, przynależności i relacji społecznych.
Jeśli jest Ci bliskie podejście oparte o relacje, uważność i towarzyszenie uczniom w drodze do zdrowia, program Żyję zdrowo może być naturalnym kolejnym krokiem.
To propozycja dla nauczycieli i wychowawców, którzy chcą budować edukację zdrowotną bez presji i moralizowania – za to z przestrzenią na doświadczenie, rozmowę i refleksję. Program oferuje gotowe scenariusze zajęć, ćwiczenia i projekty, które pomagają młodym ludziom lepiej rozumieć swoje ciało, emocje i potrzeby oraz stopniowo budować zdrowe nawyki.
Dowiedz się więcej na stronie – wzmacniajodpornosc.ceo.org.pl.
Cały tekst „Ile czasu dzieci i młodzież mogą spędzać w mediach społecznościowych?” – TUTAJ
Źródło:www.ceo.org.pl
Oto fragmenty tekstu (I link do pełnej wesji) Katarzyny Mazur, informującego o raporcie z badania sytuacji młodych nauczycieli, przeprowadzonego przez ZNP i Uniwersytet Warszawski, zamieszczonego dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji”:
Młodzi nauczyciele szybko zderzają się z rzeczywistością. Potrzebują innego wsparcia
[…[
Raport wskazuje, że początkujący nauczyciele wchodzą do zawodu z dużym entuzjazmem i idealistycznymi oczekiwaniami, ale szybko zderzają się z organizacją pracy szkoły: dokumentacją, relacjami z rodzicami, brakiem jasnego wdrożenia, przeciążeniem obowiązkami i nieformalnymi regułami placówki. „Pierwsze lata pracy zawodowej w szkole są okresem szczególnie narażonym na przeciążenie, poczucie niekompetencji i rozczarowanie zawodem” napisano w raporcie. Badaczki zwracają też uwagę, że w wielu odpowiedziach pojawiał się „brak wdrożenia do realiów pracy”.
Młody nauczyciel nie uczy się wyłącznie prowadzenia lekcji. Musi zrozumieć procedury, dokumentację, sposób komunikacji z rodzicami, zasady współpracy w gronie pedagogicznym, oczekiwania dyrekcji i praktyczne sposoby reagowania na sytuacje trudne. Bez wsparcia te zadania szybko stają się źródłem lęku i poczucia niekompetencji.[…]
Z części jakościowej badania wynika, że młodzi nauczyciele bywają dodatkowo obciążani właśnie dlatego, że są młodzi, bezdzietni albo nie mają jeszcze ugruntowanej pozycji w szkole. Zamiast ochronnego wdrożenia dostają więcej zadań.
– Systemowe obciążanie młodych nauczycieli to także zjawisko, na które zwracały nam uwagę te osoby, które mają niewielki staż pracy w szkole. To, że młodzi nauczyciele nie mają rodziny, nie mają dotychczasowych obowiązków, ale także nie mają wsparcia wśród kolegów w pracy, bardziej doświadczonych, często skutkuje tym, że wypalają się już na pierwszym etapie kariery, obciążeni obowiązkami ponad absolutnie swoje możliwości – mówiono podczas omówienia raportu. […]
Raport pokazuje, że mentoring dla początkujących nauczycieli powinien być narzędziem zatrzymywania ludzi w zawodzie. Jeśli młody nauczyciel już na starcie uczy się, że przeciążenie jest normą, a proszenie o wsparcie oznaką słabości, szkoła sama przyspiesza jego wypalenie.
Cały tekst „Młodzi nauczyciele szybko zderzają się z rzeczywistością. Potrzebują innego wsparcia” – TUTAJ
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Dzisiaj proponuję zapoznać się z dwoma postami, które znalazłem na fb-progilu Roberta Sowińskiego:
23 września
Współpraca na opak czyli jedna osoba pracuje, reszta współistnieje…
Dzisiaj pracujemy w grupach, oznajmia Pani Ania. Po pięciu minutach sytuacja wygląda następująco:
Jedna osoba wykonuje zadanie, druga ozdabia kartkę, trzecia zarządza innymi a czwarta obserwuje życie za oknem.
Ale spokojnie, wszyscy dostaną wspólną ocenę, więc współpraca została oficjalnie potwierdzona.
Samo posadzenie dzieci przy jednym stole nie tworzy zespołu. Współpraca wymaga wspólnego celu, podziału odpowiedzialności, komunikacji i refleksji nad tym, jak pracowała grupa.
Inaczej nie uczymy współpracy. Uczymy, że zawsze znajdzie się ktoś, kto zrobi zadanie za innych. Czyli cwaniactwa.
Więcej jutro albo w Daltońskich wieściach, […]
24 września
Możesz wybrać, byle … właściwie?
W naszej klasie dzieci mają wybór. Mogą zacząć od zadania pierwszego albo… najpierw wykonać zadanie pierwsze.
Mogą pracować własnym sposobem, pod warunkiem że będzie to sposób pokazany przez nauczyciela.
Mogą też wybrać kolegę, oczywiście po zatwierdzeniu składu przez dorosłego.
To nie jest autonomia, to coś na kształt quizu, w którym każda odpowiedź poza oczekiwaną jest błędna.
Wybór nie musi być nieograniczony. Powinien jednak być prawdziwy i dotyczyć czegoś, co ma dla ucznia znaczenie, np. kolejności, czasu, miejsca, sposobu pracy albo formy prezentacji efektu.
Pozorny wybór uczy jedynie odgadywania intencji nauczyciela. Chcesz poznać plan daltoński – lepiej zapisz się na Daltońskie wieści – link: https://www.daltonskiewiesci.pl/
Źródło: https://www.facebook.com/sowinski.robert
Dziś proponuję przeczytać kolejną porcję wiedzy, pomagającej w pracy nauczyciela, z którą dzieli się Danuta Sterna na swoim blogu „OK. NAUCZANIE”. Tym razem nie tylko posiłkując się artykułem Rachel Edoho-Eket, ale także wyniesioną z własnego doświadczenia:.
Uczeń nieznośny
Rys. Danuta Sterna
Jeśli nauczyciel nic z tym nie zrobi, to sytuacja się utrwala, a nawet nasila. Dzieci i młodzi ludzie potrzebują granic i ciągle próbują, czy mogą je przekroczyć. Nie oznacza to, że należy przede wszystkim egzekwować przestrzeganie ustalonych zasad. Warto również poznać przyczyny złego zachowania.
Lata temu, gdy zaczynałam pracę w szkole, uczyłam klasę drugą licealną. Była to bardzo trudna klasa. Przewodziło jej kilku chłopców, którzy „rozwalali” lekcje. Reszta klasy nie mogła się uczyć, gdyż oni uniemożliwiali proces nauczania. Nie będę opisywać, w jaki sposób, gdyż każdy z nauczycieli wie, o co chodzi. Apelowałam do uczniów, pytałam ich, dlaczego tak się zachowują, i nic to nie zmieniało.
Po roku męki przestałam uczyć tę klasę i przejęła ją nauczycielka, która była uznawana za niezwykle ostrą nauczycielkę. Stosowała wobec klasy drakońskie metody, niestety to też nie pomogło i do matury klasa dotarła zdziesiątkowana.
Z perspektywy czasu teraz wiem, co powinnam zrobić. Przemawianie do całej klasy nie miało sensu. Trzeba było umówić się z każdym z chłopców po lekcjach w neutralnym miejscu i porozmawiać od serca. Nie wiem, czy na pewno by podziałało, ale przynajmniej dowiedziałabym się, o co chodzi.
Tych kilku uczniów dyktowało warunki, mieli władzę nad klasą i nie chcieli stracić pozycji. Prawdopodobnie nie miało to nic wspólnego ze mną.
Dwóch z nich pochodziło z tak zwanych rozbitych rodzin i ich mamy nie miały na nich wpływu. Trzeci miał ojca wojskowego, który stosował tak zwany zimny wychów.
Można sądzić, że nauczyciel matematyki w liceum nie musi zajmować się wychowaniem młodych ludzi, powinien przekazywać wiedzę matematyczną. Jednak mając takich opornych uczniów, nie da się prowadzić procesu nauczania.
Próbowałam zgłosić się po pomoc do wychowawczyni klasy, ale ona twierdziła: „Ja nie mam z nimi żadnego kłopotu”. Nauczyciele odwracali się od problemu, gdyż tradycyjne metody interwencji nie działały. Chłopcom nie zależało na dobrych wynikach, a nawet na tym, czy przejdą do następnej klasy. Oceną zachowania w ogóle się nie interesowali.
Kiedy uczniowie mają trudności z regulowaniem emocji lub są wycofani czy buntowniczy, dorośli skupiają się na powstrzymaniu takiego zachowania. Ale skupianie się jedynie na korygowaniu zachowań nie przynosi efektów.
Trzy wskazówki, co warto zrobić, choć nie ma gwarancji, że przyniosą efekty.
1.Przyjrzeć się uczniowi
Przyjrzeć się uczniowi z ciekawością, zanim się zareaguje. Oznacza to zadanie sobie pytań: „Co wiem o tym uczniu?”, „W czym jest on dobry?”, „Z kim nawiązuje kontakt?”, „Kiedy wydaje się najbardziej pewny siebie?”, „Jakie ma zainteresowania?”. Czasami odpowiedzi na te pytania mogą całkowicie zmienić sposób reagowania. Może się okazać, że uczeń ma trudną sytuację w domu albo walczy o pozycję w klasie, o uwagę rówieśników i nauczyciela.
Odpowiedzi na te pytania dają grunt pod rozmowę i nawiązanie kontaktu. Nawiązać rozmowę można w każdej chwili albo umówić się na rozmowę po lekcjach. Nie powinna ona być korygująca, ale powinna pokazywać uczniowi, że dorosły się nim interesuje. Pierwsza rozmowa nie musi zahaczać o zachowanie ucznia. Jeśli dowiemy się, co interesuje ucznia, to możemy z ciekawością o tym posłuchać, a potem podczas lekcji nawiązywać do tego tematu. Oczywiście nie odnosząc się do osoby ucznia na forum klasy. Można zapytać ucznia o zainteresowania, obserwować, co robi w wolnym czasie, i dowiedzieć się, z czego jest dumny.
Chodzi o zmianę relacji pomiędzy nauczycielem i uczniem. Trzeba to zrobić jak najszybciej, bo jeśli złe zachowania się utrwalą, to nauczyciela nie będzie już stać na sympatię.
Nie oznacza to, że od nawiązania kontaktu znikną problematyczne zachowania, ale oznacza to, że zmieni się relacja, a to jest najważniejsze.
2.Zauważać sytuacje, gdy uczeń wyjątkowo dobrze się zachowuje
Często przyzwyczajamy się do złych zachowań ucznia, oczekujemy na nie i w ten sposób spełnia się przepowiednia. Trzeba zwracać uwagę na sytuacje, w których takie zachowania nie występują, kiedy uczeń osiąga sukcesy. Wyjątki od złych zachowań nie są przypadkami. Mogą pomóc zidentyfikować mocne strony ucznia, dać mu wsparcie i budować z nim relacje.
Pomysł polega na tym, aby uczeń dostawał uwagę, gdy dobrze się zachowuje, a nie wtedy, gdy rozrabia. Taki problemowy uczeń często walczy o uwagę poprzez złe zachowanie, wie, że wtedy będzie w centrum zainteresowania.
Można stwarzać samemu takie sytuacje. Na przykład powierzać uczniowi wyróżniające go zadania, obdarzać go zaufaniem.
Można też zapytać innego nauczyciela, który dobrze sobie radzi z uczniem, jakie strategie stosuje. Im więcej o uczniu wiemy, tym mamy większe szanse pomóc jemu i sobie.
3.Utrzymywać wysokie oczekiwania w stosunku do ucznia
Zawodząc się na kimś, jesteśmy skłonni mieć mniejsze w stosunku do niego oczekiwania w przyszłości. Podobnie jest w relacjach z trudnym uczniem. To niestety ma odwrotny skutek. Po pierwsze, może to być dla ucznia wygodne (mniej ode mnie wymagają), a po drugie, może skutkować brakiem poprawy (nie wierzą we mnie, mogę się nie starać).
Zamiast mówić: „Podejmujesz złe decyzje”, możemy powiedzieć: „Ten wybór nie spełnił oczekiwań klasowych, ale wiem, że możesz dokonać lepszego”. Zamiast: „Dlaczego nie potrafisz się dobrze zachowywać?”, możemy powiedzieć: „Widzę, że masz teraz trudności. Zastanówmy się, co się stało i co możesz zrobić inaczej następnym razem”. Często uczeń potrzebuje usłyszeć: „Wiem, że jesteś zdolny i nie zamierzam cię zostawić”. Uczeń potrzebuje wiedzieć, że dorośli wierzą w jego możliwości i chcą mu pomóc.
Wracając do przykładu podanego na początku. Wyjściem z tej trudnej sytuacji było porozmawianie z każdym uczniem, poznanie go, zrozumienie, co jest przyczyną złego zachowania, dostrzeżenie pozytywnych stron ucznia, docenienie jego dobrego zachowania, niespisywanie ucznia na straty i zaoferowanie mu pomocy. Niestety, jako młoda nauczycielka nie znałam tych wskazówek i poległam w tej sprawie. Oczekiwanie, że sprawa sama się rozwiąże i uczeń się poprawi, nie jest efektywną strategią.
Jeśli udało Ci się zastosować dobrą strategię przemiany nieznośnego ucznia w ucznia współpracującego, to napisz do mnie, jak Ci się to udało?
Inspiracja artykułem Rachel Edoho-Eket.
Źródło: www.oknauczanie.pl
Wczoraj na na fejsbukowej agorze wypatrzyłem post, zamieszczony przez autora, występującego pod szyldem „OKE czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora”:
Od lat wygląda to dokładnie tak samo.
Na fakultet z biologii przychodzi pewna grupa uczniów. Mija tydzień, drugi, trzeci i nagle część osób zaczyna znikać. Nie dlatego, że nauczyciel się zmienił, program nagle zrobił się trudniejszy albo ktoś postanowił uczniom uprzykrzyć życie.
Po prostu pojawia się coś, czego wcześniej nie było widać.
Wysiłek.
W szkole, w której pracuję, w pierwszej klasie, a zresztą również w kolejnych, mamy po siedem godzin biologii tygodniowo. Dodatkowo są zajęcia z anatomii. Program biologii to zajęcia z fizjologii, genetyki, biochemii, jest dużo pracy z materiałem, analizowania, rozwiązywania zadań i pisania odpowiedzi, zajęcia laboratoryjne. To nie jest godzina biologii raz na tydzień, podczas której można sobie spokojnie posłuchać ciekawostek.
I właśnie wtedy bardzo szybko okazuje się, kto rzeczywiście chciał tę biologię wybrać, a kto wybrał ją dlatego, że ktoś mu powiedział, że „biologia się przyda”.
Schemat jest zresztą bardzo podobny od lat.
Rodzic uznaje, że biologia będzie dobrym wyborem, bo może dziecko pójdzie na medycynę, weterynarię, fizjoterapię czy jakiś kierunek przyrodniczy. Dziecko wybiera więc biologię. Tyle że samo biologii specjalnie nie lubi, nie interesuje się nią i wcale nie planuje swojej przyszłości w tym kierunku.
Przez pierwsze tygodnie wszystko jeszcze jakoś działa.
A potem pojawia się materiał, którego nie da się już „prześlizgnąć”. Trzeba usiąść. Trzeba przeczytać. Trzeba zapamiętać, ale przede wszystkim zrozumieć. Trzeba analizować wykresy, doświadczenia, zależności, rozwiązywać zadania i nauczyć się poprawnie formułować odpowiedzi.
I wtedy część uczniów zaczyna się wycofywać. Bo nagle okazuje się, że fakultet nie jest dodatkową godziną ciekawej rozmowy o biologii. Jest nauką.
I właśnie dlatego mam do rodziców prosty apel:
Nie wybierajcie dzieciom fakultetów.
Możecie doradzać. Możecie rozmawiać o konsekwencjach wyboru. Możecie powiedzieć: „Jeżeli myślisz o takim kierunku studiów, sprawdź, jakie przedmioty będą ci potrzebne”. Możecie nawet powiedzieć, że według was jakiś wybór będzie rozsądniejszy.
Ale ostatecznie to dziecko powinno zdecydować.
Bo później bardzo łatwo powiedzieć: „Nie chce mu się uczyć biologii”, „Nie angażuje się”, „Nauczyciel za dużo wymaga”.
Tylko że czasami prawdziwy problem pojawił się kilka miesięcy wcześniej, kiedy ktoś wybrał dziecku przedmiot, którego ono samo wcale nie chciało.
I żeby nie było nieporozumienia: nie uważam, że dziecko powinno uczyć się wyłącznie tego, co lubi. Polski może kogoś kompletnie nie interesować, matematyka może być dla kogoś wyjątkowo trudna, a język obcy może być przedmiotem, za którym uczeń nie przepada.
Mimo to trzeba je opanować, bo są elementem obowiązkowej edukacji, a część z nich również matury.
Fakultet to jednak inna sytuacja.
To świadoma decyzja, że przez kolejne lata chcę poświęcić znacznie więcej czasu właśnie temu przedmiotowi. A jeżeli wybieram biologię, muszę się liczyć z tym, że będzie anatomia, fizjologia, genetyka, biochemia i dziesiątki innych rzeczy, których nie da się nauczyć bez pracy.
Nie da się wybrać dziecku zainteresowania.
Można wybrać mu fakultet. Można zapisać je na dodatkowe zajęcia. Można kupić korepetycje. Można nawet przez jakiś czas pilnować, żeby siedziało nad książką. Ale nie da się za nie zdecydować, że będzie chciało poświęcić kilka lat na naukę konkretnego przedmiotu.
Dlatego zanim rodzic powie: „Wybierz biologię, bo może kiedyś ci się przyda”, naprawdę warto zadać dziecku inne pytanie:
„Czy ty naprawdę chcesz się tego uczyć? Czy to cię interesuje”
Bo kiedy po dwóch czy trzech tygodniach pojawi się wysiłek, wymagania i konieczność systematycznej pracy, to właśnie wtedy okaże się, czy wybór był rzeczywiście wyborem dziecka.
I właśnie wtedy bardzo często pojawia się frustracja. Najłatwiej powiedzieć, że lekcje są nudne, że nauczyciel nie potrafi zainteresować, że „nic się nie dzieje”. Tylko że lekcja nie jest TikTokiem, na którym po kilku sekundach można przesunąć palcem i wybrać kolejną rolkę.
Nie każda lekcja będzie fascynująca. Nie każdy temat będzie ciekawy. Czasami trzeba po prostu usiąść i się nauczyć. Trzeba przećwiczyć zadania, zapamiętać pojęcia, zrozumieć zależności i wrócić do tego, czego nie udało się opanować.
A jeżeli mówimy o fakultetach przygotowujących do matury, to nie możemy realizować wyłącznie tego, co akurat jest ciekawe. Trzeba zrealizować cały materiał wymagany na egzaminie. Także ten mniej efektowny, wymagający pracy i cierpliwości.
Bo edukacja nie polega na tym, żeby każda minuta była atrakcyjna.
Czasami po prostu trzeba się trochę pomęczyć, żeby później coś naprawdę umieć.
Źródło: www.facebook.com/permalink.php?












