
Oto wpis z fb-profilu Joanny Waszkowskiej, polonistki, blogerki w grupie „Superbelfrzy” występującej tu pod pseudonimem „Uczycielnica”, który pojawił się tam 9 kwietnie. Dowiedziałem się o nim z portalu „Strefa Edukacji”:
[Zdjęcie moim zdaniem symboliczne.]
Byłam dziś na spotkaniu nauczycieli z panią Minister Katarzyną Lubnauer.
Udało mi się nawet zadać pytania, ale o tym zaraz.
Najpierw organizacja spotkania: w przestrzeni publicznej cisza, wszystko w wewnętrznej poczcie. I w niemal ostatnim momencie zmiana godziny spotkania. Mimo to pełna sala (może pomieścić 440 osób), większość miejsc zajętych. Dużo przedstawicieli urzędów i instytucji związanych z edukacją (a myślałam, że będą sami nauczyciele…).
Wypowiedź pani Minister. Najpierw przyczyny wprowadzania zmian, czyli „Kompasu Jutra”: niskie wyniki badań OECD oraz smutne refleksje ankietowe, czyli odczucia uczniów i uczennic względem szkoły. Do tego jeszcze oczekiwania świata i rodziców (nie, tu jeszcze nie wspomniano nauczycieli). Minister jako przyczyny pogorszenia efektów edukacyjnych podaje dwa czynniki: inaczej przygotowana grupa piszących (gimnazjaliści, a potem pierwszy rocznik SP – różnice kompetencyjne) oraz skutki pandemii. Tylko?
Organizacyjnie w sprawie „Kompasu Jutra” wszystko słonecznie i na błysk: ankiety były i konsultacje, świadomy dobór ekspertów, a wśród nich praktycy i finalnie współpraca wydawnictw oraz gotowe podręczniki. Gotowe na wrzesień, ale czy można je już przejrzeć? Dla szkół, które złożą wnioski dot. podręczników po 12 lipca, ich samorządy otrzymają środki (dotacja celowa) na zakup książek w październiku, czyli fizycznie kiedy będą w szkołach? Wybranej serii nie da się już zmienić w całym cyklu – zostają zakontraktowane. (Dz. U. z 2024 r. poz. 413, art. 55 ust. 3)
Informacje ogólne (z wypowiedzi p. Minister i z odpowiedzi udzielanych pytającym) wraz z moimi przemyśleniami:
– do nauczania przyrody nie będą potrzebne dodatkowe studia (zakładam, że będzie to po prostu uznanie dyplomu);
– będą bloki tematyczne przyrodnicze (co Sanepid na taki układ w planie?);
– edukacja zdrowotna zostanie podzielona na dwa przedmioty – 90% treści obowiązkowych już od września, a nieobowiązkowo ed. seksualna (chyba na takich zasadach, jak obecnie wych. do życia w rodzinie); co na to dyrektorzy i ich plany organizacyjne na przyszły rok?
– propozycja częstszych wyjść i wycieczek (czyli sprawa nadgodzin jest już uregulowana prawnie?);
– ed. nieformalna będzie lepiej kontrolowana, wzmocnienie nadzoru;
– samorządy dostaną („jeszcze” – kilkukrotnie podkreślone) więcej środków;
– edukacja przedszkolna jest ważna, wpływa na zainteresowanie dziecka światem i rozbudzanie uważności (pełna moja zgoda) – jakie są pomysły MEN na włączenie tego etapu w proces rozwijania dziecięcych kompetencji? (brak szczegółów);
– edukacja przez doświadczenie jest ważna (również moja zgoda i część mojej praktyki od 24 lat) – jak to robić w 36 osobowych klasach w ciasnych, źle wyposażonych salach? (brak szczegółów); a pracownie ZPT wyposażą samorządy, czy – jak zwykle – nauczyciele i rodzice?
– moduły tematyczne będą działały jak dawne ścieżki międzyprzedmiotowe? – brak wyjaśnienia;
– nie wiem w końcu, co z tym tygodniem projektowym, bo na jednym slajdzie był dopisek „w szkole podstawowej”, a na innych nie było;
Bardziej liczyłam w wypowiedzi p. Minister na konkrety:
– Czy będzie na świadectwie, jak za czasów gimnazjum?
– Czy będzie miał wypisane kompetencje, jak w profesjonalnych certyfikatach umiejętności? Czy będzie brany pod uwagę w rekrutacji łącznie z maturą ustną, czy może znowu sztuka dla sztuki, jak to było w gimnazjum?
– program profilaktyczno-wychowawczy w SP lepiej dostosować do nowych wytycznych (choć prawnie będzie obowiązywał tylko pierwszy rocznik w cyklu), ale jak w dokumencie umieścić te treści, które obowiązują z obecnej podstawy programowej, a w „Kompasie Jutra” już ich nie ma lub są rozumiane inaczej/mają inny priorytet? Jako suplement? Aneks? Tworzenie dwóch dokumentów uznano za niepotrzebne;
– nauczycieli trzeba przeszkolić odnośnie AI, bezwzględnie (Fundacja Orange – nie dodano, że z Microsoft – przeprowadza to szkolenie), bo nauczyciele są ogólnie niedoszkoleni (choć zaraz został dodany komentarz obronny, że jako grupa zawodowa jesteśmy najlepiej wykształceni w Europie).
Moje pytania i refleksja (udało mi się powiedzieć to do mikrofonu):
– czy będzie różnicowanie pensum odnośnie przedmiotów (odp.: Nie, bo to antagonizuje grupę zawodową);
– czy w module dot. bezpieczeństwa będzie obowiązkowo bezpieczeństwo cyfrowe według wskazówek Rady Europy? (odp.: Każdy to przecież może robić…. – czyli w sumie będzie systemowo zaprojektowane, czy „zrób to sam jak chcesz”? Nie wiem).
A przecież grupa polskich nauczycieli przetłumaczyła DCE Planner (o ten: https://www.coe.int/en/web/education/dce-planner ) i opracowała całą metodologię wdrażania rozwiązań na różnych poziomach i etapach edukacyjnych (o tu: https://wakelet.com/@kco) – i po co?
– czy nauczycielom zostanie zapewnione systemowe wsparcie np. superwizja?
Odp.: Nauczyciele się nie sieciują i nie wspierają, dlatego mają problemy (sic!). W opinii p. Minister wiele spraw dałoby się rozwiązać we własnym gronie – rozmowa w kółku? – dyskusyjny plan naprawczy? – zapraszanie się na lekcje otwarte? – czyli lepiej jest brać na siebie odpowiedzialność za czyjeś wypalenie i domorosłymi sposobami mu „pomagać”, hmm…
Kręciłam głową, oszołomiona. Przecież to zupełnie nie o to chodzi i nie tym jest superwizja!
Ale potem p. Minister dodała, że choć to jest sprawa NIE w gestii MEN (sic! nie??), to pochylają się nad tym, bo ważne.
– i dodane przeze mnie pytanie-refleksja: czy na obniżenie wyników egzaminów i badań OECD nie wpłynęły również skutki strajku (odejścia z zawodu, niski prestiż zawodu, dobór negatywny do zawodu)? Nie, nie oczekiwałam podjęcia tego tematu, ale chciałam, by to wybrzmiało.
Co mnie zadziwiło (tak może to określę, bo i po co inaczej?) w treści wystąpienia:
– styl instrukcji obsługi skanowania kodu QR,
– niezrozumiałe (dla mnie) komentarze dot. pamiętania/nie pamiętania pandemii,
– określenie informatyków jako ludzi o specyficznych cechach osobistych,
– bajki oglądane przez dzieci jako przyczyna (jedyna? bo inne nie zostały podane) trudności w skupieniu (vivat uproszczenia!),
– dobre praktyki można zaobserwować głównie w szkołach niepublicznych (tak?).
Pani Kurator zapraszała na Śląski Kongres Oświaty. Regionalny Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli „WOM„ też jest wśród organizatorów (tak tylko dodaję).
Źródło: www.facebook.com/uczycielnica/
A ów tekst z portalu „Strefa Edukacji”, zatytułowany „Po objazdowych spotkaniach o „Kompasie Jutra” wśród nauczycieli zostaje więcej pytań niż odpowiedzi” – TUTAJ
Z trzydniowym opóźnieniem zamieszczam (we fragmentach) ostatnie przejawy wielkiej aktywności autorsko-redakcyjnej kolegi dyrektora Jarosława Pytlaka, na którego blogu „Wokół Szkoły” w miniony piątek pojawiły się aż trzy teksty. Oto one – w kolejności ich zamieszczania:
Nie ma darmowych obiadów!
Długo oczekiwana decyzja w sprawie edukacji zdrowotnej zapadła. Przedmiot będzie obowiązkowy. W internecie zaroiło się od entuzjastycznych wpisów organizacji, a nawet pojedynczych osób, które przypisują sobie jakąś część udziału w tej wyczekiwanej przez nich decyzji. Oczywiście miło jest pochwalić się sprawczością, ale moim zdaniem w większości przypadków jest to jak z żabą, która podstawiła nogę do podkucia, gdy kuli konie. Być może realny wpływ miało stanowisko Naczelnej Izby Lekarskiej. Może. Najprawdopodobniej jednak po prostu wyszło z sondaży, że mimo hałasu ze strony opozycji większość społeczeństwa jest za. Raczej nie była to autonomiczna decyzja Barbary Nowackiej.
Przestałem już emocjonować się tym tematem, choć od początku uważałem wprowadzenie edukacji zdrowotnej równym frontem w siedmiu rocznikach za błąd, i zdania tego nie zmieniam. Po pierwsze, z racji braku odpowiednich kadr – nie takich, którym formalnie nadano prawo prowadzenia zajęć z tego przedmiotu, tylko odpowiednio przygotowanych do zmierzenia się z jego niezwykle złożoną materią. Po drugie, z oddzielenia, często na siłę, pewnych treści od ich naturalnej bazy programowej, jak choćby profilaktyki różnych chorób od podstawowego kursu biologii w liceum. Po trzecie, z powodu ogólnej niechęci uczniów do nakładanych na nich dodatkowych obciążeń, co powoduje, że skuteczność tej nauki będzie żadna. Autorytet szkoły i nauczycieli szoruje dzisiaj po dnie i wiara, że akurat w kwestiach zdrowotnych zyskają oni posłuch i będą w stanie wpłynąć na postawy młodych ludzi, jest czystej wody chciejstwem.
Doskonale spuentował to na swoim profilu fejsbukowym Tomasz Tokarz, formułując bardzo celny aforyzm, który pozwalam sobie tutaj zacytować wraz z fragmentem rozwinięcia (po całość odsyłam do profilu Pana Tomasza):
Czary mary, fika mika, nowy przedmiot, problem znika.
Myślenie magiczne to przekonanie, że sam rytuał wywołuje realną zmianę. W edukacji takim „rytuałem” staje się dopisanie nowego, obowiązkowego przedmiotu. Tak jakby sama jego obecność w planie lekcji miała automatycznie zmienić zachowania uczniów. Obowiązkowość edukacji zdrowotnej to nowy rytuał (podobny do EO czy BiZ). Taki edukacyjny kult cargo.
Mam podobną opinię, choć z drugiej strony jestem w stanie przyjąć również argument, że zetknięcie z treściami tego przedmiotu może przynieść jakiejś grupie uczniów nieco pożytecznej wiedzy. […]
Wszystkie te dodatkowe obciążenia byłyby śmiechu warte, gdyby nie fakt, że równocześnie będziemy w szkołach rozwijać edukację włączającą, wraz z nowym, jak mówią, wspaniałym narzędziem, jakim ma być kwestionariusz szkolnej oceny funkcjonalnej, okiełznywać żywioł smartfonowy, oraz wprowadzać reformę „Kompas Jutra”. Szczególnie w podstawówkach rok zapowiada się ciekawie, tym bardziej, że wszystkie te nowości, oczywiście, również będą bezkosztowe. Dodatkowa praca dyrekcji i kadry pedagogicznej nigdy nie jest traktowana w oświacie jako koszt.
Chciałbym zwrócić jednak uwagę PT Czytelników na ludową mądrość, że nie ma darmowych obiadów. Szafki i pojemniki na smartfony nie kupią się same, podobnie jak materiały do doświadczeń z przyrody i wynagrodzenia nauczycieli wychodzących na tak ważne w koncepcji reformy wycieczki. Same również nie sfinansują się zajęcia związane ze wsparciem potrzebujących uczniów, które teraz będzie miała uruchomić szkoła dużo wcześniej, niż otrzyma (jeśli w ogóle) fundusze z tytułu ewentualnego orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego. Ale to ostatnie, to temat na osobny artykuł, który będzie – zapewniam – szczególnie emocjonujący.
Jako puentę pozwolę sobie przytoczyć anegdotę, którą opowiedział mi bywały od lat w obszarze polityki oświatowej pan Sławomir Wittkowicz, przewodniczący Wolnego Związku Zawodowego „Forum-Oświata”. Otóż był on kiedyś uczestnikiem spotkania połączonych zespołów kujawsko-pomorskiej wojewódzkiej rady dialogu społecznego w Bydgoszczy. Temat: opieka psychiatryczna i psychologiczna dla dzieci i młodzieży. Dwa zespoły razem: ds. edukacji oraz ds. zdrowia. Radzono oczywiście nad usprawnieniem organizacji i kierunkami rozwoju. Specjaliści medycy konkretnie wskazali, ile potrzeba pieniędzy i jakie zmiany organizacyjne są potrzebne. Specjaliści od edukacji wszystkie swoje propozycje zaczynali od słów „szkoły zorganizują”. Słysząc tę opowieść, roześmiałem się przez łzy, bowiem taki sposób myślenia o funkcjonowaniu oświaty ma się wciąż doskonale, a obecna ekipa zarządzająca MEN twórczo dopisuje kolejne rozdziały do tej księgi absurdu.[…]
Cały tekst „Nie ma darmowych obiadów!” – TUTAJ
x x x
Pamiętnik covidowy. Część 1
W końcu marca tygodnik „Przegląd” opublikował artykuł Beaty Igielskiej „Pamiętniki covidowe. Każdy ma swoją historię. Napiszcie, jak to pamiętacie”. Czytając tytuł na okładce pomyślałem, że to zapowiedź konkursu. Okazało się jednak, że tylko materiał wspominkowy, ciekawy zresztą, bo odtwarzający panoramę wydarzeń i atmosferę pierwszego roku pandemii Covid-19. Niestety, a może „stety”, pomiędzy rzutem oka na okładkę a lekturą zdążyłem nabrać ochoty na taką własną wyprawę myślami w przeszłość. Pomimo braku konkursowej motywacji postanowiłem więc spisać swój covidowy pamiętnik. Przyszło mi to o tyle łatwo, że przez dwa lata zarazy komentowałem wydarzenia w kolejnych wpisach na blogu „Wokół szkoły”. Teraz przydały się dla odświeżenia pamięci.
[…]
Przedłużające się zamknięcie szkoły było źródłem powszechnej frustracji. Sytuacja w największym stopniu uderzyła w rodziców, którzy musieli opiekować się swoimi dziećmi, byli świadkami zmagań nauczycieli i uczniów z onlajnami, co nierzadko bardzo odbiegało od ich wyobrażenia o idealnym nauczaniu. W szkole niepublicznej, płatnej, jaką jest STO na Bemowie, doszły do tego problemy materialne. Część rodziców utraciła w całości lub w części źródła dochodów. Pojawił się temat, który znalazł się na tapecie w większości podobnych placówek – czy w sytuacji, gdy nie korzystamy z wynajmowanego budynku, gdy nie funkcjonuje świetlica, zajęcia dodatkowe, słowem, gdy część usługi nie jest wykonywana, nie powinno się obniżyć lub wręcz zawiesić czesnego?! No bo z jakiej racji – na przykład – płacić za lokal, skoro z niego nie korzystamy?! To były długie godziny narad z Zarządem, w wyniku których ustaliliśmy, że szkoła bezwarunkowo będzie regulować swoje zobowiązania finansowe. To, co rzeczywiście możliwe było do zaoszczędzenia, wyliczyliśmy na 150 złotych miesięcznie na ucznia. Równocześnie powstał jednak problem, co z opłatami tych, którzy stracili źródła dochodów. Powstał wtedy pomysł, by ogłosić obniżkę czesnego o te 150 złotych, jednocześnie zwracając się do osób, które szczęśliwie nie poniosły strat materialnych w pandemii, by kwotę bonifikaty pozostawiały w szkole z przeznaczeniem na solidarnościowy fundusz stypendialny. I to się udało!!! Darczyńców było tak wielu – ponad połowa wszystkich płatników, że zebrane pieniądze starczyły na pomoc dla wszystkich, którzy się o nią zwrócili! My ze swej strony, jako kontrahent, też nikogo nie zawiedliśmy!
[…]
Jakoś w końcu dobrnęliśmy do końca roku szkolnego. Nawet odbyły się uroczystości rozdania świadectw. U nas w szkole poziomami klasowymi, co godzinę. Uczniowie siedzieli na krzesłach rozstawionych na dziedzińcu w odległości dwóch metrów w każdą stronę od sąsiada. Mam zdjęcie takiej sceny – nawet po latach wygląda ono przeraźliwie smutno.
W wakacje wirus miał trochę wyluzować, więc była nadzieja na odrobinę wypoczynku. A od września… No, od września, podobno, mieliśmy wrócić do stacjonarnej nauki. Tak w każdym razie głosił pan minister. W związku z tym w jednym z wakacyjnych wpisów na blogu zamieściłem następującą propozycję:
Proponuję, abyśmy wszyscy: nauczyciele, rodzice i uczniowie, poszukali nadziei we wspólnej modlitwie, by pandemia do września wygasła, albo żeby naszych oświatowych władców, nomen-omen, oświeciło lepszymi i bardziej realnymi pomysłami. Wiara w cuda wydaje mi się w tej chwili najlepszym źródłem nadziei.
Nie spodziewałem się wtedy, że w nowym roku szkolnym będzie jeszcze dużo, dużo trudniej…
Cały tekst „Pamiętnik covidowy. Część 1” – TUTAJ
x x x
Jak IBE chce zmienić polską szkołę? Część 2. *
Dyskusja grona profesorów, nazwana w programie Dnia Otwartego IBE „Radą Pedagogiczną”, była jedną z atrakcji, które zachęciły mnie do udziału w tej imprezie. Ciekawiło mnie, co mają do powiedzenia przedstawiciele „wielkiego nieobecnego” reformy „Kompas Jutra”, czyli akademickiego środowiska polskich pedagogów, które znalazło się kompletnie na uboczu tej z założenia bardzo przecież poważnej zmiany w polskiej edukacji.
W debacie panelowej, którą poprowadziła prof. Inetta Nowosad, wzięli udział: prof. prof. Beata Mydłowska, Mirosława Nowak-Dziemianowicz, Stefan Kwiatkowski i Krzysztof Rubacha. Wszyscy cieszący się dużym poważaniem, w większości członkowie Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN. Hasłem przewodnim dyskusji było „Czego potrzebuje polska szkoła?”.
W pierwszej rundzie wypowiedzi pojawiło się kilka różnych wątków. Ciekawą kwestię poruszyła prof. Nowak-Dziemianowicz, prezentując zdjęcie pracy Władysława Hasiora pt. „Wyszywanie charakteru”, przedstawiającej lalkę w uścisku dźwigni maszyny do szycia. Zdaniem Pani Profesor nie potrafimy oderwać się od przekonania, że szkoła jest miejscem kształtowania ucznia. Jeśli poszukujemy odpowiedzi na pytanie, w co szkoła ma wyposażyć ucznia, to będzie właśnie „wyszywaniem go” według naszego wyobrażenia o przyszłości. Tymczasem rolą szkoły powinno być stwarzanie warunków do rozwoju.
W dyskusji wielokrotnie pojawiały się wątki polemiczne. Widać było, że poglądy dyskutantów nie są jednolite, ale nie przejawiało się to sporem, a jedynie pokazywaniem innego spojrzenia, jak choćby w wypowiedzi prof. Mydłowskiej, która zwróciła się do swojej przedmówczyni, stając w obronie znaczenia wartości uporządkowanej wiedzy i kompetencji.
[…]
Na zakończenie tej części wicedyrektor IBE, Tomasz Gajderowicz, wyraził podziękowanie gronu profesorskiemu za przybycie i podzielenie się swoimi przemyśleniami. A kiedy jeszcze wyraził nadzieję, że będzie to w przyszłości zdarzać się częściej, zapisałem w notesie: „Teraz? Teraz, gdy reforma jest już wymyślona, i nie ma w niej miejsca na żadne wizje, choćby najmądrzejszych akademików?!”. Niestety, potwierdziło się moje przekonanie, koncepcja reformy „Kompas Jutra”, jeśli nawet rzeczywiście została zaprojektowana na podstawie wyników badań, powstała bez udziału polskich pedagogów. Diagnozę wzięto z badań PISA (najkrócej: uczniowie są dobrze nauczeni, ale nie lubią szkoły i nie widzą sensu nauki). Jej wyjaśnienie, że wszystkiemu winny jest dotychczasowy model edukacji, wzięto, moim zdaniem, z sufitu (bo naprawdę nie wolno zignorować złożonego kontekstu społecznego, w jakim funkcjonuje obecnie młode pokolenie). Co do koncepcji zmiany, mogę tylko wyrazić żal, że nie poddano jej żadnej niezależnej recenzji naukowej. Może wtedy powodów do krytyki byłoby mniej?!
x x x
Ostatnim punktem programu, w którym wziąłem udział, była pokazowa lekcja przyrody, przeprowadzona przez dr. Karola Dudka-Różyckiego, przewodniczącego Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Przedmiotów Przyrodniczych, podobnie jak ja gorącego orędownika przywrócenia tego przedmiotu w polskiej szkole. Zajęcia odbyły się oczywiście w terenie – na skwerku przed siedzibą IBE, we wczesnowiosennej aurze. Zgromadziły 14 uczestników, a poświęcone były głównie obserwacjom i działaniom dotyczącym gleby, czemu towarzyszyło posadzenie w kilku miejscach sadzonek łubinu.
O samej lekcji napiszę nie wdając się w szczegóły – była udana. Prowadzący zna się na rzeczy, wprowadził nas w temat, dobrze wykorzystał mało jeszcze o tej porze roku efektowne otoczenie przyrodnicze, dał możliwość samodzielnego działania i wyciągnięcia wniosków. Trwałym efektem tych zajęć pozostaną kępy łubinu, rozsiane po całym skwerku przed IBE, w losowo wybranych przez nas miejscach, gdzie w parach kopaliśmy i prowadziliśmy glebowe obserwacje. Podzielę się natomiast refleksjami natury ogólnej, do których zainspirowały mnie te zajęcia. […]
Lekcja pokazowa w IBE, choć udana, unaoczniła jeszcze jeden poważny problem, który dotyczy wsparcia nauczycieli, nie tylko przy okazji wprowadzania „Kompasu Jutra”, ale, na przykład, edukacji włączającej. Była przeprowadzona w grupie wielkości, mniej więcej, połowy klasy szkolnej, w gronie osób dorosłych, kompetentnych w temacie. Trudno powiedzieć, jak zachowywałoby się dwudziestka czwartoklasistów, tym bardziej, gdyby była to klasa o dużym wewnętrznym zróżnicowaniu. Pół biedy, jeśli chodzi o przyrodę, ale powszechnie słychać, że w podobny sposób organizuje się zajęcia mające pokazać uczestniczącym w nich nauczycielom, jak pracować… z klasą trudną.
[…]
Dzień spędzony w Instytucie Badań Edukacyjnych był dla mnie pouczający i inspirujący. Doceniam zaangażowanie organizatorów i jest mi bardzo przykro, że nadal lokuję się po stronie oponentów instytucji, którą reprezentują. Niestety, została ona utożsamiona z reformą „Kompas Jutra”, do której – mimo wysiłków entuzjastów spotkanych podczas Dnia Otwartego – nie jestem w stanie się przekonać. To nic osobistego – po prostu kwestia doświadczenia zawodowego, którego nie da się ze mnie wydłubać propagandą, ani nawet urokiem osobistym poszczególnych współtwórców reformy.
Cały tekst „Jak IBE chce zmienić polską szkołę? Część 2.” – TUTAJ
*Jak IBE chce zmienić polską szkołę? Część 1. – TUTAJ
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/j
Dlaczego „Letnią szkołę dla rodziców” wymyślił profesor biologii, a nie pedagogiki
Z wszystkich tematów, które w minionym tygodniu zaistniały na OE najbardziej uruchomił moje szare komórki – jeden: idea szkół dla rodziców, którą przedstawił na swoim blogu prof. Stanisław Czachorowski – w tekście zatytułowanym „Letnia szkoła dla rodziców, czyli jak pomóc edukacji”. Kto z Was tego jeszcze nie przeczytał niechaj to zrobi teraz, bo wszystko co ja dalej napiszę będzie miało tam swój początek.
Refleksją, która zrodziła się już podczas pierwszego czytanie tego tekstu była myśl, że ową potrzebę wsparcia rodziców wiedzą o procesach psycho-pedagogicznych, zachodzących podczas edukacji ich dzieci, uzasadnioną przemianami cywilizacyjnymi, technologicznymi i kulturowymi, które trwale zmieniają strukturę społeczeństw, gospodarkę i codzienne życie, dostrzegł i sformułował taki wniosek nie żaden z dobrze nam znanych profesorów pedagogiki, a hydrobiolog i entomolog, doktor habilitowany i profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, specjalizujący się w badaniach nad chruścikami – niewielkimi owadami, przypominającymi motyle nocne.
Jak wiecie – nie po raz pierwszy zamieściłem tekst z bloga „Profesorskie Gadanie” – zawsze były to teksty, w których ich autor podejmował tematykę edukacji. I zawsze było w nich „coś”, co wnosiło niestandardowy punkt widzenia na te problemy.
Wszystko co prof. Czachorowski tam napisał o proponowanych przez niego „studiach rodzicielstwa”, weekendowych lub letnich szkołach wakacyjnych, prowadzonych przez uczelnie wyższe, gdzie teoria spotykałaby się z praktyką warsztatową, jest mi bliskie. I nie mam wątpliwości że to pomysł bardzo w dzisiejszych czasach potrzebny.
Ale po drugim czytaniu zaczęły się w mojej głowie rodzić pewne pytania i wątpliwości.
Jako pierwsze: Dlaczego taki projekt nie został dotąd zgłoszony przez takie tuzy zajmujące się problemami współczesnej edukacji, jak profesor Bogusław Śliwerski lub prof. Roman Leppert? Jak to się stało, że nie wpadli na to kolejni szefowie Instytutu Badań Edukacyjnych, a także nie pojawił się on na blogu Centrum Edukacji Obywatelskiej?
Przecież kiedy się czyta te wszystkie uzasadnienia tego projektu ogłoszonego przez owego biologa, to ma się wrażenie, że jedynie nazwał on dobrze nam znane i oczywiste zjawiska i procesy oraz wyprowadził z tego jedynie słuszny i praktyczny wniosek. Więc dlaczego tamci na to nie wpadli i nie zaproponowali?
Po chwili napłynęła mi myśl że on jest po prostu idealistą, który tak naprawdę nie zna codziennych realiów polskiej oświaty i mechanizmów funkcjonowania naszego systemu edukacji, a oni są nie tylko doskonale o tym poinformowani, ale mają już na to zrutynizowany sposób patrzenia.
Z takiej konstatacji zrodziła się druga myśl: Wszak takowa oferta mogłaby, z oczekiwanym skutkiem, być kierowana jedynie do dość wąskiej kategorii rodziców – tych, którzy nie tylko są świadomi swoich braków w obszarach wiedzy o wychowaniu dzieci, ale którzy są gotowi na takie szkolenie zapisać się i przeznaczyć na to swój wolny czas. Bo przecież nie do pomyślenia byłoby organizowanie obowiązkowych szkoleń dla każdego rodzica – jeszcze zanim jego dziecko zostanie uczniem. I pozostaje jeszcze jeden aspekt – czy byłoby to szkolenie płatne…
I to jest ta trzecia myśl: Czy w dzisiejszych realiach funkcjonowania wyższych uczelni, mechanizmów ich finansowania przez państwo (bo zupełnie nie wyobrażam sobie takich szkoleń prowadzonych przez uczelnie prywatne), uniwersytety i inne szkoły wyższe prowadzące kierunki psychologia i pedagogika, byłyby gotowe zaproponować – w formule bezpłatnych zajęć – takie weekendowe lub wakacyjne kursy?
Tak więc przestałem się już dziwić temu, że ów znakomity pomysł szkoleń dla rodziców ogłosił profesor biologii – specjalista od chrościków, a nie któryś z wybitnych profesor pedagogiki…
Włodzisław Kuzitowicz.
Bardzo cenny pomysł o „letniej szkole dla rodziców”, wzbogacającej ich o kompetencje z zakresu wiedzy o wychowaniu, zawarł w najnowszym tekście, na swoim blogu „Profesorskie Gadanie”, prof. Stanisław Czachorowski. Zamieszczam go bez skrótów:
Letnia szkoła dla rodziców, czyli jak pomóc edukacji
Dlaczego we współczesnej szkole nauczyciele czasem mają większy problem z rodzicami niż z uczniami? Jak mądrze włączyć (lub nie wyłączać) rodziców do procesu edukacji szkolnej? Pytanie niezwykle ważne i aktualne, choć komuś mogą się wydać zaskakujące.
Niegdyś proces stawania się człowiekiem nie był samotnym wysiłkiem jednostki, lecz organicznym dziełem wspólnoty. Wychowanie odbywało się w gęstej sieci relacji rodzinnych i sąsiedzkich, w przestrzeni wielopokoleniowej, gdzie granica między dzieciństwem a dorosłością zacierała się w codziennym trudzie. Oddzielał je mniej lub bardziej wyraźny proces inicjacji. Młodzi ludzie chcąc nie chcąc pomagali w opiece nad młodszym rodzeństwem, chłonąc mimowolnie sztukę pedagogiczną nie z podręczników lecz z obserwacji i bezpośredniego uczestnictwa. Prawdziwe było wówczas stare przysłowie, że potrzeba całej wioski, by wychować jedno dziecko. Wiedza o tym, jak prowadzić drugiego człowieka przez meandry dojrzewania, była kapitałem kulturowym przekazywanym z rąk do rąk, długo i cierpliwie, w naturalnym otoczeniu społecznym. Każdy przyszły rodzic wchodził w swoją rolę z bagażem doświadczeń, który gromadził przez lata swojego dzieciństwa i młodości, zanim jeszcze sam wydał na świat potomstwo. Praktykował na cudzych dzieciach, zanim zaczął wychowywać własne.
Dziś jednak nasza egzystencjalna architektura uległa radykalnemu przeobrażeniu. Żyjemy w mikrostrukturach, w małych, izolowanych rodzinach, często ograniczonych do modelu dwa plus jeden. Współczesny młody człowiek, dorastając jako jedynak lub w odseparowaniu od dalszej rodziny, traci szansę na naturalne nabycie kompetencji opiekuńczych. Coraz mniej interakcji różnowiekowych na podwórku i bez obowiązku opiekowania się młodszymi. Dlatego umiejętności edukacyjne stały się towarem deficytowym, a rodzicielstwo, niegdyś płynna kontynuacja ról społecznych, jawi się dziś jako skok na głęboką wodę bez wcześniejszego kursu pływania. Ta wyrwa w międzypokoleniowym przekazie wiedzy sprawia, że rodzic staje przed dzieckiem wyposażony w miłość, lecz często pozbawiony elementarnego rozumienia mechanizmów rozwoju i nauki. Za mało sam doświadczył, za mało dowiedział się w szkole i na studiach. A tu spotyka go całkiem nowe zadanie. Czuje się bezradny i z chęcią wkłada smartfon w ręce dziecka niczym grzechotkę i niańkę jednocześnie.
Ta luka kompetencyjna rodzi poważne konsekwencje dla systemu edukacji formalnej. Bez fundamentalnego zrozumienia procesu pedagogicznego, rodzic zaczyna postrzegać szkołę nie jako partnera, lecz jako usługodawcę, któremu „podrzuca” dziecko niczym zepsuty samochód do warsztatu, oczekując szybkiej i skutecznej naprawy. Ma być taki i taki: genialny, językowo i muzycznie uzdolniony, wygrywać konkursy itp. Dla kogoś, kto nie rozumie istoty kształtowania umysłu, współudział w edukacji staje się czymś obcym, trudnym i budzącym lęk. Jeśli jednak chcemy, by szkoła przestała być jedynie przechowalnią, a stała się miejscem wzrostu i rozwoju, musimy włączyć rodziców w proces tworzenia i rozumienia wiedzy pedagogicznej. Edukacja rodziców staje się zatem imperatywem naszych czasów – nie po to, by ich wyręczać, ale by przywrócić im podmiotowość i sprawczość w procesie, który bez ich świadomego wsparcia jest skazany na połowiczny sukces. Sama szkoła nie poradzi sobie z edukacją. Nie oczekujmy więc fachowców, na których scedujemy wszystkie obowiązki wychowawcze i edukacyjne niczym polecenie wyremontowania zepsutego samochodu w warsztacie.
W dobie idei uczenia się przez całe życie (lifelong learning), dokształcanie dorosłych w zakresie pedagogiki nie powinno być postrzegane jako przykry obowiązek, lecz jako nobilitacja ich roli. Pojawia się jednak pytanie: kto i w jakiej formie miałby podjąć się tego zadania? Odpowiedź drzemie w potencjale uczelni wyższych, które mogłyby stać się centrami certyfikowania kompetencji rodzicielskich. Wyobraźmy sobie nowoczesny model edukacji hybrydowej: małe, przystępne porcje wiedzy serwowane online, pozwalające na naukę w rytmie domowego życia, przeplatane z rzadka, lecz intensywnie spotkaniami w realnej przestrzeni. Dlaczego certyfikacja? A czyż dziwi nas konieczność zdobycia prawa jazdy zanim włączymy się autem w ruch drogowy?
Uczelnie, wychodząc poza wieżę z kości słoniowej, mogłyby organizować zjazdy weekendowe lub letnie szkoły wakacyjne, gdzie teoria spotykałaby się z praktyką warsztatową. Takie „studia z rodzicielstwa” nie tylko dawałyby formalne potwierdzenie kompetencji, ale przede wszystkim budowałyby nową „wioskę” – tym razem intelektualną i wspierającą się w sposób zaplanowany. Inwestycja w świadomość pedagogiczną rodziców to w istocie najskuteczniejszy sposób na uzdrowienie relacji między domem a szkołą, zamieniający bezradność w świadome towarzyszenie dziecku w jego drodze ku dorosłości.
To dopełnienie współczesnego paradygmatu wymaga jednak uświadomienia sobie, że edukacja przestała być domeną wyłącznie jednej grupy zawodowej. A w zasadzie nigdy się nie stała więc nie może przestać. Postulowany i oczekiwany podział, w którym nauczyciel posiada monopol na wiedzę i metodę, a rodzic ogranicza się do dbałości o byt materialny dziecka, ostatecznie odszedł do lamusa. Dziś sukces formacyjny młodego człowieka zależy od harmonijnego współdziałania trzech filarów: profesjonalnego przygotowania zawodowego nauczycieli, świadomej kompetencji pedagogicznej samych rodziców oraz dynamicznego wsparcia instytucji edukacji pozaformalnej. To nowa triada odpowiedzialności, w której każde ogniwo musi być równie silne, by konstrukcja nie runęła pod ciężarem wyzwań cyfrowej rzeczywistości.
Współczesny nauczyciel, choćby najlepiej wykształcony, pozostaje bezsilny, gdy jego wysiłki trafiają na mur rodzicielskiego niezrozumienia lub bierności. Dlatego przygotowanie rodzica do roli „domowego stratega edukacji” staje się tak samo istotne, jak dydaktyczny warsztat bakałarza. Musimy zacząć postrzegać kompetencje wychowawcze jako niezbędny element kapitału społecznego, którego nie nabywa się przez sam fakt posiadania potomstwa, lecz przez ustawiczny proces samokształcenia. W tym ekosystemie kluczową rolę zaczynają odgrywać także instytucje edukacji pozaformalnej – centra nauki, biblioteki, organizacje pozarządowe czy wspomniane wcześniej ośrodki akademickie. To one stają się współczesnymi agorami (podwórkami), na których rodzic, nauczyciel i dziecko mogą spotkać się poza sztywnym gorsetem ocen i programów.
Wizja ta zakłada, że proces kształcenia jest wspólną podróżą, w której rodzic nie jest pasażerem na gapę, lecz świadomym nawigatorem. Instytucje edukacji pozaformalnej, oferując przestrzeń do eksperymentu i dialogu, zdejmują z rodziców lęk przed szkolnym autorytaryzmem, ucząc ich jednocześnie, jak mądrze stymulować ciekawość poznawczą dziecka. W takim ujęciu edukacja staje się projektem szeroki, przenikającym każdą sferę życia, gdzie certyfikowany kompetencyjnie rodzic staje się naturalnym sojusznikiem systemu. Dopiero gdy wszystkie te strony zaczną posługiwać się wspólnym językiem pedagogicznym, szkoła przestanie być izolowaną wyspą. I stanie się sercem tętniącej życiem, uczącej się wspólnoty, która rozumie, że kształtowanie człowieka to najszlachetniejsza i najbardziej wymagająca ze sztuk.
Sądzę, że rodzicielstwa można i trzeba się nauczyć. I uniwersytety mogą się w ten proces włączyć oferując nowy, w formie i treści, sposób uczenia się rozproszonego, hybrydowego i kończącego się różnymi certyfikatami. Rodzic dyplomowany to nie brzmi jak fantazja.
Źródło: www.profesorskiegadanie.blogspot.com
Źródło: www.isap.sejm.gov.pl/isap.nsf
Oto podstawowe informacje o nowej ustawie, która będzie miała daleko idące konsekwencje dla rangi kształcenia zawodowego i ustawicznego. Tekst zaczerpnąłem z portalu „Strefa Edukacji:Edukacji”:
Nowa ustawa zmieni edukację w regionach. Od lipca wchodzi nowość
.
Lepsze dopasowanie kształcenia do potrzeb gospodarki, większy nacisk na rozwój umiejętności mieszkańców i finansowanie działań z budżetu państwa – takie są najważniejsze założenia ustawy o Wojewódzkich Zespołach Koordynacji do spraw polityki umiejętności. Nowe przepisy mają wzmocnić rolę edukacji zawodowej i uczenia się przez całe życie, a także pomóc regionom szybciej reagować na zmiany zachodzące na rynku pracy.
W Dzienniku Ustaw opublikowano ustawę o Wojewódzkich Zespołach Koordynacji do spraw polityki umiejętności. Zgodnie z nowymi przepisami zespoły mają być ważnym narzędziem realizacji „Zintegrowanej Strategii Umiejętności 2030”.
To właśnie ten dokument zakłada stałe dostosowywanie oferty kształcenia i szkolenia zawodowego do dynamicznie zmieniających się potrzeb regionalnych i lokalnych rynków pracy. Chodzi przede wszystkim o wyzwania związane z transformacją cyfrową, zieloną oraz wdrażaniem nowoczesnych technologii w gospodarce.
Ustawa mocno akcentuje edukacyjny wymiar zmian. Województwa mają realizować zadania związane z rozwojem umiejętności mieszkańców, a także promowaniem idei uczenia się przez całe życie. Ważną częścią tych działań ma być również kształcenie i szkolenie zawodowe.
W praktyce oznacza to większe powiązanie systemu edukacji z realnymi potrzebami pracodawców i lokalnych rynków pracy. Nowe rozwiązania mają pomóc w tym, by oferta szkół, kursów i szkoleń była bardziej aktualna i lepiej przygotowywała uczniów oraz dorosłych do funkcjonowania w nowoczesnej gospodarce.
Projektowane przepisy wprowadzają do polskiego porządku prawnego Wojewódzkie Zespoły Koordynacji do spraw polityki umiejętności. Będą to organy opiniodawczo-doradcze zarządów województw.
Ich zadaniem będzie wspieranie samorządów wojewódzkich w działaniach na rzecz rozwoju umiejętności mieszkańców. Zespoły mają też promować ideę uczenia się przez całe życie, w tym kształcenia i szkolenia zawodowego. To oznacza, że edukacja – nie tylko szkolna, ale też ustawiczna – ma stać się jednym z ważniejszych elementów polityki rozwoju regionów.
Obecnie funkcjonujące WZK będą działały na zasadzie pilotażu do 30 czerwca 2026 roku. Z kolei sama ustawa wejdzie w życie 1 lipca 2026 roku.
Nowe przepisy nakładają też obowiązki na samorządy wojewódzkie. Zgodnie z art. 20 ustawy, do 31 grudnia 2028 roku sejmiki województw będą musiały dostosować strategie rozwoju województw do nowych regulacji. W tych dokumentach ma się już wyraźnie znaleźć cel związany z rozwojem umiejętności mieszkańców i promowaniem uczenia się przez całe życie.
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Dzisiaj proponuję do lektury najnowszy tekst z bloga CEO, którego autorem jest Prezes Centrum Edukacji Obywatelskiej. Z powodu jego rozmiaru poniżej zamieszczam jedynie dwa jego fragmenty, informując o tytułach pozostałych ośmiu oraz link do pełnej wersji:
Ekspertyza jest częścią „Diagnozy Młodzieży 2026” pod redakcją Pawła Rabieja. Publikacja zrealizowana przez Polskie Towarzystwo Polityki Społecznej ze środków Ministra Edukacji.
1.Nie ma instytucji ważniejszej dla wsparcia dzieci i młodzieży niż szkoła.
Powszechność szkoły czyni ją najważniejszą instytucją, którą państwo może wykorzystywać do wsparcia dzieci i młodzieży. Szkoła oddziałuje na 5 mln obywatelek i obywateli naszego kraju. Nie ma innej instytucji, w której w określonym wieku spotykamy się wszyscy (nawet jeśli korzystamy z edukacji domowej i do tradycyjnej szkoły nie chodzimy, realizujemy tą samą podstawą programową). O szczególnym znaczeniu szkoły świadczy także zakres jej oddziaływania. W szkole młodzi ludzie spędzają zwykle 12 lat życia i w sumie ok. 8 000 godzin. Co ważne, nie robią tego dobrowolnie – ważnym społecznym osiągnięciem jest uczynienie szkoły instytucją obowiązkową poprzez wprowadzenie obowiązku szkolnego i obowiązku nauki.
Z uwagi na te uwarunkowania to od szkoły powinniśmy zacząć budować usługi publiczne, które dobrze służą młodym obywatelom – w żadnej innej przestrzeni nie dotrzemy do wszystkich i w żadnej innej przestrzeni nasz wpływ na młode pokolenie nie będzie tak istotny. Zbudowanie systemu edukacji, który jest najlepszym możliwym miejscem dla dzieci i młodzieży (do którego z przekonaniem wysyłamy swoje dzieci i wnuki i w którym one sam chcą codziennie przebywać jest naszą społeczną odpowiedzialnością (także z uwagi na jej obowiązkowość). Mamy w tym obszarze sporo do zrobienia bo aż 46 proc. młodych dorosłych uważa, że szkoła to bardziej przymus niż przywilej (Fundacja Ważne Sprawy, 2025).
W dalszej części można przeczytać tak zatytułowane podpunkty:
2. Powszechność edukacji formalnej daje ogromny potencjał wyrównywania szans edukacyjnych. […]
3. Polska szkoła jest jednocześnie skuteczna i nieskuteczna. […]
4. Szkoła jest bardzo krytycznie oceniana przez młodych ludzi jako nadmiernie wymagająca, nieprzyjazna i nieprzydatna. […]
5. Krytyczne oceny doświadczenia szkolnego i szkolnych relacji skutkują niskim poczuciem przynależności oraz niskim zaufaniem do szkoły jako instytucji publicznej. […]
6. Szkoła jest dla młodego człowieka najważniejszą instytucją publiczną i emanacją państwa. […]
7. Młodzi ludzie nie ufają instytucjom publicznym, krytycznie oceniają system polityczny i czują się wyalienowani ze sfery polityki. […]
8. Brak zaufania do instytucji publicznych i mechanizmów przedstawicielskich może mieć swój początek w szkole. […]
9 .Szkoła może także budować zaufanie do państwa i być laboratorium praktyk demokratycznych jeśli będzie dobrze służyła młodym ludziom. […]
Jak to by mogło wyglądać i pod jakimi warunkami szkoła może budować zaufanie do państwa i stać się laboratorium praktyk demokratycznych?
Po pierwsze, szkoła musi skutecznie realizować swój podstawowy sens istnienia – wspierać wszechstronny rozwój młodych ludzi. Ufamy bowiem instytucjom, które uważamy za skuteczne. Żeby było to możliwe szkoła powinna być jednocześnie wymagająca i przyjazna. Stawiać wyzwania, który wymagają skupienia, wysiłku a czasem pomocy nauczyciela, zadawać pytania, na które uczniowie nie znają jeszcze odpowiedzi, uczyć rzeczy nowych i dawać okazję do popełniania błędów. Jednocześnie być miejscem, w którym uczniowie czują się bezpiecznie, są traktowani sprawiedliwie, mają przyjaciół i czują, że dorosłym zależy na ich sukcesie
Po drugie, szkoła powinna być miejscem budowania zaufania do innych. Zaufanie – przekonanie o korzystnym dla nas zachowaniu innych ludzi – budujemy w interakcji, im więcej będzie tych interakcji w szkole, tym lepiej. Nie chodzi jednak o lekcje o zaufaniu, ale jego praktykowanie – poprzez pracę w parach i grupach, realizację zespołowych projektów, uczenie się współpracy i we współpracy, omawianie wspólnych sukcesów i porażek oraz doświadczanie własnej sprawczości w relacjach z innymi.
Po trzecie, szkoła powinna być faktycznym laboratorium praktyk demokratycznych. Nie mamy jako społeczeństwo innej przestrzeni, w której WSZYSCY młodzi obywatele mogą praktykować życie w demokratycznej wspólnocie – ćwiczyć samorządność i samoorganizację, rozwijać zaufanie do mechanizmów przedstawicielskich, uczyć się świadomego głosowanie i wspólnego podejmowania decyzji.
Po czwarte, szkoła powinna wyjaśniać, jak działa świat polityki i jak skutecznie na niego wpływać. Edukację obywatelską w szkole sprowadziliśmy do wiedzy o procedurach demokratycznych i kompetencjach poszczególnych organów. Niesłusznie, w obawie przed agitacją zrezygnowaliśmy z uczenia młodych ludzi o tym, jak działa polityka, co nas jako społeczeństwo łączy, a co dzieli i jak możemy się spierać i jak zawierać kompromisy. Potrzebujemy w szkole neutralnej edukacji o polityce, która pozwala młodym ludziom zrozumieć złożoność tego świata, wyrobić sobie własne zdanie w sprawach bieżących (w oparciu o zweryfikowane informacje i w odwołaniu do własnych wartości) i uczy rozmowy z osobami o różnych poglądach.
Po piąte, powinniśmy dbać o to, by szkoła była dobrze oceniana przez uczniów i uczennice. To wymaga wsłuchiwania się w głos młodego pokolenia i ich opinie. Ciągłego upewniania się, że to, co szkoła oferuje jest maksymalnie adekwatne do potrzeb młodych i tego, co czeka ich w dorosłym życiu. Otwartej rozmowy i cierpliwego przekonywania do wartości edukacji i znaczenia szkoły… i realizacji części słusznych postulatów zgłaszanych przez młodzież w tym obszarze.
[…]
Rekomendacje dla polityk publicznych
1.Uwzględnienie głosu ludzi młodych w debacie na temat jakości systemu edukacji i kierunków jego ewolucji oraz stworzenie mechanizmów zapewniających uwzględnianie ich perspektywy (w tym osób mniej aktywnych) w tworzeniu polityki edukacyjnej.
2.Uznanie rozwijania sprawczości młodych ludzi (na równi z budowaniem wiedzy i kształceniem kompetencji) za jeden z priorytetów systemu edukacji i zadbanie o dobre przygotowanie nauczycieli oraz dyrekcji szkół do praktycznego wdrażania tego priorytetu w toku reformy programowej Kompas Jutra 2026.
3.Położenie szczególnego nacisku na rozwój kompetencji społecznych młodych ludzi – nawiązywania i podtrzymywania relacji społecznych, współpracy, dbania o siebie i innych – oraz budowania ich poczucia przynależności do wspólnoty klasowej i szkolnej jako kluczowych przestrzeni socjalizacji dzieci i młodzieży.
4.Nowe otwarcie w edukacji obywatelskiej, aby uczynić szkołę faktycznym laboratorium praktyk demokratycznych, przestrzenią doświadczania własnego wpływu i budowania zaufania do instytucji przedstawicielskich oraz państwa (w ramach przedmiotu edukacja obywatelska, dzięki samorządności uczniowskiej i partycypacji szkolnej, wolontariatowi i docenieniu aktywności społecznej i obywatelskiej).
[…]
Cały tekst „Niewykorzystany potencjał szkoły jako najważniejszej dla dzieci i młodzieży instytucji publicznej”
– TUTAJ
Źródło: www.ceo.org.pl
Zazwyczaj teksty, będące autorskimi refleksjami o systemie edukacji lub bardziej konkretnie – o systemie szkolnym zamieszczam przed południem, pozostawiając na koniec dnia możliwość zamieszczenia najbardziej aktualnej i ważnej informacji o wydarzeniach z naszego edukacyjnego podworka. Dzień dzisiejszy jest nietypowy, gdyż MUSIAŁEM go rozpocząć od informacji występie minisry Nowackiej przed kamerami TVN24.
Dlatego dopiero teraz zamieszczam dzisiejszy post prof. Boguslawa Śliwerskiego z jego bloga „Prdagog”:
Roztropność wychowawcza między przymusem a swobodą
Największym zagrożeniem dla edukacji nie jest ani konserwatyzm, ani progresywizm, lecz ich ideologizacja, czyli utrata zdolności do myślenia w kategoriach proporcji, kontekstu i odpowiedzialności za rozwój młodych pokoleń. Debata o edukacji zbyt często toczy się w kategoriach przeciwstawnych orientacji: konserwatyzmu i progresywizmu, przymusu i swobody, kontroli i autonomii.
Każda z tych par buduje pozór wyboru, który w istocie jest fałszywy. Wychowanie nie polega bowiem na opowiedzeniu się po jednej ze stron, lecz na utrzymywaniu napięcia między nimi. Dlatego pytanie o „powrót konserwatyzmu” w edukacji jest źle postawione. Nie chodzi o powrót ideologii, lecz o coś znacznie bardziej fundamentalnego: o zdolność systemu wychowania do zachowania równowagi w warunkach narastającej niestabilności społecznej.
Zwrot konserwatywny, który obserwujemy w wielu państwach Unii Europejskiej i w USA, nie wziął się znikąd, ale też nie jest wyłącznie efektem kampanii politycznych. Stanowi odpowiedź na coś głębszego, a mianowicie na doświadczenie przez obywateli utraty ładu aksjologicznego. Przez lata dominowała narracja neoliberalna i lewicowa, w świetle których w funkcjonowaniu społeczeństw wystarczy zapewnienie społeczeństwom pluralizmu zamiast wspólnoty norm, wolności wyboru zamiast zobowiązania oraz autonomii zamiast tradycji.
Przez wiele lat zdawało to egzamin, dopóki społeczeństwo miało jeszcze ukryte zasoby sensu, odziedziczone po wcześniejszych pokoleniach. Dziś te zasoby się wyczerpują, toteż właśnie w tym momencie pojawia się polityka. Konserwatyzm w jej nowej odsłonie nie mówi już tylko o tradycji, religii, tożsamości narodowej, ale często nieporadnie, czasem instrumentalnie sygnalizuje coś bardziej podstawowego – potrzebę stabilności norm i przewidywalności świata społecznego.
Reorientacja ideowa odpowiada zatem na realne doświadczenie ludzi, jakimi jest chaos wartości, niepewność norm i rozpad instytucji pośredniczących w ich transmisji – rodziny, wspólnot, Kościoła. Jednak to, co jest politycznie skuteczne, nie zawsze jest społecznie adekwatne.
Konserwatyzm polityczny próbuje przywrócić stabilność norm, wartości, autorytety, hierarchie, ale czyni to często deklaratywnie, a nie strukturalnie, systemowo; retorycznie, a nie wychowawczo. Nie odbuduje się bowiem ładu aksjologicznego ustawą, rozporządzeniem, zmianą podstawy programowej kształcenia ogólnego, skoro źródło kryzysu leży w rozpadzie przekazu międzypokoleniowego, w prywatyzacji sumienia i w zmianie logiki kultury.
Już Bogdan Nawroczyński ujmował wychowanie jako proces rozpięty między przymusem a swobodą. Nie były to dla niego przeciwstawne modele, lecz dwa dopełniające się bieguny, których napięcie stanowi warunek możliwości wychowania. Przymus powinien zapewniać stabilność struktur, granic i trwałość norm, zaś swoboda umożliwiać rozwój, autonomię i podmiotowość. Oderwanie jednego od drugiego prowadzi do deformacji.
Nadmiar przymusu skutkuje dominacją, przemocą i totalizacją życia społecznego, zaś nadmiar swobody rozproszeniem norm, anarchizacją relacji i dominacją nieformalnych hierarchii. Wychowanie nie polega zatem na wyborze między nimi, lecz na ich ciągłym równoważeniu.
W wieku XXI zaistniały nowe warunki dla rozwoju społeczeństw rozproszonej socjalizacji. W warunkach późnej nowoczesności napięcie to ulega jednak istotnej transformacji. Rodzina traci monopol na socjalizację, środowiska rówieśnicze i cyfrowe zyskują przewagę normatywną, a autorytety instytucji i osobowe ulegają erozji.
Szkoła zostaje tym samym wciągnięta w proces kompensowania deficytów socjalizacyjnych, których sama nie wytworzyła. Musi jednocześnie realizować cele emancypacyjne oraz przywracać elementarny ład relacyjny. Nie ma to charakteru ideologicznego, ale strukturalny.
W tej sytuacji pojawia się zjawisko, które można określić jako „konserwatyzm bez ideokonserwatystów”. Nie jest ono rezultatem politycznych decyzji, lecz odpowiedzią praktyki edukacyjnej na destabilizację relacji: nauczyciele wzmacniają strukturę zajęć, przywracają znaczenie norm i granic, odwołują się do autorytetu roli. Nie dlatego, że przyjmują określoną ideologię, lecz dlatego, że bez tych elementów niemożliwe staje się prowadzenie procesu wychowania i kształcenia.
Konserwatyzm okazuje się tu nie projektem, lecz funkcją regulacyjną systemu. Jednak nawet taka reinterpretacja pozostaje niepełna, jeśli nadal operuje kategoriami jednostronnymi. Równie dobrze bowiem zwolennicy swobody i autonomii mogą — i powinni — dążyć do ich ochrony przed degradacją.
Swoboda, pozostawiona samej sobie ulega presji rówieśniczej, przekształca się w dominację silniejszych, traci charakter emancypacyjny. Oznacza to, że również ona wymaga ram, granic, świadomego podtrzymywania. W tym sensie zarówno przymus, jak i swoboda są kategoriami wtórnymi wobec czegoś bardziej fundamentalnego.
Tym, co umożliwia utrzymanie równowagi, nie jest żadna z orientacji wychowawczych, lecz roztropność (racjonalność) podmiotów wychowania. Można ją zdefiniować jako zdolność do rozpoznania sytuacji wychowawczej, adekwatnego doboru środków oraz korygowania własnych działań w zmieniających się warunkach.
Jest to kategoria bliska klasycznej idei phronesis, czyli wiedzy praktycznej, która nie polega na stosowaniu reguł, lecz na ich rozumnym użyciu w konkretnym kontekście. Można wyróżnić trzy poziomy roztropności wychowawczej, która nie jest własnością jednej grupy społecznej, ale występuje na trzech poziomach:
-roztropność rodziców — którzy regulują relację między kontrolą a autonomią w wychowaniu indywidualnym,
-roztropność nauczycieli — którzy utrzymują równowagę w przestrzeni wspólnotowej szkoły,
-roztropność polityków i instytucji — którzy tworzą ramy systemowe umożliwiające lub destabilizujące tę równowagę.
Kryzys pojawia się wtedy, gdy któryś z tych poziomów traci zdolność rozeznania lub próbuje zastąpić pozostałe.
Dzisiaj rano, w programie „Rozmowa Piaseckiego” w TVN24, a nie w komunikacie na oficjalnej stronie MEN *– z podaniem linku do „Dziennika Ustaw”, gdzie opublikowane są rozporządzenia z mocą prawa – ministra Barbara Nowacka poinformowała – z dziesięciodniowym opóźnieniem – że lekcje wychowania zdrowotnego z dniem 1 września 2026roku będą obowiązkowe. Oto obszerne fragmenty tego tekstu ze strony tej stacji oraz link do pełnej wersji (z nagraniem wideo) tego materiału:
Jest decyzja w sprawie edukacji zdrowotnej
Edukacja zdrowotna będzie obowiązkowa od 1 września – poinformowała w „Rozmowie Piaseckiego” w TVN24 ministra edukacji Barbara Nowacka. Nieobowiązkowy jednak ma być element przedmiotu dotyczący edukacji seksualnej.
– Przedmiot będzie składał się tak naprawdę z dwóch przedmiotów, czyli przedmiotu edukacja zdrowotna takiego, jakim jest i nieobowiązkowego przedmiotu – prawdopodobnie około jednej dziesiątej całości przedmiotu – dotyczącego wiedzy o zdrowiu seksualnym – przekazała Barbara Nowacka w „Rozmowie Piaseckiego” w TVN24.
Wyjaśniła, że o uczestnictwie dziecka w drugiej części przedmiotu decydować będą rodzice lub – w przypadku realizowania przedmiotu w trzeciej klasie szkoły ponadpodstawowej – pełnoletni uczniowie.
– Obowiązkowa (będzie – red.) edukacja zdrowotna z wszystkimi niezbędnymi komponentami dotyczącymi higieny, ruchu, zdrowia psychicznego, odżywiania – wyliczała Nowacka. Mówiła, że jest to zgodne z postulatami środowisk medycznych. – Natomiast też respektując pewne konstytucyjne uwarunkowania i presję części środowisk, że oto chcą móc zdecydować, czy dzieci się dowiadują o zdrowiu seksualnym z fachowego źródła, czyli od nauczyciela, czy wolą zostawić dzieci swojej wiedzy lub internetowi, ta jedna lub dwie godziny w roku – w zależności jak nam przygotują eksperci program – będą do decyzji rodziców – wyjaśniła.
[…]
Ministra edukacji mówiła, że na edukację zdrowotną „nie potrzeba dodatkowych środków”. – Tym bardziej, że edukacja zdrowotna już była przewidywana w poprzednich budżetach organów prowadzących – dodała.
Nowacka powiedziała, że edukacji zdrowotnej „mogą uczyć nauczyciele biologii, przyrody, nauczycielki i nauczyciele WF, dawnego wychowania do życia w rodzinie„. Poinformowała też, że Naczelna Izba Lekarska zadeklarowała, że będzie przysyłać studentów i włączy do działań uczelnie medyczne, „żeby również mogły przyjść jako goście osoby absolutnie specjalizujące się w tematach„. – Nauczyciele mają kwalifikacje. Uruchomiliśmy na 11 uczelniach, w tym uczelniach medycznych, studia podyplomowe. W czerwcu będą pierwsze osoby (je – red.) kończyły. Uruchamiamy kolejną fazę, kolejną turę tych studiów – mówiła. […]
Cały materiał „Jest decyzja w sprawie edukacji zdrowotnej” – TUTAJ
Źródło: www.tvn24.pl
*Gdy zamieszczałem ten materiał ok. godz. 10-ej było to prawdą. Dopiero później na stronie MEN pojawił się krótki komunikat, którego najważniejszą dla osób odpowiedzialnych za przygotowania do kolejnego roku szkolnego jest ta jego ostatnia część:
Źródło: www.gov.pl/web/edukacja/
Ministerstwo Edukacji Narodowej zamieściło dzisiaj informację o ważnej decyzji, pojętej na dzisiejszym Posiedzeniu Rady Ministrów:
Rada Ministrów na posiedzeniu 8 kwietnia 2026 r. przyjęła projekt ustawy o prawach i obowiązkach ucznia. Teraz projekt zostanie skierowany do Sejmu RP.
Obecnie prawa i obowiązki uczniowskie są rozproszone. To powoduje chaos informacyjny wśród nauczycieli i uczniów. W celu uporządkowania tej sytuacji w projekcie ustawy proponuje się:
1.Przenieść katalogi praw oraz obowiązków ucznia na poziom ustawowy (co pozwoli, by każdy mógł je znaleźć w jednym miejscu, zamiast szukać w szeregu różnych aktów prawnych).
2.Wprowadzić do ustawy katalog działań wychowawczych i kar dla uczniów oraz procedury ich nakładania. Zasadą będzie stosowanie działań wychowawczych. Dopiero gdy okażą się one niewystarczające, dyrektor będzie mógł wszcząć formalne postępowanie o ukaranie ucznia – MEN stawia bowiem na wychowawczą rolę szkół.
3.Utworzyć organy ochrony praw uczniowskich:
-Krajowego Rzecznika Praw Uczniowskich (wyższe stanowisko w służbie cywilnej obsługiwane przez MEN, wyłaniane w drodze konkursu na 4-letnią kadencję);
-16 wojewódzkich rzeczników praw uczniowskich (działających przy kuratorach oświaty, powoływanych i odwoływanych przez Krajowego Rzecznika Praw Uczniowskich na niewiążący wniosek kuratora oświaty);
-(fakultatywnie) gminnych (miejskich) i powiatowych rzeczników praw uczniowskich – pozostawione do decyzji jednostek samorządu terytorialnego (podobnie jak do tej pory, tylko z dodaniem umocowania ustawowego);
-szkolnych rzeczników praw uczniowskich, którymi będą opiekunowie samorządów uczniowskich. Ich działalność będzie mogła być wspierana przez co najmniej jednego ucznia-pełnomocnika, jeśli szkoła lub placówka przewidzi to w swoim statucie;.
4.Wprowadzić obowiązek powoływania rad szkół i placówek (z wyjątkami dla szkół lub placówek, w których ze względu na specyfikę organizacji pracy nie ma możliwości wyłonienia stałej reprezentacji rodziców lub uczniów, jak np. szkoły przyszpitalne), z tym że obowiązek ten został odroczony do 1 września 2028 roku.
5.Uporządkować sytuację prawną uczniów pełnoletnich w zakresie dostępu do ocen i usprawiedliwiania ich nieobecności.
6.Przewidzieć wymóg, by do usprawiedliwienia nieobecności dołączyć powód niezawierający jednak informacji nadmiernych lub wrażliwych. Tryb, termin i forma usprawiedliwienia wciąż będą jednak wewnętrzną decyzją każdej szkoły lub placówki. Ostatecznie zrezygnowano z podwyższania tzw. progów frekwencyjnych.
Projekt ustawy podlegał szerokim konsultacjom społecznym. Wniesiono około 700 uwag i opinii, z których wiele zostało uwzględnionych. Od 26 stycznia do 28 lutego 2026 r. poprzez Zintegrowaną Platformę Edukacyjną przeprowadzono ponadto ankietę, która pokazała wysokie poparcie wśród uczniów i nauczycieli dla projektowanych rozwiązań.
Na pytanie o całościową ocenę projektu ustawy 18 389 osób (uczniów i nauczycieli łącznie) odpowiedziało następująco:
-zdecydowanie pozytywnie – 8,67%;
-raczej pozytywnie – 37,98% (łącznie wyniki pozytywne: 46,65%);
-nie mam zdania/trudno powiedzieć – 39,58%;
-raczej negatywnie – 9,16%;
-zdecydowanie negatywnie – 4,61% (łącznie wyniki negatywne: 13,76%).
Około trzykrotnie więcej odpowiedzi pozytywnych nad negatywnymi w ogólnej ocenie projektu ustawy można zaobserwować nie tylko wśród ogółu respondentów, ale też w wynikach ankiet wypełnionych tylko przez nauczycieli.
Ogólna ocena projektu ustawy dokonana przez nauczycieli została wyrażona następująco:
-zdecydowanie pozytywnie – 4,39%;
-raczej pozytywnie – 44,17% (łącznie wyniki pozytywne: 48,55%);
-nie mam zdania/trudno powiedzieć – 35,98%;
-raczej negatywnie – 11,73%;
-zdecydowanie negatywnie – 3,74% (łącznie wyniki negatywne: 15,46%).
Projekt ustawy zostanie teraz skierowany do prac w Sejmie RP.
W celu przybliżenia tematyki projektu ustawy przygotowano broszury w wersjach dla uczniów, rodziców i nauczycieli, z którymi można zapoznać się – TUTAJ
Źródło: www.gov.pl/web/edukacja/
Oto najnowszy tekst, zamieszczony dzisiaj przez prof. Bogusława Śliwerskiego na blogu „Pedagog” – bez skrótów:
Problemy wychowawcze w warunkach późnej nowoczesności
Problemy wychowawcze i dydaktyczne nauczycieli, o których oni sami mówią i piszą w mediach społecznościowych, sprawia, że niepotrzebnie kierują do Ministerstwa Edukacji Narodowej wniosek o zapobieganiu kryzysom wewnątrzszkolnym. Władze MEN są zainteresowane przede wszystkim wciskaniem deformy oraz nadzorem finansowym, w tym redukowaniem kosztochłonności kształcenia. Analiza 21 krajów OECD (1970–2020) pokazuje, że rządy o orientacji prawicowej (często utożsamiane z nurtem konserwatywnym) zwiększają wydatki na edukację (tylko nie w Polsce), zaś rządy lewicowe mogą je ograniczać lub przesuwać na inne cele społeczne (tak jest głównie w Polsce).
Co ważne, efekt ten jest statystycznie istotny i trwały, a polityka edukacyjna okazuje się silnie „upolityczniona”, zależna od ideologii rządzących. Zmiana polityczna może realnie zmieniać edukację w kierunku bardziej konserwatywnym czy lewicowym w państwie, w którym nie ma przyzwolenia centrum na samorządność, uspołecznienie, kontrolę publiczną rozstrzygnięć władz państwowych.
W polskiej polityce publicznej zdecydowanie ważniejsza jest funkcja ideokratyczna władz, które wykorzystują sferę edukacji przedszkolnej i szkolnej do celów propagandowych, by za ich pośrednictwem wzmacniać dobrostan własnego elektoratu. Wprawdzie MEN nie należy do tych resortów, które pomagają politykom w strukturach aparatu władzy wzbogacić się w wyjątkowym stopniu w odróżnieniu od innych ministerstw, to jednak wyposaża swoich urzędników w środki rekompensujące brak czy radykalne ograniczanie samorządności.
MEN należy do czołowych tub propagandowych władzy, gdyż jego kadry mogą o byle drobiazgach wypowiadać się codziennie, utrwalając w społeczeństwie rzekomo ich wyjątkowe zaangażowanie i troskę o dzieci i młodzież. Tego zaś niezorientowani w działalności pozornej nie będą kwestionować, gdyż traktują to jako wiarygodne zaangażowanie w sprawy publiczne.
Władze MEN mają do dyspozycji wielotysięczny aparat urzędników, którzy są zobowiązani do adaptacyjnej, a więc niekreatywnej realizacji narzuconych im przez politcentrum zadań. To, że semantycznie zastępuje się je określeniami z zakresu mniej lub bardziej dyscyplinujących oddziaływań wobec podwładnych, nie ma znaczenia. Dzieci muszą uczęszczać do przedszkola od 6 roku życia a do szkoły do 18 roku życia, niezależnie od tego, czy im się to podoba, czy nie.
Już nikt nie oczekuje od władz oświatowych roztropności wychowawczej i oświatowej, która powinna wynikać z nauk o edukacji. W warunkach późnej nowoczesności jest to koniecznością, jeśli edukacja ma służyć rozwojowi społeczeństwa a nie celom politycznym.
Zarówno nauczyciele jak i rodzice doświadczają kryzysu socjalizacji pierwotnej i normatywnej stabilności. Zmieniają się dominujące jeszcze do niedawna funkcje szkoły z przekazu i sprawdzania wiedzy na regulacje zachowań, rozwiązywanie bieżących konfliktów i oddalanie od siebie odpowiedzialności za poziom wykształcenia oraz inkulturacji młodych pokoleń.
Nauczyciele sygnalizują wzrost zachowań zakłócających tok lekcji, presję rówieśniczą (bullying, cyberbullying), podważanie ich autorytetu oraz trudności w egzekwowaniu wiedzy i postaw społecznych. Traci znaczenie podejście oparte na rutynie, stałym schemacie oddziaływań, przewidywalności zachowań czy narzucanych im przez MEN rozwiązań strukturalnych np. zadawanie prac domowych, korzystanie z telefonów komórkowych, dostosowanie ubioru do czyichś oczekiwań itp.
Badania psychologów społecznych od lat wykazują, że grupa rówieśnicza przestaje być tylko środowiskiem socjalizacji, a staje się strukturą władzy w klasie szkolnej, często nieformalnej, niewidocznej dla nauczycieli, brutalnej a wzmocnionej cyfrowo. Normy grupowe bywają silniejsze niż normy instytucjonalne, gdyż te są nieuzgadniane przez rady pedagogiczne z samorządem uczniowskim, radą szkoły czy radą rodziców. Nic dziwnego, że szkoła traci monopol na regulację zachowań.
Nauczyciele nie chcą konkurować z ukrytym programem grup rówieśniczych, który obniża standardy zachowań uczniów i ich motywację uczenia się. Po co mają się angażować w ten proces, skoro niektórzy nauczyciele też nie podejmują wysiłku w tym zakresie i nie okazują zainteresowania problemami uczniów.
Każda społeczność potrzebuje stabilności norm, transmisji kodów kulturowych, przewidywalności zachowań jej członków oraz podtrzymania sensu istnienia i uczenia się przez całe życie. W warunkach przyspieszenia technologicznego, kulturowego szkoła staje się jednym z ostatnich miejsc, gdzie można to podtrzymać. Zanika pamięć normatywna mimo posiadania przez większość placówek własnego patrona (w nazwie, na szyldzie, pieczątkach i web-stronie).
W społeczeństwie pluralistycznym szkoła musi budować minimum wspólnoty, mimo różnic światopoglądowych. Tego jednak nie czyni, gdyż musi co kilka lat zmieniać system wartości, ich interpretacji, źródła wiedzy, bo ma pełnić funkcję ideologicznej transmisji zmieniającej się nomenklatury partyjnej.
Im słabsza jest w rodzinie socjalizacja dzieci a sama rodzina ma naruszone struktury ładu społeczno-moralnego, tym większa jest presja na szkołę, by ją uzupełniała, korygowała a nawet terapeutyzowała. Nie da się jednak uporządkować codziennego świata życia uczniów w szkole z wypalonymi zawodowo czy sfrustrowanymi niskim poziomem wynagrodzeń ich nauczycielami, w placówce, która sama pogrążona jest w chaosie, zmienności norm, programów, środków kształcenia, antagonizmie stosunków międzyludzkich itp.
Szkoła zostaje więc postawiona w sytuacji paradoksalnej: ma realizować nowoczesne, progresywne cele edukacyjne, a jednocześnie kompensować deficyty podstawowej socjalizacji w środowisku rodzinnym czy patologie w grupach rówieśniczych. Nie tylko nauczyciele potrzebują jasnych reguł i granic, wzmacniania i różnicowania struktury zajęć, odwoływania się do autorytetu a nie youtuberów oraz poszukiwania stabilnych ram relacji społecznych.
Nie dlatego, że „skręcają w prawo”, lecz dlatego, że bez tych elementów niemożliwe staje się samo prowadzenie procesu dydaktycznego. W tym właśnie zakresie konserwatyzm ujawnia się jako funkcja wychowawcza, a nie jako ideologia. Paradoks współczesnej edukacji polega na tym, że im więcej mówi się o autonomii ucznia, tym bardziej potrzebne są struktury, które tę autonomię umożliwiają. Bez ładu nie ma wolności. Jest tylko chaos relacji, w którym dominują najsilniejsi.
W debacie publicznej konserwatyzm czy liberalizm w edukacji bywa traktowany jak projekt polityczny, coś, co przychodzi wraz ze zmianą władzy i odchodzi wraz z jej utratą. Tymczasem taka interpretacja jest powierzchowna. Nie pozwala uchwycić tego, co dzieje się naprawdę: nie tylko w ministerstwach, lecz przede wszystkim w klasach szkolnych, pokojach nauczycielskich i relacjach między uczniami oraz między nauczycielami a rodzicami uczniów.
Konserwatyzm rozumiany nie jako ideologia, lecz jako funkcja społeczno-kulturowa nie znika wraz ze zmianą rządu. On powraca zawsze wtedy, gdy rozpada się elementarny ład społeczny, bowiem późna nowoczesność przyniosła nie tylko emancypację jednostek, lecz także osłabienie struktur, które przez dekady stabilizowały proces wychowania i kształcenia.
Michael Fullan zwracał uwagę, że systemy edukacyjne nie rozwijają się liniowo. Każde przechylenie, czy to w stronę centralizacji, czy skrajnej autonomii generuje nie tylko nowe problemy, ale także oddolny opór praktyków. Nadmiar kontroli rodzi bunt, nadmiar swobody rodzi chaos, a oba te stany wywołują potrzebę korekty. W tym sensie konserwatyzm nie jest powrotem do przeszłości, lecz mechanizmem przywracania równowagi systemowej.
Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com/











