Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

Dziś, w miejsce aktualnych tekstów teoretyków i praktyków o edukacji, proponujemy lekturę publikacji autorstwa dr hab. Przemysława  Grzybowskiego – profesora  w Katedrze Pedagogiki Ogólnej i Porównawczej na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy: „Morycek w szkole. Żydowskie dowcipy o edukacji, w dialogu międzykulturowym”.

 

Jest to nasz wkład w proces unormalnienia problematyki „Polacy i (a) Żydzi”, która w ostatnich dniach została tak skutecznie sprowadzona na niebezpieczne manowce przejaskrawień, przeinaczeń, budzenia uśpionych (zdawałoby się) demonów i polityczno-dyplomatycznych „wojenek”.

 

 

Foto: www.google.pl

 

Przedstawione w książce zagadnienia nawiązują do idei integracji międzykulturowej i budowania wspólnoty poprzez radosny śmiech – zwłaszcza w odniesieniu do fascynującej, choć trudnej przeszłości. Ich podstawą jest komizm zawarty w żydowskich dowcipach i anegdotach o edukacji oraz wspólnota śmiechu i humoru ukształtowana w rozmaitych okolicznościach.

 

W poprzedzającym część antologiczną eseju popularnonaukowym, zostały przedstawione argumenty potwierdzające tezę, że w zróżnicowanym kulturowo środowisku, dowcip i towarzyszący mu śmiech mogą stanowić czynnik dialogu międzykulturowego oraz narzędzie edukacji międzykulturowej. [Źródło: www.researchgate.net]

 

 

 

Foto: www.google.pl

 

 

Przytoczymy  jeszcze ostatni akapit z tekstu „Od wydawcy – słów kilka o idei tej książki”:

 

[…] Wspólny śmiech na kulturowych pograniczach jest doskonałą okazją do dialogu, wzajemnego poznawania i fundamentem przyjaźni – stąd taki właśnie temat książki, nawiązujący do fundacyjnych ideałów i atrakcyjny poznawczo tym bardziej, że jak dotąd nie powstało opracowanie z  żydowskimi dowcipami dotyczącymi edukacji. Niech książka ta intryguje i bawi Czytelników, służy miłośnikom tradycji i radosnego, wspólnego śmiechu, fordoniakom, wolontariuszom wspierającym działalność Fundacji dla Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego i wszystkim zainteresowanym opowieściami z okolic fordońskiej synagogi…

                                  Przemysław Paweł Grzybowski

 

 

 

Zachęcamy do lektury: Przemysław Paweł Grzybowski, Morycek w szkole. Żydowskie dowcipy o edukacji, w dialogu międzykulturowym, Bydgoszcz 2016  [plik pdf]    –     TUTAJ

 

 

 

 



Foto: www.juniorowo.pl

 

Sobota – pierwszy dzień weekendu, czasu wolnego od zajęć  w szkole. Na czasie będzie więc artykuł ze strony portalu „Juniorowo”, o tytule, prowokującym do zastanowienia się nad tytułowym problemem: „Dzieci spędzają na podwórku mniej czasu niż więźniowie”. Jego autorką jest dobrze nam znana  Elżbieta Manthey, a my – jak zwykle – zamieszczamy jego fragmenty i linki, pozwalające na sięgnięcie do źródła i pogłębienie tematu:

 

 

Dzieci spędzają na podwórku mniej czasu niż więźniowie

 

Zabawa przestała być priorytetem w organizowanym przez dorosłych życiu dzieci. Badania (między innymi IKEA Play Report i „Play in Balance” – raport Persilu jako część kampanii „Dirt is Good”) pokazują, że czas, jaki dzieci spędzają na swobodnej zabawie w ciągu ostatnich trzydziestu lat bardzo się skurczył. W niektórych krajach, dwoje na troje dzieci skarży się, że ich rodzice organizują im zbyt dużo aktywności pozaszkolnych. Prawie połowa rodziców przyznaje, że trudno im znaleźć czas na wspólną zabawę z dziećmi. 56% dzieci spędza na podwórku mniej czasu niż najbardziej strzeżeni więźniowie w USA, około 20% przez większość dni w roku nie bawi się na dworze wcale, większość spędza przed ekranami komputerów dwa razy tyle czasu, co na swobodnej zabawie na zewnątrz. Coraz więcej dzieci traci możliwość swobodnej zabawy, ponieważ staje się ona coraz mniej ważna w obliczu szybkiego tempa życia, ścisłych harmonogramów, presji osiągnięć i rozwoju technologii.

 

 

Zabawa to też nauka

Dziś świat zmienia się tak szybko, że to, czego dzieci uczą się w szkole, czy na zajęciach dodatkowych, może się okazać nieaktualne, a na pewno niewystarczające, gdy wkroczą w dorosłość. Jeśli chcemy przygotować dzieci do dorosłego życia, powinniśmy więcej uwagi poświęcić uniwersalnym umiejętnościom – współpracy w grupie, samoświadomości, umiejętności rozwiązywania problemów, kreatywności, zdolności szacowania własnych zasobów i obrony własnego stanowiska, planowania działań i improwizacji, negocjowania i budowania relacji. Tego wszystkiego dzieci najlepiej uczą się podczas zabawy. Badania pokazują, że zabawa jest niezbędna dla prawidłowego rozwoju dziecka. To zabawa wyposaża dzieci w umiejętności kluczowe dla późniejszego kierowania swoim życiem, to w zabawie dzieci rozwijają umiejętności i cechy, które są niezbędne dla późniejszego zdobywania wiedzy i kompetencji szkolnych. […]

 

 

Świat zaczyna interesować się niedostatkiem zabawy

 

 

Czytaj dalej »



Foto: www.1.s.dziennik.pl

 

Na dzisiejsze przedpołudnie proponujemy wrócić do problemu smartfonów w szkole.  Kilka dni temu Jarosław Pytlak napisał na swym blogu  tekst, zatytułowany  „Kodeks smartfonowy – pierwsza odsłona dyskusji”. Oto fragmenty i link do całego tekstu:

 

 

[…] Rok już mija z okładem od czasu, kiedy po raz pierwszy w gronie nauczycieli, uczniów i rodziców zastanawialiśmy się, co zrobić z tym fantem. Że jest problem – nikt nie ma wątpliwości. Nadużywanie do granic uzależnienia, pogorszenie relacji międzyludzkich w świecie realnym, spadek jakości komunikacji, domniemane zmiany w psychice młodych ludzi, a chyba i nie tylko młodych. Gorzej z rozwiązaniami. Kusząca „opcja francuska”, czyli całkowity zakaz użytkowania na terenie szkoły, oznacza w gruncie rzeczy dezercję, zostawienie młodych ludzi i ich rodziców samych z problemem. A przecież misją szkoły jest pomagać i kształcić.

 

W toku wielu dyskusji dotarliśmy nieomalże do portu – powstał „Kodeks Smartfonowy”, na który składają się trzy części: „Regulamin”, „Reguły dobrego wychowania” oraz „Działania profilaktyczne”. Pierwsza z nich – 25 artykułów spisanych na 9 stronach możliwie precyzyjnym językiem prawa – poszła właśnie do konsultacji społecznych, na razie w gronie rodziców i nauczycieli. Później czekają nas konsultacje (i zapewne negocjacje) z przedstawicielami dwóch samorządów uczniowskich, którym chcemy przedstawić propozycję wstępnie uzgodnioną w gronie dorosłych. W tej kolejności, żeby nie było tak, że uczniowie coś wynegocjują, a potem silne lobby rodzicielskie (lub nauczycielskie) te ustalenia przenicuje.

 

Chwilowo temat budzi żywy oddźwięk wśród samych dorosłych. Padają głosy z sugestiami zmian i poprawek. Jeden z nich, przesłany niejako „poza protokołem” bezpośrednio na ręce dyrekcji, poddał w wątpliwość sens wprowadzania tak złożonej regulacji prawnej w ogóle. Po uzgodnieniu z autorką publikuję go poniżej, korzystając z okazji, by swoją odpowiedź upowszechnić zarazem jako głos w prowadzonej dyskusji.

 

  Szanowni Państwo,

Chciałabym podzielić się swoją uwagą na temat pomysłu związanego z kodeksem smartfonowym. Według mnie, regulacja ta ma szanse stać się martwym przepisem ze względu na swoją złożoność, stopień skomplikowania i obszerność materiału.[…]

 

Charyzma, jaką Państwo macie jako nauczyciele i ludzie jest niespotykana! Może więc zamiast sztywnych i nudnych regulaminów większą wartość miałoby dla dzieci spędzanie z takimi ludźmi czasu na pogawędkach i burzach mózgów dotyczących za i przeciw smartfonów:).

   

To moja sugestia, nie dzieliłam się z nią na forum, aby nie deprecjonować pomysłu.

   

Pozdrawiam serdecznie, Magda Merk (mama Niny i Neli)

 

  Czytaj dalej »



 

 

Dawno nie zaglądaliśmy na stronę  Plandaltoński.pl. A tam –  Anna i Robert Sowińscy nie zasypiają gruszek w popiele i zamieszczają nie tylko kolejne  podkasty, ale i interesujące teksty praktyków. Do lektury takiego właśnie, autorstwa Ewy Motyki – nauczycielki Publicznego Przedszkola Nr 25 w Sosnowcu – zatytułowanego Moja przygoda z planem daltońskim” dziś zapraszamy. Jak zwykle – u nas wybrane fragmenty , a później  link do całego tekstu:

 

 

,,Jeśli szanujemy dziecko i podążamy za jego możliwościami to może ono zrobić więcej, niż od niego oczekujemy, a wszystko co dziecko potrafi – nauczycielowi zrobić nie wolnoHelen Parkhurst

 

Moje pierwsze spotkanie z pedagogiką planu daltońskiego było dosyć niespodziewane aczkolwiek bardzo interesujące. Był rok 2013 Fundacja Elementarz zorganizowała konferencję ” Nowe przestrzenie edukacji – Building Learning Power”, na której pojawiła się między innymi Ania Sowińska wraz z nauczycielkami ze swojej szkoły. Opowiadała wtedy o pedagogice planu daltońskiego, jej entuzjazm i pasja udzieliły się także i mnie. Po powrocie z konferencji bardzo chciałam wprowadzić elementy „daltona” u siebie w grupie, niestety z różnych przyczyn się nie udało. Koncepcja edukacji daltońskiej zaległa w szufladzie na kolejnych kilka lat.

 

Wakacje 2017, znowu wpadłam na tego cudownego człowieka jakim jest Ania Sowińska, która przypomniała mi o tej fascynującej metodzie – pedagogice planu daltońskiego. Po długich rozmowach z nią postanowiłam spróbować, od września 2017 w mojej Wiolinkowej grupie pracujemy wg koncepcji Helen Parkhurst. Na początek zapoznałam z planem daltońskim moją Panią Dyrektor, która sama zachwyciła się jego głównymi założeniami. Następnie na zebraniu przedstawiłam swój pomysł również rodzicom, którzy dali mi zielone światło aby spróbować. Wakacje były czasem przygotowań, rozmyślań nad aranżacją sali, nad pomocami jakie będą potrzebne na początek, nad tym od czego zacząć i jak wprowadzić moje Wiolinki w inny świat edukacji. Świat który sami sobie stworzą, w którym nic nie trzeba a wszystko można. W tym roku dostaliśmy bardzo trudną salę, przejściową, z jednej strony schody, z drugiej kuchnia, a pomiędzy dwa wejścia do innych sal. Miejsca niby dużo, ale tak naprawdę mało. […]

 

Już we wrześniu w naszej sali pojawiły się takie elementy jak: dyżury, lista obecności, wizualizacja dni tygodnia oraz plan dnia. Mam grupę 4-5 latków więc szybko się wdrożyli w obowiązki dyżurnego – żeby nie było kłótni stawiamy na ślepy los, raz w tygodniu w poniedziałek losujemy dyżurnych, staram się jednak aby każdy był za coś odpowiedzialny. Ponieważ nie jestem fanką znaczków już w ubiegłym roku wprowadziłam wizytówki z imionami, oznaczyłam nimi krzesła, miejsca na ręczniki w łazience oraz wieszaki w szatni. Lista obecności służy nam nie tylko do zaznaczania swojej obecności każdego dnia, wykorzystuję ją również do rozwijania słuchu fonematycznego czy nauki kolorów w języku angielskim czy do kształtowania umiejętności orientacji w przestrzeni oraz przeliczania. Trochę nadałam jej drugie życie.[…]

 

 

Czytaj dalej »



Foto: www janauczyciel.blox.pl

 

 

Wczoraj, 12 lutego, nasz znajomy blogujący profesor, Bogusław Śliwerski, zamieścił tekst, zatytułowany „Nauczycielska nie samorządność”. Jego treść koresponduje z jednym z wątków niedzielnego felietonu Dlaczego nauczyciele nie buntują się jak lekarze Lekturę postu Śliwerskiego, wraz z tekstem „Niewiarygodni”, który posłużył jako ilustracja wprowadzająca – także z bloga, ale  JA NAUCZYCIEL,  polecamy na dzisiejszy popielcowo-walentynkowy poranek. Jak zwykle – na początek obszerne fragmenty z bloga PEDAGOG:

 

Na początku lat 80. XX wieku pojawiła się opozycyjna wizja Samorządnej Rzeczypospolitej, która zaowocowała w środowisku oświatowym m.in. ideą tworzenia zawodowego samorządu nauczycieli, upatrując w nim szansę na wewnętrzną odnowę etyczną tego środowiska i przełamanie monopolu państwa w zakresie inicjatyw reformatorskich czy złamanie totalitarnych, centralistycznych form sprawowania władzy. […]

 

Ruch samorządowy w polskich szkołach, chociaż ma bogate tradycje, to jednak zupełnym milczeniem pomijał kwestie powszechnej (międzyinstytucjonalnej) autonomii społeczności nauczycielskiej. Nie przejmowano się zbytnio tym, że ta grupa społeczno – zawodowa nie ma swojego rzeczywistego przedstawicielstwa, uprawnień i zobowiązań do współdecydowania o własnych losach oraz że pozbawiona jest realnego wpływu na politykę oświatową swojego państwa

 

W sposób niezgodny z ideą demokracji upowszechniło się w społecznościach edukacyjnych przekonanie, że wzajemne stosunki władz oświatowych z dyrektorami szkół, dyrektorów z nauczycielami oraz tych ostatnich z uczniami i ich rodzicami muszą być oparte na autorytecie wyżej usytuowanej w społecznej hierarchii osoby, przy czym przez autorytet rozumie się określony stopień posłuszeństwa czy podporządkowania. W autorytarnym społeczeństwie można jednakże kształcić jedynie autorytarne osobowości. […]

 

Czytaj dalej »



Foto: www.radiolodz.pl [Sebastian Szwajkowski)]

 

 

Wczoraj w auli IV LO im. E. Sczanieckiej w Łodzi odbyło się spotkanie z prof. Markiem Belką – byłym premierem (2004–2005), wicepremierem i ministrem finansów (1997 – w rządzie Wł. Cimoszewicza oraz 2001–2002 – w rządzie L.Millera), w latach 2010–2016 prezesem Narodowego Banku Polskiego. Ale najważniejszą jest informacja, że było to spotkanie  z absolwentem IV LO im. Szczanieckiej  – matura 1968.

 

Foto: www.radiolodz.pl [Sebastian Szwajkowski)]

 

Spotkanie zorganizowała Fundacja „Osnowa”, prowadził je członek zarządu Fundacji, uczeń „czwórki” – Volodymyr Balandiuk

 

 

Oto fragment informacji, jaką o tym spotkaniu zamieszczono na stronie Radia Łódź, oraz link do nagrania dźwiękowego:

 

Były premier i były prezes Narodowego Banku Polskiego podkreśla, że o przyjęciu europejskiej waluty nie decyduje wyłącznie poziom zamożności danego państwa.

 

W tej chwili nie jesteśmy mniej zamożni od Portugalii, a tam euro z powodzeniem funkcjonuje. Najważniejsza jest bowiem swego rodzaju elastyczność gospodarki – tłumaczy Marek Belka i dodaje, że po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej następuje silna konsolidacja Wspólnoty właśnie w oparciu o euro. -Aby decydować o tym jak Unia ma wyglądać w przyszłości, trzeba jak najszybciej znaleźć się w tym gronie – podkreśla prof. Belka.

 

Posłuchaj rozmowy  –  TUTAJ

 

Źródło: www.radiolodz.pl

 

Informację o wizycie prof. Marka Belki w IV LO w Łodzi zamieściła także TV TOYA   –   TUTAJ

 



Foto: www.google.pl

Jarosław Bloch

 

 

Nie będziemy udawali, że jest inaczej: o blogu Jarosława Blocha dowiedzieliśmy się dzięki sobotniemu „cytatowi tygodnie” od prezesa Marka Ćwieka.  W niedzielnym felietonie przywoływany był jego tekst z października, a dzisiaj  proponujemy zapoznanie się z zamieszczonym  27 stycznia tekstem „Bunt zawodowców”. Wpisuje się on w aktualną politykę resortu edukacji – reformowanie kształcenia zawodowego. Oto obszerne fragmenty przemyśleń blogującego geografa na ten temat:

 

Wydawałoby się, że w dzisiejszych czasach to nauczyciel szuka szkoły a nie szkoła nauczyciela. Likwidacja gimnazjów sprawiła, że pracy jest mniej, mimo że ministerstwo twierdzi inaczej. Ale są nauczyciele, których poszukuje się nawet w tych trudnych czasach. To nauczyciele przedmiotów zawodowych, czyli kierunków na które państwo ma ponoć stawiać w najbliższych latach. Dobry „zawodowiec” jest na wagę złota, a przynajmniej na wagę dobrego naboru.

 

Średnia wieku nauczycieli przedmiotów zawodowych w wielu szkołach niebezpiecznie wzrasta. […]. Dziś mamy z zawodowcami problem, dlatego wielu z nich przeciąga przejście na emeryturę (albo z niej wraca) na prośbę dyrektora, bo ciężko obecnie znaleźć zastępcę. Młodzi nie garną się do pracy w szkole. Bo niby dlaczego mieliby się pchać do nauczycielstwa? Co na nich tam czeka?

 

 

Na pewno wabikiem nie są pieniądze. Nauczyciele „zawodowcy”, w przeciwieństwie do nauczycieli ogólnokształcących, mają realną alternatywę dla pracy w szkole. Mogą pracować w zawodzie, gdzie ich zarobki są przeważnie dużo wyższe. Rezygnować z części zleceń i uczyć? Czy to się opłaca?

 

Ale nie tylko o pieniądze chodzi. Bo czy warto „użerać się” z dzisiejszą młodzieżą wychowaną bezstresowo, niedoceniającą często możliwości jakie daje im kraj i rodzice? […]

 

 

Czytaj dalej »



Foto: www. koduj24.pl

 

Poniżej zamieszczamy tekst listu, jaki nauczyciele Wielokulturowego Liceum Humanistycznego im. Jacka Kuronia w Warszawie opublikowali na stronie portalu wyborcza.pl. Skierowali go do uczniów swojego liceum, ale także do ich koleżanek i kolegów z innych szkół. Autorzy listu: Sebastian Matuszewski i dr hab. Piotr Laskowski to nie tylko nauczyciele tej szkoły, ale też członkowie zespołu opracowującego pełną edycję dokumentów z Archiwum Ringelbluma.  Oto treść tego listu – bez skrótów:

 

 

Drogie i Drodzy,

 

Piszemy ten list do was, uczennic i uczniów z naszego liceum, i do waszych koleżanek i kolegów z innych szkół. Chociaż jesteśmy również naukowcami zajmującymi się dziejami drugiej wojny światowej, nie piszemy do was w trybie naukowej hipotezy i dyskusji. Nie jest to też artystyczna interwencja. Piszemy do was i waszych rówieśniczek i rówieśników jako nauczyciele.

Nie mogliście nie zauważyć, bo media mówią o tym od tygodnia: na podpis prezydenta Rzeczypospolitej czeka nowe prawo, które brzmi, w skrócie, następująco: kto przypisuje narodowi polskiemu lub państwu polskiemu współodpowiedzialność za przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne, podlega karze. Będziemy tu, a także będziemy w przyszłości, łamać to prawo.

 

Pojęcie „naród polski” i instytucje państwa polskiego (a także wszystkie inne „narody” i inne państwa) są współodpowiedzialne za przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości i zbrodnie wojenne.

 

„Naród” to zaklęcie, które ludzi nieskłonnych do zadawania krzywdy potrafi zmienić w bezwzględnych morderców przekonanych o własnej moralnej słuszności. U swego zarania, w początkach XIX wieku, słowo „naród” niosło pewną obietnicę – wyzwolenia ludów spod władzy tyranów, docenienia różnic kultury i języka, wspólnej walki o wolność. Jednak gdy zwycięskie pojęcie narodu związane zostało z państwem, gdy z hasła buntowniczego stało się ideologią panowania, nic nie pozostało z tej obietnicy. Państwo narodowe opiera swą władzę na ustanawianiu granicy między ludźmi i nieustannym decydowaniu, kto należy do wyobrażonej wspólnoty narodowej i podlega ochronie, a kto jest z niej wyłączony i bezbronny. Państwo narodowe wykorzystuje pojęcie narodu, by jego funkcjonariusze mogli sprawować kontrolę nad życiem swych poddanych i wystawiać na śmierć ludzi, których wyklucza.

 

Tego właśnie uczy historia, także historia Polski.

 

Czytaj dalej »



„Siódmoklasiści mają tyle lekcji, ile wynosi etat. „Nie mają nawet siły, żeby pobiegać” To tytuł, którym epatuje swych czytelników portal GAZETA.PL . Jednak poniżej znajdziemy jedynie odwołania i cytaty tekstu dr Tomasza Rożka, jaki zamieścił on 5 lutego na fanpage „Nauka. To lubię”. Nie popisali się też redaktorzy tego portalu, ilustrując swój materiał, wyraźnie opisujący los siódmoklasistów (czyli 14-latków), zdjęciami małolatów…  Najpierw przytaczamy fragment z  wiadomosci.gazeta.pl:

 

 

[…] Zdaniem Tomasza Rożka, uczniowie z ostatnich klas szkół podstawowych są przeciążone (?) i nie mają czasu nie tylko na zabawę i odpoczynek, ale też na pogłębianie zainteresowań. Jak zauważa fizyk, uczniowie siódmych klas mają po 38 godzin lekcyjnych w tygodniu. Czyli prawie tyle, ile wynosi etat. A po powrocie do domu mają jeszcze lekcje do odrobienia, muszą przygotować się do kartkówek i sprawdzianów lub przeczytać lekturę.[Źródło: www.wiadomosci.gazeta.pl]

 

Foto: strefamlodych.pl

 

 

A teraz fragment tekstu dr Tomasza Rożka:

 

Robimy krzywdę naszym dzieciom.

 

Dzieci w ostatnich klasach szkół podstawowych są przeciążone pracą. Nie mają czasu na pogłębianie swoich zainteresowań. Chcielibyśmy, żeby ciekawość dodawała im skrzydeł, tyle tylko, że ich plecaki są tak ciężkie, że nie sposób oderwać się z nimi od twardej ziemi.

 

Kiedyś postanowiłem zapytać kilka osób o źródło ich pasji. Pisałem wtedy książkę o wybitnych polskich naukowcach, o badaczach, którzy uprawiają naukę na światowym poziomie. Co otworzyło ich głowy? Co napędzało ich do zdobywania wiedzy? Co spowodowało, że zainteresowali się genetyką, meteorologią, medycyną, fizyką,…? Okazało się, że za każdym razem była to książka. Nie szkoła, tylko książka wykraczająca poza szkolny program. Czasami podarowana przez rodziców, czasami znaleziona w bibliotece, czasami otrzymana jako nagroda w jakimś konkursie.

 

Szkoła może człowieka zainspirować, ale sama szkoła to za mało, żeby podtrzymać tę inspirację. Historie naukowców z którymi rozmawiałem były niemal identyczne. Najczęściej książkę, która jak się później okazywało miała wpływ na kierunek rozwoju zawodowego, ci ludzie dostawali gdy byli jeszcze w szkole podstawowej. To wtedy rodzą się pasje, które – jeżeli odpowiednio prowadzone i podsycane – pozostają na całe życie. Po latach nie pamiętamy prawych dopływów Wisły, długości głównych rzek w Polsce czy rodzajów gleb. Po latach pamiętamy okładkę książki, która zmieniła sposób w jaki postrzegamy świat. Pamiętamy rozkład ilustracji na poszczególnych stronach i kolor grzbietu.[…]

 

Cały tekst  – TUTAJ

 

 

 

 



 

Dzisiaj proponujemy najnowszy post z blogu Danuty Sterny „Moja Oświata”, zatytułowany „Ocenianie”.  Jako, że jest on niedługi – przytaczamy go w całości, ale do źródła odsyłamy po zapoznanie się z dwoma zamieszczonymi tam komentarzami:

 

 

Ocenianie w języku polskim jest nierozerwalnie związane z krytyką i stopniami szkolnymi – „oceniam, czyli pokazuję Ci, jak daleko jesteś od ideału”. Większość ludzi lepiej uczy się jednak nie będąc krytykowanym, ale będąc ocenianym. Wiemy to też po sobie. Wielu nawet nauczycieli oświadcza: „Zawsze bałem się klasówek, a na egzaminach miałem ból brzucha! Nigdy więcej żadnych egzaminów!”. „No tak… Ale przecież uczniowie bez stopni nie będą się uczyć!”. To jest zdanie, które wypełnia ten balon, jest ono nieprawdziwe.

 

 

Ludzie chcą się uczyć, pragną poznawać świat, ale chcą, aby to było dla nich interesujące i pożyteczne. Wtedy stopnie nie są ważne, ważne jest uczenie się dla wiedzy. Były takie eksperymenty (np. Jarosława Szulskiego), żeby nauczyciel nie stawiał stopni mających wpływ na ocenę końcową. Są takie pedagogiki, które są przeciwne stopniom, np. pedagogika waldorfska i mają się dobrze.To mit, że bez zagrożenia krytyką i karą człowiek się nie uczy. Drugi mit związany z ocenianiem polega na poglądzie, że trzeba robić selekcję, aby dopuszczać do dalszego kształcenia tylko uczniów z wyższymi wynikami. W obecnych czasach jest dużo miejsc na studiach i wiele możliwości kształcenia, dla każdego znajdzie się miejsce, o ile nie zostanie przez stopnie oduczony chęci uczenia się.

 

Znowu pomyślicie, że coś „bredzę”, przecież stopnie w szkole były zawsze i było dobrze. Ale jednak świat się zmienia i może przyszedł czas na odejście od motywacji zewnętrznej przy pomocy karzących stopni?

 

Ocenianie kształtujące promuje informację zwrotną zamiast stopni. Najlepiej taką, w której nauczyciel, bądź inna osoba, pokazuje autorowi pracy, co zrobił dobrze, oraz co i jak ma poprawić. Takie podejście do oceniania pomaga w indywidualizacji nauczania (balon 1) i w podmiotowym podejściu do ucznia (balon 2), a także w budowaniu relacji z uczniem (balon 5), a nawet w śledzeniu postępów indywidualnego ucznia (balon 4).

 

 

Źródło: www.osswiata.pl