Foto: screen z relacji filmowej [www./tvn24.pl]

 

Marzena Machałek – wiceminister edukacji i Marcin Smolik – dyrektor Centralnej Komisji Egzaminacyjnej podczas dzisiejszej konferencji prasowej w MEN (relacja TVN24)

 

 

Dziś rozpoczęła się trzecia seria tegorocznych egzaminów – tym razem wieńcząca kształcenie w szkolnictwie zawodowym. Będą to: egzaminy potwierdzające kształcenie w zawodzie (w dwu formułach: 2012 i 2017) – dla absolwentów zawodowych szkół ponadgimnazjalnych i szkół policealnych, oraz egzamin zawodowy (formuła 2019) do którego mogą przystąpić słuchacze szkół policealnych o jednorocznym cyklu kształcenia, którzy rozpoczęli kształcenie w roku szkolnym 2019/2020 i słuchacze szkół policealnych o dwuletnim cyklu kształcenia, którzy rozpoczęli kształcenie w roku szkolnym 2019/2020 i kształcą się w zawodach dwukwalifikacyjnych.

 

Nie cieszy się on taką popularnością mediów jak matura i egzamin ósmoklasisty. Mimo długich poszukiwań nie udało się nam znaleźć żadnej relacji z przebiegi ich pierwszego dnia.

 

Jedynymi mediami, które zamieściły relacje z konferencji prasowej, zorganizowanej dziś na ten temat w MEN była stacja TVN 24 i portal BrandsID. Oto fragment informacji z tego drugiego źródła, zatytułowanej „Machałek: dla ponad 250 tys. osób rozpoczęła się letnia sesja egzaminów zawodowych”:

 

[…] „Dziś zaczyna się kolejny egzamin, ważny egzamin” – powiedziała wiceminister edukacji Marzena Machałek w poniedziałek na konferencji prasowej. Poinformowała, że przeprowadzono już 95 proc. egzaminów maturalnych w obecnej czerwcowej sesji głównej (sesja zaczęła się 8 czerwca, potrwa do 29 czerwca), oraz w ubiegłym tygodniu przeprowadzono egzaminy ósmoklasisty.

 

Wiceminister podała, że w obecnej sesji letniej do egzaminów potwierdzających kwalifikacje zawodowe przystąpi 250 tys. osób. Łącznie, w sesji zimowej i letniej, do egzaminów zawodowych przystąpi w 2020 r. ponad 430 tys. zdających.

 

Czytaj dalej »



Foto:Adam Guz/KRRM[www.premier.gov.pl]

 

Premier Mateusz Morawiecki podczas wizyty w firmie <11 bit studios>, gdzie 18 czerwca zgłosił inicjatywę wprowadzenia do kanonu lektur szkolnych gry komputerowej „This War of Mine”.

 

 

Dzień po wydarzeniu, podczas którego wykonano prezentowane powyżej zdjęcie, Paweł Łęcki na swym fejsbukowym profilu zamieścił taki oto „list otwarty” do Premiera Mateusza Morawieckiego. Przytaczamy go bez skrótów i jakiejkolwiek obróbki redakcyjnej – z wyjątkiem zastosowania hipertekstu, pozwalającego czytelnikom lepiej zorientować się w faktach, o których pisze Autor listu:

 

 

Szanowny Panie Premierze. Ja w sprawie ideologii.

 

Przepraszam, że tak późno, bo sprawdzałem matury. Sam Pan widzi, nie mogę sobie pozwolić na wywiady, odwiedziny w studiach produkujących gry komputerowe, wizyty w różnych miastach, bo muszę zajmować się przyziemnymi sprawami.

 

Muszę jednak przyznać, że za grę komputerową w kanonie lektur ma Pan u mnie wielki szacun. Taki autentyczny, bez cienia ironii. Najbardziej mnie cieszy, że tym samym udowodnił Pan, że Minister Edukacji jest do niczego niepotrzebny, bo to Pan w firmie 11 bit studios wpadł na ten świetny pomysł i go zrealizował. Minister Edukacji nie wpadł na żaden pomysł i nic nie zrealizował. Mam nadzieję, że docenia Pan tę ironię losu.

 

Wrócimy jednak do ideologii. Powiedział Pan, że rodzice muszą mieć wgląd w program nauczania w szkołach i muszą mieć większy udział w podstawach programowych i zwłaszcza w dodatkowych przedmiotach proponowanych w szkole, bo rodzina musi być wolna od ideologii.

 

To bardzo miło z Pana strony, tylko ja trochę się martwię, czy jak już nie będę mógł choćby wspomnieć o homoseksualistach i ideologii LGBT, cokolwiek to oznacza, to nie wiem, czy będę mógł mówić o synekdochach?

 

A jeśli jakiś rodzić uzna, że synekdochy są bez sensu i nie powinienem o nich uczyć? I wykreśli mi je z podstawy programowej? Obawiam się, że wiedza sporej części społeczeństwa o synekdochach jest mniej więcej taka, jak o homoseksualistach, więc łatwo o narodowy lęk przed synekdochami.

 

Generalnie, Panie Premierze, to ja martwię się o cały język polski w szkole, bo nie wiem, czy Pan wie, ale literatura to jedna wielka ideologia. Jak mi rodzice zaczną wykreślać wszystko, co im się nie podoba, to skończy się tak, że będę uczył interpretacji tekstu z instrukcji przeciwpożarowej.

 

Wesele Wyspiańskiego. Polacy są beznadziejni. Czy mogę o czymś takim uczyć? Dżuma Camusa. Większość pozytywnych bohaterów to ateiści. Czy to wypada nauczycielowi o czymś takim mówić? A jak rodzic nie lubi Szymborskiej, to też wywalić? Tokarczuk to chyba powinienem od razu, a przecież jest na liście lektur. A mam wrażenie, że Tokarczuk Pana nie lubi z powodów ideologicznych.

 

Czytaj dalej »



Foto: archiwum prywatne [www.kobieta.onet.pl/dziecko/]

 

Marianna Kłosińska – od 2007 roku prowadzi Fundację Bullerbyn, a w jej ramach projekt Wioska Bullerbyn

 

 

W sobotę 20 czerwca Marianna Kłosińskana swoim profilu Fb zamieściła post, który jest jej komentarzem do pogladów Marzeny Żylińskiej i Tomasza Tokarza, jakie wypowiadali 17 czerwwca podczas prezentowanej na stronie Edukatorium rozmowy wokół książki Tomasza Tokarza „Szkoła ma być dla ucznia” –  [TUTAJ]

 

Oto co Marianna Kłosińska napisała (zamieszczamy post bez skrótów):

 

Końcówka spotkania to rozbieżność pomiędzy Marzeną Źylińską a Tomaszem Tokarzem w postrzeganiu oceniania/stopni w szkole. Ciekawie. Dorzucę i swoje 3 grosze.

Z mojej perspektywy teraz to temat oceniania jako zjawiska kulturowego i psychologicznego.

 

Nie wystarczy zrezygnować ze stopni w szkole, żeby temat przestał istnieć. Doskonale pokazały to lata, w których w edukacji wczesnoszkolnej możliwa była tylko… opisowa – ocena. Tomek chciałby, aby to narzędzie było formą informacji zwrotnej określającej „level” osiągnięty przez gracza, którym jest uczeń realizujący cel.

 

Git. Kupuję to. Sama znam ten mechanizm z codziennego funkcjonowania. Wiem jakie kroki prowadzą do celu i odhaczam sobie to, co załatwiłam. Lubię to. Problemem nie jest narzędzie. Problemem są postawy. Rację przyznaję Marzenie, która chciałaby ocenę całkowicie wyeliminować ze szkoły. Sama to zrobiłam w koncepcji Wolna Szkoła Demokratyczna Bullerbyn

 

Ale…

 

 

Czytaj dalej »



19 czerwca zamieściłem na OE post z profilu Mikołaja Marceli, któremu dałem tytuł Mikołaj Marcela pyta: Co właściwie oznacza słowo „wychowanie”?” Materiał ten pozostawiłem bez komentarza redakcyjnego, ale nie znaczy, że to co kolego Mikołaj tam napisał nie wzbudziło moich refleksji.

 

Moich refleksji – to znaczy absolwenta pedagogiki na UŁ, byłego st. asystenta w Zakładzie (od 1982 roku Katedrze) Pedagogiki Społecznej, placówki, której twórcą i kierownikiem w latach 1962 – 1972 był Aleksander Kamiński, ten sam, który w jednym z napisanych przez siebie życiorysów napisał „zawodem moim było wychowawstwo”. Moich – to znaczy dziś już starszego pana, od 15-u lat nauczycielskiego emeryta, który w kolejnych esejach wspomnieniowych odtwarza swoją drogę do „bycia wychowawcą”...

 

Zacznę od tego, od czego zaczął także Mikołaja Marcela – od etymologii. Napisał on:

 

...termin ten wywodzi się od „chowu” i pierwotnie oznaczał „żywienie”. A więc hodowlę. Wiem, zmienił swoje znaczenie w ciągu ostatnich dwustu lat, ale jednak ilekroć słyszę to słowo, pobrzmiewa w nim dla mnie jego rdzeń.”

 

To prawda, ale gdyby z podobnych powodów deprecjonować wszystkie polskie słowa, to należałoby wykreślić także słowo „kultura”.

 

Nie będę tu robił wykładu na temat definiowanie pojęcia wychowanie, ale zacytuję jedynie to co o tym w 1964 roku napisał prof. Zygmunt Mysłakowski, a zainteresowanych odeślę linkiem do szerszych źródeł – TUTAJ

 

Wychowanie istnieje prawdopodobnie tak dawno jak cywilizacja, i objawia się we wszystkich rasach i pod wszystkimi szerokościami geograficznymi. Jest to więc olbrzymia masa faktów stanowiąca część socjalnego wychowania człowieka” (Z. Mysłakowski,1964)   [Źródło: www.wychowanieprace.wordpress.com]

 

I właśnie na ten aspekt – społeczny – muszę koniecznie zwrócić uwagę koledze Marceli i Czytelników. Otóż o ile „hodowla” to rzeczywiście troszczenie się o zaspokajanie potrzeb biologicznych niesamodzielnych jednostek, to w treści i istocie działań wychowawczych jest przekazywanie młodym ludziom tego wszystkiego, co jest, a zwłaszcza co będzie, im potrzebne do funkcjonowania w społeczeństwie. Bo gatunek homo sapiens w bardzo niewielkim stopniu posiada instynkty, które umożliwiają jego osobnikom – jak np. ptakom wędrownym odbywanie sezonowych migracji i powroty do swych gniazd – funkcjonowanie w strukturach społecznych. A edukacja, zawężona jedynie do przekazywania wiedzy, czyli „suchych” informacji, nie załatwia sprawy.

 

Napisał Pan także: „…wychowanie ma z nas zrobić ludzi. Cóż, tak się składa, że w swoim życiu trochę interesowałem się historią, sporo czytałem o naszych ludzkich „dokonaniach” i nie wiem, czy akurat człowiek jest dobrym wzorem do naśladowania”. Słowa te – przyznam – nie tyle mnie oburzyły, co zaskoczyły. Bo nie spodziewałem się po Panu takiego uproszczenia. To tak jakby deprecjonować macierzyństwo i ojcostwo tylko z tego powodu, że znamy setki, tysiące przykładów maltretowania dzieci przez swoich rodziców, albo – dziś aktualny temat – pedofilii w rodzinie.

 

Albo inna teza: „…straszne jest nieustanne myślenie o ludziach w kategoriach ich wartości. To nieustanne ocenianie i wartościowanie, które jest zmorą szkoły i edukacji (gdzie zaczyna się od ocen, średnich, świadectw z paskiem i rankingów uczniów i szkół), ale też dorosłego życia.”

 

Drogi Panie Mikołaju! Coś się Panu pomyliło. Wychowanie nie polega na myśleniu o ludziach w kategoriach ich wartości, rozumianym jak w pracy brakarza w fabryce, a na wprowadzaniu młodego człowieka w świat wartości, które stanowią fundament bytu społecznego wspólnot, w których będzie on funkcjonował.

 

A przy okazji muszę dodać, jako uczeń szkoły pedagogiki społecznej, to o czym nie tylko wiem, ale co praktycznie realizowałem całe moje dotychczasowe życie: wychowanie nigdy się nie kończy, może/powinno towarzyszyć człowiekowi przez całe jego życie. Zmieniają się tylko jego formy i „nadawcy”. Jak to przed dziesiątkami lat określił prof. Kamiński „najlepsze wyniki osiąga ten wychowawca, który nie dyryrguje i nie manipuluje ludźmi, lecz przoduje, inspiruje, pobudza i dopomaga”.

 

I dlatego Pana słowa „…wychowanie najczęściej utożsamiane jest z uległością, posłuszeństwem, zachowywaniem tak jak powinno się zachować. W tym terminie pobrzmiewa dla mnie tłumienie buntu i oporu, zakaz robienia rzeczy po swojemu i bycie sobą, nawet jeśli nie podoba się to osobom, które mają nad nami jakąś władzę” traktuję nie jako wytknięcie tych okropnych cech wychowaniu jako takiemu, a jedynie – i słusznie – jego patologicznym wynaturzeniom!

 

Kończąc: mam nadzieję, że znajdzie Pan, Panie Mikołaju, trochę czasu na zgłębienie prawdziwej wiedzy o tym czym jest i powinno być wychowanie w procesach społecznego wrastania kolejnych pokoleń w społeczności, i że uzna Pan za nieporozumienie słowa, od których zaczął Pan ów post z 11 czerwca: „Jest jedno słowo, którego absolutnie nie znoszę. Tym słowem jest „wychowanie”.

 

 

Włodzisław Kuzitowicz

 



 

Dzisiaj na blogu „Wokół Szkoły” Jarosław Pytlak zamieścił tekst „Módlmy się o wrzesień bez pandemii!” Jako że jest to bardzo trafna replika do tez, prezentowanych w artykule z „Gazety Prawnej” – udostępniamy niezwłocznie jego obserne fragmenty i link do pełnej wersji:

 

W „Dzienniku. Gazecie Prawnej” artykuł Artura Radwana: „Koniec ze zdalną nauką na niby. MEN szykuje zmiany po skargach rodziców”. „Przeczytasz w 3 minuty” – widnieje pod nagłówkiem tego tekstu w internecie. Czytam regularnie „Dziennik” i cenię tę gazetę za częste podejmowanie tematów związanych z edukacją. Poświęciłem zatem 3 minuty, żeby dowiedzieć się, co ciekawego ma do zaproponowania nasza oświatowa władza. Ba, wchłonąłem tekst chyba nawet szybciej, bo perspektywa września, to temat pasjonujący dla każdego dyrektora szkoły i dobrze, że wreszcie zaistniał w informacyjnym mainstreamie.

 

Opis sytuacji mamy w tytule. Zdalna nauka w obecnej wersji jest „na niby”. Rozumiem przez to, że wszyscy udają – jedni, że nauczają, inni, że uczą się. Oczywiście owe „niby” można uznać za ocenę realnej wartości nauczania na odległość, ale słowa „po skargach rodziców” sugerują raczej winę systemu szkolnego i pracujących w nim ludzi.

 

Odebrałem to jako przykre i nie do końca sprawiedliwe podsumowanie wysiłku nauczycieli, wśród których znalazło się jednak, moim zdaniem, niemało takich, którzy wypełnili sensowną treścią swoją zdalną współpracę z uczniami. A także wielu uczniów, którzy w mniejszym lub większym stopniu poradzili sobie z wymuszoną przez sytuację samodzielnością w nauce. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, ale generalizacja z określeniem „na niby” wydaje mi się jednak przesadą. Choć muszę przyznać, że to świetny chwyt retoryczny na użytek legionów niezadowolo- nych rodziców, którym zresztą osobiście współczuję wiedząc, że nie zapisywali się na ochotnika do uczenia w domach własnych dzieci. Jednak dla nakreślenia pełnego i sprawiedliwego obrazu sytuacji warto byłoby uwzględnić także punkt widzenia nauczycieli. Niestety, atmosfera wokół tego zawodu jest cały czas fatalna – i mało kto (a już na pewno nie minister edukacji ) interesuje się opiniami i odczuciami – proszę wybaczyć sarkazm – obiboków, którzy zdaniem wielu, korzystając z zamknięcia szkół, umościli się jeszcze wygodniej niż zazwyczaj. […]

 

W artykule pojawia się adwokat, ekspert ds. oświaty, pani mecenas Beata Patoleta, która informuje, że jeśli MEN wprowadzi obowiązek prowadzenia lekcji przez internet, „w dużej mierze odciąży rodziców, którzy przejęli obowiązki nauczycieli i tłumaczą dzieciom zadania wysłane przez nich”, podpierając to słuszne ministerstwa działanie argumentem, że „przy tak ograniczonej formie kształcenia rodzice mają prawo zarzucać resortowi edukacji, że łamie art. 70 konstytucji, czyli ogranicza dzieciom prawo do nauki”. Chciałoby się powiedzieć – trafiony, zatopiony, choć ja osobiście nie potrafię z rzeczonego artykułu ustawy zasadniczej wysnuć jakiegoś standardu nauczania, który byłby obecnie łamany.

 

Czytaj dalej »



 

Niedawno (w czwartek, 18 czerwca) Tomasz Tokarz napisał na Fb tekst „refleksyjno-historyczno-edukacyjny, który uznaliśmy za tak rzadko w ostatnich latach spotykany, iż zamieszczamy go na naszej stronie w całości:

 

Mamy czasem nieco naciągane wyobrażenie, że podstawową intencją wprowadzenia przymusowych, zuniformizowanych szkół opartych na przymusie edukacyjnym była chęć oświecania mas.

 

Oczywiście światli reformatorzy o tym mogli myśleć, ale władze państw w XVIII-XIX wieku, które się na ten krok zdecydowały, miały cele wychodzące poza te szlachetne ideały. Chodziło o efektywniejsze zarządzanie masami.

 

Chodziło o wyprodukowanie obywateli:

 

a)zdolnych do rozumienia przekazów propagandowych (w prasie i broszurach),

 

b)rozumiejących instrukcje (można było zaoszczędzić na nadzorcach),

 

c)rozumiejących, że są częścią państwa/narodu, któremu winni są posłuszeństwo.

 

Jak myślcie po co wprowadzono przymus szkolny np. w Holandii, skoro tam 99% społeczeństwa już przed zadekretowaniem przymusu umiało czytać i pisać? By ich jeszcze bardziej oświecać? A może dlatego, bo nie było kontroli nad tym, co czytali?

 

No okej, powiecie – indoktrynacja i urabianie to jedno, ale przecież przymusowe szkoły nauczyły uczniów ostatecznie czytać. No tak. Ale jeszcze jest ważne, co możesz czytać.

 

Czytaj dalej »



Foto: Krzysztof Ćwik [www. wroclaw.wyborcza.pl]

 

19 czerwca na stronie „Głosu Nauczycielskiego” zamieszczono taki oto apel, skierowany do kandydatów na Prezydenta RP:

 

ZNP: Zapraszamy kandydatów na prezydenta do dyskusji o edukacji

 

Ponieważ kandydaci na prezydenta RP unikają tematu edukacji, Związek Nauczycielstwa Polskiego zaprosił ich do debaty na temat przyszłości polskiej oświaty.

 

Proponujemy, aby deklaracja obywatelska  >>Szkoła, jakiej chcemy<<  stała się punktem wyjścia do bieżącej dyskusji o kształceniu. Zapraszamy tych kandydatów, dla których edukacja jest ważna, na rozmowę o edukacji” – czytamy w zaproszeniu skierowanym do 11 kandydatów ubiegających się o najważniejszy urząd w Polsce.

 

Apel ten jest reakcją na zorganizowaną przez TVP 17 czerwca br. debatę prezydencką.

Jedenastu kandydatów, którzy zmierzą się w pierwszej turze wyborów 28 czerwca, odpowiadało na pięć pytań. Ubolewamy, że żadne z nich nie dotyczyło tak ważnej kwestii, jaką dla całego społeczeństwa i kraju, jest edukacja. Jest to istotne szczególnie teraz, kiedy obserwujemy skutki reformy edukacji Anny Zalewskiej i zastanawiamy się, jak będzie wyglądało kształcenie od września” – ocenił Związek.

 

Oto zaproszenie, jakie wystosował ZNP do kandydatów na prezydenta:

 

17 czerwca br. odbyła się w TVP debata wyborcza kandydatów na prezydenta. Jedenastu kandydatów, którzy zmierzą się w pierwszej turze wyborów 28 czerwca, odpowiadało na pięć pytań. Ubolewamy, że żadne z nich nie dotyczyło tak ważnej kwestii, jaką dla całego społeczeństwa i kraju, jest edukacja. Jest to istotne szczególnie teraz, kiedy obserwujemy skutki reformy edukacji Anny Zalewskiej i zastanawiamy się, jak będzie wyglądało kształcenie od września.

 

Niestety, nie poznaliśmy opinii kandydatów na prezydenta dotyczących najważniejszych pytań o przyszłość oświaty. Jakie kierunki zmian proponują i popierają? Co zamierzają uczynić, by nauka w szkole była bardziej dostosowana do potrzeb współczesnego świata, a szkoła była uczestniczką życia wspólnoty lokalnej, krajowej i globalnej. A także miejscem samorealizacji zarówno nauczycielek i nauczycieli, jak i uczących się.

 

W ubiegłym roku podpisaliśmy razem z organizacjami pozarządowymi deklarację obywatelską „Szkoła, jakiej chcemy”. Zgodziliśmy się, że szkoła, jaką chcemy tworzyć, to szkoła:

 

*kompetencji kluczowych
*współpracy, a nie rywalizacji
*projektów, badań i debat
*obywatelska
*szkoła, która decyduje o sobie
*równych szans
*szkoła, która wspiera uczniów i dba o dobre relacje
*dobrze finansowana
*nauczycieli profesjonalistów
*bez polityki.

 

Proponujemy, aby deklaracja obywatelska „Szkoła, jakiej chcemy” stała się punktem wyjścia do bieżącej dyskusji o kształceniu. Zapraszamy tych kandydatów, dla których edukacja jest ważna, na rozmowę o edukacji”.

 

 

Źródło: www.glos.pl

 



 

 

11 czerwca Mikołaj Marcela zamieścił na swoim fejsbukowym profilu tekst, w którym uzasadnia dlaczego nie znosi słowa „wychowanie”. Dopiero dziś postanowiliśmy udostępnić ten post na naszej stronie – wcześniej zawsze wyskakiwały jakieś bardziej „gorące” tematy. Jednak uznaliśmy, że nie możemy odłożyć tego „ad acta”, gdyż zawarte tam tezy i spostrzeżenia mogą Was pobudzić do własnych refleksji nad osobistym stosunkiem, nie tylko do słowa, ale przede wszystkim do tego, jak Wy interpretujecie swoje działanie, wykonywane w ramach tego, co oficjalnie nazywane jest „funkcją wychowawczą szkoły”.

 

Jest jedno słowo, którego absolutnie nie znoszę. Tym słowem jest „wychowanie”. Od kilku dni na Facebooku krą Mikołaj Marcela ży „przypowieść”, która zaczyna się tak: „Na pierwszym miejscu powinno być wychowanie, a dopiero później wykształcenie”. A potem zaczyna się historia o profesorze, który zapisuje na tablicy cyfrę 1 i informuje swoich studentów, że „człowieczeństwo to najważniejsza wartość w życiu”. Następnie dopisuje kolejne zera do jedynki, demonstrując oniemiałym studentom, że osiągnięcia, doświadczenie, sukces, miłość, odpowiedzialność uszlachetniają człowieka i potęgują jego wartość. Na koniec efektownym gestem zmazuje cyfrę 1 i stwierdza: „Jeśli nie będziecie zachowywać się jak ludzie, cokolwiek byście zrobili i tak pozostaniecie zerem„.

 

Szczerze mówiąc, dawno nie czytałem czegoś równie strasznego i nacechowanego wszystkim tym, co drażni mnie w edukacji. Po pierwsze, czy rzeczywiście na pierwszym miejscu powinno być wychowanie? Jestem wprawdzie literaturoznawcą a nie językoznawcą, ale o ile mi wiadomo, termin ten wywodzi się od „chowu” i pierwotnie oznaczał „żywienie”. A więc hodowlę. Wiem, zmienił swoje znaczenie w ciągu ostatnich dwustu lat, ale jednak ilekroć słyszę to słowo, pobrzmiewa w nim dla mnie jego rdzeń. I najczęściej tym właśnie staje się „edukacja” i temu służy szkoła – (prze)chowaniu dzieci.

 

Czytaj dalej »



Foto: www.bardo.pl

 

W tym roku takich uroczystości nie będzie…

 

 

Już 16 czerwca Monika Sewastianowicz na portalu Prawo.pl w artykule „Brakuje wytycznych dla zakończenia roku” podjęła ten niedopowiedziany prawnie problem. Oto fragmenty, które odnoszą się bezpośrednio do dylematu, przed którym staną wkrótce nie tylko dyrektorzy szkół i nauczyciele, ale także uczniowie i ich rodzice:

 

Dzieci muszą zobaczyć się z nauczycielem oraz odebrać świadectwa i nagrody – uważa część rodziców. U innych takie pomysły budzą ogromne wątpliwości oraz obawy o bezpieczeństwo. Od strony prawnej zastanawia natomiast fakt, czy organizacja szkolnej uroczystości to dobry powód, by zrobić wyjątek od pracy zdalnej.

 

Rada rodziców ustaliła, że uczniowie mają przyjść do szkoły i spotkać się ze swoją wychowawczynią – do klasy będą wchodzić czwórkami i odbierać świadectwa. Nie da się jednak uniknąć sytuacji, że w szkole tego dnia spotka się… 800 dzieci i ich opiekunowie. Eufemistycznie mówiąc, nie wydaje się to dobrym pomysłem w czasie epidemii mówi matka uczennicy jednej z warszawskich szkół. […]

 

W gestii dyrektora szkoły leży decyzja o tym w jakim zakresie i w jaki sposób szkoła prowadzi zajęcia czy inne swoje działania, w tym – w jaki sposób organizuje wydawanie świadectw związane z zakończeniem zajęć mówi radca prawny Maciej Sokołowski, specjalizujący się w prawie oświatowym.

 

Dyrektorzy mogą zdecydować się na przeprowadzenie uroczystości zakończenia roku w formie on-line. Korzystając z upoważnienia do realizacji zadań szkoły w „inny sposób” dyrektorzy mogą jednak zorganizować zakończenie zajęć na terenie szkoły, z bezpośrednim udziałem uczniów, jeżeli ograniczy się zakończenie zajęć do samego wręczenia uczniom świadectw i będzie się je traktować jako czynność techniczną (administracyjną) szkoły wobec ucznia – tłumaczy. […]

 

Czytaj dalej »



W kontekście z wczorajszymi informacjami o zamiarach ministra Piontkowskiego, dotyczącymi pracy szkół po 1 września 2020 , proponujemy obejrzenie i wysłuchanie dyskusji, jaką dziś proponuje Edu Klaster.

 

 

Gospodarzem tego wydarzenia będzie Wojtek Gawlik, który przygotował je we współpracy z Polską Radą Organizacji Młodzieżowych PROM oraz stroną poświęconą edukacji „Pedagog”

 

Jego rozmówcami będą:

 

Zuzanna Żylewska – uczennica I klasy LO w Zespole Szkół Chemicznych w Krakowie,

 

Piotr Lazarek – uczeń gliwickiej szkoły FILOMATA oraz Dulwich College w Londynie. Od ponad trzech lat rozwija swoje projekty naukowe w dziedzinie inżynierii środowiskowej,

 

Anna Skierska– absolwentka liceum o profilu matury międzynarodowej IB (International Baccalaureate) w Szczecinie, laureatka pierwszej nagrody w konkursie Explory 2019 za projekt „Zmodyfikowane nanokrystaliczne ogniwo słoneczne”,

 

Aleksandra Sawa – facylitatorka i edukatorka, ekspertka Instytutu Bezpieczeństwa Społecznego i członkini zarządu Polskiej Rady Organizacji Młodzieżowych (PROM).

 

 

Zapraszamy na stronę EDU-klaster   –   TUTAJ