
Oto (z niewielkim skrótem) tekst Katarzyny Wesołej, zamieszczony dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji”, relacjonujący wyjaśnienia Katarzyny Lubnauer jak ostatecznie zdecydowano w sprawie prac domowych w klasach IV–VIII”
Katarzyna Lubnauer wyjaśnia głośną zmianę. Prace pisemne zostają
[…]
Prace domowe po zmianach od 1 września 2026 r.
Temat prac domowych od dłuższego czasu wzbudza emocje. W 2024 r. w szkołach podstawowych wprowadzono ograniczenia dotyczące ich zadawania i oceniania. Najnowsza zmiana nie oznacza całkowitego zakazu prac domowych. Dotyczy jednej z ich form w klasach IV–VIII.
Zasady zadawania i oceniania pisemnych oraz praktyczno-technicznych prac domowych obowiązują od 1 kwietnia 2024 r. Od 1 września 2026 r. w klasach IV–VIII zniesiono możliwość zadawania uczniom praktyczno-technicznych prac domowych do wykonania w czasie wolnym od zajęć. Pozostawiono natomiast prace pisemne.
MEN uznało, że rezygnacja z praktyczno-technicznych prac domowych nie wymaga prowadzenia ogólnokrajowych działań informacyjnych, organizacyjnych ani szkoleniowych.
Ministerstwo przypomniało, że od początku wprowadzania zmian wspiera nauczycieli w organizowaniu procesu dydaktycznego. Instytut Badań Edukacyjnych realizuje na zlecenie resortu projekt „Jak wspierać uczniów w samodzielnym uczeniu się”.
W jego ramach powstały publikacje, filmy i webinaria skierowane do:
-nauczycieli,
-rodziców,
-uczniów.
Nauczyciele mogą również korzystać z różnych form doskonalenia zawodowego. Za rozpoznanie potrzeb szkoły i poszczególnych nauczycieli odpowiada jej dyrektor. Wsparcie przy wdrażaniu zmian mają zapewniać także Ośrodek Rozwoju Edukacji oraz publiczne placówki doskonalenia nauczycieli.
Dyrektor ma kontrolować przestrzeganie zasad
W odpowiedzi nie zapowiedziano odrębnego systemu monitorowania nowych regulacji. Katarzyna Lubnauer wskazała, że bezpośredni nadzór nad prawidłowym wykonywaniem obowiązków przez nauczycieli sprawuje dyrektor szkoły.
To dyrektor kontroluje przestrzeganie przepisów dotyczących działalności dydaktycznej, wychowawczej, opiekuńczej i statutowej szkoły. Działalność szkoły oraz jej dyrektora nadzoruje natomiast kurator oświaty.
Do zadań kuratora należy m.in. obserwowanie i ocenianie przebiegu kształcenia, w tym przestrzegania zasad oceniania, klasyfikowania i promowania uczniów. Kurator może także organizować konferencje i narady dla dyrektorów oraz przekazywać informacje o zmianach w prawie oświatowym.
Oceny zachowania po zmianie przepisów
Zmienił się także katalog podstawowych obszarów branych pod uwagę przy ustalaniu śródrocznej i rocznej oceny klasyfikacyjnej zachowania. MEN wskazało, że jest on zgodny z założeniami reformy programowej „Reforma26. Kompas Jutra”.
Działalność dydaktyczna i wychowawcza szkoły ma opierać się na takich wartościach jak wolność, odpowiedzialność, wspólnota, szacunek, godność, prawda, dobro, piękno, sprawiedliwość i solidarność.
Jednym z kierunków polityki oświatowej państwa na rok szkolny 2026/2027 jest wspieranie przedszkoli i szkół we wdrażaniu reformy. Pomoc kadrze pedagogicznej mają zapewniać Ośrodek Rozwoju Edukacji oraz publiczne placówki doskonalenia nauczycieli.
Cały tekst „Katarzyna Lubnauer wyjaśnia głośną zmianę. Prace pisemne zostają” – TUTAJ
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Wczoraj na fanpage „Nie dla chaosu w szkole” zamieszczono post, w którym zwrócono uwagę na kolejny problem naszej szkolnej edukacji:
To jest autentyczny problem – w wielu szkołach oferta zajęć rozwijających uczniowskie pasje jest bardzo skromna, choć MEN neguje, że tak jest.
W stosunku do sytuacji sprzed dekady jest poważny regres. Przed reformą min. Zalewskiej właściwie w każdym gimnazjum były koła matematyczne, chemiczne, czy fizyczne – szansa dla uczniów chcących poszerzać wiedzę. Dziś taka oferta to rzadkość.
Wielu nastolatków, którzy przygotowują się do konkursów i olimpiad z konieczności szuka wsparcia poza szkołą publiczną. To ma oczywiste konsekwencje – odmiennie wyglądają szanse dzieci z wspierających edukację i zamożnych domów i tych z innych środowisk.
O te nierówności w naszym systemie edukacji zapytał w interpelacji poseł Marcin Józefaciuk. Odpowiedź MEN brzmi mniej więcej tak: Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej…:
Wg odpowiedzi udzielonej posłowi Józefaciukowi statystyki pokazują, że szkoły prowadzą wiele bezpłatnych zajęć z wieloma uczestnikami.
Ponadto w r. 2026/2027 nastąpiła zmiana na korzyść w przepisach – każda SP ma teraz do dyspozycji 9 godz. tygodniowo na zajęcia popołudniowe (w tym 6 godz. dla klas IV–VIII). „Resort wskazuje, że dzięki temu uczniowie będą mogli korzystać z szerszego niż dotychczas wachlarza zajęć rozwijających pasje i zainteresowania.”
MEN przypomina też, że przepisy pozwalają dyrektorowi na zwiększenie wymiaru wybranych obowiązkowych zajęć edukacyjnych (za porozumieniem z organem prowadzącym, który płaci). To jest max. 3 godz. tygodniowo na szkołę. [Praktyka wygląda tak, ze dyrektorzy zwiększają w VIII klasach liczbę godzin z przedmiotów egzaminacyjnych, najczęściej są to matematyka lub j. polski.]
Wątkiem, który nie pojawia się w tych objaśnieniach MEN jest podaż nauczycieli w szkołach. To jest – poza pieniędzmi na wynagrodzenia – prawdziwe „wąskie gardło”. Niestety nauczycieli, którzy mają swobodę dysponowania swoim czasem i są pasjonatami własnego przedmiotu zdolnymi pociągnąć za sobą uczniów mamy niewielu.
Efekty widać w zestawieniach laureatów konkursów i olimpiad. W skali kraju „szkoły-rodzynki” z powtarzalnymi sukcesami, bo uczy w nich nauczyciel, który poświęca wiele czasu na dodatkowe zajęcia, pilotuje uczniów, organizuje dla nich przedkonkursowe warsztaty i letnie obozy naukowe. Gdzie indziej punktowo pojawiają się laureaci, ale są oni najczęściej wychowankami płatnych zajęć, których oferta rozwija się w bardzo szybkim tempie.
Główne pytanie jest więc wciąż to samo – jak sprawić, by nauczyciele w szkołach mieli czas dla swoich uczniów i siły, by dodatkowe zajęcia przygotowywać i prowadzić…
Źródło: www.facebook.com/NIEdlachaosuwszkole/
4 września 2013 roku, przedstawiając profil swojego dopiero co utworzonego „Obserwatorium Edukacji” napisałem w pierwszym „Felietonie na dzień dobry”, przedstawiając profil swojego dopiero co utworzonego „Obsrwatorium Edukacji, taką deklarację:
„…wydarzenia i problemy, zwłaszcza te budzące kontrowersje lub mające charakter konfliktu, będą prezentowane z możliwie wielu punktów widzenia.”.
I kierując się niezłomnie tą regułą postanowiłem dzisiaj przebić tę bańkę totalnej krytyki tego co tworzą w MEN, a zwłaszcza Reformy „Kompas Jutra”, której w ostatnim miesiącu najbardziej druzgocącym przykładem był tekst prof. Śliwerskiego: „Komu jest potrzebny raport Centrum Edukacji Obywatelskiej?”.
Tą przeciwwagą postanowiłem uczynić dzisiaj zamieszczony w minioną sobotę w „Gazecie Wyborczej” tekst Karoliny Słowik, z którego dowiecie się jak na stawiane przez redaktorkę pytania odpowiadali: Danuta Kozakiewicz – od 2001 roku dyrektorka warszawskiej SP nr 103 im. Bohaterów Warszawy 1939 – 1945, która uczestniczyła w przygotowywanie reformy – była członkinią zespołu do spraw zadań domowych oraz Marek Pleśniar, dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty – od chwili powstania OSKKO 2 2006 roku: To dogłębnie znający problemy polskiej oświaty rozmówcy i obiektywni w ocenach rozmówcy. Oto fragmenty zapisu tego wywiadu i link do jego pełnej treści:
Reforma „Kompas jutra” wprowadzona do szkół. Dyrektorzy: Wielu nauczycieli nie rozumie tej zmiany
„K ompas Jutra” to olbrzymie wyzwanie. Przygotowano zarys przepisów, ale realizacja należy już do nas, rzucono hasła, a my mamy wypełnić je treścią – mówią dyrektorzy szkół o wprowadzonej reformie edukacji.
[…]
Dyrektorka warszawskiej SP nr 103 Danuta Kozakiewicz, która uczestniczyła w przygotowywanie reformy (była członkinią zespołu do spraw zadań domowych), mówi wprost, że reforma jest niezbędna. Przypomina, że całe środowisko edukacyjne jej chciało, ale nie ukrywa też, że zmiany są bardzo trudne do wprowadzenia. Bo nie chodzi tylko o nowe podstawy programowe, nowe podręczniki i przedmioty. Przede wszystkim chodzi o zmianę myślenia.
Danuta Kozakiewicz – – To najtrudniejsza reforma ze wszystkich, gdyż dotyczy nie tylko nauczycieli, ale i uczniów. Kompletnie musi się zmienić proces nauczania i uczenia się.
Red. – Jak to zrobić? Nad tym dyrektorzy szkół zastanawiali się już podczas wakacji.
D.K. – To olbrzymie wyzwanie. Przygotowano nam zarys w postaci przepisów, ale realizacja należy już do nas. W zależności, co konkretna szkoła z tym zrobi, tak „Kompas Jutra” będzie wyglądał. Rzucono hasła, a my mamy wypełnić je treścią. Dyrektorka opowiada, że połowę wakacji poświęciła studiowaniu rozporządzeń, ustaw i podstaw programowych, żeby przekazać to zespołowi. W sierpniu, podczas pierwszej rady pedagogicznej, przedstawiła „Kompas Jutra” wszystkim nauczycielom. – To było szkolenie. Nie teoria, tylko praktyka – zaznacza.
Marek Pleśniar, dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty (OSKKO), która zrzesza ok. 6 tys. dyrektorów z całej Polski, podkreśla, że właśnie szkolenia są teraz najbardziej potrzebne. – Potrzebujemy jak najwięcej wsparcia w tym, jak przełożyć założenia „Kompasu Jutra” na codzienność. Same podstawy programowe tego nie dają. To wymaga bardzo dużej pracy nauczycieli – przyznaje.
Opowiada, że na szkoleniach organizowanych przez OSKKO, dyrektorzy twierdzą, że do wielu nauczycieli nie dotarły informacje o najważniejszych zmianach, o nowej filozofii uczenia. – Oni biorą nową podstawę programową i jadą, uczą dalej. Dzieci chodzą do szkoły, ale nowa filozofia uczenia nie została wdrożona – zauważa. Dodaje, że w tym roku powinno wspierać się nauczycieli, szkolić ich, aby zrozumieli założenia reformy. Jednocześnie przyznaje, że to ważna zmiana – bo kładzie nacisk na praktykę, na doświadczenie edukacyjne, żeby dzieci dotykały tego, czego się uczą. – Ministerstwo na tym powinno się skupić.
Red. – A co w praktyce oznaczają wprowadzane zmiany?
Są nowe przedmioty, jak przyroda, która łączy geografię, biologię, wprowadza podstawy chemii i fizyki już od klasy IV. W zajęciach z przyrody ma być więcej praktyki, techniki, doświadczeń i eksperymentów, a także korelacji międzyprzedmiotowej w zakresie m.in. bezpieczeństwa, edukacji medialnej i klimatu. – To piękne hasła, tylko teraz trzeba doprowadzić do tego, żeby osoby od różnych przedmiotów zaczęły ze sobą współpracować – komentuje Kozakiewicz. – Wszystko zależy od nas, choćby podczas lekcji wychowawczych. Jedna lekcja w miesiącu ma być poświęcona bezpieczeństwu i to nauczyciel zadecyduje, czy powie krótko na ten temat, czy przygotuje obszerne informacje o bezpieczeństwie, pierwszej pomocy i ewakuacji – dodaje.
[…]
Zadania domowe też dotyczą wszystkich, ale jak interpretować nowe rozporządzenia? Nauczyciel ma sprawdzać każdą pracę oddzielnie czy nie, jak ostatnio zasugerowała w mediach wiceministra edukacji Katarzyna Lubnauer? Dyrektor Kozakiewicz ma na to sposób. Zauważa, że rozporządzenie jest specyficzne, gdyż nie pozwala oceniać prac domowych, ale pozwala zmienić ocenę. Dlatego trzeba zrobić tak, aby było to logiczne, sprawiedliwe i zachęcało dzieci do odrabiania tych prac.
Zapis można odczytać tak, że każdą pracę trzeba wziąć do ręki, ale może to spowodować, że nauczyciel przestanie zadawać, bo nie będzie w stanie sprawdzić każdej pracy osobno. Jednak pracę można sprawdzać innymi metodami, np. rozwiązując zadania z matematyki na tablicy – mówi.
O czym jeszcze mówią dyrektorzy w związku z reformą? Co się udało? Marek Pleśniar zaznacza, że nowe podstawy programowe cieszą, ale wciąż są obszerne, w wielu przedmiotach nie są mniejsze. – Natomiast są niezłe, pracowali nad nimi autentyczni nauczyciele, fachowcy. Wciąż jest jednak dużo do uczenia – przyznaje.
Jednak uważa, że większym problemem jest coś innego. – Niestety, polska szkoła wcale nie jest podporządkowana podstawom i reformie, tylko systemowi egzaminowania zewnętrznego. Wyścig i walka o dobry wynik nie wyhamowały. Problem nie został rozwiązany, zmieniły się narzędzia, ale presja została – zaznacza.
W kontekście reformy Pleśniar przyznaje, że szkoły mają więcej papierkowej roboty, chociaż biurokracji miało być mniej. – Mamy sporo papierologii: arkusze nadzoru dla dyrektora, materiały wspierające, rozmowy z nauczycielami, zmiany w statutach, prezentacje o zmianach, aby przygotować nauczycieli. Musimy też omówić kwestie zadawania prac domowych i zasady korzystania z telefonów – wymienia.
Jednym z największym wyzwań – według niego – jest wewnętrzna komunikacja, gdyż nauczyciele nie preferują pracy zespołowej.
[…]
Danuta Kozakiewicz wskazuje inny problem polskiego szkolnictwa. Być może kluczowy. – Jeśli nauczyciel ma przygotować zajęcia w ciekawy, przemyślany sposób, musi mieć na to czas. Więc powinien zarabiać tyle, żeby pracował w jednej szkole 40 godzin. Ale jeśli uczy w trzech placówkach, stanie się to niemożliwe, bo nauczyciel ciągle będzie w biegu – analizuje.
Minimalna pensja jest na granicy pensji nauczyciela początkującego. Tegoroczna podwyżka dla nauczycieli wyniosła 3 proc., przy inflacji 3,4 proc. – Jak można tak traktować osoby, od których zależy przyszłość społeczeństwa? Czy można oczekiwać, że nauczyciel będzie pracował tylko jednej szkole i przyjąć, że nie będzie zarabiał korepetycjami, aby utrzymać rodzinę? – retorycznie pyta Kozakiewicz.
Cały tekst „Reforma „Kompas jutra” wprowadzona do szkół. Dyrektorzy: Wielu nauczycieli nie rozumie tej zmiany” – TUTAJ
Źródło: www.eyborcza.pl
Kolega dyrektor Jarosław Pytlak, co nie powinno dziwić nikogo, kto pracuje lub pracował w szkole, najwięcej wolnego czasu na pisanie swoich tekstów i zamieszczanie ich na blogu „Wokół Szkoły” ma w weekendy. I dlatego to już kolejny poniedziałek, w którym proponuję lekturę wczoraj zamieszczonego posta, w którym wyciąłem tylko mały fragment – moim zdaniem nie wpływający na wydźwięk całego tekstu. Ale link do całości zamieściłem::
Aby myśleć, trzeba mieć o czym!
Problem braku szacunku dla wiedzy, o którym dzisiaj napiszę, pojawił się w polu mojego widzenia piętnaście lat temu, za sprawą artykułu Adama Leszczyńskiego „Tresowanie inteligenta” (Gazeta Wyborcza, 11-12 czerwca 2011 r.). Oto krótki fragment, dotyczący siedemnastoletniego ucznia bardzo dobrego warszawskiego liceum:
„(..) miły, zdobywający same szóstki młody człowiek nie potrafi znaleźć na mapie Paryża. Wie dużo różnych rzeczy, oczywiście. Ale ma równocześnie zadziwiające luki w sprawach, które kiedyś uchodziły za elementarz.
Taka niewiedza – słyszę od znajomych nauczycieli akademickich – już nie kompromituje. Nie jest obciachem. Jeśli zgred (niech będzie, że 30-letni) zdumiewa się, że student nie wie, gdzie jest Paryż, młody człowiek najczęściej nie rozumie, o co chodzi”.
Być może miałem już wcześniej w podświadomości podobne spostrzeżenia, w każdym razie cały artykuł wywarł na mnie duże wrażenie i pobudził do działania. W efekcie podjęliśmy w gimnazjum próbę postawienia piedestału dla erudycji, w postaci projektu „Niezbędnik inteligenta”. Chodziło o stworzenie bazy (jeszcze nie internetowej, tylko na fiszkach) kilkuset pojęć z różnych dziedzin, które każdemu wykształconemu człowiekowi nie powinny być obce.
Niestety, wobec konkurencji internetu nasz zapał szybko wygasł i projekt zakończył się fiaskiem po stworzeniu zaledwie czterdziestu fiszek. Na ironię losu, najlepiej zachowały mi się w pamięci pojęcia, które uczniowie umieścili w stworzonym równolegle, dla żartu, „Zbędniku inteligenta”, gromadzącym pojęcia całkowicie, ich zdaniem, niewarte zapamiętania. No i do dzisiaj pamiętam, co to jest bujatryka, paleomeander, pneumatofor, dojrzałość omłotowa i Afik – pogromca przędziorków…
Trzeba było ogólnoświatowego tąpnięcia w ogłoszonych ostatnio wynikach testów PISA, by pojawiły się w naszym kraju symptomy zwątpienia w coraz bardziej popularny od tamtych czasów pogląd, że szkoła uczy rzeczy niepotrzebnych. Że nie powinna wymagać wiedzy pamięciowej, bo ta w epoce internetu jest passé. Że w nowoczesnej edukacji należy przełożyć akcent z posiadania wiadomości na rozliczne kompetencje, oczywiście z uwzględnieniem możliwości, jakie niosą nowe technologie. W komentarzach do wyników PISA zagościł nagle, jako przykład pozytywnej tendencji, brytyjski pomysł przywrócenia w szkole należnego miejsca klasykom literatury. Pojawiła się również zaduma nad wyraźnym spadkiem w rankingu ubóstwionych w Polsce Finów, których w ostatnim dziesięcioleciu traktowaliśmy niczym wzorzec metra w edukacji.
Dobrze się stało, że trochę zimnej wody spłynęło na rozpalone głowy pedagogicznych progresywistów, bowiem edukacja, jak mało która dziedzina życia społecznego, powinna być lekko konserwatywna – nowe idee, nawet obiecujące, przed uszczęśliwieniem wszystkich i wszędzie winny wykazać swoją wartość w pilotażu. A jeszcze lepiej, by była różnorodna, tak jak różni są jej interesariusze: jednostki, czy całe lokalne społeczności.
Czy w świetle tego warto podjąć próbę przywrócenia wiary w sens zdobywania różnorodnej wiedzy? A jeśli tak, czy jest to w ogóle możliwe?!
x x x
Bardzo irytuje mnie twierdzenie, że cała wiedza jest dzisiaj na wyciągnięcie ręki, dostępna w internecie. Z jednej strony jest ono prawdziwe, bo znakomitą część dorobku intelektualnego ludzkości udało się już wtłoczyć w krzemowe kości pamięci. Równocześnie jednak jest bałamutne i edukacyjnie nieodpowiedzialne, bo „wyciągnięcie ręki” sugeruje młodzieży czynność lekką, łatwą i przyjemną, a przy tym niewymagającą żadnych kwalifikacji. Tymczasem to nieprawda!
Przywołam w tym miejscu uwagę mojej mentorki z zakresu dydaktyki, śp. prof. Alicji Siemak-Tylikowskiej, która kiedyś stwierdziła, że „aby myśleć, trzeba mieć o czym”. No właśnie! Na nic będą najbardziej nawet wyszukane kompetencje, jeśli zabraknie im paliwa, jakim jest wystarczający zasób wiadomości. Tych operacyjnych, zapisanych w mózgu, potencjalnie dostępnych, gdy pojawi się taka potrzeba. Tymczasem dzisiaj, w epoce sztucznej inteligencji, jeszcze bardziej niż przed laty jesteśmy podatni na lekceważenie wartości tego osobistego zasobu. Choć i mnie zadziwia potencjał nowej technologii, to widzę jej ograniczenia. A właściwie ograniczenia, na jakie napotka użytkownik nieposiadający wystarczającej wiedzy.
Jestem mało wprawnym użytkownikiem AI. Podziwiam tych, którzy z powodzeniem angażują ją do tworzenia grafiki, filmów, programów komputerowych i znajdują wiele innych jej pożytecznych zastosowań, choć nie czuję w sobie ognia, by iść w ich ślady. Pozostaję na poziomie prostych zapytań, które zadaję, zbierając materiały do kolejnych artykułów, albo poszukując informacji – głównie prawnych – przydatnych w mojej codziennej pracy dyrektora szkoły. Poziom zaawansowania jako użytkownika AI plasuje mnie zatem, co najwyżej, gdzieś w środku stawki… nastolatków. Mimo zbliżonej perspektywy widzę jednak to, czego młodzi ludzie mają prawo jeszcze nie dostrzegać – jak ogromne znaczenie dla oceny wiarygodności otrzymywanych informacji ma ogólna znajomość materii, o którą pytam.
[…]
W wypowiedzi Andreasa Schleichera, szefa programu PISA, zacytowanej przez red. Aleksandrę Pezdę w „Newsweeku” („Polska na dopingu sześciolatków” – 14-20.09.2026), padło:
„Uczniowie coraz rzadziej myślą głęboko i oddzielają sygnał od szumu. Słabną umiejętności szczególnie potrzebne w epoce sztucznej inteligencji: ocena wiarygodności informacji, łączenie źródeł i krytyczne czytanie”.
No to ja pozwolę sobie dopowiedzieć – wszystkie te umiejętności wymagają posiadania operacyjnej wiedzy. Im bardziej jest ona różnorodna, tym większą kompetencję krytycznego myślenia/oceny wiarygodności informacji ma człowiek. Dlatego bardzo proszę, przestańmy epatować młodych twierdzeniem, że szkoła uczy rzeczy niepotrzebnych, na co oni często powołują się, gdy muszą podjąć wysiłek, by zdobyć informacje i je zapamiętać. Nie bójmy się ocenić negatywnie bierności poznawczej, czyli, po prostu, niewykonania wymaganej pracy. Z drugiej strony, dawajmy dowody uznania młodym erudytom.
W najdoskonalszej emanacji społeczeństwa, jaką stanowią elity polityczne, widać wyraźnie, że ignorancja ma się dzisiaj świetnie, co przynosi konkretne szkody. Uważam to za porażkę edukacji, ale mimo wszystko, tylko ona daje nadzieję na poprawę obecnego stanu rzeczy. Odpowiadam zatem na swoje pytanie – tak, warto podjąć próbę przywrócenia wiary w sens zdobywania różnorodnej wiedzy! A czy jest to możliwe…? No cóż…, warto sprawdzić! Może, na początek, odsunąć polityków od władzy w Ministerstwie Edukacji Narodowej na rzecz osób kompetentnych w tej materii?!
x x x
Na zakończenie dygresja na marginesie ogłoszenia wyników testów PISA. Wśród wskazywanych w debacie publicznej możliwych przyczyn ogólnoświatowego tąpnięcia ich poziomu brakuje tej, która wydaje mi się oczywista – skutków nauki podczas pandemii COVID. One nie ujawniły się w roku 2022 – bowiem testowani w 2021 roku piętnastolatkowie nie zdążyli do tego czasu zbyt wiele stracić na skutek zdalnego nauczania – fundamenty ich wykształcenia powstały wcześniej. Uczniowie badani cztery lata później spędzili na „zdalnym” czas edukacji w wieku lat 9-11, który jest bardzo ważny w perspektywie dalszego rozwoju, zarówno w kontekście intelektualnym, jak i społecznym. Myślę, że w populacji, która była w owym czasie w Polsce w klasach początkowych, tąpnięcie byłoby jeszcze bardziej zauważalne, bo jest to etap kluczowy rozwojowo. Niestety, badanie w 2029 roku tego już nie zweryfikuje. My, w każdym razie, w szkole, zwróciliśmy uwagę, jak trudno było obecnym ósmoklasistom rozwinąć skrzydła po powrocie do normalnej nauki, a skutki tego dają się zauważyć do dzisiaj.
Cały tekst „Aby myśleć, trzeba mieć o czym!” – TUTAJ
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/
Autorska kontynuacja ważnego problemu, poruszonego przez dr Żylińską na jej fb-profilu
„System edukacji każe nam patrzeć na uczniów przez pryzmat ich słabych stron i trudności. […] Może warto zacząć aktywnie szukać w dzieciach ich silnych stron? […] Bo przecież każdy człowiek ma jakieś talenty i silne strony. Żeby je rozwijać, najpierw trzeba je dostrzec, bo to one będą przecież przyszłą drogą życiową małych ludzi.”
Dzisiejszy esej wypełnię moimi refleksjami, które zrodziły się po lekturze zamieszczonego przeze mnie na OE posta dr Marzeny Żylińskiej. Bo w tych kilku zdaniach zawarła ona jedną z największych prawd skutecznej edukacji – nie tylko szkolnej. A także największe nieszczęście naszego sytemu szkolnego, będące w jego genach, mających swój rodowód w systemie pruskiej szkoły Bo to tam za główny cel stawiano wychowanie posłusznego, lojalnego i zdyscyplinowanego obywatela oraz żołnierza i lojalnych urzędników i zdyscyplinowanych robotników.
Przeniesione wyłapywania błędów na grunt szkolny, służyło eliminacji odstępstw od normy i sprawdzaniu, czy uczeń ściśle wykonuje odgórne instrukcje. Szkoła ta uczyła zewnątrzsterowności, ale, „przy okazji”, nie stwarzała przestrzeni dla poznawania swoich mocnych i słabych stron, tą najstarszą w dziejach ludzkości metodą badawczą – metodą prób i błędów.
Na szukanie w uczniach ich silnych stron, nauczyciele, działający pod presją obowiązku realizowania podstawy programowej wymogów i maszynki do wystawiania ocen, nie mają po prostu czasu. Pozwolę sobie na metaforyczne opisanie do jakich procedur bywa w niektórych szkołach sprowadzana rola nauczyciela.
Otóż przypomina on policjanta służb drogowych, którego najważniejszym zadaniem jest wyłapywanie uczestników ruchu drogowego na łamaniu przepisów i wystawianie im za te przewinienia mandatów karnych A powinna to być rola trenera – np. lekkiej atletyki, którego zadaniem jest nie tylko organizowanie zawodów, a na nich biegów na określonych dystansach, „kto pierwszy”, ale przede wszystkim praca z zawodnikiem któremu w tym konkretnym biegu nie powiodło się, któremu trzeba pomóc w znalezieniu przyczyny niepowodzenia, jeśli okażą się nimi dysfunkcje organizmu – jaką zastosować terapię, jeśli błędy w treningu – jak go zmienić. A jeżeli okaże się, że ta konkretna dyscyplina została niewłaściwie zawodnikowi zalecona – na jaką ją zmienić. A wszystko po to, aby zawodnik nie zatracił potrzeby uprawiania sportu i był zawsze – adekwatnie do jego osobowości, aspiracji i potrzeb – pozytywnie motywowany i wspierany w trudnych chwilach.
Tyle mojego miniwykładu metaforycznego. Teraz przejdę do zilustrowania tytułowego problemu metodą indywidualnego przypadku.
W czasie kiedy ja byłem uczniem, a było to w samym środku okresu PeeReLu, ówczesny system szkolny był systemem edukacji, który także oceniał (wartościował) uczniów przez pryzmat ich słabych stron. I dlatego celem ucznia było nie dostać dwójki z przedmiotu, nie podpaść na tyle szkolnemu regulaminowi, aby mieć chociaż „dostateczny z zachowania”, i… i uczestniczyć – z choćby pozorowanym zaangażowaniem – w szkolnych akademiach z okazji kolejnej rocznicy Rewolucji Październikowej i Wyzwolenia Łodzi, a także w szkolnej reprezentacji na Pochodzie Pierwszomajowym.
W 1951 roku, w I klasie, działającej w takim systemie niewielkiej szkoły podstawowej na przedmieściach Łodzi, rozpocząłem swoją edukację. Byłem dzieckiem – jak to się wówczas mówiło – z rodziny robotniczo-chłopskiej, w której oboje rodzice ukończyli jedynie IV-klasową szkołę powszechną. Byłem wcześniakiem siedmiomiesięcznym, urodzonym w ostatnim roku wojny, dzieckiem wątłym, chorowitym i z wieloma deficytami. Przede wszystkim – co jako pierwsze dało znać o sobie – kompletnie nie dorównywałem kolegom w zajęciach z wychowania fizycznego. W starszych klasach objawił się mój kolejny problem – na lekcjach języka polskiego. Wtedy – przynajmniej w tej szkole – nauczyciel nie znal tych pojęć. A były to: dysgrafia i wkrótce potem – dysortografia. Nie mam do niego żalu – reagował jak potrafił, ale bardzo chciał mnie z tego „wyleczyć”.
Musiałem mieć dwa dodatkowe zeszyty. W klasie V – zeszyt w trzy linie – do nauki pisania liter. Przynajmniej raz w tygodniu miałem dodatkowo zadane wyraźne zapisanie przynajmniej kliku stron zadanymi na ten dzień literami. Po dwu latach odpuścił – nie sprawiło to, że te ćwiczenia na stale poprawiły mojego charakteru pisma! Umówiliśmy się, że od teraz będę pisał takimi prawie drukowanymi literami. Kiedy doszliśmy do pisania prac domowych, a zwłaszcza dyktand – to już była katastrofa. Nie potrafiłem zapamiętać kiedy w konkretnych wyrazach napisać u, a kiedy ó, kiedy rz a kiedy ż, kiedy ch a kiedy h. I z tej przypadłości usiłował mnie „wyleczyć” podobnym sposobem. Po każdym dyktandzie i sprawdzonym wypracowaniu, w oddzielnym zeszycie, musiałem ów z błędem napisany wyraz przepisywać poprawnie po 100 razy!
On naprawdę bardzo chciał, tylko że ta jego metoda, przynajmniej na mnie, nie zadziałała…
Ten drugi nauczyciel, który prowadził lekcje w-f, był także nauczycielem fizyki i chemii. I to on, kiedy poznał mnie lepiej, gdy przekonał się, że ja w zajęciach sportowych, nie z lenistwa a z ograniczeń fizycznych, nigdy nie będę równorzędnym partnerem moich szkolnych kolegów, ale za to jestem bardzo zainteresowany lekcjami fizyki, i że ta dziedzina wiedzy nie sprawia mi trudności, uczynił mnie swoim „asystentem” – najpierw w pracowni fizyki, a po roku – także na lekcjach chemii. Po latach zrozumiałem, że uczynił tak także dlatego, abym nie był postrzegany jako taki klasowy nieudacznik. A poza tym ja naprawdę stałem się takim jego „przybocznym”, który sprawdził się w tej roli asystenta – zwłaszcza podczas wykonywania doświadczeń i eksperymentów…
Obaj ci panowie nie mieli wtedy po dwadzieścia kilka lat i żaden z nich, nie tylko że nie skończył studiów wyższych, ale na miał szansy zostać absolwentem przedwojennego seminarium nauczycielskiego. Najprawdopodobniej ich jedyną szkołą przygotowującą do zawody nauczycielskiego było, już powojenne, liceum pedagogiczne – ale nie wiem czy w wersji trzy-, czy czteroletniej…
W podstawówce byłem oceniany – tak dzisiaj to widzę – nie tyle w odniesieniu do obiektywnych wymagań programowych, co do moich potencjałów i możliwości. Na świadectwie ukończenia szkoły miałem piątki z wszystkich przedmiotów – za wyjątkiem rosyjskiego…
Cóż z tego, skoro podjąłem wtedy decyzję, aby przystąpić do egzaminu wstępnego w najlepszym łódzkim liceum – I LO im. M. Kopernika! I to był mój pierwszy w życiu „zimny prysznic”. Oczywiście – egzaminu nie zdałem. Ostatecznie wylądowałem w trzyletniej zawodówce dla murarzy – nazywała się ona wtedy Szkołą Rzemiosł Budowlanych. Ale i tam znalazła się nauczycielka – także j. polskiego, która potrafiła i chciała indywidualizować swoje wymagania wobec uczniów, Ja także znalazłem się w gronie tych, którym stawiała pozaprogramowe wyzwania, dzięki czemu jestem dziś amatorem-dziennikarzem, a po drodze zaliczyłem nawet ośmioletni „staż” w roli st. asystenta na U.Ł. i dwa dyrektorskie stanowiska w łódzkiej oświacie.
Ale więcej o roli jaką w mojej biografii odegrała Pani Wiktoria, a także jakich jeszcze nauczycieli wspierających spotkałem na swej drodze do matury – ale już w liceum – opowiem przy innej okazji.
Wniosek z owego „indywidualnego przypadku” szkolnych doświadczeń redaktora OE jest oczywisty:
Każdy człowiek ma nie tylko słabe, ale i silne strony i talenty. Żeby je rozwijać, najpierw trzeba je dostrzec, bo to one będą przecież przyszłą drogą życiową małych ludzi. I jest to także rola nauczyciela!
Włodzisław Kuzitowicz
W dniu 29 sierpnia, w dobrej wierze, zamieściłem na OE materiał, zatytułowany „25 %Polaków dobrze ocenia współczesną szkołę, a 36 % ocenia ją negatywnie”. Była to, zaczerpnięta z dwu źródeł informacja, o zaprezentowanym w dniu poprzednim w „Centrum Nauki Kopernik” raporcie „Szkoła do życia”, udostępnionym przez Centrum Edukacji Obywatelskiej.
Minęły od tego czasu ponad dwa tygodnie i doczekaliśmy się bardzo wnikliwej, i bardzo krytycznej recenzji tej publikacji, w wykonaniu profesora nauk pedagogicznych, dra hab. Bogusława Śliwerskiego. Tekst ten został zamieszczony na jego blogu „Pedagog”. Profesor nie zostawił na tym raporcie „suchej nitki”, choć w pierwszym zdaniu oświadczył, że nie wini CEO o złe intencje: „Nie podejrzewam Fundacji Centrum Edukacji Obywatelskiej o złe intencje w przypadku przeprowadzenia badań, których wyniki ukazały się w raporcie o nośnym tytule, ale nieznośnej, bo częściowo pseudowartościowej treści.”
Oto fragmenty tego obszernego tekstu i link do jego pełnej wersji:
Komu jest potrzebny raport Centrum Edukacji Obywatelskiej?
Nie podejrzewam Fundacji Centrum Edukacji Obywatelskiej o złe intencje w przypadku przeprowadzenia badań, których wyniki ukazały się w raporcie o nośnym tytule, ale nieznośnej, bo częściowo pseudowartościowej treści. Od wielu lat obserwuję tego typu akcje raportowania czegoś przez różne NGO-sy i pseudonaukowców. Niniejsze badanie jest „ustawione” pod politykę MEN i wydawców podręczników szkolnych.
Badanie metodą CAWI prowadziła pracownia Minds & Roses w marcu 2026 roku, obejmując 1000 osób w wieku 18–65 lat oraz dodatkowo 596 rodziców posiadających dzieci w wieku 7-19 lat (19 ???!). CAWI, czyli ankieta internetowa to metoda preferująca osoby swobodniej posługujące się internetem i nie dająca kontroli nad warunkami wypełniania kwestionariusza.
Próba została dostosowana do struktury populacji pod względem wieku, płci, wykształcenia i wielkości miejscowości, ale reprezentatywność demograficzna nie gwarantuje reprezentatywności ze względu na zainteresowanie edukacją, zaangażowanie obywatelskie, doświadczenia szkolne, poziom zaufania instytucjonalnego czy intensywność korzystania z mediów. Duża, reprezentatywna próba nie zapewnia jeszcze wartości poznawczej opublikowanych wniosków. Gwarantuje co najwyżej, że dobrze oszacowano rozkład odpowiedzi w określonej populacji, ale pod warunkiem, że pytano o coś, co zostało trafnie zdefiniowane a respondenci byli kompetentni, by się na ten temat wypowiadać. W tym przypadku tego nie zapewniono.
Za konstrukcję ankiety i treść raportu z badań odpowiadają jego autorzy z CEO (+ sponsorzy) a nie firma, która je zrealizowała technicznie. CEO zaznacza ograniczenia ankiety internetowej, brak osób starszych niż 65 lat oraz fakt, że interpretacje i hipotezy wykraczają poza sam wynik badania. Co to za raport, którego interpretacja jest częściowo nieadekwatna do uzyskanych danych? To tak można generować artefakty? […]
Błędna diagnoza w „krzykliwym” opakowaniu nie jest możliwa do rozpoznania przez statystycznie przeciętnych a niekompetentnych czytelników, w tym – niestety – też dziennikarzy i pracowników oświaty. Komu chciałoby się czytać coś ze zrozumieniem, sprawdzać, myśleć krytycznie, a przecież tego oczekuje się już od uczniów.
Podstawowym przedmiotem badania było uzyskanie opinii osób dorosłych na temat rzekomo ich oczekiwań wobec szkoły. ale … w istocie tak skonstruowano ankietkę, by badani odnieśli się do fałszywych dychotomii, które od lat organizują debatę edukacyjną:
-wiedza albo kompetencje,
– wymagania albo dobrostan,
– nauczanie albo wychowanie,
-tradycja albo innowacja. […]
Jeszcze ciekawsze są pytania przeciwstawne. Autorzy zestawiają np.:
– „szkoła powinna przede wszystkim wspierać wszechstronny rozwój ucznia” z „dobrze przygotowywać do egzaminów”;
– „rozwijać kompetencje takie jak współpraca, krytyczne myślenie czy kreatywność” z „przekazywać wiedzę przedmiotową”;
– „być przede wszystkim przyjazna” z „być przede wszystkim wymagająca”;
– „rozwijać wewnętrzną motywację i samodyscyplinę” z „uczyć dyscypliny poprzez jasne reguły i ich egzekwowanie”.
I tutaj pojawia się problem nierównoważności semantycznej alternatyw.
„Wszechstronny rozwój” brzmi szeroko i pozytywnie, podczas gdy „przygotowanie do egzaminów” jest węższe i łatwo kojarzy się z instrumentalizacją szkoły. „Wewnętrzna motywacja i samodyscyplina” mają pozytywny ładunek autonomii, natomiast „egzekwowanie reguł” brzmi bardziej zewnętrznie i restrykcyjnie. „Przyjazna” jest słowem aksjologicznie atrakcyjnym; niewielu respondentów chce przecież szkoły „nieprzyjaznej”.
Jednak alternatywą nie jest „nieprzyjazna” szkoła, tylko „wymagająca”. W ten sposób respondent nie wybiera tylko pomiędzy dwiema koncepcjami pedagogicznymi, ale wybiera również pomiędzy słowami o różnej atrakcyjności emocjonalnej.
Podobnie skonstruowana jest opozycja dotycząca nauczyciela. Respondent ma wybrać między nauczycielem, który „wspiera ucznia i towarzyszy mu w nauce”, a nauczycielem, który „głównie przekazuje wiedzę z pozycji autorytetu”. Wynik 58% do 19% wygląda efektownie, ale trudno uznać te dwa opisy za idealnie symetryczne. Sformułowania typu „Towarzyszy” i „wspiera” brzmią relacyjnie i pozytywnie, zaś teza o czymś „z pozycji autorytetu” może uruchamiać hierarchiczne skojarzenia. Gdyby druga wersja brzmiała np. „nauczyciel jako kompetentny ekspert, który systematycznie wprowadza ucznia w uporządkowaną wiedzę”, wynik diagnozy mógłby być inny.
Z metodologicznego punktu widzenia alternatywy nie są czysto opisowe, lecz aksjologiczne. Wyniki badania bardzo gładko prowadzą do dokładnie takiej koncepcji, którą raport później nazywa „szkołą praktyczną i przyjazną”. Autorzy z wyników 51%, 54%, 59%, 55%, 56% i 50% budują dwie osie pożądanej zmiany: praktyczność i przyjazność. Następnie wizję tę rozwijają w siedem filarów, obejmujących m.in. sprawczość, dobrostan, głębokie uczenie się, projekty, głos uczniów, ocenianie wspierające i ograniczenie egzaminocentryzmu.
Problem polega na tym, że respondenci nie wybierali tych siedmiu filarów jako gotowego modelu szkoły. To autorzy skonstruowali model z odpowiedzi na wcześniej zaprojektowane pytania. Następuje więc sekwencja: kategorie badaczy → pytania → odpowiedzi respondentów → interpretacja → model szkoły zgodny z kategoriami wyjściowymi.
Dodatkowo raport nie jest całkowicie neutralnym akademickim studium eksploracyjnym. Powstał w ramach kampanii społecznej „Świadectwo na całe życie”, co nie dyskwalifikuje badania, ale oznacza, że należy odróżniać funkcję poznawczą od funkcji perswazyjno-programowej. Autorzy mają określoną wizję dobrej szkoły i nie ukrywają jej, ale z pedagogicznego punktu widzenia jest ona kompromitująca CEO.
Nie twierdzę, że „respondentów zmanipulowano”.[…]
Źródlo: www.facebook.com/BarbaraANowacka/photos/
Od czasu kiedy 15 września ministra Nowacka pochwaliła się na oficjalnej stronie MEN, że jest na 20. Międzynarodowa Konferencja „Bezpieczeństwo dzieci i młodzieży w Internecie”, Do chwili zamieszczania poniższego materiału.(godz. 19:30) nic się na ministerialnej stronie nie zmieniło. Przeto informację o aktualnych news’ach z obszaru edukacji zaczerpnąłem dzisiaj z „Portalu dla Edukacji”. Oto jego fragmenty i link do pelnej wersji”
https://www.gov.pl/web/edukacja/minister-edukacji-barbara-nowacka-na-20-konferencji-safer-internet
Wycieczki szkolne obowiązkowe dla każdego ucznia. Lista miejsc ustalona odgórnie
Sejm uchwalił w piątek (18 września) wraz z poprawkami ustawę o wychowaniu patriotycznym. Regulacje zakładają m.in. wprowadzenie do szkół nowej formy edukacji obywatelskiej i historycznej – wycieczek i wyjść do miejsc związanych z historią i polskimi tradycjami. […]
Poselski projekt ustawy o wychowaniu patriotycznym został wniesiony do Sejmu przez posłów PSL w 2024 r. Przewiduje on m.in. dodanie do prawa oświatowego deklaracji, iż system oświaty będzie zapewniał m.in. upowszechnianie wiedzy o bezpieczeństwie, podstawowych umiejętnościach obronnych i zachowania się w sytuacja kryzysowych, czy też inspirowanie uczniów do upowszechniania tradycji narodowej i państwowej. […]
Zgodnie z ustawą szkoły podstawowe i ponadpodstawowe będą zobowiązane do organizowania wycieczek lub wyjść dla uczniów, których celem byłoby odwiedzenie:
-lokalnego miejsca pamięci,
-miejsca związanego z polskimi tradycjami wolnościowymi lub materialnym i niematerialnym dziedzictwem narodowym,
-jednostki wojskowej,
-przedsiębiorstwa.
Zgodnie z przyjętą przez posłów w piątkowych głosowaniach poprawką, taka wycieczka lub wyjście będą musiały odbyć się przynajmniej raz w cyklu kształcenia ucznia. […] Ponadto szkoły ponadpodstawowe będą zobowiązane do prowadzenia klubów inżynierskich, których celem ma być propagowanie atrakcyjności zawodów związanych z przedmiotami ścisłymi. Byłaby to forma zajęć dobrowolnych, poza godzinami lekcyjnymi.
Projekt ustanawia też finansowany z budżetu państwa Program Kościuszkowski, którego celem ma być wspieranie inicjatyw kulturalnych, w tym z dziedziny edukacji kulturalnej, które prezentują polskie dziedzictwo historyczne jako element łączący wspólnotę państwową. […]
Ustawa trafi teraz do Senatu.
Cały tekst: „Wycieczki szkolne obowiązkowe dla każdego ucznia. Lista miejsc ustalona odgórnie” – TUTAJ
Źródło: www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/
Dzisiaj będzie krótko, ale treściwie. Trochę czytania, prawie 3 minuty słuchania, ale od autorki, która pisze i mówi tylko o sprawach ważnych dla edukacji. A tą autorką jest dawno nie goszcząca na OE dr Marzena Żylińska. Oto post zamieszczony przez nią na jej fb-profilu wczoraj:
System edukacji każe nam patrzeć na uczniów przez pryzmat ich słabych stron i trudności. Wielu osobom wydaje się to oczywiste, tak przecież zawsze było. Warto zadać sobie pytanie, jaki obraz małego człowieka wtedy powstaje, jakie są jego skutki, w jaki sposób podchodzimy wtedy do dzieci? A może zmianę systemu edukacji warto zacząć od zmiany tej perspektywy?
Może warto zacząć aktywnie szukać w dzieciach ich silnych stron? Taka zmiana perspektywy, oznacza głęboką zmianę podejścia i zupełnie inny rodzaj komunikatów, które dziecko o sobie słyszy. A słowa dorosłych mają ogromny wpływ na rozwój dzieci, na całe ich życie. Bo przecież każdy człowiek ma jakieś talenty i silne strony. Żeby je rozwijać, najpierw trzeba je dostrzec, bo to one będą przecież przyszłą drogą życiową małych ludzi.
Olivier Sacks w swojej genialnej książce napisał o tym, jak nieprawdziwy obraz Rebeki stworzył sobie na podstawie testów, które z nią przeprowadził. Takie sformalizowane, mechanistyczne podejście do człowieka również w edukacji często prowadzi nas na manowce.
Wypowiedź dr. Marzeny Żylińskiej na ten sam temat – TUTAJ
Źródło: www.facebook.com/marzena.zylinska/
Oto fragmenty zamieszczonego dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji” tekstu Magdaleny Ignaciuk, informującego o wielkiej skali oodwolań od ustalonej przez egzaminatorów punktacji za wyniki egzaminów maturalnych:
Ponad 126 tys. wniosków o wgląd do matur. W tysiącach przypadków wynik się zmienił
126 tys. wniosków o wgląd do matury i ponad 32 tys. próśb o ponowne sprawdzenie punktów – tak w tej chwili wyglądają statystyki 2026 roku według danych przekazanych przez MEN. W 5925 przypadkach weryfikacja zakończyła się zmianą liczby punktów. Zainteresowanie wglądami rośnie tak szybko, że część maturzystów musi długo czekać na termin. Resort przyznaje, że wraz z CKE i komisjami okręgowymi analizuje zmiany w obecnym systemie.
Maturzysta odbiera wyniki i widzi, że do wymarzonego kierunku (albo do zdania egzaminu…) zabrakło mu kilku punktów. Może pogodzić się z rezultatem, ale może również zobaczyć swoją pracę, sprawdzić sposób jej ocenienia, a następnie wystąpić o weryfikację przyznanych punktów. Z danych Ministerstwa Edukacji Narodowej wynika, że na ten drugi krok decyduje się coraz więcej absolwentów.
Skala wzrostu jest ogromna. Pomiędzy 2022 a 2024 rokiem liczba wniosków o wgląd wzrosła z 40 278 do 55 178, czyli o ponad 35 proc. W 2025 roku złożono już 80 609 takich wniosków, natomiast według stanu na 15 sierpnia 2026 roku było ich aż 126 256. Jednocześnie wpłynęły 32 294 wnioski o weryfikację punktów.[…]
Samo zakwestionowanie sposobu ocenienia pracy nie oznacza oczywiście, że maturzysta będzie miał zmienioną punktację. Istotne są więc dane pokazujące, w ilu przypadkach po weryfikacji rzeczywiście zmieniono liczbę punktów. W 2023 roku takich zdających było 1688, w 2024 roku – 3396, rok później już 4659, natomiast w 2026 roku – 5925. […]
W przypadku niektórych przedmiotów wzrost na przestrzeni ostatnich lat jest szczególnie widoczny. W 2023 roku zmianę punktacji z biologii rozszerzonej uzyskało 326 osób, a w 2026 roku już 1365. Przy matematyce rozszerzonej liczba wzrosła w tym samym czasie ze 126 do 723. W przypadku języka polskiego na poziomie podstawowym w 2023 roku było to 101 prac ze zmienioną punktacją, w 2026 – 820.
Coraz więcej maturzystów zwraca uwagę na bardzo odległe terminy wglądu do prac. Choć wnioski składali tuż po ogłoszeniu wyników, wyznaczone przez Okręgowe Komisje Egzaminacyjne daty przypadają na wrzesień, październik, a nawet listopad. […]
Zgodnie z obowiązującymi zasadami maturzysta ma prawo zobaczyć sprawdzoną i ocenioną pracę. Podczas wglądu może zapoznać się z zasadami oceniania, sporządzać notatki oraz fotografować swoją pracę. Następnie może wystąpić do dyrektora OKE z wnioskiem o weryfikację sumy punktów.
Nie może jednak po prostu otrzymać skanu pracy e-mailem. MEN wyjaśnia, że prace są przechowywane przez właściwe OKE i udostępniane w ich siedzibach w terminie wyznaczonym przez dyrektora komisji. OKE nie przesyłają zdającym prac, ich skanów ani kserokopii. […]
Długi czas oczekiwania na wgląd ma jeszcze jeden wymiar. Dla maturzysty kilka punktów może decydować o dostaniu się na wybrany kierunek studiów, a jeśli termin wglądu przypada dopiero na sierpień lub wrzesień, podstawowa rekrutacja może być już zakończona.
Resort edukacji przypomina jednak, że przepisy przewidują taką sytuację. Jeżeli kandydat ubiegał się o przyjęcie na studia, a jego wynik maturalny został później podwyższony w wyniku weryfikacji punktów lub odwołania, uczelnia ma obowiązek uwzględnić możliwość rekrutacji uzupełniającej.
Jak podkreśla Katarzyna Lubnauer, uczelnia jest prawnie zobligowana do jej przeprowadzenia na rok akademicki, którego dotyczyła rekrutacja. To jednak nie rozwiązuje problemu maturzystów, którzy złożyli wniosek o wgląd w lipcu, a termin wyznaczono im na listopad. Rok akademicki zaczyna się w październiku.
Rosnąca liczba wglądów pokazuje jednak, że procedura, która jeszcze kilka lat temu dotyczyła znacznie mniejszej grupy absolwentów, staje się coraz większym przedsięwzięciem organizacyjnym. Teraz MEN musi zdecydować, czy system oparty na osobistym oglądaniu pracy w siedzibie OKE nadal jest w stanie obsłużyć tę skalę zainteresowania
Cały tekst: „Ponad 126 tys. wniosków o wgląd do matur. W tysiącach przypadków wynik się zmienił” – TUTAJ
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Na czwartkowe przedpołudnie – po dwu tygodniach nowego roku szkolnego – profilaktyczne porady Danuty Sterny jak zapobiegać wypaleniu zawodowemu nauczycieli:
Przywracanie radości nauczyciela z nauczania
Rys. Danuta Sterna
Każdy człowiek, który decyduje się na wykonywanie zawodu nauczyciela i w nim pozostaje, chce dobrze nauczać i mieć z tego satysfakcję. Jeśli mu się to nie udaje, najczęściej rezygnuje przy pierwszej nadarzającej się okazji. Nauczyciel to zawód bardzo wymagający, ale też mogący przynieść wiele radości.
Nie zawsze wszystko idzie gładko, a czasami dochodzi nawet do wypalenia zawodowego.
Jedną z głównych przyczyn jest samotność w tym zawodzie. Nauczyciel nie ma z kim podzielić się poniesionymi porażkami ani sukcesami. Jeśli dodatkowo czuje, że nie jest odpowiednio wynagradzany za swoją ciężką pracę, a do tego odpiera ataki ze strony społeczeństwa, przestaje czerpać satysfakcję i staje się zgorzkniały.
Jak można utrzymać radość z nauczania?
1.Rozmawiać z innymi nauczycielami, dzielić się doświadczeniami, korzystać z rad i pomocy innych
Przełamać izolację. Dzielić się trudnościami, mówić o nich otwarcie i oczekiwać pomocy. Można tworzyć w szkole grupy wsparcia dla nauczycieli, które udzielają uczestnikom wzajemnej pomocy i pokazują użyteczne techniki nauczania.
-Wiele lat temu głośno opisywany był przypadek nauczyciela, któremu uczniowie nałożyli kosz na śmieci na głowę. To nie był opresyjny pedagog – on po prostu nie miał wsparcia ze strony innych nauczycieli.
-Wzorem nauczycieli amerykańskich założyłam w szkole, w której pracowałam, grupę „Krytycznych przyjaciół”. Powiesiłam na tablicy ogłoszeń w pokoju nauczycielskim zaproszenie. Zgłosiło się 6 osób. Spotykaliśmy się w ustalonych terminach i każdy dzielił się sukcesami oraz trudnościami. Pozostałe osoby udzielały wskazówek, jak można sobie w danej sytuacji poradzić. Dana osoba wybierała wskazówkę, którą decydowała się zastosować w swojej klasie, a na następnym spotkaniu oceniała, czy ona zadziałała i pozwoliła rozwiązać problem. Do tej pory, mimo że część z nas już nie pracuje w tamtej szkole, a niektórzy są na emeryturze, z nostalgią wspominamy ten czas i wciąż spotykamy się towarzysko.
2.Próbować nowych metod nauczania
To najlepsze antidotum na wypalenie zawodowe – być stale poszukującym nauczycielem. Inspiracje można czerpać ze szkoleń, literatury pedagogicznej oraz internetowych grup wsparcia. Można też zapraszać innych nauczycieli na swoje lekcje i samemu obserwować ich zajęcia. Takie obserwacje koleżeńskie trzeba traktować jako pomocne dla obu stron – obserwujący może znaleźć pomysły dla siebie, a obserwowany otrzymuje dodatkową perspektywę i spojrzenie na swoją praktykę.
Propozycji metod nauczania jest wiele, warto więc wybrać to, co wydaje nam się skuteczne. Trzeba sprawdzić, czy na pewno dobrze działają na naszych uczniów – jeśli tak, warto włączyć je do swojego warsztatu, a jeśli nie, po prostu je porzucić.
To samo można zrobić z praktykami i metodami, których nauczyliśmy się wiele lat temu i stały się naszym nawykiem, niekoniecznie korzystnym. Porzucenie takich przyzwyczajeń wymaga jednak wiele odwagi.
Na szczęście nauczyciel w Polsce ma autonomię w dziedzinie doboru metod nauczania.
3.Śledzić losy absolwentów szkoły
Nie jest prawdą, że nauczyciel po odejściu ucznia ze szkoły nie może się cieszyć jego sukcesami. Jeśli szkoła lub sam nauczyciel pielęgnuje kontakty z absolwentami, może widzieć, jak dobrze sobie radzą. To przynosi ogromną satysfakcję, bo na te sukcesy nauczyciel również miał wpływ.
Często okazuje się, że tak zwany trudny uczeń wyrasta na świetnego pracownika, dobrą matkę lub ojca oraz osobę bardzo pożyteczną dla społeczeństwa.
Miałam kiedyś bardzo trudnego ucznia. Spotkałam go po latach i okazało się, że jest nauczycielem filozofii w szkole, w której uczyłam. Zapytałam, jak sobie radzi w tej roli, a on odpowiedział: „Nie wiem, jak Pani dawała sobie ze mną radę”. Warto było dawać sobie radę.
Do tej pory kontaktuję się z niektórymi moimi uczniami, którzy odwiedzają mnie z okazji świąt. Czuję się naprawdę obdarowana, mogąc patrzeć, jak świetnie sobie radzą.
3.Dbać o własną autonomię i poczucie kompetencji
Doceniać samego siebie. Trudno w tym zawodzie liczyć na docenienie z zewnątrz. Warto świętować nawet małe sukcesy – to, że uczeń wreszcie otrzymał ocenę pozytywną, że klasa zrozumiała, jak dodaje się ułamki, albo że ktoś przyszedł po radę.
Środowisko nie zawsze jest wspierające, panuje raczej powszechna krytyka. Nie warto się jej poddawać – satysfakcję można czerpać z tego, co sami robimy i zauważamy. Dlatego warto otaczać się życzliwymi ludźmi, a krytykantów trzymać z daleka.
4.Traktować uczniów z szacunkiem i budować z nimi relacje
Nie na darmo mówi się, że relacjami uczenie stoi. Trzeba pamiętać, że szkoła jest po to, aby uczniowie się uczyli – nauczyciel jest na drugim planie. To wymaga pohamowania nauczycielskiego ego.
Czasami młody człowiek potrafi nas wyprowadzić z równowagi psychicznej. Ale to tylko młody człowiek, który jeszcze czegoś nie umie, a za pewien czas może być lepszy od nauczyciela w wielu dziedzinach.
Dobrze jest słuchać młodych ludzi i mniej mówić samemu. Warto pytać uczniów, jak chcą być nauczani, słuchać ich opinii i w miarę możliwości się do nich odnosić.
Nie należy się bać – w trudnych sytuacjach warto kierować się sercem.
-Gdy pracowałam na uczelni, przyszedł do mnie student i powiedział, że nie będzie pisał kolokwium, bo nie jest w stanie. Termin był ustalony wcześniej i wyglądało to na wymówkę, która będzie mnie kosztowała więcej pracy. Zapytałam o powód. Okazało się, że student opiekował się w nocy swoją gorączkującą córeczką i nie spał ani chwili. Pozwoliłam mu pisać kolokwium w innym terminie. Tak samo jest z uczniami – często nie wiemy, co przeżywają poza szkołą i jak trudne mają doświadczenia. Ich zachowanie z reguły nie wynika ze złej intencji, ale z czegoś, co wydarzyło się wcześniej.
5.Utrzymywać równowagę pomiędzy życiem w szkole i poza nią
Na ten temat nie warto pisać dużo. Chodzi o to, aby mieć życie pozaszkolne. Mieć hobby, poświęcać czas rodzinie i przyjaciołom.
Podsumowując, lekarstwem na wypalenie zawodowe jest:
1.Współpracować z innymi nauczycielami
2.Być otwartym na nowe propozycje edukacyjne
3.Mieć kontakt z absolwentami
4.Dbać o własną autonomię
5.Kierować się sercem
6.Mieć własne życie
Źródło: www.oknauczanie.pl












