Foto: www.mikolaj.org.pl

 

Podczas poszukiwania na „branżowych” portalach i stronach internetowych wartych upublicznienia materiałów, zwrócił naszą uwagę materiał, zamieszczony 9 czerwca na portalu „Edukacja-Internet-Dialog”, zatytułowany„Edukacja dzieci ma wysoki priorytet w polskiej rodzinie, nawet w mniej zamożnej.Wyniki raportu.Oto dwa fragmenty tego tekstu:

 

Według 44% respondentów badania „Równy dostęp do edukacji dzieci imłodzieży” zrealizowanego przez Fundację Świętego Mikołaja i partnerów, edukacja jest najważniejszym czynnikiem określającym przyszłość dzieci. Wciąż jednak aż 43% respondentów uważa, że dzieci w Polsce nie mają równych szans edukacyjno-rozwojowych, z czego ponad 35% to respondenci z dwojgiem lub większą liczbą dzieci. Niestety według co drugiego respondenta, biorącego udział w badaniu szanse edukacyjne dzieci zależą przede wszystkim od dochodów rodziców.

 

Fundacja Świętego Mikołaja, która od 20 lat nieprzerwanie pomaga dzieciom w potrzebie, przeprowadziła wraz z partnerami ogólnopolskie badanie dotyczące równego dostępu do edukacji i rozwoju cztery lata po wprowadzeniu rządowego programu Rodzina 500+. Wnioski z raportu pokazują, że pieniądze z rządowego programu znacznie zmniejszyły wskaźniki biedy w polskiej rodzinie, ale wciąż niezamożnym rodzicom brakuje średnio 242 zł miesięcznie, aby sprostać wszystkim wydatkom edukacyjnym.[…]

 

Jak pokazały wyniki badania, rodzice twierdzący, że edukacja stanowi najważniejszy czynnik rozwoju dzieci i traktujący wydatki związane z edukacją priorytetowo, mają wielokrotnie problem z poniesieniem jednorazowego i niezaplanowanego wcześniej wydatku na rzecz dziecka. Umożliwianie dostępu do rozwoju zarówno talentów, jak i pasji dzieci i młodzieży z niezamożnych rodzin wciąż pozostaje wyzwaniem. Odpowiednim narzędziem do poprawy sytuacji dzieci i młodzieży mogą być programy stypendialne i budowanie nieodpłatnej oferty kursów i zajęć dla uzdolnionych dzieci.

 

 

 

Cały artykuł „Edukacja dzieci ma wysoki priorytet w polskiej rodzinie, nawet w mniej zamożnej.Wyniki raportu”

                                                                                                                                                               –   TUTAJ

 

 

Źródło: www.edukacjaidialog.pl

 

 

 

Wierni naszej zasadzie – niezwłocznie odnaleźliśmy ową Fundacja Świętego Mikołaja i oryginalny plik z owym raportem, zatytułowany „RAPORT – Równy dostęp do edukacji dzieci i młodzieży w Polsce”, zamieszczony tam 26 maja 2020 roku.

 

Oto fragmenty tej informacji :

 

Fundacja Świętego Mikołaja opracowała raport o dostępie do edukacji i możliwości rozwoju dzieci i młodzieży z niezamożnych rodzin w Polsce. Badania, których wyniki prezentujemy w raporcie realizowane były we współpracy z agencją badawczą 4P i Instytutem Statystyki Kościoła Katolickiego.

 

Mimo że edukacja szkolna w Polsce jest bezpłatna, to jednak rodzice muszą ponosić dodatkowe koszty związane z nauką swoich dzieci, od podstawowych, takich jak zakup książek, zeszytów, wszelkiego rodzaju przyborów do pisania, przez akcesoria sportowe, plastyczne, opłaty za wycieczki szkolne i bilety wstępu, aż po długofalowe wydatki związane z rozwojem indywidualnych predyspozycji, zainteresowań i pasji.[…]

 

Czytaj dalej »



Za dwa tygodnie będą już wakacje. Po raz pierwszy w moim, już dość długim, życiu nie będzie to dla uczniów sytuacja wyraźnego końca codziennego obowiązku odsiadywania po kilka godzin w szkole i radosnej eksplozji czasu „WOLNOŚCI” – wolności nie tylko od lekcji w szkole, ale także od „pracy domowej”. Nie będzie też sytuacji, z którymi zawsze kojarzył się ten dzień: uroczystością wręczania nagród „prymusom” i z nie dla wszystkich radosnym powrotem ze świadectwem do domu. Tegoroczne wakacje zaczną się – nie wiem jak to określić – nijako, „miękko”, a i perspektywa wakacyjnych wyjazdów – z rodzicami i/lub bez nich, na kolonie, obozy – także będzie o wiele mniej oczywista niż w poprzednich latach. Wiadomo – „czas zarazy”…

 

Za dwa tygodnie będę już zapewne po wizycie w obwodowej komisji wyborczej i oddaniu głosu na „mojego” kandydata. Będę z niecierpliwością czekał na studio wyborcze (w oczywistej dla mnie telewizji z ul.Wiertniczej na warszawskim Wilanowie), aby dowiedzieć się „jeszcze ciepłych” wyników sondażu exit poll. Może się ucieszę, może zdenerwuję, a może opadnie mnie rezygnacja…

 

A niejako w tle tych zbliżających się „kulminacji” toczą się, także w „pandemicznym rygorze”, dwa egzaminacyjne seriale: maturalny i „ósmoklasistów”. Do tego drugiego od wtorku, przez kolejne trzy dni, zasiądzie 34 700 uczennic i uczniów. Natomiast egzaminy maturalne, w ich najważniejszej części, to znaczy egzaminów najbardziej masowo zdawanych przez absolwentów (j. polski, matematyka, j. angielski) już się odbyły, Od jutra, z przerwą na weekend, przez najbliższe dwa tygodnie, będą jeszcze przeprowadzane – także w formule pisemnych testów – egzaminy z pozostałych przedmiotów, które zdający mogli wybrać według swoich zainteresowań lub potrzeb rekrutacji na studia wyższe.

 

Z obszaru zdarzeń maturalnych nie ma co komentować najbardziej medialnie nagłośnionego incydentu, jakim był „przeciek” tematu z rozprawki na j. polskimi, bo nie na tym poziomie refleksji staram się pisać te felietony. O tym, czy podjęcie decyzji o przeprowadzeniu obu tych egzaminów w warunkach wcale nie wygaszonego stanu zagrożenia epidemicznego było trafną decyzją „partii i rządu” dowiemy się za około 2- 3 tygodnie. Przeto ja dziś nie o tym.

 

Czytający ten tekst mogą się zastanawiać czemu mają służyć te przedstawione powyżej informacje o wyborach i maturach. Przecież wszyscy o tym wiemy. A jednak nieprzypadkowo właśnie od przywołania tych faktów zacząłem główny nurt tego felietonu.

 

Wracam do wyborów, a właściwie do kampanii wyborczej w wykonaniu naszego „niemiłościwie nam panującego” w mediach „prorządowych”, piąty rok urzędującego w roli Prezydenta RP w pałacu – słusznie zwanym namiestnikowskim – przy Krakowskim Przedmieściu, pana doktora prawa Andrzeja Dudy. Na dwa tygodnie przed „godziną zero” ów pan, podczas spotkania przedwyborczego w Brzegu, powiedział: „Próbuje się nam proszę państwa wmówić, że to ludzie, a to jest po prostu ideologia. Jeżeli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości, czy to jest ideologia, czy nie, to niech zajrzy w karty historii i zobaczy, jak wyglądało na świecie budowanie ruchu LGBT.”

 

Najsmutniejsze jest to, że tematyka mniejszości seksualnych w Polsce stała się stałym elementem wypowiedzi tego kandydata przy każdej nadarzającej się okazji. Występując w stacji TVN powiedział, że sprzeciwia się „indoktrynacji seksualnej” małych dzieci. „… mnie interesuje to, żeby dzieci w szkole nie były poddawane indoktrynacji seksualnej w wieku bardzo małoletnim, kiedy one mają dosłownie kilka lat, kiedy one są w pierwszych klasach szkoły”.

 

Czytaj dalej »



Gdybyśmy ten tydzień zakończyli bez poniższej informacji, musielibyśmy chyba zmienić nazwę naszego informatora. Cóż by to było za obserwatorium, które nie dostrzegłoby TAKIEGO jubileuszu:

 

 

 

Od redaktora „Obserwatorium Edukacji” – Ani i Robertowi Sowińskim – szczere gratulacje, „szacun” za wytrwałość i odporność na przeszkody, życzenia dalszej efektywnej działalności „na niwie” edukacji daltońskiej i doczekania czasów, gdy w MEN powstanie Departament Daltońskiej Edukacji!

 

 

A teraz krotki przegląd niektórych postów okolicznościowych, które na swym profilu zamieściła Anna Sowińska:

 

 

7 czerwca na profilu Anny Sowińskiej pojawił się post:

 

ZACZĘŁO SIĘ W EDUKACJI PRZEDSZKOLNEJ I WCZESNOSZKOLNEJ. Kolejny próg edukacyjny za nami. 10 lat to wiek czwartoklasisty, dla którego plan daltoński to już nie tylko wizualizacje ale samodzielna i odpowiedzialna (współ)praca.

 

Aż łezka się w oku kręci. 10 lat minęło tak szybko!

 

Kiedy przygotowywałam prezentację na nasze urodziny to sama się zaskoczyłam ilu wspaniałych ludzi udało się przez ten czas spotykac, stworzyć przestrzeń dla edukacji

 

Dziękujemy wszystkim, którzy przez 10 lat towarzyszyli nam w tej drodze. […]

 

 

 

 

 

Dalsze teksty z tego samego jak powyżej źródła:

 

 

Czytaj dalej »



 

Foto: www.lekcjaenter.pl

 

Wczoraj (12 czerwca) na stronie „Gazety Prawnej” przykuł naszą uwagę zamieszczony tam artykuł Karoliny Nowakowskiej zatytułowanyZdalne nauczanie: W co dziesiątej szkole bez realizacji podstawy programowej i bez oceniania. Najgorzej w szkołach wiejskich”. Po jego pobieżnym przeczytaniu zaczęliśmy szukać źródeł publikowanych tam informacji i w ten sposób dowiedzieliśmy się, że „Gazeta Prawna” nie była pierwszym medium, które ten temat podjęło.

 

Już 8 czerwca RMF24 na swej stronie zamieściło tekstRaport: Jedna piąta szkół nie dostała wsparcia przy przejściu na edukację zdalną”. Dzień później (9 czerwca) na stronie „Gazety Wyborczej” pojawił się materiał pt. „Raport: jedna piąta szkół bez wsparcia w edukacji zdalnej. Większa pomoc od samorządów niż z MEN.

 

Zastanowiła nas ta popularność tematu, tym bardziej, że i „Portal Samorządowy”, także już w poniedziałek 8 czerwca, zamieścił na swej stronie informację, ale opatrzoną tytułem, zwracającym uwagę czytelnika na inny aspekt problemu: „Jedna piąta szkół nie dostała wsparcia przy przejściu na edukację zdalną”.

 

Wszystkie te materiały w swych informacjach powoływały się na raport z badań, przeprowadzonych w ramach projektu „Lekcja:Enter”. Jego relizacja to wspólne dzieło trzech organizacji: Fundacji Orange, Fundacji Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego i Instytutu Spraw Publicznych. Rzecz w tym, że badanie to w którym uczestniczyło 646 dyrektorek i dyrektorów szkół podstawowych i ponadpodstawowych przeprowadzono… w drugiej połowie kwietnia – dwadzieścia kilka dni po wprowadzeniu – 25 marca – obowiązku zdalnego kształcenia.

 

Oto najważniejsze wyniki tego sondażu – przytaczamy za „Portalem Samorządowym”:

 

[…] Większość szkół przyznała, że ma możliwość zdalnego monitorowania i oceniania postępów uczniów. Najtrudniej przychodziło to szkołom w gminach wiejskich. 58 proc. dyrektorów powiedziało, że wprowadziło wspólne dla wszystkich nauczycieli rozwiązania dotyczące zdalnego kształcenia, 38 proc. dało nauczycielom w tej kwestii wolną rękę. Wśród głównych narzędzi stosowanych w zdalnym nauczaniu dyrektorzy najczęściej wymienili aplikacje do komunikacji, pocztę elektroniczną, dziennik elektroniczny i platformy edukacyjne. Te same narzędzia były też wykorzystywane do oceny pracy uczniów, przy jednoczesnym zastosowaniu tradycyjnych metod. […]

 

Na pytanie o bariery w zdalnej edukacji dyrektorzy szkół wskazali przede wszystkim na brak dostępu uczniów do urządzeń i nieumiejętność obsługiwania przez nich oprogramowania, rzadziej te same problemy dotyczyły nauczycieli. Dyrektorzy mówili też o braku dostępu do sieci zarówno uczniów, jak i nauczycieli, problemach z przepustowością internetu (częściej dotyczyło to szkół w gminach wiejskich) oraz o braku czasu rodziców na wspieranie dzieci w edukacji zdalnej.

 

Nie we wszystkich szkołach wymienione problemy w prowadzeniu edukacji zdalnej wystąpiły na każdym z poziomów nauczania. Ale tylko w 14 proc. szkół dyrektorzy zadeklarowali brak problemów z realizacją podstawy programowej” – zauważyli autorzy badania. Dodali, że szczególnym stopniu przeszkody pojawiły się w edukacji wczesnoszkolnej, częściej występowały też na przedmiotach wymagających ruchu, praktycznych oraz przyrodniczych.

 

Źródło: www.portalsamorzadowy.pl

 

 

Jako że jest naszą dobrą tradycją docieranie do praźródeł możliwie każdej przekazywanej informacji – także i w tym przypadku udało się nam dotrzeć do oryginału Raportu „Dyrektorzy do zadań specjalnych – edukacja zdalna w czasach izolacji”, opublikowanego na stronie „Lekcja:Enter”.

 

 

Czytaj dalej »



Skoro Esej wspomnieniowy: Mój rok 1960 – początek drogi ku wychowawstwu” zakończył się opowieścią o wydarze- niach, które miały miejsce nocą 3. na 4. stycznia 1961 roku, to ten esej, choć ma tytuł „Mój rok 1970”, zacznie się od wspomnień, które swój początek miały jeszcze w ostatnich dniach grudnia 1969 roku.

 

Jak napisałem w eseju Mój rok 1969, czyli lato w Poddąbiu z Leokadią” –  już po niespełna roku od powrotu do Łodzi z Gdyni, gdzie odbywałem moją niechcianą służbę w Marynarce Wojennej, po kilkumiesięcznej pracy w Komendzie Chorągwi Łódzkiej ZHP, od marca 1969, wróciłem do „mojego” poleskiego hufca ZHP, gdzie zostałem wybrany zastępcą komendanta tego hufca, przez jego instruktorów, na konferencji sprawozdawczo-wyborczej.

 

Ów obóz w Poddąbiu był moim pierwszym autorskim dziełem w nowej roli, którego powodzenie dało mi mocny atut w wyrabianiu sobie „marki” na tak poważnym jak na mój wiek (25 lat) stanowisku zastępcy komendanta hufca ZHP, czyli w strukturze władz był to szczebel dzielnicy wielkiego miasta. (w „terenie” to szczebel powiatu.)

 

Ale nie mogłem na tym poprzestać – wiedziałem wszak, że każdy mój krok jest bacznie obserwowany „z dwu stron”: przez władze zwierzchnie (harcerskie i partyjne!), ale także przez kręgi „starych” instruktorów, którzy niekoniecznie kibicowali mojemu wyborowi.

 

Nie wiem skąd wziąłem pomysły na takie a nie inne działania, mające na celu integracją środowiska instruktorów Hufca, ale na pewno nie były one skutkiem szkoleń dla kierowników, bo takich mi nie tylko nie zafundowano, a gdyby nawet – nikt w tych czasach jeszcze nie słyszał o liderowaniu i modelu przywództwa w kierowaniu zespołami ludzkimi. A dzisiejszej ekspertki od tych stylów kierowania – pani profesor Joanny Madalińskiej-Michalak – zapewne nie było jeszcze na świecie…

 

Muszę chyba przyjąć, że była to intuicja młodzieńca, który z dotychczasowych doświadczeń funkcjonowania w różnych strukturach społecznych (klasa szkolna, krąg instruktorów drużyn zuchowych – byłem jego kierownikiem przed powołaniem do wojska, różne role społeczne w załodze OH „Bałtyk”) wyciągnął wniosek, że najważniejsze dla skutecznego kierowania ludźmi jest zdobycie u nich autorytetu i stworzenie z nich grupy, czyli jak to nazywał A. Makarenko – kolektywu.

 

Dlatego już we wrześniu 1969 roku zorganizowałem dwudniowe, wyjazdowe, szkolenie w ośrodku kolonijnym Inspektoratu Oświaty w Grotnikach pod Łodzią. Dziś określiłbym to wyjazdem integracyjnym dla drużynowych, gdyż uczestniczyli w nim, obok absolwentów kursu z Poddąbia, także drużynowi pełniący tę funkcje już wcześniej. Kilka miesięcy później, na okres zimowej przerwy świątecznej w okresie Bożego Narodzenia i Nowego Roku (nie było wtedy ferii zimowych jakie dziś znamy) zorganizowałem zimowisko szkoleniowo-wypoczynkowe dla instruktorów (tych „młodych” oczywiście) w Lutowiskach – bieszczadzkiej wsi na „wielkiej pętli”, na południe od Ustrzyk Dolnych.

 

Foto: www.swiatmap.pl

 

 

I to w Lutowiskach, 27 grudnia 1969 roku, tak naprawdę zaczął się mój rok 1970!

 

Na potrzeby tego felietonu przywołam jedynie kilka faktów, kilka „fleszy” pamięci z owej bieszczadzkiej eskapady:

 

Dokładnie już nie pamiętam ile osób w tym wyjeździe uczestniczyło, ale zapewne było nas tam około trzydziestki – w tym cztery osoby „ścisłej kadry” (czwórka do brydża!). Jechaliśmy z Łodzi pociągiem osobowym, dalekobieżnym, bez przesiadek, do ostatniej najbliższej naszemu celowi stacji Zagórz, bo tam tory kończyły się. Dalsza podróż odbyła się wynajętym autobusem PKS: przez Sanok, Ustrzyki Dolne, Czarną – do Lutowisk. Tam zamieszkaliśmy w drewnianym budynku, noszącym dumną nazwę „Hotel Borowik”. Jako że po tylu latach obiekt ten, odremontowany, nadal tam stoi i nadal pełni funkcję turystycznej bazy noclegowej – choć już pod inna nazwą – prezentuję go na zdjęciu poniżej:

 

Foto: www.bdpn.pl

 

Ośrodek Informacji i Edukacji Turystycznej Bieszczadzkiego Parku Narodowego w Lutowiskach

 

 

Zima była wtedy śnieżna, ale niezbyt mroźna. Na dalsze wyprawy piesze w te dzikie tereny nie było szans ani możliwości – nikt z nas nie był na to odpowiednio wyposażony. Ale po szosie dojść do niedawno co odremontowanej drewnianej cerkiewki w Smolniku było możliwe, tak samo jak do miejsca, gdzie dwa lata wcześniej, specjalnie dla potrzeb filmu „Pan Wołodyjowski”, zbudowano stanicę Chreptiów:

 

Czytaj dalej »



W ubiegłym roku święto „Bożego Ciała” wypadło 20 czerwca. To wtedy zamieściłem Esej na Boże Ciało. O przemożnej sile woli ludu. I jak to się ma do modernizacji edukacji”. Mając ten fakt w pamięci postanowiłem i w tym roku ów dzień, nadal uznawany przez bardzo wielu Polaków za świąteczny, choć dziś pozbawiony wielowiekowej tradycji tłumnych procesji do czterech ołtarzy i obrazu dziewczynek sypiących płatki kwiatowe przed księdzem niosącym monstrancję, zaznaczyć zmianą codziennego rytuału zamieszczania na stronie OE news’ów i artykułów „z innych źródeł”.

 

Przed rokiem był to esej, dziś będzie to formuła felietonu, aczkolwiek „nadzwyczajnego”, czyli nienumerowanego. Motywem przewodnim tego tekstu będzie pytnie: „Czy coś co było ‚od zawsze’ musi być zawsze, tylko dlatego, że było ‚od zawsze’?” A treścią poszukiwanie odpowiedzi na nie.

 

Przed rokiem przedstawiłem krótka historię święta Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, która zaczęła się w 1317 roku. W Polsce święto to było obchodzone od 1320 roku. Jak to przypomniałem, nawet rządy w okresie PRL nie zdecydowały się na jego likwidację. Można by powiedzieć że Boże Ciało, jak potocznie i kalendarzowo jest ono u nas nazywane, z całą jego liturgiczną i kulturową oprawą, jest czymś tak oczywistym i niezmiennym, jak tradycja urządzania wesel czy pogrzebów.

 

Jednak od kilku miesięcy my wszyscy, nie tylko w Polsce, już wiemy, że nawet to co było „od zawsze” nie musi być „na zawsze”.. Wystarczył mikroskopijny wirus, aby to wszystko unieważnić, wykazać całą umowność owych „konieczności”, obnażyć fasadowość tradycyjnych obrządków i uroczystości.

 

Nagle okazało się, że dziesiątki tysięcy zmarłych ofiar epidemii COVID19 można „hurtowo” kremować lub spychaczami zasypywać ziemią w zbiorowych mogiłach, bez obecności nawet najbliższych. I świat toczy się dalej… To prawda, jest to szokiem i traumą dla osób najbliższych w ten sposób grzebanych zmarłych, ale pozostaje bez istotnego wpływy na codzienność pozostałych tysięcy, milionów innych ludzi, żyjących obok, „równolegle”, oglądających te sceny w telewizjach i portalach internetowych. Świat toczy się dalej….

 

Miliony wiernych w Polsce, a zapewne także w Badenii-Wirtembergii, Bawarii, Hesji, Północnej Nadrenii-Westfalii, Nadrenii-Palatynacie, Kraju Saary, Saksonii i Turyngii, gdzie dzień ten jest także dniem wolnym od pracy i też odbywały się tego dnia procesje, przekona się, że choć tych obrzędów w tym roku nie będzie – świat się nie zatrzyma, a życie będzie toczyć się dalej…

 

Bo niezmienne są tylko prawa natury. Wschody i zachody słońca, pory roku – ale tylko co do położenia słońca na firmamencie. Bo jeśli chodzi o warunki atmosferyczne, tu już przekonalismy się, że i one są pochodną ludzkiej ingerencji w prawa przyrody. Wszystko co stworzył człowiek – człowiek może zmieniać.

 

Czytaj dalej »



Źródło: www./k10.targeo.pl

 

Centralna Komisja Egzaminacyjna mieści się w Warszawie na Muranowie – przy ul.Lewartowskiego 6. To ten budynek na planie trójkąta.

 

 

Portal ONET zamieścił dziś tekst Ewy Raczyńskiej „‚Matury nie powinny zostać unieważnione’. CKE czeka na decyzje prokuratury”. Oto jego fragmenty:

 

Złożyliśmy dwa zawiadomienia na policję – o ewentualnym wycieku tematu maturalnego z języka polskiego oraz arkuszy egzaminacyjnych z matematykimówi Artur Jeremin z CKE. – Jakie będą skutki zaistniałej sytuacji, trudno dziś powiedzieć, czekamy na działania odpowiednich służb. […]

Google Trends pokazywało, że dokładne zapytanie z arkusza maturalnego w poniedziałkowy poranek odnotowało dobry wynik, gdzie wcześniej miało wartość zerową. […]

 

Krzysztof Baszczyńskim wiceprezes Związku Nauczycielstwa Polskiego przyznaje, że ZNP nie analizowało kwestii wycieku matur pod kątem unieważnienia matur. – Niepokojąca jest bardziej rzecz, że wycieki się zdarzają, bo przecież taka sytuacja nie ma miejsca po raz pierwszy. Czy jednak jest jest to powód, żeby wyciągać daleko idące konsekwencje i karać wszystkich? Osobiście uważałbym to za zbyt daleko idące i krzywdzące decyzje, zwłaszcza, że w tym roku maturzyści w stresie i napięciu czekali na informacje, czy egzaminy w ogóle się odbędą.

 

Zdaniem Baszczyńskiego szczególnym zainteresowaniem odpowiednich służb powinna w ogóle zostać objęta kwestia, dlaczego i jakim cudem tematy i zadania maturalne mogły się dostać do szeroko rozumianej opinii publicznej.* […]

 

Czytaj dalej »



Foto: www.juniorowo.pl

 

Elżbieta Manthey

 

 

Wczoraj zamieściliśmy treściwą refleksję o maturze autorstwa Agnieszki Kuźby. Dziś na ten sam temat – „Czy matura jest nam dziś potrzebna?” proponujemy tekst Elżbiety Manthey, zamieszczony na portalu Juniorowo w poniedziałek, 8 czerwca, w pierwszym dniu tegorocznego pisemnego, maturalnego serialu egzaminacyjnego.

 

Jako że tekst ten ma 896 słów (6169 znaków) – prezentujemy jedynie kilka jego fragmentów, odsyłając linkiem do jego pełnej wersji:

 

 

Czy matura jest nam dziś potrzebna?

 

Po co właściwie jest matura? Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej wychodzi mi, że matura w takiej postaci, w jakiej odbywa się teraz, niczemu sensownemu nie służy, kosztuje za to mnóstwo energii, czasu i pieniędzy.

 

Człowiek w wieku 19 lat to ktoś, dla kogo najważniejsze jest to, co się dopiero wydarzy. Również dla społeczeństwa najważniejsze jest to, co ten młody człowiek dopiero zrobi, jaką decyzję o sobie podejmie, dokąd pójdzie. Egzamin maturalny nie jest krokiem w przyszłość, ani nie daje dobrego w tę przyszłość rozpędu. Jest spojrzeniem wstecz. […]

 

Sprawdzian wiedzy?

 

Czy matura sprawdza, czego się młody człowiek nauczył? Trochę sprawdza – ale wyrywkowo, losowo i tylko w niewielkiej części. Sprawdza, czy maturzysta pamięta coś z literatury i czy potrafi to co pamięta opisać w rozprawce, albo czy potrafi zrobić analizę wiersza według wymaganego schematu. Sprawdza, czy pamięta wzory skróconego mnożenia i potrafi znaleźć x. Tylko co z tego, że sprawdza? Czy od tego sprawdzenia przybędzie nam istotnej wiedzy o młodym człowieku? Czy jemu samemu coś ważnego o nim powie przed dalszą drogą w życie? Co z tego, że maturzysta udowodni, że pamięta coś o bohaterze romantycznym, pierwiastkach i odkryciach geograficznych? Ten dowód, w postaci wypełnionego testu czy napisanego wypracowania maturalnego nie pokaże, czy jest dobrym kandydatem na lekarza, prawnika, ogrodnika, inżyniera. […]

 

Czytaj dalej »



 

 

Matura była kiedyś bramą do edukacji uniwersyteckiej – mierzono nią poziom predyspozycji do samodzielnego studiowania ponieważ ,,niczego innego” uczniowie w LO się nie uczyli a ich kompetencje często wynikały jedynie ze znajomości zakuwania. Takie inteligencikie nieroby, co to w książkach siedzą i mają mieć ogólny ogląd na wszystko i trochę lepszy na szczegóły po fakultecie lub ukończeniu sprofilowanej klasy. Bez zawodu w garści..

 

Zderzenie z wymogami uniwersytetu było często dość bolesną lekcją życia i dojrzałości – pierwszy rok był prawdziwą maturą – kto go przetrwał – miał szansę na ukończenie studiów.

 

Potem – płatne studia sprawiły, że każdy przechodzi z roku na rok.Nie ma co – nierówności są już w dostępie do czystego powietrza i harmonijnego rozwoju a co dopiero do dobrej edukacji.

 

Matura staje się w pewnym sensie początkiem końca udręki nauki. Bo studia może skończyć każdy. Teraz się nie wylatuje. Lub baaaardzo rzadko. Boooosze – pamiętam egzaminy typu być albo nie być na studiach.

 

Czy obraz Anny Kamińskiej lub weselnych gości Wyspiańskiego z odległych czasów trafia do obecnej młodzieży? W marketingu braku jako jedynie słusznej drogi do posiadania i we wszechogarniającej konsumpcji rozkładane łóżeczko, wazon z gołąbkami i Rachel tańcząca w ogrodzie są chyba cokolwiek zamazane …

 

A raczej kompletnie niezrozumiałe .

 

 

Wiersz Anny Kamińskiej „Daremne”   –  TUTAJ

 

 

Źródło:www.facebook.com

 



 

Nasze wzajemne relacje są jak wieże. Budujemy je od momentu spotkania. Niższe piętra wspierają lub osłabiają kolejne. W każdej chwili, jaką spędzamy razem, decydujemy o tym, czy budujemy wspólny dom, czy wieżę Babel.                                                                                                     Marek Kaczmarzyk, Strefa napięć

 

 

Oto co o treści tej książki napisano na stronie Wydawnictwa „Element”:

 

Dlaczego nasze relacje z nastolatkami bywają tak napięte? Skąd bierze się wrażenie, że zawodzimy jako rodzice, nauczyciele czy wychowawcy? Czy możemy uniknąć konfliktu pokoleń? Co się dzieje w mózgu nastolatka? Czy potrzebujemy nowej edukacji?

 

W tej książce Marek Kaczmarzyk oferuje nowe spojrzenie na nasze domowe i szkolne „strefy napięć”. Przygląda się im z perspektywy współczesnej neurobiologii, która wyjaśnia wiele spośród wcześniej niezrozumiałych zjawisk towarzyszących dorastaniu i relacjom między bliskimi sobie ludźmi.

 

Sięga w bardzo odległą przeszłość naszych gatunkowych przodków, aby zrozumieć, w jaki sposób ukształtował się nasz genetyczny bagaż. Rzuca także światło na to, jak kultura tworzy ludzkie umysły, nadaje im niepowtarzalne cechy, buduje kompetencje i kształtuje naszą rzeczywistość.

 

Strefa napięć jest propozycją spojrzenia na znane nam sprawy z nieznanej być może perspektywy. Zapraszamy do lektury!

 

 

Źródło: www.wydawnictwoelement.pl