
Oto moje wspomnienia z 12-u lat pełnienia funkcji dyrektora „Budowlanki” (1993 – 2005), do zamieszczenia których – przy okazji zapoznania się z moją relacją z piątkowych uroczystości obchodów jej 80-lecia namówiła mnie jedna z nauczycielek, dziś już emerytowana, która po zapoznaniu się z dzisiejszym „Moim refleksyjnym esejem nr 23 – okolicznościowym” uznała, że powinienem opisać co w tych latach kiedy byłem tam gospodarzem działo się w ówczesnym Zespole Szkół Budowlanych nr 2, przemianowanym w 2002 roku na Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr 15.
T to jest Jej „wina”, że wykorzystując zamieszczane już przed paroma laty na OE materiały wspomnieniowe, przywołam dzisiaj z okazji tegorocznych obchodów Jubileuszu 80-lecia Budowlanki ich obszerne fragmenty oraz odeślę linkami do ich oryginałów – ilustrowanych także zdjęciami.
Pierwsze lata – pierwsze decyzje
Pamiętam, że moją pierwszą decyzją jako dyrektora ZSB nr 2, którą podjąłem dosłownie w pierwszych dniach pełnienia tych obowiązków było oficjalne zgłoszenie szkoły do programu UPET, programu wspieranego finansowo przez Europejską Wspólnotę Gospodarczą (EWG), Jego celem było wprowadzenie do kształcenia zawodowego programów o budowie modułowej. Nie było to jeszcze kształcenie modułowe w zawodach, gdzie nie tylko że nie funkcjonuje podział na przedmioty teoretyczne i zajęcia praktyczne, ale które podporządkowane jest osiąganiem przez uczniów konkretnych kompetencji zawodowych. Innowacja wprowadzana w ramach UPET polegała jedynie na łączeniu w tematyczne moduły wiedzy, przekazywanej dotąd podczas lekcji z różnych teoretycznych przedmiotów zawodowych i na jej operacjonalizacji, pozwalającej na pomiar stopnia jej przyswojeni przy pomocy opracowanych testów wiadomości.
W programie tym uczestniczyły 44 szkoły zawodowe z całej Polski. Udział w programie otwierał drogę do pozyskania środków na unowocześnienie bazy dydaktycznej szkoły, m.in. o nowoczesne pracownie komputerowe. I to właśnie dzięki tej decyzji już w pierwszym roku mojego dyrektorowania w szkole uruchomiona została pierwsza pracownia informatyczna, wyposażona w najnowsze na owe czasy komputery PC. Program ten był po dwu latach kontynuowany pod nową nazwą IMPROVE – dzięki temu do szkoły trafiło także oprogramowanie AutoCAD – komputerowe wspomaganie projektowania. Pozyskaliśmy także pozabudżetowe środki na zakup nowoczesnego wyposażenia dwu sal lekcyjnych w jednoosobowe stoliki i krzesła, pozwalające na prowadzenie zajęć aktywizujących w dowolnie konfigurowanych grupach uczniowskich.
Nie będę przemilczał informacji, że było to możliwe jedynie dzięki – najpierw przekazanym informacjom, a później czynnemu poparciu naszego wniosku ze strony łódzkiego lidera kształcenia zawodowego – wicedyrektora WODN – Janusza Moosa.
x x x
Rok szkolny 1994/1995 był okresem, w którym nasza „Budowlanka” przystąpiła do kolejnego eksperymentu, który także przyniósł nowe środki pozabudżetowe na unowocześnienie bazy dydaktycznej szkoły. Tym projektem było Liceum Techniczne – koncepcja kształcenia zawodowego w 4-o letniej szkole licealnej, w której obok programu kształcenia ogólnego, realizowanego na poziomie podstawowym, uczniowie zdobywaliby wiedzę ogólnozowodową, będącą wspólną bazą dla wielu pokrewnych zawodów. I dopiero po jego ukończeniu absolwenci podejmowaliby decyzje, czy chcą kontynuować dalsze kształcenie w szkołach wyższych, czy też wejść na ścieżkę edukacji, prowadzącą do zdobycia tytułu technika w konkretnym zawodzie, ale w ramach krótkiego cyklu (w zależności od zawodu – od 0,5 do 1,5 roku) w policealnych studiach zawodowych.
Już w roku szkolnym 1995/1996 otworzyliśmy klasy pierwsze tego liceum w dwu profilach: „kształtowanie środowiska” i „leśnictwo i technologia drewna”. W kolejnym roku przyjęliśmy pierwszoklasistów w trzecim profilu – „społeczno-socjalnym”. Decyzja ta pociągnęła za sobą konieczność powiększenia grona nauczycielskiego o nauczycieli przedmiotów, których w programie technikum nigdy nie było: do biologii, geografii, j. angielskiego, a także – „przedsiębiorczości”.
W 1998 r w całej Polsce działało 145 takich liceów, a w lipcu 1998 r MEN rozporządzeniem wprowadził do systemy szkolnego ten typ szkoły średniej. Jednak licea techniczne działały tylko do roku 2002, kiedy w konsekwencji reformy systemu oświaty z 1999 ostatni uczniowie liceów technicznych zdali maturę.
Okres wprowadzenia do ZSB nr 2 liceum technicznego zbiegł się w czasie z decyzją Janusza Moosa o otworzeniu Wojewódzkiego Centrum Kształcenia Praktycznego, którego on został dyrektorem, co skutkowało przeprowadzką jego ekipy do własnej siedziby przy ul. Kopcińskiego 29. Zwolnione pomieszczenia, po przeprowadzeniu remontu (silami warsztatów szkolnych), umożliwiły utworzenie dwu kolejnych pracowni informatycznych, wyposażonych w najnowocześniejsze komputery PC, zakupione z funduszy programu LT, podłączonych do miejskiej sieci szybkiego Internetu.[…]
[Więcej w tekście „Rozdział VIII moich wspomnień, cz.2. „Pierwsze lata – pierwsze decyzje” – TUTAJ]
x x x
Jak pozyskiwałem środki na rozwój i unowocześnianie bazy szkoły
Opowiadając w poprzedniej części tego rozdziału o uczestnictwie szkoły w programach UPET/IMPROVE i „Liceum Techniczne”, za każdym razem podkreślałem jakimi to korzyściami materialnymi, a konkretnie jakim wzbogaceniem bazy techno dydaktycznej szkoły to skutkowało. Bo niezależnie od merytorycznych – ważne były dla mnie – wszak administratora tej oświatowej placówki – także warunki pracy szkoły.
Nie będę ukrywał, że objąłem kierowanie szkołą, która była nowoczesną, ale w „minionym okresie”. Od mebli szkolnych, przez pomoce naukowe, aż do szkolnych toalet – wszystko było z epoki Gierka. Te ostatnie nawet jeszcze starsze – tak jak i okna – pamiętające czasy powstania szkoły. W pierwszych latach III RP nie było programów dofinansowywania takich zadań z budżetu wojewódzkiego – bo szkoły ponadpodstawowe były prowadzone przez kuratora, czyli administracje rządową. Dlatego postanowiłem skorzystać z możliwości, jaką było gromadzenie środków pozabudżetowych na tzw. konto środków specjalnych. A najłatwiej można je było zarobić wynajmując pomieszczenia szkolne – na działalność edukacyjna lub sportową, prowadzoną przez podmioty prywatne.
Zaczęło się od tego, że zastałem już sytuację, którą musiałem jedynie kontynuować. A był to odpłatny najem sal lekcyjnych – w soboty i niedziele – na zajęcia dla szkoły pomaturalnej o bardzo chwytliwej nazwie „Business College”. Taką nazwę miała szkoła, której organem prowadzącym było Stowarzyszenie Oświatowców Polskich. Ale personalnie założył tę szkołę i zarządzał nią dr. Roman Patora – na co dzień pracujący w zespole wizytatorów-metodyków, kierowanym przez Janusza Moosa i mającym siedzibę w ZSB nr 2.
Jednak już w grudniu 1994 roku, na bazie owego „Business College”, powstała – jako uczelnia niepubliczna – Społeczna Wyższa Szkoła Przedsiębiorczości i Zarządzania (SWSPiZ). Od razu pojawiła się większa liczba jej słuchaczy, a co za tym idzie – większa liczba wynajmowanych pomieszczeń, czyli znaczący przypływ środków pozabudżetowych. Nie trwało to długo – po kilku latach SWSPiZ zakupiła budynek przy ul. Sienkiewicza 9 (na tyłach wieżowca TVP) i tam rozpoczęła już kolejny rok akademicki 1996/1997. Dla nas skutkowało to tym, że kończył się dopływ dodatkowych środków finansowych. […]
Obok owej zastanej sytuacji z obecnością „Business College”, pierwszą prywatną placówką, ktorej wynajmowałem pomieszczenia była Szkoła Detektywów i Ochrony Fizycznej Osób i Mienia „Rutkowski i Czerwiński”, o tajemniczej nazwie „MARLOW”, która także wynajmowała nasze pomieszczenia dydaktyczne na soboty i niedziele. Oba nazwiska, a zwłaszcza to drugie, było owym marketingowym magnesem, przyciągającym słuchaczy. Zarówno Waldemar Czerwiński jak i Krzysztof Rutkowski to dwaj sławni już wtedy ze spektakularnych osiągnięć prywatni detektywi. Jednak żaden z nich nie miał głowy ani czasu do prowadzenia szkoły. Dlatego pod koniec 2002 szkoła zmieniła właściciela. Szkołę przejęła spółka Centrum Nauki i Biznesu „ŻAK”, której prezesem był Andrzej Prusik. Ale i to pociągnięcie nie uratowało szkoły przed upadkiem, do którego doszło rok później.
W tym samym nieomal czasie, bo w latach 1999 – 2002, opuszczone przez SWSPiZ pomieszczenia administracyjne, organizując tam swoją siedzibą, zajęła Łódzka Korporacja Oświatowa, która otworzyła zaoczną szkołę dla dorosłych, a w jej ramach działało tam technikum ekonomiczne i liceum ogólnokształcące. Szefową owej korporacji i dyrektorką owych szkół była Anna Bułka-Baranowska – do 1995 roku dyrektorka Zespołu Szkół Chemicznych przy ul. Tamka 12 w Łodzi. Także i ten najemca po trzech latach działalności nabył budynek na swoją działalność i szkoły przeprowadziły się na ul. Jaracza 70.
I tym razem miejsce po Łódzkiej Korporacji Oświatowej , już w roku 2002, zajął kolejny najemca – znany już z okresu działalności „Business College” – Społeczny Zespół Szkół Policealnych Stowarzyszenia Oświatowców Polskich. W ramach tego zespołu prowadzono kształcenie w zawodach: technik technologii odzieży, technik BHP i technik optyk. Dyrektorką tych szkół była Elżbieta Jaros, która wcześniej kierowała warsztatami szkolnymi łódzkiego Zespołu Szkół Gastronomicznych. Jako zaplecze kształcenia praktycznego optyków wynajmowane były pod stałe użytkowanie trzy pomieszczenia, które najemca wyposażył w niezbędne urządzenia. […]
Teraz przerywam opowieść o „zarabianiu” na wynajmowaniu pomieszczeń w budynku przy ul. Kopcińskiego i przenoszę się na Pomorską 46/48, gdzie na tyłach posesji, na której od frontu stal gmach przedwojennego Gimnazjum Męskiego o profilu technicznym, którego właścicielem było Żydowskie Towarzystwo Krzewienia Oświaty, a po wojnie był siedzibą kilku szkół średnich, od lat siedemdziesiątych działały Międzyszkolne Warsztaty Budowlane ZSB nr 2. Owo „międzyszkolne” w nazwie było pozostałością dawniejszych czasów – w opisywanym okresie warsztaty służyły jedynie uczniom naszej szkoły.
Już w pierwszych miesiącach mojej kadencji podjąłem decyzję o zmianie systemu praktycznej nauki zawodu. Aby dzisiejszy czytelnik mógł zrozumieć powody – nie tylko merytoryczne – tej decyzji, muszą przypomnieć, że warsztaty szkolne funkcjonowały jako tzw. gospodarstwo pomocnicze, czyli samodzielne finansowo ogniwo struktury zespołu szkół. Mówiąc prościej – warsztaty musiały prowadzić działalność produkcyjną, aby sprzedając swoje produkty i usługi zarobić na koszty utrzymania, w tym na etaty pracowników administracji, bo nauczyciele zajęć praktycznych – w tym kierownik warsztatów – byli na liście płac szkoły. O ile w „minionym systemie” na usługi budowlane warsztatów był jeszcze popyt, to po 1989 roku, w systemie rynkowym, chętnych na powierzenie budowy domu, nawet jednorodzinnego czy choćby remontu, grupie uczących się zawodu młodym ludziom, zwłaszcza z gwarancją krótkiego terminu realizacji, w zasadzie nie było. Nawet w ramach zawodu stolarz nie było popytu na choćby prostą produkcję warsztatów szkolnych.
Z tych powodów podjąłem decyzję o przeniesieniu zajęć praktycznych do przedsiębiorstw budowlanych i meblarskich, gdzie wraz z naszymi nauczycielami realizowali program zajęć praktycznych, pozostawiając jedynie maszyny do obróbki drewna, aby uczniowie pierwszej klasy ZSZ stolarzy mogli tam, zanim pójdą do przedsiębiorstw, nabyć podstawowych umiejętności ich obsługi.
W konsekwencji tej decyzji ten trzykondygnacyjny budynek przy ul. Pomorskiej 46/48 opustoszał. Zbędne wyposażenie zostało złomowane, to co nadal miało służyć uczniom zostało zgromadzone wyłącznie w pomieszczeniach parteru. Opróżnione dwa piętra stały się przestrzenią do wynajęcia. Jako pierwszy zgłosił swe zainteresowanie dr Makary Stasiak – założyciel Wyższej Szkoły Humanistyczno-Ekonomicznej, na siedzibę której wykupił pofabryczne obiekty miedzy ulicami Rewolucji 1905 roku a Pomorską – dokładnie na wysokości naszych warsztatów. […]
Jednak nie trwało to długo – po roku WSHS wycofała się z najmu – w tym czasie dokończono remontu adaptacyjnego w jej własnych budynkach pofabrycznych. I wtedy – bez mojej jakiejkolwiek inicjatywy – zgłosiły się do mnie na Kopcińskiego dwie, zupełnie nieznane mi osoby. Gdy się przedstawili dowiedziałem się, że byli to: Aniela Bednarek i prof. Edward Kącki. Ta pierwsza była właścicielką prywatnej policealnej szkoły informatycznej, pod działalność której wynajmowała pomieszczenia w Zespole Szkół Techniczno-Przemysłowych przy ul. Żeromskiego 115, zaś prof. Kącki był emerytowanym profesorem Politechniki Łódzkiej, który zorganizował tam, już w 1980 roku, Instytut Informatyki. Okazało się, że przeszli do mnie z ofertą wynajęcia pomieszczeń w budynku naszych warsztatów szkolnych, aby tam poprowadzić Wyższą Szkołę Informatyki [WSInf], którą owa pani Bednarek postanowiła otworzyć, a której profesor Kącki miał być rektorem.
Szybko doszliśmy do porozumienia i zawarta została umowa najmu, która uwzględniała przeprowadzenie przez najemcę remontu adaptacyjnego – częściowo na jego koszt. Uczelnia została formalnie otwarta w 1997 roku i przez kolejne trzy lata rozwijała tam swoją działalność. Po tym czasie na tyle okrzepła – także finansowo – że mogła sobie pozwolić na zakup własnej siedziby. Były to budynki po nieczynnych od kilku lat zakładach ARELAN przy ul. Rzgowskiej 17a. I znowu powstała przestrzeń do wynajęcia…
Pora wrócić na Kopcińskiego. Bo tam także pojawiały się nowe podmioty, które dostarczały szkole środków za wynajem pomieszczeń. Nie wspomniałem dotąd o wynajmowaniu sal gimnastycznych – sal, bo dysponowaliśmy duża i małą salą gimnastyczną. Najpoważniejszym najemcą byli organizatorzy pierwszego w Łodzi ośrodka szkolenia w technikach izraelskiej sztuki walki Krav Maga. Wynajmowane na ten cel były – na kilka godzin – obie sale, i to trzy dni w tygodniu. A współpraca ta trwała kilka lat. […]
Ale był jeszcze jeden podmiot, któremu szkoła udostępniała dużą salę gimnastyczną, ale tym razem nie w celach zarobkowych, a – na zasadach „sąsiedzkiej przysługi” – za wręcz symboliczną stawkę godzinową. Działo się tak dlatego, że owym wynajmującym był SALOS, czyli oddział Salezjańskiej Organizacji Sportowej RP, który działał przy sąsiadującym ze szkołą kościele Św. Teresy i Św. Jana Bosko i który prowadził zajęcia sportowe z okoliczną młodzieżą.
Pozostała jeszcze opowieść o szczególnym podmiocie najmu, który pojawił się w roku 2000. Szczególnym – z powodu osoby, która jako pierwsza zgłosiła się do mnie z ofertą bardzo interesującej współpracy. Tą osobą był Juliusz Cyperling, […] Po 28 latach braku kontaktów, dowiedziawszy się od Janusza Moosa (na terenie kierowanego prze niego WCDNiKP Juliusz miał swoje biuro wojewódzkiego przedstawiciela Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych) kto jest dyrektorem pobliskiej „Budowlanki”, zdecydował się złożyć mi tą wizytę. Skracając relację: Po wstępnym etapie wspomnień Julek przedstawił mi, w imieniu swojej żony Małgorzaty, propozycję przyjęcia pod nasz dach Centrum Szkoleniowo-Promocyjne „EDUKACJA”, które, jako pierwszy w Łodzi niepubliczny ośrodek doskonalenia nauczycieli, zamierzała ona utworzyć i poprowadzić.
Nie muszę mówić, że propozycję przyjąłem – nie bez poczucia, że nie po raz pierwszy przyczynię się do poprawy łódzkiej oświaty. I tak od roku 2000 zaczęły się w naszej szkole – prowadzone w niektóre dni robocze w godzinach popołudniowych, ale głównie w soboty i niedziele – kursy kwalifikacyjne i doskonalące dla nauczycieli.
Minęło parę lat i Małgorzata Cyperling zorientowała się, że nastał popyt na studia podyplomowe. Aby i na tym rynku zaistnieć musiała zawrzeć umowę o wspólnej organizacji takowych studiów z… Wyższą Szkołą Kupiecką – pierwszą w Łodzi prywatną wyższą szkołą, działającą początkowo w Zgierzu, a po paru latach w Łodzi przy ul. Pojezierskie. Już po pierwszej takiej transakcji doszła do wniosku, że zamiast dzielić się z kimś zyskiem tylko za danie szyldu szkoły wyższej – mogłaby sama taką szkołę utworzyć. Jako że była to kobieta czynu – zabrała się za działanie i po kilku miesiącach poinformowała mnie, że właśnie otrzymała pozytywną decyzję ministerstwa i dlatego przyszła w sprawie wynajęcia pomieszczeń po warsztatach na Pomorskiej na działalność Wyższej Szkoły Pedagogicznej (WSP). Było to wiosną 2003 roku. […]
Jednak WSP pod adresem Pomorska 46/48 działało tylko ten jeden rok akademicki. Stało się tak w konsekwencji decyzji Urzędu Miasta Łodzi, która dotyczyła przekazaniu obu obiektów – i tego po szkole, przy ulicy, i tego po naszych byłych warsztatach – Uniwersytetowi Łódzkiemu. Są one do dzisiaj, po generalnym remoncie adaptacyjnym, siedzibą Wydziału Nauk o Wychowaniu UŁ.
[Więcej w tekście „Rozdział VIII cz. 3. Jak pozyskiwałem środki na rozwój i unowocześnianie bazy szkoły” – TUTAJ ]
x x x
Ostatnie lata, polityczne tło, świadoma decyzja i pożegnanie
Jak już o tym wspomniałem – w 1999 roku organem prowadzącym naszą szkołę przestało być Łódzkie Kuratorium Oświaty – przeszliśmy, jak już kilka lat wcześniej inne szkoły, także licea i zespoły szkół zawodowych nie prowadzące warsztatów szkolnych, pod zarząd samorządowej władzy miasta Łodzi. Problem polegał na tym, że w ŁKO nadal władzę sprawował – w imieniu rządu AWS-UW – Leszek Surosz, zaś w mieście władzę rządził Sojusz Lewicy Demokratycznej. O pierwszym zagrożeniu jakie z tego dualizmu zwierzchności wynikło dla „Budowlanki” już napisałem, opowiadając o zamiarze magistratu zlikwidowania naszej szkoły i o jej skutecznym wybronieniu.
Wkrótce owe siły polityczne wymieniły się miejscami sprawowania władzy. Od października 2001 roku w kraju rządził premier Leszek Miller (SLD), a od marca 2002 roku na Łódzkiego Kuratora Oświaty został powołany Jerzy Posmyk – w mojej ocenie – bezpartyjny fachowiec. Od listopada 2002 roku prezydentem Łodzi został Jerzy Kropiwnicki (ZChN). Dla mnie oznaczało to, że w kuratorium mam oparcie u „starego znajomego”, który w 1993 roku – wtedy jeszcze jako członek ekipy kuratora Walczaka – wprowadzał mnie na fotel dyrektora „Budowlanki”. Ale za to w Wydziale Edukacji UMŁ pojawiła się nowa dyrektorka – z nominacji Kropiwnickiego, poprzednio – krótko – dyrektorka XXXIII LO na łódzkim osiedlu Retkinia, znana przede wszystkim jako prezeska łódzkiego oddziału Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” – Maria Piotrowicz.
Po takim przypomnieniu łatwiej będzie interpretować wspominane przeze mnie wydarzenia.
Jako pierwsze przywołam rozpoczęcie roku szkolnego 2001/2002. Jako że dzień 1 września przepadł wtedy w sobotę – uroczyste rozpoczęcie odbyło się w poniedziałek, 3 września, na boisku szkolnym. Zostało ono uświetnione obecnością aktualnego Ministra Rozwoju Regionalnego i Budownictwa, którym w ówczesnym rządzie premiera Jerzego Buzka był łodzianin – Jerzy Kropiwnicki. Jak to się stało, że akurat naszą szkołę spotkał taki zaszczyt? Był to owoc koincydencji dwu faktów: naszej dobrej pozycji w oczach władz Polskiej Izby Przemysłowo-Handlowej Budownictwa, której biuro mieściło się w tym samym gmachu co owo ministerstwo i . . . i faktu, że aktualny pan minister był łodzianinem i najłatwiej było mu w poniedziałek rano odwiedzić właśnie szkołę budowlaną w jego rodzinnym mieście.
Z tego wydarzenia zapamiętałem, iż pan minister miał niewiele do powiedzenia o aktualnej polityce swojego resortu, ale za to bardzo długo i szczegółowo opowiadał, jak to – jako prześladowany przez SB opozycjonista – zmylił tropy i udało mu się przedostać na teren lotniska Aeroklubu Łódzkiego na Lublinku, gdzie 13 czerwca 1987 roku miało miejsce spotkanie Papieża Jana Pawła II z wiernymi Diecezji Łódzkiej.
Jeśli już mowa o Kropiwnickim i JP II, to muszę – z pominięciem chronologii – opowiedzieć przy tej okazji o innym niecodziennym wydarzeniu, które miało miejsce w październiku 2003 roku – z okazji 25. rocznicy wyboru Karola Wojtyły na papieża. Ale jeszcze przed tym muszę poinformować, że przez wszystkie lata w których kierowałem „Budowlanką”, działając „po sąsiedzku” z kościołem pod wezwaniem Św. Teresy i Św. Jana Bosko, w sposób bardzo konsekwentny dbałem o to, aby zachowywać zasadę świeckości szkoły – w ramach realizacji postanowień konkordatu. Dlatego w szkole była salka katechetyczna, ale w klasach nie wisiały krzyże. Nie wpływało to na fakt, że znaczny procent uczennic i uczniów uczestniczył w lekcjach religii, co przy dużej liczbie oddziałów skutkowało dwoma etatami katechetów. Jednym z nich był zawsze ksiądz „z za miedzy”, a drugim – świecki katecheta – pan Paweł. I to właśnie jego zasługą było, że w szkole z tej rocznicowej okazji zostało zorganizowane spotkania z pewnym zakonnikiem – bratem Marianem Markiewiczem, człowiekiem, który był kierowcą, wiozącym Karola Wojtyłę z lotniska w Rzymie na konklawe, gdzie wybrano go kolejnym papieżem. A spotkanie bratem Marianem było możliwe, gdyż obaj – on i nasz katecheta Paweł – pochodzili z Sulejowa, i stąd ich znajomość.
Nie ma co udawać – inicjatywa odbiła się szerokim echem we władzach. Na to spotkanie, obok przedstawicieli Wydziału Edukacji UMŁ, przybyli także przedstawiciele władz kościelnych, ale przede wszystkim ówczesny Prezydent Łodzi – pan Jerzy Kropiwnicki.
Kolejnym wydarzeniem – ale już w roku szkolnym 2003/2004, którego nie mogę pominąć, był finał projektu edukacyjnego „Żyjemy w Europie”, przygotowującego uczniów „Budowlanki” do wejścia Polski do Unii Europejskiej. Był to konkurs, w którym uczestniczyły reprezentacje klas, nazwany „Znaszli ten kraj, czyli z UE na ty…”. Polegał on na tym, że każda klasa wylosowała jedno z 15-u państw należących do Unii i podczas finału konkursu musiała zainscenizować kilka charakterystycznych dla tego państwa scenek, pieśni i zwyczajów. Impreza odbyła się w sali gimnastycznej – wszyscy świetnie się bawili i wyszli bogatsi w wiedzę o naszych przyszłych partnerach. Powstał także Szkolny Klub Europejski. Owocem tych działań było otrzymanie rąk wojewody Krzysztofa Makowskiego certyfikatu „Wolontariusza Europejskiego”
Zwieńczeniem tego projektu był dzień 1 maja 2004 roku, kiedy reprezentanci szkoły uczestniczyli w Marszu do Europy – paradzie z okazji wstąpienia Polski w struktury Unii Europejskiej. […]
Cezurą, oddzielającą czasy rozwoju szkoły od nadchodzących trudnych lat, był właśnie czerwiec 2004 roku, kiedy opuścili ją ostatni absolwenci Liceum Technicznego. Ale tak naprawdę „cienkie lata” nastały już w roku 2002 roku, kiedy w konsekwencji wprowadzenia gimnazjów nie było naboru do klas pierwszych. To wtedy gwałtownie spadła liczba oddziałów do poziomu poniżej 24, co skutkowało decyzją władz WE o likwidacji drugiego etatu wicedyrektora. Udało mi się, ale tyko na rok, przesunąć wykonanie tej decyzji, jednak już z dniem 1 września 2003 roku pożegnaliśmy Danielę Adamską – dotychczasową wieloletnią wicedyrektorkę ds. dydaktyczno-wychowawczych.
Było to bolesne, ale najbardziej optymalne rozwiązanie tej trudnej dla mnie sytuacji. Bo z jednej strony – ja, pedagog humanista nie mogłem ryzykować dalszego kierowania szkołą bez wicedyrektora z kompetencjami do nadzorowania kształcenia zawodowego, czyli dać wypowiedzenie koleżance Halinie Chruściel, a z drugiej strony – Daniela Adamska właśnie uzyskała prawo do nauczycielskiej emerytury i na pożegnanie otrzymała jeszcze znaczną odprawę. […]
W ostatnich dniach sierpnia odebrałem telefon z Urzędu Marszałkowskiego, że w najbliższych dniach do Łodzi przejeżdżają: Heinrich-Dieter Hischer – dyrektor Zakładu Kształcenia Budowlanego Hesji i Turyngii (Bildungswerk BAU Hessen-Thüringen) i Johann Sebastian Richter – kierownik Biura HVBI w Brukseli. Celem ich wizyty jest nawiązanie współpracy z łódzką szkoła budowlaną, której uczniowie będą mogli odbywać praktyki w centrum kształcenia praktycznego na terenie Niemiec i do której będą mogli przyjeżdżać uczniowie niemieckiej szkoły kształcącej budowlańców. I że tą szkołą ma być Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr 15 i że jestem w tej sprawie zaproszony do siedziby Urzędu Marszałkowskiego, w celu nawiązania z nimi pierwszych kontaktów, gdzie 1 września 2004 roku odbędzie się oficjalne spotkanie Gości z Niemiec z Zarządem Województwa Łódzkiego.
Następnego dnia – w czwartek, 2 września, panowie Heinrich-Dieter Hischer i Johann Sebastian Richter złożyli wizytę w siedzibie ZSP nr 15. Zwiedzili szkołę – szczególnie byli zainteresowani pracowniami kształcenia zawodowego.
W trakcie tego spotkania uzgodniono konkrety przyszłej współpracy
>Rewizytę polskiej delegacji w Zakładzie Kształcenia Budowlanego w Hesji i Turyngii. Polska delegacja będzie miała możliwość noclegu w domu gościnnym Zakładu Kształcenia Budowlanego, dzięki czemu nie pociągnie to za sobą żadnych kosztów.
> Wymianę uczniów szkół budowlanych z Łodzi i Jeny w formule czterotygodniowych – terminy zostaną uzgodnione w później.
Do Jeny pojechaliśmy – ja oraz kierowniczka zajęć praktycznych – Elżbieta Kuskowska – jeszcze jesienią 2004 roku. Pierwsza grupa uczniów naszej szkoły wyjechała do Jeny w jesieni 2005 roku, zaś uczniowie z Jeny przebywali w Łodzi wiosną 2006 roku. Ale wtedy już nie pisało się to na moje konto…
[ Więcej w tekście „Rozdział VIII cz. 5. Ostatnie lata, polityczne tło, świadoma decyzja i pożegnanie” – TUTAJ ]
x x x
W przywoływanych powyżej wspomnieniach zabrakło jeszcze jednego, na całe szczęście okazało się, ze jedynie epizodu, o którym nie wolno zapomnieć. Bo mogłoby się to zakończyć zamknięciem historii „Budowlanki” na roku 2002!. Oto fragment tekstu, który zaczerpnąłem z materiałów przygotowanych do publikacji, zatytułowanej „WSPOMNIENIA WCZEŚNIAKA Z PRZEDMIEŚCIA, KTÓREGO PASJĄ I ZAWODEM STAŁO SIĘ WYCHOWAWSTWO”:
Z początkiem roku szkolnego 2001/2002, który był trzecim rokiem wdrażania reformy systemu szkolnego, czyli trzecim rokiem funkcjonowania gimnazjów oraz rokiem, w którym w szkołach ponadpodstawowych nie było z tego powodu rekrutacji do klas pierwszych (bo już nie było absolwentów ośmioklasowej podstawówki i jeszcze nie było ich po gimnazjum), drastycznie spadła w tych szkołach liczba oddziałów. W tej sytuacji władze samorządowe Łodzi postanowiły poszukać oszczędności. Uznały, że niepotrzebne są w tym mieście dwa zespoły szkół budowlanych i postanowiły połączyć je w jedną placówkę, z tym że pozostać miał ZSB nr 1 przy ul. Siemiradzkiego, a uczniowie i zapewne jedynie część nauczycieli ZSB nr 2 z ul. Kopcińskiego mieli być przeniesieni na Siemiradzkiego. Oznaczało to w praktyce likwidację najstarszej i najlepiej wyposażonej w zaplecze do kształcenia zawodowego szkoły budowlanej, a zachowanie tej, która powstała za czasów boomu budowlanego epoki Gierka, jako szkoła przyzakładowa przy jednym z kombinatów budujących wówczas osiedla mieszkaniowe.
Gdy tylko informacja ta dotarła do nas, rozpoczęliśmy akcję, której celem było przeciwdziałanie temu zamiarowi. Niestety – władza stała twardo przy swoim i nie przyjmowała naszych argumentów. I wtedy zrodził się projekt zorganizowania pikiety protestacyjnej uczniów, ich rodziców i nauczycieli naszej „Budowlanki” przed siedzibą Urzędu Miejskiego. Powstał komitet protestacyjny, który – zgodnie z obowiązującym prawem – wystąpił do odpowiednich władz o zgodę na ten protest, podając jego datę – 18 września (wtorek), godz. 15:00. Chodziło nam o to, aby nie protestować przed gmachem, w którym nie ma już urzędników, a jednocześnie nie spotkać się zarzutem, że protest odbywa się w godzinach pracy szkoły.
Na dzień przed tą datą zostałem wezwany do Wydziału Edukacji. Nie znam okoliczności, które sprawiły, że nie czekał na mnie szef wydziału, czyli dyrektor Wojakowski, lecz jego zastępczyni – Barbara Zduniak. Po latach doszedłem do przekonania, że to ona – przez pamięć dla naszej wspólnej „zaszłości” (harcerstwo i moja praca w jej szkole) spowodowała, iż dyrektor zgodził się na to, aby to ona odbyła ową rozmowę ze mną. Dzięki temu przebiegła ona w miarę spokojnie. Pani Zduniak przekazała mi informację od szefa, że jeżeli zdobędzie on dowody na to, iż za całą tą „szopką” stoję ja, to zostanę dyscyplinarnie zwolniony ze stanowiska. Bo ja jestem pracownikiem zatrudnionym przez Urząd Miasta Łodzi i nie mogę występować przeciw mojemu pracodawcy!
Wyjaśniłem, że ja nie tylko nie jestem członkiem komitetu organizacyjnego, ale nie mam na niego żadnego wpływu (sic!). Po wysłuchaniu tych zapewnień pani wicedyrektor Zduniak ostrzegła mnie, że jeżeli jutro będę uczestniczył w tej manifestacji, to będzie to uznane za powód do zwolnienia.
Gdy naszedł czas protestu, pamiętając o tym co ewentualnie czekałoby mnie, gdybym znalazł się wśród protestujących, zająłem miejsce w pobliskim ogródku kawiarnianym, z którego mogłem obserwować całe wydarzenie. Siedziałem tam spokojny o moją przyszłość, jednocześnie świadomy tego, że nie pozostanie ono bez medialnego echa. Bo po siedmiu latach dyrektorowania w „Budowlance” miałem już wyrobioną „markę” w łódzkich mediach, w tym w Radiu Łódź i w Łódzkim Ośrodku Telewizyjnym. Zwłaszcza realizatorzy materiałów do Łódzkich Wiadomości Dnia od dawna traktowali mnie jako sprawdzonego komentatora aktualnych wydarzeń oświatowych, niejednokrotnie goszcząc z kamerą w szkole przy Kopcińskiego. I właśnie z tą ekipą byłem umówiony nie tylko na relację z tego protestu, ale i na wywiad ze mną – przy stoliku w owym ogródku.
Materiał został tak zmontowany, że obok rozmów z osobami protestującymi i z wiceprezydentem Pawłowskim, który wyszedł do manifestantów i odebrał pismo z uzasadnieniem sprzeciwu w sprawie decyzji o likwidacji naszej szkoły, wmontowano także wywiad ze mną. Wszystko znalazło się jeszcze w ten wtorek w Łódzkich Wiadomościach Dnia. Później dowiedziałem się, że panowie decydenci kilkakrotnie oglądali kasetę z tą relacją, szukając dowodów na mój udział w proteście. Jednak jeden z nich – bywalec tego samego ogródka – potwierdził, że wywiad ze mną nie przeprowadzono na manifestacji. I dzięki temu nie mieli podstaw do zwolnienia mnie w trybie dyscyplinarnym.
Na drugi dzień we wszystkich łódzkich dziennikach pojawiły się ilustrowane zdjęciami informacje o tym proteście.
Oto fotokopia z archiwalnego egzemplarza „Dziennika Łódzkiego”
z 19 września 2001 roku.
Do dzisiaj nie jestem pewien jaki czynnik okazał się decydujący, że magistrat zaniechał tego pomysłu, a nasza szkoła nie tylko że nie została zlikwidowana, ale działa do dzisiaj. Natomiast szkoła przy Siemiradzkiego już dawno nie istnieje. Źródłem moich wątpliwości jest pozyskana wkrótce informacja z wiarygodnego i bardzo dobrze poinformowanego źródła, iż jest jeden naprawdę decydujący powód tego, że ZSB nr 2 ostatecznie pozostał, choć miał być zlikwidowany. A był nim nieznany powszechnie fakt, iż ówczesny dyrektor szkoły przy Siemiradzkiego i pan wiceprezydent byli kolegami z roku na studiach w UŁ. Natychmiast gdy się o tym dowiedziałem zacząłem rozpowszechniać tę informację w takich miejscach, aby dotarła „do kogo trzeba” – z komentarzem, że jeśli magistrat nie zrezygnuje z decyzji likwidacji szkoły przy Kopcińskiego, to ja podam tę informację do mediów. […]
x x x
To tyle, co udało mi się odtworzyć z pamięci, podeprzeć dokumentami i wspomnieniami innych uczestników opisywanych historii, Niechaj będzie to mój osobisty wkład w pisaną historię 80 lat działalności szkoły, która będzie dla mnie zawsze „moją Budowlanką”.
Włodzisław Kuzitowicz
Zostaw odpowiedź


