
Oto najświeższe informacje z Brukseli o rozwiązaniu przez władze UE problemu weryfikacji wieku użytkowników platform internetowych – zamieszczam fragmenty tekstu z portalu „Strefa Edukacji” i link do jego elnej wersji:
Bruksela szykuje nowe narzędzie. Chodzi o bezpieczeństwo dzieci
[…]
Europejska aplikacja do weryfikacji wieku użytkowników platform internetowych jest już gotowa pod względem technicznym; wkrótce będzie dostępna dla obywateli – poinformowała w środę w Brukseli szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Do wprowadzenia rozwiązań lepiej chroniących dzieci w internecie von der Leyen zobowiązała się jeszcze jesienią 2025 r. w orędziu o stanie UE. Teraz zapewniła, że opracowana przez KE aplikacja jest praktycznie gotowa pod względem technicznym i wkrótce będą z niej mogli korzystać mieszkańcy Unii, a także obywatele innych krajów. Aplikacja pozwoli użytkownikom potwierdzić swój wiek przed skorzystaniem z platform internetowych. – To tak jak sklepy proszą o dowód osoby kupujące napoje alkoholowe – powiedziała von der Leyen.
[…]
Szefowa Komisji Europejskiej zapewniła, że nowa aplikacja działa według tego samego modelu. Należy ją pobrać, a następnie skonfigurować za pomocą paszportu lub dowodu osobistego. […] Aplikacja ma działać na telefonie, tablecie czy komputerze i służyć do potwierdzania wieku podczas korzystania z usług online. Jak podkreślono, narzędzie spełnia standardy prywatności, ponieważ użytkownicy za jego pośrednictwem jedynie potwierdzają swój wiek. Platformy internetowe nie otrzymują dostępu do żadnych innych danych osobowych, a serwisy nie mogą śledzić aktywności posiadaczy aplikacji.
[…]
Celem nowego narzędzia jest ochrona dzieci w internecie przed szkodliwymi i nielegalnymi treściami. Von der Leyen zaznaczyła, że technologie cyfrowe dają dzieciom ogromne możliwości, ale jednocześnie niosą ze sobą ryzyko. – Sytuacja jest niezwykle niepokojąca. Co szóste dziecko jest prześladowane w sieci, co ósme prześladuje inne dziecko – powiedziała. Dodała, że podziela obawy rodziców i państw członkowskich. Dlatego w ubiegłym miesiącu zwołała pierwsze posiedzenie specjalnej grupy doradczej ds. bezpieczeństwa dzieci w internecie. Kolejne zaplanowane jest na czwartek, a eksperci do wakacji mają przedstawić swoje zalecenia dotyczące lepszej ochrony dzieci online. […]
Cały tekst „Bruksela szykuje nowe narzędzie. Chodzi o bezpieczeństwo dzieci” – TUTAJ
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Dziś zamieszczam tekst Jarosława Blocha z jego bloga „Co z tą edukacją” a w nim kolejna ocena edukacji zdrowotnej
Refleksji brak…
Co powinien zrobić polityk, który dostał od społeczeństwa jasny sygnał, że na jego działania nie ma zgody? Chyba spokornieć. Szefostwo Ministerstwa Edukacji nie pokornieje, nie ma nawet refleksji, ani nad kolejnymi porażkami, ani nad negatywnymi ocenami ich pracy przez społeczeństwo. Klapki na oczach. Panie ministry gotowe są utopić swą formację polityczną, byle tylko nie przyznać się do braku racji…
Może ktoś w ministerstwie nie zauważył, ale jesienią odbyło się referendum na temat edukacji zdrowotnej. Ludzie zagłosowali nogami, uciekając od propozycji zajęć w przedstawionym kształcie. Tymczasem pani minister zamierza uszczęśliwić Polaków na siłę, robiąc z edukacji zdrowotnej od września przedmiot obowiązkowy. Po jesiennych doświadczeniach, jest to dziś decyzja pozbawiona sensu, która może jedynie wywołać kolejną awanturę polityczną. To woda na młyn dla prawicy przed przyszłorocznymi wyborami…
Przeanalizujmy plusy i minusy wprowadzenia edukacji zdrowotnej. Plus widzę jeden – potrzebne treści programowe. Reszta to same minusy. Przeładowane plany lekcji zostaną jeszcze bardziej przeładowane o kolejny obowiązkowy przedmiot z którego nie ma matury. Tyle się mówiło jeszcze niedawno o długich godzinach spędzonych w szkole… Jesteśmy więc trochę niekonsekwentni wprowadzając nowy przedmiot, choć można te same treści omówić na przedmiotach już istniejących. Zresztą… Nie wydaje mi się aby ktoś dokonał analizy stopnia korelacji podstawy edukacji zdrowotnej, biologii, edukacji dla bezpieczeństwa i wychowania fizycznego. Przynajmniej ja tego nie widzę. Widzę za to, że elementy podstawy się powtarzają (np pierwsza pomoc na EDB i na EZ). Nadal nie ma też wystarczająco przeszkolonej kadry do prowadzenia tego przedmiotu jako całości, ten rok został w tym względzie zmarnowany w wyniku kiepskiego zainteresowania przedmiotem. W wielu szkołach to „wyjdzie”, szczególnie tam, gdzie nauczycieli edukacji zdrowotnej znaleziono z łapanki. Ten przedmiot obejmuje naprawdę szeroką wiedzę, jeśli chcemy aby był obowiązkowy i sensownie prowadzony (nie tylko na papierze), należałoby wprowadzić z tej specjalności studia licencjackie dla ludzi zaczynających studia (bo podyplomówka może być wystarczająca jedynie dla nauczyciela już uczącego części tych zagadnień). Idąc tym tropem, jeśli uruchomić takie licencjaty od października, to dopiero za trzy lata mielibyśmy przeszkolonych w tej specjalności nauczycieli. Kolejne minusy, to sprawy pozamerytoryczne. Przedmiot już na starcie był ofiarą sporu politycznego i nic się tutaj nie zmieniło. Wprowadzanie przedmiotu wbrew decyzji większości rodziców jest nierozsądne, bo rodzice to wyborcy, w dodatku w dużej części związani z kościołem, a wchodzenie w kolejny spór o podtekście religijnym, czyni przed wyborami temat sprawą ideologiczną (a sprawy ideologiczne stoją często w Polsce przed merytorycznymi). Wszystko to spowoduje dostarczenie paliwa przeciwnikom politycznym (to nieistotne, że nie mają racji, ważne że mają czym atakować)…
Czy należało więc zrezygnować z tych potrzebnych treści programowych? Nic bardziej mylnego. Jak już pisałem wcześniej, należało treści te rozdzielić pomiędzy biologię, edukację dla bezpieczeństwa i wychowanie fizyczne, dodać tym przedmiotom potrzebny czas do realizacji tych treści (np po godzinie na jeden semestr, co daje 1,5 godziny w cyklu nauczania w szkole średniej, EZ to 2 godziny w cyklu nauczania, więc jeszcze młodzież odciążymy czasowo) i żadnej awantury by nie było. Tymczasem do nauczania tego przedmiotu nie dopuszczono nawet nauczycieli edukacji dla bezpieczeństwa, mimo że cały czas uczą pierwszej pomocy, a w latach 2012-2022 (przed wprowadzeniem strzelectwa), mieli w programie EDB dział „Edukacja zdrowotna” (!!!) i uczyli tego przez te lata. Pewnie w ministerstwie nikt tego nie zauważył, bo cały czas mówią, że wprowadzają te treści jako pierwsi… W przypadku treści dodanych do biologii, znalazłyby się one nawet na egzaminie maturalnym, więc szkolna ranga tej wiedzy byłaby większa. Założę się, że większość nawet by nie zauważyła tych zmian, podobnie jak niewielu zarejestrowało zmiany podstaw, które robiła prawica w czasach swych rządów (były zmiany w historii, geografii, biologii, edb i Nowacka nie protestowała, bo pewnie wtedy jeszcze się oświatą nie interesowała…). Treści byłyby w podstawach programowych innych przedmiotów i cel byłby osiągnięty. Bo chyba o to w tym chodzi? A może nie? Może dla pań z ministerstwa ważniejszy jest własny pijar niż osiągnięcie celu edukacyjnego? Nie wiem czy tak jest, ale niestety, tak to wygląda.
We wrześniu może być niezłe zamieszanie, bo oprócz znalezienia nauczycieli trzeba też znaleźć miejsce na te zajęcia. Szkoły średnie w miastach pękają dziś w szwach na skutek przejścia dwóch zwiększonych roczników. Ostatni z nich skończy naukę dopiero w 2027. Przy przedmiocie nieobowiązkowym nie było problemu, bo EZ realizowana była na pierwszych lub ostatnich godzinach w grupie międzyoddziałowej. Teraz każda klasa będzie miała to w planie przez dwa lata. Trzeba znaleźć czas i salę. Pewnie skończy się to ogólnym wydłużeniem dziennych zajęć. Na razie dyrektorzy nie mogą tego nawet zaplanować, bo w arkuszach na przyszły rok nie ma jeszcze obowiązkowej EZ, a wpisać nie można, bo nie ma rozporządzenia, a dyrektorzy jak wiadomo muszą trzymać się przepisów prawa… Minister Nowacka jak widzę ma talent, ale niestety jest to talent do wprowadzania niedopracowanych rozwiązań. A niedopracowane rozwiązania są szkodliwe, budzą niechęć zamiast entuzjazmu. Będzie bardzo niedobrze jeśli chaos związany z EZ wpłynie na wynik wyborów, bo wtedy może się okazać, że będzie to pierwszy i ostatni rok nauczania EZ w szkołach…
Bo gdy przeciwna ekipa wygra wybory, to może z EZ zrobić to samo co obecna koalicja z HiT-em. Dla polityków jest to przerzucanie się złośliwościami, są to tylko decyzje i słowa, które nic ich nie kosztują. Dla szkół to chaos i bezsensowna praca tysięcy ludzi… A na koniec poczucie niesmaku, frajerstwa, straconego czasu. I zniechęcenie do polityki, tak nauczycieli, jaki i uczniów biorących udział w tym chaosie… Wzywam do opamiętania.
Źródło: www.jaroslawbloch.ovh/
Oto fragmenty tekstu, zamieszczonego w minioną sobotę na „Portalu dla Edukacji”, który w felietonowej formule ukazuje paradoks decyzji o wprowadzeniu jako obowiązkowego, przedmiotu wychowanie zdrowotne, lecz bez modułu wiedzy o seksie. Ale gorąco zalecam przeczytanie całego tekstu – załączam link:
Edukacja zdrowotna bez związku z płcią i dojrzewaniem. Czyli być jak Barbie i Ken
[…]
Ministra Barbara Nowacka podjęła w czwartek rano długo wyczekiwaną decyzję – edukacja zdrowotna będzie obowiązkowa od 1 września 2026 roku. W całości dla tych uczniów, których rodzice wyrażą zgodę na moduł „zdrowie seksualne” oraz w części ogólnorozwojowej – bez zdrowia seksualnego, dla tych, których rodzice uznają, że wiedza o seksie nie jest im do niczego potrzebna.
Będą zatem dwa przedmioty – z seksem, czyli edukacja zdrowotna zgodna z obowiązująca podstawą, i bez seksu, czyli z podstawą zmienioną o której ostatecznym kształcie zadecyduje powołany przez panią minister zespół ekspertów w składzie: Zbigniew Izdebski – koordynator, Antonina Kopyt, Dariusz Samborski, Aleksandra Lewandowska, Joanna Napierała. […]
Ów zespół czeka więc zadanie karkołomne – oddzielenia młodego człowieka od jego seksualności. W dodatku mocno rzutujące na wiedzę współczesnego ucznia, który już wie, jak wygląda ciemna strona księżyca, radzi sobie z wrzuceniem rolki ośmieszającej kolegę czy koleżankę do internetu, ba nawet radzi sobie ze spreparowaniem filmiku z udziałem nagiej kobiety z twarzą nauczycielki, której po prostu nie lubi. Ale o problemach zdrowotnych, biorących się z tego, że się jest chłopcem lub dziewczynką ten uczeń uczyć się nie może, bo tym obrazi uczucia swoich rodziców czy opiekunów prawnych, a szkoła czy nauczyciel, mówiąc o tym, wkroczy w ich wyłączne kompetencje, gwarantowane Konstytucją.
Jest też i inny problem – prześledzenie wymagań aktualnej wciąż jeszcze podstawy edukacji zdrowotnej, którymi minister Nowacka „gorszy” młode pokolenie, pokazuje, że treści, z których wylewa się seks tam nie ma. Omawiane są natomiast zagadnienia, które uczeń powinien znać i rozumieć, bo inaczej nadal będzie myślał, że rodzice znaleźli go w kapuście albo dostali w przesyłce od bociana.
I tak w przypadku uczniów klas IV-VI, a więc najmłodszych, poznaje:
-pojęcia zdrowia seksualnego, seksualności oraz jej roli w życiu człowieka;
-budowę i podstawowe funkcje narządów płciowych wewnętrznych i zewnętrznych;
-podstawowe fakty dotyczące zapłodnienia, przebiegu ciąży, porodu oraz opieki nad noworodkiem;
-autonomię człowieka oraz to, w jaki sposób asertywnie o nią dbać; rodzaje zachowań dorosłego lub rówieśnika, które są przekroczeniem granic intymnych; przepisy prawne dotyczące ochrony seksualności osób poniżej 15. roku życia i możliwości uzyskania pomocy w sytuacji zagrożenia;
-stereotypy płciowe oraz wyjaśnia ich wpływ na funkcjonowanie człowieka.
I te treści mają być z tej podstawy usunięte. Natomiast zagadnienia dotyczące dojrzewania człowieka już niespecjalnie. […]
Zatem już teraz przestrzegam, że one tam są i trudno mi sobie wyobrazić, by te treści miały zostać. O takich sprawach nawet myśleć się nie godzi, a co dopiero o nich wiedzieć. A to oznacza, że wspomniany już zespół będzie miał naprawdę trudne zadanie, żeby jakoś te treści z programu wykasować, żeby przypadkiem uczniowie, którzy nie będą mogli w takich zajęciach uczestniczyć, czegoś na temat swojej płci się nie dowiedzieli. Byli jak Barbie i Ken. […]
Cały tekst „Edukacja zdrowotna bez związku z płcią i dojrzewaniem. Czyli być jak Barbie i Ken” – TUTAJ
Źródło: www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/
Dzisiaj proponuję zapoznać się z najnowszym tekstem Danuty Sterny – tym razem o rzadko podejmowanym problemie gotowości uczniów do przyjmowania wsparcia
Czy uczniowie potrafią przyjąć pomoc?
Rysunek: Danuta Sterna
Proponowana pomoc może dotyczyć pomocy w nauce, specjalnego traktowania, pomocy w kłopotach rodzinnych lub pomocy psychologicznej. Taki uczeń dostaje naklejkę – ten, który wymaga pomocy. Z taką naklejką uczniowie nie czują się komfortowo, oznacza ona, że nie dają sobie sami rady.
Dla wielu uczniów korzystanie z udogodnień to jak noszenie neonu, który mówi, że są inni. Nie chcą być inni, specjalni. Próbują się wtopić w społeczność szkolną, gdy nagle okazuje się, że trzeba im pomagać, a innym nie.
Często wydaje nam się, że oferowanie uczniom, którzy mają kłopoty w nauce matematyki, dodatkowych zajęć (tak zwanych wyrównawczych), jest dla nich darem. Tak nie jest. Zostają zakwalifikowani do tych, którzy nie są wystarczająco zdolni i którzy muszą chodzić na zajęcia dodatkowe. Odbierają to jako karę, a nie pomoc
Pomoc trzeba oferować umiejętnie. Kilka wskazówek dla nauczyciela, gdy uczeń nie przyjmuje pomocy:
1.Słuchać, a nie przekonywać. Nie przekonywać do zgody na pomoc, tylko wysłuchać, dlaczego uczeń jej nie chce. Dowiedzieć się, co uczniowi wydaje się niebezpieczne lub niekomfortowe. Można na przykład zapytać: „Co jest trudne w przyjęciu pomocy?”. Jeśli na przykład pomoc ma wyglądać w ten sposób, że uczeń będzie miał specjalne prawa i będzie pisał sprawdzian w innym terminie lub w innych warunkach, to można zapytać: „Jakie uczucia wywołuje w tobie konieczność zdawania testu w innym miejscu i czasie niż koledzy?”.
Trzeba wykazać się, zrozumieniem obaw ucznia, a nie przekonywać go, że ich nie powinien mieć. Nie powinniśmy być kolejnym dorosłym, który mówi, co uczeń ma robić i wie lepiej. Kiedy uczeń czuje się wysłuchany, znacznie chętniej współpracuje nad rozwiązaniem, które jest dla niego przygotowywane.
2.Nazwij sprawę głośno. Uczniowie często ukrywają swoje zażenowanie, myślą, że tylko oni mają z ten problem. Myślą, że sprawa dotyczy tylko ich, inni są ”normalni”. Najlepiej szczerze o tym rozmawiać i przekazać zrozumienie i to, że każdy może mieć podobny problem. Można powołać się na swoje doświadczenia lub zauważyć, że każdy uczeń jest dobry w czymś i ma swoje trudności z czymś innym.
Można przytoczyć przykład noszenia okularów przez niektóre tylko osoby. Okulary są pomocą bez której uczeń o słabym wzroku nie mógłby się uczyć. W klasie uczniowie mogą mieć różne udogodnienia związane ze swoją indywidualnością.
3.Przygotowanie ucznia do mówienia o pomocy. Często zdarza się, że uczeń odmawia pomocy po prostu dlatego, że nie wie, co powiedzieć, gdy kolega zadaje mu pytanie, o otrzymane przez niego specjalne udogodnienia. Strach przed nagłą, niezręczną rozmową wystarczy, by odmówił pomocy.
Można przećwiczyć z uczniem krótkie wyjaśnienia sytuacji. Na przykład: „W ten sposób najlepiej mi się pracuję” lub „To pomaga mi się skupić”. Uczeń nie musi przedstawiać swojej diagnozy i tłumaczyć całej swojej historii.
Kiedy uczeń wie, że może uciszyć dociekliwe pytanie spokojną, jasną odpowiedzią, czuje, że kontrola jest po jego stronie.
4.Włączenie rodziny. W niektórych przypadkach presja nie pochodzi tylko od rówieśników w klasie, ale też od rodziny. Uczeń może spotykać się w domu z kpiną dotyczącą jego specjalnego traktowania lub przynależność do „innych”. Wtedy uczeń postrzega wsparcie jako powód do wstydu, a nie jako narzędzie do osiągnięcia sukcesu.
Warto współpracować z rodzicami, opiekunami i psychologiem szkolnym. Podczas spotkań w sprawie indywidualnego programu edukacyjnego powinno się podkreślać, że nie jest on jałmużną ani oznaką słabości ucznia.
Kiedy środowisko domowe stoi za dzieckiem, czuje się ono znacznie bezpieczniej.
5.Skupienie na mocnych stronach, a nie na brakach. Trzeba zamienić zmienić sposób, w jaki mówi się dostosowaniu wymagań. Zbyt często przedstawia się je jako sposób na naprawienie czegoś, co jest zepsute lub czego brakuje. Ten język oparty na brakach jest czymś, co uczniowie wychwytują i co zabija ich pewność siebie. Zamiast tego powinno się postrzegać pomoc i specjalne traktowanie jako sposoby na rozwijanie naturalnych mocnych stron ucznia.
Na przykład, jeśli uczeń ma dużo energii, pozwolenie mu na zmianę miejsca pozwala jego ciału poruszać się, aby umysł mógł się skupić.
6.Rozmowy o przyjmowaniu pomocy. Dobrze jest rozmawiać z uczniami w klasie na temat umiejętności przyjmowania pomocy. Można te rozmowy oprzeć na przykładach, gdy pomoc naprawdę pomogła. Można zapytać uczniów, kiedy mieli takie doświadczenia i podzielić się swoim.
W takich rozmowach warto poruszyć temat różnych zdolności, tego, że każdy ma je specyficzne i może je wykorzystać do poradzenia sobie z trudnościami. Profesor Caroll Dweck w swojej teorii nastawienia na rozwój, przekonuje, że inteligencja jest plastyczna i sukces zależy od włożonego wysiłku, a nie od stałych wrodzonych zdolności.
Inspiracja artykułem Clementinę Jose
Źródło: www.oknauczanie.pl
Oto wpis z fb-profilu Joanny Waszkowskiej, polonistki, blogerki w grupie „Superbelfrzy” występującej tu pod pseudonimem „Uczycielnica”, który pojawił się tam 9 kwietnie. Dowiedziałem się o nim z portalu „Strefa Edukacji”:
[Zdjęcie moim zdaniem symboliczne.]
Byłam dziś na spotkaniu nauczycieli z panią Minister Katarzyną Lubnauer.
Udało mi się nawet zadać pytania, ale o tym zaraz.
Najpierw organizacja spotkania: w przestrzeni publicznej cisza, wszystko w wewnętrznej poczcie. I w niemal ostatnim momencie zmiana godziny spotkania. Mimo to pełna sala (może pomieścić 440 osób), większość miejsc zajętych. Dużo przedstawicieli urzędów i instytucji związanych z edukacją (a myślałam, że będą sami nauczyciele…).
Wypowiedź pani Minister. Najpierw przyczyny wprowadzania zmian, czyli „Kompasu Jutra”: niskie wyniki badań OECD oraz smutne refleksje ankietowe, czyli odczucia uczniów i uczennic względem szkoły. Do tego jeszcze oczekiwania świata i rodziców (nie, tu jeszcze nie wspomniano nauczycieli). Minister jako przyczyny pogorszenia efektów edukacyjnych podaje dwa czynniki: inaczej przygotowana grupa piszących (gimnazjaliści, a potem pierwszy rocznik SP – różnice kompetencyjne) oraz skutki pandemii. Tylko?
Organizacyjnie w sprawie „Kompasu Jutra” wszystko słonecznie i na błysk: ankiety były i konsultacje, świadomy dobór ekspertów, a wśród nich praktycy i finalnie współpraca wydawnictw oraz gotowe podręczniki. Gotowe na wrzesień, ale czy można je już przejrzeć? Dla szkół, które złożą wnioski dot. podręczników po 12 lipca, ich samorządy otrzymają środki (dotacja celowa) na zakup książek w październiku, czyli fizycznie kiedy będą w szkołach? Wybranej serii nie da się już zmienić w całym cyklu – zostają zakontraktowane. (Dz. U. z 2024 r. poz. 413, art. 55 ust. 3)
Informacje ogólne (z wypowiedzi p. Minister i z odpowiedzi udzielanych pytającym) wraz z moimi przemyśleniami:
– do nauczania przyrody nie będą potrzebne dodatkowe studia (zakładam, że będzie to po prostu uznanie dyplomu);
– będą bloki tematyczne przyrodnicze (co Sanepid na taki układ w planie?);
– edukacja zdrowotna zostanie podzielona na dwa przedmioty – 90% treści obowiązkowych już od września, a nieobowiązkowo ed. seksualna (chyba na takich zasadach, jak obecnie wych. do życia w rodzinie); co na to dyrektorzy i ich plany organizacyjne na przyszły rok?
– propozycja częstszych wyjść i wycieczek (czyli sprawa nadgodzin jest już uregulowana prawnie?);
– ed. nieformalna będzie lepiej kontrolowana, wzmocnienie nadzoru;
– samorządy dostaną („jeszcze” – kilkukrotnie podkreślone) więcej środków;
– edukacja przedszkolna jest ważna, wpływa na zainteresowanie dziecka światem i rozbudzanie uważności (pełna moja zgoda) – jakie są pomysły MEN na włączenie tego etapu w proces rozwijania dziecięcych kompetencji? (brak szczegółów);
– edukacja przez doświadczenie jest ważna (również moja zgoda i część mojej praktyki od 24 lat) – jak to robić w 36 osobowych klasach w ciasnych, źle wyposażonych salach? (brak szczegółów); a pracownie ZPT wyposażą samorządy, czy – jak zwykle – nauczyciele i rodzice?
– moduły tematyczne będą działały jak dawne ścieżki międzyprzedmiotowe? – brak wyjaśnienia;
– nie wiem w końcu, co z tym tygodniem projektowym, bo na jednym slajdzie był dopisek „w szkole podstawowej”, a na innych nie było;
Bardziej liczyłam w wypowiedzi p. Minister na konkrety:
– Czy będzie na świadectwie, jak za czasów gimnazjum?
– Czy będzie miał wypisane kompetencje, jak w profesjonalnych certyfikatach umiejętności? Czy będzie brany pod uwagę w rekrutacji łącznie z maturą ustną, czy może znowu sztuka dla sztuki, jak to było w gimnazjum?
– program profilaktyczno-wychowawczy w SP lepiej dostosować do nowych wytycznych (choć prawnie będzie obowiązywał tylko pierwszy rocznik w cyklu), ale jak w dokumencie umieścić te treści, które obowiązują z obecnej podstawy programowej, a w „Kompasie Jutra” już ich nie ma lub są rozumiane inaczej/mają inny priorytet? Jako suplement? Aneks? Tworzenie dwóch dokumentów uznano za niepotrzebne;
– nauczycieli trzeba przeszkolić odnośnie AI, bezwzględnie (Fundacja Orange – nie dodano, że z Microsoft – przeprowadza to szkolenie), bo nauczyciele są ogólnie niedoszkoleni (choć zaraz został dodany komentarz obronny, że jako grupa zawodowa jesteśmy najlepiej wykształceni w Europie).
Moje pytania i refleksja (udało mi się powiedzieć to do mikrofonu):
– czy będzie różnicowanie pensum odnośnie przedmiotów (odp.: Nie, bo to antagonizuje grupę zawodową);
– czy w module dot. bezpieczeństwa będzie obowiązkowo bezpieczeństwo cyfrowe według wskazówek Rady Europy? (odp.: Każdy to przecież może robić…. – czyli w sumie będzie systemowo zaprojektowane, czy „zrób to sam jak chcesz”? Nie wiem).
A przecież grupa polskich nauczycieli przetłumaczyła DCE Planner (o ten: https://www.coe.int/en/web/education/dce-planner ) i opracowała całą metodologię wdrażania rozwiązań na różnych poziomach i etapach edukacyjnych (o tu: https://wakelet.com/@kco) – i po co?
– czy nauczycielom zostanie zapewnione systemowe wsparcie np. superwizja?
Odp.: Nauczyciele się nie sieciują i nie wspierają, dlatego mają problemy (sic!). W opinii p. Minister wiele spraw dałoby się rozwiązać we własnym gronie – rozmowa w kółku? – dyskusyjny plan naprawczy? – zapraszanie się na lekcje otwarte? – czyli lepiej jest brać na siebie odpowiedzialność za czyjeś wypalenie i domorosłymi sposobami mu „pomagać”, hmm…
Kręciłam głową, oszołomiona. Przecież to zupełnie nie o to chodzi i nie tym jest superwizja!
Ale potem p. Minister dodała, że choć to jest sprawa NIE w gestii MEN (sic! nie??), to pochylają się nad tym, bo ważne.
– i dodane przeze mnie pytanie-refleksja: czy na obniżenie wyników egzaminów i badań OECD nie wpłynęły również skutki strajku (odejścia z zawodu, niski prestiż zawodu, dobór negatywny do zawodu)? Nie, nie oczekiwałam podjęcia tego tematu, ale chciałam, by to wybrzmiało.
Co mnie zadziwiło (tak może to określę, bo i po co inaczej?) w treści wystąpienia:
– styl instrukcji obsługi skanowania kodu QR,
– niezrozumiałe (dla mnie) komentarze dot. pamiętania/nie pamiętania pandemii,
– określenie informatyków jako ludzi o specyficznych cechach osobistych,
– bajki oglądane przez dzieci jako przyczyna (jedyna? bo inne nie zostały podane) trudności w skupieniu (vivat uproszczenia!),
– dobre praktyki można zaobserwować głównie w szkołach niepublicznych (tak?).
Pani Kurator zapraszała na Śląski Kongres Oświaty. Regionalny Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli „WOM„ też jest wśród organizatorów (tak tylko dodaję).
Źródło: www.facebook.com/uczycielnica/
A ów tekst z portalu „Strefa Edukacji”, zatytułowany „Po objazdowych spotkaniach o „Kompasie Jutra” wśród nauczycieli zostaje więcej pytań niż odpowiedzi” – TUTAJ
Z trzydniowym opóźnieniem zamieszczam (we fragmentach) ostatnie przejawy wielkiej aktywności autorsko-redakcyjnej kolegi dyrektora Jarosława Pytlaka, na którego blogu „Wokół Szkoły” w miniony piątek pojawiły się aż trzy teksty. Oto one – w kolejności ich zamieszczania:
Nie ma darmowych obiadów!
Długo oczekiwana decyzja w sprawie edukacji zdrowotnej zapadła. Przedmiot będzie obowiązkowy. W internecie zaroiło się od entuzjastycznych wpisów organizacji, a nawet pojedynczych osób, które przypisują sobie jakąś część udziału w tej wyczekiwanej przez nich decyzji. Oczywiście miło jest pochwalić się sprawczością, ale moim zdaniem w większości przypadków jest to jak z żabą, która podstawiła nogę do podkucia, gdy kuli konie. Być może realny wpływ miało stanowisko Naczelnej Izby Lekarskiej. Może. Najprawdopodobniej jednak po prostu wyszło z sondaży, że mimo hałasu ze strony opozycji większość społeczeństwa jest za. Raczej nie była to autonomiczna decyzja Barbary Nowackiej.
Przestałem już emocjonować się tym tematem, choć od początku uważałem wprowadzenie edukacji zdrowotnej równym frontem w siedmiu rocznikach za błąd, i zdania tego nie zmieniam. Po pierwsze, z racji braku odpowiednich kadr – nie takich, którym formalnie nadano prawo prowadzenia zajęć z tego przedmiotu, tylko odpowiednio przygotowanych do zmierzenia się z jego niezwykle złożoną materią. Po drugie, z oddzielenia, często na siłę, pewnych treści od ich naturalnej bazy programowej, jak choćby profilaktyki różnych chorób od podstawowego kursu biologii w liceum. Po trzecie, z powodu ogólnej niechęci uczniów do nakładanych na nich dodatkowych obciążeń, co powoduje, że skuteczność tej nauki będzie żadna. Autorytet szkoły i nauczycieli szoruje dzisiaj po dnie i wiara, że akurat w kwestiach zdrowotnych zyskają oni posłuch i będą w stanie wpłynąć na postawy młodych ludzi, jest czystej wody chciejstwem.
Doskonale spuentował to na swoim profilu fejsbukowym Tomasz Tokarz, formułując bardzo celny aforyzm, który pozwalam sobie tutaj zacytować wraz z fragmentem rozwinięcia (po całość odsyłam do profilu Pana Tomasza):
Czary mary, fika mika, nowy przedmiot, problem znika.
Myślenie magiczne to przekonanie, że sam rytuał wywołuje realną zmianę. W edukacji takim „rytuałem” staje się dopisanie nowego, obowiązkowego przedmiotu. Tak jakby sama jego obecność w planie lekcji miała automatycznie zmienić zachowania uczniów. Obowiązkowość edukacji zdrowotnej to nowy rytuał (podobny do EO czy BiZ). Taki edukacyjny kult cargo.
Mam podobną opinię, choć z drugiej strony jestem w stanie przyjąć również argument, że zetknięcie z treściami tego przedmiotu może przynieść jakiejś grupie uczniów nieco pożytecznej wiedzy. […]
Wszystkie te dodatkowe obciążenia byłyby śmiechu warte, gdyby nie fakt, że równocześnie będziemy w szkołach rozwijać edukację włączającą, wraz z nowym, jak mówią, wspaniałym narzędziem, jakim ma być kwestionariusz szkolnej oceny funkcjonalnej, okiełznywać żywioł smartfonowy, oraz wprowadzać reformę „Kompas Jutra”. Szczególnie w podstawówkach rok zapowiada się ciekawie, tym bardziej, że wszystkie te nowości, oczywiście, również będą bezkosztowe. Dodatkowa praca dyrekcji i kadry pedagogicznej nigdy nie jest traktowana w oświacie jako koszt.
Chciałbym zwrócić jednak uwagę PT Czytelników na ludową mądrość, że nie ma darmowych obiadów. Szafki i pojemniki na smartfony nie kupią się same, podobnie jak materiały do doświadczeń z przyrody i wynagrodzenia nauczycieli wychodzących na tak ważne w koncepcji reformy wycieczki. Same również nie sfinansują się zajęcia związane ze wsparciem potrzebujących uczniów, które teraz będzie miała uruchomić szkoła dużo wcześniej, niż otrzyma (jeśli w ogóle) fundusze z tytułu ewentualnego orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego. Ale to ostatnie, to temat na osobny artykuł, który będzie – zapewniam – szczególnie emocjonujący.
Jako puentę pozwolę sobie przytoczyć anegdotę, którą opowiedział mi bywały od lat w obszarze polityki oświatowej pan Sławomir Wittkowicz, przewodniczący Wolnego Związku Zawodowego „Forum-Oświata”. Otóż był on kiedyś uczestnikiem spotkania połączonych zespołów kujawsko-pomorskiej wojewódzkiej rady dialogu społecznego w Bydgoszczy. Temat: opieka psychiatryczna i psychologiczna dla dzieci i młodzieży. Dwa zespoły razem: ds. edukacji oraz ds. zdrowia. Radzono oczywiście nad usprawnieniem organizacji i kierunkami rozwoju. Specjaliści medycy konkretnie wskazali, ile potrzeba pieniędzy i jakie zmiany organizacyjne są potrzebne. Specjaliści od edukacji wszystkie swoje propozycje zaczynali od słów „szkoły zorganizują”. Słysząc tę opowieść, roześmiałem się przez łzy, bowiem taki sposób myślenia o funkcjonowaniu oświaty ma się wciąż doskonale, a obecna ekipa zarządzająca MEN twórczo dopisuje kolejne rozdziały do tej księgi absurdu.[…]
Cały tekst „Nie ma darmowych obiadów!” – TUTAJ
x x x
Pamiętnik covidowy. Część 1
W końcu marca tygodnik „Przegląd” opublikował artykuł Beaty Igielskiej „Pamiętniki covidowe. Każdy ma swoją historię. Napiszcie, jak to pamiętacie”. Czytając tytuł na okładce pomyślałem, że to zapowiedź konkursu. Okazało się jednak, że tylko materiał wspominkowy, ciekawy zresztą, bo odtwarzający panoramę wydarzeń i atmosferę pierwszego roku pandemii Covid-19. Niestety, a może „stety”, pomiędzy rzutem oka na okładkę a lekturą zdążyłem nabrać ochoty na taką własną wyprawę myślami w przeszłość. Pomimo braku konkursowej motywacji postanowiłem więc spisać swój covidowy pamiętnik. Przyszło mi to o tyle łatwo, że przez dwa lata zarazy komentowałem wydarzenia w kolejnych wpisach na blogu „Wokół szkoły”. Teraz przydały się dla odświeżenia pamięci.
[…]
Przedłużające się zamknięcie szkoły było źródłem powszechnej frustracji. Sytuacja w największym stopniu uderzyła w rodziców, którzy musieli opiekować się swoimi dziećmi, byli świadkami zmagań nauczycieli i uczniów z onlajnami, co nierzadko bardzo odbiegało od ich wyobrażenia o idealnym nauczaniu. W szkole niepublicznej, płatnej, jaką jest STO na Bemowie, doszły do tego problemy materialne. Część rodziców utraciła w całości lub w części źródła dochodów. Pojawił się temat, który znalazł się na tapecie w większości podobnych placówek – czy w sytuacji, gdy nie korzystamy z wynajmowanego budynku, gdy nie funkcjonuje świetlica, zajęcia dodatkowe, słowem, gdy część usługi nie jest wykonywana, nie powinno się obniżyć lub wręcz zawiesić czesnego?! No bo z jakiej racji – na przykład – płacić za lokal, skoro z niego nie korzystamy?! To były długie godziny narad z Zarządem, w wyniku których ustaliliśmy, że szkoła bezwarunkowo będzie regulować swoje zobowiązania finansowe. To, co rzeczywiście możliwe było do zaoszczędzenia, wyliczyliśmy na 150 złotych miesięcznie na ucznia. Równocześnie powstał jednak problem, co z opłatami tych, którzy stracili źródła dochodów. Powstał wtedy pomysł, by ogłosić obniżkę czesnego o te 150 złotych, jednocześnie zwracając się do osób, które szczęśliwie nie poniosły strat materialnych w pandemii, by kwotę bonifikaty pozostawiały w szkole z przeznaczeniem na solidarnościowy fundusz stypendialny. I to się udało!!! Darczyńców było tak wielu – ponad połowa wszystkich płatników, że zebrane pieniądze starczyły na pomoc dla wszystkich, którzy się o nią zwrócili! My ze swej strony, jako kontrahent, też nikogo nie zawiedliśmy!
[…]
Jakoś w końcu dobrnęliśmy do końca roku szkolnego. Nawet odbyły się uroczystości rozdania świadectw. U nas w szkole poziomami klasowymi, co godzinę. Uczniowie siedzieli na krzesłach rozstawionych na dziedzińcu w odległości dwóch metrów w każdą stronę od sąsiada. Mam zdjęcie takiej sceny – nawet po latach wygląda ono przeraźliwie smutno.
W wakacje wirus miał trochę wyluzować, więc była nadzieja na odrobinę wypoczynku. A od września… No, od września, podobno, mieliśmy wrócić do stacjonarnej nauki. Tak w każdym razie głosił pan minister. W związku z tym w jednym z wakacyjnych wpisów na blogu zamieściłem następującą propozycję:
Proponuję, abyśmy wszyscy: nauczyciele, rodzice i uczniowie, poszukali nadziei we wspólnej modlitwie, by pandemia do września wygasła, albo żeby naszych oświatowych władców, nomen-omen, oświeciło lepszymi i bardziej realnymi pomysłami. Wiara w cuda wydaje mi się w tej chwili najlepszym źródłem nadziei.
Nie spodziewałem się wtedy, że w nowym roku szkolnym będzie jeszcze dużo, dużo trudniej…
Cały tekst „Pamiętnik covidowy. Część 1” – TUTAJ
x x x
Jak IBE chce zmienić polską szkołę? Część 2. *
Dyskusja grona profesorów, nazwana w programie Dnia Otwartego IBE „Radą Pedagogiczną”, była jedną z atrakcji, które zachęciły mnie do udziału w tej imprezie. Ciekawiło mnie, co mają do powiedzenia przedstawiciele „wielkiego nieobecnego” reformy „Kompas Jutra”, czyli akademickiego środowiska polskich pedagogów, które znalazło się kompletnie na uboczu tej z założenia bardzo przecież poważnej zmiany w polskiej edukacji.
W debacie panelowej, którą poprowadziła prof. Inetta Nowosad, wzięli udział: prof. prof. Beata Mydłowska, Mirosława Nowak-Dziemianowicz, Stefan Kwiatkowski i Krzysztof Rubacha. Wszyscy cieszący się dużym poważaniem, w większości członkowie Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN. Hasłem przewodnim dyskusji było „Czego potrzebuje polska szkoła?”.
W pierwszej rundzie wypowiedzi pojawiło się kilka różnych wątków. Ciekawą kwestię poruszyła prof. Nowak-Dziemianowicz, prezentując zdjęcie pracy Władysława Hasiora pt. „Wyszywanie charakteru”, przedstawiającej lalkę w uścisku dźwigni maszyny do szycia. Zdaniem Pani Profesor nie potrafimy oderwać się od przekonania, że szkoła jest miejscem kształtowania ucznia. Jeśli poszukujemy odpowiedzi na pytanie, w co szkoła ma wyposażyć ucznia, to będzie właśnie „wyszywaniem go” według naszego wyobrażenia o przyszłości. Tymczasem rolą szkoły powinno być stwarzanie warunków do rozwoju.
W dyskusji wielokrotnie pojawiały się wątki polemiczne. Widać było, że poglądy dyskutantów nie są jednolite, ale nie przejawiało się to sporem, a jedynie pokazywaniem innego spojrzenia, jak choćby w wypowiedzi prof. Mydłowskiej, która zwróciła się do swojej przedmówczyni, stając w obronie znaczenia wartości uporządkowanej wiedzy i kompetencji.
[…]
Na zakończenie tej części wicedyrektor IBE, Tomasz Gajderowicz, wyraził podziękowanie gronu profesorskiemu za przybycie i podzielenie się swoimi przemyśleniami. A kiedy jeszcze wyraził nadzieję, że będzie to w przyszłości zdarzać się częściej, zapisałem w notesie: „Teraz? Teraz, gdy reforma jest już wymyślona, i nie ma w niej miejsca na żadne wizje, choćby najmądrzejszych akademików?!”. Niestety, potwierdziło się moje przekonanie, koncepcja reformy „Kompas Jutra”, jeśli nawet rzeczywiście została zaprojektowana na podstawie wyników badań, powstała bez udziału polskich pedagogów. Diagnozę wzięto z badań PISA (najkrócej: uczniowie są dobrze nauczeni, ale nie lubią szkoły i nie widzą sensu nauki). Jej wyjaśnienie, że wszystkiemu winny jest dotychczasowy model edukacji, wzięto, moim zdaniem, z sufitu (bo naprawdę nie wolno zignorować złożonego kontekstu społecznego, w jakim funkcjonuje obecnie młode pokolenie). Co do koncepcji zmiany, mogę tylko wyrazić żal, że nie poddano jej żadnej niezależnej recenzji naukowej. Może wtedy powodów do krytyki byłoby mniej?!
x x x
Ostatnim punktem programu, w którym wziąłem udział, była pokazowa lekcja przyrody, przeprowadzona przez dr. Karola Dudka-Różyckiego, przewodniczącego Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Przedmiotów Przyrodniczych, podobnie jak ja gorącego orędownika przywrócenia tego przedmiotu w polskiej szkole. Zajęcia odbyły się oczywiście w terenie – na skwerku przed siedzibą IBE, we wczesnowiosennej aurze. Zgromadziły 14 uczestników, a poświęcone były głównie obserwacjom i działaniom dotyczącym gleby, czemu towarzyszyło posadzenie w kilku miejscach sadzonek łubinu.
O samej lekcji napiszę nie wdając się w szczegóły – była udana. Prowadzący zna się na rzeczy, wprowadził nas w temat, dobrze wykorzystał mało jeszcze o tej porze roku efektowne otoczenie przyrodnicze, dał możliwość samodzielnego działania i wyciągnięcia wniosków. Trwałym efektem tych zajęć pozostaną kępy łubinu, rozsiane po całym skwerku przed IBE, w losowo wybranych przez nas miejscach, gdzie w parach kopaliśmy i prowadziliśmy glebowe obserwacje. Podzielę się natomiast refleksjami natury ogólnej, do których zainspirowały mnie te zajęcia. […]
Lekcja pokazowa w IBE, choć udana, unaoczniła jeszcze jeden poważny problem, który dotyczy wsparcia nauczycieli, nie tylko przy okazji wprowadzania „Kompasu Jutra”, ale, na przykład, edukacji włączającej. Była przeprowadzona w grupie wielkości, mniej więcej, połowy klasy szkolnej, w gronie osób dorosłych, kompetentnych w temacie. Trudno powiedzieć, jak zachowywałoby się dwudziestka czwartoklasistów, tym bardziej, gdyby była to klasa o dużym wewnętrznym zróżnicowaniu. Pół biedy, jeśli chodzi o przyrodę, ale powszechnie słychać, że w podobny sposób organizuje się zajęcia mające pokazać uczestniczącym w nich nauczycielom, jak pracować… z klasą trudną.
[…]
Dzień spędzony w Instytucie Badań Edukacyjnych był dla mnie pouczający i inspirujący. Doceniam zaangażowanie organizatorów i jest mi bardzo przykro, że nadal lokuję się po stronie oponentów instytucji, którą reprezentują. Niestety, została ona utożsamiona z reformą „Kompas Jutra”, do której – mimo wysiłków entuzjastów spotkanych podczas Dnia Otwartego – nie jestem w stanie się przekonać. To nic osobistego – po prostu kwestia doświadczenia zawodowego, którego nie da się ze mnie wydłubać propagandą, ani nawet urokiem osobistym poszczególnych współtwórców reformy.
Cały tekst „Jak IBE chce zmienić polską szkołę? Część 2.” – TUTAJ
*Jak IBE chce zmienić polską szkołę? Część 1. – TUTAJ
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/j
Dlaczego „Letnią szkołę dla rodziców” wymyślił profesor biologii, a nie pedagogiki
Z wszystkich tematów, które w minionym tygodniu zaistniały na OE najbardziej uruchomił moje szare komórki – jeden: idea szkół dla rodziców, którą przedstawił na swoim blogu prof. Stanisław Czachorowski – w tekście zatytułowanym „Letnia szkoła dla rodziców, czyli jak pomóc edukacji”. Kto z Was tego jeszcze nie przeczytał niechaj to zrobi teraz, bo wszystko co ja dalej napiszę będzie miało tam swój początek.
Refleksją, która zrodziła się już podczas pierwszego czytanie tego tekstu była myśl, że ową potrzebę wsparcia rodziców wiedzą o procesach psycho-pedagogicznych, zachodzących podczas edukacji ich dzieci, uzasadnioną przemianami cywilizacyjnymi, technologicznymi i kulturowymi, które trwale zmieniają strukturę społeczeństw, gospodarkę i codzienne życie, dostrzegł i sformułował taki wniosek nie żaden z dobrze nam znanych profesorów pedagogiki, a hydrobiolog i entomolog, doktor habilitowany i profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, specjalizujący się w badaniach nad chruścikami – niewielkimi owadami, przypominającymi motyle nocne.
Jak wiecie – nie po raz pierwszy zamieściłem tekst z bloga „Profesorskie Gadanie” – zawsze były to teksty, w których ich autor podejmował tematykę edukacji. I zawsze było w nich „coś”, co wnosiło niestandardowy punkt widzenia na te problemy.
Wszystko co prof. Czachorowski tam napisał o proponowanych przez niego „studiach rodzicielstwa”, weekendowych lub letnich szkołach wakacyjnych, prowadzonych przez uczelnie wyższe, gdzie teoria spotykałaby się z praktyką warsztatową, jest mi bliskie. I nie mam wątpliwości że to pomysł bardzo w dzisiejszych czasach potrzebny.
Ale po drugim czytaniu zaczęły się w mojej głowie rodzić pewne pytania i wątpliwości.
Jako pierwsze: Dlaczego taki projekt nie został dotąd zgłoszony przez takie tuzy zajmujące się problemami współczesnej edukacji, jak profesor Bogusław Śliwerski lub prof. Roman Leppert? Jak to się stało, że nie wpadli na to kolejni szefowie Instytutu Badań Edukacyjnych, a także nie pojawił się on na blogu Centrum Edukacji Obywatelskiej?
Przecież kiedy się czyta te wszystkie uzasadnienia tego projektu ogłoszonego przez owego biologa, to ma się wrażenie, że jedynie nazwał on dobrze nam znane i oczywiste zjawiska i procesy oraz wyprowadził z tego jedynie słuszny i praktyczny wniosek. Więc dlaczego tamci na to nie wpadli i nie zaproponowali?
Po chwili napłynęła mi myśl że on jest po prostu idealistą, który tak naprawdę nie zna codziennych realiów polskiej oświaty i mechanizmów funkcjonowania naszego systemu edukacji, a oni są nie tylko doskonale o tym poinformowani, ale mają już na to zrutynizowany sposób patrzenia.
Z takiej konstatacji zrodziła się druga myśl: Wszak takowa oferta mogłaby, z oczekiwanym skutkiem, być kierowana jedynie do dość wąskiej kategorii rodziców – tych, którzy nie tylko są świadomi swoich braków w obszarach wiedzy o wychowaniu dzieci, ale którzy są gotowi na takie szkolenie zapisać się i przeznaczyć na to swój wolny czas. Bo przecież nie do pomyślenia byłoby organizowanie obowiązkowych szkoleń dla każdego rodzica – jeszcze zanim jego dziecko zostanie uczniem. I pozostaje jeszcze jeden aspekt – czy byłoby to szkolenie płatne…
I to jest ta trzecia myśl: Czy w dzisiejszych realiach funkcjonowania wyższych uczelni, mechanizmów ich finansowania przez państwo (bo zupełnie nie wyobrażam sobie takich szkoleń prowadzonych przez uczelnie prywatne), uniwersytety i inne szkoły wyższe prowadzące kierunki psychologia i pedagogika, byłyby gotowe zaproponować – w formule bezpłatnych zajęć – takie weekendowe lub wakacyjne kursy?
Tak więc przestałem się już dziwić temu, że ów znakomity pomysł szkoleń dla rodziców ogłosił profesor biologii – specjalista od chrościków, a nie któryś z wybitnych profesor pedagogiki…
Włodzisław Kuzitowicz.
Bardzo cenny pomysł o „letniej szkole dla rodziców”, wzbogacającej ich o kompetencje z zakresu wiedzy o wychowaniu, zawarł w najnowszym tekście, na swoim blogu „Profesorskie Gadanie”, prof. Stanisław Czachorowski. Zamieszczam go bez skrótów:
Letnia szkoła dla rodziców, czyli jak pomóc edukacji
Dlaczego we współczesnej szkole nauczyciele czasem mają większy problem z rodzicami niż z uczniami? Jak mądrze włączyć (lub nie wyłączać) rodziców do procesu edukacji szkolnej? Pytanie niezwykle ważne i aktualne, choć komuś mogą się wydać zaskakujące.
Niegdyś proces stawania się człowiekiem nie był samotnym wysiłkiem jednostki, lecz organicznym dziełem wspólnoty. Wychowanie odbywało się w gęstej sieci relacji rodzinnych i sąsiedzkich, w przestrzeni wielopokoleniowej, gdzie granica między dzieciństwem a dorosłością zacierała się w codziennym trudzie. Oddzielał je mniej lub bardziej wyraźny proces inicjacji. Młodzi ludzie chcąc nie chcąc pomagali w opiece nad młodszym rodzeństwem, chłonąc mimowolnie sztukę pedagogiczną nie z podręczników lecz z obserwacji i bezpośredniego uczestnictwa. Prawdziwe było wówczas stare przysłowie, że potrzeba całej wioski, by wychować jedno dziecko. Wiedza o tym, jak prowadzić drugiego człowieka przez meandry dojrzewania, była kapitałem kulturowym przekazywanym z rąk do rąk, długo i cierpliwie, w naturalnym otoczeniu społecznym. Każdy przyszły rodzic wchodził w swoją rolę z bagażem doświadczeń, który gromadził przez lata swojego dzieciństwa i młodości, zanim jeszcze sam wydał na świat potomstwo. Praktykował na cudzych dzieciach, zanim zaczął wychowywać własne.
Dziś jednak nasza egzystencjalna architektura uległa radykalnemu przeobrażeniu. Żyjemy w mikrostrukturach, w małych, izolowanych rodzinach, często ograniczonych do modelu dwa plus jeden. Współczesny młody człowiek, dorastając jako jedynak lub w odseparowaniu od dalszej rodziny, traci szansę na naturalne nabycie kompetencji opiekuńczych. Coraz mniej interakcji różnowiekowych na podwórku i bez obowiązku opiekowania się młodszymi. Dlatego umiejętności edukacyjne stały się towarem deficytowym, a rodzicielstwo, niegdyś płynna kontynuacja ról społecznych, jawi się dziś jako skok na głęboką wodę bez wcześniejszego kursu pływania. Ta wyrwa w międzypokoleniowym przekazie wiedzy sprawia, że rodzic staje przed dzieckiem wyposażony w miłość, lecz często pozbawiony elementarnego rozumienia mechanizmów rozwoju i nauki. Za mało sam doświadczył, za mało dowiedział się w szkole i na studiach. A tu spotyka go całkiem nowe zadanie. Czuje się bezradny i z chęcią wkłada smartfon w ręce dziecka niczym grzechotkę i niańkę jednocześnie.
Ta luka kompetencyjna rodzi poważne konsekwencje dla systemu edukacji formalnej. Bez fundamentalnego zrozumienia procesu pedagogicznego, rodzic zaczyna postrzegać szkołę nie jako partnera, lecz jako usługodawcę, któremu „podrzuca” dziecko niczym zepsuty samochód do warsztatu, oczekując szybkiej i skutecznej naprawy. Ma być taki i taki: genialny, językowo i muzycznie uzdolniony, wygrywać konkursy itp. Dla kogoś, kto nie rozumie istoty kształtowania umysłu, współudział w edukacji staje się czymś obcym, trudnym i budzącym lęk. Jeśli jednak chcemy, by szkoła przestała być jedynie przechowalnią, a stała się miejscem wzrostu i rozwoju, musimy włączyć rodziców w proces tworzenia i rozumienia wiedzy pedagogicznej. Edukacja rodziców staje się zatem imperatywem naszych czasów – nie po to, by ich wyręczać, ale by przywrócić im podmiotowość i sprawczość w procesie, który bez ich świadomego wsparcia jest skazany na połowiczny sukces. Sama szkoła nie poradzi sobie z edukacją. Nie oczekujmy więc fachowców, na których scedujemy wszystkie obowiązki wychowawcze i edukacyjne niczym polecenie wyremontowania zepsutego samochodu w warsztacie.
W dobie idei uczenia się przez całe życie (lifelong learning), dokształcanie dorosłych w zakresie pedagogiki nie powinno być postrzegane jako przykry obowiązek, lecz jako nobilitacja ich roli. Pojawia się jednak pytanie: kto i w jakiej formie miałby podjąć się tego zadania? Odpowiedź drzemie w potencjale uczelni wyższych, które mogłyby stać się centrami certyfikowania kompetencji rodzicielskich. Wyobraźmy sobie nowoczesny model edukacji hybrydowej: małe, przystępne porcje wiedzy serwowane online, pozwalające na naukę w rytmie domowego życia, przeplatane z rzadka, lecz intensywnie spotkaniami w realnej przestrzeni. Dlaczego certyfikacja? A czyż dziwi nas konieczność zdobycia prawa jazdy zanim włączymy się autem w ruch drogowy?
Uczelnie, wychodząc poza wieżę z kości słoniowej, mogłyby organizować zjazdy weekendowe lub letnie szkoły wakacyjne, gdzie teoria spotykałaby się z praktyką warsztatową. Takie „studia z rodzicielstwa” nie tylko dawałyby formalne potwierdzenie kompetencji, ale przede wszystkim budowałyby nową „wioskę” – tym razem intelektualną i wspierającą się w sposób zaplanowany. Inwestycja w świadomość pedagogiczną rodziców to w istocie najskuteczniejszy sposób na uzdrowienie relacji między domem a szkołą, zamieniający bezradność w świadome towarzyszenie dziecku w jego drodze ku dorosłości.
To dopełnienie współczesnego paradygmatu wymaga jednak uświadomienia sobie, że edukacja przestała być domeną wyłącznie jednej grupy zawodowej. A w zasadzie nigdy się nie stała więc nie może przestać. Postulowany i oczekiwany podział, w którym nauczyciel posiada monopol na wiedzę i metodę, a rodzic ogranicza się do dbałości o byt materialny dziecka, ostatecznie odszedł do lamusa. Dziś sukces formacyjny młodego człowieka zależy od harmonijnego współdziałania trzech filarów: profesjonalnego przygotowania zawodowego nauczycieli, świadomej kompetencji pedagogicznej samych rodziców oraz dynamicznego wsparcia instytucji edukacji pozaformalnej. To nowa triada odpowiedzialności, w której każde ogniwo musi być równie silne, by konstrukcja nie runęła pod ciężarem wyzwań cyfrowej rzeczywistości.
Współczesny nauczyciel, choćby najlepiej wykształcony, pozostaje bezsilny, gdy jego wysiłki trafiają na mur rodzicielskiego niezrozumienia lub bierności. Dlatego przygotowanie rodzica do roli „domowego stratega edukacji” staje się tak samo istotne, jak dydaktyczny warsztat bakałarza. Musimy zacząć postrzegać kompetencje wychowawcze jako niezbędny element kapitału społecznego, którego nie nabywa się przez sam fakt posiadania potomstwa, lecz przez ustawiczny proces samokształcenia. W tym ekosystemie kluczową rolę zaczynają odgrywać także instytucje edukacji pozaformalnej – centra nauki, biblioteki, organizacje pozarządowe czy wspomniane wcześniej ośrodki akademickie. To one stają się współczesnymi agorami (podwórkami), na których rodzic, nauczyciel i dziecko mogą spotkać się poza sztywnym gorsetem ocen i programów.
Wizja ta zakłada, że proces kształcenia jest wspólną podróżą, w której rodzic nie jest pasażerem na gapę, lecz świadomym nawigatorem. Instytucje edukacji pozaformalnej, oferując przestrzeń do eksperymentu i dialogu, zdejmują z rodziców lęk przed szkolnym autorytaryzmem, ucząc ich jednocześnie, jak mądrze stymulować ciekawość poznawczą dziecka. W takim ujęciu edukacja staje się projektem szeroki, przenikającym każdą sferę życia, gdzie certyfikowany kompetencyjnie rodzic staje się naturalnym sojusznikiem systemu. Dopiero gdy wszystkie te strony zaczną posługiwać się wspólnym językiem pedagogicznym, szkoła przestanie być izolowaną wyspą. I stanie się sercem tętniącej życiem, uczącej się wspólnoty, która rozumie, że kształtowanie człowieka to najszlachetniejsza i najbardziej wymagająca ze sztuk.
Sądzę, że rodzicielstwa można i trzeba się nauczyć. I uniwersytety mogą się w ten proces włączyć oferując nowy, w formie i treści, sposób uczenia się rozproszonego, hybrydowego i kończącego się różnymi certyfikatami. Rodzic dyplomowany to nie brzmi jak fantazja.
Źródło: www.profesorskiegadanie.blogspot.com
Źródło: www.isap.sejm.gov.pl/isap.nsf
Oto podstawowe informacje o nowej ustawie, która będzie miała daleko idące konsekwencje dla rangi kształcenia zawodowego i ustawicznego. Tekst zaczerpnąłem z portalu „Strefa Edukacji:Edukacji”:
Nowa ustawa zmieni edukację w regionach. Od lipca wchodzi nowość
.
Lepsze dopasowanie kształcenia do potrzeb gospodarki, większy nacisk na rozwój umiejętności mieszkańców i finansowanie działań z budżetu państwa – takie są najważniejsze założenia ustawy o Wojewódzkich Zespołach Koordynacji do spraw polityki umiejętności. Nowe przepisy mają wzmocnić rolę edukacji zawodowej i uczenia się przez całe życie, a także pomóc regionom szybciej reagować na zmiany zachodzące na rynku pracy.
W Dzienniku Ustaw opublikowano ustawę o Wojewódzkich Zespołach Koordynacji do spraw polityki umiejętności. Zgodnie z nowymi przepisami zespoły mają być ważnym narzędziem realizacji „Zintegrowanej Strategii Umiejętności 2030”.
To właśnie ten dokument zakłada stałe dostosowywanie oferty kształcenia i szkolenia zawodowego do dynamicznie zmieniających się potrzeb regionalnych i lokalnych rynków pracy. Chodzi przede wszystkim o wyzwania związane z transformacją cyfrową, zieloną oraz wdrażaniem nowoczesnych technologii w gospodarce.
Ustawa mocno akcentuje edukacyjny wymiar zmian. Województwa mają realizować zadania związane z rozwojem umiejętności mieszkańców, a także promowaniem idei uczenia się przez całe życie. Ważną częścią tych działań ma być również kształcenie i szkolenie zawodowe.
W praktyce oznacza to większe powiązanie systemu edukacji z realnymi potrzebami pracodawców i lokalnych rynków pracy. Nowe rozwiązania mają pomóc w tym, by oferta szkół, kursów i szkoleń była bardziej aktualna i lepiej przygotowywała uczniów oraz dorosłych do funkcjonowania w nowoczesnej gospodarce.
Projektowane przepisy wprowadzają do polskiego porządku prawnego Wojewódzkie Zespoły Koordynacji do spraw polityki umiejętności. Będą to organy opiniodawczo-doradcze zarządów województw.
Ich zadaniem będzie wspieranie samorządów wojewódzkich w działaniach na rzecz rozwoju umiejętności mieszkańców. Zespoły mają też promować ideę uczenia się przez całe życie, w tym kształcenia i szkolenia zawodowego. To oznacza, że edukacja – nie tylko szkolna, ale też ustawiczna – ma stać się jednym z ważniejszych elementów polityki rozwoju regionów.
Obecnie funkcjonujące WZK będą działały na zasadzie pilotażu do 30 czerwca 2026 roku. Z kolei sama ustawa wejdzie w życie 1 lipca 2026 roku.
Nowe przepisy nakładają też obowiązki na samorządy wojewódzkie. Zgodnie z art. 20 ustawy, do 31 grudnia 2028 roku sejmiki województw będą musiały dostosować strategie rozwoju województw do nowych regulacji. W tych dokumentach ma się już wyraźnie znaleźć cel związany z rozwojem umiejętności mieszkańców i promowaniem uczenia się przez całe życie.
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Dzisiaj proponuję do lektury najnowszy tekst z bloga CEO, którego autorem jest Prezes Centrum Edukacji Obywatelskiej. Z powodu jego rozmiaru poniżej zamieszczam jedynie dwa jego fragmenty, informując o tytułach pozostałych ośmiu oraz link do pełnej wersji:
Ekspertyza jest częścią „Diagnozy Młodzieży 2026” pod redakcją Pawła Rabieja. Publikacja zrealizowana przez Polskie Towarzystwo Polityki Społecznej ze środków Ministra Edukacji.
1.Nie ma instytucji ważniejszej dla wsparcia dzieci i młodzieży niż szkoła.
Powszechność szkoły czyni ją najważniejszą instytucją, którą państwo może wykorzystywać do wsparcia dzieci i młodzieży. Szkoła oddziałuje na 5 mln obywatelek i obywateli naszego kraju. Nie ma innej instytucji, w której w określonym wieku spotykamy się wszyscy (nawet jeśli korzystamy z edukacji domowej i do tradycyjnej szkoły nie chodzimy, realizujemy tą samą podstawą programową). O szczególnym znaczeniu szkoły świadczy także zakres jej oddziaływania. W szkole młodzi ludzie spędzają zwykle 12 lat życia i w sumie ok. 8 000 godzin. Co ważne, nie robią tego dobrowolnie – ważnym społecznym osiągnięciem jest uczynienie szkoły instytucją obowiązkową poprzez wprowadzenie obowiązku szkolnego i obowiązku nauki.
Z uwagi na te uwarunkowania to od szkoły powinniśmy zacząć budować usługi publiczne, które dobrze służą młodym obywatelom – w żadnej innej przestrzeni nie dotrzemy do wszystkich i w żadnej innej przestrzeni nasz wpływ na młode pokolenie nie będzie tak istotny. Zbudowanie systemu edukacji, który jest najlepszym możliwym miejscem dla dzieci i młodzieży (do którego z przekonaniem wysyłamy swoje dzieci i wnuki i w którym one sam chcą codziennie przebywać jest naszą społeczną odpowiedzialnością (także z uwagi na jej obowiązkowość). Mamy w tym obszarze sporo do zrobienia bo aż 46 proc. młodych dorosłych uważa, że szkoła to bardziej przymus niż przywilej (Fundacja Ważne Sprawy, 2025).
W dalszej części można przeczytać tak zatytułowane podpunkty:
2. Powszechność edukacji formalnej daje ogromny potencjał wyrównywania szans edukacyjnych. […]
3. Polska szkoła jest jednocześnie skuteczna i nieskuteczna. […]
4. Szkoła jest bardzo krytycznie oceniana przez młodych ludzi jako nadmiernie wymagająca, nieprzyjazna i nieprzydatna. […]
5. Krytyczne oceny doświadczenia szkolnego i szkolnych relacji skutkują niskim poczuciem przynależności oraz niskim zaufaniem do szkoły jako instytucji publicznej. […]
6. Szkoła jest dla młodego człowieka najważniejszą instytucją publiczną i emanacją państwa. […]
7. Młodzi ludzie nie ufają instytucjom publicznym, krytycznie oceniają system polityczny i czują się wyalienowani ze sfery polityki. […]
8. Brak zaufania do instytucji publicznych i mechanizmów przedstawicielskich może mieć swój początek w szkole. […]
9 .Szkoła może także budować zaufanie do państwa i być laboratorium praktyk demokratycznych jeśli będzie dobrze służyła młodym ludziom. […]
Jak to by mogło wyglądać i pod jakimi warunkami szkoła może budować zaufanie do państwa i stać się laboratorium praktyk demokratycznych?
Po pierwsze, szkoła musi skutecznie realizować swój podstawowy sens istnienia – wspierać wszechstronny rozwój młodych ludzi. Ufamy bowiem instytucjom, które uważamy za skuteczne. Żeby było to możliwe szkoła powinna być jednocześnie wymagająca i przyjazna. Stawiać wyzwania, który wymagają skupienia, wysiłku a czasem pomocy nauczyciela, zadawać pytania, na które uczniowie nie znają jeszcze odpowiedzi, uczyć rzeczy nowych i dawać okazję do popełniania błędów. Jednocześnie być miejscem, w którym uczniowie czują się bezpiecznie, są traktowani sprawiedliwie, mają przyjaciół i czują, że dorosłym zależy na ich sukcesie
Po drugie, szkoła powinna być miejscem budowania zaufania do innych. Zaufanie – przekonanie o korzystnym dla nas zachowaniu innych ludzi – budujemy w interakcji, im więcej będzie tych interakcji w szkole, tym lepiej. Nie chodzi jednak o lekcje o zaufaniu, ale jego praktykowanie – poprzez pracę w parach i grupach, realizację zespołowych projektów, uczenie się współpracy i we współpracy, omawianie wspólnych sukcesów i porażek oraz doświadczanie własnej sprawczości w relacjach z innymi.
Po trzecie, szkoła powinna być faktycznym laboratorium praktyk demokratycznych. Nie mamy jako społeczeństwo innej przestrzeni, w której WSZYSCY młodzi obywatele mogą praktykować życie w demokratycznej wspólnocie – ćwiczyć samorządność i samoorganizację, rozwijać zaufanie do mechanizmów przedstawicielskich, uczyć się świadomego głosowanie i wspólnego podejmowania decyzji.
Po czwarte, szkoła powinna wyjaśniać, jak działa świat polityki i jak skutecznie na niego wpływać. Edukację obywatelską w szkole sprowadziliśmy do wiedzy o procedurach demokratycznych i kompetencjach poszczególnych organów. Niesłusznie, w obawie przed agitacją zrezygnowaliśmy z uczenia młodych ludzi o tym, jak działa polityka, co nas jako społeczeństwo łączy, a co dzieli i jak możemy się spierać i jak zawierać kompromisy. Potrzebujemy w szkole neutralnej edukacji o polityce, która pozwala młodym ludziom zrozumieć złożoność tego świata, wyrobić sobie własne zdanie w sprawach bieżących (w oparciu o zweryfikowane informacje i w odwołaniu do własnych wartości) i uczy rozmowy z osobami o różnych poglądach.
Po piąte, powinniśmy dbać o to, by szkoła była dobrze oceniana przez uczniów i uczennice. To wymaga wsłuchiwania się w głos młodego pokolenia i ich opinie. Ciągłego upewniania się, że to, co szkoła oferuje jest maksymalnie adekwatne do potrzeb młodych i tego, co czeka ich w dorosłym życiu. Otwartej rozmowy i cierpliwego przekonywania do wartości edukacji i znaczenia szkoły… i realizacji części słusznych postulatów zgłaszanych przez młodzież w tym obszarze.
[…]
Rekomendacje dla polityk publicznych
1.Uwzględnienie głosu ludzi młodych w debacie na temat jakości systemu edukacji i kierunków jego ewolucji oraz stworzenie mechanizmów zapewniających uwzględnianie ich perspektywy (w tym osób mniej aktywnych) w tworzeniu polityki edukacyjnej.
2.Uznanie rozwijania sprawczości młodych ludzi (na równi z budowaniem wiedzy i kształceniem kompetencji) za jeden z priorytetów systemu edukacji i zadbanie o dobre przygotowanie nauczycieli oraz dyrekcji szkół do praktycznego wdrażania tego priorytetu w toku reformy programowej Kompas Jutra 2026.
3.Położenie szczególnego nacisku na rozwój kompetencji społecznych młodych ludzi – nawiązywania i podtrzymywania relacji społecznych, współpracy, dbania o siebie i innych – oraz budowania ich poczucia przynależności do wspólnoty klasowej i szkolnej jako kluczowych przestrzeni socjalizacji dzieci i młodzieży.
4.Nowe otwarcie w edukacji obywatelskiej, aby uczynić szkołę faktycznym laboratorium praktyk demokratycznych, przestrzenią doświadczania własnego wpływu i budowania zaufania do instytucji przedstawicielskich oraz państwa (w ramach przedmiotu edukacja obywatelska, dzięki samorządności uczniowskiej i partycypacji szkolnej, wolontariatowi i docenieniu aktywności społecznej i obywatelskiej).
[…]
Cały tekst „Niewykorzystany potencjał szkoły jako najważniejszej dla dzieci i młodzieży instytucji publicznej”
– TUTAJ
Źródło: www.ceo.org.pl










