
Wczoraj na „Portalu dla Edukacji” zamieszczono informację o stanowisku, jakie w sprawie projekt rozporządzenia normującego zasady oceniania, klasyfikowania i promowania uczniów i słuchaczy w szkołach publicznych zajęła oświatowa „Solidarność”. Oto najważniejsze fragmenty tego tekstu, link do jego pełnej wersji, oraz link do źródłowego dokumentu Krajowego Sekretariatu Nauki i Oświaty NSZZ „Solidarność:
Solidarność stawia ocenę negatywną zmianom w systemie oceniania
Solidarność oświatowa negatywnie oceniła projekt rozporządzenia normującego zasady oceniania, klasyfikowania i promowania uczniów i słuchaczy w szkołach publicznych.
>Nowe rozwiązania w obszarze oceniania i klasyfikowania uczniów nie uzyskały aprobaty nauczycieli z Solidarności.
>Ich sprzeciw wzbudziło szczególnie nowe podejście do prac domowych w szkołach podstawowych
>Związkowcom nie podobają się również projektowane zmiany w zakresie zasad oceniania zachowania uczniów.
Zmiany dotyczące prac domowych, oceny zachowania uczniów oraz niedostateczne uwzględnienie konsekwencji organizacyjnych wprowadzania zajęć praktyczno-technicznych – to podstawowe elementy projektu nowelizacji rozporządzenia w sprawie zasad oceniania, klasyfikowania i promowania uczniów i słuchaczy w szkołach publicznych, które przesądziły o tym, że Krajowy Sekretariat Nauki i Oświaty NSZZ „Solidarność” ocenił go negatywnie.
Związkowcom nie spodobało się w szczególności to, że:
-mimo iż prace domowe w klasach IV-VIII mają być nadal nieobowiązkowe i nauczyciele nie będą mogli za nie wystawiać ocen, to jednocześnie ich odrabianie przez uczniów może być brane pod uwagę przy ustalaniu rocznej oceny;
-nauczyciele wystawiając uczniowi ocenę z zachowania, mogą uwzględniać jego aktywność i funkcjonowanie poza szkołą;
-projekt nie uwzględnia okresu przejściowego dla zastąpienia pojęcia „technika” pojęciem „zajęcia praktyczno-techniczne”, którym posługuje się wdrażana Reforma Kompas Jutra, co może rodzić problemy przy stosowaniu przepisów dotyczące oceniania, klasyfikowania i egzaminowania uczniów w latach, w których te pojęcia będą równolegle funkcjonować. Jednocześnie wskazano, że zmiana terminologiczna nie może być oderwana od realiów organizacyjnych szkół i jeżeli nowe zajęcia mają mieć rzeczywiście praktyczny charakter, państwo i organy prowadzące muszą zapewnić szkołom odpowiednie warunki ich realizacji. […]
Cały tekst „Solidarność stawia ocenę negatywną zmianom w systemie oceniania” – TUTAJ
Źródło: www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/
Opinia Krajowego Sekretariatu Nauki i Oświaty NSZZ „Solidarność” w sprawie projektu rozporządzenia Ministra Edukacji zmieniającego rozporządzenie w sprawie przeprowadzania postępowania rekrutacyjnego oraz postępowania uzupełniającego do publicznych przedszkoli, szkół, placówek i centrów – TUTAJ
Oto dwa najważniejsze fragmenty z informacji zamieszczonej dzisiaj na oficjalnej stronie MEN, i link do jej pełnej wersji:
10 czerwca 2026 r. Senat rozpatrzył tzw. ustawę o prawach i obowiązkach ucznia, nie wprowadzając do niej poprawek. Ustawa trafi teraz na biurko Prezydenta RP.
[…]
Teraz ustawa trafi do Prezydenta RP, który podejmie co do niej decyzję w terminie 21 dni.
Cały tekst „Senat bez poprawek przyjął ustawę o prawach i obowiązkach ucznia” – TUTAJ
Źródło: www.gov.pl/web/edukacja/
Na portalu „Edunews” zamieszczono w poniedziałek 8 czerwca artykuł promujący bardzo wartościową wspólną inicjatywę Centrum Nauki Kopernik i Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego o nazwie „Strefy Odkrywania, Wyobraźni i Aktywności” (SOWA). Uznałem, że należy je promować także na „Obserwatorium Edukacji”:
Aktywności wsparciem dla nauczyciela
Wielu nauczycieli zadaje sobie pytanie, jak przekazać swoim uczniom teorię zamkniętą w podręczniku w formie realnego, rozbudzającego ciekawość doświadczenia w ciągu lekcyjnych zaledwie 45-minut. Jak sprawić, by młody człowiek nie tylko odważył się na samodzielne eksperymentowanie i odkrywanie nauki w życiu codziennym, ale by w ogóle zechciał doświadczać świata w sposób bezpośredni i angażujący? Dla wielu edukatorów w ciągu kilku ostatnich lat odpowiedzią stały się Strefy Odkrywania, Wyobraźni i Aktywności (w skrócie SOWA). To właśnie tam wraz ze swoimi podopiecznymi przekonują się, że nauka nie polega na gotowych odpowiedziach, lecz na procesie odkrywania i ciągłego udoskonalania.
Strefy SOWA tworzone od 2021 roku przez Centrum Nauki Kopernik i Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego we współpracy z lokalnymi instytucjami w całej Polsce stały się miejscami, w których za sprawą nowoczesnych, interaktywnych eksponatów nauka przestaje być teorią zamkniętą w podręczniku czy Internecie, a staje się realnym doświadczeniem, rozbudzającym ciekawość. W Polsce działa już 50 Stref SOWA. Mieszczą się one w mniejszych miejscowościach, dzięki czemu nauka oparta na eksperymentowaniu, testowaniu i badaniu staje się dostępna dla mieszkańców miejsc oddalonych od dużych centrów nauki. Co warto zaznaczyć Strefy SOWA nie są miejscami wyłącznie dla dzieci. Eksponaty są uniwersalne – zaprojektowane tak, aby angażować użytkowników w różnym wieku i zachęcać do samodzielnego poznawania i zgłębiania różnych zjawisk, bez odgórnie wyznaczonej ścieżki zwiedzania, za to w swoim tempie, kierując się własną ciekawością. Każdemu stwarzają okazję do treningu ważnych w życiu umiejętności: wyobraźni przestrzennej, kojarzenia faktów i abstrakcyjnego myślenia. Ponadto Strefy SOWA są wyposażone w Majsternię – przestrzeń do podejmowania wyzwań konstruktorskich.
Celem Stref SOWA jest wzmacnianie kapitału naukowego lokalnej młodzieży oraz pomoc jej w rozwijaniu poczucia sprawczości i budowaniu kompetencji XXI w. Czynią to także poprzez organizację wydarzeń promujących naukę, realizację autorskich projektów, wspieranie działań edukacyjnych w szkołach ze swoich regionów. Spotkania z edukatorami i oryginalnymi eksponatami, udowadniają, że nauka zachwyca, budzi ciekawość, wciąga i bawi. Uczniowie odwiedzający Strefy SOWA wraz z nauczycielami potrafią spędzić w nich długie godziny, całkowicie pochłonięci eksploracją. Dzieci i młodzież z entuzjazmem tworzą własne animacje poklatkowe, badają ruch kroczącej sprężyny czy testują refleks. Nauczyciele szukają inspiracji i podejmują wyzwania logiczne w Majsterni. Od kilku miesięcy w Strefach pojawiają się nowe stacje badawcze i stanowiska doświadczalne – Przetestuj pamięć, Rysowanie z opóźnieniem, Śmigiełko, Złap mnie, jeśli potrafisz, Łoże Fakira oraz Spacer z funkcją, których działanie wymaga jeszcze większego zaangażowania odbiorcy.
Tylko w ubiegłym roku Strefy SOWA w całej Polsce odwiedziło ponad 290 tys. osób. Cześć z nich stanowili nauczyciele. Liczba gości wciąż rośnie, a rozwój sieci SOWA pokazuje, że równie ważne jak nowe technologie są doświadczenie i możliwość samodzielnego odkrywania praw rządzących światem.
Źródło: www.edunews.pl
Dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji” znalazłem tekst Barbary Wesołej, informujący o interpelacji poselskiej czterech posłanek z Klubu KO, skierowanej 11 maja do MEN, oraz odpowiedzi z dn. 3 czerwca, której w imieniu MEN udzieliła wiceministra Paulina Piechna-Więckiewicz. Oto fragmenty tego tekstu i link do jego pełnej wersji. Ja wzbogaciłem te fragmenty o linki do oryginałów interpelacji i odpowiedzi ministra:
Szkoła bije na alarm, ministerstwo nie widzi problemu
[…]
Do Ministerstwa Edukacji Narodowej trafiła interpelacja w sprawie systemowych barier w organizacji staży uczniowskich i praktycznej nauki zawodu w szkolnictwie zawodowym. Posłanki zwróciły uwagę, że skuteczność kształcenia zawodowego zależy nie tylko od programów nauczania, ale też od realnej możliwości zdobywania doświadczenia u pracodawców, w instytucjach publicznych, laboratoriach, zakładach pracy czy spółkach komunalnych.
W interpelacji wskazano, że szkoły prowadzące kształcenie zawodowe mogą napotykać coraz poważniejsze trudności w organizacji staży. Problem ma dotyczyć szczególnie kierunków specjalistycznych, w których liczba potencjalnych miejsc stażowych jest ograniczona, a wymagania formalne, organizacyjne i dotyczące bezpieczeństwa są wyższe niż w zawodach o szerokiej bazie pracodawców.
– Jeżeli szkoła posiada projekt, środki, uczniów i program kształcenia, ale nie jest w stanie znaleźć wystarczającej liczby podmiotów gotowych do przyjęcia młodzieży na staże, oznacza to istnienie luki pomiędzy założeniami systemu edukacji zawodowej a praktycznymi możliwościami jego realizacji – napisano w interpelacji.
[…]
W odpowiedzi na interpelację Ministerstwo Edukacji Narodowej przekazało, że nie otrzymuje sygnałów dotyczących takich problemów szkół zawodowych. – Ministerstwo Edukacji Narodowej nie otrzymuje sygnałów, które dotyczyłyby problemów szkół zawodowych prowadzących kształcenie zawodowe w organizacji praktycznej nauki zawodu czy staży uczniowskich w projektach współfinansowanych ze środków Unii Europejskiej – przekazała Paulina Piechna-Więckiewicz, podsekretarz stanu w MEN.
Interpelacja została oparta na konkretnym przypadku szkoły, która miała projekt i uczniów, ale napotkała trudności w znalezieniu miejsc stażowych, jednak resort nie wskazał, aby prowadził odrębne analizy pokazujące skalę podobnych problemów w kraju.
Doświadczenia uczniów w całym kraju jest jednak na to bezsprzecznym dowodem.
Problem miejsc na praktyki dotyczy już kandydatów do branżowych szkół oraz do techników. Uczniowie kończą szkołę podstawową, czekają jeszcze na wyniki egzaminu ósmoklasisty, a rodziny już słyszą, że na wybranym kierunku trzeba jak najszybciej znaleźć zakład pracy i podpisać umowę o praktyczną naukę zawodu.
W praktyce oznacza to, że o miejscu w zawodzie może decydować nie tylko wynik rekrutacji, ale także dostępność pracodawcy. Rodzice zwracają uwagę, że w części branż miejsc jest mniej niż chętnych, a zakłady współpracujące ze szkołami bywają zajęte już w maju albo nawet wcześniej. To szczególnie trudne dla uczniów, którzy dopiero wybierają szkołę i nie mają jeszcze pewności, czy zostaną przyjęci.
W mediach społecznościowych rodzice opisują sytuacje, w których uczniowie odwiedzają kolejne zakłady, ale słyszą odmowy. Powody są różne: część firm w ogóle nie przyjmuje uczniów, część ma już komplet, a część nie chce brać odpowiedzialności za osobę niepełnoletnią.
[…]
Rodzice zwracają też uwagę na konkurencję między uczniami różnych typów szkół. W tych samych zakładach praktyki mogą odbywać uczniowie szkół branżowych i techników, a liczba miejsc jest ograniczona. W efekcie nie dla wszystkich wystarcza pracodawców. – Zauważyłam, że brakuje miejsc dla uczniów szkół branżowych w tym samym zawodzie, ale to uczeń technikum zajmuje miejsce i trzeba szukać dalej. Nie starcza miejsc dla wszystkich dzieci – komentuje jedna z matek.
Warto tu przypomnieć, że w technikum uczniowie odbywają praktyki zawodowe w wymiarze co najmniej 280 godzin w ciągu 5 lat nauki, choć konkretna liczba godzin zależy od kierunku. Natomiast w szkole branżowej I stopnia praktyczna nauka zawodu jest mocniej wpisana w codzienność ucznia, bo zajęcia praktyczne odbywają się zwykle przez 2–3 dni w tygodniu przez cały trzyletni cykl kształcenia.
W komentarzach rodziców powtarza się obawa, że uczeń będzie musiał zrezygnować z wymarzonego kierunku nie dlatego, że zabraknie mu punktów, ale dlatego, że nie znajdzie praktyk. – Szkoła dała nam ofertę do dwóch zakładów pracy, ale już w maju nie było tam miejsca – pisze rodzic. – U nas trzeba było załatwiać praktyki przed rekrutacją, żeby w ogóle dopuścili do rekrutacji. Trudniej dostać się do branżówki niż do technikum przez to – komentuje kolejna osoba.
Ten wątek dobrze pokazuje lukę, o której mowa w interpelacji. System zachęca uczniów do wyboru kształcenia zawodowego, ale w części branż i miejscowości realna dostępność praktyk nie nadąża za ofertą szkół.
Cały tekst: „Szkoła bije na alarm, ministerstwo nie widzi problemu” – TUTAJ
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Na Portalu CEO zamieszczono tekst adresowany do dyrektorów szkół, który jest zachętą i ofertą uczestniczenia w wakacyjnym szkoleniu im dedykowanym. Oto ten tekst:
O przywództwie, relacjach i roli dyrekcji we współczesnej edukacji
Szkoła wygląda dziś inaczej niż jeszcze kilka lat temu. Dyrektor nie tylko zajmuje się organizacją pracy i dokumentami, lecz także coraz więcej czasu poświęca ludziom. Czyli rozmowom z nauczycielami, spotkaniom z rodzicami, rozwiązywaniu napięć i szukaniu kierunku dla całej społeczności. W praktyce oznacza to codzienne decyzje, które rzadko mają jakiś oczywisty scenariusz.
Dyrektor mierzy się z sytuacjami, w których trzeba reagować szybko i uważnie. W jednej klasie pojawia się konflikt, w innej – nauczyciel potrzebuje wsparcia, a rodzic przychodzi z konkretnymi oczekiwaniami wobec szkoły. Każda z tych okoliczności wymaga rozmowy i znalezienia rozwiązania akceptowalnego przez różne strony. Doświadczenie administracyjne to za mało. Liczy się sposób prowadzenia rozmowy i gotowość do szukania wyjścia – nawet jeśli nie jest ono oczywiste.
Czy zdarzyło Ci się, że jedna rozmowa z rodzicem zmieniła bieg całego tygodnia pracy?
Partnerstwo, które naprawdę działa
W wielu szkołach kontakt z rodzicami kończy się na zebraniach i suchym przekazywaniu informacji. Ale tam, gdzie współpraca wygląda inaczej, zmienia się codzienne funkcjonowanie szkoły. Rodzice chętnie włączają się w organizację wydarzeń, asystują w działaniach wychowawczych, dzielą się swoimi umiejętnościami. W jednej szkole aktywnie organizują pikniki szkolne, w innej – prowadzą warsztaty albo angażują się w aktywności fundacji, które wspierają placówkę.
Taka współpraca nie pojawia się sama. Wymaga decyzji dyrektora, żeby otworzyć szkołę na obecność rodziców i potraktować ich jak partnerów. Oznacza to także zgodę na to, że nie wszystko da się zaplanować z góry, i że pojawią się różne (odmienne) pomysły, które trzeba będzie wspólnie omówić.
Szkoła jako miejsce spotkań
Coraz częściej szkoła przestaje być instytucją zamkniętą. Staje się miejscem, w którym spotykają się uczniowie, rodzice i mieszkańcy okolicy. Pojawiają się wydarzenia, inicjatywy i działania, które wykraczają poza lekcje. Dla uczniów to namacalne doświadczenie – widzą, że mogą mieć wpływ na to, co dzieje się wokół nich.
Natomiast z perspektywy dyrektora oznacza to dodatkowe wyzwania. Trzeba znaleźć sposób na zagospodarowanie zaangażowania rodziców, na wsparcie nauczycieli pracujących z różnorodnymi klasami i na zadbanie o to, żeby wszystkie działania były spójne. Wiele rozwiązań powstaje w praktyce, często metodą prób i błędów.
Rozmowa z innymi (dyrektorami/dyrektorkami) robi różnicę
W takiej sytuacji pomocne są spotkania z kolegami/koleżankami po fachu. Porozmawianie z osobą, która mierzy się z podobnymi wyzwaniami, pozwala zobaczyć własną sytuację z innej perspektywy. Nie chodzi o gotowe odpowiedzi, a o wymianę doświadczeń i sprawdzenie, co działa w innych szkołach.
Na Letniej Szkole Dyrektorów organizowanej przez Centrum Edukacji Obywatelskiej uczestnicy pracują na konkretnych przykładach ze swoich szkół. Analizują sytuacje, które wydarzyły się naprawdę, wspólnie szukają możliwych rozwiązań. Spotykają się osoby z różnym doświadczeniem, dzięki czemu rozmowy są osadzone w praktyce, a nie w teorii.
Rola dyrektora w codzienności szkół
Można też spojrzeć na rolę dyrektora jako na budowniczego mostów: pomiędzy różnymi potrzebami, oczekiwaniami i sposobami patrzenia na szkołę. Wszystkie grupy – nauczyciele, uczniowie, rodzice, organy prowadzące – wnoszą własną perspektywę. Zadaniem dyrektora nie jest ich ujednolicenie, lecz stworzenie przestrzeni, w której mogą się spotkać i zostać wysłuchane. Oznacza to często prowadzenie rozmów, które nie są łatwe, a także podejmowanie decyzji wymagających odwagi i odpowiedzialności.
Ważnym elementem tej pracy jest także wzmacnianie nauczycieli. To oni na co dzień są najbliżej uczniów i mają realny wpływ na atmosferę, jaka panuje w klasie. Dyrektor, który potrafi wspierać ich rozwój, dawać konstruktywną informację zwrotną i tworzyć warunki do współpracy, buduje szkołę opartą o zaufanie. W takich zespołach łatwiej dzielić się doświadczeniem, na bieżąco szukać nowych rozwiązań i reagować na zmieniające się potrzeby uczniów.
Nie bez znaczenia jest również sposób komunikacji. Jasność, uważność i gotowość do słuchania często decydują o tym, czy trudna sytuacja przerodzi się w konflikt, czy stanie się początkiem zmiany. Dyrektorzy podkreślają, że wiele napięć można rozładować na wczesnym etapie, jeśli znajdzie się czas na rozmowę i nazwanie problemu. To nie wymaga skomplikowanych narzędzi, tylko konsekwencji i otwartości.
Coraz częściej mówi się też o dobrostanie całej społeczności szkolnej. Przeciążenie, stres i szybkie tempo zmian dotykają zarówno uczniów, jak i nauczycieli. Dyrektor, który dostrzega te wyzwania, może wprowadzać rozwiązania wspierające równowagę – od drobnych zmian organizacyjnych po większe decyzje dotyczące kultury pracy szkoły. To proces, który nie kończy się na jednej decyzji, on wymaga stałej atencji.
Właśnie dlatego tak cenne są przestrzenie, w których można na chwilę wyjść z codziennego rytmu i spojrzeć na swoją pracę z dystansu. Spotkanie z innymi dyrektorami pozwala nie tylko znaleźć inspiracje, lecz także upewnić się, że wiele wyzwań jest wspólnych. To daje poczucie, że nie trzeba działać w pojedynkę i że zmiana jest możliwa – krok po kroku, w realiach konkretnej szkoły.
Chwila na zatrzymanie
Codzienna praca dyrektora rzadko daje przestrzeń na refleksję. Teraz to moment, którego często brakuje w kalendarzu, choć MA realny wpływ na jakość podejmowanych decyzji.
Łatwo działać z rozpędu, przechodząc od jednej sprawy do kolejnej. Natomiast takie spotkania pozwalają się zatrzymać i przyjrzeć temu, co działa, a co wymaga zmiany. Nie chodzi o znalezienie jednego uniwersalnego sposobu prowadzenia szkoły. Ważniejsze jest zrozumienie własnych decyzji i ich konsekwencji. To właśnie w takich momentach pojawia się szansa na wprowadzenie zmian, które mają znaczenie w codziennej pracy szkoły.
Letnia Szkoła Dyrektorów odbędzie się w dniach 17-18 sierpnia 2026.
Miejsce: Warlity Wielkie, koło Ostródy.
Szczegóły programu i zapisy – TUTAJ
Zarezerwuj sobie czas na refleksję, której brakuje w codziennym biegu. Dołącz do grona dyrektorów, którzy świadomie rozwijają swoją rolę.
Źródło: www.ceo.org.pl
Wczoraj na „Portalu dla Edukacji” zamieszczono tekst, który jest syntezą informacji o fali sprzeciwu ustawie o wprowadzeniu Rzeczników Praw Ucznia i obowiązkowych Rad Szkół. Oto jego obszerne fragmenty i link do pełnej wersji:
Oświata przeciw ustawie o prawach ucznia. ZNP, dyrektorzy i Solidarność chcą weta prezydenta
[…]
W piątek, 29 maja, Sejm przyjął kolejną nowelizację prawa oświatowego, tym razem zwaną ustawą o prawach i obowiązkach ucznia, która wprowadza kilka istotnych zmian w funkcjonowaniu szkół. Teraz ustawą ma się zająć Senat. Ale nawet jeśli wprowadzi on jakieś zmiany, nie należy się spodziewać, by Sejm miał je przegłosować. Wszystko wskazuje więc na to, że wyrok na tej ustawie wykona dopiero Prezydent RP. I tym razem zrobi to przy niemal powszechnym poparciu środowiska oświatowego, w tym nauczycieli oraz rodziców.
Przyjęta przez Sejm ustawa obok zgromadzenia w jednym miejscu i uporządkowania przepisów dotyczących praw i obowiązków ucznia, które były rozproszone w wielu aktach prawnych, wprowadza instytucję rzecznika praw uczniowskich oraz obligatoryjność powoływania rad szkół.
Te dwie kwestie od wielu miesięcy są mocno krytykowane przez środowiska oświatowe, które po prostu nie chcą się na to zgodzić. I chociaż Ministerstwo Edukacji Narodowej na tę krytykę w dużym stopniu odpowiedziało, ograniczając znacznie kompetencje rzeczników na poszczególnych szczeblach w zakresie dyscyplinowania nauczycieli oraz przesuwając o rok – na 1 stycznia 2028 roku – red. – start całej instytucji (podobnie zresztą jak w przypadku obligatoryjności powoływania rady szkoły), to jednak się z tych pomysłów nie wycofało.
A szkoda, bo obecnie, przede wszystkim za sprawą tych dwóch kwestii, cała praca nad prawami i obowiązkami ucznia może pójść do kosza. Prezydenckiego weta domagają się bowiem nie tylko organizacje katolickie, prawicowe, ale przede wszystkim wszystkie nauczycielskie organizacje związkowe oraz dyrektorzy zrzeszani w Ogólnopolskim Stowarzyszeniu Kadry Kierowniczej Oświaty.
[…]
Dlaczego środowisko daje tak silny opór?
– Mamy nadzieję, że prezydent tego nie podpisze – mówi Urszula Woźniak, wiceprezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. – Dlaczego? Bo zawsze uważaliśmy, że instytucja rzecznika jest zbędna, od tego są inne instytucje: Rzecznik Praw Dziecka, Rzecznik Praw Obywatelskich – uzasadnia. – Nie do przyjęcia jest też koncepcja, że takim rzecznikiem w szkole miałby być nauczyciel, który jest opiekunem samorządu, bo on już z tego powodu ma co robić – stwierdza.
Nauczycielom z ZNP nie podoba się również przepis o obligatoryjnym powoływaniu rad szkół.
[…]
O niewprowadzanie do obiegu prawnego omawianej tu ustawy wystąpili także dyrektorzy szkół skupieni w OSKKO. W ich opinii największa wada ustawy to szkolny rzecznik praw uczniowskich.
[…]
Solidarność oświatowa nie ma wątpliwości. Prezydent powinien ustawę zawetować
– Mamy nadzieję, że prezydent zawetuje tę ustawę w całości – mówi Krzysztof Wojciechowski, wiceprzewodniczący Krajowego Sekretariatu Nauki i Oświaty NSZZ „Solidarność”. Dlaczego? To w szczegółach wyjaśniono m.in. w stanowisku z 9 maja, przyjętym przez KSNiO. Czytamy w nim, że projekt: […] Krajowy Sekretariat Nauki i Oświaty NSZZ „Solidarność” za szczególnie niebezpieczne uznał przepisy dopuszczające anonimowe zgłoszenia do szkolnego rzecznika praw uczniowskich. W realiach współczesnej szkoły oznacza to otwarcie furtki do masowego składania niezweryfikowanych donosów, których szkoła nie będzie w stanie rzetelnie sprawdzić.
[…]
Wątpliwości co do weta prezydenckiego nie ma Sławomir Wittkowicz, przewodniczący Wolnego Związku Zawodowego „Forum – Oświata”. – Ta ustawa nie ma szans na wdrożenie. Mamy sprzeciw de facto wszystkich central związkowych, sprzeciw organizacji pozarządowych i to z różnych stron, sprzeciw stowarzyszenia dyrektorów – wylicza. Podkreśla, że całkowicie zgadza się z opiniami, według których proponowane w projekcie zmiany chcą zmienić szkołę w quasiurząd z procedurami, z karami, z odwołaniami. – Dla mnie to jest naprawdę chore myślenie. Jeżeli ta ustawa przejdzie przez parlament, to będziemy składali wniosek do prezydenta o weto. I na pewno nie będziemy jedynymi – podkreśla.
[…]
Na pewno za wetem i zapewne takim spotkaniem będą optowały organizacje zrzeszone w Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły, które zamierzają manifestować m.in. w tej sprawie 14 czerwca w Warszawie. Jak poinformowano na stronie www.ratujmyszkole.pl, do omawianego tu projektu ustawy odniósł się Marek Puzio z Instytutu Ordo Iuris, który powiedział: – W Sejmie procedowany jest projekt ustawy, który wprowadza centralnie ustalony katalog praw i obowiązków ucznia. To spowoduje, że szkoły będą mieć ograniczone możliwości ustalania podstawowych zasad, dotyczących na przykład stroju ucznia. Na poziom ustawy ma być wpisane prawo ucznia do kształtowania własnego wyglądu, czyli na przykład do przychodzenia do szkoły w kolorowych włosach, z kolczykami w różnych częściach twarzy czy z tatuażami. Ma to dotyczyć zarówno szkół publicznych, jak i prywatnych – w tym szkół katolickich.
Ma też pojawić się rzecznik praw uczniowskich, do którego uczniowie będą mogli złożyć skargę na nauczyciela w związku z naruszeniem ich praw i wolności, a rzecznik będzie mógł zbadać sprawę na miejscu, nawet bez zapowiedzi. – Wszystko to jest niezgodne z konstytucyjną zasadą pomocniczości. Państwo wkracza tam, gdzie szkoła i rodzice są w stanie samodzielnie zrealizować swoje cele – zaznaczył.
Cały tekst „Oświata przeciw ustawie o prawach ucznia. ZNP, dyrektorzy i Solidarność chcą weta prezydenta”
– TUTAJ
Źródło: www.portalsamorzadowy.pl
Oto zamieszczony wczoraj na blogu „Profesorskie Gadanie” tekst prof. Stanisława Czachorowskiego, w którym podjął ważny problem stojący przed współczesnymi szkołami i uczelniami: jak i co należy sprawdzać u uczniów i studentów w epoce, gdy wiedzą zarządza IA:
O poszukiwaniu nowej formuły oceniania i egzaminowania
Czy angażować się w odwieczną szkolną zabawę w policjantów i złodziei? Zadać uczniom/studentom zadania i uniemożliwiać im ściąganie a raczej śledzenie ich i przyłapywanie ich na ściąganiu lub w drodze na skróty? Co jest istotą tego, że chcą ściągać? Lub czy sprawdzać na wykładzie listę obecności i jak weryfikować czy nie zostały dopisane martwe dusze? Czy wymagać obecności na wykładzie, na ćwiczeniach czy też może wymagać wykonania zadania, opanowania wiedzy i udokumentowania swojego postępu? Bez względu czy ktoś był na wykładzie czy nie? Jaki powinien być egzamin? Ustny, pisemny, testowy? A może projektowy? I jak rzeczywiście sprawdzić przyrost wiedzy a utrudnić ściąganie, podpowiadanie, pisanie gotowców? Różne sposoby ściągania wpisane są w cała historię szkoły i edukacji. To oczywiście temat na inną opowieść. Teraz chcę poświęcić uwagę zmianom, jakie przyniosła sztuczna inteligencja. Czy są to tylko nowe sposoby ściągania? A może coś więcej? Jak wspomniał Jacek Dukaj: nieunikniona jest sytuacja, gdy nie będzie się dało opowiedzieć czy dany tekst jest autorstwa człowieka czy AI. Co zatem czynić ma wykładowca-policjant uniemożliwiający ściąganie studentowi? Może trzeba uznać zmiany cywilizacyjne i symbiozę kulturową człowieka ze sztuczna inteligencją?
Żyjemy w epoce, w której tradycyjna definicja erudycji spektakularnie dokonała żywota. Przez stulecia mędrzec czy uczony był chodzącą biblioteką, był rezerwuarem faktów, dat, definicji i schematów. W takim świecie wyrastałem. Dziś ten model runął, przynajmniej częściowo. Smartfon podłączony do internetu, ukryty w kieszeni i algorytmy sztucznej inteligencji, gotowe w ułamku sekundy wygenerować syntezę dowolnego zagadnienia, odebrały ludzkiej pamięci biologicznej monopol na wiedzę. Wcześniej naszą biologiczną pamięć, zmagazynowaną w mózgowych neuronach zastąpiły biblioteczne karty z zadrukowanymi stronami. W dobie AI informacja jeszcze bardziej stała się towarem permanentnie dostępnym, niemal darmowym i wszechobecnym. Ta technologiczna rewolucja postawiła na głowie nie tylko uniwersytecką dydaktykę, ale przede wszystkim zmusiła nas do postawienia fundamentalnego, filozoficznego pytania: kim jest myślący człowiek w świecie, w którym maszyna wie lepiej i szybciej?
Współczesne narzędzia generatywnej sztucznej inteligencji ostatecznie obnażyły anachronizm dotychczasowych metod weryfikacji wiedzy. Pierwszym podważeniem była pamięć zewnętrzna w postaci zadrukowanych książek. W szkole uczyłem się jeszcze wierszy na pamięć. Ale już wtedy rodziło się pytanie, po co uczyć się na pamięć, kiedy łatwo znaleźć wierny zapis w książce lub zeszycie? Egzaminy oparte na odtworzeniu materiału, testy wyboru czy nawet klasyczne eseje pisane na zadany temat straciły swoją dawną efektywność i przydatność. Stały się polem potyczek między antyplagiatowymi algorytmami a coraz doskonalszymi modelami językowymi. Próba ścigania się z AI na zapamiętywanie lub mechaniczne kompilowanie faktów jest z góry skazana na porażkę. A przynajmniej na dużo mniejszą efektywność. Dlatego zamiast pytać studenta: „Co wiesz?”, musimy zacząć pytać go: „Jak potrafisz zarządzać wiedzą, którą masz pod ręką?”. Ważne jest więc pytanie jak zarządza wiedzą (dostępną konektywnie) i jak tworzy wypowiedzi. Jak rozumuje w symbiozie nie tylko z książkami ale i ze sztuczną inteligencją. Już dawniej wiele prac tworzonych było zespołowo. Kto jest więc autorem pracy zespołowej? Tu też autorstwo jest z płynną i niewyraźną granicą. Tak teraz powstaje się współautorskie dzieło, tworzone w mutualistycznej symbiozie człowieka z AI.
Ta zmiana optyki głęboko osadza się w koncepcji konektywizmu – teorii uczenia się na miarę ery cyfrowej. Choć konektywni byliśmy od samego początku życia społecznego, na długo przed epoką pisma. W tym ujęciu wiedza nie jest już monolitem zamkniętym w ludzkim, pojedynczym mózgu, lecz dynamiczną siecią połączeń między ludźmi, papierowymi i cyfrowymi bazami danych i technologiami. Kluczową kompetencją nie jest posiadanie informacji, ale umiejętność jej odszukania, zweryfikowania, przesiania przez sito krytycznego myślenia i zsyntetyzowania. Przecież nie tylko gorliwe AI halucynuje, ale i ludzie od samego swojego zarania. Prawdziwym wyzwaniem dydaktycznym i egzystencjalnym staje się odpowiedź na pytanie: „czy potrafisz dotrzeć do właściwych węzłów tej globalnej sieci i czy potrafisz zrobić z nich realny użytek?” A jeśli tak, to jaki sens i wartość potrafisz z tego wydobyć? I jak to sprawdzić na egzaminie? Testem wielokrotnego wyboru? Pracą pisemną, esejem? Rozmową czy może raczej projektem? Od jakiegoś czasu zadaję sobie takie pytania i próbuję odpowiedzi wcielać w życie. Wiedząc, że są to próby czynione po omacku i że są narażone na różnorodne porażki. Powolne uczenie się na błędach i sukcesach z rozmyślaniem o sensie i celu. Bo przecież dopiero odkrywamy ten nowy świat.
W moich poszukiwaniach nowej formy akademickiego spotkania odrzucam zatem schemat odpytywania z gotowych odpowiedzi. Przenoszę ciężar z rezultatu na proces. I jest to poruszanie się na nieznanym lub mało znanym lądzie. Skoro wiedza jest łatwo dostępna, student musi stać się jej architektem, a nie tylko konsumentem. Sprawdzanie umiejętności konektywnego korzystania z zasobów świata najlepiej realizuje się w formach, które wymagają osobistego zaangażowania i śladu autentycznej obecności. Może to być systematycznie prowadzony dziennik refleksji – zapis intelektualnego dojrzewania i potyczek z chaosem informacyjnym, gdzie widać nie tylko to, co znaleziono, ale jak ewoluował sposób myślenia autora. Mogą to być autorskie e-booki czy interdyscyplinarne projekty, w których luźne fakty zostają spięte w nową, użyteczną całość. Egzamin w formie dziennika refleksji trwa cały semestr a nie tylko w ciągu jednej godziny w czasie sesji egzaminacyjnej. Jest zachęceniem do poszukiwań a nie jedynie sprawdzeniem, co się znalazło.
Co więcej, wkraczamy śmiało w erę nowej mówioności i form postpiśmiennych. Tekst drukowany przestaje być jedynym prawomocnym nośnikiem akademickiego dyskursu. Zdaję sobie z tego sprawę, choć trudno mi otworzyć się na nowe formy komunikacji i społecznego przekazu. Współczesny student może syntetyzować wiedzę w formie wideo opowieści, podcastu, cyfrowego eseju wizualnego czy dynamicznej narracji, która angażuje zmysły i intelekt odbiorcy w zupełnie nowy sposób. To powrót do korzeni ludzkiej kultury, do snucia opowieści, choć innymi formami. Ale jest to powrót wzbogacony o potężne cyfrowe instrumentarium. I to instrumentarium dopiero odkrywamy. Trzeba odwagi by odejść choć na trochę od utrwalonych schematów i własnych przyzwyczajeń. Może ta nowa postpiśmienna mówioność też ma swoje mocne i dobre strony? Trzeba ją odkryć, gdy ona dopiero powstaje. Gdy same siebie odkrywa i poznaje. Ale czyż to właśnie uniwersytet nie powinien być miejscem odkrywania nowości i eksperymentowania ze światem, który dopiero się rodzi? Gdzież jak nie na uniwersytecie powinniśmy ten świat wspólnie ze studentami odkrywać?
Oto informacja o konferencji prasowej Prezesa Sławomira Broniarza i wiceprezeski Urszuli Woźniak, jaką zamieszczono na oficjalnej stronie Związku Nauczycielstwa Polskiego:
Edukacja zasługuje na więcej niż 2,5 proc.
– Jeśli potwierdzą się doniesienia, że rząd oferuje nauczycielom jedynie 2,5 proc. wzrostu płac w 2027 r., będzie to głęboko niesprawiedliwe i szkodliwe przede wszystkim dla nauczycieli, ale także dla systemu edukacji – mówił prezes ZNP Sławomir Broniarz w poniedziałek 8 czerwca br. podczas konferencji prasowej Związku. ZNP oczekuje, że dojdzie do opamiętania i 15 czerwca rząd przedstawi Radzie Dialogu Społecznego propozycję, która będzie korzystna dla nauczycieli.
– Słyszmy zawsze, że decydująca jest sytuacja gospodarcza, ale tak naprawdę liczy się wola polityczna – dodała Urszula Woźniak, wiceprezes ZG ZNP.
Rząd we wstępnych założeniach zaproponował wzrost wynagrodzeń nauczycieli w 2027 roku o zaledwie 2,5 proc. Obecnie wynagrodzenie zasadnicze nauczyciela wynosi odpowiednio:
-5300 zł brutto dla nauczyciela początkującego
-5500 zł brutto dla mianowanego
-6400 zł brutto dla dyplomowanego.
Podwyżka o 2,5 proc. oznacza wzrost wynagrodzenia zasadniczego o około 130 – 160 zł brutto. Po odliczeniu podatków rzeczywisty wzrost będzie jeszcze niższy.
Zarobki w oświacie nie stanowią zachęty do podejmowania pracy w zawodzie nauczyciela. Już dziś wiele szkół boryka się z brakami kadrowymi, szczególnie wśród nauczycieli przedmiotów ścisłych, zawodowych i języków obcych. Niska dynamika wzrostu płac może również przyspieszyć odchodzenie doświadczonych nauczycieli z zawodu. Osoby z wieloletnim stażem, które posiadają ogromny kapitał wiedzy i doświadczenia uznają, że dalsza praca w edukacji nie jest opłacalna.
W efekcie szkoły tracą ekspertów i wychowawców, którzy odgrywają kluczową rolę w kształceniu młodego pokolenia. Skutki takich decyzji odczują przede wszystkim uczniowie.
Grupa zawodowa obciążona tak odpowiedzialnymi zadaniami – w tym od września tego roku wdrożeniem reformy programowej Kompas Jutra – nie akceptuje podwyżki na poziomie 2,5 proc. Ta propozycja jest odbierana jako brak szacunku dla pracy i zaangażowania nauczycieli.
– Powtarzam – ten wskaźnik wzrostu jest głęboko niesprawiedliwy, a jednocześnie nie oddaje rzeczywistego wysiłku zawodowego, intelektualnego, nadkładu pracy, zakresu obowiązków nauczycieli. Takie stawki płac absolutnie nie stanowią zachęty do podejmowania pracy w zawodzie. Wręcz przeciwnie – mówił prezes ZNP. – Edukacja przegrywa z ekonomią, z wojną, z politycznymi układami – mówił prezes ZNP. – Pomija się jej rolę społeczną, cywilizacyjną, kulturową. Pomija się jej przeogromny wpływa na kształtowanie przyszłości.
Wiceprezes ZG ZNP Urszula Woźniak przyznała, że kiedy usłyszała o proponowanym 2,5-proc.wzroście wynagrodzeń, uznała, że to jakieś nieporozumienie. – Pomyślałam sobie, że przecinek jest nie w tym miejscu, co trzeba. 25 proc. to i owszem, moglibyśmy o tym rozmawiać – zaznaczyła.
Na kilku przykładach pokazała, jak rozwarstwiają się wynagrodzenia nauczycieli i przeciętne wynagrodzenie w gospodarce.
W latach 2024-2026 przeciętne wynagrodzenie w gospodarce wzrosło o 1,4 tys. zł, a wynagrodzenie zasadnicze nauczyciela dyplomowanego o jedynie 482 zł.
Przypomniała, że obywatelski projekt ustawy „Godne płace i wysoki prestiż nauczycieli” przygotowany przez ZNP, nadal leży w sejmowej zamrażarce. Zgłoszona przez Związek ustawa miała właśnie zapewnić powiązanie płac nauczycieli z przeciętnym wynagrodzeniem.
Obszerniejsza relacja na stronie Głosu Nauczycielskiego – TUTAJ
Źródło: www.znp.edu.pl
I tym razem tekst Jarosława Pytlaka, zamieszczony na blogu „Wokół Szkoły” w miniony piątek, jest obszerny, lecz nie potrafiłem nic z niego wyciąć – przeto zamieszczam bez skrótów::
Życie homogenizowane z myślą o młodym pokoleniu
Tsunami komentarzy przetoczyło się w internecie po ujawnieniu, że na skutek interwencji Rzeczniczki Praw Dziecka w Pszczynie zapanuje równość i żadne dziecko uhonorowane(!) świadectwem z biało-czerwonym paskiem nie dostanie w prezencie porcji lodów w lokalnej lodziarni, choć tak właśnie działo się od ćwierć wieku. Pozostał mi po nim gruby pokład niezbyt pięknie pachnących przemyśleń. Podzielę się z nimi, z góry zastrzegając, że nie mam zamiaru roztrząsać tej konkretnej sytuacji, zachowania i pobudek jej aktorów, ale spróbuję na tej kanwie pokazać od strony pedagogicznej krzywdę, jaką robimy całej populacji młodych, w szlachetnej i słusznej intencji ulżenia doli tych, którzy bez swojej winy zostali poszkodowani przez los.
Od dłuższego już czasu, będzie pewnie z górą dwadzieścia lat, uważnie śledzę rozmaite działania, podejmowane dla dobra dzieci. Coraz więcej przepisów chroni ich bezpieczeństwo. Nauczyciele w placówkach oświatowych odpowiadają za każdy krok, każdą czynność swoich podopiecznych, oraz za efekty ich kształcenia. Rodzice w domach sprawują skuteczną opiekę nad swoją małoletnią progeniturą pod groźbą sankcji karnych. Nie ma mowy o karach cielesnych, a i publiczne głośne skarcenie dziecka niesie ryzyko interwencji ze strony przygodnych świadków zdarzenia. Zaprawdę zrobiliśmy kilka niezwykle istotnych kroków w kierunku poszanowania godności młodych ludzi, zapewnienia im ochrony, zagwarantowania możliwie najlepszych warunków rozwoju. To niekłamane osiągnięcia w naszym kręgu kulturowym, które upowszechniły się także w innych rejonach świata, choć jeszcze nie wszędzie, więc jest o co walczyć i zabiegać. Niestety, w tych szlachetnych wysiłkach na rzecz dobra dzieci poszliśmy jeszcze kilka kroków dalej. Śmiem twierdzić, że za daleko.
Opieka i zapewnianie bezpieczeństwa przybrały charakter totalny. Kontrola, której sprzyja wszechobecność elektronicznych narzędzi, jest coraz ściślejsza. Grupy rówieśnicze, mające swoje sprawy, niedostępne dla dorosłych, istnieją jeszcze głównie w internecie, który jednak jako środowisko życia społecznego okazuje się po wielokroć bardziej niebezpiecznym miejscem, niż najmroczniejsze zaułki warszawskiej Pragi w czasach mojego dzieciństwa. Dorośli słusznie usiłują zapanować nad tym żywiołem, ale to oznacza także zawłaszczenie resztek przestrzeni, w jakiej młodzi mogliby autonomicznie działać.
Z nadmiaru troski o dzieci za wszelką cenę chcemy oszczędzić im zmartwień, zapewnić możliwość rozwoju i zagwarantować sukces na tej drodze. Chcemy tego dla wszystkich, bo przecież wszyscy mają do tego prawo i są tego warci. W teorii wszystko się zgadza, w praktyce… niekoniecznie.
Punktem wyjścia „afery lodowej” było nagradzanie darmowymi gałkami tylko niektórych uczniów, na tyle pracowitych/utalentowanych/grzecznych/sprytnych, że zasłużyli w szkole na wyróżnienie świadectwem „z paskiem”. Miało to być niesprawiedliwe i wykluczające wobec innych, wśród których są także dzieci, dla których pułap tej nagrody jest niedostępny z przyczyn od nich niezależnych, np. intelektualnych, społecznych. To zresztą lejtmotyw corocznej „debaty społecznej” o paskach, w którym zawsze pojawia się wizja takich poszkodowanych przez los, z zazdrością obserwujących, jak szczęśliwsi rówieśnicy odbierają swoje wyróżnienie. Na pewno w gronie nieuhonorowanych są tacy, choć z pewnością jest również niemała grupa tych, którym po prostu nie starczyło chęci, ambicji, pracowitości. Dla dobra tych pierwszych postuluje się odebrać okazję do wyciągnięcia życiowej nauki przez drugich, nie mówiąc już o pozbawieniu satysfakcji tych, którzy wyróżnienie otrzymali.
W sumie, paski na świadectwie są mi obojętne. Nie płakałbym, gdyby je zniesiono, choć zastanawiam się, czy jakakolwiek lokalna inicjatywa w szkole, polegająca na wyróżnieniu niektórych tylko uczniów, nie zostałaby na tej samej zasadzie oprotestowana przez kogoś, włącznie z napisaniem skargi do Rzecznika Praw Dziecka? Który, zamiast właścicielki lodziarni, postawiłby do pionu dyrekcję.
Cała młodość człowieka jest czasem przygotowania się do życia. Szkołę wymyślono, by uzupełniała rodzinę w kwestiach dla niej niedostępnych. Na przykład, w dostarczaniu wiedzy, albo doświadczeń społecznych związanych z grupą rówieśniczą. Pod okiem nauczycieli, czyli ludzi w tym kierunku wykształconych. Oczywiście życie dzisiaj wygląda inaczej niż 20, 30 czy 50 lat temu, ale wiele procesów zachodzących w społeczności nadal istnieje i nadal ma swoje znaczenie. Jednym z nich jest poszukiwanie własnej drogi, stopniowe wybijanie się przez młodego człowieka na samodzielność. Proces niezwykle złożony, który powinien obejmować nie tylko sukcesy, ale także porażki, który musi pokazywać ograniczenia i motywować do wysiłku, aby je przezwyciężyć. A co dzisiaj oferujemy? Wsparcie dla każdego, żeby rozwijał się na miarę swoich możliwości (w tym miejscu napomknę o idei oceny funkcjonalnej, w której założeniach jest właśnie skuteczne wsparcie wszystkich dzieci). Zapewnienie każdemu sukcesu w kokonie komfortu. Zapobiegnięcie wykluczeniu, nawet jeśli jego źródłem jest sama postawa danego dziecka. Dostosować się musi otoczenie. Albo musi zostać dostosowane. Idee pozornie szczytne i słuszne, w praktyce utopijne, a nawet kontrproduktywne.
Szkoła, która przez pokolenia była miejscem, gdzie przed młodym człowiekiem stawiano wyzwania, przekształcona została w zakład bezbolesnej obsługi rozwoju. Bez refleksji, że jednym z niezbędnych warunków rozwoju jest właśnie ból egzystencjalny, czyli rozmaite kłopoty, które wychowawcy i nauczyciele powinni łagodzić, ale nie zapobiegać im za wszelką cenę. W ten sposób doszliśmy do miejsca, w którym zła ocena jest traumą, a nie informacją mobilizującą do wysiłku. Brak akceptacji w grupie rówieśniczej – winą tej grupy, a nie możliwym skutkiem postawy wykluczonego. Warsztat z psychologiem – główną metodą nabywania doświadczeń społecznych. Cenioną, bo bezbolesną. Niestety, zazwyczaj mało skuteczną.
Czy szkoła bez ocen przygotuje do świata opartego na konkurencji?
Po dokonaniu przeglądu materiałów zamieszczanych w minionym tygodniu na OE, postanowiłem, że punktem wyjścia do dzisiejszego 22 refleksyjnego eseju będzie ten, zamieszczony we wtorek 2 czerwca: „O tym że system szkolny udaje, że wszyscy uczniowie chcą się uczyć”. Udostępniłem tam tekst z fb-prifilu „OKE czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora”, prowadzonego przez Artura Szymanka. A to dlatego, że wyraził on tam swą opinię o zafałszowanym obrazie polskiej szkoły – zwłaszcza średniej, i o nieadekwatnej w odniesieniu do rzeczywistości sytuacji w polskim systemie nauczania. Oto wybrane fragmenty z tego tekstu, które uznałem za kluczowe i które stały się owym bodźcem moich refleksji:
„[…] W przeciętnej szkole średniej znaczna część uczniów nie funkcjonuje w trybie „chcę się uczyć”, tylko w trybie minimalnego przetrwania systemu. Ich celem nie jest zdobywanie wiedzy, tylko spełnienie formalnych warunków: obecność, zaliczenie. Nauka jako proces poznawczy często nie jest celem. Jest obowiązkiem do „odhaczenia”, zadaniem do wykonania możliwie najmniejszym kosztem.
To nie jest kwestia „mniejszego zainteresowania”. W wielu przypadkach zainteresowanie edukacją po prostu nie istnieje. Uczeń nie myśli w kategoriach „co dziś zrozumiem”, tylko „czy to będzie na ocenę” albo „czy da się tego uniknąć”. Szkoła często stawia na rywalizację i zapamiętywanie, co zabija naturalną potrzebę zadawania pytań i niszczy motywację wewnętrzną.[…]
I niezależnie od tego, jak bardzo chcielibyśmy wierzyć w szkołę opartą na naturalnej ciekawości, rzeczywistość jest bardziej prosta i mniej wygodna: duża część uczniów nie jest zainteresowana nauką, a system edukacji wciąż projektuje się tak, jakby było inaczej. ,[….]”
Zacznę od rozwinięcia tezy: „Nauka jest obowiązkiem do odhaczenia”.
Nie jest to nic nowego, wszak „obowiązek szkolny”, a odniesieniu do szkoły średniej – „obowiązek nauki”, jest ustawowo określony i kończy się na 18. roku życia. I to jest punkt wyjścia całego problemu. Dlatego od niepamiętnych czasów utarło się mówić, że „do szkoły się chodzi”. Nie tylko w potocznej rozmowie najczęściej słyszy się pytanie: „Do której szkoły chodzisz?”, a nie „W której szkole się uczysz?”
Za nierealizowanie przez małoletnią/małoletniego tego obowiązku rodzice narażają się na karę grzywny w wysokości do 10 000 zł (jednorazowo), a maksymalnie do 50 000 zł. I to pod presją rodziców, a nie tylko z potrzeby zdobywania wiedzy, wielu młodych ludzi „chodzi bo musi”! Krotko mówiąc: jeśli nikt z rodziców nie potrafił rozbudzić u młodego człowieka ciekawości świata, potrzeby zdobywania wiedzy, jeśli nauczyciele w szkołach „realizują podstawę programową”, a nie dbają u motywowanie uczniów przez rozbudzanie ich zainteresowania wiedzą, to zawsze, w każdej szkole, będą uczniowie, którzy „chodzą tam z obowiązku”, a nie dla zdobywania wiedzy.
Bo – jak to w tym poście napisano – „w wielu przypadkach zainteresowanie edukacją po prostu nie istnieje”. Różne tego mogą być powody. Od zaburzeń psychorozwojowych, przez ubóstwo wzorców osobowych w najbliższym środowisku, do stanów depresyjnych, a w ostatnich latach także przbodźcowania z strony socialmediów. Ale jest jeszcze jedno – systemowe – źródło: szkoła bardzo często stawia na rywalizację w źle pojętym celu – nauki pojęciowej, co zabija naturalną potrzebę zadawania pytań i niszczy motywację wewnętrzną.
Uczciwie trzeba powiedzieć, że tacy uczniowie, którzy działali według zasady „trzech Z: „Zakuć – Zdać – Zapomnieć” byli w szkołach od bardzo dawna. Ale współcześnie ich liczba ciągle się powiększa, gdyż w tym kierunku prowadzi ich system oceniania uczniów, i państwowy system egzaminacyjny. Jak trafnie napisano w cytowanym tekście „celem nie jest zdobywanie wiedzy, tylko spełnienie formalnych warunków: obecność, zaliczenie. Nauka jako proces poznawczy często nie jest celem”. W ostatnich latach do tej patologii doszedł system rankingu szkół, który pozycjonuje szkoły średnie przede wszystkim w według zdawalności przez ich absolwentów egzaminów maturalnych, co dodatkowo wzmocniło presję nauczycieli na „osiągi” egzaminacyjne ich uczniów. A nie na rozbudzanie ich ciekawości poznawczej i samodzielne dochodzenie do wiedzy…
I w tym miejscu Was zaskoczę:
Otóż zgadzając się co do istoty problemu, na który zwrócił uwagę autor – Artur Szymanek, wcale nie uważam, ze należy zlikwidować obowiązek szkolny i obowiązek nauki do 18. roku życia, jak również nie uważam, ze należy zrezygnować z systemu oceniania efektów edukacyjnych uczniów – jako sprawiedliwego pomiaru stopnia rozwoju ich kompetencji.
Bo zasada „róbta co chceta i kiedy chceta”, jak to jest w Sudbury Valley School we Framigham w stanie Massachusetts, czy w działających także w Polsce szkołach Montessori albo w szkołach prowadzonych wg. Rudolfa Steinera, a także w szkołach waldorfskich, lub pracujących na wzór Planu Daltońskiego zdaje egzamin jedynie w zastosowaniu do tych, u których wcześniej rozbudzono ciekawość świata, którzy chcą, a nie muszą się uczyć.
Warto przypomnieć, że obowiązek szkolny wprowadzono w celu wyrównania szans startu w życie uczniom wszystkich środowisk, klas i warstw społecznych. I nie jestem przekonany, czy gdyby dzisiaj został zniesiony, to wszyscy rodzice byliby tak samo zainteresowani, aby ich dzieci zdobywały wiedzę.
Tak jak nie uważam, że całkowite zlikwidowanie oceniania uczniów w szkołach ogólnodostępnych (samorządowo-państwowych – bezpłatnych) miałoby pozytywny wpływ na motywację uczniów do zdobywania wiedzy. Problem jest tylko w tym, jakie wskaźniki ich rozwoju byłyby tam brane pod uwagę. Bo na pewno nie rozliczające ucznia z pamięciowej wiedzy.
I zmierzając ku końcowi tego felietonu nie mogę nie podzielić się z Wami także taką opiną:
Otóż jestem przekonany, że pozbawienie szkół wszelakich form oceny i rywalizacji sprawiłoby, że byłaby to „hodowla miękiszonów”, czyli ludzi kompletnie nieprzygotowanych do przyszłego życia w świecie, który jest oparty na konkurencji i rywalizacji. Bo czymże innym jest praca w tzw. korporacjach, gdzie obowiązuje tzw. „wyścig szczurów”, w ogóle – cała gospodarka – krajowa i światowa – to nieustanna konkurencja o rynki zbytu. A nie jest wszak niczym zaskakującym, gdy przywołam tu jeszcze świat kultury (konkursy, festiwale), sportu (ligi, zawody, mistrzostwa, olimpiady), a nawet świat nauki, gdzie uczeni ubiegają się u publikowanie w najwyżej notowanych wydawnictwach (tzw. „punktoza”).
Bo wszak homo sapiens to istota stadna, a w każdym stadzie jest hierarchia, z przywódcą stada na czele – którą to pozycję trzeba sobie wywalczyć. A każde stado walczy o przestrzeń do polowania i życia….
Włodzisław Kuzitowicz













