
Dzisiaj zamieszczam tekst Danuty Sterny bez skrótów – jest stosunkowo niedługi i nie ma sensu go przycinać. A jest on ciekawy z jednego powodu: teza autorki „idzie pod prąd” głównemu nurtowi, nie tylko w przekazach resortu edukacji:
Klasa wolna od AI
Nauczycielka Chanei Bond* w Southwest High School okręgu szkolnym Fort Worth postanowiła wyeliminować sztuczną inteligencję z nauki w klasie szkolnej. Nie stało się tak z braku dostępu do Internetu, czy do laptopów, była to przemyślana decyzja, aby poprawić proces uczenia się.
Rys.Danuta Sterna
Podczas każdych zajęć prowadzonych przez Bond uczniowie zapisują notatki i refleksje ręcznie na papierze długopisem lub ołówkiem. Nauczycielka twierdzi, że przejście niemal całkowicie na technologię analogową to najlepszy sposób, jaki znalazła, aby wyeliminować sztuczną inteligencję z zajęć z literatury amerykańskiej i kompozycji.
Badania nad zjawiskiem wykorzystywania w szkołach sztucznej inteligencji pokazują, że ryzyko przewyższa korzyści. Według sondażu przeprowadzonego w lipcu 2025 roku przez EdWeek Research Center, około 60% ankietowanych nauczycieli stwierdziło, że korzysta z AI w swoich klasach tylko w niewielkim stopniu.
Wiele osób ma obawy, że nauczani bez dostępu do AI uczniowie zostaną w tyle, ale Bond uważa, że jej uczniowie są uczeni myślenia, więc zyskują. Zdaniem Bond uczniowie, którzy mogą korzystać z AI nie angażują się w uczenie się. Jeśli mają przeanalizować tekst, to często nawet się z nim nie zapoznają, tylko zlecają AI wyciąganie wniosków. Uczniowie nie zawsze potrafią ocenić, czy to, co generuje sztuczna inteligencja, jest wartościowe, czy nie, i nie zdaja sobie sprawy z tego, że muszą ćwiczyć podstawowe umiejętności, takie jak pisanie tezy i konstruowanie argumentacji.
Bond zaleca uczniom prowadzenie ręcznych notatek na każdej lekcji, co pozwala uczniom ćwiczyć pisanie i buduje ich pewność siebie w pisaniu dłuższych tekstów. Uczniowie dzięki temu uczą się własnego stylu pisania.
Na lekcjach Bond uczniowie mogą korzystać ze słowników, dzięki czemu nie polegają tylko na technologiach, które automatycznie poprawiają im błędy.
Zamiast oceniać wyłącznie ostateczną wersję eseju lub prezentacji, Bond ocenia różne części procesu, w tym osobno tezę, konspekt, bibliografię i wersję roboczą. Dzięki temu istnieje kontrola nad procesem powstawania całości.
Jedyny moment, gdy uczniowie mogą korzystać z technologii na jej lekcjach, to polecenie przepisania wypracowania do komputera.
Uczniowie na początku nie rozumieli zamysłu nauczycielki. Ale w miarę upływu czasu doszli do wniosku, że ten sposób naprawdę pobudza ich mozgi do myślenia. Na zajęciach nauczycielki można dowiedzieć się, co myślą uczniowie, a nie co myśli AI.
Jeden z uczniów Bond apeluje do uczniów wykonujących pracę domową: „Zastanów się chwilę. Czy wolałbyś naprawdę rozwijać się dzięki doświadczeniu wykonywania jakiejś pracy i krytycznego myślenia o tym, o czym piszesz lub mówisz, czy po prostu wolisz korzystać z robota?”.
Nie wszyscy nauczyciele w szkole Bond postępują tak samo. Niektórzy starają się jedynie ograniczyć korzystanie ze sztucznej inteligencji, poprzez pokazanie uczniom, jak odpowiedzialnie z niej korzystać, pokazują uczniom różnicę między wykorzystywaniem technologii w celu oszukiwania, a wykorzystywaniem jej w celu wspierania własnej nauki.Inni zezwalają na wykorzystanie sztucznej inteligencji w niektórych zadaniach — pod warunkiem, że uczeń jasno wyjaśni, w jaki sposób z niej skorzystał.
Choć Bond i wielu jej uczniów dostrzegają wartość klas wolnych od sztucznej inteligencji, rząd federalny i niektóre stany oraz okręgi szkolne chętnie korzystają z technologii. W Polsce jest też dość silna tendencja do wyposażenia każdego ucznia w laptop z dostępem do Internetu i możliwością korzystania z AI. Warto przed podjęciem decyzji wziąć po uwagę badania edukacyjne na temat korzyści z używania AI w procesie uczenia się.
Inspiracja artykułem Lee V. Gaines
Źródło: www.oknauczanie.pl/klasa-wolna-od-ai
* Nauczycielka języka angielskiego i literatury amerykańskiej w Southwest High School w Fort Worth w Teksasie (USA)
Taka sytuacja jeszcze nigdy od czasu funkcjonowania „Obserwatorium Edukacji” nie zaistniała, aby dzień po dniu były tu zamieszczane teksty tego samego autora, pochodzące z tego samego źródła. Ale mam bardzo przekonujące uzasadnienie: oba teksty na to zasługują, bo oba traktują o ważnych sprawach.
Tym autorem jest prof. Bogusław Śliwerski, tym dzisiejszym jego wpisem zamieszczonym na blogu „Pedagog” jest tekst, którego „dwa fragmenty dla zachęty” zamieszczam poniżej – wierząc, że temat uznacie nie tylko za aktualny, ale sposób jego przedstawienia przez Profesora jest na tyle intrygujący, że skłoni to Was do zapoznania się – po kliknięciu w zamieszczony link – z jego pełną wersją
„Reforma26 – Kompas Jutra” to ukryta adaptacja w polityce oświatowej „strategii OECD Learning Compass 2030”
Rys. www.oecd.org/en/data/tools/oecd-learning-compass-2030.html
Jeśli ktoś twierdzi, że IBE-PIB wraz z MEN realizują polską reformę edukacji, to jest w głębokim błędzie. Nie jest ani oryginalna, ani nie wynika z ogólnopolskich badań naukowych stanu polskiego szkolnictwa, nie uwzględnia też polskiej kultury, tradycji, nędzy kapitału ludzkiego i ekonomicznego. Mamy tu do czynienia z ukrytą przez władze IBE-PIB polityką adaptacji w kraju strategii OECD Learning Compass 2030.
Nie przypominam sobie, by w polskim Sejmie, w Komisji Edukacji analizowano ten dokument i uznano, że ma być fundamentem rzekomo polskiej reformy szkolnej. A szkoda, bo przynajmniej mielibyśmy do czynienia z rzeczywistą konsultacją, a nie ukrytą formą indukcji programu globalnej korporacji, która znakomicie zarabia na międzynarodowych badaniach oświatowych.
Nie mam nic przeciwko temu dokumentowi, ale fakt ukrywania tego podejścia przez władze IBE-PIB świadczy o tym, że wykorzystuje się środki unijne do wdrażania rozwiązań, które mają charakter globalny, naruszający częściowo autonomię państwa członkowskiego UE w sferze oświaty i wychowania. Zobaczmy zatem, czego nie ujawniło IBE-PIB:
OECD Learning Compass 2030 to globalna wizja edukacji przyszłości opracowana w ramach projektu Future of Education and Skills 2030 przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju. Określa ona kompetencje, jakie uczniowie powinni rozwijać, by radzić sobie w niepewnym świecie (agency, well-being, kompetencje poznawcze, społeczne, etc.). Ramy są globalne i ogólne, toteż mają być „lokalnie kontekstualizowane” przez poszczególne systemy edukacji.
OECD tytułuje swój program metaforą kompasu po to, by przesunąć myślenie o edukacji z „realizacji instrukcji” na nawigowanie w niepewności; punktem dojścia jest tu dobrostan indywidualny i zbiorowy.
[…]
„Reforma26-Kompas Jutra” jest funkcjonalną kopią Learning Compass 2030. IBE-PIB nie opracowało własnego projektu reformy, tylko przetłumaczono i zaadoptowano strategię OECD Learning Compass 2030 jako podstawę krajowej reformy, a uczyniono to w sensie paradygmatycznym, dydaktycznym, architektonicznym i implementacyjnym.
Dyrekcja IBE od lat współpracuje z OECD, toteż traktuje język tej globalnej organizacji jako rzekomo neutralny język profesjonalny, a to jest klasyczny objaw hegemonii prywatnego konsorcjum i jego krajowych beneficjentów. Mamy zatem deformę wdrażaną technokratycznie w ramach globalnego paradygmatu.
Rzekome konsultacje pełnią tu funkcję jedynie amortyzacji społecznego oporu. IBE niczego nie stworzyło, tylko zarządza narracją tak, aby nie otworzyć sporu paradygmatycznego, nie ujawnić zewnętrznego źródła rdzenia modelu i utrzymać wrażenie krajowej suwerenności projektu.
Kompas Jutra jest krajową repliką paradygmatu Learning Compass 2030, z lokalną aksjologią i lokalnym opakowaniem normatywnym, ale bez zmiany rdzenia teoretyczno- dydaktycznego. Ważny jest zatem spór o to, „czy jest to kopia?”, bowiem kluczowe pytanie brzmi:
Czy kadra IBE-PIB świadomie przyjęła paradygmat kompetencyjno-agencyjny OECD jako swój paradygmat dydaktyczny?
I na to pytanie – patrząc na dokonania głównie translatorskie pracowników IBE-PIB – odpowiedź brzmi: TAK. Szkoda, że nie poinformowała o tym posłów, społeczeństwa i tych, którzy to legitymizują a ponoć reprezentują naukę.
Zmiana w szkolnictwie powinna być oparta na jawnych przesłankach, poddana naukowej debacie oraz osadzona w pluralizmie tradycji pedagogicznych i dydaktycznych. Społeczeństwo, nauczyciele i środowisko akademickie mają prawo wiedzieć, jaki model edukacji jest przyjmowany jako fundament polskiej szkoły i z jakich źródeł on pochodzi.
Cały tekst „Reforma26 – Kompas Jutra” to ukryta adaptacja w polityce oświatowej „strategii OECD Learning Compass 2030” – TUTAJ
Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com
x x x
Także dzisiaj na fanpage grupy „Nie dla chaosu w szkole” odnotowano tekst prof. Śliwerskiego, a także zamieszczono korespondujący z nim tekst Jaroslawa Pytlaka – TUTAJ
Zgodnie z przyjętą wczoraj zasadą – dzisiaj prezentuję obszerne fragmenty(i link do pełnej wersji) tekstu prof. Boguslawa Śliwerskiego, zamieszczonego wczoraj na blogu „Pedagog”. Jest to swoistą recenzją książki Karola Pietrzyka.
Foto:www.facebook.com/photo/
Karol Pietrzyk – nauczyciel j. angielskiego w IV Liceum Ogólnokształcącym im. Bolesława Prusa w Szczecinie
Szkoła, która żyje wbrew sobie, czyli jak niektórzy nauczyciele ratują sens edukacji mimo ministerialnych deform
Szkoła widziana oczami nauczyciela, który nie przestał być uczniem, wyrasta z podwójnego doświadczenia i podwójnej wrażliwości. Jest efektem dwoistej autorefleksji – tej zawodowej i tej rodzicielskiej. Karol Pietrzyk pisze bowiem o szkole zarówno jako pedagog z wieloletnim stażem, jak i jako ojciec dziecka ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, zanurzonego w tej samej rzeczywistości, którą on sam współtworzy.
Już we wstępie autor uczciwie uprzedza czytelnika, że jego książka nie rości sobie prawa do obiektywizmu. Jest zapisem osobistego oglądu świata, w którym funkcjonuje od ponad ćwierćwiecza:
„Moja książka to naturalnie bardzo subiektywne spostrzeżenie człowieka działającego wewnątrz szkolnego systemu, przyglądającego się szkole od ponad ćwierćwiecza i próbującego wyciągać samodzielne wnioski”
(s. 7).
Ta deklaracja szczerości budzi zaufanie. Tym bardziej że Pietrzyk nie próbuje swoich obserwacji absolutyzować ani zamieniać w program ideologiczny. Raczej zaprasza do rozmowy – do „merytorycznej dyskusji o kluczowych dla polskiej szkoły sprawach” (s. 8). W jego pisaniu czuć potrzebę podzielenia się doświadczeniem, ale i świadomość ograniczeń własnej perspektywy.
Autor nie ukrywa ambiwalencji. Szkołę jako środowisko społeczne lubi – za ludzi, relacje, drobne sukcesy i sens, jaki potrafi się w niej wydarzyć. Szkoły jako elementu państwowego systemu często nie znosi – za biurokrację, pozorność zmian i marnowanie energii. Dostrzega istnienie szkół niepublicznych, edukacji domowej, oddolnych innowacji w placówkach samorządowych czy pracy progresywnych dyrektorów, lecz mimo to formułuje gorzką diagnozę:
„A jednak cały czas jest to przede wszystkim szkoła straconych szans, szkoła zmarnowanego potencjału, szkoła bez głowy, szkoła będąca polem walki. (…) ta szkoła ‘po polsku’ po prostu nie może być inna, bo jest odbiciem kolektywnych wad i zalet naszego narodu oraz dziejowej spuścizny” (s. 8).
[…]
Paradoksalnie najsłabszym fragmentem książki pozostaje właśnie wstęp. Zasadnicza część to już żywa, publicystyczna narracja, spleciona z autoobserwacją i opisem codziennej praktyki. I tu autor wypada najciekawiej. Jawi się jako nauczyciel zorientowany na ucznia – na jego potrzeby, emocje, możliwości i ograniczenia – bardziej niż na tabele wyników czy mechaniczną realizację podstawy programowej. Można tylko pozazdrościć uczniom, którzy trafili na jego lekcje języka angielskiego i godziny wychowawcze.
Nie wszystkie jego stanowiska są wolne od uproszczeń. Ulega na przykład popularnej narracji o szkodliwości smartfonów w szkole, powołując się na autorów, którzy nie prowadzili badań w realnych warunkach szkolnych. Jednocześnie stawia pytanie kluczowe: czy młodzi ludzie potrafią korzystać z telefonów świadomie i odpowiedzialnie – a jeśli nie, czy szkoła posiada narzędzia, by ich tego uczyć? Odpowiedzią staje się opis jednego dnia pracy i jednej lekcji.
[…]
Szczególnie cenne są fragmenty, w których autor pokazuje, że mobilna elektronika może stać się narzędziem uczenia się, a nie wyłącznie przeszkodą. Uczciwie jednak dodaje, że taka praca wymaga ogromnego zaangażowania i przygotowania, a „po czterech takich lekcjach nauczyciel jest zupełnie wypompowany” (s. 23).
W gruncie rzeczy Pietrzyk intuicyjnie dotyka granic systemu klasowo-lekcyjnego, choć nie nazywa ich wprost. Próbuje uprawiać pedagogikę sensu w przestrzeni, która często przypomina „więzienną celę”. Uszlachetnia to, co da się uszlachetnić. Pozostaje pytanie: jak długo można w takich warunkach być sobą – refleksyjnym, profesjonalnym, uważnym, ludzkim?
Być może odpowiedzią jest zdanie, które brzmi jak osobiste credo autora: „Bycie nauczycielem to jedna z najważniejszych prac na świecie – i nie dopuść, żeby ktoś lub coś odebrało ci to przekonanie” (s. 53).
Warto tę książkę przeczytać właśnie jako akt samoobrony zawodu. I jako cichy, uparty głos kogoś, kto mimo wszystko nadal wierzy, że szkoła może być miejscem sensu.
Cały tekst „Szkoła, która żyje wbrew sobie, czyli jak niektórzy nauczyciele ratują sens edukacji mimo ministerialnych deform” –TUTAJ
Źródło:www.sliwerski-pedagog.blogspot.com
*Źródło: https://oswiata-solidarnosc.pl/wp-content/uploads/2026/01/S_7_2026-D.Tusk-Skarga.pdf
Dawno nie zaglądałem na strony dwu głównych nauczycielskich związków zawodowych. Gdy dziś to uczyniłem, to nie mogłem powstrzymać się od zarejestrowania tych obserwacji na OE.
Związek Nauczycielstwa Polskiego
Nie spodziewałem się takiego widoku:
Od obchodów 120-lecia jego istnienia, sądząc po zamieszczanych tu informacji, ów związek żyje własnymi sprawami. Poza zasygnalizowaniem, że 17 grudnia ub. roku przedstawiciele ZNP będą uczestniczyli w spotkaniu w Pałacu Prezydenckim nt. „planowanych przez rząd zmian w edukacji” (nie znalazłem relacji z tego spotkania), nie stwierdziłem aktywności w reagowaniu na inicjatywy MEN.
Zobaczcie sami – TUTAJ
x x x
Krajowa Sekcja Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”
Oto . w kolejności chronologicznej, ostatnie zamieszczone tam informacje:
11 stycznia
Stanowisko Ogólnopolskiego Forum Oświatowego – TUTAJ
16 stycznia
Edukacja 2040: między emergencją a fabryką posłuszeństwa – TUTAJ
27 stycznia
*SKARGA na zaniedbanie lub nienależyte wykonywanie zadań przez Ministra Edukacji Narodowej – TUTAJ
29 stycznia
Opinia dot. projektu rozporządzenia MEN ws. ramowych planów nauczania dla publicznych szkół – TUTAJ
Opinia do projektu rozporządzenia MEN ws. podstawy programowej wychowania przedszkolnego oraz podstawy programowej kształcenia ogólnego dla szkoły podstawowej – TUTAJ
Źródło: https://oswiata-solidarnosc.pl/
Podjąłem decyzję, że dłuższe teksty, pochodzące z innych źródeł, nie będą już prezentowane na stronie OE w całości, a jedynie we fragmentach. Jeżeli czytających one zainteresują, będą mogli zapoznać się z ich pełną wersją klikając w zamieszczany link.
Dzisiaj pierwszym w tej formie odnotowanym na OE, jest najnowszy post Jarosława Pytlaka, zamieszczony wczoraj na blogu „Wokół Szkoły”
Autonomia w teorii i w praktyce oświatowej
[…]
Przedmiotem tej analizy będzie autonomia nauczyciela. Bardzo dużo mówi się o niej przy okazji reformy „Kompas Jutra”. Słuchając przedstawicieli instytucji zarządzających przygotowaniami do planowanej zmiany (MEN oraz IBE), zapowiadających zwiększenie autonomii nauczycieli, i zestawiając to z proponowanymi rozwiązaniami, mam wrażenie wielkiego nieporozumienia, tudzież pomieszania pojęć. A że autonomię uważam za warunek sine qua non skutecznej pracy pedagogicznej, czuję potrzebę zaprezentowania tutaj swoich wątpliwości i przemyśleń.
Dlaczego autonomia nauczyciela jest ważna?
Autonomia w każdym zawodzie polega mniej więcej na tym samym – samodzielnym podejmowaniu decyzji. Nie oznacza totalnej samowoli, bowiem w praktyce każdy człowiek uwikłany jest w jakieś ograniczenia. Może największą autonomię ma artysta, który sam decyduje o swoim dziele, ale nawet on musi brać pod uwagę oczekiwania klientów, jeśli chce sprzedać to, co stworzy.
Autonomia w każdym zawodzie polega mniej więcej na tym samym, ale poszczególne zawody różnią się stopniem złożoności podejmowanych działań i decyzji. Nauczanie wiąże się z nawiązywaniem relacji z innymi ludźmi i oddziaływaniem na nich. Każdy jest unikalną mieszanką zdolności, pracowitości, motywacji, umiejętności komunikacyjnych. Każdy może mieć dobry lub zły humor, dobre lub złe samopoczucie. Przed nauczycielem stają rozmaite cele, zarówno dydaktyczne, jak i – bardzo często w pracy z dziećmi i młodzieżą – wychowawcze. Większość nauczycieli pracuje w placówkach oświatowych, więc muszą też brać pod uwagę ograniczenia związane z przepisami, uwzględniać organizację pracy oraz ustalenia – choćby tylko te zapisane w statucie, które obowiązują cały zespół pedagogiczny. To tylko niektóre okoliczności sprawiające, że praca nauczyciela należy do najbardziej złożonych. Podejmowanie na co dzień bardzo wielu decyzji jest jej częścią. Nie sposób całości ubrać w instrukcje i procedury. Autonomia nauczyciela jest więc bardzo ważna. Jest po prostu koniecznością podyktowaną przez życie.
Dwa poziomy autonomii
W debacie publicznej często pojawia się twierdzenie, że w momencie, gdy nauczyciel staje przed klasą, „może wszystko” – w domyśle sam decyduje o tym, jaką drogą podąży, jak rozwinie się sytuacja. To spore uproszczenie, bo na pewno wielu rzeczy nie może, jednak istotnie, w bezpośredniej relacji z uczniami, rzeczywiście ma dużą swobodę postępowania.
Osobista autonomia nauczyciela w niektórych sprawach ustępuje autonomii zespołu pedagogicznego. Są pewne uzgodnienia, zapisywane w statucie, na przykład w zakresie oceniania, które po uchwaleniu obowiązują wszystkich. Wpływ na zapisy statutowe mogą mieć również rodzice, za pośrednictwem Rady Rodziców i uczniowie poprzez przedstawicielstwo Samorządu Uczniowskiego.
Oba poziomy nauczycielskiej autonomii mają umocowanie w przepisach prawa. Artykuł 12 ust. 2 Karty Nauczyciela głosi wprost, że „w realizacji programu nauczania ma prawo do swobody stosowania takich metod nauczania i wychowania, jakie uważa za najwłaściwsze spośród uznanych przez współczesne nauki pedagogiczne”. W prawie oświatowym jest też szereg delegacji dla społeczności szkolnych do uregulowania różnych kwestii w statutach placówek. Niestety, jedno i drugie bywa często źródłem nieporozumień. […]
Oto podtytuły kolejnych fragmentów:
Przykłady nieporozumień z życia wzięte
Autonomia kontra przepisy
Zanikająca przestrzeń zaufania
Przywracanie przez ograniczanie
A to ostatni fragment tego tekstu:
No i mamy pat
Bez poczucia autonomii, w atmosferze lęku przed odpowiedzialnością za decyzje podejmowane w codziennej pracy, szkoły stają się toksycznym środowiskiem pracy dla nauczycieli, a przez to też gorszym miejscem dla uczniów. Z drugiej strony brak zaufania społecznego nie jest jedynie wynikiem działań MEN, ale po prostu jednym z przejawów kryzysu życia społecznego, z jakim borykamy się na wielu polach. Najbardziej prawdopodobny scenariusz, to dalszy uwiąd instytucji szkoły. Sytuacji nie poprawi kreowanie przez władze nowych oczekiwań i nadziei, jak choćby na sukces edukacji włączającej. Tego sukcesu nie będzie, bo wymagałoby to nie tylko pomysłu – przyjmijmy nawet, że jest, ale także potężnych środków finansowych na wdrożenie – a tego nie ma na pewno. Działamy cały czas „po taniości”, co tylko potwierdza starą mądrość, że słowa są najtańsze.
Nie wiem, jak można wybrnąć z obecnej sytuacji, i czy w ogóle można, ale jestem pewny, że reforma „Kompas Jutra” nie wychodzi naprzeciw żadnej istotnej przyczynie panującego kryzysu.
Z całym tekstem „Autonomia w teorii i w praktyce oświatowej” można zapoznać się – TUTAJ
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/
Od czego, tak naprawdę, zależy – w dzisiejszych czasach – sukces życiowy
Wszystko zaczęło się od tego, że przeczytałem na fb-profilu Jarosława Pytlaka post, i zobaczyłem taki obrazek:
Bardzo dobra decyzja!
Uczeń może obecnie mieć 50% nieobecności nieusprawiedliwionych. Po tej epokowej zmianie miałby prawo do 25% nieobecności nieusprawiedliwionych.
NIEUSPRAWIEDLIWIONYCH! Taka sytuacja, i to już nieważne, czy 50% czy 25%, ma dzisiaj miejsce tylko w absolutnie wyjątkowych przypadkach, kiedy rodzic nie jest w stanie zalogować się do librusa, ani utrzymać długopisu w ręku. Oto bowiem ma prawo usprawiedliwić każdą nieobecność dziecka, nawet nie musi wysilić się na wymyślenie przyczyny!
Wyjaśnił to już młodzieży na Tik-toku, całkiem niedawno, znany celebryta edukacyjny, Marcin Kruszewski. Dokładnie tak wyjaśnił, jak ja tu powyżej. Dodał jeszcze, że to w ogóle na razie tylko projekt, więc póki co, nie ma się co przejmować.
Tylko że ja jestem zwykłym frajerem-nauczycielem. A pan Kruszewski jest sławnym influencerem. Barbara Nowacka za jego zasługi nagrodziła go medalem Medalem Komisji Edukacji Narodowej. Dla mnie było to jak splunięcie mi w twarz.
Pan Kruszewski swój medal dostał za udział w obronie uczniów przed szkołą, m.in. za współtworzenie tej ustawy, z której właśnie słusznie wypada to 25%.
Zaostrzenie przepisów?! Wolne żarty! Chyba nawet pan Lawera wie, że to byłaby to tylko kolejna fikcja. A może, dla odmiany, kierownictwo MEN wymyśliłoby coś naprawdę ułatwiającego dzisiaj funkcjonowanie szkoły?!
Źródło: www.facebook.com/
x x x
Na początek podzielę się moimi refleksjami, które wywołał ten tekst. Otóż nie mam wątpliwości, że ów pomysł, aby zmienić tak prawo, by zmniejszyć limit dozwolonych nieusprawiedliwionych nieobecności ucznia na zajęciach szkolnych, z dotychczasowych 50% do 25%, to kolejny przykład myślenia naszej władzy oświatowej „pod publiczkę”, bez wcześniejszego rozpoznania jak to jest z tym problemem naprawdę, w codziennej szkolnej rzeczywistości. I nie mam wątpliwości co do tego, że pozostawiając prawo rodziców do niczym nie ograniczonego usprawiedliwiania nieobecności – bez szans na obiektywne zweryfikowania powodów tejże, zwłaszcza w przypadku uczniów starszych klas podstawówki i szkół ponadpodstawowych, takie ograniczenie dopuszczalnego limitu nieobecności do 25% ogólnego czasu nauki w semestrze – było jedynie pozorowaniem rzekomej dbałości ministerstwa o poziom szkolnej edukacji.
Drugą moją refleksją, która powstała po przeczytaniu informacji, że. Barbara Nowacka nagrodziła Marcina Kruszewskiego Medalem Komisji Edukacji Narodowej, była ta, że oto dowiaduję się jakie zasługi wystarczą, aby otrzymać owo zaszczytne odznaczenie resortowe, które powinno być przyznawane „za wybitne zasługi dla oświaty i wychowania, obejmujące działalność dydaktyczną, wychowawczą, twórczą i opiekuńczą, a także rozwój edukacji i doskonalenie nauczycieli”, że można ów medal otrzymać nie pracując nigdy w szkole ani żadnej placówce oświatowo-wychowaczej – wystarczy być prawnikiem, który wymyślił i prowadzi na Tik Toku kanał „Prawo Marcina”.
I zrobiło mi się przykro, bo ja tym medalem nie zostałem wyróżniony, mimo moich wielu, wielu lat pracy w oświacie i dla oświaty.
Ale jest jeszcze jedna osoba, wymieniona przez kolegą Pytlaka w tym tekście, która – dzięki obrazkowi – bardzo mnie zainteresowała. To urodzony 11 marca 1994 Kacper Lawera. Może on być dla wielu uczniów wzorem do naśladowania. Organizatorzy 8. Śląskiego Festiwalu Nauki KATOWICE tak przedstawiali go – wtedy trzydziestoletniego – jako uczestnika debaty „Kosmos szansą dla edukacji”, w której eksperci debatowali o tym, czy eksploracja przestrzeni kosmicznej może stać się motorem napędowym dla nowoczesnej edukacji:
Nauczyciel, pasjonat astronomii, wieloletni popularyzator nauki, dyrektor Departamentu Komunikacji Ministerstwa Edukacji Narodowej i prezes Fundacji Science Academy.
Pragnąć dowiedzieć się jakie to wykształcenie i nabyte kompetencje doprowadziły go, w tak młodym wieku, do takich stanowisk i sukcesów, rozpocząłem poszukiwania w przepastnych zasobach Internetu. I wyobraźcie sobie, że jedynie IA miała na ten temat taką informację:
Przegląd od AI
Kacper Lawera jest absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie w latach 2013–2018 studiował nauki historyczne lub pokrewne.
Posiada wykształcenie wyższe magisterskie, broniąc zarówno pracę licencjacką (o tradycjach dyplomacji brytyjskiej), jak i magisterską (o polityce zagranicznej USA) z ocenami bardzo dobrymi.
Nauczyciel wos-u w Saska Szkoła Realna. Ciekawy świata absolwent stosunków międzynarodowych, w przerwach od belfrowania pracownik w @MEN_GOVPL
I tak oto, po pozyskaniu tych wszystkich informacji, przypomniałem sobie stare, jeszcze w początkach PRL-u popularne, powiedzenie o drodze do kariery oficerskiej w Ludowym Wojsku Polskim: „Nie matura, lecz chęć szczera, zrobi z ciebie oficera”. Nawiasem mówiąc – mogłem się osobiście o tym przekonać na przykładzie dyrektora mojej szkoły, w której zdobyłem pierwsze, potwierdzone egzaminem, kwalifikacje murarza. Ów pan – mieliśmy to „szczęście”, bo uczył w każdej klasie z literką „a” matematyki – a więc i w mojej klasie, wysłuchać opowieści, jak to on, był majorem LWP, który z I Dywizją LWP, wraz z Armią Czerwoną wyzwalał Polskę. Opowiadał nam, jak to na wrotach od stodoły forsował Bug… A już w latach pięćdziesiątych został dyrektorem Technikum Budowlanego nr 1 w Łodzi.
Wiele lat później dowiedziałem się, że w 1966 roku, już w epoce Gomułki, zaczęto przeprowadzać weryfikację kadr. Kiedy zażądano od niego dokumentów potwierdzających wykształcenie, on podał, że jeszcze przed wojną zrobił maturę w jednym z wileńskich liceów. W tamtych czasach władza nie miała trudności w dotarciu do archiwów z tereny ówczesnego ZSRR i szybko zdobyto informacje, że takiego ucznia nie ma w wykazie maturzystów podanej przez niego szkoły. I bezzwłocznie został odwołany ze stanowiska dyrektora i odesłany na emeryturę…
Dlaczego o tym napisałem? Bo dziwnie (i podejrzanie) wygląda ten awans owego trzydziestokilkulatka z takim formalnie potwierdzony wykształceniem, na dyrektorskie stanowisko w departamencie komunikacji w ministerstwie, a na Festiwalu Nauki wystąpić – jako ekspert – w debacie na temat „czy eksploracja przestrzeni kosmicznej może stać się motorem napędowym dla nowoczesnej edukacji”!
Kochani uczniowie szkół średnich i studenci! Nie przejmujcie się za bardzo formalnymi kwalifikacjami. I tak wasza kariera nie od tego będzie zależała. Wystarczy wasza pasja i zdobyta w samokształceniu wiedza i . . . a przede wszystkim – „wpadnięcie w oko” aktualnie sprawującym władzę!
Włodzisław Kuzitowicz
Przy sobocie, po robocie, proponuję tekst niedługi, ale zasługujący na uwagę. Znalazłem go na blogu grupy „Superbelfrzy”, a jego autorką jest Justyna Gajdziszewska*:
Co musi się wydarzyć, aby stać się, być i chcieć pozostać nauczycielem?
Nie zostaje się nauczycielem tylko dlatego, że kończy się studia pedagogiczne, podpisuje umowę o pracę czy wchodzi do klasy po raz pierwszy. Nauczycielem się staje i zostaje nim codziennie na nowo. Czasem z przekonania, czasem z uporu, a czasem dzięki jednemu zdaniu przeczytanemu późnym wieczorem w książce, obejrzanemu filmowi albo rozmowie, która choć krótka, zostaje w głowie na długo.
Każdy nauczyciel nosi w sobie własną mapę inspiracji
Są na niej książki z niezliczoną liczbą zakładek indeksujących, z pozaginanymi rogami, notatkami robionymi na marginesach, podcasty słuchane w drodze do pracy, blogi czytane po cichu w przerwie między lekcjami czy sprawdzaniem kolejnych prac pisemnych. Są konferencje, z których wracamy z głową pełną pomysłów i takie, po których zostaje jedno zdanie, ale i ono wystarcza, by spojrzeć na uczniów inaczej. Są też ludzie – inni nauczyciele – którzy swoją pasją, odwagą i autentycznością przypominają nam, dlaczego to wszystko wciąż ma sens.
Inspiracje nauczycielskie nie zawsze są spektakularne
Często przychodzą niepostrzeżenie w zwykły dzień, w momencie zmęczenia, w chwili zwątpienia, w bezsenną noc. To one sprawiają, że zmieniamy swój warsztat pracy, odważamy się próbować nowych metod, przestajemy szukać „idealnych rozwiązań”, a zaczynamy lepszych relacji. To dzięki nim uczymy się nie tylko skuteczniej nauczać, ale też uważniej słuchać, więcej rozumieć i mniej oceniać.
W świecie szkoły, w którym łatwo o rutynę, przeciążenie i poczucie, że ciągle trzeba „dociągnąć do… weekendu, przerwy świątecznej, ferii, wakacji” inspiracje nie są dodatkiem. Są paliwem. Przypomnieniem, że edukacja to nie tylko realizowanie podstawy programowej, ale przede wszystkim spotkanie człowieka z człowiekiem. Że nauczyciel też ma prawo się rozwijać, zmieniać, szukać, zadawać pytania, próbować i popełniać błędy.
Spojrzałam na półkę z książkami i pomyślałam, że nie stoją na niej podręczniki akademickie. Są za to publikacje, które pozwoliły mi zmienić spojrzenie na edukację i uwierzyć, że można inaczej: oceniać, prowadzić lekcje, tworzyć relacje, wspierać, rozmawiać czy dbać o siebie. Świat się zmienia. Szkoła się zmienia. Uczniowie się zmieniają, więc dlaczego nauczyciele mieliby stać w miejscu?
Dzisiaj o książkach, a jutro?
Tak jak na tę półkę, możemy spojrzeć na historię przeglądarki, YouTube’a, platform streamingowych, polubione i zaobserwowane osoby, strony czy blogi, a także inne miejsca, do których zaglądamy, by dotrzeć do wartościowych materiałów.
Ten tekst jest właśnie o tym – o książkach, filmach, podcastach, blogach, wydarzeniach i ludziach, dzięki którym staliśmy się nauczycielami, jesteśmy nimi i wciąż chcemy być. Bo dopóki się inspirujemy, dopóty szkoła ma szansę być miejscem żywym, a my spełnionymi nauczycielami.
W kolejnych wpisach przybliżę Wam szczegóły tego, co miało na mnie największy wpływ. A może za jakiś czas razem stworzymy bibliotekę nauczycielskich inspiracji? Jestem bardzo ciekawa Waszych typów.
*Justyna Gajdziszewska – nauczycielka języka polskiego, informatyki, bibliotekarka w Zespole Szkolno-Przedszkolnym nr 2 w Olkuszu. Teacher Canvassador. W pracy wykorzystuje myślenie wizualne, myślenie krytyczne, ocenianie kształtujące, klocki i narzędzia TIK. W kręgu jej zainteresowań znajduje się praca z błędem. Kładzie duży nacisk na interdyscyplinarność swoich lekcji, chętnie wprowadza innowacje pedagogiczne. Uważa, że najtrudniejszą pracę wykonuje się, pełniąc funkcję wychowawcy klasy. Stawia na relacje w edukacji, integrację zespołu klasowego i pozytywne wzmocnienie. Prowadzi profil ,,Polonistka się znalazła”.
Źródło: www.superbelfrzy.edu.pl
Oto obszerne fragmenty tekstu Magdaleny Konczal, zamieszczonego dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji”, z którego dowiadujemy się o najnowszej inicjatywie posła Marcina Józefaciuka:
Nauczyciele będą mieli swojego rzecznika. Znamy szczegóły projektu
W piątek 30 stycznia poseł Marcin Józefaciuk zaprezentował w Sejmie projekt dotyczący powołania rzecznika praw nauczycieli i pracowników oświaty. Znamy już szczegóły tej propozycji — zakłada ona nie tylko utworzenie ogólnopolskiego rzecznika, ale również rzeczników wojewódzkich.
[…]
W trakcie przedstawiania projektu poseł Józefaciuk podkreślał, że nauczyciel obecnie nie ma realnych możliwości, by móc walczyć o swoje prawa. – Ochrona praw nauczycieli nie jest sprzeczna z ochroną dziecka – podkreślał.
Projekt zakłada powołanie rzecznika zarówno ogólnopolskiego, jak i rzeczników wojewódzkich. – Rzecz kluczowa: rzecznik nie będzie sądem, nie będzie uniewinniał i nie będzie karał. Ten projekt nie blokuje postępowań dyscyplinarnych. […] Ten projekt tworzy równowagę w rzeczywistości, w której nauczyciel obecnie jest najsłabszym ogniwem – mówił poseł Józefaciuk.
Jak dodał: – To nie jest koszt, ale inwestycja w stabilność systemu […] To jest projekt środowiska na które środowisko czeka. To jest projekt, który woła o realną ochronę – podkreślał poseł niezrzeszony.
Jednocześnie zaprosił wszystkie kluby parlamentarne do współpracy w tym zakresie. Zaznaczył, że przekazał już do klubów materiały do współpracy i nadal będzie je dostarczał. – Chciałabym, żeby to było nasze wspólne działanie, a nie tylko działanie jednej z grup – podkreślił Józefaciuk.
Po ogłoszeniu projektu, jako Strefa Edukacji zapytaliśmy posła Józefaciuka, czy propozycja dotycząca rzecznika praw nauczyciela może być początkiem szerszych działań na rzecz ochrony tej grupy zawodowej, a w przyszłości — stworzenia izby nauczycielskiej.
– Obecnie nie widzę politycznej, ani finansowej woli, bo taka izba niestety trochę by kosztowała, dlatego wyobrażam sobie, że powołanie rzecznika, które jest o wiele mniej kosztowne pokazałoby, że powołanie izby nauczycieli będzie docelowo najlepszym pomysłem, bo taki rzecznik byłby wówczas po stronie takiej izby – podsumował Marcin Józefaciuk.
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Treść projektu wraz z uzasadnieniem – TUTAJ
Filmowa relacja z wystąpienia Posła Marcina Józefaciuka – TUTAJ
Dzisiaj proponuję lekturę tekstu zaczerpniętego z dawno nieodwiedzanego fb-profilu dr Tomasza Tokarza. Będzie to kolejny przykład refleksji na temat „po co dziecko ma chodzić do szkoły”:
Bądźmy szczerzy – podstawowym powodem, dla którego edukacja jest obowiązkowa do 18 roku życia jest to… że trzeba dzieciom zapewnić opiekę, kiedy rodzice są w pracy. I to takimi zadaniami, które odciągną ich od naturalnego dla dzieci bzikowania.
Ale skoro już jest obowiązkowa to nauka powinna mieć sens.
Wg mnie sens jest w pięciu wymiarach.
a) odpowiednia organizacja pracy – większość dzieci nie zorganizuje sobie samemu pracy, potrzebują ram, które im wskażą, kiedy jest czas na naukę, nadaje to strukturę i rytm.
b) mobilizacja – większość dzieci nie ma motywacji do robienia tego, co wymaga wysiłku w nieznanym obszarze, po prostu takie mają mózgi. Potrzebują odpowiednich impulsów i sensownej gratyfikacji za trud.
c) ukierunkowanie – większość dzieci będzie zagubiona jeśli zostawimy je zupełnie same sobie, potrzebują mądrego przewodnika, który pokaże im różne aktywności i pomoże wybrać odpowiednią dla nich, taką w której mogą się specjalizować (ot taki trd) metodyka uczenia się – większość dzieci ma problemy z doborem odpowiednich dla siebie sposobów uczenia się, Potrzebują rozpoznania swoich mocnych stron i preferencji ze strony mądrego dorosłego.
d) metodyka uczenia się – większość dzieci ma problemy z doborem odpowiednich dla siebie sposobów uczenia się, Potrzebują rozpoznania swoich mocnych stron i preferencji ze strony mądrego dorosłego.
e) monitorowanie postępów – większość dzieci ma trudność w oszacowaniu na jakim jest poziomie. Potrzebują określenia postępów i informacji zwrotnej – co jest już dobrze, a co wymaga poprawy.
To wszystko oczywiście jest w szkołach. Ale wg mnie klasyczne szkolne narzędzia do tych obszarów przestały się sprawdzać.
Organizacja pracy jako sztywny plan lekcji, taki sam dla każdego, nie pomaga w planowaniu własnych działań. Potrzeba tu większej personalizacji.
Mobilizacja przez straszenie lub opowieści o przyszłym sukcesie – przestała realnie angażować. Potrzeba więcej naturalnych motywatorów (np. działanie z innymi).
Ukierunkowanie przez 45 minutowe obowiązkowe pakiety – nie daje czasu na wybór kierunku. Potrzeba większej specjalizacji.
Metodyka uczenia się – w postaci komunikatu „ucz się więcej” – nie przekłada się na realne zrozumienie. Potrzeba większej uwagi dla ucznia.
Monitorowanie przez cyferki – nie daje wartościowej informacji jak się uczyć. Potrzebujemy uzupełnienia ich o pomocne wskazówki.
Potrzeba zmian w tych obszarach zamiast ciągłego dodawania czegoś do podstawy i wprowadzenia nowych obligatoryjnych przedmiotów. 90% dyskusji o reformie sprawdza się do tego – do uczenia jakich rzeczy będziemy zmuszać dzieci. Brakuje refleksji – jak naprawdę mądrze będziemy wspierać ich rozwój.
Źródło: www.facebook.com/tomasztokarzIE/
Minister Edukacji Barbara Nowacka wystosowała odpowiedź na list otwarty skierowany przez Prezesa Librus sp. z o.o. w sprawie bezpieczeństwa danych w dziennikach elektronicznych.
W liście otwartym Prezes Librus sp. z o.o. wskazał, że 81,37% kont nauczycieli w dzienniku elektronicznym prowadzonym przez tę spółkę nie używa dwuskładnikowego uwierzytelniania przy logowaniu się. List zawierał też domaganie się, by Ministerstwo Edukacji Narodowej „odrobiło swoje zadanie domowe z przedmiotu, jakim jest »bezpieczeństwo danych uczniów«”.
W odpowiedzi Minister Edukacji wskazuje, że bezpieczeństwo danych przetwarzanych w dziennikach elektronicznych powinno stanowić jeden z podstawowych priorytetów. Jednocześnie jednak podkreśla, że obecnie obowiązujące przepisy w sposób jednoznaczny nakładają obowiązek zabezpieczenia danych gromadzonych w dziennikach elektronicznych przed dostępem osób nieuprawnionych na dostawców tych dzienników.
Prawo, zdaniem Minister Edukacji, musi być proste i nieprzeregulowane. Dwuskładnikowe uwierzytelnianie może być bowiem już teraz wprowadzone obowiązkowo przy logowaniu się, bez oczekiwania na dodatkowe regulacje prawne. Wystarczy, że dostawca komercyjnego narzędzia sam podejmie taką decyzję. […]
W obliczu doniesień medialnych o nieuprawnionych logowaniach na konta nauczycielskie w dziennikach elektronicznych Ministerstwo Edukacji Narodowej widzi potrzebę stworzenia centralnego państwowego dziennika z bezpiecznym systemem logowania się opartym o systemy mObywatel. Wspólnie z Ministerstwem Cyfryzacji przygotowujemy pilotaż tego rozwiązania. 1 września 2027 roku planowana jest pierwsza faza wdrożenia państwowego dziennika elektronicznego w szkołach.
Źródło www.gov.pl/web/edukacja/

















