Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'

 

 

Dzisiaj postanowiliśmy zainteresować Was dwoma tekstami Roberta Raczyńskiego, które w odstępie kilku dni zamieścił na swoim blogu. Oba mają ten sam tytuł: „Normalni, wolni i wykształceni”. Jest to dwuczęściowa, obszerna wypowiedź ich autora, którą on sam zapowiedział jako dyskusję o szkole, mitach edukacyjnych, roli nauczyciela, zmianie paradygmatu w oświacie, zmianie w edukacji.

 

Zamieszczamy jedynie po kilka – naszym zdaniem – najbardziej „smakowitych kawałków” z każdej części, namawiając do przeczytania pełnych wersji każdej z dwu części:

 

 

24 marca 2022 r.  Normalni, wolni i wykształceni (cz. 1)

 

Czytam „wkurzone” teksty mojej koleżanki z łamów JaNauczyciel’ka, Beaty Wermińskiej, dobrze oddające stan emocjonalny sporej części przedstawicieli naszej profesji, podzielam tę jej frustrację, współodczuwam złość, gniew, zniechęcenie, ale już nie podtekstowe zdziwienie opisywaną sytuacją. Mam wrażenie, że to w dużej mierze owo wieczne, niemal zupełnie retoryczne wkurzenie jest znaczącą częścią odpowiedzi na stawiane przez nią pytania. Pytania w rodzaju „Dlaczego z mistrza staliśmy się dziadami? Dlaczego zamiast być przewodnikiem, z którym podążają inni, staliśmy się kwilącym kundlem z podwiniętym ogonem, którego wszyscy przeganiają, lżą i kpią, a my i tak merdając ogonem czekamy na ochłap z pańskiego stołu?” Pytania, na które wszyscy znają jakieś swoje własne odpowiedzi, ale ani myślą składać ich w całość. Nie chcemy znać prawdy albo przynajmniej jej wiarygodnego przybliżenia? Chyba właśnie tak jest, bo mam wrażenie, że wnioski, które Autorka wysnuwa w swoim ostatnim wpisie przejdą zupełnie bez echa, albo zostaną skwitowane wzruszeniem ramion. Co jeszcze bardziej prawdopodobne, zostaną przykryte afektowaną paplaniną o „nowym paradygmacie” i wyższości miękkich kompetencji nad jakąś tam nauką. Nie sądzę, by akurat moje wsparcie tę sytuację miało zmienić, ale być może potrzebne jest mocniejsze wyartykułowanie przyczyn mizernej kondycji naszego zawodu. […]

 

Nie mam daru syntezy, będącego udziałem Autorki wpisów, które mnie poruszyły i pewnie znudzę wielu czytelników, ale wydaje mi się, że temat wymaga głębszej analizy, a przede wszystkim jasnego postawienia spraw niewygodnych. Niewygodnych dla samego środowiska i wiodącej ideologii, z którą się ono mniej lub bardziej identyfikuje. Drodzy Państwo, czas dorosnąć, bo choć nieustanna interakcja z młodzieżą zdecydowanie odmładza nas mentalnie, nie powinniśmy przekraczać normy infantylizmu, która i tak jest obecnie bardzo wysoka. Na dzień dobry, powinniśmy wyzbyć się zupełnie nieuprawnionego myślenia o naszej grupie zawodowej jako jednolitym organizmie, wiedzionym tymi samymi potrzebami i jednakowo postrzegającym swoje cele i przyszłość. Ten z gruntu nieprawdziwy mit „inteligencji pracującej” jako zwartej klasy społecznej, wywiedziony z czasów realnego socjalizmu dawno utracił rację bytu, jeśli w ogóle kiedyś ją miał. Oczekiwanie solidarnych, zespołowo uzgodnionych i umotywowanych celów, i decyzji od blisko siedemset-tysięcznej grupy zawodowej jest nie tylko naiwne, ale przede wszystkim szkodliwe, bo prowadzi do banalizacji problemów jej dotyczących i powszechnego wrażenia, że problemy te sprowadzają się do uposażenia pani lub pana od polskiego. Można oczywiście zadumać się nad, delikatnie mówiąc, naiwnością dorosłych ludzi, którzy nie dostrzegają, że są manipulowani i rozgrywani jak wczoraj urodzeni, ale różnice zdań i postaw są tu nieuniknione, bo występują wszędzie tam, gdzie liczba zainteresowanych przekracza 1. […]

 

Koleżanki i koledzy, spójrzmy prawdzie w oczy – praca, do której się przygotowywaliście, i pewnie nadal przygotowujecie, jest w sporej części zbędna. Zdecydowana większość waszych uczniów, a wraz z nimi gros społeczeństwa, nie postrzega jej jako „przygotowującej ich do przyszłego życia”, ponieważ owo przyszłe życie jest dziś przeważnie albo zupełnie nieprzewidywalne, albo za takie uważane, co w sumie na jedno wychodzi. Nie ma w tym waszej winy, ale nie spodziewajcie się z tego powodu ani uznania, ani empatii – obecnie nie macie do zaproponowania nic konkretnego, za co skłonne byłoby zapłacić 80% uczących się, którzy, niezależnie od stale rosnących wymogów formalnych, do wykonywania swojej przyszłej pracy nie potrzebują kwalifikacji wyższych od oferowanych przez szkołę podstawową i miesiąc obserwacji bardziej doświadczonych. Oni oczekują od was zrozumienia dla swojej kondycji i akceptacji aspiracji tym większych, im mniejszą mają chęć rozwoju oraz szacunku dla swojej błogiej ignorancji. Nie ma się czemu dziwić – szkoła obsługuje przecież to samo społeczeństwo, które wyraźnie opowiedziało się za tym samym w skali państwa (niejednego). Założenia, które oświata bezkrytycznie hołubi od wielu już dekad doskonale wpisują się w te ogólnoświatowe trendy. Zadbano nawet dla nich o intrygującą i kuszącą etykietę – nowy paradygmat. Jest mniej więcej tak spójny, przemyślany i owocny jak polski ład. […]

 

Czego by nie powiedzieć o suwerenie, nie jest on życiowo głupi – doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że do utrzymania powszechnej świetlicy, wcale nie potrzebuje drogiej, kształcącej się latami i bez końca, a w sumie niewydajnej kadry przeinwestowanych intelektualnie malkontentów, ale mogącej zastąpić 80 % z nich, mobilnej i dyspozycyjnej armii lubiących dzieci, naładowanych kompetencjami społecznymi opiekunów. W przeciwieństwie do edukacyjnie lepiej lub gorzej obsługiwanego społeczeństwa, pewna mająca pretensje do nazywania się inteligencją grupa zawodowa, nie zauważa, lub udaje, że nie zauważa, że realny popyt na jej usługi jest relatywnie niewielki i na dodatek sztucznie podtrzymywany. Czyżbyśmy byli na tyle niegramotni, że nie dostrzegamy, że, z tej właśnie przyczyny, zawód, który wykonujemy nie oferuje perspektyw, których się nieudolnie domagamy, polegając na nigdy niesygnowanej umowie społecznej i nieaktualnym archetypie?  Co musi się wydarzyć, by dotarło do nas, że wachlarz opcji przed nami rozpostarty jest bardzo wąski i sprowadza się do niezbyt kuszących wyborów? No, bo jak duży wybór mają dziś myślące nauczycielki i myślący nauczyciele, dziwnym trafem niebędący hobbystami na utrzymaniu swoich partnerów i rodzin? […]

 

 

 

Cały tekst Normalni, wolni i wykształceni (cz. 1)   –   TUTAJ

 

Czytaj dalej »



Foto: www.zdalne.uniwersytetdzieci.pl

 

 

Proponujemy lekturę zapisu rozmowy z dr hab. Małgorzatą Żytko, prof. UW, kierowniczką Zakładu Wczesnej Edukacji i Kształcenia Nauczycieli Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego, jaki pod tytułem Ukraińcy w szkołach. Prof. Żytko: „Trzeba integrować, nie asymilować” zamieściła dzisiaj (28 marca 2022f.) „Gazeta Wyborcza”. Oto kilka wybranych fragmentów tego wywiadu i link do jego pełnej wersji::

 

 

Karolina Słowik: – Polski system edukacji ma wchłonąć dwa dodatkowe roczniki, czyli ok. 700 tys. dzieci z Ukrainy. Nie wystarczy znaleźć dla nich miejsce i dostawić ławki. Trzeba je też mądrze przyjąć.

 

Prof. Małgorzata Żytko: – Potrzebne są elastyczne rozwiązania, bo nie wiemy, ile tych dzieci docelowo będzie ani jak długo będą chciały tu zostać. Najważniejszą kwestią nie jest jednak – jak proponuje ministerstwo – jak najszybsze wdrożenie ukraińskich dzieci do polskiego systemu i realizacja naszej podstawy programowej. Sprawą podstawową jest wsparcie udzielane w sferze psychicznej, słuchanie i wzajemne poznawanie się, uważność i empatia. Te dzieci zostały wyrwane nagle ze swojego środowiska, ze szkoły, z grona kolegów, przeżyły traumatyczne doświadczenia, trzeba przede wszystkich pomóc w stopniowej adaptacji do nowych warunków.

 

Druga rzecz to zapewnienie im bezpieczeństwa, i to w szerokim zakresie. Nie chodzi tylko o zaspokojenie podstawowych potrzeb, ale też o bezpieczeństwo emocjonalne i nawiązanie pozytywnych, pełnych akceptacji, ciepła relacji z dorosłymi i dziećmi w polskiej szkole. […]

 

-Jak można wspierać ukraińskich uczniów?

 

Już teraz dużym wsparciem są dla nich polscy uczniowie, mamy wiele takich przykładów. Dużo zależy od dyrekcji, kultury szkoły, nastawienia na integrację, nie asymilację.

 

-Dlaczego integrować, nie asymilować?

 

Asymilacja to próba wprowadzenia danej grupy narodowej w naszą kulturę bez respektowania tego, co dla niej ważne i charakterystyczne. Bez dostrzegania jej potencjału, który nas wzbogaca. Natomiast integracja to wzajemne poznawanie się. Budowanie relacji i traktowanie tych dzieci jako potencjału różnorodności.

Ukraińskim dzieciom jest potrzebne poczucie sprawstwa. Działanie, uczestniczenie we wspólnocie pomoże im stopniowo rozładować emocje. Polscy uczniowie powinni zapraszać ukraińskich kolegów i koleżanki do wspólnego działania, zachęcać do podejmowania inicjatyw także przez nich.[…]

 

-…Czy klasy przygotowawcze, do których namawia rząd, to dobre rozwiązanie?

 

– Powinniśmy przede wszystkim zorientować się w potrzebach Ukraińców. Klasy adaptacyjne, które szkoły próbują organizować, są dobrym pomysłem. Pomagają dzieciom powoli wdrażać się w atmosferę naszej szkoły, poznawać język, rozładować emocje, poczuć się bezpieczniej. Dzieci ukraińskie nie mogą jednak być izolowane od polskich uczniów, polscy uczniowie powinni w tym procesie uczestniczyć, opiekując się gośćmi i pomagając im zaadaptować się w nowej sytuacji i otoczeniu. W jednym z warszawskich liceów wprowadzono takie rozwiązanie, że polski uczeń ma pod opieką kolegę czy koleżankę z Ukrainy. […]

-Ministerstwo mówi, że nie będziemy tworzyć ukraińskiego systemu w Polsce.

 

To nie jest dobry sposób myślenia, bo sytuacja wymaga elastyczności. Nie wiemy, jak długo te dzieci pozostaną w Polsce. A szczególnie maturzyści czy dziewiątoklasiści – bo na tej klasie Ukraińcy kończą swoją podstawówkę – mają potrzebę skończenia edukacji w swoim systemie. Być może ze swoim dyplomem powinni później startować do naszych szkół średnich.

 

Myślenie, że musimy na siłę wcisnąć wszystkie dzieci w nasz system, jest po prostu błędne. Jedną z możliwości gwarantowanych przez konwencję genewską jest tworzenie szkół dla uchodźców wojennych. Takie praktyki są znane w świecie. Istnieje oczywiście zagrożenie, że może to się skończyć gettoizacją, ale są różne przypadki, motywacje i potrzeby dzieci. Powinniśmy je rozpoznać i na nie odpowiadać, przewidzieć pewną formę hybrydowej edukacji łączącej polską podstawę programową i elementy podstawy ukraińskiej.

-Ministerstwo sugeruje, że strategią na wrzesień będzie zachęcanie uchodźców do przenoszenia się z większych miast do mniejszych, gdzie będzie więcej miejsca w szkołach.

 

Moim zdaniem to nie jest strategia, to doraźny sposób działania. Trzeba pilnie zwołać gremium specjalistów, ekspertów polskich, ukraińskich, międzynarodowych, samorządowców, przedstawicieli organizacji pozarządowych, którzy od strony akademickiej i praktycznej opracują rzeczywistą strategię pracy z uchodźcami, korzystając przy tym z rozwiązań już istniejących w innych państwach oraz własnych doświadczeń.

 

Strategia nie może polegać jedynie na relokacji, konieczna jest profesjonalizacja takich działań. W krajach, które mają doświadczenia z przyjmowaniem dużych grup uchodźców, państwo przeznacza specjalne granty dla organizacji pozarządowych, aby ułatwić im efektywne działanie i skorzystać z ich wsparcia. Takie rozwiązania są konieczne w Polsce.

 

 

 

Cały wywiadUkraińcy w szkołach. Prof. Żytko: ‘Trzeba integrować, nie asymilować’” – TUTAJ

 

 

Źródło: www.wyborcza.pl

 

 

 

 

 

 

 

 



Tradycyjnie – z myślą o tych, którzy to wydarzenie przeoczyli, lub nie mogli wczoraj wieczorem wysłuchać  o radzeniu sobie w sytuacjach kryzysowych  o czym mówiła podczas rozmowy z Anną i Robertem Sowińskimi dr Ewa Hartman – zamieszczamy link do nagrania tego spotkania.

 

Oto jak gospodarze spotkania zapowiadali to wydarzenie:

 

Bardzo często w kryzysowych sytuacjach, tracąc grunt pod nogami, stając w obliczu zagrożenia, słabniemy z godziny na godzinę. Ci mniej odporni potrafią zapaść na ciężką chorobę, albo na dłużej wyłączyć się z zawodowego czy towarzyskiego życia. Wtedy słyszą tez rady typu, weź się w garść, to wszystko jest w głowie, musisz się z tym zmierzyć. Aby dowiedzieć się, jak możemy się ustrzec przed niepożądaną reakcją na kryzys, czy jak popracować ze swoją głową, zaprosiliśmy na spotkanie ekspertkę od mózgu! Czekaliśmy na tę chwilę kilka miesięcy, bo nasz gość prowadzi szkolenia dla ludzi dosłowne z całego świata, a na jej zamkniętych webinarach potrafi pojawić się kilka tysięcy osób.

 

Dr Ewa Hartman – trenerka, wykładowca MBA, kierowniczka nagradzanych studiów podyplomowych Neuro-przywództwo na Uczelni Łazarskiego w Warszawie. Szkoli największe korporacje międzynarodowe, w tym cały region CESA firmy EY w skład którego wchodzi 30 państw Europy i Azji. Ponadto regularnie pracuje z takimi firmami jak Google, HP, HPE, Cisco, KPMG, GE Healthcare, Pepsico, Veolia, PZU, Ikea Industry, Avon, Mahle, K2 Holding, FIS Technologies, ABB, JLL, AXA, Securitas i nie tylko. Jej artykuły można znaleźć w magazynach Forbes, Wysokie Obcasy, SENS, Focus, Nowy Marketing, Manager +. Prywatnie żona i mama dwóch synów, miłośniczka malarstwa impresjonistycznego.

 

 

 

JAK WYCISZYĆ MÓZG? – ROZMOWA Z DR EWĄ HARTMAN  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.facebook.com/sowinski.robert/



Czytając relacje Wiesławy Mitulskiej i innych nauczycieli-praktyków o tym jak prowadzą lekcje „po nowemu”, warto oceniać te opisy w kontekście najnowszych zdobyczy wiedzy o funkcjonowaniu uczniowskiego mózgu. Dlatego proponujemy dziś repetytorium wiedzy z neurodydaktyki – a konkretnie materiały pokonferencyjne „VII Ogólnopolskie Sympozjum Naukowe Neurodydaktyki”.

 

Na początek, dla rozsmakowania się, zamieszczamy fragmenty tekstu autorstwa dr Adriany Kłoskowskiej:

 

Foto: www.facebook.com/

 

 

 Neurobiologiczne podstawy uczenia się

 

Gdyby ludzki mózg był tak prosty, że moglibyśmy go zrozumieć, bylibyśmy wtedy tak głupi, że nie zrozumielibyśmy go i tak” (Gaarder 1995: 362). Słowa wypowiedziane  przez Josteina Gaardera w książce Świat Zofii wskazują, że ludzki mózg wciąż jest dla nas wielką tajemnicą, którą jednak od ostatnich kilkunastu lat odkrywamy w tempie nieporównywalnie szybszym, niż miało to miejsce wcześniej. Jak bowiem twierdzi słynny neurolog Vilayanur S. Ramachandran, psychiatria, neurologia i psychologia, czyli nauki o umyśle, trwały w zastoju przez setki lat, a w ciągu ostatniego dziesięciolecia zaczęły wysuwać koncepcje dotyczące obszarów tradycyjnie zastrzeżonych dla nauk humanistycznych.

 

Dlatego dzisiaj, oprócz neurobiologii, neuropsychologii, neurodydaktyki, czyli tego, co szczególnie interesuje nauczycieli, mamy także neuropolitykę, neuroeestetykę, a nawet neuroteologię. Mózg jest wciąż zadziwiającym nas organem nazywanym przez pioniera neurochirurgii Wildera Penfielda narządem przeznaczenia, dlatego też tak wielu biologów i lekarzy zajmuje się zgłębianiem tajemniczych związków między umysłem a mózgiem (Ramachandran 2019: 11–12).

 

Ludzki mózg zapamiętuje i zapomina, budzi się i zasypia, skupia się i odpręża, uczy się i odpoczywa, a zatem jest wielofunkcyjnym organem nieustannie reorganizującym swoje połączenia. Na poziomie biologicznym cechuje się on plastycznością i elastycznością behawioralną, co skutkuje tym, że możemy się uczyć, nabywać nowe umiejętności, że pamiętamy to, co przeżyliśmy czy przeczytaliśmy, a także mamy możliwość kompensowania zmian, które zaszły w mózgu na przykład pod wpływem choroby.

 

Neuroplastyczność jest stanem układu nerwowego trwającym całe życie, dlatego mózg nieustannie reaguje na to, co robimy i czego doświadczamy, reorganizując pod wpływem odbieranych bodźców obwody neuronalne i adaptując układ nerwowy do danej sytuacji, a zatem ewolucja dała nam mózg, który cały czas zmienia nasz umysł (Carr 2013: 45–46).

 

Warto o tym pamiętać w kontekście podejmowanych przez nas i nasze dzieci codziennych aktywności, i to nie tylko umysłowych, ale również fizycznych. Ćwiczenie mózgu nie polega bowiem jedynie na zapewnianiu mu wysiłku umysłowego. Równie ważne jest dbanie o sprawność fizyczną, co potwierdzają badania wskazujące, że plastyczność układu nerwowego w dużym stopniu zależy od występowania w mózgu tzw. czynników troficznych, których odpowiedni poziom możemy zapewnić poprzez regularną aktywność fizyczną, na przykład spacery, pływanie, jazdę na rowerze czy rolkach. Ważne jest więc, byśmy dbali o odpowiednią dawkę ruchu, a także zachęcali do aktywności fizycznej dzieci i młodzież.

 

Czytaj dalej »



 

Wczoraj  (24 marca 2022r.) na bloku Centrum Edukacji Obywatelskiej zamieszczono tekst Wiesławy Mitulskiej:

 

 

Szkoła jako instytucja, której jednym z zadań jest uczenie, nie uczy jak to robić. Wielu uczniów powiela najmniej skuteczną strategię, czyli wielokrotne czytanie i ewentualnie powtarzanie, by zapamiętać to, co w podręczniku lub notatkach. W tym tekście opowiadam o projekcie  „Umiem się uczyć”, zrealizowanym w trzeciej klasie. Dzięki niemu dzieci uporządkowały wszystko to, co już wiedzą i potrafią oraz sprowokować je do refleksji nad własnym procesem uczenia się.

 

Uważam, że na rozwijanie umiejętności uczenia się nigdy nie jest za wcześnie, dlatego zaczynam ten proces już w pierwszej klasie. Uczę dzieci planować i organizować pracę, stosować rozmaite strategie skutecznego uczenia się, działać samodzielnie i odpowiedzialnie.

 

Chcę, by dzieci doświadczyły, czym jest uczenie się, by poczuły, że to jest złożony proces, wymagający aktywności uczącego się. Zależy mi na tym, by zrozumiały znaczenie błędu w procesie uczenia się, czuły się bezpiecznie i nie bały się ich popełniania.[…]

 

 

A dalej omówione są jeszcze takie tematy:

 

 

Lepiej i chętniej uczymy się, gdy wiemy czego i jak mamy się uczyć […]

 

Nic nie zastąpi osobistego doświadczenia w sytuacji, gdy jeszcze nie wiemy, która strategia będzie dla nas dobra […]

 

Skutecznie uczyć się, to przenieść wiedzę do pamięci długotrwałej […]

 

W procesie uczenia się ważne są emocje, których doświadczamy […]

 

Każdy mózg lubi się uczyć inaczej […]

 

 

Cały tekst „Jak uczyć uczenia się? Historia pewnego projektu edukacyjnego”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło:  www.blog.ceo.org.pl

 

 

 

 

 



Na fejsbukowym profilu dr Marzeny Żylińskiej udostępniono wczoraj od godz. 20-ej rozmowę, którą prowadziła ona z nauczycielkami Społecznej Szkoły Podstawowej „ Dobra Szkoła” w Ratajach. Na temat Jak stworzyć lepszą szkołę? O Dobrej Szkole w Ratajach”, czyli o tym, jak odchodzić od tradycyjnego modelu edukacji i tworzyć przyjazną i efektywną szkołę rozmawiały z dr Żylińską: Aleksandra Szajowskapedagog szkolny  i  Agnieszka Ambrożuk – nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej w  Społecznej Szkoły Podstawowej  „Dobra Szkoła” w Ratajach

 

Proponujemy wszystkim którzy to wczoraj przeoczyli, aby zapoznali się z jej przebiegiem – patrz poniżej:

 

 

Jak stworzyć lepszą szkołę? O Dobrej Szkole w Ratajach  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło:  www.facebook.com/marzena.zylinska/

 



20 marca Danuta Sterna zamieściła na swoim blogu kolejny tekst – tym razem z myślą o ukraińskich uczniach w polskich szkołach. Zamieszczamy jedynie jego pierwszą część, gdyż to co najcenniejsze – propozycje graficzne, ilustrujące projekt – najlepiej będzie oglądać na stronie bloga:

 

Rysunek: Danuta Sterna

 

 

OK zeszytu prowadzany przez opiekunów świetlic, nauczycieli wychowawców lub nauczycieli uczniów obcojęzycznych

 

Propozycja prowadzenia OK zeszytu poza lekcjami w szkole, zarówno dla uczniów w świetlicy, jak i uczniów ukraińskich. We wpisie:

>Opis pomysłu

>List do ucznia po polsku i po ukraińsku

>Wklejki do zeszytu

 

I.Wrócił temat prowadzenia OK zeszytu poza lekcjami w klasie szkolnej. Do tej pory nie mamy wielu zwolenników prowadzenia OK zeszytu w świetlicy. Ale teraz, gdy przybyło do nas wielu uchodźców z Ukrainy, może to jest pomysł, który można wykorzystać.

 

Idea jest prosta: zaproponować uczniowi prowadzenie zeszytu na temat, który go interesuje.

 

Jak to mogłoby wyglądać w świetlicy lub podczas pobytu ucznia ukraińskiego w polskiej szkole?

 

Nauczycielka lub nauczyciel pyta, co ucznia interesuje i proponuje mu prowadzenie zeszytu na ten temat. W sprawie przedmiotu zainteresowania można porozumieć się z uczniem również w obcym języku np. poprzez tłumacza internetowego, w języku angielskim lub z pomocą mamy lub innego ucznia.

 

Jeśli uczeń już wybrał to, co chciałby poznać lepiej, to można mu zaproponować prowadzenie OK zeszytu na ten temat. Pierwszym krokiem jest ustalenie – jaki uczeń ma cel, co chciałby poznać, do czego będzie dążył. Następny krok polega na ustaleniu kryteriów sukcesu – z czego uczeń będzie zadowolony, co da mu informację, że cel osiągnął.

 

Dalej już wszystko zależy od ucznia, jego OK zeszyt należy do niego. Może zamieszczać w nim zdjęcia, materiały, artykuły, rysunki, mapy myśli itd.

 

Można umówić się z uczniem na stop klatki, w których uczeń pokazuje swój OK zeszyt nauczycielowi lub innemu uczniowi. Oglądający OK zeszyt może dać (jeśli uczeń chce) informacje zwrotną, która powinna zawierać: to co uczeń zrobił dobrze (co udało mu się już wykonać z założonych kryteriów), czego jeszcze nie ma i wskazówki, jak może nad tym pracować. Informacji zwrotnej może udzielać inny uczeń, np. uczniowi mówiącemu po ukraińsku, inny uczeń mówiący w tym języku.

 

W trakcie prowadzenia OK zeszytu, uczeń zamieszcza w nim refleksję, na temat tego, czego się nauczył, co mu się podobało i to z czym miał trudności.

 

Warto ustalić ile czasu będzie trwało prowadzenie OK zeszytu, aby można było podsumować pracę i świętować osiągnięte sukcesy.

 

Wypełniony OK zeszyt jest wspaniałą pamiątka uczenia się.

 

Warto spróbować z kilku powodów:

>Dziecko samo decyduje o swoim OK zeszycie i dzięki jego prowadzeniu uczy się, że jest sprawczy i samosterowny.

>Pozwala zająć myśli ucznia, sprawami niezwiązanymi bezpośrednio z wojną.

>Nadaje sens uczeniu się.

>Pozwala zająć ucznia, który czuje się obcy w szkole z polskimi dziećmi.

 

Czytaj dalej »



To jest oczywiste, że zapracowany, odpowiedzialny dyrektor szkoły ma czas na pisanie bloga przede wszystkim w niedzielę. Tak też najczęściej czyni dyrektor Zespołu Szkół STO na Bemowie – Jarosław Pytlak. Oto fragmenty zamieszczonego w minioną niedzielę (20 marca 2022r.)  posta, zatytułowanego

 

Pedagog na pustyni

 

 Foto:www.unsplash.com/

 

 

[…] Każdy, kto śledzi publiczny dyskurs na temat przyszłości edukacji na pewno zauważył, jak popularny jest obecnie postulat, by w szkole kłaść nacisk na budowanie relacji, a nie przekazywanie wiedzy. Fundamentem dobrych relacji międzyludzkich są właśnie praktykowane na co dzień wartości, takie jak, na przykład, szacunek, prawość, odpowiedzialność.* Najwyraźniej więc w świadomości awangardy pedagogicznej filozofia zyskała już należną jej, nadrzędną pozycję względem metodyki. Może kiedyś zjawisko to trafi również pod strzechy.

 

Dla mnie osobiście niektóre wartości od lat są drogowskazem w profesji nauczyciela i dyrektora szkoły. Świadomie kieruję się, między innymi, imperatywem dotrzymywania danego słowa oraz empatią, rozumianą jako gotowość spojrzenia na problem z punktu widzenia innego człowieka. Jedno i drugie bardzo pomaga w budowaniu przyjaznych relacji z uczniami, ich rodzicami oraz pracownikami szkoły, utwierdzając mnie w przekonaniu, że kierowanie się wartościami ma ogromne znaczenie dla harmonii życia społecznego. Nie tylko na poziomie jednej szkoły, ale także w wymiarze znacznie szerszym.

 

W tym miejscu zdradzę, że w pierwotnym zamyśle tytuł tego artykułu miał brzmieć „Pedagog w próżni aksjologicznej” (niezorientowanym podpowiem, że aksjologia to nauka o wartościach). Przestraszyłem się jednak, że taki tytuł przepłoszy większość potencjalnych czytelników, stąd wersja prostsza, z bliższą intuicji pustynią i bez trudnego słowa z gatunku „izmacji” zatruwających literaturę pedagogiczną. Tak jak na pustyni brakuje wody, tak moim zdaniem w naszym życiu brakuje obecnie miejsca na wartości. Te ponadczasowe, jednoznaczne, nie „krojone na miarę” indywidualnych życzeń lub politycznych interesów. We współczesnym świecie, kształtowanym przez wszechobecny internet, wszystko stało się relatywne. Tworzy to swoistą pustynię moralną, w otoczeniu której ciężko jest funkcjonować samemu, a co dopiero wychowywać młode pokolenie.* […]

 

Trudno mi pogodzić się z tym, że tak wielkodusznie i z poświęceniem przyjmując uciekających przez wojną Ukraińców nie mieliśmy (i nie mamy) nawet promila podobnej empatii wobec uchodźców z innych części świata, przedzierających się do naszego kraju przez białoruską granicę. Większość społeczeństwa widzi w nich wyłącznie broń w wojnie hybrydowej, jaką wytoczył nam prezydent Łukaszenka, a nie ludzi, takich jak my sami, których do migracji popchnęła bieda lub strach przed śmiercią. Po prostu ludzi. Wstydzę się za nasze władze, które słusznie skądinąd oczekują od całej Europy pomocy materialnej i przyjęcia części uchodźców z Ukrainy, ale kilka lat temu, wobec zalewu południa kontynentu przez setki tysięcy imigrantów z Afryki i Azji, nie tylko odmówiły jakiegokolwiek udziału w ich europejskiej relokacji, ale w swojej kampanii wyborczej straszyły tym exodusem. Taka specyficzna wartość – patriotyzm. Kalego. […]

 

Pilnie śledzę doniesienia z Ukrainy. Podziwiam bohaterstwo obrońców. Wstrząsają mną relacje o bandyckich działaniach agresorów. Ale nie mogę się pogodzić z odhumanizowaniem rosyjskich żołnierzy. Z wywiadami snajperów opowiadających jak to polują na najeźdźców. Z filmikami pokazującymi in situ strącenie rosyjskiego helikoptera (w okrzykami radości w tle), albo masakrę kolumny czołgów.

 

Czuję się manipulowany doniesieniami z wojny. Czytelnik pamięta jeszcze historię Wyspy Węży? Jak to obrońcy mieli wulgarnie odpowiedzieć na wezwanie do poddania się, a następnie zginąć? Od razu zastanawiałem się, co jest ze mną nie tak, że nie potrafię zachwycić się ich bohaterstwem, ale raczej ubolewam nad bezsensem tej śmierci. Bo dulce et decorum est pro patria mori, ale jednak chwalebna śmierć też powinna czemuś służyć. Na szczęście wygląda na to, że w owej relacji więcej było propagandy aniżeli prawdy.

 

I jeszcze refleksja z rodzimego, politycznego podwórka. Te nawoływania do jedności w obliczu zagrożenia ojczyzny. A w kontrze minister Czarnek, który problem zapewnienia możliwości edukacji milionowej rzeszy małych uchodźców rozwiązuje w normalnym dla siebie, autorytarnym stylu. Z pomocą rady powołanej wyłącznie z grona swoich znajomych, bez choćby symbolicznego udziału ludzi, którzy na co dzień pracują na pierwszej linii, w przedszkolach i szkołach. Taka to jedność, oparta na podziale. Czysta antywartość. […]

 

W konkluzji chciałbym nawiązać do otwartego obecnie pytania, jak traktować uczniów ukraińskich, rozpoczynających naukę w polskich szkołach. Oceniać, czy nie oceniać? Wymagać, czy nie wymagać? Asymilować, czy integrować? Jakie by bowiem nie były przepisy, akurat w tej sprawie bardzo wiele zależy od poszczególnych nauczycieli. Od tego, co przyjmą za nadrzędną wartość. Warto mieć świadomość, że historie tych dzieci są podobne, ale jednak różne. Ich potrzeby również. I mimo zmęczenia pandemią, frustracji zawodowej i stresu powinniśmy znaleźć czas i siły, by kierować się empatią. Ona jest zdolna podpowiedzieć dobre rozwiązania.

 

Nie liczmy na empatię ministra Czarnka. Musimy znaleźć ją w sobie.

 

 

 

Cały tekst „Pedagog na pustyni” – TUTAJ

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl

 

 

 

*Wyróżnienia w przytoczonym tekście podkreśleniami i pogrubioną czcionką – redakcja OE.



22 lutego 2022 roku zamieściliśmy kolejną część Poradnika Wiesławy Mitulskiej– było tam m.in. o Demokrycie i prądzie i że każdy może być poetą. Dziś kontynuujemy tę serię:.

 

 

3 marca

 

 

                                     Książka w pudełku – czytam, wyobrażam sobie, prezentuję

 

Pierwszaki czytają książki. Każdy czyta tak jak umie książki, które go interesują. Dzisiaj zobaczyłam, co dzieci samodzielnie czytają: od najprostszej serii „Czytam sobie”, przez „Niewiarygodne przygody dziesięciu skarpetek” i „Pippi Pończoszankę”, po „Dziennik Cwaniaczka” i książki o wojsku.

 

Książka w pudełku, to pierwszy, całkowicie samodzielny projekt pierwszaków. Wspólnie zaplanowaliśmy kolejne czynności i umieściliśmy symbole na tablicy. Dzięki temu, że dzieci zaznaczały szpilkami kolejne etapy: wypożyczenie książki, czytanie, przygotowanie pudełka, wypełnianie pudełka rekwizytami, które kojarzą się z tą książką i wreszcie prezentacja, ja mogłam śledzić przebieg projektu.

 

Dziś odbyła się pierwsza tura prezentacji. Należało nie tylko pokazać wykonane rekwizyty i powiedzieć kilka słów o książce, ale również przekonać innych do jej przeczytania. Takie wystąpienie przed innymi, pokazywanie swojego dzieła i odpowiadanie na pytania, to trudne zadanie dla pierwszaka. Ważne, że wszystko się udało, a najczęstsze pytanie do prezentujących brzmiało: Ile stron miała twoja książka?

#projekt #ksiazkawpudelku #planowanie

 

 

 

6 marca

 

 

                                  Każdy tak jak potrafi, każdy inaczej, a jednak wszyscy się uczą

 

Różnice rozwojowe są bardzo widoczne u pierwszaków. Dotyczą każdego aspektu rozwoju psycho-fizycznego i społecznego. To, co najważniejsze dla nauczyciela małych dzieci, to zrozumieć te różnice, zaakceptować, że tak jest i pomóc każdemu dziecku rozwinąć skrzydła na jego sposób.

 

Organizowanie zajęć, by każde dziecko mogło z nich wyciągnąć to, czego potrzebuje, wiąże się nie z fajerwerkami i atrakcjami, a raczej pomysłem na zainteresowanie tym, co bliskie dziecku i ważne dla niego.

 

Wiewiórka Basia jest u nas haczykiem łowiącym zainteresowanie dzieci. Kiedy jest bohaterką tekstu do czytania, to wiem, że wszystkie dzieci przeczytają go z zaciekawieniem, a jeśli ktoś nie potrafi sam przeczytać, to kolega mu pomoże.

 

Dziś uczyliśmy się pisać literę „ś”, więc Barbara spotyka się ze ślimakiem. Wymyślenie i narysowanie komiksu o wiewórce i ślimaku jest wyzwaniem. Tutaj bardzo dobrze widać różnicę między dziećmi. Niektórzy potrafią pięknie narysować, inni wzbogacają rysunki tekstem, a jeszcze inni pięknie opowiadają swoją historię, choć z narysowaniem mieli problemy. Pomysły dzieci były bardzo różne, tak jak bardzo różnią się wiewiórka i ślimak. Nikt jednak nie poddał w wątpliwość, czy oba zwierzątka mogą się przyjaźnić i razem bawić. Mnie najbardziej urzekła historia wiewiórki, która ugotowała dla ślimaka zupę grzybową z maślaków i ta zupa została nazwana zupą przyjaźni.

 

Dziś na zajęciach każde dziecko ćwiczyło różne umiejętności. Niektóre samodzielnie, inne z moją pomocą lub pomocą innych dzieci, ale wszystkie nauczyły się czegoś nowego. Każde dziecko wyciągnęło z zajęć to, czego dziś najbardziej potrzebowało.

 

Czytaj dalej »



Z pełną aprobatą przyjęliśmy zamieszczony wczoraj (17 marca 2022r.) na blogu „Wokół Szkoły” tekst Kolegi Jarosława Pytlaka, zatytułowany odwołaniem się do umiłowanej polskiej metafory o tym, że „Polak potrafi”: Lot na wrotach od stodoły”. Jest to bardzo wnikliwa diagnoza sytuacji, w jakiej, w wyniku ludobójczej napaści wojsk rosyjskich na Ukrainę znalazły się setki tysięcy tamtejszych uczniów, którzy z uciekającymi przed śmiercią od bomb i rakiet rodzicami znaleźli się w Polsce, ale także sytuacji, a właściwie wyzwania, przed jakim stanął polski system oświaty, ale i wiele konkretnych samorządów i szkół.

 

A tak naprawdę jest to – jak zwykle – kompetentna i bezlitośnie trafna diagnoza polityki, jaką w tej sprawie prowadzi minister Czarnek. Oto wybrane przez nas fragmenty tego obszernego tekstu i link do pełnej wersji:

 

 

Czytelnik kojarzy być może perłę w koronie naszej narodowej mitologii, jaką jest przekonanie, że Polacy to świetni piloci, którzy potrafią polecieć nawet na wrotach od stodoły. Ten pogląd wywodzi się z sukcesów przedwojennych asów lotnictwa: Franciszka Żwirki i Stanisława Wigury oraz Jerzego Bajana, a także z pełnej chwały tradycji bojowej polskich dywizjonów sformowanych w Anglii podczas II wojny światowej. Mit nadludzkich niemal umiejętności polskich pilotów wzmacnia jeszcze opinia o ich straceńczej odwadze, doskonale podbudowująca nasze narodowe ego. Nawet jednak w stanie patriotycznego uniesienia warto mieć świadomość, że wrota od stodoły nie służą do latania, a choćby największy zapał dobrze jest połączyć z myśleniem. Co jak raz powinni pojąć rządzący polską oświatą w sytuacji napływu setek tysięcy małych uchodźców z Ukrainy.[…]

 

Najpierw prosta arytmetyka. W dniu kiedy piszę te słowa mamy w Polsce około półtora miliona uchodźców, z czego mniej więcej połowę stanowią dzieci i młodzież. Strumień ludzi zza ukraińskiej granicy płynie nadal i nikt nie wie, na jakiej liczbie się skończy i kiedy to nastąpi. Już teraz jednak do przedszkoli i szkół puka ponad 10% potencjalnych nowych podopiecznych. Często bez śladowej nawet znajomości polskiego języka, z bagażem traumatycznych przeżyć wojennej tułaczki oraz niepokojem o los ojczyzny i pozostałych w niej bliskich.

 

Minister Czarnek twierdzi, że w ciągu ostatnich 15 lat liczba uczniów w Polsce zmniejszyła się o półtora miliona, więc wchłonięcie przybyszów nie będzie problemem. Tymczasem, jeśli w ogóle są jakieś wolne budynki oświatowe, to tylko w małych miejscowościach, gdzie lokalne placówki zostały w swoim czasie zlikwidowane. W dużych miastach rezerwy są minimalne, a w szkołach ponadpodstawowych po prostu żadne, bo jednym ze skutków niedawnej reformy Zalewskiej jest potworna ciasnota. Tymczasem uchodźcy gromadzą się właśnie w wielkich miastach, gdzie łatwiej o pracę i mieszkanie. Deklarowane przez pana ministra luzy lokalowe są zatem kompletną mrzonką.

 

Osobnym problemem jest kwestia polskiej kadry pedagogicznej, poobijanej podczas pandemii, sfrustrowanej materialnie. O ile jeszcze w małych ośrodkach można liczyć na uruchomienie jakichś rezerw ludzkich, o tyle w wielkich miastach, gdzie już teraz brakuje nauczycieli wielu specjalności, a ci, którzy są, najczęściej pracują w nadgodzinach, nie ma szansy znaczącego zwiększenia „mocy przerobowych”. Tymczasem, jako się rzekło, tu właśnie gromadzi się szczególnie dużo uchodźców. […]

 

Na każdym kursie pierwszej pomocy nauka procedury ratowniczej zaczyna się od punktu pierwszego: zadbaj o swoje bezpieczeństwo. Warto odnieść to także do działań podejmowanych na rzecz młodych uchodźców. Zarówno zwiększenie liczebności klas, jak w ogóle obciążenia nauczycieli, raczej prędzej niż później przełoży się na obniżenie standardu kształcenia polskich dzieci. Tego jeszcze nie widać, ale szybko stanie się odczuwalne. Szczególnie gdy przeciążeni i zestresowani nauczyciele zaczną brać zwolnienia chorobowe. Jest czas wojenny, na krótką metę część pociągnie na adrenalinie, ale to nie potrwa długo, a zaniepokojeni rodzice polskich uczniów szybko zaczną upominać się o jakość nauczania swoich dzieci. Mimo rewelacyjnej, jak dotąd, postawy polskiego społeczeństwa wobec uchodźców, sielanki w przedszkolach i szkołach nie będzie.

 

Nawiasem mówiąc minister Czarnek już kilkakrotnie w wypowiedziach publicznych stwierdził, że liczy na zakończenie wojny w perspektywie kilkunastu dni/dwóch tygodni. Otóż jest to tylko jego pobożne życzenie, o zerowym prawdopodobieństwie. Zresztą, nawet gdyby udało się szybko zawrzeć pokój, to odbudowa infrastruktury w zniszczonych regionach Ukrainy, rozminowywanie i usuwanie niewybuchów, porządkowanie życia społecznego potrwa lata całe i na pewno niemała część młodych ludzi pozostanie przez ten czas w bezpiecznej i relatywnie zamożnej Polsce. Doraźnie możemy ratować się improwizacją, ale odpowiedź, co dalej, jest pilnie potrzebna. Póki co, nie wygląda, by minister miał jakiś plan na dalszą perspektywę. […]

 

Czytaj dalej »