
Moja dzisiejsza propozycja lektury na początek tygodnia pochodzi z bloga „OK. NAUCZANIE” i jest kolejnym odcinkiem praktycznych porad Danuty Sterny, do których inspiracje czepie z lektur, najczęściej amerykańskich, autorów:
Zaskoczyć uczniów
Rys. Danuta Sterna
Jak zaskoczyć uczniów i obudzić ich ciekawość? Czasem wystarczy nieoczekiwane pytanie, zagadka, błąd do odkrycia lub odrobina ruchu. Poznaj sześć prostych sposobów, które pomagają zaangażować uczniów, pobudzają ich do myślenia i sprawiają, że nauka staje się bardziej aktywna, angażująca i bliższa codziennemu doświadczeniu.
Zadanie zaskakującego pytania, ujawnienie tajemnicy, polecenie znalezienia błędu w rozumowaniu, zarządzenie krótkiej przerwy lub zaproponowanie zabawy – takie działania mogą pomóc uczniom skupić się na nauce.
1.Zagadka
Zamiast wprowadzać nowe zagadnienie i mówić uczniom, czego się za chwilę nauczą, można przedstawić im zagadkę. Można również zachęcić uczniów do wyrażenia opinii na dany temat, zadając im na przykład następujące pytania:
– Dlaczego doszło do upadku powstania?
– Dlaczego skała wietrzeje i od czego zależy tempo tego procesu?
– Która z przedstawionych figur ma najmniejsze pole?
– Czy mrówki śpią?
– Jakie zwierzę wydaje ten dźwięk?
2.Nieoczekiwane pytanie
Warto zadawać pytania, które pobudzają uczniów do myślenia i skłaniają ich do spojrzenia na problem z innej perspektywy.
Na przykład:
– Gdybyś musiał przetrwać zimę bez płaszcza, domu i ogrzewania, czego byś potrzebował?
– Gdybyś żył w czasie wojny, czy zaangażowałbyś się w działalność konspiracyjną?
– Gdzie powinni spotkać się trzej koledzy mieszkający w różnych domach, aby każdy z nich miał do pokonania taką samą odległość?
– Co by się stało, gdyby grawitacja zniknęła?
– Czego mógłbyś użyć do zmierzenia czegoś, gdybyś nie miał linijki?
Pytanie nie musi być błyskotliwe. Wystarczy, że skłoni uczniów do zatrzymania się i spojrzenia na znany temat z nieoczekiwanej perspektywy. Zmiana sposobu myślenia pomaga im lepiej zrozumieć omawiane zagadnienie i nawiązać z nim głębszą relację.
3.Uczeń detektyw
Ta metoda polega na powierzaniu uczniom zadań wymagających samodzielnego poszukiwania informacji i rozwiązywania problemów, zamiast podawania im gotowych odpowiedzi.
Na przykład:
– Znajdźcie błąd w rozumowaniu!
– Skróćcie tekst do 10 zdań.
-Wykreślcie z tekstu zbędne informacje, czyli tak zwane „chwasty”.
– Znajdźcie w tekście przyczyny danego zjawiska.
Kiedy uczniowie samodzielnie odkrywają informacje, łatwiej im je zrozumieć, powiązać z posiadaną wiedzą i zapamiętać.
4.Ruch
Ruch nie musi być przerwą w nauce – może stać się integralną częścią procesu uczenia się. Można na przykład:
– Przedstawiać ruchem procesy zachodzące w przyrodzie, takie jak obieg wody lub działanie układu pokarmowego.
– Odgrywać scenki przedstawiające wydarzenia historyczne lub sytuacje opisane w tekście.
– Tworzyć i prezentować historyczną oś czasu.
– Budować modele ilustrujące przebieg reakcji chemicznych.
Kiedy uczniowie wykorzystują swoje ciała do przedstawiania różnych idei, abstrakcyjne pojęcia stają się bardziej konkretne i łatwiejsze do zrozumienia. Zaangażowanie różnych zmysłów może również wspierać zapamiętywanie nowych informacji.
5.Zdziwienie
Można przedstawić uczniom zaskakujący scenariusz lub problem bezpośrednio związany z omawianym zagadnieniem.
Na przykład:
– Czy żyrafa zmieściłaby się w drzwiach naszej klasy?
– Co zabrałbyś ze sobą, gdybyś jutro musiał opuścić dom i mógł zabrać tylko pięć rzeczy?
– Czy muzyka przeszkadza w nauce?
Chodzi o to, by wzbudzić ciekawość uczniów, zachęcić ich do zaangażowania i sprawić, aby nauka była przyjemna, a zarazem wartościowa.
6.Pytania kluczowe
W ocenianiu kształtującym ważną rolę odgrywają tak zwane pytania kluczowe. Ich celem jest rozbudzanie ciekawości uczniów i motywowanie ich do poszukiwania odpowiedzi. Dobrze sprawdzają się pytania odnoszące się do codziennych doświadczeń i otaczającej rzeczywistości.
Przykładem może być pytanie: „W jaki sposób panele słoneczne, które widzicie na pobliskich budynkach, wytwarzają energię elektryczną?”
Może się wówczas okazać, że udzielenie odpowiedzi wymaga zdobycia nowych informacji. Nauczyciel może przedstawić uczniom cztery możliwe odpowiedzi i poprosić ich o wybranie tej, którą uważają za prawidłową. Następnie uczniowie przechodzą do jednego z czterech rogów sali, w zależności od dokonanego wyboru, i wspólnie omawiają oraz uzasadniają swoje stanowisko.
Takie działanie pozwala uczniom skonfrontować własne pomysły z opiniami innych, argumentować i pogłębiać rozumienie omawianego zagadnienia.
Inspiracja artykułem Donna Paul
Źródło: www.oknauczanie.pl
x x x
A na deser proponuję tekst z tego samego źródła:
9 pomysłów na radzenie sobie z odmową ucznia – TUTAJ
Prowokacja, czy utrata wiary w skuteczność idei „Budzących się Szkół”?
Dzisiaj postanowiłem – trochę na wzór debaty oksfordzkiej – wystąpić w roli opozycjonisty wobec tez dr Marzeny Żylińskiej przedstawionych w zamieszczonym na OE materiale „Dr Żylińska: Dla kogo obecny model szkoły jest dobry? Komu służy”.
Abyście nie musieli teraz klikać w link, by sobie przypomnieć co tam dr Żylińska zaprezentowała – zacytuję tu obszerny fragment zamieszczonych tam tez:
[…] Z systemowych szkół ucieka dziś, kto może: uczniowie i nauczyciele. Spośród tych ostatnich połowa marzy o zmianie pracy.
A może nie są winne dzieci, które nie chcą uczyć się przez siedzenie i słuchanie, może winni nie są również nauczyciele, którzy robią pierdylion klasówek, ani rodzice, którzy po pracy chcieliby odpocząć i mieć czas na normalne, rodzinne życie? Może winę za tę katastrofę ponosi system edukacji?
Opresyjny system oparty na ciągłej, wyniszczającej wszystkich rywalizacji, system, który chce, żeby wyniki były ważniejsze od człowieka, od małego człowieka? Można się dalej nawzajem oskarżać, obrzucać oskarżeniami, ale nietrudno dostrzec, że w tym coraz bardziej sformalizowanym, zbiurokratyzowany i odczłowieczonym systemie coraz większa grupa dzieci traci nie tylko chęć do nauki, wiarę w siebie, ale również wiarę w sens swojej pracy.
Ten system konsekwentnie wszystkich niszczy, bo ciągła presja jest niszcząca. Warto zatem zadać sobie pytanie, dla kogo obecny model szkoły jest dobry? Komu służy?
Zacznę od tego twierdzenia: „Z systemowych szkół ucieka dziś, kto może: uczniowie i nauczyciele”.
Jacy uczniowie uciekają, a może lepiej byłoby ten proces nazwać „odchodzą”, albo „nie podejmują nauki” w „szkołach systemowych”, czyli prowadzonych przez samorządy? Z moich obserwacji wynika, że do szkół prywatnych bądź społecznych, czyli pobierających czesne, są zapisywaniu lub przenoszeni uczniowie rodziców majętnych, których stać na miesięczne opłaty – w szkołach prywatnych, gdzie czesne wynosi od 1 500 zł do 3 500 zł miesięcznie a jeśli są to placówki elitarne lub międzynarodowe – nawet od 4 000 zł do 10 000 zł i więcej, zaś w szkołach prowadzonych przez stowarzyszenia non-profit – najczęściej w granicach od 700 zł do 2 800 zł miesięcznie.
Z nauki w „szkołach systemowych”, prowadzących tzw. „klasy integracyjne”, są przez rodziców przenoszeni do szkół specjalnych uczniowie ze zdiagnozowaną niepełnosprawnością intelektualną w stopniu lekkim, umiarkowanym lub znacznym, a także dzieci z autyzmem (w tym z zespołem Aspergera) oraz z niepełnosprawnościami sprzężonymi, którym ta szkoła nie była w stanie zapewnić odpowiedniego wsparcia i zindywidualizowanego procesu edukacji są przenoszeni do szkół specjalnych.
Znam także kilka przypadków, w których rodzice zdecydowali o przeniesieniu do „szkoły w chmurze” ich dziecka, z powodu jego zaburzeń emocjonalnych i trudności w nawiązywaniu kontaktu z rówieśnikami, a także będącymi obiektem przemocy rówieśniczej.
To tyle o ucieczce uczniów ze „szkół systemowych”. Fakt – ucieka tylko ten, kto może, albo czyi rodzice mają takie aspiracje…
A teraz o powodach ucieczek z tychże szkół nauczycieli. Na podstawie moich obserwacji (bo gdy byłem dyrektorem to przez tych 12 lat taka sytuacja w mojej szkole się nie zdarzyła) mam przekonanie, że podstawowym powodem porzucania pracy nauczyciela w szkołach samorządowych jest zbyt niskie wynagrodzenia
Drugim powodem, który także jest mi znany z relacji owych rezygnujących, jest zła relacja, czasem wręcz tzw. „uwzięcie się” na owego nauczyciela przez dyrektorkę/dyrektora szkoły.
Słyszałem z wiarygodnych źródeł, że z pracy w szkole – w ogóle, nie tylko publicznej – rezygnują nauczyciele, którzy po prostu pomylili się z wyborem zawodu, którzy nie mają odpowiednich do pracy z młodymi ludźmi predyspozycji i na pewnym etapie pracy w szkole uświadamiają to sobie, i którym akurat nadaży się taka okazja zmiany….
Bywa także iż dobry nauczyciel, którego wykształcenie (np. matematyczne, informatyczne) pozwoliło mu na zatrudnienie się w dużej firmie produkcyjnej lub usługowej, oferującej nie tylko bardzo dobre wynagrodzenie, a w przyszłości także awans na kierownicza w tej firmie stanowisko – po prostu z tego powodu rezygnuje z pracy w szkole.
Czyli także „kto może”, ale i kto ma gdzie…
A teraz odniosę się do tego fragmentu z tekstu dr Żylińskiej: „Ten system konsekwentnie wszystkich niszczy, bo ciągła presja jest niszcząca. Warto zatem zadać sobie pytanie, dla kogo obecny model szkoły jest dobry? Komu służy?”
W moim przekonaniu to generalizacja opinii. Ale zacznę od tego, że zwrócę Waszą uwagę na fakt, że to nie „system wszystkich niszczy”, a jedynie stwarza takie warunki zapisane w prawie oświatowym, które na to pozwalają. A niszczą konkretne nauczycielki i konkretni nauczyciele, pracujący w takich konkretnych szkołach, które są prowadzone przez wymagających od nich tego, konkretnych dyrektorów i konkretne dyrektorki. Jako „obserwator edukacji”, co prawda – od kilku lat – już jedynie z perspektywy informacji zamieszczanych w Internecie, miałem okazję je czytać, a wiele z nich także multiplikować przez zamieszczanie ich na OE, które opisywały lub relacjonowały zajęcia prowadzone w „szkołach systemowych”, nie tylko nie „niszczące wszystko”, nie wywierające na ucznia i nauczyciela presji, ale wręcz przeciwnie wyzwalające uczniowską kreatywność, zezwalające nauczycielom na daleko zakrojoną swobodę działania. Pierwszym z brzegu konkretnym przykładem takiej szkoły, znanym mi także z autopsji, jest 81 Szkoła Podstawowa im. Bohaterskich Dzieci Łodzi, od lat prowadzona przez Panią Dyrektor Bożenę Będzińska-Wosik, osobę której w tym roku nadano tytuł Honorowego Profesora Oświaty. Ale takich szkół jak ta jest w Polsce o wiele więcej, jak ta 81 SP z Lodzi, realizujące ideę „Budzących się Szkół”, któremu w Polsce patronuje dr Marzena Żylińska. Polskie środowisko edukacyjne dowiedziało się o nim podczas III Kongresu Polskiej Edukacji, który pod hasłem „Nasza edukacja – razem zmieniamy szkołę”, w dniach 29 i 30 sierpnia 2015 roku odbył się w Katowicach. Bo to tam miel miejsce panel dyskusyjny, zatytułowany „Budzące się szkoły. Jak zacząć?”, którego moderatorami były: Bożena Będzińska-Wosik –oraz Marzena Żylińska, prelegentami zaś byli: Margret Rasfeld która z prof. Geraldem Hütherem i prof. Stephanem Breidenbachem była współtwórczynią tego ruchu oraz Monia Ben Larbi – prezes niemieckiej Fundacji Schule im Aufbruch.
Uczestnicy panelu mogli zapoznać się z założeniami idei pedagogicznych stojących za inicjatywą nazwaną „Budzące się szkoły” oraz z praktycznymi wskazówkami dotyczącymi przekształcania polskich szkół w placówki działające w myśl idei tego ruchu.
Przypomnę wszystkie trzy Kongresy Polskiej Edukacji odbywały się w czasie, gdy polską oświatą zarządzał dwie ministry z Platformy Obywatelskiej: Krystyna Szumilas (od 18 listopada 2011 do 27 listopada 2013 roku) oraz Joanna Kluzik-Rostkowska – od 27 listopada 2013 do 16 listopada 2015 roku.
Niestety, 25 października 2015 roku odbyły się wybory do Sejmu i Senatu i w ich wyniku za dwa i pół miesiąca – od 16 listopada 2015 roku stanowisko ministra edukacji objęła Anna Zalewska. Nie muszę ty Wam przypominać, ze nie był to czas sprzyjający nowatorskim ruchom odnowy polskich szkół.
Ale mimo takiego klimatu w bardzo wielu polskich szkłach idee Budzących się Szkół nie tylko zakiełkowały, ale i zapuściły solidne korzenie – jak w tej naszej łódzkiej SP nr 81. Przykładem może być konferencja „Budzącej się szkoły” zatytułowana „Od kultury nauczania do kultury uczenia się” odbyła się w Łodzi 4 października 2016 roku – zobacz TUTAJ.
A przecież nie tylko ten ruch ma swoje przyczółki w polskich szkołach. Kolejnym przykładem „rewolucji oddolnej” jest popularyzowany przez Annę i Roberta Sowińskich projekt Planu Daltońskiego ( właśnie w Łodzi zakończyła się wczoraj kolejna konferencja przez nich zorganizowana: pod hasłem „Zmiana zaczyna się od nauczyciela””
Ale są także i inni oddolni „eduzmieniacze”, jak choćby Ewa Radanowicz, Anna Szulc, Zyta Czechowska, czy gospodyni bloga „OK. NAUCZANIE” Danuta Sterna. Wniosek – „system” wcale nie musi wszystkich i wszystko niszczyć – wszystko jest w rękach dyrekcji szkół i ich nauczycieli!
Na zakończenie tego eseju muszę jeszcze ustosunkować się do tego zdania dr Żylińskiej:
Ten system konsekwentnie wszystkich niszczy, bo ciągła presja jest niszcząca.
Zgadzam się, że ciągła presja wywierana na uczniów jest niszcząca. Ale… Ale czy to znaczy że w szkoła powinna działać według hasła Jurka Owsiaka „Róbta co chceta”? Wszak po wyjściu z systemu szkolnego i po ewentualnie odbytych studiów wyższych (gdzie wszak obowiązują dość twarde zasady zaliczania kolejnych lat), wiele dzisiejszych uczennic i wielu uczniów podejmie pracę „najemną” nie w firmach swoich rodziców czy dalszej rodziny, ale także w wielkich przedsiębiorstwach, zwanych korporacjami, gdzie jak panuje powszechna opinia, wpadną w tzw. „wyścig szczurów”, czyli nieustanną, toksyczną rywalizację między pracownikami o awans, prestiż i pieniądze. Czy taka luzacka szkoła jest dobrym przygotowaniem do ich przyszłego życia?…
Wszędzie jest potrzebna zasada „złotego środka”. Oczywistym jest, że w szkole uczniowie powinni mieć stworzone warunki do rozwijania swych kompetencji i poszerzania i pogłębuania wiedzy, ale muszą tam spotykać się także z obowiązkiem przestrzegania pewnych zadad, obowiązujących tam zakazów i reguł, a także z metodami diagnozowania ich wiedzy.
I to wszystko co powyżej napisałem jest uzasadnieniem tytułu tego eseju: Prowokacja, czy utrata wiary w skuteczność idei „Budzących się Szkół”?
Włodzisław Kuzitowicz
Oto co wyłowiłem na dzisiaj podczas moich ostatnich połowów internetowych: To tekst, zamieszczony w środę na fb-profilu Artura Szymanka, występującego na fejsbuku pod szyldem „OKE czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora”:
Czasami mam wrażenie, że ten świat naprawdę zwariował.
Ostatnio dowiedziałem się o skardze rodzica na nauczyciela wychowania fizycznego. Powód był tak absurdalny, że początkowo trudno mi było uwierzyć, że ktoś potraktował sprawę poważnie. Otóż nauczyciel dał uczniom do gry w siatkówkę zbyt twardą piłkę.
Pracuję w szkole prawie trzydzieści lat i wydawało mi się, że słyszałem już niemal wszystko. A jednak okazuje się, że rodzice nadal potrafią mnie zaskoczyć.
Najbardziej interesuje mnie jednak to, co wydarzyło się w domu tego dziecka. Wyobrażam sobie, że wróciło ze szkoły i podczas rozmowy z rodzicem wspomniało, że na WF-ie piłka była za twarda. Być może bolały je ręce podczas odbijania. I teraz chciałbym wiedzieć, w którym momencie taka zwyczajna informacja staje się dla dorosłego człowieka powodem do składania skargi na nauczyciela.
Gdzie w tym wszystkim podział się zwykły zdrowy rozsądek?
Jestem ojcem trojga dzieci i przez lata słyszałem od nich najróżniejsze historie ze szkoły. O trudnych sprawdzianach, wymagających nauczycielach, niesprawiedliwych ich zdaniem ocenach czy sytuacjach, które im się zwyczajnie nie podobały. Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, że każda taka opowieść wymaga mojej interwencji. Najpierw trzeba przecież ustalić, co właściwie się wydarzyło, a później zastanowić się, czy w ogóle istnieje jakiś problem.
Mam wrażenie, że część rodziców zupełnie straciła tę umiejętność. Przyjmują każdą relację dziecka jako wystarczającą podstawę do pretensji wobec szkoły. Nie próbują nawet zastanowić się, czy ich reakcja jest adekwatna do sytuacji. Dziecko jest niezadowolone, więc nauczyciel musiał zrobić coś niewłaściwego.
Zastanawiam się również, czego taki rodzic właściwie oczekuje od szkoły. Że nauczyciel wychowania fizycznego będzie przed każdą lekcją konsultował z rodzicami twardość piłek? Że jeżeli uczeń uzna ćwiczenie za zbyt wymagające, to należy natychmiast z niego zrezygnować? A może najlepiej ograniczyć wychowanie fizyczne do spacerów, chociaż i tutaj pewnie znajdzie się ktoś, komu będzie przeszkadzało zbyt szybkie tempo.
Najgorsze jest jednak to, że takie zachowanie rodziców ma swoje konsekwencje. Dziecko otrzymuje bardzo wyraźny sygnał, że nawet w najbardziej błahych sprawach nie musi sobie radzić samodzielnie, ponieważ zawsze może liczyć na interwencję mamy lub taty. Trudno później oczekiwać od niego samodzielności, odporności na niepowodzenia czy umiejętności radzenia sobie z trudnościami.
Od lat słyszę, że nauczyciele powinni lepiej rozumieć potrzeby uczniów, bardziej indywidualizować nauczanie, wykazywać się większą empatią i cierpliwością. Zgoda, ale może wreszcie warto zacząć mówić również o oczekiwaniach wobec rodziców? O ich odpowiedzialności za wychowanie dzieci, o konieczności uczenia ich samodzielności i o zwykłej umiejętności oceny sytuacji.
Bo naprawdę trudno mówić o partnerskiej współpracy szkoły z domem, kiedy nauczyciel musi tłumaczyć się z tego, że na lekcji siatkówki uczniowie grali piłką, która jednemu z nich wydała się zbyt twarda.
Coraz częściej dochodzę do wniosku, że zanim zaczniemy po raz kolejny reformować szkołę i pouczać nauczycieli, jak powinni pracować, należałoby poważnie porozmawiać o postawach części współczesnych rodziców.
Bo szkoła nie jest w stanie nauczyć dziecka samodzielności, jeżeli w domu każda najmniejsza niedogodność urasta do rangi problemu wymagającego interwencji dorosłych.
Źródło: www.facebook.com/permalink.php?story
Wierzę, że redaktorzy portalu Prawo.pl nie pozwą mnie do sądu za zamieszczenie całego tekstu, informującego o wynikach kontroli, jaką na początku tego roku szkolnego przeprowadziła Państwowa Inspekcja Pracy. Ale nie tylko czynię to podając źródło, ale odsyłam linkiem do oryginału na Wasz portal:
Niewiele nieprawidłowości w szkołach po kontrolach sanepidu
[…]
Państwowa Inspekcja Sanitarna (PIS) w ramach działalności w obszarze higieny dzieci i młodzieży na bieżąco kontroluje prawidłowość warunków i odpowiedniej organizacji pracy ucznia w szkole. PIS nadzoruje 18 614 szkół na terenie całego kraju, a w związku z przygotowaniami do nowego roku szkolnego oceną objęto 5359 z nich, co stanowi 28,8 proc. placówek (w roku szkolnym 2025/2026 skontrolowano 23,1 proc. z nich).
– Tegoroczne wyniki kontroli pokazują, że zdecydowana większość szkół została odpowiednio przygotowana do roku szkolnego 2026/2027. Dane wskazują nie tylko na dobry stan infrastruktury i zaplecza sanitarnego, ale także na rosnącą dostępność opieki zdrowotnej, miejsc do przechowywania podręczników oraz rozwiązań poprawiających komfort codziennego funkcjonowania uczniów. Dzięki przeprowadzonym w czasie wakacji pracom i modernizacjom nowy rok szkolny rozpoczął się w warunkach sprzyjających nauce, bezpieczeństwu i zdrowiu dzieci oraz młodzieży – podsumowała Inspekcja w opublikowanym komunikacie.
Jeśli chodzi o warunki panujące w salach lekcyjnych, kontrole wykazały, że niemal wszystkie ocenione szkoły zapewniają właściwą wentylację. Równie dobrze wygląda sytuacja w zakresie obsługi systemów wentylacyjnych i klimatyzacyjnych. Duże znaczenie dla zdrowia uczniów ma także odpowiednie oświetlenie.
Pomimo braku regulacji prawnych określających minimalną powierzchnię sali lekcyjnej przypadającą na jednego ucznia, organy Państwowej Inspekcji Sanitarnej prowadzą działania monitorujące w tym zakresie.
Jak informuje Inspekcja przed rozpoczęciem roku szkolnego 2026/2027:
>w 68,4 proc. skontrolowanych szkół wszystkie sale lekcyjne zapewnią 2,5 m2 powierzchni na 1 ucznia (w ubiegłym roku szkolnym było to 69,4 proc.);
>w 19,9 proc. skontrolowanych szkół ponad 50 proc. wszystkich sal lekcyjnych zapewni 2,5 m2 powierzchni na 1 ucznia (18,4 proc. w ubiegłym roku szkolnym);
>w 5,7 proc. skontrolowanych szkół 2,5 m2 powierzchni na 1 ucznia zapewni 25-50 proc. wszystkich sal lekcyjnych (ok. 5,4 proc. w ubiegłym roku szkolnym);
>w 6 proc. skontrolowanych szkół – 2,5 m2 powierzchni na 1 ucznia zapewni do 25 proc. wszystkich sal lekcyjnych (ok. 6,8 proc. w ubiegłym roku szkolnym).
>Kontrole wykazały również bardzo dobry stan infrastruktury higieniczno-sanitarnej. Wymagania spełnia blisko 98 proc. ocenionych szkół.
Obowiązkiem szkoły jest zapewnienie uczniom w czasie długotrwałego pobytu w szkole spożycia gorącego posiłku. W bieżącym roku szkolnym w 4564 szkołach (85,2 proc. wszystkich szkół poddanych ocenie) jest prowadzone dożywiane dzieci i młodzieży (w roku szkolnym 2025/2026 – 87,3 proc.). Drugie śniadanie jest zapewniane w 380 szkołach, jednodaniowy obiad ze stołówki szkolnej zapewniają 652 szkoły, a dwudaniowy – 1547 szkół. Natomiast catering zapewnia łącznie 1903 szkół (jednodaniowy zapewniony w 901 szkołach, dwudaniowy zapewniony w 1002 szkołach. 4017 szkół zapewnia uczniom dostęp do wody pitnej poprzez różne formy jej udostępniania (poidełka, woda w dzbankach, dystrybutor z wodą).
PIS informuje, że gabinety profilaktyki zdrowotnej lub pomocy przedlekarskiej będą dostępne w 78,6 proc. kontrolowanych szkół. W większości przypadków działają one bezpośrednio na terenie placówek, natomiast część szkół korzysta ze wspólnych gabinetów obsługujących kilka jednostek. W 4214 szkołach jest zapewniony gabinet profilaktyki zdrowotnej i pomocy przedlekarskiej. Systematycznie poprawia się również dostęp do opieki stomatologicznej. W 3310 szkołach, co stanowi 61,8 proc. szkół poddanych ocenie uczniowie mogą korzystać z opieki stomatologicznej (w gabinecie stomatologicznym w szkole, poza terenem placówki czy też w dentobusie).
Inspekcja zwraca dużą uwagę na ograniczanie ciężaru noszonych przez uczniów plecaków. Szkoły mają obowiązek zapewnić miejsca do przechowywania podręczników i pomocy naukowych. W roku szkolnym 2026/2027 takie rozwiązanie będzie dostępne w 99 proc. skontrolowanych szkół, a dodatkowo 52,9 proc. skontrolowanych szkół zapewni uczniom indywidualne szafki, 32,5 proc. zapewni uczniom szafy w salach lekcyjnych, a 19,1 proc. szkół zapewni inne miejsca na przechowywanie podręczników i przyborów szkolnych, przykładowo parapety.\
Państwowa Inspekcja Sanitarna informuje, że zdecydowana większość szkół dysponuje własnym zapleczem sportowym. W aktualnym roku szkolnym zajęcia z wychowania fizycznego prowadzone będą na terenie szkoły w sali gimnastycznej (w 4242 szkołach), w sali rekreacyjno-zastępczej (w 1891 szkołach), na boisku szkolnym (w 4373 szkołach), na korytarzu szkolnym – w 251 szkołach, a także w innych miejscach, na siłowni czy sali fitness (w 1195 szkołach).
W 1744 szkołach uczniowie w ramach zajęć z wychowania fizycznego będą korzystali dodatkowo z obiektów poza placówką. Natomiast w 152 szkołach zajęcia z wychowania fizycznego prowadzone będą wyłącznie poza placówką z uwagi na brak własnej infrastruktury. W 82 szkołach spośród skontrolowanych placówek funkcjonują pływalnie.
Źródło: www.prawo.pl/szkoly-i-uczelnie/
Postanowiłem kontynuować wątek problemu, o którym było w materiale, zamieszczonym 12 października na OE: „Czyżby było to zlekceważone przez organizatora i innych uczestników spotkanie?” Dlatego dziś udostępniam tekst, który wypatrzyłem wczoraj na fanpage „Nie dla chaosu w szkole””
Mimo pozytywnych opinii na temat przebiegu spotkania kierownictwa MEN z organizacjami zrzeszającymi nauczycieli i pracowników oświaty, związkowcy mają poczucie, że wiele rzeczy nie zostało poruszonych i że nie wszystkie sygnalizowane rozwiązania zostaną skutecznie wprowadzone w życie.
Z aprobatą spotkały się zapowiedzi dotyczące:
– rozszerzenia uprawnień dyrektorów szkół i placówek oświatowych w zakresie zapobiegania zagrożeniom, np. poprzez umożliwienie im przeszukiwania plecaków uczniów;
– wzmocnienia kontroli dostępu do budynków oraz zwiększenie bezpieczeństwa podczas zajęć poprzez wdrożenie szybkiej łączności z policją i służbami ratowniczymi, a także wprowadzenia procedur i ćwiczeń na wypadek ataku wewnętrznego;
– zwiększenia odpowiedzialności dzieci i ich rodziców za to, co dzieci robią.
Jednocześnie jednak wywołały wiele obaw dotyczących stosowania tych zmian w praktyce. Bo to – jak zauważają przedstawiciele organizacji pracowniczych nauczycieli – były tylko słowa, które teraz mają zostać przekute w konkretne rozwiązania. I tu zaczynają się schody, ponieważ diabeł tkwi w szczegółach.
Pani minister mówiła, że zwiększy kompetencje dyrektora i nauczycieli tak, żeby mogli oni przeszukać plecak ucznia, gdy uznają, że istnieje taka potrzeba, ale jednocześnie wskazała, że taka możliwość ma być uregulowana w statutach szkolnych – mówi Krzysztof Wojciechowski, wiceprzewodniczący KSOiW NSZZ „Solidarność”. – Tymczasem praktyka pokazuje, że takie regulacje, jeśli nie mają oparcia w ustawie, jest stosunkowo łatwo obalić, co już obecnie nagminnie robią np. łowcy ze Stowarzyszenia Umarłych Statutów.
Sławomir Wittkowicz, przewodniczący WZZ „Forum – Oświata”, wskazuje, że to właśnie w tym tkwi zasadnicza rozbieżność między przedstawicielami związków zawodowych a resortem edukacji. – Kluczem do wzmocnienia pozycji nauczyciela i dyrektora w szkole jest wpisanie konkretnych rozwiązań do ustawy. Tylko to da nam narzędzia do przeszukiwania rzeczy uczniów, odbierania im niebezpiecznych przedmiotów i egzekwowania ich obowiązków – podkreśla.
Wskazuje przy tym na kolejny problem, którego rozwiązanie nie zostało nawet zasygnalizowane, a mianowicie, co dyrektor czy nauczyciel mają zrobić w sytuacji, gdy w wyniku takiego przeszukania odbiorą dziecku nóż czy inny przedmiot niebezpieczny – powiadomić służby, czy tylko pogrozić uczniowi palcem.
Wątpliwości związkowców budzi także brak procedur postępowania z agresywnym uczniem, które znajdowałyby oparcie w przepisach ustawowych. – Nauczyciel obezwładniający agresywnego ucznia nie może się zastanawiać, czy będzie miał sprawę w prokuraturze, czy tylko u rzecznika dyscyplinarnego.
Kolejne postulaty związkowców, wskazujące na konieczność wprowadzenia rzeczywistych kar dla uczniów za działania, które mogą zagrażać ich zdrowiu lub życiu innych osób, lub być dla nich niebezpieczne.
– W takich sytuacjach uczeń powinien być odsunięty od środowiska, w którym funkcjonuje. Sankcja musi być dotkliwa. Musimy skończyć wreszcie z tym opowiadaniem o dobrostanie. Nie da się pogodzić z jednej strony dobrostanu, a z drugiej strony odbudować tak autorytetu szkoły i nauczyciela, aby ci, którzy są uczestnikami tego życia, w pełni przyjęli zasady – twierdzi Krzysztof Wojciechowski.
Związkowcy zwracają też uwagę na środki finansowe, które państwo musi zarezerwować na wzmocnienie bezpieczeństwa szkół, w celu np. zakupu dodatkowych urządzeń alarmowych, zapewniających szybkie powiadamianie służb ratunkowych o powstaniu zagrożenia, bramek czy urządzeń do wykrywania metalu, a nawet zatrudnienie firm ochroniarskich bądź dodatkowych pracowników do ochrony. Jeśli bowiem związkowcy są zgodni co do konieczności wyposażenia nauczycieli i dyrektorów w dodatkowe kompetencje do kontrolowania uczniów, to nie ma ich zgody na to, by był to dla nich dodatkowy obowiązek.
Zdaniem Sławomira Broniarza, prezesaZNP, bezpieczeństwo powinno być zapewniane przez niezależne służby lub rozwiązania techniczne, a nie stawać się częścią obowiązków pedagogów. – To ochrona, a nie nauczyciele, powinna dbać o bezpieczeństwo placówki, tak by kadra pedagogiczna mogła skupić się na swoich głównych zadaniach edukacyjnych – stwierdza. Zaznacza przy tym, że jeżeli szkoła czy konkretny samorząd mogą pozwolić sobie np. na bramkę wejściową, to powinni ją kupić.
Źródło: www.facebook.com/NIEdlachaosuwszkole/
P.s.
Już po zredagowaniu tego tekstu, zacząłem mieć wątpliwości czy to aby na pewno jest tekst stworzony przez osoby piszące na fanpage „Nie dla chaosu w szkole”. I w wyniku mojego internetowego śledztwa odkryłem prawdę:
Są to fragmenty zaczerpnięte z „Portalu dla Edukacji”, gdzie 21 października pojawił się tekst Bogdana Bugdalskiego, zatytułowany „Nowe uprawnienia nauczycieli. Związkowcy ostrzegają przed luką w przepisach”. Możecie zapoznać się z nim – TUTAJ
Gdybym przeoczył tę informację, zamieszczoną dzisiaj na stronie MEN, to jako były dyrektor zespołu Szkół Budowlanych dałbym drugą dziś „plamę”:
Gala Olimpijczyków Zawodowych 2026. Minister Barbara Nowacka:
Kształcenie zawodowe to bardzo ważny element systemu oświaty
Ponad 60 laureatów 33 ogólnopolskich olimpiad i turniejów zawodowych otrzymało dziś nagrody z rąk minister edukacji Barbary Nowackiej i wiceministra Henryka Kiepury podczas Gali Olimpijczyków Zawodowych w Warszawie. Uroczystość podsumowała tegoroczne olimpiady i turnieje zawodowe. Nagrody wręczono laureatom oraz dyplomy uznania ich nauczycielom.
W gali wzięli również udział kuratorzy oświaty, przedstawiciele Departamentu Kształcenia Zawodowego MEN, w tym wicedyrektor departamentu, organizatorzy konkursów: przedstawiciele uczelni, stowarzyszeń branżowych, izb rzemieślniczych oraz instytucji publicznych.
Minister edukacji Barbara Nowacka podkreślała rolę kształcenia zawodowego w polskim systemie oświaty. –Jestem wdzięczna, że jako ministerstwo możemy organizować Galę Olimpijczyków Zawodowych. Kształcenie zawodowe to bardzo ważny element systemu oświaty, który pozwala nie tylko kształcić na wysokim poziomie, ale przede wszystkim dawać kompetencje młodym ludziom – powiedziała minister.
Zwróciła uwagę na rosnącą popularność kształcenia zawodowego. – Obecnie kształcenie zawodowe to ponad 50% kształcenia ponadpodstawowego. To duży sukces, w szczególności Wasz – uczniów szkół branżowych i techników, bo tak naprawdę gospodarka opiera się na kształceniu zawodowym – zaznaczyła Barbara Nowacka. Minister podkreśliła, że ścieżkę tę wybierają młodzi ludzie z konkretnymi planami. – Kształcenie zawodowe wybierają ambitni ludzie, którzy konkretnie myślą o swojej przyszłości. Po skończeniu szkoły mają zawód, umiejętności i kompetencje. To wszystko wymaga determinacji uczniów – mówiła minister.
Ogłosiła również planowane zmiany dla laureatów konkursów. – Laureaci olimpiad i turniejów zawodowych są zwolnieni z części zawodowej egzaminów. Rozpoczynamy pracę, by byli zwolnieni także z całości egzaminu. To potrzebna zmiana, która wesprze młodych, ambitnych uczniów – dzięki Wam szkolnictwo zawodowe i techniczne rozwija się – oświadczyła Barbara Nowacka.
Słowa podziękowania skierowała do nauczycieli i organizatorów konkursów. – Jestem z Was bardzo dumna i chciałabym podziękować nauczycielką i nauczycielom, którzy Was przygotowują do zawodu, ale także budzą pasję uczenia się i ducha rywalizacji dzięki nim osiągacie sukcesy. Dziękuję także organizatorom konkursów, dzięki nim podkreślana jest rola kształcenia zawodowego – powiedziała Barbara Nowacka.
Nagrodzeni laureaci rywalizowali w olimpiadach i turniejach obejmujących wszystkie obszary kształcenia zawodowego. Wśród nich znalazły się m.in. Olimpiady Innowacji Technicznych (w elektronice i mechatronice, mechanice, ochronie środowiska oraz telekomunikacji i informatyce), Olimpiada Wiedzy Elektrycznej i Energetycznej Euroelektra, Olimpiada Wiedzy o Elektrotechnice i Energetyce Edu-Elektra, Olimpiada Elektroników i Mechatroników Elektromechatron Olimpiada Techniki Samochodowej, olimpiada TeleInfoCup, a także konkursy budowlane – Olimpiada Wiedzy i Umiejętności Budowlanych, Turniej Budowlany „Złota Kielnia”, olimpiada „Buduj z Pasją” oraz Ogólnopolska Olimpiada Wiedzy o Procesie Inwestycyjno-Budowlanym. Reprezentowane były także rolnictwo i leśnictwo (Olimpiada Wiedzy i Umiejętności Rolniczych w ośmiu blokach tematycznych), geodezja (Olimpiada Wiedzy Geodezyjnej i Kartograficznej), ekonomia i finanse (m.in. Olimpiada Wiedzy Ekonomicznej, Olimpiada Statystyczna, Ogólnopolska Olimpiada Logistyczna, olimpiada „Finansomania”) oraz branże usługowe i spożywcze od Olimpiady Wiedzy Hotelarskiej i Olimpiady Umiejętności Hotelarskich, przez Olimpiadę Wiedzy o Turystyce, Olimpiadę Wiedzy i Umiejętności Fryzjerskich, Olimpiadę Wiedzy i Umiejętności z Zakresu Projektowania i Wytwarzania Odzieży, aż po Ogólnopolskie Turnieje Kucharski, Cukierniczy i Piekarski, Olimpiadę Wiedzy o Żywieniu, Ogólnopolską Olimpiadę Wiedzy o Żywności i Olimpiadę Wiedzy o Mleku i Mleczarstwie.
Źródło: www.gov.pl/web/edukacja/
Oto krótki lecz treściwy post, zamieszczony w miniony wtorek na fb-profilu dr Marzeny Żylińskiej:
Uczniowie narzekają na nauczycieli, nauczyciele na uczniów i ich rodziców, rodzice spędzają z dziećmi długie godziny, ucząc je w domu, albo wydają krocie na korepetycje. Z systemowych szkół ucieka dziś, kto może: uczniowie i nauczyciele. Spośród tych ostatnich połowa marzy o zmianie pracy.
? A może nie są winne dzieci, które nie chcą uczyć się przez siedzenie i słuchanie, może winni nie są również nauczyciele, którzy robią pierdylion klasówek, ani rodzice, którzy po pracy chcieliby odpocząć i mieć czas na normalne, rodzinne życie? Może winę za tę katastrofę ponosi system edukacji?
Opresyjny system oparty na ciągłej, wyniszczającej wszystkich rywalizacji, system, który chce, żeby wyniki były ważniejsze od człowieka, od małego człowieka? Można się dalej nawzajem oskarżać, obrzucać oskarżeniami, ale nietrudno dostrzec, że w tym coraz bardziej sformalizowanym, zbiurokratyzowany i odczłowieczonym systemie coraz większa grupa dzieci traci nie tylko chęć do nauki, wiarę w siebie, ale również wiarę w sens swojej pracy.
Ten system konsekwentnie wszystkich niszczy, bo ciągła presja jest niszcząca. Warto zatem zadać sobie pytanie, dla kogo obecny model szkoły jest dobry? Komu służy?
Filmik z wypowiedzią dr Marzeny Żylińskiej (2’52”) – TUTAJ
Źródło: www.facebook.com/marzena.zylinska?locale=pl_PL
Oto tekst Barbary Wesołej, zamieszczony dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji”:
Nowości na maturze 2027. Zmiany dotyczą nie tylko przedmiotów
Matura 2027 nie przyniesie drastycznego przewrotu, jednak zdający muszą przygotować się na kilka ważnych zmian. Zgodnie z informacjami opublikowanymi przez Centralną Komisję Egzaminacyjną, nowości dotyczyć będą oferty przedmiotów do wyboru, sposobu sprawdzania arkuszy oraz spraw organizacyjnych po stronie szkół. Co ważne, nie wszystkie wprowadzane reguły będą miały zastosowanie do każdego maturzysty.
Maturalny maraton rozpocznie się 4 maja 2027 roku od pisemnego egzaminu z języka polskiego na poziomie podstawowym. Dzień później maturzyści zmierzą się z matematyką, a 6 maja z językiem obcym. Egzaminy pisemne w terminie głównym potrwają do 24 maja.
Część ustna będzie odbywać się od 6 do 31 maja. Szczegółowe terminy poszczególnych egzaminów ustalą szkoły.
CKE wyznaczyła również terminy dla osób, które nie będą mogły przystąpić do matury w maju z udokumentowanych przyczyn zdrowotnych lub losowych. Egzaminy w terminie dodatkowym odbędą się od 1 do 16 czerwca, pod warunkiem uzyskania zgody dyrektora OKE. Z kolei termin poprawkowy zaplanowano na 23 sierpnia (część pisemna) i 24 sierpnia (część ustna).
Wyniki matury 2027 zostaną ogłoszone 9 lipca. Osoby przystępujące do egzaminu poprawkowego poznają swoje wyniki 10 września.
Nie zmieniają się podstawowe zasady zdawania matury w Formule 2023. Aby uzyskać świadectwo dojrzałości, trzeba zdobyć co najmniej 30 proc. punktów z każdego przedmiotu obowiązkowego. Co do zasady trzeba również przystąpić do egzaminu z przynajmniej jednego przedmiotu dodatkowego na poziomie rozszerzonym, ale nadal nie obowiązuje z niego próg zaliczenia.
W 2027 roku na maturze pojawią się dwa nowe przedmioty dodatkowe na poziomie rozszerzonym, czyli biznes i zarządzanie oraz historia tańca, a język łaciński będzie można wybrać zamiast obowiązkowego języka obcego nowożytnego. Nie wszystkie możliwości będą jednak dostępne dla każdego zdającego, dlatego szczegółowe zasady przedstawiamy w galerii.
Nowości obejmą również arkusze z matematyki, sposób oceniania części prac egzaminacyjnych oraz udostępnianie materiałów szkołom. Osobne rozwiązania przewidziano dla niektórych absolwentów techników oraz osób przystępujących do egzaminu w starszej Formule 2015.
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Jacek Suliga – twórca stowarzyszenia i prezes Stowarzyszenia 2Piny, mający w swym dorobku zawodowym 13 lat pracy w gimnazjum jako nauczyciel wspomagający, zamieścił w miniony poniedziałek na swoim fejsbukowym profilu wart zapoznania się z nim tekst:
Jacek Suliga
Słowa „a nie mówiłem” aż cisną się na usta, ale w oświacie nie ma miejsca na tanią satysfakcję. Jest za to gorzka rzeczywistość.
Likwidacja gimnazjów była jedną z najbardziej bezmyślnych decyzji systemowych ostatnich dekad – i dziś płacimy za niego gigantyczną cenę w postaci zdrowia psychicznego dzieciaków.
Kiedy wprowadzano gimnazja, rzeczywiście nie było różowo. Początki były trudne, korytarze bywały poligonem, a media grzały tematykę skandali. Ale system dojrzał. Przez lata wykształciła się tam kadra ludzi, którzy wiedzieli, jak rozmawiać z nastolatkiem w najbardziej burzliwym, hormonalnym okresie życia. Nauczyciele nauczyli się ogarniać ten trudny wiek, a procedury po prostu zaczęły działać. I nagle ktoś uznał, że to wszystko trzeba zaorać pod hasłem nostalgicznego powrotu do „starej, dobrej podstawówki”.
Sam kilkukrotnie spotykałem się z groźnymi zapowiedziami z podstawówek: „Ooo, jak do Was przyjdzie Iksiński, to dopiero zobaczycie! Zobaczymy, jak go tam okiełznacie!”I co? I nic.
Iksiński może i nie był aniołem, ale kiedy trafił do nowego środowiska i spotkał nauczycieli, którzy od pierwszego dnia wyraźnie ustalili zasady, a potem konsekwentnie je egzekwowali – okazywało się, że chłopak potrafił się dostosować i całkowicie poprawić swoje zachowanie.
W gimnazjum nawet nie pokazał ułamka tego, co odwalał w podstawówce! Dlaczego? Bo zrzucił gębę „szkolnego łobuza”, którą przypięto mu w pierwszej klasie, i wreszcie dostał szansę, by zacząć z czystą kartą wśród ludzi, którzy nie patrzyli na niego przez pryzmat starych grzechów.
Gimnazjum miało dokładnie tę jedną, absolutnie kluczową zaletę, o której architekci reformy w swojej ignorancji całkowicie zapomnieli: nowe rozdanie.
Po sześciu latach w podstawówce – gdzie układ sił w klasie był już dawno zabetonowany, role rozdane, a etykiety przylepione na stałe – trzynastolatek dostawał szansę na reset. Trafiał w nowe środowisko, do nowych klas, między nowych nauczycieli. Jeśli w podstawówce był „tym cichym”, „tym dziwnym”, celem docinków albo – jak Iksiński – wiecznym łobuzem, w gimnazjum mógł to wszystko zresetować. Mógł zbudować siebie na nowo, znaleźć inne grono znajomych i wyrwać się z toksycznej roli, w którą wciśnięto go w wieku siedmiu lat.
I była jeszcze jedna, gigantyczna różnica: współpraca z rodzicami.
Wtedy grało się z rodzicami do jednej bramki. Matka czy ojciec nastolatka mieli już świadomość, że ich ukochane dziecko wchodzi w trudny wiek i ma swoje za uszami. Nie łykali bezkrytycznie każdej wersji wydarzeń sprzedanej im przy obiedzie. Gdy przychodziło do trudnej rozmowy, dorośli rozmawiali ze sobą jak dorośli – szukali rozwiązania, stawiali granice, współpracowali ze szkołą. Dziś? Dziś rodzic ósmoklasisty traktuje czternastolatka jak słodkiego, niezdolnego do winy bobasa z pierwszej klasy. Jakby minęło tylko kilka lat, a różnica jest taka, jakby dzieliły nas całe wieki.
Wydłużenie podstawówki do ośmiu lat ten mechanizm ratunkowy i relacyjny całkowicie zniszczyło.
Dziś, jeśli grupa w trzeciej czy czwartej klasie uwzięła się na jednego słabszego Jasia, to ten Jaś nie ma dokąd uciec. Zamiast nowego otwarcia po szóstej klasie, dostaje wyrok skazujący na kolejne dwa lata w tym samym, osaczającym go środowisku. Dwa lata dodatkowej, codziennej katuszy z tymi samymi oprawcami, pod czujnym okiem tych samych nauczycieli, którzy zdołali już przyzwyczaić się do korytarzowych układów i zrezygnowani rozkładają ręce.
To nie są daleko idące wnioski, to jest prosta zależność: ta permanentna, wieloletnia matnia i brak drogi ewakuacji bezpośrednio karmią dzisiejszą falę młodzieńczej depresji, wykluczenia i eskalacji rówieśniczej przemocy.
Kiedy dziecko wie, że ma przed sobą jeszcze dwa lata w piekielnej ławce z ludźmi, którzy go nienawidzą, jego psychika po prostu pęka.
Zabraliśmy nastolatkom bufor bezpieczeństwa i szansę na zmianę, zlikwidowaliśmy wyspecjalizowane pod nie placówki, a w zamian upchnęliśmy dojrzewające, kipiące hormonami czternastolatki na jednym korytarzu z przerażonymi siedmiolatkami. I udajemy zaskoczonych, że korytarze płoną, psychiatria dziecięca leży na łopatkach, a statystyki hejtu biją rekordy.
Gimnazja nie były idealne, ale dawały młodym ludziom to, co w wieku nastoletnim jest najważniejsze: drugą szansę. Dziś tej szansy nie ma. Jest za to ośmioletnia ścieżka zdrowia, której coraz więcej dzieci po prostu nie ma siły ukończyć.
Źródło: www.facebook.com/jacek.suliga/











