Na cztery dni przed  Światowym Dniem Ziemi  prof. Stanislaw Czachorowski zamieścił na swoim blogu „Profesorskie Gadanie” obszerny tekst, w którym -pod tym pretekstem – zaprezentował szereg argumentów, przemawiających za koniecznością realizowania przez ludzi w ich codziennym życiu strategii umiaru i praktykowaniu minimalizmu, jako najskuteczniejszego sposobu ratowania Ziemi. I tym razem udostępniam ów tekst bez skrotów:

 

 

Dzień Ziemi i dobrowolna prostota oraz skromność

 

Zbliża się Dzień Ziemi. Po co jest to święto? Tak jak każde podobne, jest kamieniem milowym i rekwizytem do opowieści, by się na chwilę zatrzymać i o czymś ważnym pomyśleć. I powiedzieć. I nie chodzi o to, by celebrować tylko jednego dnia lecz by praktykować każdego dnia w roku.

 

Ja chcę wykorzystać ten dzień do tego, by opowiedzieć o umiarze i codziennym praktykowaniu minimalizmu. I nie chodzi o wielkie akcje lecz zrobienie małego kroku. I tak systematycznie przez cały rok. Krok po kroku. Zmienianie świata na lepsze warto zacząć od siebie samego.

 

W roku 2026, stojąc na krawędzi epoki, którą przyzwyczailiśmy się nazywać antropocenem, stajemy przed pytaniem nie tyle o technologię, co o duszę naszej cywilizacji. Dzień Ziemi przestaje być jedynie kalendarzowym przypomnieniem o segregacji odpadów, globalnych zmianach klimatu, wymieraniu bioróżnorodności, zaśmieceniu środowiska plastikiem, światłem, pestycydami itp., a staje się momentem głębokiego rachunku sumienia. Aby zrozumieć ideę rozwoju zrównoważonego, tego niezbędnego balansu między potrzebami teraźniejszości a losem przyszłych pokoleń, zrównoważenie potrzeb ekonomicznych, społecznych i przyrodniczych, być może musimy powrócić do pojęć, które przez wieki kształtowały ludzką duchowość, a które dziś brzmią jak rewolucyjny manifest: do dumnego ubóstwa, dobrowolnej prostoty, skromności i franciszkańskiej radości z braku. Odejść od nadmiaru konsumpcji do umiarkowania i rozsądku. Mniej konsumować nie z biedy lecz z rozsądku i z wyobraźni, wybiegającej w przyszłość. Najnowsza wojna w Azji Zachodniej i zablokowanie Cieśniny Ormuz dobitnie pokazuje jak iluzoryczne jest uparte trzymanie się źródeł energii ze źródeł kopalnych.

 

Rozwój zrównoważony w swojej istocie nie jest problemem inżynieryjnym, lecz filozoficznym i dotyczy naszego codziennego życia, naszych codziennych wyborów. To wołanie o skromność – tę cichą cnotę, która uczy nas, że człowiek nie jest absolutnym władcą bytu, lecz jego częścią. Owszem, jesteśmy gatunkiem zwornikowym i dominujących obecnie na Ziemi. Skromność w relacji z naturą to uznanie granic wzrostu. To świadomość, że każdy zasób wyciśnięty z Ziemi ponad miarę jest długiem zaciągniętym u tych, którzy przyjdą po nas. Tak jak pożyczka w banku lub chwilówce – trzeba oddać i to z procentami. Skromny byt to taki, który nie krzyczy swoją obecnością, nie przytłacza krajobrazu betonem czy ogołoconymi drzewami ani nie zatruwa wód i gleby plastikiem w imię chwilowej wygody. Jednorazowość konsumpcji kontra zrównoważona skromność i umiarkowanie.

 

W tym kontekście dobrowolna prostota wyłania się jako najbardziej racjonalna odpowiedź na kryzys konsumpcjonizmu. Nie jest ona brakiem, lecz wyzwoleniem. Jest świadomym wyborem. Wybierając prostotę, odrzucamy dyktat posiadania, który przez dekady był motorem napędowym rosnącej gospodarki i niszczenia biosfery. To świadomy gest rezygnacji z nadmiaru, by zyskać przestrzeń na relacje, refleksję i autentyczne doświadczanie świata. W świecie zaprogramowanym na „więcej”, dobrowolna prostota mówi: „dosyć”. Jest to akt polityczny i ekologiczny zarazem, jest to uznanie, że prawdziwa jakość życia nie mierzy się wzrostem PKB, lecz czystością powietrza i spokojem ducha. Nie PKB a jakość codziennego życia powinna być dla nas drogowskazem.

 

Jednak aby prostota nie stała się jedynie estetycznym wyborem elit, musi jej towarzyszyć etos dumnego ubóstwa. W tradycji filozoficznej ubóstwo to nie zawsze nędza, to często wybór moralny, w którym godność jednostki zostaje oddzielona od jej stanu posiadania. Dumne ubóstwo to postawa, w której człowiek woli posiadać mniej, zachowując czyste sumienie wobec planety, wobec innych ludzi, wobec szeroko rozumianego życia biologicznego. To duma z tego, że nie uczestniczy się w wyzysku ziemi i innych ludzi. W dobie kryzysu klimatycznego dumne ubóstwo staje się nowym honorowym kodem, to odwaga bycia „ubogim” w przedmioty, by stać się bogatym w odpowiedzialność.

 

Przykładem tej drogi jest franciszkańskie ubóstwo. I co dziwne, nie narodziło się ono wczoraj, ma już swoją długą historię. Jest to wizja radykalna. Święty Franciszek nie widział w świecie zbioru surowców, lecz wspólnotę „braci” i „sióstr”. Jego ubóstwo nie było smutną koniecznością, lecz radosnym wyzuciem się z egoizmu. Sam zrezygnował z rodzinnego bogactwa i wybrał życie radykalnie skromne. W perspektywie ekologicznej rok 2026 potrzebuje tego franciszkańskiego spojrzenia: zachwytu nad bratem dębem i siostrą traszką pospolitą. Franciszkańskie podejście uczy nas, że dopiero gdy przestajemy traktować ziemię jako swoją własność, możemy naprawdę zacząć ją kochać. Uznajmy, że ją pożyczyliśmy od przyszłych pokoleń. Własność bowiem rodzi lęk i chęć grodzenia, podczas gdy ubóstwo franciszkańskie otwiera ramiona na całe stworzenie.

 

Rozwój zrównoważony, o którym dyskutujemy na międzynarodowych szczytach jak i w akademickich salach wykładowych, musi zostać zasilony tymi czterema strumieniami myśli. Bez skromności nie powstrzymamy pychy eksploatacji. Bez dobrowolnej prostoty nie ograniczymy śladu węglowego i dużego strumienia odpadów po produktach jednorazowych. Bez dumnego ubóstwa nie odnajdziemy godności w umiarze. Wreszcie, bez franciszkańskiej miłości do świata nie znajdziemy motywacji, by go ratować.

 

Dzień Ziemi 2026 niech będzie świętem „mniej”, które staje się „więcej”. Niech będzie celebracją życia, które w swej prostocie odnajduje największy blask, chroniąc jedyny dom, jaki posiadamy, w duchu pokory i głębokiej solidarności z każdym istnieniem.

 

Czytaj dalej »



Wczoraj w Sejmie odbyła się konferencja, zorganizowana przez Komisję do Spraw Dzieci i Młodzieży, na której omawiano wstępne założenia krajowej Strategii Młodzieży. Oto materiały, zawierające informacje o jej przebiegu. Jako pierwszy – komunikat z oficjalnej  strony Sejmu::

 

 

Konferencja „Diagnoza Młodzieży 2026. Sytuacja młodzieży i młodych dorosłych – wnioski dla planowania polityk publicznych”  

 

 

W poniedziałek 20 kwietnia Sejm był gospodarzem konferencji, która rozpoczyna szeroki proces dialogu z młodym pokoleniem oraz instytucjami i organizacjami nad ramami krajowej Strategii Młodzieży. Wydarzenie było organizowane przez Komisję do Spraw Dzieci i Młodzieży we współpracy z Ministerstwem Edukacji Narodowej i Polskim Towarzystwem Polityki Społecznej.

 

Diagnoza Młodzieży jest dokumentem poruszającym. Wyzwania, które widzimy przed młodym pokoleniem są wyzwaniami, z którymi wcześniejsze pokolenia się nie mierzyły, w tym z zerwanymi więziami, brakiem relacji, poczuciem samotności i brakiem wsparcia. Równocześnie mam poczucie, że żyjemy w czasach, gdzie wrażliwość i empatia jest na znacznie wyższym poziomie niż kilkadziesiąt lat temumówiła podczas konferencji minister edukacji Barbara Nowacka.

 

W ocenie Barbary Nowackiej sensem budowania Strategii Młodzieży jest włączenie młodych w decydowanie o sobie, o swojej przyszłości. – Chcę, żeby młodzi ludzie zbudowali tę strategie razem z nami, by dołożyli swój głos do tego jak będzie wyglądała Polska począwszy od zdrowia, poprzez edukację, kwestie dotyczące dostępu do mieszkań czy transportu publicznego. To narzędzie, które może dać młodym ludziom sprawczość w życiu publicznym – podkreśliła.

 

Z kolei przewodnicząca podkomisji stałej do spraw jakości kształcenia i wychowania pos. Dorota Łoboda wyraziła dumę z faktu stworzenia „tak kompleksowej diagnozy dotyczącej najmłodszego pokolenia”. – Przygotowana została w profesjonalny sposób i wynika z niezliczonych rozmów z młodymi osobami. To dla nas punkt wyjścia do dalszych prac – oświadczyła. – Młode osoby w sposób jasny i otwarty mówią w niej zarówno o swoich potrzebach, nadziejach, wyzwaniach przed którymi stoją, o tym jak odnajdują się w społeczeństwie. Ta diagnoza obaliła też kilka mitów, które funkcjonują w przestrzeni publicznej, które dotyczą młodych osób. Młode osoby jasno też zakomunikowały jakiego wsparcia potrzebują od państwa – stwierdziła.

 

Dodała, że to nie jest koniec współpracy z młodymi osobami i organizacjami, które je reprezentują. – Zależy nam na tym, żeby dotrzeć do młodego pokolenia, ale żeby dać też mu szansę na dotarcie do osób, które tworzą polityki. Tak, by te polityki nie były tworzone w oderwaniu, „do szuflady”, ale by były rzeczywistymi narzędziami, które będą tworzyły odpowiedzialne i odporne państwo – zaznaczyła.

 

Przedstawiciele Polskiego Towarzystwa Polityki Społecznej, organizacji i fundacji pracujących z młodzieżą, autorzy ekspertyz, które powstawały wokół diagnozy, a także parlamentarzyści rozmawiali o procesie dialogu z młodzieżą, wyzwaniach przyszłości przed którymi stoi młode pokolenie oraz o tym co w projektowanym dokumencie strategicznym powinno się znaleźć. Przedstawiano propozycje organizacji pozarządowych i instytucji w zakresie obszarów kluczowych. Podkreślano, że to właśnie osoby młode są najbardziej podatne na dezinformację, polaryzację i radykalizację a strategia na rzecz młodzieży, zarówno osób małoletnich, jak i młodych dorosłych, jest niezwykle potrzebna jako budowanie odporności społecznej.

 

Moderatorami dyskusji byli  Paweł Rabiej,  dr Konrad Ciesiołkiewicz oraz  dr Agata Jastrzębowska.

 

Diagnozę [Plik PDF z jej treścią – TUTAJ], która przedstawia najważniejsze współczesne wyzwania rozwojowe i społeczne młodego pokolenia oraz rekomendacje, opracowali eksperci Polskiego Towarzystwa Polityki Społecznej, reprezentujący ponad 20 uczelni wyższych, oraz praktycy z instytucji zajmujących się wspieraniem młodzieży i młodych dorosłych. Powstała ona na podstawie analizy ponad 200 badań przeprowadzonych w latach 2020–2025 oraz badań własnych PTPS. Analizuje wieloletnie trendy kształtujące tożsamość młodzieży, takie jak indywidualizm, immersja cyfrowa, chroniczny kryzys, napięcie i lęk, polaryzacja, infodemia czy dezinformacja.

 

 

Źródło: www.sejm.gov.pl

 

x           x           x

 

Dzisiaj „Gazeta Wyborcza” zamieściła tekst, informujący o tym spotkaniu w Sejmie:

 

Młodzi, radykalni, osamotnieni. Państwo chce wypracować dla nich strategię  –  TUTAJ

 

 

x           x           x

 

 

Zobacz także co o owym wydarzeniu napisał na swoim poselskim fb-profilu Marcin Józefaciuk 

 

 

Dzisiaj w Sejmie rozmawialiśmy z organizacjami społecznymi o „Diagnozie Młodzieży”.

 

I dobrze, że ta rozmowa się odbyła. Bo ten raport jasno pokazuje, że młode pokolenie nie ma jednego problemu. Ma ich cały system. […]

 

Cały post  –  TUTAJ

 

 



Na dwa tygodnie przed dniem, w którym tegoroczni absolwenci szkół średnich zasiądą do egzaminu maturalnego z j. polskiego – na portalu „Strefa Edukacji”  – zamieszczono tekst, prezentujący poglądy Karola Dudek-Różyckiego, doktora nauk chemicznych, nauczyciela akademickiego na Wydziału Chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego, przewodniczącego Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Przedmiotów Przyrodniczych –  nauczyciela chemii w VIII Prywatnym Akademickim Liceum Ogólnokształcącym w Krakowie – o jakości matury, czyli najważniejszego w cyklu edukacji szkolnej sprawdzianu wiedzy. Oto obszerne fragmenty tego tekstu oraz link do jego elnej wersji:

 

 

Matura miała różnicować uczniów. Zamiast tego ujawnia błędy całego systemu edukacji

 

Matura rozszerzona miała różnicować poziom uczniów i wyznaczać kierunek dalszej edukacji. Egzamin, który powinien być obiektywnym sprawdzianem wiedzy, coraz częściej ujawnia niedopasowanie całego systemu edukacji do realnych możliwości uczniów. Jednocześnie weryfikuje nie tylko wiedzę, lecz także decyzje podejmowane zbyt wcześnie i bez rzetelnej informacji zwrotnej.

 

Zbliżają się matury, a dla tysięcy uczniów to moment, który może przesądzić o ich dalszej ścieżce edukacyjnej. Szczególne znaczenie mają przedmioty rozszerzone – wybierane często pod konkretne studia i przyszły zawód. To właśnie wokół nich co roku wraca pytanie: czy matura jest dziś za trudna? Eksperci zwracają jednak uwagę, że to nie do końca właściwie postawiony problem. Sedno leży gdzie indziej: w konstrukcji egzaminu i jego roli w całym systemie edukacji. – To nie jest kwestia tego, czy matura z chemii jest trudna, czy nie, bo samo pojęcie „trudności” jest bardzo względne. To, co dla jednej osoby będzie trudne, dla innej może okazać się łatwe – i odwrotnie. Problem leży gdzie indziej: w tym, co tak naprawdę decyduje o poziomie i treściach tego egzaminumówi w rozmowie ze Strefą Edukacji dr Karol Dudek-Różycki. W praktyce decyduje o tym fakt, że chemia i biologia są traktowane jako ścieżka prowadząca na studia medyczne. To sprawia, że – używając tego uproszczenia – są to egzaminy trudniejsze niż np. geografia. Nie chodzi przy tym o wartościowanie przedmiotów, ale o realne konsekwencje: uczniowie przeciętni z chemii czy biologii wypadają słabo.

 

Jak podkreśla, wielu maturzystów, zdających na egzaminie maturę z chemii czy biologii, wcale nie celuje w najwyższe wyniki ani nie planuje studiów medycznych. Często wybierają te przedmioty z myślą o kierunkach technicznych czy inżynieryjnych, gdzie chemia jest przydatna, ale nie wymaga aż tak wysokiego poziomu. Tymczasem egzamin jest dostosowany do najbardziej wymagających ścieżek, a to sprawia, że ich wyniki są relatywnie niższe, co może ograniczać dalsze możliwości edukacyjne.

 

Rocznik rocznikowi nierówny. Wyniki zależą nie tylko od wiedzy

 

Na problem zwraca uwagę także kwestia porównywalności wyników między rocznikami. Jak wskazuje dr Dudek-Różycki, matura nie jest dziś w pełni wystandaryzowana, co wpływa na odbiór jej wyników. Nie mamy dziś realnej standaryzacji egzaminu, przez co jego wyniki nie są w pełni porównywalne między rocznikami. W efekcie matura ma w pewnym stopniu charakter uznaniowy – nie tylko w kwestii poziomu trudności, ale także doboru treści i jakości zadań – wyjaśnia dr Dudek-Różycki.

 

W praktyce oznacza to, że o wyniku matury może decydować nie tylko wiedza ucznia, ale także to, na jaki arkusz trafi. Różnice między rocznikami sprawiają, że egzamin, zamiast być obiektywnym miernikiem, bywa odbierany jako mniej przewidywalny. – Może się więc zdarzyć, że w jednym roku egzamin wypadnie relatywnie łatwiej niż w kolejnym, co bezpośrednio przekłada się na wyniki uczniów. Ci, którym poszło lepiej rok wcześniej, mogą zająć miejsca na studiach kosztem tych, którzy trafili na trudniejszy arkusz – i nie wynika to wyłącznie z ich przygotowania.

 

[…]

 

Miała być przełomem w edukacji. Skończyło się na niespełnionych założeniach

 

Reforma edukacji wprowadzana przez Annę Zalewską miała być momentem przełomowym. Jednym z jej założeń było podniesienie poziomu egzaminów i wyraźniejsze różnicowanie uczniów – tak, by matura rzeczywiście pełniła funkcję selekcyjną i pozwalała wyłonić najlepiej przygotowanych. – Warto przypomnieć informatory, które do dziś są dostępne. Gdyby wprowadzić zadania na poziomie tam zaproponowanym – zgodnie z założeniami opublikowanymi w czasie reformy Anny Zalewskiej przez Marcina Smolika na stronie Centralnej Komisji Egzaminacyjnej – a jednocześnie ustalić próg zdawalności, o którym wtedy dyskutowano (30 lub 50 proc.), oraz dodać czwarty egzamin na egzaminie ósmoklasisty z przedmiotu do wyboru, zupełnie inaczej ocenialibyśmy dziś tę reformę.

 

W praktyce jednak wiele z tych pomysłów nie zostało zrealizowanych lub z czasem je porzucono. – Zmieniłoby się też funkcjonowanie całego systemu. Rekrutacja do klas o profilu biologiczno-chemicznym mogłaby być powiązana z wynikami z biologii lub chemii już na etapie egzaminu ósmoklasisty. Uczniowie otrzymywaliby wówczas realną informację zwrotną i nie trafialiby na te profile na podstawie wyników z języka polskiego czy angielskiego. […]

 

Pandemia, kolejne decyzje polityczne i stopniowe obniżanie wymagań sprawiły, że pierwotna wizja zaczęła się rozmywać. Dziś – zamiast systemu, który podnosi poziom – mamy raczej system, który nie daje jasnych sygnałów ani uczniom, ani nauczycielom. – W efekcie pierwotne założenia reformy zaczęły się rozmywać. A przecież w swojej istocie był to pomysł, który miał pokazać, że matura to poważny egzamin, a nie formalność, i że nie każdy musi iść do liceum czy na studia. Ta myśl – w mojej ocenie bardzo wartościowa – gdzieś po drodze została zaniedbana.

 

Zdaniem Dudka-Różyckiego to właśnie odejście od pierwotnych założeń reformy sprawiło, że system stracił spójność. Zamiast stopniowego podnoszenia wymagań i budowania jasnej ścieżki rozwoju dla uczniów, kolejne decyzje prowadziły raczej do ich rozluźniania. – Dziś znajdujemy się w sytuacji, w której zamiast podnosić poziom nauczania, system raczej go obniża. Brakuje narzędzi weryfikujących przygotowanie uczniów już na wcześniejszych etapach edukacji – takich jak rozszerzone egzaminy z poszczególnych przedmiotów na poziomie szkoły podstawowej.

 

System nie tylko nie realizuje ambitnych celów, które sobie kiedyś stawiał, ale też nie daje uczniom i nauczycielom jasnych sygnałów, w jakim kierunku powinien się rozwijać. A to sprawia, że dyskusja o „trudności matury” schodzi na dalszy plan – bo problem leży znacznie głębiej. […]

 

 

Cały tekst „Matura miała różnicować uczniów. Zamiast tego ujawnia błędy całego systemu edukacji”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.strefaedukacji.pl

 



Oto dwa teksty – oba z „Portalu dla Edukacji” – dotyczące przesłanek, które powinny być uwzględniane podczas podejmowania decyzji i kontynuacji dalszej nauki przez ósmoklasistów. Nie wyłącznie pozycją zajmowaną przez szkołę w Rankingu „Perspektyw”:

 

 

Nie każda „najlepsza” szkoła jest dobra dla ucznia. Rankingi mogą być mylące

 

Wysokie miejsce szkoły w rankingu nie gwarantuje, że będzie ona dobra dla każdego ucznia – powiedziała kierowniczka Centrum Doradztwa Zawodowego Beata Grzelak. […]

 

Wiosna to czas, gdy uczniowie kończący szkołę podstawową podejmują decyzję, w jakich szkołach średnich chcą kontynuować naukę. Są wśród nich młodzi ludzie, którzy doskonale wiedzą, jaką szkołę wybrać, a nawet już studia. Inni nie mają pomysłu, gdzie chcieliby się uczyć po VIII klasie i co robić w przyszłości. 

 

Beata Grzelak, kierowniczka Centrum Doradztwa Zawodowego w Warszawskim Centrum Innowacji Edukacyjno-Społecznych i Szkoleń (WCIES) wyjaśnia jak dorośli mogą im pomóc. -Zapraszam takich młodych ludzi na spotkanie z doradcą zawodowym, można ich znaleźć w takiej instytucji jak moja. Pomogą. Młodzi ludzie mogą też porozmawiać z nauczycielem. Wychowawca to osoba, która zna mocne strony swoich uczniów. Warto też, by uczniowie porozmawiali na ten temat ze swoimi rodzicami, by była to spokojna, szczera rozmowa o tym, czym się interesują, jaki mają pomysł na swoją przyszłość. Rodzice mogą mieć inne pomysły niż dzieci. Uczeń powinien zastanowić się z rodzicami nad swoimi mocnymi i słabymi stronami. To ważny pierwszy krok powiedziała Grzelak.

 

Drugim, jest zebranie różnych informacji na temat szkół. – Aby dobrze wybrać szkołę, warto wiedzieć, z czego można wybierać. To liceum, technikum czy branżowej szkole pierwszego stopnia. Nauka w każdym z tych typów szkół inaczej wygląda, inne są regulacje, inne możliwości daje ukończenie ich zaznaczyła ekspertka.

 

[…]

 

Ekspertka odniosła się też do pytania, czy przy wyborze szkoły kierować się opiniami innych uczniów i ich rodziców, czy może publikowanymi rankingami szkół. Według Grzelak tyle, ilu uczniów ma dana szkoła, tyle będzie opinii o niej.

 

– Jeśli pytamy kogoś, co myśli o danej szkole, to pytajmy też, dlaczego ma taką, a nie inną opinię. Bardzo ważne jest krytyczne myślenie – zaznaczyła. W przypadku rankingów, dodała, trzeba pamiętać, że są one konstruowane w oparciu o konkretne wybrane kryteria.O szkołach, które są w pierwszej dziesiątce rankingu, mówi się potocznie, że to są najlepsze szkoły. Ja się z tym nie zgadzam. To są szkoły, które akurat według określonych kryteriów odniosły sukces, według określonej metodologii. Często też za tym stoją inne elementy, których po prostu w rankingach nie widać – zaznaczyła.[…]

 

Zauważyła też, że jeśli w wyniku rekrutacji do danej szkoły i klasy trafią sami uczniowie, którzy w szkole podstawowej mieli głównie piątki i szóstki, to nie wszyscy będą je w nowej szkole dostawać.Wysokie miejsce szkoły w rankingu nie gwarantuje, że będzie ona dobra dla każdego ucznia. Naturalny rozkład powoduje, że w tej nowej klasie będą uczniowie z piątkami i szóstkami, ale też z dwójkami i trójkami oraz ci pośrodku. Nie każdy zdolny uczeń się w tym odnajdzie. Jednych to zmotywuje do pracy, innych wręcz przeciwnie. Dlatego tu też ważna jest rozmowa rodziców z dzieckiem, być może pogłębiona w trakcie kontaktu z doradcą. Trzeba wziąć pod uwagę dojrzałość psychiczną i emocjonalną dziecka, to, jak radzi sobie z trudnościami – podkreśliła.

 

 

Cały tekst „Nie każda „najlepsza” szkoła jest dobra dla ucznia. Rankingi mogą być mylące”  –  TUTAJ

 

 

x           x           x

 

 

Przed kilkoma dniami (5 kwietnia) na tym samym portalu zamieszczono tekst, który także podejmował problemy wyboru przez ósmoklasistów szkoły ponadpodstawowej. Oto możliwość zapoznania się z nim – bez poszukiwania w Internecie:

 

 

Wybór szkoły po jednym kryterium to jak granie na loterii.

Co piąty 13-latek korzysta z porównywarki *

 

Wybór szkoły średniej jedynie w oparciu o rankingi wyników egzaminów i olimpiad jest przestarzały uważają Rafał Flis, założyciel Fundacji Zwolnieni z Teorii i Stowarzyszenia Świadomie Wybieram oraz Wiktor Stanisławek, założyciel i prezes Stowarzyszenia Świadomie Wybieram, wyróżniony na liście Top 1000 Innovators Stanford/UC Berkeley. Jak twierdzą, dla młodych ludzi – obok zdobycia wiedzy – coraz bardziej liczą się możliwość rozwoju kompetencji i poczucie sprawczości.

 

>Po pierwsze atmosfera, po drugie przyjemność z nauki, po trzecie wyniki matur. Według takich kryteriów uczniowie coraz częściej szukają szkoły ponadpodstawowej.

 

>Zdaniem Rafała Flisa i Wiktora Stanisławka znaczenie zyskują kompetencje przekrojowe i doświadczenie praktyczne, a szkoła potrzebuje zarządzania portfelowego przez odpowiednie kryteria.

 

>Nasi rozmówcy uważają, iż trzeba zacząć wyróżniać dyrektorów za coś więcej niż tylko lifehakowanie matury. […]

 

 

Cały tekst „Wybór szkoły po jednym kryterium to jak granie na loterii. Co piąty 13-latek korzysta z porównywarki*”

–  TUTAJ  

 

 

 

*Oto strona „Stowarzyszenia Świadomie Wybieram”, gdzie jest dostępna – wspomniana w powyższym artykule – porównywarka  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/

 

 

 



Oto zamieszczony wczoraj na blogu „Wokół Szkoły” tekst Jarosława Pytlaka, w którym zawarł on pogłębioną analizę opracowanej w MEN (i IBE) reformy, lansowanej przez władzę na różne sposoby – także na zorganizowanym 9 marca b.r. w studiu „Strefy Adukacji”, w której kolega Pytlak uczestniczył. W trosce o to, aby cały tekst był dostępny na OE – zamieszczam go bez skrótów:

 

 

Kompas Jutra”, czyli „Weźmy się i zróbcie!”

 

Debata w studiu „Strefy Edukacji”, w której wziąłem udział 9. marca wraz z dr Kingą Białek, ekspertką Instytutu Badań Edukacyjnych, i dyrektorem tej placówki, dr. hab. Maciejem Jakubowskim, oraz Sławomirem Wittkowiczem, przewodniczącym Wolnego Związku Zawodowego „Forum-Oświata”, stanowiła kolejną odsłonę mojego udziału w publicznej dyskusji na temat reformy edukacji. W założeniu red. Magdaleny Konczal miało to być – i było – zderzenie dwóch perspektyw: z jednej strony współautorów „Kompasu Jutra” z IBE, przekonanych, że jest to przedsięwzięcie potrzebne i gotowe do wdrożenia, z drugiej – sceptyków, do których się zaliczam, wskazujących na rozmaite okoliczności, które odbierają sens projektowanym zmianom.

 

W naszych wypowiedziach pojawił się żal z powodu nieobecności przedstawicieli Ministerstwa Edukacji Narodowej. Ta okoliczność sprzyjała chyba jednak otwartości debaty, choć oczywiście widać było wyraźną polaryzację stanowisk. Jeśli ktoś ma godzinę z okładem wolnego czasu, może wyrobić sobie własną opinię, oglądając materiał opublikowany przez „Strefę Edukacji”.

 

Nie mnie oceniać jak wypadłem, ale byłem starannie przygotowany. Swoje obiekcje wobec reformy spisałem zawczasu w sześciu punktach, z kilkunastoma podpunktami. Co było do przewidzenia, ze względu na formułę spotkania, zdołałem zgłosić tylko niektóre. Dlatego, korzystając ze zbójeckiego prawa publicysty, zaprezentuję tutaj całość, w sposób uporządkowany, a dodatkowo, w drugiej części artykułu, pozwolę sobie skomentować wypowiedzi innych dyskutantów w sprawach, które uważam za szczególnie istotne.

 

x           x           x

 

Na początek przyjmijmy za bezdyskusyjne, że polska szkoła powinna zmieniać się szybciej niż ma to miejsce obecnie, choć – jak podkreśliłem w debacie – ona i tak bardzo się w ostatnich dziesięcioleciach zmieniła. Stwierdzam to jako naoczny świadek tej ewolucji. Wyraźnie jednak nie nadąża za przemianami społecznymi, szczególnie że przestała być motorem tych przemian, co w przeszłości stanowiło fundament jej racji bytu.

 

Reforma „Kompas Jutra” alias „Reforma 26”, zdaniem jej autorów, ma być odpowiedzią na tę potrzebę przyspieszenia. Tymczasem ja uważam, że nie jest i nie będzie. W swojej istocie stanowi bowiem zmianę wycinkową, dotyczącą głównie programu nauczania, kompletnie ignorując fundamentalną kwestię dostępnych zasobów ludzkich i materialnych, a także cały kontekst społeczny.

 

To tak najkrócej, a teraz szczegóły.

   

Wątpliwe źródła koncepcji

 

Reformowanie edukacji dotyczy bezpośrednio milionów uczniów i setek tysięcy nauczycieli, a w tle dodatkowo ogromnej rzeszy rodziców, żywo zainteresowanych dobrem swoich dzieci. System oświaty jest bodaj najbardziej złożonym mechanizmem w społeczeństwie, o ogromnej bezwładności. Jakakolwiek jego zmiana musi opierać się na rzetelnej diagnozie stanu zastanego, analizie potrzeb i rachunku dostępnych zasobów. Dopiero na tej podstawie możliwe jest wyznaczenie celów i stworzenie adekwatnej do nich strategii działania. Tyle teoria, dostępna m.in. w szeregu opracowań wybitnych polskich pedagogów. Niestety, w przypadku „Kompasu Jutra” zderzyła się ona, nie po raz pierwszy w historii ostatniego ćwierćwiecza, ze sposobem pojmowania polityki edukacyjnej jako misji, którą ma do spełnienia rządzące aktualnie ugrupowanie. Możliwie szybko, w nadziei, że ewentualna kolejna zmiana polityczna nie cofnie zainicjowanego procesu. W świetle dotychczasowych doświadczeń – nadziei całkowicie nieuzasadnionej.

 

„Reformę 26” reklamuje się jako opartą na badaniach naukowych. Próżno jednak szukać jakiejś aktualnej naukowej diagnozy stanu polskiej oświaty. Obowiązuje narracja oparta na wynikach badań międzynarodowych, głównie PISA. Świadczą one, mówiąc w uproszczeniu, że polscy uczniowie osiągają wysokie wyniki w zakresie zdobywania wiedzy i umiejętności (nawet jeśli po reformie Zalewskiej doszło do pewnego tąpnięcia), natomiast po prostu nie lubią szkoły i źle się w niej czują, za czym idzie brak wiary w sens takiej edukacji. Uznano, że to wystarczy, by zaprojektować działania naprawcze. Postanowiono więc zmienić podstawy programowe, zarówno w zakresie treści, jak i formy, by określić na nowo cele edukacji, a przy okazji wymusić na nauczycielach zmianę metod pracy. Założono, że w wyniku tych działań młodzi ludzie polubią szkołę i zdobywanie wiedzy, nauczyciele ulegną pozytywnej przemianie, ale zarazem, uwaga(!), uczniowie będą nadal osiągać wysokie wyniki w zakresie zdobywania wiedzy i umiejętności. Skąd zaczerpnięto taką pewność – naprawdę trudno powiedzieć.

 

W obrazie rysowanym przez reformatorów uderza przekonanie, że źródłem niekorzystnych zjawisk jest sama szkoła, a w szczególności nauczyciele. Nie dostrzega się kontekstu społecznego jej funkcjonowania, choćby skutków pandemii czy lęku wywołanego toczącą się niedaleko wojną, nie analizuje się też sytuacji w rodzinach i jej wpływu na funkcjonowanie dzieci, także w szkole. Nisko oceniając obecną pracę nauczycieli, równocześnie pokłada się ogromną nadzieję w tym, że po odpowiednim natchnięciu nową ideą i przeszkoleniu w zakresie najskuteczniejszych metod, będą oni w stanie osiągać ambitne cele, nakreślone w nowej formie, tzw. „profilu absolwenta”, bez względu na swoją fatalną kondycję psychiczną i frustrację materialną oraz ogromne wyzwania związane z upowszechnianiem się edukacji włączającej. To może dobrze wyglądać na slajdach, ale jest bardzo odległe od obecnych realiów polskich szkół i przedszkoli.

 

Koncepcja reformy „Kompas Jutra” nie posiada recenzji niezależnych specjalistów z zakresu szeroko rozumianych nauk pedagogicznych. Nie wspierają jej opinie fachowych autorytetów – cały wysiłek popularyzatorski spoczywa na ministrze i wiceministrach oraz na dyrektorach IBE – przy całym szacunku, osobach o wycinkowej lub wręcz żadnej wiedzy na temat problemów, z jakimi mierzą się obecnie placówki oświatowe. Jako podstawę naukową wskazuje się badania sondażowe, tzw. „głos nauczycieli-praktyków”, który nie ma waloru badań naukowych. Dodatkowo pojawiła się narracja, że reforma w swojej istocie ma tylko upowszechnić dobre praktyki, które już dzieją się w wielu szkołach. Trudno o bardziej dobitne świadectwo populizmu i lekceważenia metodologii dokonywania zmian w systemie edukacji.

   

Krytyczny czynnik czasu

 

Czytaj dalej »



.

 

O unikaniu skrajności i szukaniu „złotego środka” w wychowaniu

 

Skoro w zeszłotygodniowym eseju pisałem dlaczego „Letnią szkołę dla rodziców” wymyślił profesor biologii, a nie pedagogiki, to dzisiaj skupię się na zamieszczonym wczoraj tekście profesora pedagogiki właśnie. I to nie byle jakiego profesora, bo takiego z prawie 27-oletnim stażem, który przez (niecałe) 5 lat był rektorem Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Łodzi, a w latach 2011 – 2019 był przewodniczącym Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN. Jest (jak dotąd) doktorem honoris causa pięciu uczelni: Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie (2014), Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy (2016), Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II (2017), Narodowej Akademii Nauk Pedagogicznych Ukrainy (2019) i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie (2020). Już chyba wiecie, że tym profesorem jest prof. dr hab. Bogusław Śliwerski, a tym tekstem jest zamieszczony przeze mnie wczoraj  tekst p.t. Pedagogika a generacja TikTok’a”.

 

 

Odpuszczę sobie zgłębianie wiedzy o autorze książki „Generation TikTok”, podpisanym jako Niko Kappe, choć i ten wątek jest interesujący. Pozwolę sobie – jako zaledwie magister pedagogiki – na kilka komentarzy do wybranych cytatów z owego tekstu profesora Śliwerskiego.

 

Oto te cytaty:

 

Niniejsza narracja oferuje prostą obietnicę: jeśli ograniczymy dostęp do telefonów komórkowych, to ocalimy młode pokolenie przed samym złem. „Siłą” takiej narracji jest odwoływanie się do nauk medycznych, do neuronauki i psychologii rozwojowej, […]

    

Na drugim biegunie pojawia się narracja adaptacyjna.  Nie należy zatem z nią walczyć, lecz starać się ją zrozumieć, nie zakazywać, lecz towarzyszyć dzieciom w korzystaniu z niej.  […]

 

Powinniśmy zmierzać ku arystotelesowskiej pedagogice równowagi, pedagogice zrównoważonego rozwoju. Nie przymus vs swoboda, nie zakaz vs adaptacja, lecz roztropność pedagogiczna. […]

 

 

Potrzebna jest edukacja ( i wspierająca ją nauka) która widzi zagrożenia, ale nie popada w panikę, akceptuje rzeczywistość, ale nie ulega iluzji oraz korzysta z interdyscyplinarnej wiedzy, ale nie traci kontaktu z indywidualnym doświadczeniem.

 

 

Największym zagrożeniem cyfrowego wychowania i kształcenia nie jest ani technologia, ani jej brak, lecz utrata zdolności do rozróżniania między wiedzą, doświadczeniem i opinią. Może właśnie to, a nie TikTok, jest dziś prawdziwym problemem pedagogiki rodziny, szkoły i polityki oświatowej.

 

 

Przekonanie, że jeśli ograniczymy dostęp do telefonów komórkowych, to ocalimy młode pokolenie przed samym złem leży u podłoża administracyjnych i/lub ustawowych zakazów posiadania przez uczniów na terenie szkoły telefonów komórkowych (bardziej adekwatne byłoby użycie nazwy „smartfonów”), który już obowiązuje w takich państwach jak Portugalia, Austria, Francja i Australia, a w kilku innych – w tym w Polsce – ma wkrótce wejść w życie.

 

 

Profesor napisał, że  „Siłą takiej narracji jest odwoływanie się do nauk medycznych, do neuronauki i psychologii rozwojowej”. A to pozwala mi przypuszczać, że są nauki „ościenne” do pedagogiki, których wiedzy nie do końca pan profesor dowierza…

 

 

Ale i ów „drugi biegun”, którym wg. niego jest „narracja adaptacyjna”, polegająca na tym aby potrzebę ciągłego posiadania przez dzieci telefonu zrozumieć, nie zakazywać i towarzyszyć im w korzystaniu z nich, także nie jest przez prof. Śliwerskiego akceptowany.

 

Jest on przekonany, że nie powinno się wybierać między przymusowym zakazem a  swobodą korzystania, lecz że właściwą strategią jest „roztropność pedagogiczna”. Już kilka dni temu – 9 kwietnia – profesor zamieścił na swym blogu tekst, zatytułowany „Roztropność wychowawcza między przymusem a swobodą”. Oto jak tam pojęcie owej „roztropności” zdefiniował:

 

„…roztropność (racjonalność) podmiotów wychowania. Można ją zdefiniować jako zdolność do rozpoznania sytuacji wychowawczej, adekwatnego doboru środków oraz korygowania własnych działań w zmieniających się warunkach.

 

Prawdopodobnie pisał to będąc po lekturze książki – zmarłego 10 sierpnia 2023 r.-   prof. Mariana Śnieżyńskiego, zatytułowanej „Roztropność Nauczycielska”, wydanej w 2020 roku.

 

 

Na koniec tego eseju muszę się przyznać, że i ja jestem zwolennikiem „złotego środka”, czyli w przypadku dualizmu – „zakazywać czy pozwalać” – nie opowiadam się ani za „rób ta co chceta”, ani za metodami policyjnymi. Doszedłem do takiego przekonania podczas moich wieloletnich doświadczeń wychowawcy a także dyrektora szkoły – choćby na przekładzie obowiązującego „od zawsze” w szkołach i placówkach opiekuńczo-wychowawczych zakazu palenia papierosów. Nie tylko w kierowanej przeze mnie „Budowlance”, ale także na podstawie moich licznych kontaktów z dyrekcjami innych szkół wiem, że: nigdzie nie byliśmy w stanie zagwarantować, aby ów zakaz był w stu procentach przestrzegany. I nawet tam, gdzie naprawdę niewielki procent uczniów go nie przestrzegało, to bardzo wielu z nich nie udało się dzięki temu „wychować” w abstynencji nikotynowej. Wiedzą o tym wszyscy, którzy obserwowali co robią uczennice i uczniowie tuż po wyjściu ze szkoły…

 

 

Generalnie zgadzam się z treścią ostatniego akapitu owego tekstu prof. Śliwerskiego:

 

Potrzebna jest edukacja […] która widzi zagrożenia, ale nie popada w panikę, akceptuje rzeczywistość, ale nie ulega iluzji oraz korzysta z interdyscyplinarnej wiedzy, ale nie traci kontaktu z indywidualnym doświadczeniem.”

 

Ale…

 

Ale, także na podstawie moich wieloletnich doświadczeń w pacy z dziećmi i młodzieżą, nie mam wątpliwości, że prawdziwie wychowawczym jest dostarczanie uczniom wiedzy –  uwiarygodnianej własnym autorytetem i posiadanym u nich zaufaniem, ale i przykładem osobistym – o szkodliwości tych form zachowań, a nie zakazywanie, kontrole, monitoring i kary!

 

 

Dlatego – szanowne kierownictwo MEN oraz drodzy rodzice –  ważniejsza od ustawy o zakazie telefonów, tak jak i palenia papierosów, picia napojów alkoholowych i „ćpania”, jest przede wszystkim edukacja zdrowotna – w jej pełnym zakresie i jako przedmiot obowiązkowy…

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



Poniżej udostępniam najnowszy tekst prof. Bogusława Śliwerskiego, zamieszczony w nocy, lecz już z dzisiejszą datę na jego blogu „Pedagog”, w którym przeprowadził on krytyczną analizę książki pewnego niemieckiego nauczyciela i youtubera o trudnym do ustalenia prawdziwym nazwisku – w tym przypadku występującym jako Niko Kappe.

 

Pedagogika a generacja TikTok’a

 

 Źródło: www.megaksiazki.pl

 

Książka Niko Kappe’go – nauczyciela a zarazem youtubera – jest przykładem pedagogiki potocznej legitymizowanej selektywną recepcją prac naukowych. Jej autor dzieli się swoją recepcją aktywności nastolatków w social medium. Nie jest naukowcem, nie sięga po metody analizy treści czy dyskursów społecznych, ale bardzo dobrze wyczuł trend  najmłodszych generacji, które są zafascynowane TikTokiem.

 

W swojej narracji stara się odczytać pragnienia także własnych uczniów, toteż sporadycznie sięga po wyniki badań społecznych, by zwrócić uwagę na wywoływane przez publicystów argumenty, które pojawiają się w sporze o kształt współczesnej socjalizacji cyfrowej dzieci i młodzieży.

 

Istnieją w debacie na temat wychowania i związanych z nim zagrożeń trzy opowieści o cyfrowym świecie dzieci i młodzieży. Każda z nich rości sobie prawo do prawdy, chociaż nią nie jest. Każda też mobilizuje emocje wśród dorosłych, bo młoda generacja w ogóle nie jest tym zainteresowana, jak jest postrzegana oraz jakie wzbudza uczucia. Każda narracja – w swojej skrajnej postaci – oddala nas od rzeczywistości socjalizacyjnej i wychowawczej.

 

Pierwsza mówi: media cyfrowe są zagrożeniem w rozwoju dzieci i młodzieży. Druga przekonuje, że to normalność, zaś trzecia sugeruje, że cyfrowe technologie są znakomitym zasobem do zarządzania nim w każdym środowisku życia. Pomiędzy nimi jest dziecko, osoba do 18 roku życia, która nie posiada jeszcze pełnych praw do samostanowienia. O jej losach rozstrzygają dorośli – opiekunowie, rodzice, nauczyciele, ale bywa, że i terapeuci czy medycy.

 

Nik Kappe reprezentuje drugi typ postaw, który występuje u osób sprzeciwiających się w powyższej kwestii wzbudzaniu czy utrzymywaniu paniki w społeczności dorosłych. Nie przemilcza jej obecności w przestrzeni publicznej. Przywołuje najgłośniejszy w krajach niemieckojęzycznych ton ostrzegawczy rozpraw Manfreda Spitzera, którego książki są tłumaczone na język polski wpisując się w nurt „czarnej pedagogiki”.

 

Reprezentowany przez Manfreda Spitzera pierwszy z wymienionych rodzajów postaw wobec mediów cyfrowych, silnie rezonuje w przestrzeni publicznej i polityce, bo autor operuje jedynie językiem zagrożenia. Smartfon staje się tu nie narzędziem, lecz toksyną. TikTok nie jest zatem przestrzenią popkultury, lecz mechanizmem degradacji poznawczej a nawet zdrowotnej.

 

Niniejsza narracja oferuje prostą obietnicę: jeśli ograniczymy dostęp do telefonów komórkowych, to ocalimy młode pokolenie przed samym złem. „Siłą” takiej narracji jest odwoływanie się do nauk medycznych, do neuronauki i psychologii rozwojowej, bo społeczeństwo w swej większości nie jest w stanie poznawczo konkurować z wiedzą uczonych, a ci mogą spokojnie wędrować po kraju i straszyć destrukcją mózgu czy szerzej – psychiki dziecka.

 

Słabością jednak tej narracji jest redukcjonizm procesów bio-psycho-społecznych do jednej czy dwóch zmiennych. Osoba zostaje tu sprowadzona do mózgu, zaś jej  wychowanie do profilaktyki „oczywistych” szkód. W tej logice rodzina czy szkoła nie jest miejscem rozwoju, lecz strefą ochronną. Rodzic czy nauczyciel nie jest przewodnikiem, lecz strażnikiem.

 

Problem polega jednak na tym, że dzieci nie żyją już poza cyfrowością. Chroniąc je przed trzecioprzestrzenią, wychowujemy je do świata, który dla nich nie istnieje jako wyłączny, jedyny.

 

Na drugim biegunie pojawia się narracja adaptacyjna, której popularnym głosem jest Niko Kappe i jego książka „Generation TikTok” (2025). Cyfrowość jest dla tego nauczyciela czymś oczywistym, niemal naturalnym środowiskiem rozwoju każdego z nas. Nie należy zatem z nią walczyć, lecz starać się ją zrozumieć, nie zakazywać, lecz towarzyszyć dzieciom w korzystaniu z niej.

 

Jak się okazuje tego typu postawa jest bliska doświadczeniu wielu rodziców i nauczycieli, bowiem oferuje ulgę emocjonalną. Skoro dzieci już są w trzecioprzestrzeni, to uczmy się z nimi także w niej przebywać. Siłą tej postawy jest empatia i realizm wobec doświadczanej codzienności, zaś jej słabością – brak samodyscypliny poznawczej i wolicjonalnej, które wymagają panowania nad sobą, umiejętności korzystania z tego, co może być źródłem rozwoju.

 

Jeśli ktoś odwołuje się argumentowaniu zasadności przyjęcia powyższej postawy do wyników badań naukowych, to nie po to, by traktować je jako jedno z możliwych uzasadnień, a nie jako fundament. Selektywnie przywoływane rozprawy badań społecznych, wzmacniają tezę, ale jej nie weryfikują. 

 

W efekcie powstaje pedagogika złudzenia, iluzji, w świetle której rozumienie zastępuje wiedzę, a obecność – odpowiedzialność. Tego rodzaju pedagogika łatwo przechodzi od refleksji do jednokierunkowego przekonywania czy usprawiedliwienia.

 

Pomiędzy tymi biegunami lokuje się narracja raportów naukowo-badawczych i strategii, które są następstwem międzynarodowych debat ekspertów – uczonych i refleksyjnych praktyków. Cyfrowość nie jest dla nich ani zagrożeniem, ani oczywistością, lecz nowym czynnikiem endo-i egzogennego środowiska uczenia się w świecie on-life. Kluczowe stają się takie  kompetencje, jak krytyczne myślenie, poczucie sprawstwa, empatia i umiejętność współpracy.

 

Tego typu narracja rządzi się racjonalnością emancypacyjną, ale i logiczną, opartą na wynikach najnowszych badań naukowych. Jest to zarazem mało powszechna postawa, bowiem w jej świetle dziecko staje się uczniem nieprzewidywalnej przyszłości, a szkoła instytucją przygotowania do świata, który dopiero nadejdzie, do życia w społeczeństwie ryzyka i niepewności, „płynnej rzeczywistości” (Z. Bauman).

 

Obecne pokolenie uczących się skazane jest zatem na abstrakcję bez możliwości jej doświadczenia, gdyż to, co jest przedmiotem poznania, jest nadal zapowiedzią     tajemnicy niedookreśloności świata. Powstaje jednak pedagogika, która stara się przewidywać „dokąd” ten świat zmierza, ale nie zawsze wie „jak”.

 

Nauki społeczne i humanistyczne, teologiczne i nauki o rodzinie znajdują się między potoczną wiedzą wzbudzającą panikę a podtrzymującą iluzję. Trzy narracje nie są tylko sporami o technologię, ale głosem upominającym się o naturę kształcenia i wychowania: Czy mają one chronić, facylitować czy projektować młodym pokoleniom przyszłość?

 

Każda z odpowiedzi jest częściowo prawdziwa, każda rozwija się w izolacji utrwalając błąd poznawczy. Pedagogika paniki ignoruje fakt, że dzieci już żyją w świecie cyfrowym. Pedagogika iluzji ignoruje to, że ten świat niesie realne i potencjalne ryzyka. Pedagogika racjonalności ignoruje fakt, że wychowanie dzieje się „tu i teraz”, w konkretnej konstelacji bio-psycho-społecznej, kulturowej i ekonomicznej.

 

Powinniśmy zmierzać ku arystotelesowskiej pedagogice równowagi, pedagogice zrównoważonego rozwoju. Być może potrzebujemy dziś nie tyle kolejnej narracji, lecz metakategorii, która pozwoli zachować napięcie między powyższymi stanami postaw. Tym samym, nie przymus vs swoboda, nie zakaz vs adaptacja, lecz roztropność pedagogiczna.

 

Potrzebna jest edukacja i wspierająca ją nauka, która widzi zagrożenia, ale nie popada w panikę, akceptuje rzeczywistość, ale nie ulega iluzji oraz korzysta z interdyscyplinarnej wiedzy, ale nie traci kontaktu z indywidualnym doświadczeniem. Tego typu postawa jest trudniejsze niż zakaz, niż zgoda czy niż strategia, bo wymaga myślenia, wrażliwości emocjonalnej i świadomości prospektywnej.

 

Największym zagrożeniem cyfrowego wychowania i kształcenia nie jest ani technologia, ani jej brak, lecz utrata zdolności do rozróżniania między wiedzą, doświadczeniem i opinią. Może właśnie to, a nie TikTok, jest dziś prawdziwym problemem pedagogiki rodziny, szkoły i polityki oświatowej.

 

 

Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com

 

 



Oto obszerne fragmenty tekstu zamieszczonego dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji”, z którego można czerpać informacje  o tym, które branże będą nadal potrzebowały fachowców:

 

 

Te zawody napędzą szkolnictwo branżowe. Będą szczególnie znaczące dla kraju w ciągu najbliższych lat

 

Z prognozy przygotowanej przez Instytut Badań Edukacyjnych wynika, że rynek pracy coraz wyraźniej premiuje zawody techniczne, związane zarówno z transformacją przemysłu i energetyki, jak i z procesami demograficznymi.[…]

 

Z opisu branż ujętych w publikacji wynika, że jednym z najsilniejszych motorów zmian będzie sektor elektroenergetyczny. Wzrost zapotrzebowania na pracowników ma być związany z transformacją energetyczną, rozwojem odnawialnych źródeł energii, modernizacją sieci elektroenergetycznych, a także rosnącym znaczeniem magazynów energii i infrastruktury dla elektromobilności. To przekłada się przede wszystkim na większe zapotrzebowanie na elektryków i techników elektryków.

 

Podobny kierunek widać w branży elektroniczno-mechatronicznej. Jej rozwój ma być odpowiedzią na postępującą automatyzację i robotyzację procesów produkcyjnych. Coraz szersze stosowanie inteligentnych systemów sterowania, robotów przemysłowych i zintegrowanych układów elektronicznych zwiększa zapotrzebowanie na specjalistów o interdyscyplinarnych kompetencjach. W praktyce oznacza to wzrost znaczenia takich zawodów jak mechatronik, technik elektronik czy elektronik.

 

Prognoza pokazuje też, że nie słabnie znaczenie branży budowlanej. W kolejnych latach zatrudnienie ma tu rosnąć wraz z intensyfikacją inwestycji mieszkaniowych, komercyjnych i infrastrukturalnych. Szczególne znaczenie będą mieć umiejętności związane z konstrukcją, obsługą maszyn specjalistycznych, nowoczesnymi technologiami projektowymi oraz rozwiązaniami energooszczędnymi i ekologicznymi. To tłumaczy wysoką pozycję technika budownictwa wśród zawodów wskazanych przez ekspertów.

 

Silną pozycję zachowuje również branża transportu drogowego. Według opisu zawartego w publikacji odpowiada za to zarówno wzrost przewozów towarowych, jak i zmiany w europejskich łańcuchach logistycznych oraz rozwój sektora e-commerce. Dodatkowo nowe potrzeby kadrowe mają tworzyć pojazdy elektryczne i hybrydowe, których obsługa wymaga połączenia kompetencji mechanicznych i elektrycznych. Stąd wysokie miejsce kierowcy mechanika na krajowej liście zawodów przyszłości.

 

W zestawieniu zwraca uwagę także obecność opiekuna osoby starszej. To sygnał, że prognozy dla szkolnictwa branżowego coraz mocniej uwzględniają nie tylko potrzeby gospodarki, ale też zmiany społeczne i demograficzne. Z opisu branży pomocy społecznej wynika, że rosnąca liczba osób starszych, przewlekle chorych i niesamodzielnych będzie zwiększać zapotrzebowanie na usługi opiekuńcze i wsparcie społeczne, przy jednoczesnym niedoborze kadr w tym obszarze. […]

 

 

Cały tekst „Te zawody napędzą szkolnictwo branżowe. Będą szczególnie znaczące dla kraju w ciągu najbliższych lat” 

  TUTAJ

 

 

Źródło: www.strefaedukacji.pl

 



Oto zapis wywiadu z dyrektorką Szkoły Podstawowej w Siedlcu Dużym Roksaną Szczygieł – finalistką Nagrody im. Ireny Sendlerowej „Za naprawianie świata” 2025 r., zamieszczony wczoraj na blogu CEO. Zdecydowałem zamieścić ten tekst – mimo jego długości – bez skrótów:

 

 

Wywiad zachęca dyrektorki i dyrektorów oraz nauczycielki i nauczycieli, którzy utożsamiają się z postawą Roksany Szczygieł, finalistki z 2025 roku, aby zgłaszać swoją kandydaturę do Nagrody im. Ireny Sendlerowej „Za naprawianie świata”.

 

Jako dyrektorka szkoły została pani też finalistką Nagrody „Za naprawianie świata” im. Ireny Sendlerowej. Rodzi się we mnie pytanie, czy pani sama nominowałaby nauczyciela ze swojego środowiska, którego pani podziwia?

 

Zgłosiłabym jednego z moich nauczycieli. Nie chcę jeszcze mówić na forum, kto by to był, ale mam jedną kandydatkę. Ta nauczycielka jest fantastyczna, bardzo się nadaje do tej nagrody za to, co robi dla dzieci, dla szkoły, dla rodziców.

 

A jak pani myśli, czy taka umiejętność doceniania przez dyrektora jest częstą cechą?

 

Chyba nie. Sama mam takie doświadczenie. Tu anegdota, gdy uczestniczyłam w gali w Śląskim Kuratorium Oświaty, w kuluarach przysłuchiwałam się temu, co mówią dyrektorzy. I jeden z nich wypowiedział słowa, które do tej pory siedzą mi w głowie: „Nauczyciele robią, a dyrektor spija śmietankę”. To mną wstrząsnęło, według mnie absolutnie tak nie jest. Ja nie pracuję na takich zasadach. Według mnie sukces nauczyciela jest sukcesem nas wszystkich. A jako dyrektorzy powinniśmy się nauczyć tego, żeby doceniać nauczycieli, bo to oni w głównej mierze wpływają na to, co osiągają uczniowie i szkoła.

 

Czy to jest o manipulacji pochwałami, czy o widzeniu dobra?

 

Ja widzę w tym dobro, zdecydowanie.

 

A jak pani chwali, to od wielkiego dzwonu czy tak na co dzień? Bo Sendlerowa jest wyróżnieniem jednak odświętnym, choć dla zwykłych ludzi.

 

Preferuję na co dzień. Zresztą przecież Sendlerowa podkreśla bardzo wyraźnie znaczenie tego, co ten człowiek – nauczyciel robi każdego dnia, systematycznie.

 

Zatem jak chwalić ludzi, żeby ich nie rozpieścić, a pokazać, że się ich widzi? Jak mieć przy tym poczucie, że samemu się nie jest zakładnikiem tej dobroci?

 

Mnie to wychodzi naturalnie. Dbam oczywiście o to, żeby nie przesadzać i na siłę komuś nie słodzić. Ale jeśli widzę, że konkretna osoba stara się robić coś, co jest niestandardowe, to potrafię to zauważyć i o tym powiedzieć. Grunt, to robić to w sposób wyważony i po prostu być w tym sobą. Taka jest moja rada.

 

To brzmi tak, jak gdyby miała pani klasę nauczycieli – pani jest nauczycielką, a nauczycielami uczniowie.

 

Może też dlatego potrafię chwalić nauczycieli.

 

Czyli to znaczy, że to jest ważne w każdym wieku?

 

Tak, dokładnie. Czy chwalimy, ja jako dyrektor nauczycieli, czy nauczyciel pochwali ucznia, czy uczeń pochwali nauczyciela, czy nauczyciel pochwali dyrektora i tak dalej… To jest naprawdę istotne w naszym zawodzie, zwłaszcza że utarło się, że dyrektorzy i nauczyciele przeważnie krytykują, że wszystko jest źle, wszystko jest na nie. A ja skłaniam się ku temu, żeby szukać pozytywów. W dzisiejszym świecie musimy się tego nauczyć, że nasz zawód to nie tylko same minusy, lecz także wiele, wiele plusów.

 

 

Roksana Szczygieł – dyrektorka w Szkole Podstawowej w Siedlcu Dużym

 

 

Jest pani multiinstrumentalistką, poza dyrektorką jest także nauczycielką…

 

Tak, uczę języka niemieckiego i jestem też pedagożką szkolną, prowadzę zajęcia świetlicowe.

 

Czyli człowiek, który w małej szkole jest w stanie zrobić bardzo dużo. Ale też słyszałem, że szkoła, o którą pani tak walczyła, może zostać zamknięta.

 

Burmistrz na sesjach wielokrotnie mówił, żeby inne placówki brały przykład z Siedlca Dużego, z naszej szkoły. Co znaczy, że cenił naszą pracę. Zresztą ona jest widoczna w Polsce. Ale niestety, sytuacja się odmieniła. Nasi samorządowcy mają dzisiaj naprawdę twardy orzech do zgryzienia, bo z jednej strony zapewnialiśmy im dobry PR, a z drugiej – oni liczą pieniądze. Gdyby usiedli do rozmów wcześniej, może udałoby się dojść do jakichś wspólnych rozwiązań i wypracować strategię…

 

A finalnie chodzi o dzieci i ich rodziców, którzy mogą stracić dobrą szkołę. Pani ma słyszalność i może pani z tego skorzystać, nagłośnić, że w takiej sytuacji jest bardzo wiele osób, a nawet szkół.

 

Dokładnie tak. Też jestem rodzicem dziecka w tej szkole. Nie wyobrażam sobie mojego dziecka w jakiejś wielkiej szkole, gdzie nie będzie miała zapewnionych takich kameralnych warunków do rozwoju jak tutaj. Jako rodzic na pewno będę szukać szkoły, gdzie będą małe klasy i indywidualne podejście do każdego ucznia. Póki co inni rodzice są w szoku i nie wiedzą, co mają zrobić. Walczą do upadłego różnymi metodami. Angażują media, działają w kuratorium i u wojewody. Czy wywalczą? Nie wiem. Rozmawiałam z dyrektorami z innych województw, rozważałam też, że skoro już mamy tę moją małą szkołę, to może jednak w obliczu dwuzmianowości pracy, która przyjdzie do dużych szkół, zostawmy tę naszą małą. Rozumiem też kwestię niżu demograficznego, dzieci w skali ogólnopolskiej rodzi się mniej. Ale statystyki pokazują, że są niże, potem są wyże. Może przeczekajmy i sytuacja za dwa, trzy lata się zmieni.
Zresztą przy tych reorganizacjach sieci szkół nie wszyscy nauczyciele dostaną godziny. I na pewno krąży widmo tego, że nauczyciele stracą pracę albo będą musieli jej szukać poza obszarem gminy.

 

Czy to jest powszechna obawa?

 

Uważam, że tak. To dotyczy większości szkół, które dzisiaj stoją w obliczu likwidacji. Niełatwy temat, wszyscy jesteśmy w zawieszeniu. U nas gmina też nie ma pomysłu, jak to rozwiązać. Mam poczucie, że jestem między młotem a kowadłem. Z jednej strony rodzice, nauczyciele, uczniowie, z drugiej – organ prowadzący, kuratorium.

 

W Nagrodzie Sendlerowej mówimy, że ludzie szukają wielkich wzorów, a te wzory są czasem wokół nas, trzeba je wyłapywać. Pani zapewne może być postrzegana jako wzór. Co by pani powiedziała, że jest ważne w tej postawie, którą chce pani ludziom pokazać?

 

Wychodzę z założenia, że wszystko, co robię, musi się przekładać na jakieś wymierne efekty. Towarzyszy mi motto – bój się i rób. Tego się trzymam, jako człowiek, jako dyrektorka i nauczycielka często ryzykuję, podejmuję wiele działań i nie patrzę, czy się może udać, czy nie. Ważne, żeby spróbować. Już nie rozkładam na czynniki pierwsze, po prostu jest akcja. Mówię tutaj np. o grantach, projektach, których się czasem nie zdobywa, a jednak piszę ich naprawdę sporo. Pogodziłam się z tym, że częściej nie wygrywam, odpuszczam. Piszę dalej. Idę do przodu. Dla mnie kluczowe jest to, żeby moje dzieci w szkole miały wiele dodatkowych działań, dzięki którym mogą rozwijać swoje talenty, umiejętności. To samo odnosi się do nauczycieli. Jeśli inwestujemy w nauczycieli, to z korzyścią i dla nich, i dla szkoły. Mówię tu o szkoleniach, kursach itd.

 

Ale wie pani o tym, że teraz chyba zraziliśmy ludzi do wybierania pracy w charakterze dyrektora?

 

Tak. Tendencja jest spadkowa. W mojej okolicy obserwuję, a po ostatnich rozmowach z kuratorium oświaty widzę, że nie ma osób chętnych do bycia dyrektorem. Co dla mnie nie jest zaskoczeniem, bo to jest bardzo odpowiedzialna praca, a kwestia wynagrodzenia to jest temat na bardzo długą rozmowę…

 

Na początku naszej rozmowy powiedziała pani, że są dyrektorzy, którzy uważają, że można tylko spijać śmietankę. Może ta prawda jest gdzieś po środku?

 

Być może tak właśnie jest. Ja mam odczucie, że dyrektorowanie nie jest łatwą rolą. Fajnie jest, gdy się wygrywa i odnosi sukcesy, ale codzienność pracy i to całe zaplecze, jest drugim dnem tej rzeczywistości.

 

A co pani sprawia satysfakcję, co potencjalnie może ludzi zachęcać do obejmowania tej funkcji?

 

Jedno słowo – dziękuję. Każdorazowe dziękuję rodzica, każdorazowe dziękuję ucznia czy absolwenta szkoły. To jest niesamowitą dawką energii. Nauczyciele, którzy otwarcie stwierdzają, że robimy kawał dobrej roboty – to naprawdę motywuje. A wyróżnienie w Sendlerowej jest dla mnie rzeczą niesamowitą. Mam też inne wyróżnienie w konkursie Super Dyrektor Szkoły, więc takie sprawy naprawdę budują dyrektora i utwierdzają, że to, co robi, ma sens. Poza tym codzienne gesty uczniów i uczennic, słowa, że fajna jest ta szkoła, że dobrze się tu czują I z przyjemnością przychodzą. To wszystko jest wspaniałym potwierdzeniem dobrze wykonywanej pracy.

 

Ale przecież przyjemność można czerpać tylko z administracji, nie trzeba chodzić do uczniów na lekcje.

 

Jasne, są tacy dyrektorzy i ludzie. Ale ja do nich nie należę. Gdy przychodziłam do szkoły jako nauczycielka, wiedziałam, że chcę zrobić coś więcej niż to wynika z podstawy programowej. Realizowałam wiele niestandardowych działań, współpracowałam z fundacjami, starałam się, aby te moje lekcje angażowały dzieci i pozwalały wyjść poza schemat: zeszyt, książka, ćwiczeniówka. Priorytetem było, żeby dzieci uczyły się przez pracę w grupach, doświadczenie, eksperymenty. A kiedy zrodziła się wizja bycia dyrektorem? Po prostu dostałam taką propozycję. No i się zgodziłam. I zaczęła się mozolna orka. Ale wiedziałam, że muszę coś zrobić, żeby tę szkołę odmienić, zmienić jej wizerunek, żeby ludzie zaczęli o tej szkole mówić. Do tego priorytetem była ścisła współpraca z rodzicami. Myślę, że to zbudowało mnie jako dyrektora.

 

Zanim przejdziemy do tej współpracy z rodzicami, chcę zweryfikować dość powszechną opinię, że dyrektor/lider jest samotny… Czy pani tak się czuje?

 

Bywają takie dni, że w tych swoich decyzjach czuję się samotna, ale to raczej rzadkość. Mam wspaniały zespół, z którym zawsze mogę porozmawiać. Mam tu na myśli i nauczycieli, i radę rodziców Ale tak, liderzy są najczęściej samotni. Na moim profilu „Dyrektor Na Topie” często piszę o tej samotności. Tym bardziej teraz, w aktualnych okolicznościach likwidacji szkoło, ta samotność wybrzmiewa dość głośno.

 

Czy przy tej świadomości bagażu, trudów i samotności – czy pani jeszcze raz by wybrała tę samą ścieżkę kierowania zespołem szkolnym?

 

Tak. Daje mi to ogromną satysfakcję i możliwość rozwoju, a na tym najbardziej mi zależy.

 

Jest pani czytana, pani głos jest w internecie szanowany. Gdy rozmawiałem z tegorocznym laureatem panem Adamem Ejnikiem, mówił, że podczytuje „Dyrektora Na Topie”. Wprawdzie absolutnie nie chciałby być dyrektorem, jest spełniony gdzie indziej, ale jednak czyta pani profil. A co pani zauważa, gdzie są teraz ludzie, czego szukają?

 

Gdy w lipcu ubiegłego roku zakładałam profil na FB, bardzo się tego bałam. Ale wówczas trochę mi się nudziło, szukałam świeżych wrażeń, jakiejś adrenaliny. I zaryzykowałam. Ale głównym powodem był ten, że drugiego takiego profilu po prostu nie ma. Brakowało w sieci miejsca prowadzonego przez dyrektora, który mówi wprost, jak jest, nie owija w bawełnę, widać u niego emocje… Myślę, że to mocno wpłynęło na sukces profilu, tego, że ma dużą wyświetlalność i w przeciągu zaledwie pół roku zdobył 35 tysięcy obserwujących. To swoisty fenomen. Takiego obrotu sprawy się nie spodziewałam.

 

To mówi, że ma pani świetną intuicję, ale także o tym, że dyrektorzy potrzebują mieć bezpieczne miejsca, gdzie są widziani i dostają wsparcie.

 

Oczywiście. Zresztą, wśród obserwujących, poza dyrektorami, są nauczyciele i rodzice. Na pewno są też ludzie, którzy zajmują się oświatą. Obserwuje mnie sporo fundacji i szkół. I taka wisienka na torcie – Śląski Kurator Oświaty.

 

Mam nadzieję, że ta widzialność pomoże pani w ocaleniu szkoły…

 

No cóż, na decyzje gmin wpływa niż demograficzny. Zresztą widzę w tym niżu jakąś pozytywną stronę. To może mieć dobry wpływ na dzieci. W tym sensie, że grupy przedszkolne i klasy w szkołach będą mniej liczne. Z drugiej strony będzie potrzeba mniej nauczycieli. A przecież obecnie ich brakuje. Co będzie dalej, niedługo się przekonamy, czas to zweryfikuje…

 

W takim razie mocno trzymamy kciuki i będziemy nasłuchiwać, co się zadzieje w Koziegłowach.

 

Dziękuję bardzo. Mam nadzieję, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

 

 

 

Roksana Szczygieł została finalistką 19. edycji Nagrody im. Ireny Sendlerowej. Jest dyrektorką w Szkole Podstawowej w Siedlcu Dużym, nauczycielką języka niemieckiego w szóstej klasie oraz pedagożką szkolną. Utworzyła i z powodzeniem prowadzi na Facebooku profil Dyrektor na Topie”.

 

 

Rozmawiał Wojciech Albiński, ekspert ds. komunikacji w zespole Centrum Edukacji Obywatelskiej.

 

 

 

Źródło: www.ceo.org.pl



Oto informacje o tym wydarzeniu, zaczerpnięte z fanpage Zespołu Szkół Specjalnych im. Marii Grzegorzewskiej w Zduńskiej Woli:

 

 

W naszej szkole dzieją się ważne rzeczy.

 

To właśnie w Zespole Szkół Specjalnych im. Marii Grzegorzewskiej w Zduńskiej Woli działa Specjalistyczne Centrum Wspierające Edukację Włączającą, a nauczyciele naszej placówki tworzą zespół ekspertów SCWEW.

 

 

Cieszymy się, że możemy wspierać szkoły, nauczycieli i uczniów w budowaniu edukacji dostępnej dla wszystkich. Zachęcamy do obejrzenia relacji z konferencji inauguracyjnej

 

 

Dziś odbywa się konferencja inaugurująca działalność Specjalistycznego Centrum Wspierającego Edukację Włączającą w Zduńskiej Woli – ważne wydarzenie rozpoczynające kolejny etap działań na rzecz budowania dostępnej, wspierającej i otwartej szkoły dla wszystkich uczniów.

 

Konferencja została objęta Honorowym Patronatem Łódzkiego Kuratora – Janusza Brzozowskiego, który zaszczycił nas swoją obecnością podczas dzisiejszego wydarzenia.

 

Wśród zaproszonych gości, którzy swoją obecnością podkreślili rangę wydarzenia, znaleźli się również:

 

-Wojciech Rychlik – Starosta Powiatu Zduńskowolskiego,

 

-Konrad Pokora – Prezydent Miasta Zduńska Wola,

 

-Antoni Wujda – Wójt Gminy Zduńska Wola,

 

-Witold Oleszczyk – Wójt Gminy Zapolice.

 

Ich obecność jest wyrazem wsparcia dla idei edukacji włączającej oraz potwierdzeniem znaczenia współpracy samorządów i instytucji działających na rzecz rozwoju lokalnej edukacji.

Gościmy również Emilię Rutę – opiekuna naszego projektu z Ośrodka Rozwoju Edukacji, która przedstawiła rolę SCWEW w budowaniu systemu wsparcia dla szkół i przedszkoli ogólnodostępnych oraz omówiła działania realizowane w projekcie. Podkreśliła znaczenie współpracy, sieciowania oraz wspólnego budowania dostępnej szkoły odpowiadającej na zróżnicowane potrzeby uczniów.

 

Konferencja jest przestrzenią do wymiany doświadczeń, inspiracji oraz rozmów o praktycznych rozwiązaniach wspierających uczniów, nauczycieli i całe społeczności szkolne. W programie znalazły się wystąpienia ekspertów i praktyków dotyczące m.in. dobrostanu uczniów, współpracy międzysektorowej oraz edukacji włączającej w codziennej praktyce szkolnej.

 

Serdecznie dziękujemy Powiatowemu Centrum Kultury, Sportu i Rekreacji w Zduńskiej Woli za gościnność i stworzenie przestrzeni do tego ważnego spotkania.

 

To ważny dzień i kolejny krok w budowaniu systemowego wsparcia dla szkół w powiecie zduńskowolskim.

 

 

Źródło: hwww.facebook.com/p

x           x           x

 

Aby mogło dojść do tej uroczystości musiał poprzedzać ją okres przygotowawczy, który rozpoczął się 1 stycznia 2026 roku. Oto więcej informacji:

 

 

Specjalistyczne Centrum Wspierające Edukację Włączającą w Zduńskiej Woli

 

Realizacja Grantu pn. „Specjalistyczne Centrum Wspierające Edukację Włączającą w  Zduńskiej Woli” odbywa się w ramach Projektu Grantowego „Budowa skoordynowanego systemu pomocy specjalistycznej opartego na Specjalistycznych Centrach Wspierających Edukację Włączającą”. […]

 

 

Cały tekst ze strony „Powiat Zduńskowolski”   –  TUTAJ