Wczoraj na „Portalu dla Edukacji” zamieszczono tekst, który jest syntezą informacji o fali sprzeciwu ustawie o wprowadzeniu Rzeczników Praw Ucznia i obowiązkowych Rad Szkół. Oto jego obszerne fragmenty i link do pełnej wersji:

 

 

Oświata przeciw ustawie o prawach ucznia. ZNP, dyrektorzy i Solidarność chcą weta prezydenta

 

[…]

 

W piątek, 29 maja, Sejm przyjął kolejną nowelizację prawa oświatowego, tym razem zwaną ustawą o prawach i obowiązkach ucznia, która wprowadza kilka istotnych zmian w funkcjonowaniu szkół. Teraz ustawą ma się zająć Senat. Ale nawet jeśli wprowadzi on jakieś zmiany, nie należy się spodziewać, by Sejm miał je przegłosować. Wszystko wskazuje więc na to, że wyrok na tej ustawie wykona dopiero Prezydent RP. I tym razem zrobi to przy niemal powszechnym poparciu środowiska oświatowego, w tym nauczycieli oraz rodziców.

 

Przyjęta przez Sejm ustawa obok zgromadzenia w jednym miejscu i uporządkowania przepisów dotyczących praw i obowiązków ucznia, które były rozproszone w wielu aktach prawnych, wprowadza instytucję rzecznika praw uczniowskich oraz obligatoryjność powoływania rad szkół.

 

Te dwie kwestie od wielu miesięcy są mocno krytykowane przez środowiska oświatowe, które po prostu nie chcą się na to zgodzić. I chociaż Ministerstwo Edukacji Narodowej na tę krytykę w dużym stopniu odpowiedziało, ograniczając znacznie kompetencje rzeczników na poszczególnych szczeblach w zakresie dyscyplinowania nauczycieli oraz przesuwając o rok – na 1 stycznia 2028 roku – red. – start całej instytucji (podobnie zresztą jak w przypadku obligatoryjności powoływania rady szkoły), to jednak się z tych pomysłów nie wycofało.

 

A szkoda, bo obecnie, przede wszystkim za sprawą tych dwóch kwestii, cała praca nad prawami i obowiązkami ucznia może pójść do kosza. Prezydenckiego weta domagają się bowiem nie tylko organizacje katolickie, prawicowe, ale przede wszystkim wszystkie nauczycielskie organizacje związkowe oraz dyrektorzy zrzeszani w Ogólnopolskim Stowarzyszeniu Kadry Kierowniczej Oświaty.

 

[…]

 

Dlaczego środowisko daje tak silny opór?

 

Mamy nadzieję, że prezydent tego nie podpisze – mówi Urszula Woźniak, wiceprezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. – Dlaczego? Bo zawsze uważaliśmy, że instytucja rzecznika jest zbędna, od tego są inne instytucje: Rzecznik Praw Dziecka, Rzecznik Praw Obywatelskich – uzasadnia. Nie do przyjęcia jest też koncepcja, że takim rzecznikiem w szkole miałby być nauczyciel, który jest opiekunem samorządu, bo on już z tego powodu ma co robić – stwierdza.

 

Nauczycielom z ZNP nie podoba się również przepis o obligatoryjnym powoływaniu rad szkół.

 

[…]

 

O niewprowadzanie do obiegu prawnego omawianej tu ustawy wystąpili także dyrektorzy szkół skupieni w OSKKO. W ich opinii największa wada ustawy to szkolny rzecznik praw uczniowskich.

 

[…]

 

Solidarność oświatowa nie ma wątpliwości. Prezydent powinien ustawę zawetować

 

– Mamy nadzieję, że prezydent zawetuje tę ustawę w całości – mówi Krzysztof Wojciechowski, wiceprzewodniczący Krajowego Sekretariatu Nauki i Oświaty NSZZ „Solidarność”. Dlaczego? To w szczegółach wyjaśniono m.in. w stanowisku z 9 maja, przyjętym przez KSNiO. Czytamy w nim, że projekt: […] Krajowy Sekretariat Nauki i Oświaty NSZZ „Solidarność” za szczególnie niebezpieczne uznał przepisy dopuszczające anonimowe zgłoszenia do szkolnego rzecznika praw uczniowskich. W realiach współczesnej szkoły oznacza to otwarcie furtki do masowego składania niezweryfikowanych donosów, których szkoła nie będzie w stanie rzetelnie sprawdzić.

[…]

 

Wątpliwości co do weta prezydenckiego nie ma Sławomir Wittkowicz, przewodniczący Wolnego Związku Zawodowego „Forum – Oświata”. – Ta ustawa nie ma szans na wdrożenie. Mamy sprzeciw de facto wszystkich central związkowych, sprzeciw organizacji pozarządowych i to z różnych stron, sprzeciw stowarzyszenia dyrektorów – wylicza. Podkreśla, że całkowicie zgadza się z opiniami, według których proponowane w projekcie zmiany chcą zmienić szkołę w quasiurząd z procedurami, z karami, z odwołaniami. – Dla mnie to jest naprawdę chore myślenie. Jeżeli ta ustawa przejdzie przez parlament, to będziemy składali wniosek do prezydenta o weto. I na pewno nie będziemy jedynymi – podkreśla.

 […]

 

Na pewno za wetem i zapewne takim spotkaniem będą optowały organizacje zrzeszone w Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły, które zamierzają manifestować m.in. w tej sprawie 14 czerwca w Warszawie. Jak poinformowano na stronie www.ratujmyszkole.pl, do omawianego tu projektu ustawy odniósł się Marek Puzio z Instytutu Ordo Iuris, który powiedział:W Sejmie procedowany jest projekt ustawy, który wprowadza centralnie ustalony katalog praw i obowiązków ucznia. To spowoduje, że szkoły będą mieć ograniczone możliwości ustalania podstawowych zasad, dotyczących na przykład stroju ucznia. Na poziom ustawy ma być wpisane prawo ucznia do kształtowania własnego wyglądu, czyli na przykład do przychodzenia do szkoły w kolorowych włosach, z kolczykami w różnych częściach twarzy czy z tatuażami. Ma to dotyczyć zarówno szkół publicznych, jak i prywatnych – w tym szkół katolickich.

 

Ma też pojawić się rzecznik praw uczniowskich, do którego uczniowie będą mogli złożyć skargę na nauczyciela w związku z naruszeniem ich praw i wolności, a rzecznik będzie mógł zbadać sprawę na miejscu, nawet bez zapowiedzi. – Wszystko to jest niezgodne z konstytucyjną zasadą pomocniczości. Państwo wkracza tam, gdzie szkoła i rodzice są w stanie samodzielnie zrealizować swoje cele – zaznaczył.

 

 

 

Cały tekst „Oświata przeciw ustawie o prawach ucznia. ZNP, dyrektorzy i Solidarność chcą weta prezydenta” 

–  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.portalsamorzadowy.pl

 

 

 

 

 



Oto zamieszczony wczoraj na blogu „Profesorskie Gadanie” tekst prof. Stanisława Czachorowskiego, w którym podjął ważny problem stojący przed współczesnymi szkołami i uczelniami: jak i co należy sprawdzać u uczniów i studentów w epoce, gdy wiedzą zarządza IA:

 

 

O poszukiwaniu nowej formuły oceniania i egzaminowania

 

Czy angażować się w odwieczną szkolną zabawę w policjantów i złodziei? Zadać uczniom/studentom zadania i uniemożliwiać im ściąganie a raczej śledzenie ich i przyłapywanie ich na ściąganiu lub w drodze na skróty? Co jest istotą tego, że chcą ściągać? Lub czy sprawdzać na wykładzie listę obecności i jak weryfikować czy nie zostały dopisane martwe dusze? Czy wymagać obecności na wykładzie, na ćwiczeniach czy też może wymagać wykonania zadania, opanowania wiedzy i udokumentowania swojego postępu? Bez względu czy ktoś był na wykładzie czy nie? Jaki powinien być egzamin? Ustny, pisemny, testowy? A może projektowy? I jak rzeczywiście sprawdzić przyrost wiedzy a utrudnić ściąganie, podpowiadanie, pisanie gotowców? Różne sposoby ściągania wpisane są w cała historię szkoły i edukacji. To oczywiście temat na inną opowieść. Teraz chcę poświęcić uwagę zmianom, jakie przyniosła sztuczna inteligencja. Czy są to tylko nowe sposoby ściągania? A może coś więcej? Jak wspomniał  Jacek Dukaj: nieunikniona jest sytuacja, gdy nie będzie się dało opowiedzieć czy dany tekst jest autorstwa człowieka czy AI. Co zatem czynić ma wykładowca-policjant uniemożliwiający ściąganie studentowi? Może trzeba uznać zmiany cywilizacyjne i symbiozę kulturową człowieka ze sztuczna inteligencją?

 

Żyjemy w epoce, w której tradycyjna definicja erudycji spektakularnie dokonała żywota. Przez stulecia mędrzec czy uczony był chodzącą biblioteką, był rezerwuarem faktów, dat, definicji i schematów. W takim świecie wyrastałem. Dziś ten model runął, przynajmniej częściowo. Smartfon podłączony do internetu, ukryty w kieszeni i algorytmy sztucznej inteligencji, gotowe w ułamku sekundy wygenerować syntezę dowolnego zagadnienia, odebrały ludzkiej pamięci biologicznej monopol na wiedzę. Wcześniej naszą biologiczną pamięć, zmagazynowaną w mózgowych neuronach zastąpiły biblioteczne karty z zadrukowanymi stronami. W dobie AI informacja jeszcze bardziej stała się towarem permanentnie dostępnym, niemal darmowym i wszechobecnym. Ta technologiczna rewolucja postawiła na głowie nie tylko uniwersytecką dydaktykę, ale przede wszystkim zmusiła nas do postawienia fundamentalnego, filozoficznego pytania: kim jest myślący człowiek w świecie, w którym maszyna wie lepiej i szybciej? 

 

Współczesne narzędzia generatywnej sztucznej inteligencji ostatecznie obnażyły anachronizm dotychczasowych metod weryfikacji wiedzy. Pierwszym podważeniem była pamięć zewnętrzna w postaci zadrukowanych książek. W szkole uczyłem się jeszcze wierszy na pamięć. Ale już wtedy rodziło się pytanie, po co uczyć się na pamięć, kiedy łatwo znaleźć wierny zapis w książce lub zeszycie? Egzaminy oparte na odtworzeniu materiału, testy wyboru czy nawet klasyczne eseje pisane na zadany temat straciły swoją dawną efektywność i przydatność. Stały się polem potyczek między antyplagiatowymi algorytmami a coraz doskonalszymi modelami językowymi. Próba ścigania się z AI na zapamiętywanie lub mechaniczne kompilowanie faktów jest z góry skazana na porażkę. A przynajmniej na dużo mniejszą efektywność. Dlatego zamiast pytać studenta: „Co wiesz?”, musimy zacząć pytać go: „Jak potrafisz zarządzać wiedzą, którą masz pod ręką?”. Ważne jest więc pytanie jak zarządza wiedzą (dostępną konektywnie) i jak tworzy wypowiedzi. Jak rozumuje w symbiozie nie tylko z książkami ale i ze sztuczną inteligencją. Już dawniej wiele prac tworzonych było zespołowo. Kto jest więc autorem pracy zespołowej? Tu też autorstwo jest z płynną i niewyraźną granicą. Tak teraz powstaje się współautorskie dzieło, tworzone w mutualistycznej symbiozie człowieka z AI.

Ta zmiana optyki głęboko osadza się w koncepcji konektywizmu – teorii uczenia się na miarę ery cyfrowej. Choć konektywni byliśmy od samego początku życia społecznego, na długo przed epoką pisma. W tym ujęciu wiedza nie jest już monolitem zamkniętym w ludzkim, pojedynczym mózgu, lecz dynamiczną siecią połączeń między ludźmi, papierowymi i cyfrowymi bazami danych i technologiami. Kluczową kompetencją nie jest posiadanie informacji, ale umiejętność jej odszukania, zweryfikowania, przesiania przez sito krytycznego myślenia i zsyntetyzowania. Przecież nie tylko gorliwe AI halucynuje, ale i ludzie od samego swojego zarania. Prawdziwym wyzwaniem dydaktycznym i egzystencjalnym staje się odpowiedź na pytanie: „czy potrafisz dotrzeć do właściwych węzłów tej globalnej sieci i czy potrafisz zrobić z nich realny użytek?” A jeśli tak, to jaki sens i wartość potrafisz z tego wydobyć? I jak to sprawdzić na egzaminie? Testem wielokrotnego wyboru? Pracą pisemną, esejem? Rozmową czy może raczej projektem? Od jakiegoś czasu zadaję sobie takie pytania i próbuję odpowiedzi wcielać w życie. Wiedząc, że są to próby czynione po omacku i że są narażone na różnorodne porażki. Powolne uczenie się na błędach i sukcesach z rozmyślaniem o sensie i celu. Bo przecież dopiero odkrywamy ten nowy świat.

 

W moich poszukiwaniach nowej formy akademickiego spotkania odrzucam zatem schemat odpytywania z gotowych odpowiedzi. Przenoszę ciężar z rezultatu na proces. I jest to poruszanie się na nieznanym lub mało znanym lądzie. Skoro wiedza jest łatwo dostępna, student musi stać się jej architektem, a nie tylko konsumentem. Sprawdzanie umiejętności konektywnego korzystania z zasobów świata najlepiej realizuje się w formach, które wymagają osobistego zaangażowania i śladu autentycznej obecności. Może to być systematycznie prowadzony dziennik refleksji – zapis intelektualnego dojrzewania i potyczek z chaosem informacyjnym, gdzie widać nie tylko to, co znaleziono, ale jak ewoluował sposób myślenia autora. Mogą to być autorskie e-booki czy interdyscyplinarne projekty, w których luźne fakty zostają spięte w nową, użyteczną całość. Egzamin w formie dziennika refleksji trwa cały semestr a nie tylko w ciągu jednej godziny w czasie sesji egzaminacyjnej. Jest zachęceniem do poszukiwań a nie jedynie sprawdzeniem, co się znalazło.

 

Co więcej, wkraczamy śmiało w erę nowej mówioności i form postpiśmiennych. Tekst drukowany przestaje być jedynym prawomocnym nośnikiem akademickiego dyskursu. Zdaję sobie z tego sprawę, choć trudno mi otworzyć się na nowe formy komunikacji i społecznego przekazu. Współczesny student może syntetyzować wiedzę w formie wideo opowieści, podcastu, cyfrowego eseju wizualnego czy dynamicznej narracji, która angażuje zmysły i intelekt odbiorcy w zupełnie nowy sposób. To powrót do korzeni ludzkiej kultury, do snucia opowieści, choć innymi formami. Ale jest to powrót wzbogacony o potężne cyfrowe instrumentarium. I to instrumentarium dopiero odkrywamy. Trzeba odwagi by odejść choć na trochę od utrwalonych schematów i własnych przyzwyczajeń. Może ta nowa postpiśmienna mówioność też ma swoje mocne i dobre strony? Trzeba ją odkryć, gdy ona dopiero powstaje. Gdy same siebie odkrywa i poznaje. Ale czyż to właśnie uniwersytet nie powinien być miejscem odkrywania nowości i eksperymentowania ze światem, który dopiero się rodzi? Gdzież jak nie na uniwersytecie powinniśmy ten świat wspólnie ze studentami odkrywać?

 

Czytaj dalej »



 

Oto informacja o konferencji prasowej Prezesa Sławomira Broniarza i wiceprezeski Urszuli Woźniak, jaką zamieszczono na oficjalnej stronie Związku Nauczycielstwa Polskiego:

 

Edukacja zasługuje na więcej niż 2,5 proc.

 

– Jeśli potwierdzą się doniesienia, że rząd oferuje nauczycielom jedynie 2,5 proc. wzrostu płac w 2027 r., będzie to głęboko niesprawiedliwe i szkodliwe przede wszystkim dla nauczycieli, ale także dla systemu edukacji – mówił prezes ZNP Sławomir Broniarz w poniedziałek 8 czerwca br. podczas konferencji prasowej Związku. ZNP oczekuje, że dojdzie do opamiętania i 15 czerwca rząd przedstawi Radzie Dialogu Społecznego propozycję, która będzie korzystna dla nauczycieli.

 

Słyszmy zawsze, że decydująca jest sytuacja gospodarcza, ale tak naprawdę liczy się wola polityczna dodała Urszula Woźniak, wiceprezes ZG ZNP.

 

Rząd we wstępnych założeniach zaproponował wzrost wynagrodzeń nauczycieli w 2027 roku o zaledwie 2,5 proc. Obecnie wynagrodzenie zasadnicze nauczyciela wynosi odpowiednio:

 

-5300 zł brutto dla nauczyciela początkującego

 

-5500 zł brutto dla mianowanego

 

-6400 zł brutto dla dyplomowanego.

 

Podwyżka o 2,5 proc. oznacza wzrost wynagrodzenia zasadniczego o około 130 – 160 zł brutto. Po odliczeniu podatków rzeczywisty wzrost będzie jeszcze niższy.

 

Zarobki w oświacie nie stanowią zachęty do podejmowania pracy w zawodzie nauczyciela. Już dziś wiele szkół boryka się z brakami kadrowymi, szczególnie wśród nauczycieli przedmiotów ścisłych, zawodowych i języków obcych. Niska dynamika wzrostu płac może również przyspieszyć odchodzenie doświadczonych nauczycieli z zawodu. Osoby z wieloletnim stażem, które posiadają ogromny kapitał wiedzy i doświadczenia uznają, że dalsza praca w edukacji nie jest opłacalna.

 

W efekcie szkoły tracą ekspertów i wychowawców, którzy odgrywają kluczową rolę w kształceniu młodego pokolenia. Skutki takich decyzji odczują przede wszystkim uczniowie.

 

Grupa zawodowa obciążona tak odpowiedzialnymi zadaniami – w tym od września tego roku wdrożeniem reformy programowej Kompas Jutra – nie akceptuje podwyżki na poziomie 2,5 proc. Ta propozycja jest odbierana jako brak szacunku dla pracy i zaangażowania nauczycieli.

 

Powtarzam – ten wskaźnik wzrostu jest głęboko niesprawiedliwy, a jednocześnie nie oddaje rzeczywistego wysiłku zawodowego, intelektualnego, nadkładu pracy, zakresu obowiązków nauczycieli. Takie stawki płac absolutnie nie stanowią zachęty do podejmowania pracy w zawodzie. Wręcz przeciwnie – mówił prezes ZNP. – Edukacja przegrywa z ekonomią, z wojną, z politycznymi układami mówił prezes ZNP. – Pomija się jej rolę społeczną, cywilizacyjną, kulturową. Pomija się jej przeogromny wpływa na kształtowanie przyszłości.

 

Wiceprezes ZG ZNP Urszula Woźniak przyznała, że kiedy usłyszała o proponowanym 2,5-proc.wzroście wynagrodzeń, uznała, że to jakieś nieporozumienie. – Pomyślałam sobie, że przecinek jest nie w tym miejscu, co trzeba. 25 proc. to i owszem, moglibyśmy o tym rozmawiać – zaznaczyła.

Na kilku przykładach pokazała, jak rozwarstwiają się wynagrodzenia nauczycieli i przeciętne wynagrodzenie w gospodarce.

 

W latach 2024-2026 przeciętne wynagrodzenie w gospodarce wzrosło o 1,4 tys. zł, a wynagrodzenie zasadnicze nauczyciela dyplomowanego o jedynie 482 zł.

 

Przypomniała, że obywatelski projekt ustawy „Godne płace i wysoki prestiż nauczycieli” przygotowany przez ZNP, nadal leży w sejmowej zamrażarce. Zgłoszona przez Związek ustawa miała właśnie zapewnić powiązanie płac nauczycieli z przeciętnym wynagrodzeniem.

 

 

Obszerniejsza relacja na stronie Głosu Nauczycielskiego  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.znp.edu.pl



I tym razem tekst Jarosława Pytlaka, zamieszczony na blogu „Wokół Szkoły” w miniony piątek, jest obszerny, lecz nie potrafiłem nic z niego wyciąć – przeto zamieszczam bez skrótów::

 

 

Życie homogenizowane z myślą o młodym pokoleniu

 

Tsunami komentarzy przetoczyło się w internecie po ujawnieniu, że na skutek interwencji Rzeczniczki Praw Dziecka w Pszczynie zapanuje równość i żadne dziecko uhonorowane(!) świadectwem z biało-czerwonym paskiem nie dostanie w prezencie porcji lodów w lokalnej lodziarni, choć tak właśnie działo się od ćwierć wieku. Pozostał mi po nim gruby pokład niezbyt pięknie pachnących przemyśleń. Podzielę się z nimi, z góry zastrzegając, że nie mam zamiaru roztrząsać tej konkretnej sytuacji, zachowania i pobudek jej aktorów, ale spróbuję na tej kanwie pokazać od strony pedagogicznej krzywdę, jaką robimy całej populacji młodych, w szlachetnej i słusznej intencji ulżenia doli tych, którzy bez swojej winy zostali poszkodowani przez los.

 

Od dłuższego już czasu, będzie pewnie z górą dwadzieścia lat, uważnie śledzę rozmaite działania, podejmowane dla dobra dzieci. Coraz więcej przepisów chroni ich bezpieczeństwo. Nauczyciele w placówkach oświatowych odpowiadają za każdy krok, każdą czynność swoich podopiecznych, oraz za efekty ich kształcenia. Rodzice w domach sprawują skuteczną opiekę nad swoją małoletnią progeniturą pod groźbą sankcji karnych. Nie ma mowy o karach cielesnych, a i publiczne głośne skarcenie dziecka niesie ryzyko interwencji ze strony przygodnych świadków zdarzenia. Zaprawdę zrobiliśmy kilka niezwykle istotnych kroków w kierunku poszanowania godności młodych ludzi, zapewnienia im ochrony, zagwarantowania możliwie najlepszych warunków rozwoju. To niekłamane osiągnięcia w naszym kręgu kulturowym, które upowszechniły się także w innych rejonach świata, choć jeszcze nie wszędzie, więc jest o co walczyć i zabiegać. Niestety, w tych szlachetnych wysiłkach na rzecz dobra dzieci poszliśmy jeszcze kilka kroków dalej. Śmiem twierdzić, że za daleko.

 

Opieka i zapewnianie bezpieczeństwa przybrały charakter totalny. Kontrola, której sprzyja wszechobecność elektronicznych narzędzi, jest coraz ściślejsza. Grupy rówieśnicze, mające swoje sprawy, niedostępne dla dorosłych, istnieją jeszcze głównie w internecie, który jednak jako środowisko życia społecznego okazuje się po wielokroć bardziej niebezpiecznym miejscem, niż najmroczniejsze zaułki warszawskiej Pragi w czasach mojego dzieciństwa. Dorośli słusznie usiłują zapanować nad tym żywiołem, ale to oznacza także zawłaszczenie resztek przestrzeni, w jakiej młodzi mogliby autonomicznie działać.

 

Z nadmiaru troski o dzieci za wszelką cenę chcemy oszczędzić im zmartwień, zapewnić możliwość rozwoju i zagwarantować sukces na tej drodze. Chcemy tego dla wszystkich, bo przecież wszyscy mają do tego prawo i są tego warci. W teorii wszystko się zgadza, w praktyce… niekoniecznie.

 

Punktem wyjścia „afery lodowej” było nagradzanie darmowymi gałkami tylko niektórych uczniów, na tyle pracowitych/utalentowanych/grzecznych/sprytnych, że zasłużyli w szkole na wyróżnienie świadectwem „z paskiem”. Miało to być niesprawiedliwe i wykluczające wobec innych, wśród których są także dzieci, dla których pułap tej nagrody jest niedostępny z przyczyn od nich niezależnych, np. intelektualnych, społecznych. To zresztą lejtmotyw corocznej „debaty społecznej” o paskach, w którym zawsze pojawia się wizja takich poszkodowanych przez los, z zazdrością obserwujących, jak szczęśliwsi rówieśnicy odbierają swoje wyróżnienie. Na pewno w gronie nieuhonorowanych są tacy, choć z pewnością jest również niemała grupa tych, którym po prostu nie starczyło chęci, ambicji, pracowitości. Dla dobra tych pierwszych postuluje się odebrać okazję do wyciągnięcia życiowej nauki przez drugich, nie mówiąc już o pozbawieniu satysfakcji tych, którzy wyróżnienie otrzymali.

 

W sumie, paski na świadectwie są mi obojętne. Nie płakałbym, gdyby je zniesiono, choć zastanawiam się, czy jakakolwiek lokalna inicjatywa w szkole, polegająca na wyróżnieniu niektórych tylko uczniów, nie zostałaby na tej samej zasadzie oprotestowana przez kogoś, włącznie z napisaniem skargi do Rzecznika Praw Dziecka? Który, zamiast właścicielki lodziarni, postawiłby do pionu dyrekcję.

   

Cała młodość człowieka jest czasem przygotowania się do życia. Szkołę wymyślono, by uzupełniała rodzinę w kwestiach dla niej niedostępnych. Na przykład, w dostarczaniu wiedzy, albo doświadczeń społecznych związanych z grupą rówieśniczą. Pod okiem nauczycieli, czyli ludzi w tym kierunku wykształconych. Oczywiście życie dzisiaj wygląda inaczej niż 20, 30 czy 50 lat temu, ale wiele procesów zachodzących w społeczności nadal istnieje i nadal ma swoje znaczenie. Jednym z nich jest poszukiwanie własnej drogi, stopniowe wybijanie się przez młodego człowieka na samodzielność. Proces niezwykle złożony, który powinien obejmować nie tylko sukcesy, ale także porażki, który musi pokazywać ograniczenia i motywować do wysiłku, aby je przezwyciężyć. A co dzisiaj oferujemy? Wsparcie dla każdego, żeby rozwijał się na miarę swoich możliwości (w tym miejscu napomknę o idei oceny funkcjonalnej, w której założeniach jest właśnie skuteczne wsparcie wszystkich dzieci). Zapewnienie każdemu sukcesu w kokonie komfortu. Zapobiegnięcie wykluczeniu, nawet jeśli jego źródłem jest sama postawa danego dziecka. Dostosować się musi otoczenie. Albo musi zostać dostosowane. Idee pozornie szczytne i słuszne, w praktyce utopijne, a nawet kontrproduktywne.

 

Szkoła, która przez pokolenia była miejscem, gdzie przed młodym człowiekiem stawiano wyzwania, przekształcona została w zakład bezbolesnej obsługi rozwoju. Bez refleksji, że jednym z niezbędnych warunków rozwoju jest właśnie ból egzystencjalny, czyli rozmaite kłopoty, które wychowawcy i nauczyciele powinni łagodzić, ale nie zapobiegać im za wszelką cenę. W ten sposób doszliśmy do miejsca, w którym zła ocena jest traumą, a nie informacją mobilizującą do wysiłku. Brak akceptacji w grupie rówieśniczej – winą tej grupy, a nie możliwym skutkiem postawy wykluczonego. Warsztat z psychologiem – główną metodą nabywania doświadczeń społecznych. Cenioną, bo bezbolesną. Niestety, zazwyczaj mało skuteczną.

 

Czytaj dalej »



 

Czy szkoła bez ocen przygotuje do świata opartego na konkurencji?

 

Po dokonaniu przeglądu materiałów zamieszczanych w minionym tygodniu na OE, postanowiłem, że punktem wyjścia do dzisiejszego 22 refleksyjnego eseju będzie ten, zamieszczony we wtorek 2 czerwca: „O tym że system szkolny udaje, że wszyscy uczniowie chcą się uczyć”. Udostępniłem tam tekst z fb-prifilu „OKE czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora”, prowadzonego przez Artura Szymanka. A to dlatego, że wyraził on tam swą opinię o zafałszowanym obrazie polskiej szkoły – zwłaszcza średniej, i o nieadekwatnej w odniesieniu do rzeczywistości sytuacji w polskim systemie nauczania. Oto wybrane fragmenty z tego tekstu, które uznałem za kluczowe i które stały się owym bodźcem moich refleksji:

 

 „[…] W przeciętnej szkole średniej znaczna część uczniów nie funkcjonuje w trybie „chcę się uczyć”, tylko w trybie minimalnego przetrwania systemu. Ich celem nie jest zdobywanie wiedzy, tylko spełnienie formalnych warunków: obecność, zaliczenie. Nauka jako proces poznawczy często nie jest celem. Jest obowiązkiem do „odhaczenia”, zadaniem do wykonania możliwie najmniejszym kosztem.

 

To nie jest kwestia „mniejszego zainteresowania”. W wielu przypadkach zainteresowanie edukacją po prostu nie istnieje. Uczeń nie myśli w kategoriach „co dziś zrozumiem”, tylko „czy to będzie na ocenę” albo „czy da się tego uniknąć”. Szkoła często stawia na rywalizację i zapamiętywanie, co zabija naturalną potrzebę zadawania pytań i niszczy motywację wewnętrzną.[…]

 

I niezależnie od tego, jak bardzo chcielibyśmy wierzyć w szkołę opartą na naturalnej ciekawości, rzeczywistość jest bardziej prosta i mniej wygodna: duża część uczniów nie jest zainteresowana nauką, a system edukacji wciąż projektuje się tak, jakby było inaczej. ,[….]”

 

Zacznę od rozwinięcia tezy: „Nauka jest obowiązkiem do odhaczenia”.

 

Nie jest to nic nowego, wszak „obowiązek szkolny”, a odniesieniu do szkoły średniej – „obowiązek nauki”, jest ustawowo określony i kończy się na 18. roku życia. I to jest punkt wyjścia całego problemu. Dlatego od niepamiętnych czasów utarło się mówić, że „do szkoły się chodzi”. Nie tylko w potocznej rozmowie najczęściej słyszy się pytanie: „Do której szkoły chodzisz?”, a nie „W której szkole się uczysz?

 

Za nierealizowanie przez małoletnią/małoletniego tego obowiązku rodzice narażają się na karę grzywny w wysokości do 10 000 zł (jednorazowo), a  maksymalnie do 50 000 zł. I to pod presją rodziców, a nie tylko z potrzeby zdobywania wiedzy, wielu młodych ludzi „chodzi bo musi”!  Krotko mówiąc: jeśli nikt z rodziców nie potrafił rozbudzić u młodego człowieka ciekawości świata, potrzeby zdobywania wiedzy, jeśli nauczyciele w szkołach „realizują podstawę programową”, a nie dbają u motywowanie uczniów przez rozbudzanie ich zainteresowania wiedzą, to zawsze, w każdej szkole, będą uczniowie, którzy „chodzą tam z obowiązku”, a nie dla zdobywania wiedzy.

 

Bo – jak to w tym poście napisano – „w wielu przypadkach zainteresowanie edukacją po prostu nie istnieje”. Różne tego mogą być powody. Od zaburzeń psychorozwojowych, przez ubóstwo wzorców osobowych w najbliższym środowisku, do stanów depresyjnych, a w ostatnich latach także przbodźcowania z strony socialmediów. Ale jest jeszcze jedno – systemowe – źródło: szkoła bardzo często stawia na rywalizację w źle pojętym celu – nauki pojęciowej, co zabija naturalną potrzebę zadawania pytań i niszczy motywację wewnętrzną.

 

Uczciwie trzeba powiedzieć, że tacy uczniowie, którzy działali według zasady  „trzech Z:  „Zakuć – Zdać – Zapomnieć” byli w szkołach od bardzo dawna. Ale współcześnie ich liczba ciągle się powiększa, gdyż w tym kierunku prowadzi ich system oceniania uczniów, i państwowy system egzaminacyjny. Jak trafnie napisano w cytowanym tekście „celem nie jest zdobywanie wiedzy, tylko spełnienie formalnych warunków: obecność, zaliczenie. Nauka jako proces poznawczy często nie jest celem”. W ostatnich latach do tej patologii doszedł system rankingu szkół, który pozycjonuje szkoły średnie przede wszystkim w według zdawalności przez ich absolwentów egzaminów maturalnych, co dodatkowo wzmocniło presję nauczycieli na „osiągi” egzaminacyjne ich uczniów. A nie na rozbudzanie ich ciekawości poznawczej i samodzielne dochodzenie do wiedzy…

 

I w tym miejscu Was zaskoczę:

 

Otóż zgadzając się co do istoty problemu, na który zwrócił uwagę autor – Artur Szymanek, wcale nie uważam, ze należy zlikwidować obowiązek szkolny i obowiązek nauki do 18. roku życia, jak również nie uważam, ze należy zrezygnować z systemu oceniania efektów edukacyjnych uczniów – jako sprawiedliwego pomiaru stopnia rozwoju ich kompetencji.

 

Bo zasada „róbta co chceta i kiedy chceta”, jak to jest w Sudbury Valley School we Framigham w stanie Massachusetts, czy w działających także w Polsce szkołach Montessori  albo w  szkołach prowadzonych wg. Rudolfa Steinera, a także w szkołach waldorfskich, lub pracujących na wzór  Planu Daltońskiego zdaje egzamin jedynie w zastosowaniu do tych, u których wcześniej rozbudzono ciekawość świata, którzy chcą, a nie muszą się uczyć.

 

Warto przypomnieć, że obowiązek szkolny wprowadzono w celu wyrównania szans startu w życie uczniom wszystkich środowisk, klas i warstw społecznych. I nie jestem przekonany, czy gdyby dzisiaj został zniesiony, to wszyscy rodzice byliby tak samo zainteresowani, aby ich dzieci zdobywały wiedzę.

 

Tak jak nie uważam, że całkowite zlikwidowanie oceniania uczniów w szkołach ogólnodostępnych (samorządowo-państwowych – bezpłatnych) miałoby pozytywny wpływ na motywację uczniów do zdobywania wiedzy. Problem jest tylko w tym, jakie wskaźniki ich rozwoju byłyby tam brane pod uwagę. Bo na pewno nie rozliczające ucznia z pamięciowej wiedzy.

 

I zmierzając ku końcowi tego felietonu nie mogę nie podzielić się z Wami także taką opiną:

 

Otóż jestem przekonany, że pozbawienie szkół wszelakich form oceny i rywalizacji sprawiłoby, że byłaby to „hodowla miękiszonów”, czyli ludzi kompletnie nieprzygotowanych do przyszłego życia w świecie, który jest oparty na konkurencji i rywalizacji. Bo czymże innym jest praca w tzw. korporacjach, gdzie obowiązuje tzw. „wyścig szczurów”, w ogóle –  cała gospodarka –  krajowa i światowa –  to nieustanna konkurencja o rynki zbytu. A nie jest wszak niczym zaskakującym, gdy przywołam tu jeszcze świat kultury (konkursy, festiwale), sportu (ligi, zawody, mistrzostwa, olimpiady),  a nawet świat nauki, gdzie uczeni ubiegają się u publikowanie w najwyżej notowanych wydawnictwach (tzw. „punktoza”).

 

Bo wszak homo sapiens to istota stadna, a w każdym stadzie jest hierarchia, z przywódcą stada na czele – którą to pozycję trzeba sobie wywalczyć. A każde stado walczy o przestrzeń do polowania i życia….

 

 

Włodzisław Kuzitowicz

 



Kiedy przeczytałem wczoraj ten post na fb-profilu dr Marzeny Żylińskiej nie miałem wątpliwości, że muszę go zamieścić na „Obserwatorium Edukacji”:

 

 

Ta książka zaprasza do spojrzenia na dorobek reformatorów edukacji przez pryzmat neuronauk i aktualnej wiedzy o procesach uczenia się. Jakie wnioski można wyciągnąć z badań nad mózgiem, czy badania neurobiologów, neuropsychologów czy kognitywistów przynoszą coś, o czym dotychczas nie wiedzieliśmy?

 

Odpowiedź na to pytanie może być dla wielu osób zaskakująca, ale to, co dziś wiemy o procesach uczenia się, jedynie potwierdza intuicje reformatorów edukacji i dostarcza naukowych wyjaśnień, dlaczego mieli rację.

 

Niestety edukacyjny główny nurt idzie dziś dokładnie w przeciwnym kierunku. Odrzucając z jednej strony dorobek takich ludzi jak Rudolf Steiner, Maria Montessori, Friedrich Froebel czy Celestyn Freinet, a z drugiej wiedzę płynącą z neuronauk, czynimy system edukacji coraz trudniejszym i mniej przyjaznym.

 

Nasze mózgi zostały stworzone do tego, żeby się uczyć i niczego nie robią lepiej, twierdzi Manfred Spitzer, autor książki Jak uczy się mózg, ale w naturalny sposób uczą się inaczej, niż wymaga tego obecna szkoła. A jak wygląda naturalny sposób uczenia się, wiemy już od dawna. My dorośli mamy wybór, możemy kazać uczniom płynąć pod prąd, co jest męczące i mało efektywne, ale czy nie lepiej pozwolić im płynąć z prądem? Ta książka właśnie po to powstała, żeby dostarczyć argumentów na rzecz zmiany.

 

Autorami tej książki są osoby stosujące w swojej praktyce określone nurty:

 

-pedagogika Friedricha Froebla – Sylwia Kustosz,

 

-pedagogika waldorfska  Maria Borzęcka,

 

-pedagogika Marii Montessori – Ewa Nikołajew-Wieczorowska,

 

-pedagogika Celestyna Freineta  – Marzena Kędra,

 

-plan daltoński – Anna i Robert Sowińscy,

 

-unschooling i edukacja demokratyczna  – Marianna Kłosińska,

 

A z drugiej takie osoby jak:

 

 –prof. Marek Kaczmarzyk  – biolog, neurodydaktyk, ewolucjonista),

 

  -prof. Marcin Jaracz  – neuropsycholog

 

 i ja, b  która złożyłam całość z perspektywy metodycznej.

 

Mój rozdział, który zamyka cały tom, poświęcony jest metodyce kultury uczenia się, która niemal w każdym aspekcie różni się od tradycyjnej metodyki typowej dla kultury nauczania.

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/marzena.zylinska/

 

 

 

Więcej informacji o tej książce –  ze strony „Edukatorium”  –  TUTAJ

 

 

 

 



Oto obszerne fragmenty, zamieszczonego dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji” tekstu Barbary Wesołej, z  którego dowiadujemy się o  reakcji środowiska uczniowskiego, reprezentowanego przez „Akcję Uczniowską” – w tym przypadku w osobie jej założyciela Pawła Mrozka. I – oczywiście – zamieściłem link do pełnej wersji tego tekstu:

 

 

Edukacyjna groteska w Polsce. Uczniowie bezlitośnie podsumowali spór o darmowe lody

 

[…]

 

Uczniowie krytykują spór o lody za czerwony pasek

 

Akcja Uczniowska, ogólnopolska inicjatywa reprezentująca uczniów i uczennice, odniosła się do sprawy lodziarni w Pszczynie, która przez 25 lat nagradzała darmowymi lodami uczniów ze świadectwem z czerwonym paskiem. Po interwencji Rzeczniczki Praw Dziecka akcja została zakończona.

 

W otrzymanym przez media, w tym redakcję Strefy Edukacji stanowisku, organizacja pisze o „politycznym spektaklu” i zwraca uwagę, że publiczna debata skupiła się na lokalnej akcji, zamiast na poważniejszych problemach szkoły.

 

Ta sytuacja jest podręcznikowym przykładem edukacyjnej groteski. Poziom debaty publicznej wokół polskiej szkoły sięgnął dna. Instytucja powołana do ochrony dzieci angażuje się w spór o darmową gałkę lodów, podczas gdy każdego dnia tysiące młodych ludzi zmagają się z kryzysem psychicznym, przeciążeniem i presją systemu edukacjikomentuje Paweł Mrozek, założyciel Akcji Uczniowskiej. Organizacja sprzeciwia się uderzaniu w mały, prywatny biznes i podkreśla, że drobni przedsiębiorcy nie odpowiadają za konstrukcję systemu edukacji ani za presję, której doświadczają uczniowie.

[…]

 

Zdaniem Akcji Uczniowskiej problemem nie są same lody, ale to, jak duże znaczenie w polskiej szkole nadal przypisuje się średnim ocen, czerwonym paskom i rankingom.

 

To porażające, że w państwie, które niemal codziennie alarmuje o kryzysie zdrowia psychicznego młodzieży i destrukcyjnym wyścigu szczurów, relikt w postaci czerwonego paska nadal traktowany jest jak symbol najwyższego sukcesu. Rodzice mówią dzieciom, że pasek nie definiuje ich wartości, a następnie wspólnie z nimi spędzają kolejne wieczory nad elektronicznym dziennikiem, gorączkowo licząc, czy średnia wyniesie 4,74 czy 4,75. Ta sprzeczność niszczy młodych ludzi. Jeśli Rzeczniczka Praw Dziecka chce realnie walczyć z kulturą presji i nieustannego porównywania, powinna wykorzystać swoje ustawowe kompetencje do inicjowania zmian systemowych i legislacyjnych, a nie kierować miękkie upomnienia do przypadkowych przedsiębiorcówpodkreśla lider Akcji Uczniowskiej.

 

Do sprawy odniósł się także Paweł Lęcki, nauczyciel języka polskiego. W cytowanej przez Akcję Uczniowską wypowiedzi zwrócił uwagę, że inne problemy szkoły nie wywołują tak silnego publicznego poruszenia. – Czy ktoś wyobraża sobie takie potężne wzmożenie narodowe – jak w przypadku lodów i tego (…) paska – odnośnie mobbingu w szkołach, przemocy, agresji wobec uczniów i nauczycieli, samotności młodych i dorosłych, koszmarnego spadku motywacji wśród ludzi młodych, klęski kształcenia kompetencji związanych z posługiwaniem się w miarę poprawnym językiem polskim, znikania nauczycieli, braku systemowego tutoringu, braku systemowego wsparcia ciała pedagogicznego, potężnych problemów kształcenia zawodowego i technicznego, braku docenienia roli nauczycieli przedszkoli? Nie? Szok i niedowierzanie napisał Paweł Lęcki.

 

[…]

 

W stanowisku Akcja Uczniowska wskazuje, że system wyliczania średnich ocen jest symbolem niesprawiedliwości i uznaniowości. Organizacja zwraca uwagę, że uczniowie rozliczani są z liczb, które mogą zależeć od różnych standardów oceniania w szkołach, a nawet u różnych nauczycieli tego samego przedmiotu. Szczególnie krytycznie organizacja odnosi się do wliczania do czerwonego paska oceny z zachowania, którą określa jako kategorię często subiektywną, niejednolitą i wykorzystywaną jako narzędzie dyscyplinowania uczniów.

 

[…]

 

Akcja Uczniowska postuluje całkowitą likwidację czerwonych pasków

oraz stopniowe zastępowanie tradycyjnych ocen ocenami opisowymi.

 

Zdaniem organizacji taki model pozwalałby szerzej opisywać mocne strony ucznia, obszary wymagające wsparcia oraz rzeczywisty postęp osiągnięty w danym przedmiocie. W ocenie Akcji Uczniowskiej szkoła powinna odchodzić od porównywania uczniów między sobą na rzecz informacji zwrotnej dotyczącej indywidualnego rozwoju. – Już teraz słyszymy zarzuty, że chcemy szkoły łatwej, niewymagającej i pozbawionej standardów. To całkowite niezrozumienie naszej propozycji. Nie chcemy unikać pracy. Chcemy po prostu przeżyć w rzeczywistości, która dla młodych ludzi staje się coraz bardziej wymagająca i coraz mniej przewidywalna. Oceny opisowe wymagają od ucznia znacznie większej samoświadomości i zaangażowania niż mechaniczne zaliczenie testu według zasady „zakuj, zdaj, zapomnij”. Chcemy szkoły, która stawia ambitne, życiowe wymagania, rozwija odporność psychiczną i uczy krytycznego myślenia, a nie pruskiej dyscypliny przygotowującej do roli posłusznego wykonawcy poleceńwskazuje Paweł Mrozek.

 

[…]

 

Akcja Uczniowska kieruje otwarte zaproszenie do Ministry Edukacji Barbary Nowackiej, Rzeczniczki Praw Dziecka Moniki Horna-Cieślak oraz polityków opozycji. Usiądźmy przy jednym stole. Przestańmy rozmawiać o darmowych lodach. Zacznijmy rozmawiać o systemowej zapaści polskiej edukacji, kryzysie zdrowia psychicznego młodzieży, nierównościach społecznych generowanych przez szkołę oraz o tym, jak stworzyć godny system na który zasługuje każde dziecko.

 

W ostatnim zdaniu apelu organizacja zwraca się bezpośrednio do polityków: – Politycy, pokażcie, czy naprawdę chcecie rozwiązywać problemy młodych ludzi, czy interesuje was wyłącznie kolejna medialna szopka. Dość!!!

 

 

 

Cały tekst „Edukacyjna groteska w Polsce. Uczniowie bezlitośnie podsumowali spór o darmowe lody”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.strefaedukacji.pl

 



Dzisiaj zamieszczam fragment obszernego materiału zatytułowanego „Ocena funkcjonalna ‚w pigułce’” (i link do oryginalnej wersji), zaczerpniętego ze strony Niepublicznego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli „Zyta Czechowska specjalni.pl”, ale o którym dowidziałem się z fb-profilu Zyty Czechowskiej. Czynię to dlatego, aby „oswoić” temat oceny funkcjonalnej, której wprowadzenie do systemu szkolnego MEN odsunęło na „niewiadomo kiedy”.

 

 

 

W ostatnich latach coraz częściej słyszymy o ocenie funkcjonalnej ucznia. Dla wielu nauczycieli nadal brzmi to jednak jak kolejny trudny dokument albo dodatkowy obowiązek. Tymczasem dobrze przeprowadzona ocena funkcjonalna może naprawdę ułatwić codzienną pracę nauczyciela, pomóc szybciej rozumieć potrzeby ucznia i trafniej planować wsparcie.

Czym jest ocena funkcjonalna?

 

Ocena funkcjonalna to wielowymiarowy proces rozpoznawania i opisywania funkcjonowania ucznia w jego naturalnym środowisku – w klasie, podczas przerw, zajęć dodatkowych, relacji społecznych czy codziennych sytuacji szkolnych. Nie skupia się wyłącznie na trudnościach i diagnozie medycznej, ale również na mocnych stronach, możliwościach i potencjale ucznia.

 

Ocena funkcjonalna opiera się na modelu ICF (Międzynarodowej Klasyfikacji Funkcjonowania, Niepełnosprawności i Zdrowia). Oznacza to, że patrzymy nie tylko na trudności ucznia, ale przede wszystkim na jego codzienne funkcjonowanie, możliwości, relacje oraz wpływ środowiska szkolnego i rodzinnego na jego rozwój.

 

To bardzo ważna zmiana myślenia. Tradycyjna diagnoza często odpowiada na pytanie:
„Co jest problemem?”

 

Ocena funkcjonalna pyta: „Jak funkcjonuje uczeń i czego potrzebuje, żeby lepiej sobie radzić?”

 

Dlatego mówi się, że ocena funkcjonalna jest przeciwieństwem „oceny gabinetowej”. Nie odbywa się tylko w pokoju specjalisty, ale wszędzie tam, gdzie

 

Na czym skupia się ocena funkcjonalna?

 

Ocena funkcjonalna nie koncentruje się na jednostce chorobowej, ale przede wszystkim na codziennym funkcjonowaniu ucznia. Obejmuje między innymi:

-aktywność i uczestnictwo ucznia,

-bariery i ułatwienia w środowisku,

-struktury i funkcje ciała,

-efektywność dotychczasowej pomocy psychologiczno-pedagogicznej.

 

Nauczyciel nie analizuje więc wyłącznie tego, czy uczeń „potrafi”, ale także:

-jak wykonuje zadania,

-co mu pomaga,

-co utrudnia funkcjonowanie,

-jak reaguje na wsparcie,

-jak funkcjonuje społecznie i emocjonalnie.

 

Dlaczego ocena funkcjonalna jest dziś tak ważna?

 

Szkoły coraz częściej pracują z uczniami o bardzo zróżnicowanych potrzebach. Wzrasta liczba dzieci wymagających wsparcia psychologiczno-pedagogicznego, uczniów ze spektrum autyzmu, trudnościami emocjonalnymi czy problemami zdrowia psychicznego.

 

Jednocześnie szkoła potrzebuje:

-szybszego reagowania,

-trafniejszego planowania wsparcia,

-lepszej współpracy nauczycieli i specjalistów,

-bardziej praktycznych narzędzi.

 

Ocena funkcjonalna pomaga uporządkować obserwacje i zamienić je na konkretne działania wspierające ucznia.

 

[…]

 

W dalszej części tego materiału dowiesz się o tym:

 

 

Kiedy warto przeprowadzić ocenę funkcjonalną?  […]

 

Kto przeprowadza ocenę funkcjonalną?   […]

 

Jak wygląda ocena funkcjonalna w praktyce?   […]

 

KSzOF* – praktyczne narzędzie dla szkół   […]

 

Model biopsychospołeczny – czyli patrzymy szerzej   […]

 

Opinia o funkcjonowaniu ucznia – krótko i praktycznie   […]

 

Ocena funkcjonalna to nie dokument – to sposób myślenia   […]

 

*Kwestionariusza Szkolnej Oceny Funkcjonalnej.

x           x           x

 

 

W końcowej części polecono szkolenie plus kompleksowe materiały dotyczące oceny funkcjonalnej i opinii o funkcjonowaniu ucznia.

 

 

 

Cały materiał „Ocena funkcjonalna ‘w pigulce’”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.nodnzytaczechowska.pl

 

 



Mając świadomość, że to początek długiego weekendu, postanowiłem jednak zaproponować lekturę zamieszczonego wczoraj na blogu „Pedagog” interesującego tekstu, autorstwa jego gospodarza – prof. Bogusława Śliwerskiego. Zachęcam do zapoznania się z nim, bo jest to interesujący i jednocześnie wartościowy punkt widzenia uczonego pedagoga na narastający rozdźwięk miedzy wzrastającym poziomem wyposażania polskich szkół w sprzęt cyfrowy, a poziomem merytorycznego przygotowania jego użytkowników – nauczycieli do jego właściwego wykorzystywania w procesie edukacji:

 

 

O potrzebie paktu na rzecz pedagogiki cyfrowej w polskiej oświacie

 

Polska szkoła znalazła się w osobliwej sytuacji. Z jednej strony otrzymała ogromną ilość sprzętu: laptopy, tablety, pracownie AI, pracownie STEM, zestawy do edukacji zdalnej, sieci LAN, platformy i cyfrowe zasoby. Z drugiej strony w debatach publicznych coraz mocniej wybrzmiewa lęk przed ekranami, social mediami, smartfonami, chatbotami i uzależnieniami dzieci oraz młodzieży od cybermediów. Między jednym a drugim, między dostępem do sprzętu a językiem zakazu, zieje jednak pedagogiczna luka.

 

Nie jest nią brak urządzeń, bo z tymi uczniowie przychodzą do szkoły. Nie jest nią nawet brak pieniędzy, skoro coraz więcej NGO i samorządów wspiera konkretne inicjatywy w tym zakresie. Jest nią brak wspólnej odpowiedzi na pytanie: po co i jak media cyfrowe mają służyć rozwojowi ucznia?

 

Obrady sejmowej Komisji Edukacji i Nauki pokazują ten problem z całą ostrością. W jednej debacie dyskutowano o programach „Laptop dla ucznia” i „Laptop dla nauczyciela”, o finansowaniu, przetargach, zobowiązaniach, kontroli i odpowiedzialności poprzedniej lub obecnej władzy. W innej zaś mówiono o cyfrowej transformacji edukacji, pracowniach AI, kompetencjach nauczycieli i narzędziach opartych na sztucznej inteligencji. Jeszcze w kolejnych obradach tej Komisji debatowano o zagrożeniach wynikających z mediów społecznościowych, o dezinformacji, chatbotach i zaburzeniach relacji społecznych. Każdy z tych wątków jest ważny. Problem polega na tym, że zbyt rzadko tworzą one sensowną całość.

 

Władze państwowe potrafią zainwestować w sprzęt dla placówek oświatowych, ogłoszą program, przetarg na granty, ale też potrafią przestraszyć się skutków własnej cyfryzacji i zaczynają mówić o ograniczeniach. Państwo wciąż nie potrafi konsekwentnie powiedzieć, jaka pedagogika cyfrowa ma z tego wynikać, bo MEN trzyma się z dala od nauki. Nic dziwnego, że młodzież z Cyfrowej Szkoły udała się na rozmowę do Prezydenta RP, by podzielić się własnymi problemami.

 

Program „Laptop dla nauczyciela” był w znacznej mierze zobowiązaniem odziedziczonym po poprzedniej władzy. Nie można go więc sprowadzać wyłącznie do prostego zarzutu „rozdawnictwa”. W warunkach ciągłości państwa wiele działań trzeba było domknąć, rozliczyć, włączyć w nowe ramy. Jednak właśnie tu zaczyna się zasadniczy problem: zakupione laptopy zostały potraktowane jako fakt administracyjny, a może dodatek do pensji, a nie jako początek poważnej rozmowy o zmianie procesu uczenia się.

 

W sejmowej debacie padały pytania o to, czy laptopy są używane w szkole, czy w domu, czy korzystają z nich uczniowie, czy rodzice, czy są wyposażone w oprogramowanie, czy szkoły mają infrastrukturę, by realnie włączyć je w lekcje. Nie były to pytania techniczne, ale o sens edukacyjnej polityki publicznej, która jest traktowana przez władze obecnego resortu nieracjonalnie. Dla ministry B. Nowackiej ważniejsze są wyniki sondaży publicznych, które już w swoich założeniach mają wspomagać politykę rządu.

 

Jeszcze wyraźniej widać to w debacie o AI. Z jednej strony ministerstwo mówi o sztucznej inteligencji jako narzędziu przyszłej pracy uczniów, o konieczności rozwijania krytycznego myślenia, o szkoleniach nauczycieli, koordynatorach cyfrowych, projektach badawczych, materiałach na Zintegrowanej Platformie Edukacyjnej. Z drugiej strony niemal natychmiast pojawia się wzbudzanie lęku: social media dewastują dzieci, chatboty mogą zastępować przyjaciół, sztuczna inteligencja może pozbawiać młodych ludzi osobistych relacji, więzi, samodzielności a nawet człowieczeństwa. Zapewne częściowo te obawy nie są bezpodstawne, ale jeśli stają się główną osią polityki edukacyjnej, to szkoła zostanie wciśnięta między dwie skrajności: fascynację sprzętem i administracyjny zakaz.

 

Chyba nie o to chodzi.

 

Dziecko nie staje się mądrzejsze dlatego, że otrzyma laptop. Nie staje się też bardziej bezpieczne dlatego, że odbierze mu się telefon komórkowy. Nauczyciel nie staje się nowoczesny dlatego, że przeszedł szkolenie z obsługi aplikacji. Szkoła nie staje się cyfrowa dlatego, że ma szybki internet. Cyfrowość edukacji zaczyna się dopiero tam, gdzie technologia zostaje podporządkowana celom rozwojowym, poznawczym, społecznym i moralnym.

 

Dlatego polska oświata potrzebuje paktu na rzecz pedagogiki cyfrowej.

 

Czytaj dalej »



Portal „Strefa Edukacji” zamieścił dzisiaj obszerny tekst, informujący o jednym z problemów, uwidocznionym w ważnym badaniu sondażowym Fundacji COBOS „Młodzież 2025”. Oto ten tekst, oraz link do całego Raportu (336 stron):

 

 

Młodzież chce się uczyć, ale na nowych zasadach. Te plany zaskoczą rodziców

 

Koniec szkoły ponadpodstawowej to moment, w którym młodzi ludzie muszą wybrać jedną z pierwszych dorosłych ścieżek. Studia, praca, wyjazd a może własna firma? Możliwości jest wiele, ale za każdą stoją konkretne kalkulacje. Z raportu „Młodzież 2025” wynika, że większość uczniów nadal chce się uczyć, ale na innych zasadach niż ich rodzice, a także wcześniejsze pokolenia.

 

Większość uczniów chce dalej się uczyć

 

Uczniowie ostatnich klas szkół ponadpodstawowych w większości nie chcą kończyć nauki wraz z odebraniem świadectwa. Z raportu „Młodzież 2025” wynika, że łącznie 71 proc. badanych planuje kontynuować edukację w jakiejś formie.

 

Tę ogólną tendencję autorzy raportu opisują jednoznacznie:

Młodzież po ukończeniu szkoły ponadpodstawowej w większości niezmiennie nie zamierza rezygnować z dalszej edukacji” — wskazano w raporcie.

 

Najczęściej wybieraną ścieżką pozostają studia. Blisko dwie trzecie uczniów, czyli 63 proc., zamierza podjąć naukę na wybranym kierunku. Dane pokazują jednak, że plany młodych ludzi nie ograniczają się wyłącznie do jednej drogi.

 

Z raportu wynika, że po ukończeniu szkoły ponadpodstawowej uczniowie najczęściej planują:

 

32 proc. — łączyć pracę ze studiami na wybranym kierunku,

31 proc. — studiować na wybranym kierunku,

6 proc. — pracować w firmie państwowej lub prywatnej,

6 proc. — wyjechać za granicę na stałe lub na dłuższy czas,

6 proc. — założyć własną firmę,

4 proc. — łączyć pracę z nauką w technikum lub liceum,

3 proc. — wstąpić do służby przygotowawczej lub kandydackiej w wojsku,

2 proc. — uczyć się w szkole pomaturalnej lub policealnej,

2 proc. — pracować w gospodarstwie rolnym.

 

Dla szkół i rodziców to ważny sygnał. Studia nadal są dla wielu młodych ludzi istotnym planem, ale dla co trzeciego badanego mają iść w parze z pracą.

 

Co trzeci uczeń chce łączyć studia z pracą

 

W badaniu najwięcej uczniów wskazało model łączenia pracy ze studiami. Taką odpowiedź wybrało 32 proc. badanych. Niewiele mniej, 31 proc., zadeklarowało, że po ukończeniu szkoły będzie studiować na wybranym kierunku

 

Za tym mogą stać różne motywacje, od potrzeb finansowych i chęci zdobycia szybko doświadczenia, testowanie siebie w różnych scenariuszach bez czekania 3, czy 5 lat na dyplom.

 

Z raportu wynika też, że w 2025 roku 13 proc. uczniów zamierzało zakończyć edukację na poziomie ponadpodstawowym i podjąć pracę zarobkową w Polsce. W tej grupie znaleźli się uczniowie planujący pracę w firmie państwowej lub prywatnej, pracę w gospodarstwie rolnym albo założenie własnej działalności.

 

Mniej popularnym scenariuszem jest wyjazd za granicę. Łącznie 6 proc. uczniów planuje taki krok po ukończeniu szkoły ponadpodstawowej, przy czym częściej chodzi o wyjazd na dłuższy czas niż na stałe.

 

Liceum, technikum, szkoła branżowa. Plany mocno się różnią

 

Plany młodzieży wyraźnie zależą od typu szkoły. Autorzy raportu zwracają uwagę, że nie wszyscy uczniowie kończący szkołę ponadpodstawową myślą o przyszłości w ten sam sposób.

 

„Plany na najbliższą przyszłość w znacznym stopniu różnicuje również typ szkoły, do jakiej uczęszczają badani” — napisano w raporcie.

 

W publicznych liceach ogólnokształcących dominuje ścieżka akademicka. Według raportu 80 proc. uczniów tych szkół deklaruje, że będzie kontynuować naukę na wybranym kierunku studiów. Część z nich chce jednak od razu łączyć studia z pracą.

 

Inaczej wygląda sytuacja w technikach. Tam zamiar podjęcia studiów deklaruje 58 proc. uczniów, ale wyraźniej widoczny jest model łączenia nauki na uczelni z pracą zarobkową.

 

Ten kierunek autorzy raportu opisują następująco:

 

„Zamiar podjęcia studiów deklaruje również ponad połowa uczniów techników (58%), przy czym wyraźnie większa część (37% ogółu) planuje pogodzić naukę na wyższej uczelni z pracą zarobkową”.

 

 

Jeszcze inną perspektywę mają uczniowie szkół branżowych. Niespełna połowa z nich, czyli 46 proc., planuje dalszą naukę w technikum lub liceum. Większość tej grupy chce jednak łączyć ją z pracą. W szkołach branżowych częściej niż w innych typach szkół pojawiają się też plany podjęcia pracy w firmie oraz założenia własnej działalności.

 

Dziewczęta częściej wybierają studia, chłopcy częściej firmę i wyjazd

 

Czytaj dalej »