Na czwartkowe przedpołudnie – po dwu tygodniach nowego roku szkolnego – profilaktyczne porady Danuty Sterny jak zapobiegać wypaleniu zawodowemu nauczycieli:

 

                                               Przywracanie radości nauczyciela z nauczania

 

Rys. Danuta Sterna

 

Każdy człowiek, który decyduje się na wykonywanie zawodu nauczyciela i w nim pozostaje, chce dobrze nauczać i mieć z tego satysfakcję. Jeśli mu się to nie udaje, najczęściej rezygnuje przy pierwszej nadarzającej się okazji. Nauczyciel to zawód bardzo wymagający, ale też mogący przynieść wiele radości.

 

Nie zawsze wszystko idzie gładko, a czasami dochodzi nawet do wypalenia zawodowego.

 

Jedną z głównych przyczyn jest samotność w tym zawodzie. Nauczyciel nie ma z kim podzielić się poniesionymi porażkami ani sukcesami. Jeśli dodatkowo czuje, że nie jest odpowiednio wynagradzany za swoją ciężką pracę, a do tego odpiera ataki ze strony społeczeństwa, przestaje czerpać satysfakcję i staje się zgorzkniały.

 

Jak można utrzymać radość z nauczania?

 

1.Rozmawiać z innymi nauczycielami, dzielić się doświadczeniami, korzystać z rad i pomocy innych

 

Przełamać izolację. Dzielić się trudnościami, mówić o nich otwarcie i oczekiwać pomocy. Można tworzyć w szkole grupy wsparcia dla nauczycieli, które udzielają uczestnikom wzajemnej pomocy i pokazują użyteczne techniki nauczania.

 

-Wiele lat temu głośno opisywany był przypadek nauczyciela, któremu uczniowie nałożyli kosz na śmieci na głowę. To nie był opresyjny pedagog – on po prostu nie miał wsparcia ze strony innych nauczycieli.

 

-Wzorem nauczycieli amerykańskich założyłam w szkole, w której pracowałam, grupę „Krytycznych przyjaciół”. Powiesiłam na tablicy ogłoszeń w pokoju nauczycielskim zaproszenie. Zgłosiło się 6 osób. Spotykaliśmy się w ustalonych terminach i każdy dzielił się sukcesami oraz trudnościami. Pozostałe osoby udzielały wskazówek, jak można sobie w danej sytuacji poradzić. Dana osoba wybierała wskazówkę, którą decydowała się zastosować w swojej klasie, a na następnym spotkaniu oceniała, czy ona zadziałała i pozwoliła rozwiązać problem. Do tej pory, mimo że część z nas już nie pracuje w tamtej szkole, a niektórzy są na emeryturze, z nostalgią wspominamy ten czas i wciąż spotykamy się towarzysko.

 

2.Próbować nowych metod nauczania

 

To najlepsze antidotum na wypalenie zawodowe – być stale poszukującym nauczycielem. Inspiracje można czerpać ze szkoleń, literatury pedagogicznej oraz internetowych grup wsparcia. Można też zapraszać innych nauczycieli na swoje lekcje i samemu obserwować ich zajęcia. Takie obserwacje koleżeńskie trzeba traktować jako pomocne dla obu stron – obserwujący może znaleźć pomysły dla siebie, a obserwowany otrzymuje dodatkową perspektywę i spojrzenie na swoją praktykę.

 

Propozycji metod nauczania jest wiele, warto więc wybrać to, co wydaje nam się skuteczne. Trzeba sprawdzić, czy na pewno dobrze działają na naszych uczniów – jeśli tak, warto włączyć je do swojego warsztatu, a jeśli nie, po prostu je porzucić.

 

To samo można zrobić z praktykami i metodami, których nauczyliśmy się wiele lat temu i stały się naszym nawykiem, niekoniecznie korzystnym. Porzucenie takich przyzwyczajeń wymaga jednak wiele odwagi.

 

Na szczęście nauczyciel w Polsce ma autonomię w dziedzinie doboru metod nauczania.

 

 

3.Śledzić losy absolwentów szkoły

 

Nie jest prawdą, że nauczyciel po odejściu ucznia ze szkoły nie może się cieszyć jego sukcesami. Jeśli szkoła lub sam nauczyciel pielęgnuje kontakty z absolwentami, może widzieć, jak dobrze sobie radzą. To przynosi ogromną satysfakcję, bo na te sukcesy nauczyciel również miał wpływ.

 

Często okazuje się, że tak zwany trudny uczeń wyrasta na świetnego pracownika, dobrą matkę lub ojca oraz osobę bardzo pożyteczną dla społeczeństwa.

 

Miałam kiedyś bardzo trudnego ucznia. Spotkałam go po latach i okazało się, że jest nauczycielem filozofii w szkole, w której uczyłam. Zapytałam, jak sobie radzi w tej roli, a on odpowiedział: „Nie wiem, jak Pani dawała sobie ze mną radę”. Warto było dawać sobie radę.

 

Do tej pory kontaktuję się z niektórymi moimi uczniami, którzy odwiedzają mnie z okazji świąt. Czuję się naprawdę obdarowana, mogąc patrzeć, jak świetnie sobie radzą.

 

 

3.Dbać o własną autonomię i poczucie kompetencji

 

Doceniać samego siebie. Trudno w tym zawodzie liczyć na docenienie z zewnątrz. Warto świętować nawet małe sukcesy – to, że uczeń wreszcie otrzymał ocenę pozytywną, że klasa zrozumiała, jak dodaje się ułamki, albo że ktoś przyszedł po radę.

 

Środowisko nie zawsze jest wspierające, panuje raczej powszechna krytyka. Nie warto się jej poddawać – satysfakcję można czerpać z tego, co sami robimy i zauważamy. Dlatego warto otaczać się życzliwymi ludźmi, a krytykantów trzymać z daleka.

 

 

4.Traktować uczniów z szacunkiem i budować z nimi relacje

 

Nie na darmo mówi się, że relacjami uczenie stoi. Trzeba pamiętać, że szkoła jest po to, aby uczniowie się uczyli – nauczyciel jest na drugim planie. To wymaga pohamowania nauczycielskiego ego.

 

Czasami młody człowiek potrafi nas wyprowadzić z równowagi psychicznej. Ale to tylko młody człowiek, który jeszcze czegoś nie umie, a za pewien czas może być lepszy od nauczyciela w wielu dziedzinach.

 

Dobrze jest słuchać młodych ludzi i mniej mówić samemu. Warto pytać uczniów, jak chcą być nauczani, słuchać ich opinii i w miarę możliwości się do nich odnosić.

 

Nie należy się bać – w trudnych sytuacjach warto kierować się sercem.

 

-Gdy pracowałam na uczelni, przyszedł do mnie student i powiedział, że nie będzie pisał kolokwium, bo nie jest w stanie. Termin był ustalony wcześniej i wyglądało to na wymówkę, która będzie mnie kosztowała więcej pracy. Zapytałam o powód. Okazało się, że student opiekował się w nocy swoją gorączkującą córeczką i nie spał ani chwili. Pozwoliłam mu pisać kolokwium w innym terminie. Tak samo jest z uczniami – często nie wiemy, co przeżywają poza szkołą i jak trudne mają doświadczenia. Ich zachowanie z reguły nie wynika ze złej intencji, ale z czegoś, co wydarzyło się wcześniej.

 

5.Utrzymywać równowagę pomiędzy życiem w szkole i poza nią

 

Na ten temat nie warto pisać dużo. Chodzi o to, aby mieć życie pozaszkolne. Mieć hobby, poświęcać czas rodzinie i przyjaciołom.

 

Podsumowując, lekarstwem na wypalenie zawodowe jest:

 

1.Współpracować z innymi nauczycielami

 

2.Być otwartym na nowe propozycje edukacyjne

 

3.Mieć kontakt z absolwentami

 

4.Dbać o własną autonomię

 

5.Kierować się sercem

 

6.Mieć własne życie

 

 

Źródło: www.oknauczanie.pl



Wczoraj na portalu „Prawo.pl” zamieszczono tekst, informujący o kolejnym problemie samorządów powiatowych, wynikającym z rozporządzenia, które wprowadziło  możliwość kształcenia szkołach branżowych w 11 nowych zawodach:

 

 

Szkolnictwo branżowe po zmianach, ale bez dofinansowania

 

Związek Powiatów Polskich zwraca uwagę na brak uwzględnienia zapowiadanego kryterium dofinansowania wyposażenia pracowni wśród kryteriów podziału rezerwy na uzupełnienie dochodów JST. Chodzi o planowane dofinansowanie placówek oświatowych, które rozpoczęły kształcenie w nowych zawodach szkolnictwa branżowego. Zdaniem związku, ustalenie takiego kryterium ma kluczowe znaczenie w sytuacji wprowadzonych zmian, w tym zastąpienia niektórych zawodów nowymi, których nauczanie wiąże się z drogim i skomplikowanym wyposażeniem w szkołach.

 

Związek Powiatów Polskich w ramach uzgodnień z Komisją Wspólną Rządu i Samorządu Terytorialnego przedstawił uwagę do projektu kryteriów podziału rezerwy na uzupełnienie dochodów jednostek samorządu terytorialnego w obszarze oświaty na rok 2026, opracowanego przez ministra edukacji w uzgodnieniu z ministrem finansów i gospodarki, datowanego na 27 sierpnia br.

 

ZPP z rozczarowaniem przyjmuje nieuwzględnienie wśród kryteriów podziału rezerwy na uzupełnienie dochodów JST zapowiadanego kryterium dofinansowania doposażenia pomieszczeń dla szkół rozpoczynających kształcenie w nowych zawodach.* Organizacja wskazuje, że ustalenie takiego kryterium ma kluczowe znaczenie w sytuacji wprowadzonych zmian w szkolnictwie branżowym, w tym zastąpienia niektórych zawodów nowymi, a także umożliwienia kształcenia w zawodzie technika cyberbezpieczeństwa – wymagającego posiadania szczególnie drogiego i skomplikowanego wyposażenia oraz odpowiedniego zaplecza informatycznego czytamy w treści komunikatu.

 

Kształcenie nowych zawodów już trwa

 

Związek Powiatów Polskich przypomina, że w bieżącym roku dokonano szeregu daleko idących zmian dotyczących kształcenia w zawodach szkolnictwa branżowego, w tym zmiany podstaw programowych w niektórych zawodach branży transportu drogowego, teleinformatycznej i ogrodniczej. Technik cyberbezpieczeństwa, monter optoelektroniki, agroogrodnik, ogrodnik terenów zieleni, technik architektury krajobrazu i arborystyki to tylko kilka z jedenastu nowych zawodów szkolnictwa branżowego. Kształcenie w zawodzie florysta zostało przeniesione ze szkoły policealnej do branżowej szkoły I stopnia, a z zawodów branży ogrodniczej wykreślono ogrodnika, technika ogrodnika oraz technika architektury krajobrazu. Podstawy programowe kształcenia w nowych zawodach (tzn. monter optoelektroniki, technik optoelektroniki, technik optyki okularowej, asystent florystyczny, asystent ogrodniczy, agroogrodnik, florysta w branżowej szkole I stopnia, ogrodnik terenów zieleni, technik agroogrodnictwa, technik architektury krajobrazu i arborystyki, technik cyberbezpieczeństwa) zaczęły obowiązywać od 1 września br. w klasach pierwszych (w przypadku zawodów kształconych w szkole policealnej na pierwszym semestrze). Wraz z początkiem nowego roku szkolnego zaczęły obowiązywać również zmienione podstawy programowe kształcenia w zawodach: kierowca mechanik, technik transportu drogowego, technik awionik, technik mechanik lotniczy, technik lotniskowych służb operacyjnych, technik farmaceutyczny, technik ortopeda, technik sterylizacji medycznej – tak jak poprzednio – w klasach pierwszych, a w przypadku zawodów kształconych w szkole policealnej na pierwszym semestrze.

 

Źródło: www.prawo.pl

 

 

Jeden z nowych zawodów które od tego roku szkolnego mogą być nauczane w szkolach branżowych

 

 

*11 nowych zawodów szkolnictwa branżowego – rozporządzenie podpisane  –  czytaj  TUTAJ

 

 

 



Dzisiaj proponują lekturę  tekstu prof. Bogusława Śliwerskiego z jego bloga „Pedagog”, w którym wypomina obecnej koalicji „15 października” niedotrzymanie ważnej dla polskiej oświaty obietnicy przedwyborczej  – złożonej na pierwsze 100 dni ich rządów:

 

 

Komisja Edukacji Narodowej — miała zakończyć monopol ministerstwa

 

Drugą z ważnych obietnic Koalicji Obywatelskiej w 2023 roku było powołanie Komisji Edukacji Narodowej. Nie chodziło o kolejną komisję parlamentarną ani o honorowe ciało doradcze, które spotka się kilka razy w roku, przyjmie protokół i zniknie w cieniu ministerialnego gabinetu. Koncepcja była daleko poważniejsza.

 

Komisja miała stać się niezależną instytucją publiczną, utworzoną ustawą, posiadającą własny budżet, zaplecze analityczne i mandat do długofalowego myślenia o edukacji. Miała integrować wiedzę nauczycieli, naukowców, samorządów, organizacji społecznych, rodziców i uczniów. W dalszej perspektywie rozważano powierzenie jej zadań dotyczących podstaw programowych, egzaminów zewnętrznych, monitorowania jakości edukacji, a nawet wyłaniania kuratorów.

 

Autorzy projektu pisali jasno: zmiana osoby ministra nie wystarczy. Potrzebne jest odejście od sytuacji, w której każda kolejna ekipa polityczna na nowo urządza szkołę według własnego programu. I co z tej koncepcji pozostało?

 

Powołano atrapę, czyli Radę do spraw monitorowania wdrażania reformy oświaty imienia Komisji Edukacji Narodowej przy Instytucie Badań Edukacyjnych. Sama oficjalna strona reformy MEN wskazuje, że jest to rada monitorująca ministerialną reformę, a nie niezależna Komisja Edukacji Narodowej wyposażona w ustawowy mandat, własną podmiotowość i autonomiczne kompetencje.

 

Nazwa została więc częściowo zachowana, ale  sprofanowano sens instytucji. To nie jest realizacja obietnicy. To jej administracyjna imitacja.

 

Miała powstać Krajowa Komisja Edukacji, która wreszcie sprawiłaby, że edukacja stanie się dobrem wspólnym a nie zawłaszczanym co kilka lat przez kolejne formacje partii politycznych.

 

Dlaczego społeczeństwo uwierzyło politykom? 

 

Uwierzyło, ponieważ politycy opozycji lat 2015-2023 mówili językiem, który był bliski zawiedzionej części edukacyjnych profesjonalistów. Ówczesna opozycja mówiła o autonomii. Mówiła o odbudowie zaufania. Mówiła, że władza nie może działać przeciwko nauczycielom. Mówiła, że edukacja nie może być łupem każdej kolejnej większości parlamentarnej. Mówiła, że po latach centralizmu nadejdzie czas autentycznego partnerstwa.

 

Podpisali Pakt Obywatelski dla Edukacji. Środowiska pozarządowe, stowarzyszenia nauczycielskie, uczniowskie, rodzicielskie nie stali przy sygnatariuszach Paktu z notariuszem. Nie domagali się weksla ani zabezpieczenia majątkowego. W demokracji publiczna deklaracja polityczna powinna wystarczyć.

 

Dziś okazuje się, że upokorzone w 2019 roku środowisko nauczycielskie potraktowało poważnie coś, co dla części podpisujących mogło być tylko przedwyborczym rytuałem.

 

Pakt nadal obowiązuje — przynajmniej dla tych, którzy uwierzyli ówczesnej opozycji, która dziś współtworzy rząd.

 

My, nauczyciele i naukowcy, nadal pamiętamy, że szkoła miała zostać uwolniona od partyjnego władztwa.

 

Pamiętamy, że mieliśmy stać się współgospodarzami własnego zawodu.

 

Pamiętamy, że Komisja Edukacji Narodowej miała zapewnić polityce oświatowej ciągłość wykraczającą poza kadencję jednego ministra i jednego parlamentu.

 

Być może politycy liczą na to, że nauczyciele są zbyt zmęczeni kolejnymi reformami, zbyt przeciążeni codzienną pracą i zbyt rozproszeni, aby upominać się o niespełnione zobowiązania.

 

Być może mają rację, ale władza, która wygrywa wybory dzięki społecznemu zaufaniu, nie powinna sprawdzać, jak długo można to zaufanie eksploatować bez ponoszenia konsekwencji. Obywatele III RP nie domagają się przywileju, ale realizacji demokratycznej umowy. Nie chcą kolejnej instytucji podporządkowanej ministrowi. Oczekują instytucji, która ograniczy ministerialny monopol.

 

Nie chcą, aby politycy po raz kolejny urządzali nauczycielom zawód, gdyż chcą współodpowiadać za jego zasady. Nie chcą też słyszeć, że „teraz nie ma odpowiedniego momentu”. Dla decentralizacji oświaty i jej uspołecznienia nigdy nie ma odpowiedniego momentu z punktu widzenia tych, którzy muszą a nie chcą oddać część władzy.

 

Apel do rządzących

 

Nie podpisaliście Paktu jako opozycja. Podpisaliście go jako przyszła władza. Dziś nią jesteście. Powróćcie więc do własnych zobowiązań. Powołajcie rzeczywistą Komisję Edukacji Narodowej. Rozpocznijcie prace nad Samorządem Zawodowym Nauczycieli.

 

 

Albo powiedzcie otwarcie, że Pakt był potrzebny tylko do wyborów, bo nauczyciele mogą wybaczyć politykom każdy błąd. Znacznie trudniej wybaczą im wykorzystane zaufanie.

 

Najpierw prosiliście nas, abyśmy uwierzyli w demokratyczną zmianę szkoły. Dziś my prosimy was o coś znacznie trudniejszego: abyście uwierzyli we własne podpisy.

 

 

 

Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com

 

 

 

Źródło: „100 konkretów na pierwsze 100 dni rządów!”  –  TUTAJ

 

 

 



Wczoraj na „Portalu dla Edukacji” zamieszczono tekst Kariny Knorps-Tuszyńskiej, informujący o analizie „Kto finansuje oświatę w Polsce?”. Oto jego fragmenty, link dopełnij wersji oraz link do treści owego raportu:

 

 

Luka w finansowaniu oświaty sięga miliardów. Samorządy płacą z własnej kieszeni

 

Chodzi o instrument z nowej ustawy o dochodach jednostek samorządu terytorialnego, która weszła w życie 25 października 2024 r. i zmieniła m.in. zasady finansowania zadań oświatowych. Dotychczasowa część oświatowa subwencji ogólnej została zastąpiona nowym instrumentem, czyli tzw. potrzebami oświatowymi.

 

Jak wskazują eksperci ZPP, pomimo zmiany konstrukcji systemu oraz wprowadzenia mechanizmu potrzeb oświatowych nadal występuje istotna rozbieżność pomiędzy wysokością środków uwzględnianych przy naliczaniu dochodów jednostek samorządu terytorialnego a rzeczywistymi kosztami wykonywania zadań edukacyjnych.

 

W 2025 r. bieżące wydatki oświatowe powiatów przekroczyły wysokość ustalonych potrzeb oświatowych o blisko 3,6 mld zł. W miastach na prawach powiatu różnica wyniosła aż 20,84 mld zł. Subwencja ogólna na 2025 r. nie sfinansowała nawet wynagrodzeń nauczycieli (z narzutami pracodawcy).[…]

 

Związek Powiatów Polskich zebrał takie dane w analizie „Kto finansuje oświatę w Polsce?” z cyklu „Warto wiedzieć więcej”, poświęconej finansowaniu zadań oświatowych w powiatach i miastach na prawach powiatu w latach 2025-2026, autorstwa Katarzyny Liszki-Michałki, Eweliny Kocemby i Piotra Majochy. Z publikacji wynika, że algorytmicznie określone potrzeby oświatowe pozostają niższe od rzeczywistych wydatków ponoszonych przez jednostki samorządu terytorialnego. – Oznacza to, że luka finansowa powstaje już na etapie określania potrzeb stanowiących podstawę naliczania środków z budżetu państwa, a następnie ulega dalszemu pogłębieniu w wyniku niewystarczającego poziomu subwencji – wskazują autorzy analizy. […]

 

Co więcej, w ocenie ekspertów zbyt niska subwencja oświatowa ogranicza zdolność samorządów do prowadzenia długofalowej polityki rozwojowej oraz zwiększa ich podatność na pogorszenie sytuacji gospodarczej i spadek dochodów podatkowych.

 

Według ekspertów, obecny model finansowania wymaga dalszej oceny pod kątem jego adekwatności do rzeczywistych kosztów realizacji zadań oświatowych. Wymagana jest analiza sposobu kalkulacji potrzeb oświatowych oraz mechanizmu ustalania wysokości środków przekazywanych jednostkom samorządu terytorialnego, tak aby finansowanie z subwencji w większym stopniu odpowiadało rzeczywistym kosztom prowadzenia szkół i placówek oświatowych.

 

 

Cały tekst „Luka w finansowaniu oświaty sięga miliardów. Samorządy płacą z własnej kieszeni”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.portalsamorzadowy.pl/edukacja

 

 

Tekst raportu „Kto finansuje oświatę w Polsce? Analiza finansowania zadań oświatowych

powiatu w latach 2025-2026”  –  TUTAJ

 

 



Gdy dziś rano otworzyłem mój fejsbukowy profil, zobaczyłem, że Marek Ćwiek – prezes Okręgu Łódzkiego ZNP podesłał mi swój post z 1 września, w którym była informacja o artykule Pawła Mrozka*, zamieszczonym na niedawno utworzonym portalu „Zero.pl”, o którego istnieniu nie miałem pojęcia. Oto obszerne fragmenty tej publikacji i link do źródła z jego pełną wersją:

 

 

 

Koalicja 15 października może przegrać wybory w 2027 roku przez Barbarę Nowacką. Brzmi ostro? Powinno. Nie dlatego, że minister edukacji odpowiada za wszystkie problemy polskiej szkoły. Nie odpowiada. Odpowiada jednak za coś znacznie ważniejszego: za wiarygodność obietnicy zmiany, która dla młodego pokolenia była jednym z powodów politycznego przełomu w 2023 roku.

 

Młodzi nie poszli wtedy do urn tylko po to, żeby wymienić tabliczkę na drzwiach ministerstwa. Poszli po państwo, które przestanie urządzać ich życie według jednej politycznej wizji, po szkołę wolną od kolejnej wojny kulturowej i instytucje, które będą ich słuchać, zamiast mówić im, jak mają żyć.

 

Barbara Nowacka dostała więc coś więcej niż ministerialny fotel. Dostała ogromny kredyt zaufania od pokolenia, które wcześniej miało niewiele powodów, żeby ufać politykom. I właśnie dlatego dziś nie wystarczy powiedzieć: „przynajmniej nie ma już Czarnka”. […]

 

Rok szkolny 2026/2027 zaczyna się w szczególnym momencie. Za rok obecna większość będzie musiała wejść w kampanię wyborczą i odpowiedzieć nie tylko za sukcesy, ale także za zaniechania. Młodzi, którzy stali się symbolem politycznej zmiany, będą mogli zadać proste pytanie: „Skoro już mieliście władzę, to co właściwie z nią zrobiliście?”. To pytanie będzie dotyczyło szczególnie edukacji.

 

Barbara Nowacka ma jeszcze czas, by zdecydować, jak zostanie zapamiętana. Wybór należy do niej, ale rachunek wystawią uczniowie – własnym głosem. W 2027 roku nie zapytają już tylko, czy chcą powrotu starego porządku. Zapytają, czy obecna władza wykorzystała swoją szansę. Jeśli odpowiedź będzie brzmiała: „nie”, młodzi nie muszą zagłosować przeciwko komuś. Wystarczy, że zagłosują przeciwko rozczarowaniu. A tego nie da się przykryć zdjęciem z pierwszego dnia roku szkolnego.– prezes. […]

 

Rok szkolny 2026/2027 zaczyna się w szczególnym momencie. Za rok obecna większość będzie musiała wejść w kampanię wyborczą i odpowiedzieć nie tylko za sukcesy, ale także za zaniechania. Młodzi, którzy stali się symbolem politycznej zmiany, będą mogli zadać proste pytanie: „Skoro już mieliście władzę, to co właściwie z nią zrobiliście?”. To pytanie będzie dotyczyło szczególnie edukacji.

 

Problemy, z którymi uczniowie mierzyli się wcześniej, nie zniknęły wraz z odejściem Czarnka. Polska szkoła nadal zbyt często przygotowuje ucznia do zdania egzaminu, a zbyt rzadko do życia po jego zakończeniu. Uczeń może znać dziesiątki definicji, wzorów i dat, a jednocześnie nie wiedzieć, jak czytać umowę, zarządzać budżetem, wypełnić PIT, rozpoznawać dezinformację czy zadbać o własne zdrowie.

 

Nie chodzi o wyrzucenie historii, matematyki czy biologii. Chodzi o zmianę sposobu nauczania. Szkoła powinna dawać wiedzę, ale także uczyć, jak z niej korzystać: argumentować, sprawdzać źródła, rozwiązywać problemy i samodzielnie myśleć. Tymczasem system ma tendencję do dokładania kolejnych treści i wymagań. Potem wszyscy są zdziwieni, że uczniowie są przemęczeni, nauczyciele przeciążeni, a lekcje stają się wyścigiem z podstawą programową. Jeżeli wszystkiego jest za dużo, w praktyce niczego nie uczymy wystarczająco dobrze.

 

Pamiętajmy jednak, że na końcu tego systemu jest nauczyciel – człowiek, od którego oczekujemy, że będzie wychowywał, inspirował i uczył młodych ludzi odpowiedzialności za własne życie. Tymczasem jego zawód od lat jest sprowadzany na dno – coraz więcej obowiązków, coraz mniej szacunku i pensje, które potrafią wyglądać żałośnie przy stawkach, jakie za korepetycje bierze dwudziestolatka. Państwo chce, żeby nauczyciel przygotował młodych do dorosłego życia, samo nie zapewniając mu nawet poczucia zawodowej i finansowej stabilności. Skoro nauczyciel nie ma z czego żyć, to jak ma uczyć swoich uczniów, jak żyć? […]

 

I właśnie tutaj pojawia się największy problem polityczny Barbary Nowackiej: coraz trudniej tłumaczyć wszystkie te problemy poprzednią władzą. Jako inicjatywa „Akcja Uczniowska” od ponad półtora roku zabiegamy o rozmowę z Ministerstwem Edukacji Narodowej. Nie przychodzimy z pustymi rękami. Mamy ze sobą Raport Edukacyjny, który powstał na bazie ogólnopolskiego objazdu szkół i tysięcy rozmów ze środowiskiem szkolnym

 

Zawiera dokładnie 50 merytorycznych propozycji zmian w systemie edukacji. Nie twierdzimy, że ministerstwo ma obowiązek przyjąć każdy postulat. Część może być zbyt kosztowna, część wymaga zmian ustawowych, część korekty. Ale propozycje wyrastają z realnych problemów, dlatego odpowiedzią powinien być dialog. Jeżeli jakiś postulat jest nierealny – pokażcie dlaczego. Jeżeli jest zbyt drogi – przedstawcie koszt. Jeżeli wymaga ustawy – powiedzcie jakiej. Jeżeli macie lepsze rozwiązanie – przedstawcie je. Najgorszą odpowiedzią jest cisza.

 

Dialog z młodymi nie polega na tym, że minister spotyka się z uczniami, robi zdjęcie i słyszy pytania, na które można wygodnie odpowiedzieć. Dialog zaczyna się wtedy, kiedy uczeń mówi: „Nie zgadzam się z panią”. Jeżeli młodzież jest zapraszana przede wszystkim po to, żeby potwierdzić wcześniej ustaloną narrację, nie jest partnerem, tylko publicznością. Niestety, Barbara Nowacka zwycięża nad większością polityków w uprawianiu youthwashingu, czyli wykorzystywaniu młodych dla własnych celów.

 

Najlepszym przykładem na nieudolność jej rządów jest edukacja zdrowotna. Miała być jednym z symboli zmiany: praktyczna wiedza o zdrowiu fizycznym i psychicznym, profilaktyce, uzależnieniach, bezpieczeństwie, higienie, relacjach, pierwszej pomocy i zdrowiu seksualnym. Tymczasem niemal natychmiast stała się kolejnym frontem wojny politycznej. Prawica zaczęła straszyć rodziców, Kościół rozpoczął kampanię sprzeciwu, a rząd zaczął szukać kompromisu. I właśnie tutaj minister edukacji powinna była postawić granicę.

 

Publiczna szkoła powinna uczyć wiedzy opartej na faktach. Program powinien wynikać z wiedzy naukowej, potrzeb uczniów i odpowiedzialności państwa za ich bezpieczeństwo. Nie powinien być pisany pod dyktando partii, Kościoła, grup nacisku ani sondażu. Episkopat ma prawo krytykować program. Prawica ma prawo protestować. Rodzice mają prawo wyrażać obawy. Ale żadna z tych grup nie powinna mieć prawa weta wobec wiedzy, której potrzebują młodzi. Jeżeli szkoła nie przekaże rzetelnej wiedzy o zdrowiu, młodzi nie przestaną jej szukać. Poszukają jej w internecie, mediach społecznościowych i u influencerów. Tam również znajdą odpowiedzi. Tyle że niekoniecznie prawdziwe. Nie bójmy się jako społeczeństwo wiedzy. Bójmy się jej braku. […]

 

Szkoły nie da się reformować metodą „nie narazimy się nikomu”. Reforma z definicji oznacza konflikt z częścią interesów. Czasami trzeba powiedzieć „nie” opozycji, czasami własnej koalicji, części rodziców czy Kościołowi. Polityk, który chce reformować państwo, musi umieć ponieść polityczny koszt decyzji. Inaczej nie reformuje państwa. Zarządza nastrojami, a na pewno nie polską szkołą, która nie potrzebuje kolejnej kosmetycznej korekty, tylko planu. To wszystko kosztuje. Oczywiście, że kosztuje. Ale państwo zawsze będzie miało na coś pieniądze, a na coś innego nie. Pytanie brzmi: czy edukacja jest dla tego państwa wystarczająco ważna, żeby za nią zapłacić? […]

 

Barbara Nowacka ma więc przed sobą najważniejszy egzamin swojej kadencji. Nie przed opozycją i koalicjantami – przed młodym pokoleniem. Może zostać ministrem, który po prostu zarządza szkołą po Czarnku: zmieni język, uspokoi atmosferę i odwróci kilka decyzji poprzednika. Może też zostać ministrem, który spróbuje rzeczy trudniejszej: przebudować system.

 

Pierwsza droga jest politycznie bezpieczniejsza. Druga wymaga pieniędzy, konfliktów i odwagi. Ale tylko druga może zostawić po tej kadencji coś więcej niż serię konferencji i zmian w dokumentach. Jeżeli Nowacka wybierze polityczny spokój zamiast reformy, nie powinna być zaskoczona, kiedy młodzi wystawią jej rachunek. […]

 

Barbara Nowacka ma jeszcze czas, by zdecydować, jak zostanie zapamiętana. Wybór należy do niej, ale rachunek wystawią uczniowie – własnym głosem. W 2027 roku nie zapytają już tylko, czy chcą powrotu starego porządku. Zapytają, czy obecna władza wykorzystała swoją szansę. Jeśli odpowiedź będzie brzmiała: „nie”, młodzi nie muszą zagłosować przeciwko komuś. Wystarczy, że zagłosują przeciwko rozczarowaniu. A tego nie da się przykryć zdjęciem z pierwszego dnia roku szkolnego.

 

 

Cały tekst „Tak koalicja traci pokolenie, które dało jej zwycięstwo”  –  TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.zero.pl

 

 

 

 

* Paweł Mrozek – 18-letni licealista, działacz na rzecz praw uczniów oraz młodzieży.

 

Foto: www.facebook.com/photo/

 

W kwietniu 2026 roku głośno było o jego odejściu z prestiżowego liceum (CXIX Liceum Ogólnokształcącym im. Jacka Kuronia w Warszawie) po II klasie m.in. z powodu kryzysu psychicznego i presji instytucjonalnej. Założyciel „Akcji Uczniowskiej” – organizacji stawiającej na zasadę „nic o nas bez nas”, która walczy o realne zmiany w polskiej oświacie, odpolitycznienie ministerstwa edukacji oraz większą dostępność pomocy psychologicznej dla uczniów. Działa także w Instytucie Praw Dziecka im. Janusza Korczaka.

 

 



Dziś udostępniam (niech mi, wolontariuszowi, redakcja GW wybaczy) bez skrótów tekst Katarzyny Stefańskiej, będący zapisem jej rozmowy z Romanem Lorensem o dramatycznej sytuacji jaka jest w szkołach z edukacją włączającą:

 

 

Edukacja włączająca wymknęła się spod kontroli. „Praktykujemy szkołę krzywdzenia”

 

Nauczyciele mówią o pladze wydawania uczniom orzeczeń o kształceniu specjalnym. Ekspert edukacyjny: – Doskonale wiemy, choć to tajemnica poliszynela, że ich posiadanie stało się swoistą modą.

 

Edukacja włączająca miała być odpowiedzią na wykluczenie. Bo zakłada kształcenie wszystkich uczniów, niezależnie od ich zdolności, potrzeb czy niepełnosprawności, w jednej szkole. Bo ma tworzyć przyjazne środowisko i równe szanse rozwoju. Tyle że się nie sprawdza. Dlaczego system rozmija się z rzeczywistością szkolnych korytarzy? Rozmawiamy z Romanem Lorensem*, ekspertem edukacyjnym.

 

 

Katarzyna Stefańska: Na początku roku opublikował pan krytyczny tekst na temat edukacji włączającej. „Skala problemu jest porażająca” – tak mówią nauczyciele o rosnącej liczbie uczniów z orzeczeniami.

 

 

Foto: archiwum prywatne

 

Roman Lorens, ekspert edukacyjny: Wiedziałem, że jest problem edukacji włączającej, ale nie sądziłem, że urósł do takiej rangi. Byłem bardzo zszokowany skalą reakcji. Nauczyciele mają w tej sprawie bardzo krytyczne podejście, natomiast nie widzę żadnej woli ze strony ministerstwa, aby problem zauważyć. MEN ma ogromne parcie, żeby edukacja włączająca w szkołach była. Mamy więc dwugłos między praktykami a rządzącymi.

 

Ja nie jestem przeciwnikiem edukacji włączającej, ale uważam, że należy podejść do niej zdroworozsądkowo.

 K.S. – To znaczy?

 

R.L. – Powiem, jak wygląda to teraz. Nauczyciele mają po 35 osób w klasie. Praca z tak dużą grupą – wiem, bo tego doświadczyłem – to ogromy wysiłek. Wśród tych uczniów kilku ma różne orzeczenia – o niepełnosprawności intelektualnej, niedowidzeniu czy niedosłyszeniu, o autyzmie, Zespole Aspergera, ADHD… Do tego dochodzą dzieci z zaburzeniami, ale niezdiagnozowane. I dzieci w normie. A nauczyciel musi się z tym wszystkim mierzyć, realizować podstawę programową i zadbać o bezpieczeństwo wszystkich uczniów.

 

 A co, jeśli w klasie są uczniowie agresywni? Nauczyciele boją się reagować, bo zaraz zostaną oskarżeni o naruszenie nietykalności cielesnej – jest przecież ustawa Kamilkowa. Nie mamy narzędzi, żeby sobie z tym poradzić. Ostatnio rozmawiałem z nauczycielką, która opowiadała mi, jak cała klasa patrzyła na jednego z uczniów, który rzucił się na podłogę, krzyczał, przeklinał. Ona miała zareagować, ale nikt jej nie przeszkolił, w jaki sposób. Mówiła: „Przecież nie obezwładnię tego dziecka. Nie wyjdę z klasy, żeby go uspokoić, bo nie mogę zostawić innych bez opieki”.

 

Tak wygląda życie szkolne. Możemy prowadzić ograniczone działania, ale bez współpracy z rodzicami nie zrobimy nic. Jesteśmy pozbawieni szczególnej mocy sprawczej. Nauczyciele są przestraszeni i bezradni. Niestety, obraz polskiej szkoły to obraz strachu. Za nami nikt nie stoi, nie ma rzecznika praw nauczyciela. Kiedy zapytałem o to przedstawiciela  ministerstwa, odpowiedział, że nie ma takiej potrzeby. Nauczyciele są więc pozostawieni sami sobie.

 

K.S. – Wyczuwam gorycz.

 

R.L. – Raczej pragmatyzm. Każdy mniej więcej wiedział, w jakich warunkach będzie pracował, ale obecna sytuacja przerosła wszystkich.

 

Dzieci neuroatypowych i z orzeczeniami trafia do szkół bardzo wiele. Nie wiem, czy to jest mierzone w skali kraju. Doskonale wiemy, choć to tajemnica poliszynela, że posiadanie opinii lub orzeczenia stało się swoistą modą.

 

K.S. – Rodzice załatwiają je, żeby dzieci miały łatwiej? Choćby na egzaminie ósmoklasisty i maturze – wydłużony czas, odrębna sala, a w przypadku niektórych orzeczeń – uproszczone zadania.

 

R.L. – Nie chciałbym tego tak ująć. Ale w  czasach, kiedy chodziłem do szkoły, były bardzo proste zasady. Matura: trzy błędy ortograficzne, jedynka, koniec kropka. Dzisiaj liczba dzieci, które mają wydłużony czas pracy na maturze, z dysgrafią, dysortografią, dyskalkulią, jest ogromna. Nie wiem, czy ktoś prowadzi ewidencję na szczeblu krajowym. Wiem, co się dzieje w szkołach, w których 50-60 procent dzieci ma wydłużone egzaminy.

 

Nie twierdzę, że nie ma dzieci, które ich potrzebują. Są, oczywiście, i powinny być zdiagnozowane. Ale coś się zadziało nie tak z systemem, jeśli chodzi o wydawanie orzeczeń i opinii.

 

K.S. – Może to wynika ze strachu przed szkołami specjalnymi: Lepiej, żeby dziecko miało orzeczenie w „normalnej szkole”, bo specjalne wydają się gorsze. 

 

R.L. – To prawda, stygmatyzujemy szkoły specjalne. Rodzice nie chcą tam wysyłać dzieci. Też się z tym spotykam: „A, to jest ten człowiek, który skończył szkołę specjalną”. Czyli człowiek gorszego sortu.

 

Trzeba zacząć inaczej patrzeć na te szkoły – jak na centra eksperckie, które skupiłyby dzieci ze specjalnymi potrzebami. Może przeorganizujmy cały system szkolenia specjalnego, zdejmijmy z niego łatkę „niedobre”? Przecież w szkołach ogólnodostępnych nie ma nauczycieli z takimi kwalifikacjami, jak w specjalnych. Zróbmy z nich nowoczesne szkoły. Nie musimy ich nazywać specjalnymi, bo rzeczywiście to się źle kojarzy, ale niech to będą centra, które będą wspierały dzieci poprzez siłę wysoko wykwalifikowanych nauczycieli.

 

Na razie mamy połowiczne rozwiązanie problemu – wysyłamy dzieci do szkoły ogólnodostępnej, narażając je na szereg problemów.

 

K.S. – O edukacji włączającej mówi pan jeszcze: „Praktykujemy szkołę krzywdzenia”. Mocno.

 

R.L. – Ale to fakt! Krzywdzimy tutaj wszystkich. Po pierwsze dzieci, które mają orzeczenia i nie powinny być w warunkach szkoły masowej. Powinny mieć zapewnione więcej uwagi. Jeden nauczyciel wspomagający nie wystarcza na kilkoro uczniów w klasie, a często taki nauczyciel jest dzielony między kilka klas, a często w ogóle go nie ma. Po drugie krzywdzimy dzieci, które orzeczeń nie mają, bo więcej czasu poświęcamy tym z orzeczeniami. Jak jednocześnie realizować program z dziećmi z orzeczeniami i bez? To wymaga ogromnej wiedzy, wysiłku, żeby wszystko pogodzić.

 

Rodzice dzieci bez orzeczeń mówią coraz częściej: „Nasze dzieci na tym cierpią”. Bo dlaczego nauczyciel ma skierować całą uwagę na te dzieci, które mają orzeczenia, a nie na innych uczniów, którzy też mają swoje potrzeby i wymagają uwagi?

 

K.S. – O edukacji włączającej mówi pan jeszcze: „Praktykujemy szkołę krzywdzenia”. Mocno.

 

R.L. – Brzmi dobrze i modnie. Możemy tak skonstruować prawo, żeby wszystkie dzieci poszły do szkoły masowej. Tylko co dalej? Trafiają tam ze względu na tendencje inkluzywności, oczekiwania rodziców. Resort powinien zauważyć problem, a idzie w drugą stronę.

 

K.S. – Nie każdy uczeń z orzeczeniem musi trafić do szkoły specjalnej, a nie każdy ze szkoły specjalnej nadaje się do masowej.

 

R.L. – Pełna zgoda. Dlatego pozostaje wiarygodny i rzetelny system weryfikacji, którego nie ma. Dziecko też się zmienia, może warto to weryfikować? Może działania nauczycieli pomogły i obecna pomoc już jest potrzebna? A my mamy taką praktykę, że jeśli uczeń zostaje zdiagnozowany i ma orzeczenie, to idzie z nim przez wszystkie etapy edukacji. Mam wrażenie, że nikt potem się nim nie zajmuje.

 

K.S. – I uczniowie są „przepychani” przez kolejne etapy szkoły?  

 

R.L. – Oczywiście, że tak. Chociaż nie chcę generalizować i mówić, że każde dziecko z orzeczeniem w tym kraju jest przepychane, ale jest taka praktyka: „Niech ono już idzie, bo my nie chcemy mieć problemu, nich inni się martwią”. Jeśli prześledzić problem, to on zaczyna się w przedszkolu, mówią o tym nauczycielki wychowania przedszkolnego. Bo jak reagować w sytuacji, kiedy dziecko rzuca się na podłogę, zaczyna kopać i krzyczeć? Wszyscy tego problemu chcą się pozbyć.

 

K.S. – Do wspomnianej przez pana rzetelnej weryfikacji potrzebna jest współpraca z rodzicami. 

 

R.L. – Muszę smutno skonstatować, że z rodzicami nikt nie pracuje. Poradnie działają w myśl: „Chcesz orzeczenie, dostaniesz orzeczenie”. A trzeba pokazywać możliwości rozwojowe ucznia. Jeśli szkoła masowa nie jest odpowiednia, tłumaczyć, że w szkołach specjalnych są specjaliści, którzy bardziej pomogą twojemu dziecku.

Kolejny problem jest taki, że orzeczenia, które „przychodzą” z uczniami z poradni są oderwane od realiów. Każda szkoła pracuje w określonych warunkach, nie zawsze uda się zapewnić odpowiednią opiekę dziecku z niepełnosprawnością. Nie ma ani ludzi, ani sprzętu. A powinno to wyglądać tak: zespół ze szkoły współpracuje z poradnią i mówi, czy są w stanie dziecku pomóc, czy też nie.

 

Kolejna propozycja: w przypadku agresywnego dziecka szkoła powinna mieć prawo wysłać ucznia na obligatoryjną diagnozę kliniczną poza szkołę. W obecnym stanie prawnym szkoła nie może tego zrobić bez zgody rodziców.

 

K.S. – Czy to nie pobożne życzenia?

 

R.L. – Oczywiście, że tak. Wszystkie moje postulaty to pobożne życzenia. Ale jeśli mamy mówić o poprawie, musimy zacząć od zmiany prawa.

 

 

 

Źródło: www.lodz.wyborcza.pl/lodz/

 



 

„Godne płace i wysoki prestiż nauczycieli” – taką piękną nazwę nosi obywatelski projekt ustawy, złożony w 2021 roku w Sejmie przez Związek Nauczycielstwa Polskiego, leżakujący tam po dziś dzień z krótką przerwą na początku 2024 roku, kiedy odbyło się pierwsze czytanie. Zakłada on powiązanie wynagrodzeń nauczycieli ze średnim wynagrodzeniem w gospodarce, co miałoby zagwarantować utrzymanie ich realnej wartości, niezależnie od decyzji politycznych. Wszystko wskazuje na to, że pozostanie nadal w sejmowej „zamrażarce”, pomimo obietnicy premiera Tuska nadania biegu sprawie. Również ponawiane co jakiś czas deklaracje ministry Nowackiej, że do końca obecnej kadencji rząd zaproponuje mechanizm powiązania płac nauczycieli z jakimś wskaźnikiem makroekonomicznym, nie zwiastują przełomu, co pokrótce tutaj uzasadnię z perspektywy polityki i ekonomii.

 

Więcej w najnowszym artykule na blogu „Wokół szkoły”

[źródło: www.facebook.com/permalink.php? ]

 

 

Co prawda nie potrzebowałbym takiej zachęty, aby wczoraj zamieszczony tekst Kolegi Pytlaka upowszechnić dzisiaj na OE, ale skoro podesłał ten post na mój fb-profil, to uczyniłem z tego wprowadzenie do poniższego tekstu:

 

 

 

Ekonomia polityczna dla nauczycieli (i) marzycieli

 

Niewiele łączy polskich nauczycieli bardziej niż ich niezadowolenie z wysokości zarobków. Dodajmy od razu, że słuszne. Sytuacja, w której minimalne wynagrodzenie osoby z wyższym wykształceniem, rozpoczynającej pracę, od lat toczy rozpaczliwy pojedynek z ustawową płacą minimalną, nie tylko urąga godności tego zawodu, ale przede wszystkim odstrasza od niego młodych, którzy mogliby z czasem zastąpić starsze pokolenie i pociągnąć polską edukację w przyszłość. Władze mają tego świadomość, co jednak nie przekłada się na polityczne decyzje. Tak, polityczne, bo wysokość gaży nauczyciela w szkole publicznej stanowi, proszę Czytelnika, problem polityczny, a nie rynkowy. Niestety, równie nierozwiązywalny, jak skup opakowań szklanych w słusznie minionych czasach PRL-u.

 

 „Godne płace i wysoki prestiż nauczycieli”…

 

– taką piękną nazwę nosi obywatelski projekt ustawy, złożony w 2021 roku w Sejmie przez Związek Nauczycielstwa Polskiego, leżakujący tam po dziś dzień, z krótką przerwą na początku 2024 roku, kiedy odbyło się pierwsze czytanie. Zakłada on powiązanie wynagrodzeń nauczycieli ze średnim wynagrodzeniem w gospodarce, co miałoby zagwarantować utrzymanie ich realnej wartości, niezależnie od decyzji politycznych. Wszystko wskazuje na to, że pozostanie nadal w sejmowej „zamrażarce”, pomimo obietnicy premiera Tuska nadania biegu sprawie. Również ponawiane co jakiś czas deklaracje ministry Nowackiej, że do końca obecnej kadencji rząd zaproponuje mechanizm powiązania płac nauczycieli z jakimś wskaźnikiem makroekonomicznym, nie zwiastują przełomu, co pokrótce tutaj uzasadnię z perspektywy polityki i ekonomii.

 

Nauczyciele chcieliby zostać potraktowani jak medycy,…

 

…których minimalne wynagrodzenia są corocznie waloryzowane względem średniej krajowej. Płaca lekarza specjalisty na etacie w publicznej placówce ochrony zdrowia musi obecnie wynosić co najmniej 12 910 zł., zaś pielęgniarki ze specjalizacją 11 486 zł. Najwyżej ulokowany w tabeli minimalnych wynagrodzeń MEN  nauczyciel dyplomowany  (6 397 zł. za etat)  plasuje się niżej niż  sekretarka medyczna/rejestratorka  (6 945 zł.),  wyżej tylko od salowej/sanitariusza (5787 zł.).

 

Patrząc na podane kwoty nietrudno zrozumieć niechęć rządzących do procedowania projektu ZNP. Biorąc pod uwagę, że zmiana musiałaby dotyczyć półmilionowej rzeszy ludzi, potencjalne koszty należałoby liczyć w dziesiątkach miliardów złotych rocznie, i to „na sztywno”, czyli z waloryzacją w każdym kolejnym budżecie. Takich pieniędzy minister finansów nie znajdzie; raz, ze względu na ogromne potrzeby zbrojeniowe, dwa, bo już wie, jakie problemy generują obecne zasady kształtowania wynagrodzeń medyków.

   

Politycy Koalicji najchętniej wycofaliby się z tej ustawy,…

 

…mimo, że jako opozycja przegłosowali ją ramię w ramię z rządzącą wówczas Zjednoczoną Prawicą. Po prostu koszty przyjętego rozwiązania rozsadzają budżet Narodowego Funduszu Zdrowia. Z tej perspektywy medialną nagonkę na horrendalne zarobki niektórych lekarzy, skutkującą zakusami odgórnego ograniczenia wysokości zarobków, należy odbierać jako doraźną próbę złagodzenia problemu. Ustawa powoduje jednak, że rząd ma związane ręce, więc politycy większości parlamentarnej byliby niespełna rozumu, gdyby podobne rozwiązanie przyjęli dla jeszcze liczniejszej grupy zawodowej. Tym bardziej, że… nie muszą, bo pozycja przetargowa nauczycieli jest bardzo słaba.

 

Koalicja ma tylko jeden problem –

 

wspomnianą już obietnicę, złożoną przez Barbarę Nowacką, jakiegoś powiązania zarobków nauczycieli ze wskaźnikiem makroekonomicznym, przed końcem obecnej kadencji parlamentu. Co oznacza – przed wyborami, a nauczyciele są pokaźną grupą elektoratu, której nie należałoby drażnić. Ponieważ jednak, jak już wykazałem, nie może być mowy o zastosowaniu takiego samego rozwiązania, co w przypadku medyków, znaleziono wyjście awaryjne. Piszę w trybie dokonanym, bo obserwując działania władz uważam, że zasadnicza rozgrywka już się dokonała.

 

Grunt został przygotowany przekazem propagandowym,…

 

…skierowanym do szerokich kręgów społeczeństwa. Oto w narracji ministerstwa pojawiła się w pewnym momencie „bezprecedensowa wysokość podwyżek płac nauczycieli, sięgająca w tej kadencji 44%”. Na przeciętnym zjadaczu chleba taki odsetek musi robić wrażenie, a tylko nauczyciel zdaje sobie sprawę, że liczba ta jest procentem składanym z dwóch i pół roku, przy czym lwia część tej podwyżki, to istotnie radykalne, ale jednak tylko wyrównanie inflacyjne na starcie kadencji, dzięki któremu minimalne zarobki w tym zawodzie odparły atak płacy minimalnej. Również tylko nauczyciel zdaje sobie sprawę, jak skromna była baza, od której liczone jest to 44%.

 

Aby ugruntować przekonanie o dobrej sytuacji materialnej nauczycieli, w przekazie propagandowym wykorzystano coraz bardziej powszechne zjawisko ich pracy w znacznie większym wymiarze godzin, niż przewidziany dla etatu. Wynika ono, z jednej strony, z potrzeby łatania braków kadrowych, szczególnie dolegliwych w placówkach wielkomiejskich, z drugiej, z chęci samych zainteresowanych, którzy dzięki temu osiągają wyższe zarobki. Najbardziej zapracowani faktycznie przekraczają granicę drugiego progu podatkowego, dumnie meldując się w mitycznej klasie średniej. Tylko osoby znające realia pracy w szkole wiedzą, że odbywa się to kosztem zdrowia, życia prywatnego, a także jakości pracy z uczniami, natomiast do opinii publicznej trafia wyłącznie propagandowy przekaz, wielokrotnie powtarzany ostatnio przez szefostwo MEN, o przekraczaniu tego progu przez nauczycieli, oczywiście za sprawą tych podwyżek, które otrzymali od obecnej władzy. To ostatnie jest kłamstwem, które, wielokrotnie powtarzane, kształtuje opinię publiczną, co jest tym łatwiejsze, że z wielu względów nie darzy ona obecnie nauczycieli sympatią i uznaniem.

 

Nie wiem, co dokładnie skłoniło rząd premiera Tuska do wprowadzenia dodatkowego progu podatkowego, dzięki czemu klasa średnia zaoszczędzi na podatkach od kilkudziesięciu złotych, nawet do trzech tysięcy sześciuset rocznie. Jestem jednak przekonany, że jedną z przyczyn musiał być właśnie ambaras z nauczycielami. Pozwolę sobie wieszczyć, że gdy zbliży się koniec kadencji, owa oszczędność stanowić będzie doskonałe usprawiedliwienie niedotrzymania obietnicy. Już widzę oczami duszy rolkę, w której ministra wyjaśnia, że dotrzymanie słowa było niemożliwe z powodu napiętej sytuacji budżetowej, ale przecież rząd w istotny sposób poprawił sytuację podatników, w tym także wielu nauczycieli. Szach i mat!

 

Czy istnieje alternatywny scenariusz dalszych wydarzeń?!

 

I tak, i nie. 

 

Nie, bo ten, który zarysowałem, jest z punktu widzenia władz oczywisty, a strona społeczna, reprezentowana przez związki zawodowe, nie posiada narzędzi nacisku, by wymusić korzystną dla siebie zmianę. 

 

Tak, bo takowy… istnieje, tylko jest starannie pomijany w debacie publicznej. To koncepcja – wywodząca się z fejsbukowej społeczności oraz Fundacji „Ja, Nauczyciel” – powiązania płac nauczycieli w najniższym wynagrodzeniem. Całość jest klarownie wyłożona TUTAJ, ja tylko wspomnę, że w przeciwieństwie do średniej krajowej płaca minimalna jest wskaźnikiem, na który rząd ma realny wpływ, co zmniejsza ryzyko szoku budżetowego. I nie należy zrażać się słowem „minimalna”, bo właściwe ustawienie współczynników do przeliczeń może na tej bazie zagwarantować nauczycielom godziwy poziom wynagrodzeń.

 

Powszechne milczenie wokół powyższej koncepcji daje się wytłumaczyć tym, że w pakiecie z nią znajduje się postulat powołania samorządu zawodowego nauczycieli, co w sposób oczywisty jest nie po myśli ani rządzącym (bo stałby się, na przykład, obligatoryjnym recenzentem wszystkich powstających bez kontroli społecznej kompasów), ani związkom zawodowym, będącym obecnie jedynym reprezentantem środowiska nauczycielskiego. Na tę chwilę zatem, mogącą potrwać jeszcze przez lat dziesięć i więcej, sytuacja materialna nauczycieli pozostanie zależna od woli polityków, którzy generalnie, niezależnie od reprezentowanej opcji ideologicznej, uważają za koszt, a potrzeby nauczycieli, za niepotrzebne obciążenie dla budżetu państwa.

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/



 

O tym co sprawia, że dyrektor szkoły ma autorytet, a nie tylko władzę

 

Podczas  przeglądu mojego domowego archiwum natrafiłem na trzy kartki z tekstem, zapisanym na maszynie do pisania, Wyglądają jak maszynopis artykułu, który przygotowałem do druku w jakimś czasopiśmie, Skoro nie są to kartki wydrukowane w drukarce komputerowej, to najprawdopodobniej powstały jeszcze w ostatnich latach XX wieku. Nie byłem jeszcze wtedy współpracownikiem redakcji żadnego czasopisma, przeto – w drodze dedukcji – wnioskuję, że pisałem ten tekst do „Przeglądu Edukacyjnego” – kwartalnika, wydawanego od 1994 roku przez Wojewódzki Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli w Łodzi. Dzisiaj już tego nie pamiętam i aktualnie nie mam możliwości sięgnąć do zbiorów tego lokalnego czasopisma, z którym wtedy współpracowałem, aby to potwierdzić, Wcześniej zdołałem ustalić, że w tamtym czasie zostały tam zamieszczone publikacje trzech moich artykułów: Między nami wychowawcami”, „Co stanowi o klęsce, a co o sukcesie wychowawcy”, orazWychowawca kapitanem w rejsie ku dorosłości”. Przypuszczam, że do przekazania tego tekstu do redakcji kwartalnika nie doszło, bo zmieniła się osoba jego redaktora naczelnego.

 

Jednak dzisiaj postanowiłem, mając w pamięci aktualne publikacje o przyczynach kryzysu polskiej szkoły, zamiast tradycyjnego refleksyjnego eseju o współczesnych bolączkach oświaty, zamieścić nieco skróconą i poddaną korekcie treść napisanego wtedy artykułu:

 

 

 

 

                                                                            AUTORYTET DYREKTORA SZKOŁY

 

Wypowiedź moja będzie przedstawieniem poglądów na temat autorytetu i jego znaczenia w wychowaniu, jakie ukształtowały się w toku mojej długoletniej pracy jako pedagoga-wychowawcy, ze szczególnym uwzględnieniem tych zdobytych w ostatnich latach pełnienia przeze mnie funkcji dyrektora szkoły.

Punktem wyjścia niech będzie stwierdzenie, że autorytet – „to coś” co posiada człowiek, który roztacza wokół siebie  rodzaj „pola magnetycznego”, które powoduje, że inni ludzie dobrowolnie poddają się jego oddziaływaniu, jego wpływowi, jego woli. […]

 

Przedmiotem moich rozważań nie jest „autorytet siły”, będący wymuszaniem na innych  ich zachowań czy poglądów, lecz świadome, lub nieświadome, poddanie się wpływowi drugiego człowieka, uleganie jego prośbom, sugestiom, wskazówkom, poleceniom – wyłącznie z jednego powodu: bo pochodzą od osoby obdarzanej przez nich szacunkiem, uznaniem, sympatią – czyli autorytetem.

 

 

Wiele już powiedziano i napisano o tym jakie cechy powinien posiadać taki człowiek. W przypadku relacji wychowawczej najczęściej wymieniane są: wiarygodność, sprawiedliwość, obiektywizm, spolegliwość, ale także fachowość (kompetencje), oraz… pogoda ducha, poczucie humoru. To cechy, które powinien posiadać nauczyciel, aby mieć u uczniów autorytet.

 

Jednak ja chciałem rozszerzyć te cechy, o te, które – moim zdaniem – powinien posiadać kierownik, szef, dyrektor. Na początek będzie to podejście z punktu widzenia teorii organizacji i zarządzania. Pochodnym tych dwu pojęć jest KIEROWANIE. Jego najbardziej lapidarna definicja mówi, ze „jest to powodowanie zmian w organizacji”, to znaczy „podmiocie zorganizowanym”, czyli dotyczy to zespołów ludzkich.

 

Z licznych czynności w ramach funkcji kierowniczej najczęściej wymienia są te: planowanie, organizowanie, przewodzenie i kontrolowanie. I tu dochodzimy do naszego tematu, że nie można być przywódcą nie mając autorytetu.

 

Przywódca to człowiek, który stoi na czele zespołu. Jakie trzeba mieć cechy, aby być zaakceptowanym jako przywódca, aby tę przewodnią rolę zespół zaakceptował?

 

Można oczywiście podawać przykłady sytuacji, w których przywódcą został najsilniejszy, najstarszy, najmądrzejszy. Ale najbardziej uniwersalną odpowiedzią jest ta: Wodzem zostaje ten, kto potrafi tak pokierować grupą, że w możliwie krótkim czasie osiąga ona pożądane przez siebie cele.

 

Tak jest zawsze w grupach nieformalnych, gdzie liderem zostaje się na prawach „doboru naturalnego”. Jednak o wiele trudniej  jest prześledzić te procesy przywództwa w strukturach zinstytucjonalizowanych.

 

Jakim trzeba być człowiekiem, aby kierować szkołą, nie być jedynie zarządzającym nią jako instytucją, lecz być przywódcą tej zbiorowości, składającej się z uczniów, nauczycieli i pozostałych jej pracowników?

 

Wyróżnia się dwa typy autorytetów kierowniczych:

 

Autorytet formalny, zwany zewnętrznym. Wynika on z nadania przez organ zwierzchni tej władzy. Jest on wzmacniany zewnętrznymi atrybutami tej funkcji, takimi jak: tytuł (pan dyrektor), gabinet, sekretarka, nienormowany czas pracy i t p.

 

Autorytet wewnętrzny, naturalny, zwany autonomicznym, to właśnie ten, który stanowi przedmiot moich rozważań. Analizując atrybuty wewnętrznego autorytetu dyrektora szkoły, obok cech już wymienionych, typowych dla roli nauczyciela (wiarygodność, sprawiedliwość,, obiektywizm, spolegliwość), pragnę zwrócić uwagę na dwa, specyficzne dla szefów instytucji:

 

FACHOWOŚĆ, którą w tym przypadku jest nie tylko kompetencja w zakresie organizacji i zarządzania, ale także wiedza o metodyce nauczania i wychowania instytucjonalnego, oraz – wspomniane już przeze mnie –  stwarzanie warunków do osiągania przez kierowanych przez siebie ludzi (uczniów i nauczycieli) oraz szkołę jako organizację – SUKCESÓW.

 

Dodam jeszcze jedną cechę dyrektora, wzmacniającą jego autorytet: umiejętność nawiązywania przyjacielskich, życzliwych RELACJI z „podwładnymi”…

 

Reasumując: O autorytecie dyrektora szkoły jako nie tylko administratora, ale i „pierwszego nauczyciela i wychowawcy”, przesądzi nie tylko posiadanie przez niego wymienione już cech, ale także czy i  jak potrafi pozyskiwać nie tylko niezbędne do działalności i rozwoju szkoły środki finansowe, lecz też jej sojuszników, czy umie on promować szkołę w środowisku – nie tylko lokalnym, i czy uczniowie i nauczyciele mają warunki, aby mogli realizować swe potrzeby, dążenia i cele – także te potwierdzane zdobywanymi tytułami honorowymi nagrodami, medalami i pucharami…

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



Oto moja dzisiejsza propozycja – tekst zaczerpnięty z fb-profilu „OKE czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora”. Post zostal tam zamieszczony wczoraj:

 

 

 

 

Przyjmuję do wiadomości, że jestem mało postępowy. Naprawdę. Można więc sobie darować pisanie tego w każdym komentarzu. Chociaż jeśli komuś napisanie „nauczycielski beton” przynosi ulgę, proszę bardzo. Każdy ma jakieś potrzeby.

 

Tylko może w całej tej dyskusji warto w końcu wrócić do sedna.

 

Do szkoły, w której nauczyciel ma prawo oceniać ucznia na podstawie tego, co uczeń rzeczywiście opanował. Nie tego, ile wysiłku włożył, nie tego, jak bardzo się starał, nie tego, jak bardzo dostosowaliśmy wymagania do jego aktualnych możliwości, ale tego, czy osiągnął określony poziom wiedzy i umiejętności.

 

Nauczyciel nie powinien bez końca podążać za uczniem. To nauczyciel ma wyznaczać kierunek, określać cel i pokazywać drogę, którą trzeba przejść, żeby ten cel osiągnąć. Uczeń może i powinien otrzymywać pomoc, może popełniać błędy, może potrzebować więcej czasu, ale ostatecznie musi opanować materiał.

 

Jeżeli nie opanował materiału w stopniu wymaganym na danym etapie, to rozwiązaniem nie powinno być obniżenie wymagań, zmiana kryteriów albo kolejne dostosowanie rzeczywistości do ucznia. Czasami najbardziej uczciwym rozwiązaniem jest po prostu powiedzenie: nie opanowałeś tego, musisz pracować dalej. A jeżeli trzeba, powtarzać klasę.

 

Potrzebujemy również ograniczyć rosnącą roszczeniowość części uczniów i rodziców. Szkoła nie może być miejscem, w którym każde wymaganie nauczyciela staje się przedmiotem negocjacji, każda ocena powodem do dyskusji, a każda konsekwencja problemem, który trzeba natychmiast rozwiązać za ucznia. Uczeń powinien wiedzieć, że ma nie tylko prawa, ale również obowiązki, a rodzic powinien rozumieć, że rolą szkoły nie jest spełnianie każdego oczekiwania jego dziecka.

 

Jeżeli chcemy mówić poważnie o jakości kształcenia, to zacznijmy również od tego, kto tego kształcenia dokonuje. Przedmiotu powinien uczyć przede wszystkim nauczyciel, który ma rzeczywiste, kierunkowe przygotowanie do nauczania tego przedmiotu. Studia w danej dziedzinie dają zupełnie inne przygotowanie niż krótka ścieżka uzupełniająca w postaci studiów podyplomowych.

 

Nie twierdzę, że człowiek po studiach podyplomowych nie może być dobrym nauczycielem. Twierdzę natomiast, że budowanie systemu, w którym kwalifikacje do nauczania kolejnych przedmiotów można zdobywać w sposób daleko odbiegający od pełnego kształcenia kierunkowego, siłą rzeczy musi odbijać się na jakości nauczania.

 

Bo jeżeli zaczynamy uznawać, że do nauczania konkretnego przedmiotu wystarczy coraz krótsza i coraz bardziej powierzchowna droga przygotowania, to nie możemy później udawać zdziwienia, że poziom wiedzy uczniów spada.

 

Myśmy przez lata zaczęli rozmontowywać szkołę z każdej strony. Osłabiliśmy wymagania, rozmyliśmy odpowiedzialność ucznia, zwiększyliśmy roszczeniowość rodziców, odebraliśmy nauczycielowi część narzędzi, dokładamy kolejne procedury i dokumenty, a jednocześnie coraz częściej próbujemy zastępować solidne nauczanie kolejnymi pomysłami, programami i modnymi hasłami.

 

A potem zastanawiamy się, dlaczego edukacja znalazła się w tak głębokim kryzysie.

 

Może więc zamiast kolejnej reformy, kolejnego dokumentu i kolejnego pomysłu na to, jak urządzić szkołę, trzeba wreszcie wrócić do podstaw.

 

Dobry nauczyciel. Rzetelne przygotowanie przedmiotowe. Jasne wymagania. Systematyczna praca. Wiedza. Ćwiczenie. Sprawdzanie. Ocena zgodna z rzeczywistymi osiągnięciami ucznia. Odpowiedzialność ucznia za własną naukę. Konsekwencje, jeżeli wymagań nie spełnia.

 

I przede wszystkim przekonanie, że szkoła ma przede wszystkim uczyć.

Bo szkoła nie jest od tego, żeby nieustannie dopasowywać cel do ucznia.

Szkoła ma pomóc uczniowi osiągnąć cel.

 

A my doprowadziliśmy do sytuacji, w której kryzys widać właściwie z każdej strony. I naprawdę nie naprawimy tego kolejnymi hasłami. Potrzebny jest powrót do rzeczy, które w szkole po prostu powinny być normalnością.

 

 

Źródło: www.facebook.com/permalink.php?story_

 

 

Proponuję kliknąć powyższy link i przeczytać zamieszczone tam pod tekstem komentarze. A tak w ogóle to nie będziecie się nudzili czytając wszystkie zamieszczane tam posty  –  czytaj  TUTAJ

 

Przypomnę także, że już zamieszczałem 24 czerwca tekst z tego fb-profilu – w materiale zatytułowanym „Uczciwy korepetytor: Jak system szkolny pogłębia nierówności społeczne”.  Warto sobie go przypomnieć – także dlatego, że są tam personalia autora – po kliknięciu w jego imię i nazwisko dowiecie cię o nim więcej.

 

 

 

 

 



 

[…]

 

Zmiany odpowiadają na postulaty od dawna sygnalizowane przez środowisko oświatowe i związki zawodowe. Wypracowano je w ramach grupy roboczej do spraw odpowiedzialności dyscyplinarnej nauczycieli, w skład której wchodzą przedstawiciele związków zawodowych i samorządów. W pracach uczestniczyli także przewodniczący komisji dyscyplinarnych, którzy na co dzień prowadzą takie postępowania.

 

Krótsze postępowania

 

Obecnie przepisy nie określają terminu, w którym powinna odbyć się rozprawa przed komisją dyscyplinarną. W praktyce może to oznaczać wielomiesięczne oczekiwanie na rozstrzygnięcie.

 

Dla nauczyciela to miesiące niepewności. Dla ucznia i jego rodziców oczekiwanie na wyjaśnienie sprawy, a dla szkoły – przedłużający się konflikt.

 

Dlatego proponujemy następujące terminy. Rzecznik dyscyplinarny będzie miał 7 dni na wszczęcie postępowania wyjaśniającego od otrzymania polecenia. Rozprawa przed komisją dyscyplinarną pierwszej instancji co do zasady odbędzie się najpóźniej w ciągu dwóch miesięcy od otrzymania wniosku, a przed komisją odwoławczą – w ciągu pięciu miesięcy od otrzymania odwołania.

 

Obecnie takich terminów nie ma. Ich określenie pozwoli wyraźnie wskazać przypadki przewlekłości i reagować, gdy postępowanie nie jest prowadzone sprawnie.

 

Projekt ogranicza również możliwość przedłużania postępowań wskutek wielokrotnych nieobecności lub ponawiania wniosków o wyłączenie członków składu orzekającego opartych na tych samych okolicznościach.

 

Jeżeli społeczna szkodliwość czynu popełnionego przez nauczyciela jest znikoma, postępowanie wyjaśniające lub dyscyplinarne będzie mogło zostać umorzone.

 

Nauczyciel, który nie kwestionuje popełnienia zarzucanego mu czynu, będzie mógł również wystąpić o uznanie go za winnego i wymierzenie określonej kary bez przeprowadzania pełnego postępowania dowodowego. Pozwoli to szybciej kończyć sprawy, które nie wymagają prowadzenia całej procedury.

 

Mediacja tam, gdzie można rozwiązać konflikt

 

Projekt uzupełnia obecne rozwiązania o możliwość dobrowolnej mediacji w sprawach, których charakter na to pozwala. W niektórych sytuacjach konflikt można wyjaśnić, naprawić jego skutki i zakończyć sprawę ugodą.

 

Dyrektor szkoły albo organ prowadzący będzie mógł skierować strony do mediacji, jeżeli pozwoli na to charakter sprawy.

 

Mediacja nie będzie możliwa, jeżeli czyn nosi znamiona przestępstwa. Nie może być sposobem na uniknięcie odpowiedzialności w poważnych sprawach.

 

Jeżeli pokrzywdzonym jest dziecko, w mediacji będzie reprezentowane przez rodzica, opiekuna prawnego albo osobę sprawującą pieczę zastępczą. Co ważne, w sprawach dotyczących naruszenia praw i dobra dziecka mediacja nie zwolni z obowiązku zawiadomienia rzecznika dyscyplinarnego.

 

Kara adekwatna do przewinienia

 

Projekt ma zwiększyć możliwość dostosowania reakcji do charakteru i wagi konkretnego przewinienia.

Proponujemy bardziej elastyczny katalog kar. Wprowadzona zostanie kara upomnienia, a nagana z ostrzeżeniem zostanie zastąpiona naganą. W przypadku kary zwolnienia z pracy okres zakazu zatrudnienia w zawodzie nauczyciela będzie można ustalić od 6 miesięcy do 3 lat, zależnie od wagi przewinienia. W najpoważniejszych sprawach nadal możliwe będzie wydalenie z zawodu nauczyciela.

 

Chodzi o prostą zasadę: reakcja powinna być proporcjonalna do tego, co rzeczywiście się wydarzyło. Drobne przewinienie nie powinno być traktowane tak samo jak poważne naruszenie praw czy bezpieczeństwa dziecka.

 

Nauczyciel musi mieć prawo do obrony

 

Zawieszenie nauczyciela może mieć poważne konsekwencje zawodowe, finansowe i wizerunkowe. Dlatego projekt wzmacnia gwarancje nauczyciela związane z podejmowaniem takiej decyzji.

 

Przed zawieszeniem dyrektor będzie miał obowiązek umożliwić nauczycielowi przedstawienie stanowiska. Jeżeli nauczyciel odmówi, nie zablokuje to możliwości zawieszenia. Nauczyciel zyska możliwość przedstawienia swojej wersji wydarzeń, ale nie ograniczy to możliwości szybkiej reakcji, gdy wymaga tego ochrona praw i dobra dziecka.

 

Nauczyciel otrzyma również jednoznaczne prawo dostępu do akt dotyczących zawieszenia i będzie mógł odwołać się nie tylko od samego zawieszenia, ale także od decyzji o obniżeniu wynagrodzenia w okresie zawieszenia.

Dyrektor będzie miał 7 dni na przekazanie odwołania nauczyciela do komisji dyscyplinarnej. Dzięki temu nauczyciel nie będzie musiał miesiącami czekać na rozpatrzenie swojego odwołania.

 

Większa ochrona nauczyciela i skuteczniejsza ochrona dziecka

 

Projekt wzmacnia także rozwiązania dotyczące spraw, w których mogło dojść do naruszenia praw i dobra dziecka.

 

Jeżeli organ sprawujący nadzór pedagogiczny uzyska w ramach nadzoru informację o podejrzeniu naruszenia przez nauczyciela lub dyrektora praw i dobra dziecka, będzie miał obowiązek zawiadomić rzecznika dyscyplinarnego.

 

Większą ochronę otrzymają również pełnoletni uczniowie występujący w charakterze świadków, którzy nadal uczą się w szkole

 

W przesłuchaniu świadka, który nie ukończył 18 lat, psycholog będzie sporządzał pisemną opinię dotyczącą przebiegu przesłuchania. Uwzględni w niej m.in. to, czy świadek był w stanie zrozumieć zadawane pytania i opisać zdarzenia oraz czy nie był poddawany sugestiom dotyczącym udzielanych odpowiedzi. Pozwoli to komisji pełniej ocenić zeznania małoletniego świadka, a jednocześnie zwiększy rzetelność postępowania.

 

Nowo powoływani rzecznicy dyscyplinarni będą musieli mieć wyższe wykształcenie prawnicze, co zwiększy profesjonalizm postępowań wyjaśniających i jakość czynności procesowych.

 

Projekt przewiduje również rozwiązania usprawniające prowadzenie postępowań, m.in. możliwość zdalnego przesłuchiwania świadków.

 

Projekt ustawy o zmianie ustawy – Karta Nauczyciela został skierowany do opiniowania i konsultacji. Planowany termin wejścia nowych przepisów w życie to 1 września 2027 r. Do postępowań wszczętych i niezakończonych przed tą datą będą stosowane dotychczasowe przepisy.

 

 

Projekt Ustawy o zmianie ustawy – Karta Nauczyciela  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.gov.pl/web/edukacja/