
Zamieszczając wczoraj na OE fragmenty tekstu Katarzyny Mazur z portalu „Strefa Edukacji”, zatytułowanego „Coś złego zadziało się ostatnio wokół polskiej szkoły”, który jest syntezą wypowiedzi Marka Pleśniara w debacie „Czy potrafimy zaufać szkole”, nieuchronnie uruchomiłem wspomnienia, dotyczące naszej z Markiem znajomości. I z owych lat (19-u) naszej znajomości wynikły takie właśnie, spowodowane owymi jego wypowiedziami, refleksje.
Zacznę od tego, że do naszego pierwszego spotkania doszło podczas I Kongresu Zarządzania Oświatą, który – powstałe w 2002 roku Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kadry Kierowniczej Oświaty, mające swoją stałą siedzibę (biuro) w Olsztynie – zorganizowało w dniach 27 – 29 września właśnie w Łodzi. Zbiegiem okoliczności był fakt, że trzy tygodnie wcześniej zaistniała w Internecie, wydawana przez Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Łodzi „Gazeta Edukacyjna”, której redaktorem naczelnym kierownictwo tej uczelni (pani Kanclerz Małgorzata Cyperling i pan Rektor prof. Bogusław Śliwerski) uczynili właśnie mnie. Nie muszę chyba uzasadniać, że pozyskawszy informację, że takie ważne dla oświatowego świata wydarzenie będzie w naszym mieście – nie omieszkałem zrobić wszystko, aby tam być, obserwować, a potem w „Gazecie Edukacyjnej” zrelacjonować.
Zawarta tam znajomość z Markiem Pleśniarem – już wtedy dyrektorem biura OSKKO – stała się znakomitym fundamentem dla kolejnych spotkań – zawsze podczas następnych (acz – z różnych powodów – nie wszystkich) Kongresów Zarządzania Oświatą. W sumie doliczyłem się ich jedenaście – ostatnie w dniach 30 września – 2 października 2019 r., podczas XIV Kongresie w Zakopanem.
Może jeszcze kiedyś znajdę czas (i pretekst), aby bardziej faktograficznie powspominać je wszystkie. Ale dziś napisałem o tych faktach z jednego powodu: aby udokumentować moje prawo do uświadomienia czytającym ten felieton ten niesamowity fakt: Marek Pleśniar jest dyrektorem biura OSKKO w Olsztynie, NIEPRZERWANIE od 14 listopada 2002 roku, kiedy to Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kadry Kierowniczej Oświaty zostało zarejestrowane w Krajowym Rejestrze Sądowym. I przez te wszystkie lata jest także członkiem Zarządu tego Stowarzyszenia.
W tym czasie funkcję Prezesa OSKKO pełniły trzy kobiety: Joanna Berdzik – od 2002 do 2010 roku, Ewa Halska – w latach 2011 – 2024 i od marca 2024 roku – Izabela Leśniewska.
I jeszcze jedno muszę tu uświadomić: Marek Pleśniar przez te wszystkie lata trzyma w swoich rękach wszystkie nici informacji i decyzji owego Stowarzyszenia, zrzeszającego kadrę kierowniczą – szkół, innych placówek oświatowo-wychowawczych oraz kadrę odpowiadającą za oświatę w samorządach miejskich i powiatowych, stowarzyszenia które liczy ponad 6000 członków, w którego Kongresach co roku uczestniczy zazwyczaj około (prawie lub ponad) 1000 osób.
W okresie, w którym OSKKO prowadzi swoją działalność, czyli od owego 2002roku, w czasie kiedy cały czas był tam aktywny Marek Pleśniar – w Polsce za oświatę odpowiadało piętnaście osób pełniących urząd ministra edukacji. Warto sobie to uświadomić, a zwłaszcza przypomnieć z jakich opcji politycznych były to osoby i jakie to programy dla polskich szkół lansowali i realizowali.
A przez te wszystkie lata na swoim fotelu Dyrektora Biura OSKO zasiadał Marek Pleśniar!
Dlatego tak warte uwagi i docenienia są jego opinie o sytuacji polskich szkół, a w nich nauczycieli, uczniów, a w konsekwencji – także rodziców owych uczniów. Warto mieć na uwadze także i ten fakt, że obecna ministra edukacji, w roku, kiedy Marek Pleśniar współtworzył OSKKO i został dyrektorem biura Stowarzyszenia, miała 27 lat!!!
Wzorem ks. Leonarda Świderskiego może Marek Pleśniar powiedzieć „Oglądały oczy moje…”
Przeczytajcie jeszcze raz ów tekst z najnowszymi ocenami polityki oświatowej MEN Marka Pleśniara – bo warto!
Włodzisław Kuzitowicz
Przeglądając ponownie Internet pod kątem materiałów, w których można znaleźć warte upowszechnienia na OE wypowiedzi o aktualnej sytuacji w oświacie, odkryliśmy, ze naszej uwadze umknął tekst Katarzyny Mazur, zamieszczony w miniony wtorek na portalu „Strefa Edukacji” w którym jego autorka zawarła najważniejsze fragmenty z wypowiedzi, jakie podczas debaty poświęconej roli szkoły w budowaniu sprawczości uczniów udzielał Marek Pleśniar – dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty.
Oto obszerne fragmenty tekstu Katarzyny Mazur, link do jego pełnej wersji oraz do filmowej relacji z debaty:
Coś złego zadziało się ostatnio wokół polskiej szkoły
Screen z filmowej relacji debaty
Marek Pleśniar podczas podczas debaty poświęconej roli szkoły w budowaniu sprawczości uczniów, zorganizowanej 19 sierpnia 2025 r. przez portal „Strefa Edukacji”
[…]
Podczas debaty poświęconej roli szkoły w budowaniu sprawczości uczniów Marek Pleśniar, dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty, krytycznie ustosunkował się do działań resortu edukacji. Jego zdaniem obecne reformy i projekty ustaw pokazują wyraźny brak zaufania władzy do nauczycieli, prowadzą do nadmiernej centralizacji i odbierają szkołom realną autonomię.
– Kryzys zaufania to mało powiedziane. Niemal wszystkie projekty aktów prawnych oraz wszystkie zmiany, których doświadczamy od roku świadczą o braku zaufania władzy do nauczycieli – powiedział podczas debaty Strefy Edukacji „Czy potrafimy zaufać szkole”.
Przykładów podał wiele, począwszy od słynnej regulacji prac domowych – która odbyła się bez wysłuchania nauczycieli. Odniósł się też do nowelizacji ustawy Prawo Oświatowe i niektórych innych ustaw z dn. 8 lipca, która wprowadza m.in. jednolite prawa i obowiązki ucznia.
– Ta ustawa wprowadzi masę zmian w najdrobniejszych przejawach życia szkolnego, wprowadza centralistyczne regulacje dotyczące właściwie wszystkiego, jak mamy karać i nagradzać uczniów w tej a nie innej szkole – mówił jak my mamy na przykład karać i nagradzać uczniów w tej, a nie innej szkole. […]
Pleśniar przypomniał, że po 1989 roku polska szkoła miała być miejscem samorządnym, zakorzenionym w lokalnej społeczności.
– Myśmy się kiedyś umówili na demokrację i na szkołę publiczną, samorządową, która jest tu, na miejscu i jest własnością nas, nauczycieli, uczniów, rodziców. W statucie każda szkoła ma prawo, zgodnie z ogólnymi przepisami, stworzyć swoją szkołę – to jest nasza konstytucja tu, w tej miejscowości, gdzie się znajdujemy. Teraz zachodzi proces centralizacji i usztywniania wszystkich tych rzeczy – podkreślił.
W jego ocenie obecne tendencje przypominają czasy PRL, kiedy każda szkoła stosowała identyczny regulamin ustalany w Warszawie.
– Będzie tak jak w latach 70., gdy na ostatniej stronie dzienniczka drukowano regulamin, bo taki sam był w każdej szkole w Polsce. Jest to przeszkoda tak ogromna, że mówienie o tzw. sprawstwie, mówienie o autonomii, o tym, że my mamy pokazywać, jak być samodzielnymi, jest dla nauczycieli kpiną – ocenił. – Jest dla nas kpiną, że ludzie, którzy są pozbawiani wpływu, mają uczyć wpływu.
Sytuacja ta oczywiście rzutuje także na zaufanie nauczycieli i dyrektorów do rządu. – Jesteśmy centralizowani i brak zaufania panuje także ze strony nauczycieli i dyrektorów do władzy, która tak i tak nam robi. Stąd mamy naprawdę duży problem z tą kwestią.
Marek Pleśniar świadomie dotyka dwóch delikatnych wątków: politycznej trwałości reform oraz fundamentalnych warunków pracy nauczyciela.
Pierwszy z nich to kwestia niepewności politycznej. Ekspert zwraca uwagę, że w perspektywie dwóch lat może zmienić się władza, a wraz z nią – kierunek lub nawet sam fakt realizacji zapowiadanych reform. Planowanie głębokich zmian w oświacie bez gwarancji ich ciągłości politycznej może się okazać fiaskiem. Reforma może zostać zatrzymana lub odwrócona, zanim zacznie realnie działać.
Drugi wątek, który ekspert nazywa wręcz „punktem zerowym”, dotyczy relacji nauczyciel–uczeń. Podkreśla on, że wszelkie programy kształtowania „umiejętności życiowych” czy „sprawczości” są puste, jeśli nauczyciel nie zna swoich uczniów. To jest argument strukturalny – przy obecnych, często przepełnionych klasach, indywidualne poznanie ucznia staje się nierealne. Pleśniar stawia tu tezę, że bez kontaktu i relacji nie ma edukacji w sensie wychowawczym czy rozwojowym. […]
Pleśniar zwrócił uwagę, że w procesie reformowania oświaty brakuje głosu rodziców. – Mamy 16 kuratorów, którzy mogą zaprosić przedstawicieli rad rodziców na ogólnopolską konferencję. Oni przyjadą, bo chcą być wysłuchani. A my dziś tego głosu nie znamy – zaznaczył.
Mimo tej gorzkiej krytyki, widzi szansę na odwrócenie negatywnych tendencji, wskazując tu na duży udział pracy wykonywanej w Instytucie Badań Edukacyjnych przez wielu ekspertów oświatowych. – To wszystko naprawdę można jeszcze odkręcić. Można sobie powiedzieć: zacznijmy sobie ufać. Dostajecie narzędzia, macie ideę, ale wy macie swoje statuty i swoje grona, z którymi pracujcie i się przygotujcie – podsumował.
Cały tekst „Coś złego zadziało się ostatnio wokół polskiej szkoły” oraz relacja filmowa z debaty „Czy potrafimy zaufać szkole” [56’20”] – TUTAJ
Źródło: www. strefaedukacji.pl
.
Foto: Adam Jankowski [ www.strefaedukacji.pl ]
Zadowolony z siebie Prezydent Karol Nawrocki podczas dzisiejszej konferencji prasowej, na której poinformował o podpisaniu 21 ustaw skierowanych przez Parlament
Oto ważna dla nauczycieli informacja – fragment tekstu Moniki Sewastianowicz z portalu Prawo.pl:
Prezydent podpisał nowelę Karty nauczyciela – od września zmiany korzystne dla nauczycieli
Prezydent podpisał długo oczekiwaną zmianę Karty Nauczyciela. Zmiany obejmują m.in. ujednolicenie pensum i rozwiązań w zakresie nagrody jubileuszowej. Doprecyzowane zostaną ponadto m.in. przepisy dotyczące doraźnych zastępstw, roli mentora, a także umów nauczycieli. Senat przyjął ustawę bez poprawek.
Nowela ma wejść w życie 1 września 2025 r. – choć nie od razu w całości. – Bez najmniejszych wątpliwości (…) podpisałem (…) ustawę odnoszącą się do Karty nauczyciela, która zyskała rodzaj konsensusu w polskim parlamencie – wskazał prezydent Karol Nawrocki. – Cieszę się, że środowisku nauczycielskiemu przygotowano rozwiązania, na które czekało – dodał.[…]
Cały tekst „Prezydent podpisał nowelę Karty nauczyciela – od września zmiany korzystne dla nauczycieli” – TUTAJ
Źródło: www.prawo.pl/oswiata/
USTAWA z dnia 25 lipca 2025 r. o zmianie ustawy – Karta Nauczyciela oraz niektórych innych ustaw – TUTAJ
Oto główna część tekstu Magdaleny Konczal, zamieszczonego dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji”:
Większość rodziców tego chce, ale szkoły nie są przygotowane
Większość rodziców chce, aby szkoły uczyły o zagrożeniach związanych ze sztuczną inteligencją. Jednocześnie prawie połowa z nich uważa, że placówki nie są jeszcze na to przygotowane. […]
Jak wynika z badania SW Research Agencji Badań Rynku i Opinii, 62 proc. rodziców uważa, że szkoły powinny uczyć o zagrożeniach związanych z AI. 56 proc. deklaruje, że chciałoby, by ich dzieci korzystały ze sztucznej inteligencji pod nadzorem nauczycieli lub samych rodziców.
W badaniu zapytano rodziców m.in. o to, jak postrzegają wykorzystanie narzędzi opartych na AI przez dzieci w kontekście edukacji. 39 proc. z nich przyznało, że ich dzieci już teraz korzystają z takich rozwiązań – głównie do wyszukiwania informacji (45 proc. wskazań), streszczania lektur (28 proc.), rozwiązywania i sprawdzania zadań matematycznych (26 proc.).
Mimo to, 32 proc. rodziców nie widzi przeciwwskazań, by uczeń wspomagał się AI w celu uzyskania lepszych ocen, a 40 proc. opowiada się za codziennym wykorzystywaniem tej technologii w szkole.
Technologię postrzegają też jako pomoc przy trudnych przedmiotach (35 proc.), sposób na rozwój kompetencji cyfrowych (31 proc.) i narzędzie ułatwiające dostęp do wartościowych treści edukacyjnych (30 proc.). Jednocześnie 14 proc. badanych nie widzi w AI żadnych korzyści dla edukacji.
Rodzice zwracają uwagę na potencjalne zagrożenia. 33 proc. z nich obawia się ograniczenia kreatywności uczniów, a 31 proc. wskazuje na ryzyko uzależnienia od technologii. Tyle samo martwi spadek umiejętności takich jak krytyczne myślenie, pisanie czy liczenie.
„62 proc. respondentów uważa, że w programie nauczania powinny znaleźć się treści o zagrożeniach związanych z AI” – czytamy w badaniu. Z kolei 52 proc. chciałoby, by szkoły uczyły, jak korzystać z tej technologii w sposób bezpieczny i efektywny.
Niemal połowa badanych (49 proc.) twierdzi, że szkoły nie są jeszcze gotowe na edukacyjne wykorzystanie AI.
Badanie przeprowadzono metodą CAWI na zlecenie Empiku w dniach 2–15 lipca 2025 r. na ogólnopolskiej próbie 1005 dorosłych respondentów mających dzieci.
Źródło: www.strefaedukacji.pl
x x x
Proponujemy także lekturę tekstu „AI nas zastąpi? Tylko jeśli na to pozwolimy”, zamieszczonego wczoraj przez Witolda Kołodziejczyka na portalu „Edunews.pl” – TUTAJ
Od dnia, w którym zamieściliśmy tekst Jarosława Pytlaka z jego bloga „Wokół Szkoły” minęły dwa miesiące i dwa dni. Jedynym wytłumaczeniem tego zaniedbania są trwające nadal wakacje. Ale nie możemy nie zamieścić, choćby fragmentów, jego najnowszego tekstu, który ukazał się wczoraj:
Dura lex, sed mala lex
Jak co roku, w połowie sierpnia znajduję w służbowej skrzynce mailowej kuszące propozycje doszkolenia się w sprawie zmian w prawie oświatowym, które w tym sezonie zachodzą tylko na poziomie rozporządzeń. Ustawy, nawet jeśli przeszły już przez parlament, to oczekują na podpis prezydenta, ale mogą się nie doczekać, bo nowemu lokatorowi Belwederu nie po drodze z ministrą Nowacką. Mimo to, jest o czym się szkolić. Od września kadra zarządzająca w oświacie będzie miała na głowie dwa nowe przedmioty – edukację zdrowotną i edukację obywatelską, błyszczącą od nowości podstawę programową wychowania fizycznego (jako obietnicę rewolucji do wdrożenia), zmniejszenie wymiaru zajęć z religii, z obowiązkiem lokowania tego, co pozostało, na skrajnych lekcjach, oraz nowelizację rozporządzenia o kwalifikacjach nauczycieli. To tylko niektóre wchodzące w życie zmiany, ale już te wystarczą, by zapragnąć zarówno szkolenia, jak i poczytania czegoś napisanego z pasją o prawie oświatowym i prawodawcach z ministerstwa.
Szkolić nikogo nie będę, natomiast napiszę coś z pasją. Szewską.
Zacznijmy od wychowania fizycznego. Już 22 lipca, a więc na całe 40 dni przed rozpoczęciem roku szkolnego, ministra Nowacka podpisała rozporządzenie w sprawie nowej podstawy programowej. Projekt znany był wcześniej, ale bez podpisu trudno było się nim zajmować. No więc dostaliśmy go w środku wakacji, a w myśl prawa już na początku września powinny być gotowe programy nauczania i zasady oceniania, które należy podać uczniom i ich rodzicom. Dobrze, że przynajmniej podręczników nie potrzeba. […] Nawet w tak sprzyjających okolicznościach ogłoszenie nowej podstawy programowej, na pięć tygodni przed wdrożeniem, trąci absurdem. Niestety, w naszym systemie edukacji nikogo to już nie dziwi i nie bulwersuje. W rezultacie będziemy mieli do czynienia z radosną improwizacją, o ile w ogóle ktokolwiek się tym przejmie, mając na głowie tysiąc jeden innych kłopotów. Najprędzej można spodziewać się wzmożonego popytu na opracowania programowe, które da się szybko rzucić na żer molochowi oświatowej biurokracji, poprzez wpisanie do zasobów librusa. […]
x x x
Szkoły są bez przerwy na cenzurowanym, jeśli chodzi o przestrzeganie prawa i jakość kodyfikowania swojej działalności w statutach. Z jednej strony nie bez racji, z drugiej jednak materia prawa oświatowego jest nader mętna i często oparta na bardzo idealistycznych i/lub biurokratycznych założeniach. Do takich należy wspomniany już wyżej obowiązek każdego nauczyciela podania uczniom i rodzicom, na początku roku szkolnego, informacji dotyczącej stawianych przez wymagań oraz oceniania. Takie jest prawo. Co zrobiła tymczasem 1 kwietnia 2024 roku ministra Nowacka?! Ano wprowadziła rozporządzenie w sprawie prac domowych, które w klasach 4-8 większości szkół podstawowych podważyło te wrześniowe ustalenia. I co? I nic! Prawo oświatowe sobie, a wola polityczna sobie. Wzburzenie było duże, bo pogwałcono przy okazji ustawową autonomię nauczycieli w zakresie stosowania uznanych narzędzi metodycznych, ale spłynęło to po MEN jak po kaczce, łącznie z całą litanią krytycznych opinii, jakie zgłoszono do ministerstwa na etapie opiniowania projektu tego rozporządzenia. Znowu klasyk: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobisz”?! [..]
x x x
Prawo oświatowe jest tak złożone i pogmatwane, że czasem przestrzeganie go rodzi zaskakujące skutki. Oto podstawa programowa jest z założenia tożsama w tej chwili z wymaganiami egzaminacyjnymi, choć przez 10 lat od reformy Handkego te ostatnie funkcjonowały osobno. Obecne rozwiązanie pojawiło się w 2009 roku, oczywiście w atmosferze epokowej zmiany. Utrzymała je Anna Zalewska, a teraz ten sam kurs zapowiada Barbara Nowacka. Osobiście uważam, że lepiej było, gdy wymagania egzaminacyjne formułowano osobno, ale jest jak jest i już! Co więcej, podstawa programowa stanowi, w myśl prawa oczywiście, jedyny punkt odniesienia przy formułowaniu w szkole wymagań edukacyjnych i ustalaniu ocen. W ramach działań prouczniowskich ogłoszono, że nauczyciel nie może wymagać więcej niż w podstawie, a treści poza nią wykraczające należy wyraźnie oznaczać w podręcznikach. No i na tym tle powstał ostatnio zonk.
Oto bowiem ogłoszona publicznie wstępna wersja nowej podstawy programowej matematyki dla szkoły podstawowej została, również publicznie, skrytykowana przez jedną ze współautorek, jako zbyt uproszczona, zamykająca drogę do edukacji matematycznej uczniów uzdolnionych, na miarę współczesności. I obok wyrazów niekłamanej radości przeciwników tego przedmiotu, podniósł się lament, że odbieramy wyzwania uczniom utalentowanym matematycznie, bo przecież jeśli czegoś nie będzie w podstawie (i na egzaminie), nie będzie tego w ogóle. Cóż, Szanowni Państwo, jeśli się powiedziało „a”, to trzeba powiedzieć „b”! Jeśli wykraczanie poza podstawę programową stanowi tylko hobby nauczyciela i ucznia, co więcej, jest w swoisty sposób piętnowane w prawie i w podręcznikach, to znaczy, że efekty edukacyjne zapisane w tym dokumencie będą coraz mniej ambitne intelektualnie. Nie pokryją tego strzeliste deklaracje o kompetencjach i sprawczości, bo bazą sukcesu w edukacji jest (jednak) pewien poziom wiedzy i mozół związany ze stawianiem sobie wyzwań i pokonywaniem trudności w trakcie nauki. […]
Wielokrotnie podnosiłem bardzo ważny zarzut pod adresem planowanej reformy, że powstaje ona zbyt szybko. Jak widać, zabrakło czasu na przygotowanie rzetelnej podstawy prawnej. Rozumiem prace studyjne nad rozwiązaniami programowymi, ale prowadzenie (i finansowanie) zaawansowanych prac w oparciu o rozwiązania pozbawione podstawy ustawowej, to wyraz politycznego woluntaryzmu i braku szacunku dla prawa. Delikatnie mówiąc.
Prawo oświatowe może jest twarde (dura lex), ale na pewno jest złe (mala lex). Z tego powodu wszelkie systemowe reformy edukacji należy zacząć od analizy prawa, dostosowania go do zamierzonych zmian, a akty prawne ogłaszać z takim wyprzedzeniem, by szkolenia pod kątem kolejnego roku szkolnego mogły odbywać się w lutym!
Cały tekst „Dura lex, sed mala lex” – TUTAJ
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/
Koniec wakacji już coraz bliżej. Jeszcze tylko dwie niedziele i … I skaczemy na nieznaną, głęboką wodę „nowego” oświatowego prawa. A że od lat nie mam bezpośredniego kontaktu ze szkolną rzeczywistością, nie mam prawa występowania w roli autorytetu i wyroczni w sprawach „jak być powinno”. Po raz kolejny powtórzę, że zakładając stronę „Obserwatorium Edukacji” – świadomie – przyjąłem taką właśnie jej nazwę, i od 12 lat patrzę na edukacyjne „rozgrywki” polityków i praktyków z pozycję kibica. Idąc dalej tropem tej metafory uczciwie dodam, że nie jestem „kibicem neutralnym” – mam swoje ulubione kluby, i to z ich sukcesów się cieszę i je nagłaśniam, a „zagrywki” tych „nie z mojej bajki” poddaję krytycznej ocenie.
Stali czytelnicy wiedzą, że od początku kibicuję „eduzmieniaczom” – tym ze świata nauk o edukacji, ale i tym „z pracy u podstaw”, tym ze świata dziennikarskiego, ale i tym, którzy oświatą zarządzają i chcą to robić niesztampowo, tym z dużych miast, ale i tym z tzw. „Polski powiatowej”.
Najtrudniej jest mi kibicować władzom oświatowym – tym zarządzającym edukacją z gmachu ministerstwa – jakkolwiek by się ono nazywało, jak i ich „długim rękom” – pod szyldami kuratoriów oświaty. Ale także „organom prowadzącym”, czyli ogniwom wykonawczym samorządów powiatowych i miejskich. A wszystko dlatego, że ich działalność najczęściej jest przyprawiona „politycznym sosem”, który jest nieuchronną konsekwencją okoliczności, w jakich dochodzą one do władzy. Moje poparcie najczęściej zyskują one podczas kampanii wyborczych partii, które wtedy właśnie ogłaszają swoje programy „jak będą rządzić” – w tym – jak zadbają o edukację.
Ale po wygranych wyborach, gdy dokona się podział stanowisk, rozpoczyna się konfrontacja „obiecać” ze „zrealizować”. Pewnie nie tylko ja w okresie tych kilku pierwszych miesięcy obserwuję pracę nowych ministrów, kuratorów, dyrektorów wydziałów edukacji, cierpliwie i z życzliwością. Ale – wiemy to z doświadczenia – nie można długo „płynąć na fali” wyborczych obietnic. Prędzej czy później przychodzi czas na „sprawdzam”. I – niestety – często okazuje się, ze „król jest nagi”, że dłużej nie możemy już mówić, iż „czarne jest białe”, że „pierwsze koty za płoty”, że… że to „obiektywne trudności”, a oni przecież „chcą dobrze”.
Pewnie zaczęliście się zastanawiać skąd w tym felietonie takie ”zasadnicze” rozważania. Śpieszę z wyjaśnieniem:
Otóż to wszystko dlatego, że nie bardzo umiałem znaleźć bieżący temat z naszego oświatowego podwórka, który by mnie na tyle zainteresował, abym go felietonowo zaprezentował. I postanowiłem wykorzystać tę sytuację „ciszy przed…” rozpoczęciem roku szkolnego, aby podjąć temat „z własnego podwórka”. A jest nim, zbliżająca się nieuchronnie, dwunasta rocznica zaistnienia w Internecie „Obserwatorium Edukacji. Bo pierwszy materiał, zatytułowany „Łódzka inauguracja roku szkolnego 2013/2014” można było zobaczyć na stronie OE 4 września 2013 roku. Była to środa, gdyż 1. września wypadł wtedy w niedzielę, i dlatego uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego szkoły organizowały w poniedziałek.
A teraz przypomnę fragment pierwszego, zamieszczonego także tego samego dnia, felietonu – jeszcze nie opatrzonego numerem, zatytułowanego „Felieton na dzień dobry”:
„Witając Was, drodzy Czytelnicy, pragnę zapewnić, że dołożę wszelkich starań, aby lektura zamieszczanych tu materiałów dostarczała Wam nie tylko możliwie obiektywnych informacji o tym, co ważnego wydarzyło się w polskiej edukacji w skali całego kraju, regionu i miasta, ale by stała się także impulsem do pogłębionej refleksji nad tymi wydarzeniami.”
Czy to zawsze mi się udawało? Czy zawsze były to obiektywnie prezentowane informacje?…
Stali czytelnicy będą potrafili na te pytania odpowiedzieć. Nowi – zawsze mogą kliknąć w zakładkę „Felietony” i poczytać te sprzed lat…
Dzisiaj na tym kończę, ale do refleksji o tym jak w moim „Obserwatorium” było, ale i do przemyśleń „co dalej”, jeszcze powrócę.
Włodzisław Kuzitowicz
Niezastąpiony portal „Strefa Edukacji” zamieścił dzisiaj tekst Magdaleny Konczal, informujący o opublikowaniu kontrowersyjnego rozporządzenia w sprawie finansowania edukacji domowej. Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji:
Stało się. Kontrowersyjna zmiana w edukacji opublikowana w Dzienniku Ustaw
Zmiana w finansowaniu edukacji domowej wzburzyła środowisko. Po licznych apelach, interpelacjach poselskich i głośnych słowach sprzeciwu, stało się. W Dzienniku Ustaw pojawiło się rozporządzenie wprowadzające tę zmianę. Tym samym jest ono w mocy prawa. W trakcie debaty organizowanej w naszym studiu z okazji zbliżającego się nowego roku szkolnego Marcin Józefaciuk apelował, by tego Rozporządzenia nie publikować.
> Będzie inne, mniejsze finansowanie dla edukacji domowej. Zmiana pojawiła się w Dzienniku Ustaw
> MEN i samorządy po stronie zmian w finansowaniu. „Rozmawiajmy, jak to sensownie rozwiązać”
> Spór wokół finansowania edukacji domowej trwa. „To nie jest edukacja zdalna”
[…]
Spór wokół finansowania edukacji domowej trwa. „To nie jest edukacja zdalna”
W trakcie naszej debaty „Nowy rok szkolny. Oczekiwania i wyzwania”, która w całości pojawi się w Strefie Edukacji 1 września, Marcin Józefaciuk opowiadał o tym, czym tak naprawdę jest edukacja domowa.
– To nie jest edukacja zdalna, to nie jest edukacja gdzie dziecko w ogóle nie ma kontaktu ze szkołą, a szkoła z dzieckiem. To jest w niezwykle przystępny i niezwykle wycelowany wprost w danego ucznia i potrzeby danej rodziny model wybrania alternatywnej formy edukacji, bo jest taka potrzeba w danej rodzinie – podkreślał.
Zapytany o to, do czego doprowadzić może taka zmiana w finansowaniu, odparł: – Wydaje mi się, że inaczej dojdzie do różnego rodzaju tworzenia szkół córek i matek, żeby były do 96, a później kolejna szkoła do 96 itd. My Polacy jesteśmy bardzo przedsiębiorczy i jesteśmy w stanie różne przepisy obchodzić. Ale znowu, gdzie jest dobro dziecka? Z dobrem dziecka nie można w żadnym wypadku walczyć, tylko trzeba walczyć o dobro dziecka – podkreślał.
Podobne głosy wybrzmiewały podczas parlamentarnego zespołu do spraw edukacji domowej. Padały argumenty, że edukacja domowa jest niezwykle ważną częścią systemu, np. dla dzieci szczególnie uzdolnionych lub mierzących się z problemami psychicznymi. Z tej formy nauczania bardzo często korzystają rodziny wielodzietne.
– Jeśli ograniczy się dostęp do edukacji domowej w Polsce, dojdzie do wielu tragedii. Nasz system sobie nie radzi (pomijam kwestie światopoglądowe, które też, szczególnie obecnie, mocno trzymają nas przy tej formie nauki). Patrząc na otaczającą nas rzeczywistość, widać powolny upadek tego, co miało dać realne szansę na rozwój — mówiła Magdalenie Ignaciuk, pani Dominika, mama trójki dzieci.
W argumentach środowisk edukacji domowej padają nawet zarzuty mówiące, że zmiana ta jest niekonstytucyjna, bo ogranicza się dostęp do formy nauczania, która powinna być jedną z opcji. Jednak MEN się z taką argumentacją nie zgadza. – Podobnie jak w przypadku innych kategorii uczniów (np. uczniów z niepełnosprawnościami, uczniów oddziałów sportowych czy uczniów z terenów wiejskich), sposób naliczania środków uwzględnia rzeczywisty poziom kosztów edukacji – zaznacza ministerstwo.
Cała debata „Nowy rok szkolny. Oczekiwania i wyzwania” ukaże się w Strefie Edukacji 1 września 2025 r.
Cały tekst „Stało się. Kontrowersyjna zmiana w edukacji opublikowana w Dzienniku Ustaw” – TUTAJ
Źródło: www.strefaedujacji.pl
Wczoraj na stronie „Gazety Prawnej” zamieszczony został tekst Artura Radwana, w którym jego autor zawarł informacje o reakcji dyrektorów szkół na projekt zmian w Prawie oświatowym. Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji:
Dyrektorzy mówią „nie” radom szkół, które będą mogły opiniować nauczycieli, i rzecznikowi praw ucznia
[…]
Zakończyły się konsultacje kolejnego projektu nowelizacji Prawa oświatowego (t.j. Dz.U. z 2024 r. poz. 737 ze zm.) przygotowanego przez resort edukacji. Na nowelizacji suchej nitki nie zostawili dyrektorzy szkół. Krytycznie do zaproponowanych rozwiązań odniosły się też organizacje związkowe. Stowarzyszenia rodziców popierają zaproponowane rozwiązania, ale pod warunkiem, że ich wpływ na szkoły będzie realny, a nie fasadowy. [[…]
Duży opór dyrektorów budzi zaproponowany w ustawie katalog praw i obowiązków uczniów. Dyrektorzy uważają, że ta zmiana doprowadzi do centralizacji zarządzania placówkami oświatowymi. Jako przykład nadmiernej regulacji wskazują rozwiązanie, zgodnie z którym szkoła może ograniczyć do trzech miesięcy udział ukaranego ucznia w wydarzeniach szkolnych, w tym sportowych. […]
Nie wszyscy jednak krytycznie podchodzą do tego rozwiązania. – Pozytywnie oceniamy ustalenie katalogu praw i obowiązków na poziomie ustawy. W projekcie powinny być też wskazane obowiązki wychowawcze rodziców, bo w przypadku niepełnoletnich uczniów to oni odpowiadają za wychowanie i realizację obowiązku szkolnego – mówi Sławomir Wittkowicz, członek prezydium Forum Związków Zawodowych, przewodniczący WZZ „Forum-Oświata”.
MEN proponuje, by instytucja rzecznika praw ucznia powstała na poziomie krajowym, wojewódzkim i szkolnym. Ma jednak na to tylko częściową zgodę dyrektorów, którzy nie mają nic przeciw rzecznikom krajowym i wojewódzkim, ale w swoich szkołach taką funkcję widzą niechętnie. Ich zdaniem niezależność i obiektywizm szkolnego rzecznika będą wątpliwe, jeśli jego przełożonym ma być dyrektor szkoły, a przedmiotem oceny – zastrzeżenia wobec koleżanek i kolegów z jednego zespołu nauczycielskiego. – Protestujemy zwłaszcza przeciwko wyposażeniu rzecznika w uprawnienia związane z postępowaniami dyscyplinarnymi nauczycieli – już teraz występują problemy z antynauczycielską postawą rzecznika praw dziecka – dodaje Sławomir Wittkowicz. Dodatkowo pojawia się pytanie o zasadność rzecznika w małej szkole, w której problemy są wyjaśniane na bieżąco. […]
MEN chce doprowadzić do większego uspołecznienia systemu oświaty. Projekt przewiduje obowiązek tworzenia w każdej placówce rady szkoły – gremium składającego się w równej liczbie z nauczycieli, rodziców i uczniów. Obecnie jest taka możliwość, ale niewiele placówek z niej korzysta. Rada miałaby uprawnienia m.in. do uchwalania statutu szkoły, opiniowania planu jej pracy oraz występowania z wnioskami do dyrektora, rady pedagogicznej, organu prowadzącego szkołę oraz do wojewódzkiej rady oświatowej, w szczególności w sprawach organizacji zajęć. – Wskutek proponowanych zmian rada szkoły będzie miała kompetencje do opiniowania nauczycieli, a przecież rodzice i uczniowie często nie mają odpowiedniej wiedzy i kwalifikacji do tego – obawia się Krzysztof Baszczyński ze Związku Nauczycielstwa Polskiego. Dodaje, że już 25 lat temu próbowano wpisać do prawa oświatowego obligatoryjne rady szkoły, których się nie udało powołać.
Sceptycy uważają, że rola rodziców we wspieraniu szkół po znowelizowaniu przepisów wcale nie wzrośnie. – Tymi zmianami na siłę chce się ich uszczęśliwić. Gdzie tu jest miejsce na autonomię rodziców, uczniów oraz nauczycieli. Jak zaczynałam być dyrektorem, była możliwość tworzenia rad, tylko nie było chętnych do zasiadania w nich. Obawiam się, że obecnie mogłoby być podobnie – mówi Izabela Leśniewska, prezes OSKKO. [….]
Zupełnie inaczej zapatrują się na to stowarzyszenia rodziców. – Bez przygotowania szkół takie rady nie zadziałają. Aby je wprowadzić, trzeba dać większą autonomię szkole i rodzicom, a następnie je budować, co nie jest takie łatwe i oczywiste – mówi Elżbieta Piotrowska-Gromniak, prezes Stowarzyszenia Rodzice w Edukacji. Dodaje, że odbiera wiele telefonów od rad rodziców, którzy się żalą, że są bojkotowani i niewiele mogą zdziałać.
Cały tekst „Dyrektorzy mówią „nie” radom szkół, które będą mogły opiniować nauczycieli, i rzecznikowi praw ucznia” – TUTAJ
Źródło: www.serwisy.gazetaprawna.pl/
Wyniki analizy tegorocznej rekrutacji do szkół ponadpodstawowych, wykonanej przez firmę VULCAN prezentuje w zamieszczonym wczoraj na portalu „Strefa Edukacji” tekst Magdaleny Ignaciuk. Oto jego fragmenty i link do pełnej jego wersji:
Zmiany w rekrutacji do szkół ponadpodstawowych. Nowy trend, który może zaskoczyć
Foto: www.strefaedukacji.pl
Pierwsza tura rekrutacji do szkół ponadpodstawowych zaskakuje – coraz więcej uczniów wybiera szkoły techniczne i branżowe. Z danych VULCAN wynika, że liczba kandydatów do techników wzrosła o 4 punkty procentowe, a licea, choć nadal najpopularniejsze, straciły nieco na znaczeniu. Co skłania młodych Polaków do wyboru praktycznego wykształcenia i jak ten trend wpłynie na przyszłość zawodową kolejnych pokoleń? […]
Według analiz z systemu VULCAN, rok temu szkoły techniczne wybrało 37 proc. kandydatów do szkół ponadpodstawowych, a w tym było to już 41 proc. Z kolei licea ogólnokształcące, dotąd pewny lider, straciły część swojej przewagi – ich udział spadł z 50 proc. do 47 proc. Szkoły branżowe cieszą się podobną popularnością – w tym roku zdecydowało się na nie blisko 13 proc. uczniów. Zdaniem ekspertów, wybory ósmoklasistów pokazują, że młodzi coraz lepiej rozumieją realia rynku pracy. Dostrzegają, że droga do stabilnego i dobrze płatnego zatrudnienia nie musi prowadzić przez mury uczelni wyższej, ponieważ często wyższy popyt jest dziś na specjalistów z wykształceniem technicznym i zawodowym. […]
Wyniki analizy firmy VULCAN pokazują, że podobnie, jak w ubiegłym roku – 17 proc. kandydatów do szkół ponadpodstawowych wybrało tylko jedną szkołę, a 19 proc. uczniów dwie szkoły w procesie rekrutacji. Na złożenie podania do trzech placówek zdecydowało się jednak aż 42 proc. ósmoklasistów, co oznacza wzrost o 4 p.p. r/r. Pozostali wybierali więcej niż trzy szkoły w samorządach, gdzie jest większy limit lub go nie ma go wcale. W pojedynczych przypadkach kandydaci wskazywali dziesiątki, a nawet ponad setkę szkół. […]
Cały tekst „Zmiany w rekrutacji do szkół ponadpodstawowych. Nowy trend, który może zaskoczyć” – TUTAJ
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Za trzy tygodnie koniec wakacji, a ja wszystkie pisane w tym czasie felietony poświęcałem tematom ministerialnym albo szkolnym. Więc może dzisiaj, choć raz, nie będzie nic o polityce edukacyjnej, ani o szkolnych, nauczycielskich bolączkach.
No i powstał problem: to o czym?
I nagle przyszło olśnienie: o moich wakacjach! Ale o tych, sprzed lat 70-u, 60-u, 50-u, 40-u, 30-u i 20-u…. Dlaczego akurat o tych? Bo mam już wprawę z okresu pisaniu esejów wspomnieniowych: „Moje lata dziewiąte…” i rok później – „Moje lata dziesiąte…” A wybór akurat tego okresu z mojego, liczącego już ponad 81 lat, życia jest oczywisty – bo po raz pierwszy mogłem mieć wakacje dopiero kiedy stałem się uczniem (do klasy I poszedłem 1 września 1951 roku), a po raz ostatni – kiedy mogłem mieć szkolne wakacje, gdyż 31 sierpnia 2005 roku byłem ostatni dzień w pracy w ”mojej Budowlance” i dzień później stałem się – formalnie – emerytem.
A więc – ZACZYNAM:
Wakacje sprzed lat 70-ciu miałem jako uczeń, który w łódzkiej SP nr 135 na Nowym Złotnie zdał do klasy V. Choć miałem skończone 11 lat, to nie uczestniczyłem w koloniach letnich, gdyż z powodu przypadłości chorobowych (pozostałość licznych „słabości” siedmiomiesięcznego wcześniaka, który przeżył ten bliźniaczy poród domowy, w warunkach okupacyjnej biedy 1944 roku) rodzice nigdzie mnie bez swojej opieki z domu nie wypuszczali. Dlatego te wakacje (których w szczegółach dziś już nie pamiętam), tak jaki inne z tego okresu, na pewno spędzałem (oczywiście nie cale, a jedynie dwa-trzy tygodnie) na białostockiej wsi, skąd do Łodzi w połowie lat dwudziestych, przyjechała moja mama. Podróżowaliśmy tam z Lodzi pociągiem, najpierw do Warszawy na Dworzec Główny, potem komunikacją miejską na Pragę, a tam z Dworca Wileńskiego – pociągiem na Białystok – do stacji Czyżew. Pierwszą „bazą” tego urlopu, była tzw. „ojcowizna”, na której gospodarował najstarsze brat mamy – wujek Stefan Malinowski, który zawsze przyjeżdżał po nas na stację furmanką i na niej docieraliśmy na ową wieś Zalesie-Stefanowo. Było tam kilkunastohektarowe gospodarstwo, z siedliskiem, na które składały się: drewniana trzyizbowa chata, stodoła i obora – wszystkie kryte słomianą strzechą. Pozostało mi z tego pobytu jedynie kilka ”fleszy pamięci”: noclegi w stodole, towarzyszenie Edkowi – o dwa lata starszemu ode mnie synowi wujka Stefana – w wypasie krów, obserwowaniu żniw (kosą, z ręcznie wiązanymi przez kobiety snopkami, zestawianymi w tzw, „mendle”), jazda na szczycie wozu drabiniastego, załadowanego zwożonymi do stodoły snopkami, a także (jeden raz) jazda na koniu wracającym z pastwiska – ale bez siodła i strzemion. Odwiedzaliśmy także siostry mojej mamy: ciocie: Felę, Józię i Wacię, które powychodziły za mąż w okolicznych wsiach – wszystko w trójkącie między miejscowościami Czyżew, Zambrów i Andrzejewo w powiecie Wysokie Mazowieckie.
Zarówno przed wyjazdem „na wieś”, jaki po powrocie, pozostałe tygodnie wakacji spędzałem w domu na Nowym Złotnie.
x x x
Przed 60-oma laty, w 1965 roku, byłem już 21-letnim młodym mężczyzną, który przez te minione od wyżej opisanych wakacji lata, zdążył skończyć szkołę podstawową, Szkołę Rzemiosł Budowlanych, i zdać w 1963 roku maturę w XVIII LO. Miałem także za sobą, porzucone po pierwszym roku, studia na filologii polskiej na UŁ i rok „pauzowania” – w oczekiwaniu na rozpoczęcie studiów na upragnionej pedagogice… I właśnie te przydługie wakacje od nauki spowodowały, że wakacyjne miesiące 1965 roku przeżywałem w… Centrum Szkolenia Specjalistów Marynarki Wojennej w Ustce, gdzie po wezwaniu do odbyciu obowiązkowej służby wojskowej i przejściu szklenia unitarnego oraz złożeniu w ostatnich dniach czerwca przysięgi wojskowej, byłem w tym czasie „kursantem” na tzw. „cyklu” dla przyszłych operatorów radiolokacji w jednostkach Marynarki Wojennej. Więcej o tym możecie przeczytać w eseju wspomnieniowym „Od kandydata na murarza do marynarza – wątek „marynarski” – TUTAJ
x x x
50 lat temu – w 1975 roku – byłem już w zupełnie innej sytuacji życiowej, rodzinnej i zawodowej. Po wyjściu do cywila w kwietniu 1968 roku zdążyłem już być „zawodowym harcerzem” (zastępcą, a później komendantem Hufca ZHP Łódź-Polesie, wychowawcą w domu dziecka i wicedyrektorem d.s. domu dziecka w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym. Zdążyłem także (w latach 1970- 1975) ukończyć – z tytułem magistra – pedagogikę na UŁ. Byłem – od maja 1972 – roku mężem Krystyny i od marca 1973 ojcem synka Kubusia. Lipiec tego roku, całą naszą rodziną spędziliśmy w Bieszczadach, gdzie ja byłem komendantem łódzkiej Stanicy Harcerskiej w ramach Operacji „Bieszczady 40”. Obóz ten rozbity został w miejscu, gdzie przed wojną była wieś Przysłup Caryński, ktorą spalono podczas akcji wysiedlania Łemków – w ramach „Akcji Wisła” . O tym obozie i o kolejnych tygodniach tych wakacji przeczytacie w końcowej części eseju wspomnieniowego „Moje trzy lata pracy w opiece nad dzieckiem” – TUTAJ
x x x
Przed 40-oma laty, czyli w okresie wakacji 1985 roku, czyli gdy od wcześniej opisanych wakacjach miałem za sobą 8-u lat pracy jako starszy asystent w Zakładzie, a od 1981 roku Katedrze, Pedagogiki Społecznej na UŁ, z której to pracy zrezygnowałem w 1983 roku i powróciłem do praktyki, kiedy od dwu lat pracowałem jako wychowawca w II Państwowym Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym dla dziewcząt w Łodzi, tego lata, tak jak i przed rokiem, zorganizowałem i poprowadziłem dla grupy wychowanek naszego ośrodka, które nie miały możliwości bycia w tym czasie u rodziny, dwutygodniowy obóz wędrowny. Nie był to taki obóz, którego obraz pojawił się zapewne Wam przed oczami, czyli wędrującej po górach i lasach, z plecakami i namiotami, grupy młodzieży – bo na taki nie byłoby chętnych. Jego przymiotnik „wędrowny” uzasadniony był tym, że wędrowaliśmy po wybranych regionach Polski, przemieszczając się od wybranej wcześniej bazy do bazy, do których dojeżdżaliśmy pociągami i autobusami PKS, a namioty, materace i śpiwory przewożone były bagażówkami typu „Nysa”.
Tego roku załatwiłem, że naszymi bazami były dwa zgrupowania obozów harcerskich: w lesie nad jeziorem Bielsko koło Białego Boru (obozy Hufca Łódź-Śródmieście) oraz nad morzem kolo Jarosławca, gdzie obozowali harcerze z Hufca Łódź-Górna. Ostatnią bazą był wyludniony w miesiącach wakacyjnych budynek Państwowego Domu Dziecka im. J. Korczaka, usytuowanym niespełna kilometr od sopockiego „Monciaka” – po przeciwnej stronie torów SKM-ki.
Na obozie w Trzmielewie atrakcją był sam obóz i jezioro. Mieszkaliśmy w przywiezionych namiotach, rozbitych w pobliżu obozu harcerskiego. Udało mi się wcześniej załatwić, że mogliśmy, za odpowiednią opłatą, stołować się (wszystkie trzy posiłki) w obozowej kuchni. Stworzyło to jeszcze większy komfort dla relaksu, wędrówek po lesie, opalaniu się i kąpieli w jeziorze.
Zaś na obozie pod Jarosławcem, gdzie także byliśmy zaprowiantowani w obozowej kuchni, dziewczyny mogły do woli używać rozkoszy plażowania i morskich kąpieli. Tylko nieliczne uczestniczki obozu miały w swym życiorysie wakacje nad morzem.
Kulminacją atrakcji były ostatnie dni, kiedy zamieszkaliśmy w Sopocie. Tym razem już nie pod namiotami, a w budynku domu dziecka, pięknie położonym na wzgórzu, w niedalekiej odległości od sopockiego deptaka – ulicy Bohaterów Monte Cassino, gdzie dziewczyny mogły spacerować na równi z innymi bardziej „kasiastymi” urlopowiczkami i urlopowiczami. A to było „coś” – samo w sobie. A do tego doszły spacery po sopockim molo i opalanie na plaży z widokiem na sławny Grand Hotel.
Prywatny urlop spędziłem z rodziną w naszej stałej bazie urlopowej, także nad morzem, w miejscowości Dębina k/Rowów.
x x x
Przed 30-oma laty, w 1995 roku, znajdowałem się w jeszcze innej sytuacji. Tym razem ponownie te dwa miesiące były dla mnie wakacjami od zajęć szkolnych, ale teraz byłem od dwu lat dyrektorem dużego Zespołu Szkół Budowlanych nr 2 w Łodzi. Przyznam się, że nie mogę sobie odtworzyć w pamięci w jakim okresie wakacji dostałem urlop, czy były to dwa tygodnie czy więcej, ani sposobu i miejsca jego wykorzystania. Jedyne co mogę, to – hipotetycznie, odwołując się do pamięci realiów tamtego okresu – uznać, że urlop na pewno nie rozpoczął się przed zakończeniu egzaminów wstępnych do technikum (do dwu klas: „technik budownictwa” i „technik technologii drewna”) oraz rekrutacji do zasadniczej szkoły zawodowej, i nie mógł trwać dłużej niż do 16 sierpnia, kiedy dyrektor musiał zająć się przygotowaniami do rozpoczęcia nowego roku szkolnego.
Najprawdopodobniej ów urlop spędziłem we wspomnianej już Dębinie k/Rowów, ale najpewniej sam – żona w tym czasie zapewne nie miała urlopu (pracowała w Rejonowym Urzędzie Pracy), a syn – już dwudziestodwulatek, miał własne towarzystwo i plany wakacyjne.
x x x
I ostatnie z wspominanych tu wakacji sprzed 20-u lat – te w 2005 roku. O dziwo – także i to co działo się zaledwie przed dwudziestoma laty nie jest tak latwe do odtworzenia. Choć zachował się w moim domowym archiwum mój ostatni „Kalendarz Nauczyciela 2004/2005”, to jest tam niewiele zapisanych informacji. Jak to już napisałem – 31 sierpnia 2005 roku byłem ostatni dzień w pracy w ”mojej Budowlance” i dzień później stałem się – formalnie – emerytem. Te dwa, poprzedzające ową znaczącą datę miesiące, z wielu powodów, nie mogły być zwykłymi miesiącami wakacji. I to z kilku powodów.
Po pierwsze dlatego, ze był to czas przygotowania się do przekazania kierownictwa szkoły następcy – w tym całej dokumentacji dydaktycznej, finansowej i majątku szkoły. Ale miałem wtedy także i inne obowiązki, wynikające z prowadzenia przeze mnie równołegłej pracy w dwu prywatnych szkołach wyższych: od lutego 2000 roku w Wyższej Szkole Informatyki, która prowadziła także kierunki pedagogiczne, oraz od 2003 roku – w Wyższej Szkole Pedagogicznej. W obu tych uczelniach miałem wykłady i ćwiczenia dla studentów „zaocznych” (w weekendy) i tzw. „dziennych”. Z notatek w owym kalendarzu wiem, że w początku lipca miałem wpisanych jeszcze kilka terminów na egzaminy. Także ostatnie dwa tygodnie na pewno byłem jeszcze w pracy – był to czas, kiedy żegnalem się nie tylko z moimi pracownikami, ale także z przełożonymi – w tym z łódzkim Kuratorem Oświaty, który zaprosił mnie do siebie i wręczył dyplom pożegnalny oraz pamiątkowy album z dedykacją.
W kalendarzu znalazłem także kartkę, na której są notatki z pobytu – w dniach od 12 do 27 lipca – we wspomnianej już raz Dębinie k/Rowów. Pamiętam, że pojechałem tam sam – syn w wieku 32 lat miał własne plany na życie, a żona, żona musiała zostać w domu, bo od pięciu lat był w naszym domu drugi pies – Ares, znajda z ulicy, dość niesforny i wymagający nadzoru osoby, która miała u niego autorytet. Nie można go było ani zabrać tam, ani pozostawić pod opieką obcych mu ludzi. Czas ten pozwolił mi na swoisty reset wszystkich problemów związanych z tą radykalną decyzją o rezygnacji z funkcji dyrektora szkoły – na trzy lata przed upływem trzeciej kadencji, zapewnionej w wyniku wygranego w roku 2003 konkursu. Spędzałem go głównie na plaży, odwiedzając w dnie niepogody Słupsk.
x x x
Jak widzicie, żadne z opisanych wakacji nie spędzałem na zagranicznych wczasach, żadne z nich nie były w jakimkolwiek krajowym ośrodku wczasowym.
x x x
Co wynika z tych sześciu, bardzo różnych, wspomnień moich wakacji? Że nie ma czegoś takiego, jak jedna formuła wakacji. Są one zawsze takie, w jakiej sytuacji życiowej się znajdujemy, jaki jest nasz status finansowy, jakie są nasze uwarunkowania zawodowe.
A o miesiącach wakacyjnych 2015 roku opowiem w felietonie, który zamieszczę 31 sierpnia.
Włodzisław Kuzitowicz










