
Od dnia, w którym zamieściliśmy tekst Jarosława Pytlaka z jego bloga „Wokół Szkoły” minęły dwa miesiące i dwa dni. Jedynym wytłumaczeniem tego zaniedbania są trwające nadal wakacje. Ale nie możemy nie zamieścić, choćby fragmentów, jego najnowszego tekstu, który ukazał się wczoraj:
Dura lex, sed mala lex
Jak co roku, w połowie sierpnia znajduję w służbowej skrzynce mailowej kuszące propozycje doszkolenia się w sprawie zmian w prawie oświatowym, które w tym sezonie zachodzą tylko na poziomie rozporządzeń. Ustawy, nawet jeśli przeszły już przez parlament, to oczekują na podpis prezydenta, ale mogą się nie doczekać, bo nowemu lokatorowi Belwederu nie po drodze z ministrą Nowacką. Mimo to, jest o czym się szkolić. Od września kadra zarządzająca w oświacie będzie miała na głowie dwa nowe przedmioty – edukację zdrowotną i edukację obywatelską, błyszczącą od nowości podstawę programową wychowania fizycznego (jako obietnicę rewolucji do wdrożenia), zmniejszenie wymiaru zajęć z religii, z obowiązkiem lokowania tego, co pozostało, na skrajnych lekcjach, oraz nowelizację rozporządzenia o kwalifikacjach nauczycieli. To tylko niektóre wchodzące w życie zmiany, ale już te wystarczą, by zapragnąć zarówno szkolenia, jak i poczytania czegoś napisanego z pasją o prawie oświatowym i prawodawcach z ministerstwa.
Szkolić nikogo nie będę, natomiast napiszę coś z pasją. Szewską.
Zacznijmy od wychowania fizycznego. Już 22 lipca, a więc na całe 40 dni przed rozpoczęciem roku szkolnego, ministra Nowacka podpisała rozporządzenie w sprawie nowej podstawy programowej. Projekt znany był wcześniej, ale bez podpisu trudno było się nim zajmować. No więc dostaliśmy go w środku wakacji, a w myśl prawa już na początku września powinny być gotowe programy nauczania i zasady oceniania, które należy podać uczniom i ich rodzicom. Dobrze, że przynajmniej podręczników nie potrzeba. […] Nawet w tak sprzyjających okolicznościach ogłoszenie nowej podstawy programowej, na pięć tygodni przed wdrożeniem, trąci absurdem. Niestety, w naszym systemie edukacji nikogo to już nie dziwi i nie bulwersuje. W rezultacie będziemy mieli do czynienia z radosną improwizacją, o ile w ogóle ktokolwiek się tym przejmie, mając na głowie tysiąc jeden innych kłopotów. Najprędzej można spodziewać się wzmożonego popytu na opracowania programowe, które da się szybko rzucić na żer molochowi oświatowej biurokracji, poprzez wpisanie do zasobów librusa. […]
x x x
Szkoły są bez przerwy na cenzurowanym, jeśli chodzi o przestrzeganie prawa i jakość kodyfikowania swojej działalności w statutach. Z jednej strony nie bez racji, z drugiej jednak materia prawa oświatowego jest nader mętna i często oparta na bardzo idealistycznych i/lub biurokratycznych założeniach. Do takich należy wspomniany już wyżej obowiązek każdego nauczyciela podania uczniom i rodzicom, na początku roku szkolnego, informacji dotyczącej stawianych przez wymagań oraz oceniania. Takie jest prawo. Co zrobiła tymczasem 1 kwietnia 2024 roku ministra Nowacka?! Ano wprowadziła rozporządzenie w sprawie prac domowych, które w klasach 4-8 większości szkół podstawowych podważyło te wrześniowe ustalenia. I co? I nic! Prawo oświatowe sobie, a wola polityczna sobie. Wzburzenie było duże, bo pogwałcono przy okazji ustawową autonomię nauczycieli w zakresie stosowania uznanych narzędzi metodycznych, ale spłynęło to po MEN jak po kaczce, łącznie z całą litanią krytycznych opinii, jakie zgłoszono do ministerstwa na etapie opiniowania projektu tego rozporządzenia. Znowu klasyk: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobisz”?! [..]
x x x
Prawo oświatowe jest tak złożone i pogmatwane, że czasem przestrzeganie go rodzi zaskakujące skutki. Oto podstawa programowa jest z założenia tożsama w tej chwili z wymaganiami egzaminacyjnymi, choć przez 10 lat od reformy Handkego te ostatnie funkcjonowały osobno. Obecne rozwiązanie pojawiło się w 2009 roku, oczywiście w atmosferze epokowej zmiany. Utrzymała je Anna Zalewska, a teraz ten sam kurs zapowiada Barbara Nowacka. Osobiście uważam, że lepiej było, gdy wymagania egzaminacyjne formułowano osobno, ale jest jak jest i już! Co więcej, podstawa programowa stanowi, w myśl prawa oczywiście, jedyny punkt odniesienia przy formułowaniu w szkole wymagań edukacyjnych i ustalaniu ocen. W ramach działań prouczniowskich ogłoszono, że nauczyciel nie może wymagać więcej niż w podstawie, a treści poza nią wykraczające należy wyraźnie oznaczać w podręcznikach. No i na tym tle powstał ostatnio zonk.
Oto bowiem ogłoszona publicznie wstępna wersja nowej podstawy programowej matematyki dla szkoły podstawowej została, również publicznie, skrytykowana przez jedną ze współautorek, jako zbyt uproszczona, zamykająca drogę do edukacji matematycznej uczniów uzdolnionych, na miarę współczesności. I obok wyrazów niekłamanej radości przeciwników tego przedmiotu, podniósł się lament, że odbieramy wyzwania uczniom utalentowanym matematycznie, bo przecież jeśli czegoś nie będzie w podstawie (i na egzaminie), nie będzie tego w ogóle. Cóż, Szanowni Państwo, jeśli się powiedziało „a”, to trzeba powiedzieć „b”! Jeśli wykraczanie poza podstawę programową stanowi tylko hobby nauczyciela i ucznia, co więcej, jest w swoisty sposób piętnowane w prawie i w podręcznikach, to znaczy, że efekty edukacyjne zapisane w tym dokumencie będą coraz mniej ambitne intelektualnie. Nie pokryją tego strzeliste deklaracje o kompetencjach i sprawczości, bo bazą sukcesu w edukacji jest (jednak) pewien poziom wiedzy i mozół związany ze stawianiem sobie wyzwań i pokonywaniem trudności w trakcie nauki. […]
Wielokrotnie podnosiłem bardzo ważny zarzut pod adresem planowanej reformy, że powstaje ona zbyt szybko. Jak widać, zabrakło czasu na przygotowanie rzetelnej podstawy prawnej. Rozumiem prace studyjne nad rozwiązaniami programowymi, ale prowadzenie (i finansowanie) zaawansowanych prac w oparciu o rozwiązania pozbawione podstawy ustawowej, to wyraz politycznego woluntaryzmu i braku szacunku dla prawa. Delikatnie mówiąc.
Prawo oświatowe może jest twarde (dura lex), ale na pewno jest złe (mala lex). Z tego powodu wszelkie systemowe reformy edukacji należy zacząć od analizy prawa, dostosowania go do zamierzonych zmian, a akty prawne ogłaszać z takim wyprzedzeniem, by szkolenia pod kątem kolejnego roku szkolnego mogły odbywać się w lutym!
Cały tekst „Dura lex, sed mala lex” – TUTAJ
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/
Koniec wakacji już coraz bliżej. Jeszcze tylko dwie niedziele i … I skaczemy na nieznaną, głęboką wodę „nowego” oświatowego prawa. A że od lat nie mam bezpośredniego kontaktu ze szkolną rzeczywistością, nie mam prawa występowania w roli autorytetu i wyroczni w sprawach „jak być powinno”. Po raz kolejny powtórzę, że zakładając stronę „Obserwatorium Edukacji” – świadomie – przyjąłem taką właśnie jej nazwę, i od 12 lat patrzę na edukacyjne „rozgrywki” polityków i praktyków z pozycję kibica. Idąc dalej tropem tej metafory uczciwie dodam, że nie jestem „kibicem neutralnym” – mam swoje ulubione kluby, i to z ich sukcesów się cieszę i je nagłaśniam, a „zagrywki” tych „nie z mojej bajki” poddaję krytycznej ocenie.
Stali czytelnicy wiedzą, że od początku kibicuję „eduzmieniaczom” – tym ze świata nauk o edukacji, ale i tym „z pracy u podstaw”, tym ze świata dziennikarskiego, ale i tym, którzy oświatą zarządzają i chcą to robić niesztampowo, tym z dużych miast, ale i tym z tzw. „Polski powiatowej”.
Najtrudniej jest mi kibicować władzom oświatowym – tym zarządzającym edukacją z gmachu ministerstwa – jakkolwiek by się ono nazywało, jak i ich „długim rękom” – pod szyldami kuratoriów oświaty. Ale także „organom prowadzącym”, czyli ogniwom wykonawczym samorządów powiatowych i miejskich. A wszystko dlatego, że ich działalność najczęściej jest przyprawiona „politycznym sosem”, który jest nieuchronną konsekwencją okoliczności, w jakich dochodzą one do władzy. Moje poparcie najczęściej zyskują one podczas kampanii wyborczych partii, które wtedy właśnie ogłaszają swoje programy „jak będą rządzić” – w tym – jak zadbają o edukację.
Ale po wygranych wyborach, gdy dokona się podział stanowisk, rozpoczyna się konfrontacja „obiecać” ze „zrealizować”. Pewnie nie tylko ja w okresie tych kilku pierwszych miesięcy obserwuję pracę nowych ministrów, kuratorów, dyrektorów wydziałów edukacji, cierpliwie i z życzliwością. Ale – wiemy to z doświadczenia – nie można długo „płynąć na fali” wyborczych obietnic. Prędzej czy później przychodzi czas na „sprawdzam”. I – niestety – często okazuje się, ze „król jest nagi”, że dłużej nie możemy już mówić, iż „czarne jest białe”, że „pierwsze koty za płoty”, że… że to „obiektywne trudności”, a oni przecież „chcą dobrze”.
Pewnie zaczęliście się zastanawiać skąd w tym felietonie takie ”zasadnicze” rozważania. Śpieszę z wyjaśnieniem:
Otóż to wszystko dlatego, że nie bardzo umiałem znaleźć bieżący temat z naszego oświatowego podwórka, który by mnie na tyle zainteresował, abym go felietonowo zaprezentował. I postanowiłem wykorzystać tę sytuację „ciszy przed…” rozpoczęciem roku szkolnego, aby podjąć temat „z własnego podwórka”. A jest nim, zbliżająca się nieuchronnie, dwunasta rocznica zaistnienia w Internecie „Obserwatorium Edukacji. Bo pierwszy materiał, zatytułowany „Łódzka inauguracja roku szkolnego 2013/2014” można było zobaczyć na stronie OE 4 września 2013 roku. Była to środa, gdyż 1. września wypadł wtedy w niedzielę, i dlatego uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego szkoły organizowały w poniedziałek.
A teraz przypomnę fragment pierwszego, zamieszczonego także tego samego dnia, felietonu – jeszcze nie opatrzonego numerem, zatytułowanego „Felieton na dzień dobry”:
„Witając Was, drodzy Czytelnicy, pragnę zapewnić, że dołożę wszelkich starań, aby lektura zamieszczanych tu materiałów dostarczała Wam nie tylko możliwie obiektywnych informacji o tym, co ważnego wydarzyło się w polskiej edukacji w skali całego kraju, regionu i miasta, ale by stała się także impulsem do pogłębionej refleksji nad tymi wydarzeniami.”
Czy to zawsze mi się udawało? Czy zawsze były to obiektywnie prezentowane informacje?…
Stali czytelnicy będą potrafili na te pytania odpowiedzieć. Nowi – zawsze mogą kliknąć w zakładkę „Felietony” i poczytać te sprzed lat…
Dzisiaj na tym kończę, ale do refleksji o tym jak w moim „Obserwatorium” było, ale i do przemyśleń „co dalej”, jeszcze powrócę.
Włodzisław Kuzitowicz
Niezastąpiony portal „Strefa Edukacji” zamieścił dzisiaj tekst Magdaleny Konczal, informujący o opublikowaniu kontrowersyjnego rozporządzenia w sprawie finansowania edukacji domowej. Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji:
Stało się. Kontrowersyjna zmiana w edukacji opublikowana w Dzienniku Ustaw
Zmiana w finansowaniu edukacji domowej wzburzyła środowisko. Po licznych apelach, interpelacjach poselskich i głośnych słowach sprzeciwu, stało się. W Dzienniku Ustaw pojawiło się rozporządzenie wprowadzające tę zmianę. Tym samym jest ono w mocy prawa. W trakcie debaty organizowanej w naszym studiu z okazji zbliżającego się nowego roku szkolnego Marcin Józefaciuk apelował, by tego Rozporządzenia nie publikować.
> Będzie inne, mniejsze finansowanie dla edukacji domowej. Zmiana pojawiła się w Dzienniku Ustaw
> MEN i samorządy po stronie zmian w finansowaniu. „Rozmawiajmy, jak to sensownie rozwiązać”
> Spór wokół finansowania edukacji domowej trwa. „To nie jest edukacja zdalna”
[…]
Spór wokół finansowania edukacji domowej trwa. „To nie jest edukacja zdalna”
W trakcie naszej debaty „Nowy rok szkolny. Oczekiwania i wyzwania”, która w całości pojawi się w Strefie Edukacji 1 września, Marcin Józefaciuk opowiadał o tym, czym tak naprawdę jest edukacja domowa.
– To nie jest edukacja zdalna, to nie jest edukacja gdzie dziecko w ogóle nie ma kontaktu ze szkołą, a szkoła z dzieckiem. To jest w niezwykle przystępny i niezwykle wycelowany wprost w danego ucznia i potrzeby danej rodziny model wybrania alternatywnej formy edukacji, bo jest taka potrzeba w danej rodzinie – podkreślał.
Zapytany o to, do czego doprowadzić może taka zmiana w finansowaniu, odparł: – Wydaje mi się, że inaczej dojdzie do różnego rodzaju tworzenia szkół córek i matek, żeby były do 96, a później kolejna szkoła do 96 itd. My Polacy jesteśmy bardzo przedsiębiorczy i jesteśmy w stanie różne przepisy obchodzić. Ale znowu, gdzie jest dobro dziecka? Z dobrem dziecka nie można w żadnym wypadku walczyć, tylko trzeba walczyć o dobro dziecka – podkreślał.
Podobne głosy wybrzmiewały podczas parlamentarnego zespołu do spraw edukacji domowej. Padały argumenty, że edukacja domowa jest niezwykle ważną częścią systemu, np. dla dzieci szczególnie uzdolnionych lub mierzących się z problemami psychicznymi. Z tej formy nauczania bardzo często korzystają rodziny wielodzietne.
– Jeśli ograniczy się dostęp do edukacji domowej w Polsce, dojdzie do wielu tragedii. Nasz system sobie nie radzi (pomijam kwestie światopoglądowe, które też, szczególnie obecnie, mocno trzymają nas przy tej formie nauki). Patrząc na otaczającą nas rzeczywistość, widać powolny upadek tego, co miało dać realne szansę na rozwój — mówiła Magdalenie Ignaciuk, pani Dominika, mama trójki dzieci.
W argumentach środowisk edukacji domowej padają nawet zarzuty mówiące, że zmiana ta jest niekonstytucyjna, bo ogranicza się dostęp do formy nauczania, która powinna być jedną z opcji. Jednak MEN się z taką argumentacją nie zgadza. – Podobnie jak w przypadku innych kategorii uczniów (np. uczniów z niepełnosprawnościami, uczniów oddziałów sportowych czy uczniów z terenów wiejskich), sposób naliczania środków uwzględnia rzeczywisty poziom kosztów edukacji – zaznacza ministerstwo.
Cała debata „Nowy rok szkolny. Oczekiwania i wyzwania” ukaże się w Strefie Edukacji 1 września 2025 r.
Cały tekst „Stało się. Kontrowersyjna zmiana w edukacji opublikowana w Dzienniku Ustaw” – TUTAJ
Źródło: www.strefaedujacji.pl
Wczoraj na stronie „Gazety Prawnej” zamieszczony został tekst Artura Radwana, w którym jego autor zawarł informacje o reakcji dyrektorów szkół na projekt zmian w Prawie oświatowym. Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji:
Dyrektorzy mówią „nie” radom szkół, które będą mogły opiniować nauczycieli, i rzecznikowi praw ucznia
[…]
Zakończyły się konsultacje kolejnego projektu nowelizacji Prawa oświatowego (t.j. Dz.U. z 2024 r. poz. 737 ze zm.) przygotowanego przez resort edukacji. Na nowelizacji suchej nitki nie zostawili dyrektorzy szkół. Krytycznie do zaproponowanych rozwiązań odniosły się też organizacje związkowe. Stowarzyszenia rodziców popierają zaproponowane rozwiązania, ale pod warunkiem, że ich wpływ na szkoły będzie realny, a nie fasadowy. [[…]
Duży opór dyrektorów budzi zaproponowany w ustawie katalog praw i obowiązków uczniów. Dyrektorzy uważają, że ta zmiana doprowadzi do centralizacji zarządzania placówkami oświatowymi. Jako przykład nadmiernej regulacji wskazują rozwiązanie, zgodnie z którym szkoła może ograniczyć do trzech miesięcy udział ukaranego ucznia w wydarzeniach szkolnych, w tym sportowych. […]
Nie wszyscy jednak krytycznie podchodzą do tego rozwiązania. – Pozytywnie oceniamy ustalenie katalogu praw i obowiązków na poziomie ustawy. W projekcie powinny być też wskazane obowiązki wychowawcze rodziców, bo w przypadku niepełnoletnich uczniów to oni odpowiadają za wychowanie i realizację obowiązku szkolnego – mówi Sławomir Wittkowicz, członek prezydium Forum Związków Zawodowych, przewodniczący WZZ „Forum-Oświata”.
MEN proponuje, by instytucja rzecznika praw ucznia powstała na poziomie krajowym, wojewódzkim i szkolnym. Ma jednak na to tylko częściową zgodę dyrektorów, którzy nie mają nic przeciw rzecznikom krajowym i wojewódzkim, ale w swoich szkołach taką funkcję widzą niechętnie. Ich zdaniem niezależność i obiektywizm szkolnego rzecznika będą wątpliwe, jeśli jego przełożonym ma być dyrektor szkoły, a przedmiotem oceny – zastrzeżenia wobec koleżanek i kolegów z jednego zespołu nauczycielskiego. – Protestujemy zwłaszcza przeciwko wyposażeniu rzecznika w uprawnienia związane z postępowaniami dyscyplinarnymi nauczycieli – już teraz występują problemy z antynauczycielską postawą rzecznika praw dziecka – dodaje Sławomir Wittkowicz. Dodatkowo pojawia się pytanie o zasadność rzecznika w małej szkole, w której problemy są wyjaśniane na bieżąco. […]
MEN chce doprowadzić do większego uspołecznienia systemu oświaty. Projekt przewiduje obowiązek tworzenia w każdej placówce rady szkoły – gremium składającego się w równej liczbie z nauczycieli, rodziców i uczniów. Obecnie jest taka możliwość, ale niewiele placówek z niej korzysta. Rada miałaby uprawnienia m.in. do uchwalania statutu szkoły, opiniowania planu jej pracy oraz występowania z wnioskami do dyrektora, rady pedagogicznej, organu prowadzącego szkołę oraz do wojewódzkiej rady oświatowej, w szczególności w sprawach organizacji zajęć. – Wskutek proponowanych zmian rada szkoły będzie miała kompetencje do opiniowania nauczycieli, a przecież rodzice i uczniowie często nie mają odpowiedniej wiedzy i kwalifikacji do tego – obawia się Krzysztof Baszczyński ze Związku Nauczycielstwa Polskiego. Dodaje, że już 25 lat temu próbowano wpisać do prawa oświatowego obligatoryjne rady szkoły, których się nie udało powołać.
Sceptycy uważają, że rola rodziców we wspieraniu szkół po znowelizowaniu przepisów wcale nie wzrośnie. – Tymi zmianami na siłę chce się ich uszczęśliwić. Gdzie tu jest miejsce na autonomię rodziców, uczniów oraz nauczycieli. Jak zaczynałam być dyrektorem, była możliwość tworzenia rad, tylko nie było chętnych do zasiadania w nich. Obawiam się, że obecnie mogłoby być podobnie – mówi Izabela Leśniewska, prezes OSKKO. [….]
Zupełnie inaczej zapatrują się na to stowarzyszenia rodziców. – Bez przygotowania szkół takie rady nie zadziałają. Aby je wprowadzić, trzeba dać większą autonomię szkole i rodzicom, a następnie je budować, co nie jest takie łatwe i oczywiste – mówi Elżbieta Piotrowska-Gromniak, prezes Stowarzyszenia Rodzice w Edukacji. Dodaje, że odbiera wiele telefonów od rad rodziców, którzy się żalą, że są bojkotowani i niewiele mogą zdziałać.
Cały tekst „Dyrektorzy mówią „nie” radom szkół, które będą mogły opiniować nauczycieli, i rzecznikowi praw ucznia” – TUTAJ
Źródło: www.serwisy.gazetaprawna.pl/
Wyniki analizy tegorocznej rekrutacji do szkół ponadpodstawowych, wykonanej przez firmę VULCAN prezentuje w zamieszczonym wczoraj na portalu „Strefa Edukacji” tekst Magdaleny Ignaciuk. Oto jego fragmenty i link do pełnej jego wersji:
Zmiany w rekrutacji do szkół ponadpodstawowych. Nowy trend, który może zaskoczyć
Foto: www.strefaedukacji.pl
Pierwsza tura rekrutacji do szkół ponadpodstawowych zaskakuje – coraz więcej uczniów wybiera szkoły techniczne i branżowe. Z danych VULCAN wynika, że liczba kandydatów do techników wzrosła o 4 punkty procentowe, a licea, choć nadal najpopularniejsze, straciły nieco na znaczeniu. Co skłania młodych Polaków do wyboru praktycznego wykształcenia i jak ten trend wpłynie na przyszłość zawodową kolejnych pokoleń? […]
Według analiz z systemu VULCAN, rok temu szkoły techniczne wybrało 37 proc. kandydatów do szkół ponadpodstawowych, a w tym było to już 41 proc. Z kolei licea ogólnokształcące, dotąd pewny lider, straciły część swojej przewagi – ich udział spadł z 50 proc. do 47 proc. Szkoły branżowe cieszą się podobną popularnością – w tym roku zdecydowało się na nie blisko 13 proc. uczniów. Zdaniem ekspertów, wybory ósmoklasistów pokazują, że młodzi coraz lepiej rozumieją realia rynku pracy. Dostrzegają, że droga do stabilnego i dobrze płatnego zatrudnienia nie musi prowadzić przez mury uczelni wyższej, ponieważ często wyższy popyt jest dziś na specjalistów z wykształceniem technicznym i zawodowym. […]
Wyniki analizy firmy VULCAN pokazują, że podobnie, jak w ubiegłym roku – 17 proc. kandydatów do szkół ponadpodstawowych wybrało tylko jedną szkołę, a 19 proc. uczniów dwie szkoły w procesie rekrutacji. Na złożenie podania do trzech placówek zdecydowało się jednak aż 42 proc. ósmoklasistów, co oznacza wzrost o 4 p.p. r/r. Pozostali wybierali więcej niż trzy szkoły w samorządach, gdzie jest większy limit lub go nie ma go wcale. W pojedynczych przypadkach kandydaci wskazywali dziesiątki, a nawet ponad setkę szkół. […]
Cały tekst „Zmiany w rekrutacji do szkół ponadpodstawowych. Nowy trend, który może zaskoczyć” – TUTAJ
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Za trzy tygodnie koniec wakacji, a ja wszystkie pisane w tym czasie felietony poświęcałem tematom ministerialnym albo szkolnym. Więc może dzisiaj, choć raz, nie będzie nic o polityce edukacyjnej, ani o szkolnych, nauczycielskich bolączkach.
No i powstał problem: to o czym?
I nagle przyszło olśnienie: o moich wakacjach! Ale o tych, sprzed lat 70-u, 60-u, 50-u, 40-u, 30-u i 20-u…. Dlaczego akurat o tych? Bo mam już wprawę z okresu pisaniu esejów wspomnieniowych: „Moje lata dziewiąte…” i rok później – „Moje lata dziesiąte…” A wybór akurat tego okresu z mojego, liczącego już ponad 81 lat, życia jest oczywisty – bo po raz pierwszy mogłem mieć wakacje dopiero kiedy stałem się uczniem (do klasy I poszedłem 1 września 1951 roku), a po raz ostatni – kiedy mogłem mieć szkolne wakacje, gdyż 31 sierpnia 2005 roku byłem ostatni dzień w pracy w ”mojej Budowlance” i dzień później stałem się – formalnie – emerytem.
A więc – ZACZYNAM:
Wakacje sprzed lat 70-ciu miałem jako uczeń, który w łódzkiej SP nr 135 na Nowym Złotnie zdał do klasy V. Choć miałem skończone 11 lat, to nie uczestniczyłem w koloniach letnich, gdyż z powodu przypadłości chorobowych (pozostałość licznych „słabości” siedmiomiesięcznego wcześniaka, który przeżył ten bliźniaczy poród domowy, w warunkach okupacyjnej biedy 1944 roku) rodzice nigdzie mnie bez swojej opieki z domu nie wypuszczali. Dlatego te wakacje (których w szczegółach dziś już nie pamiętam), tak jaki inne z tego okresu, na pewno spędzałem (oczywiście nie cale, a jedynie dwa-trzy tygodnie) na białostockiej wsi, skąd do Łodzi w połowie lat dwudziestych, przyjechała moja mama. Podróżowaliśmy tam z Lodzi pociągiem, najpierw do Warszawy na Dworzec Główny, potem komunikacją miejską na Pragę, a tam z Dworca Wileńskiego – pociągiem na Białystok – do stacji Czyżew. Pierwszą „bazą” tego urlopu, była tzw. „ojcowizna”, na której gospodarował najstarsze brat mamy – wujek Stefan Malinowski, który zawsze przyjeżdżał po nas na stację furmanką i na niej docieraliśmy na ową wieś Zalesie-Stefanowo. Było tam kilkunastohektarowe gospodarstwo, z siedliskiem, na które składały się: drewniana trzyizbowa chata, stodoła i obora – wszystkie kryte słomianą strzechą. Pozostało mi z tego pobytu jedynie kilka ”fleszy pamięci”: noclegi w stodole, towarzyszenie Edkowi – o dwa lata starszemu ode mnie synowi wujka Stefana – w wypasie krów, obserwowaniu żniw (kosą, z ręcznie wiązanymi przez kobiety snopkami, zestawianymi w tzw, „mendle”), jazda na szczycie wozu drabiniastego, załadowanego zwożonymi do stodoły snopkami, a także (jeden raz) jazda na koniu wracającym z pastwiska – ale bez siodła i strzemion. Odwiedzaliśmy także siostry mojej mamy: ciocie: Felę, Józię i Wacię, które powychodziły za mąż w okolicznych wsiach – wszystko w trójkącie między miejscowościami Czyżew, Zambrów i Andrzejewo w powiecie Wysokie Mazowieckie.
Zarówno przed wyjazdem „na wieś”, jaki po powrocie, pozostałe tygodnie wakacji spędzałem w domu na Nowym Złotnie.
x x x
Przed 60-oma laty, w 1965 roku, byłem już 21-letnim młodym mężczyzną, który przez te minione od wyżej opisanych wakacji lata, zdążył skończyć szkołę podstawową, Szkołę Rzemiosł Budowlanych, i zdać w 1963 roku maturę w XVIII LO. Miałem także za sobą, porzucone po pierwszym roku, studia na filologii polskiej na UŁ i rok „pauzowania” – w oczekiwaniu na rozpoczęcie studiów na upragnionej pedagogice… I właśnie te przydługie wakacje od nauki spowodowały, że wakacyjne miesiące 1965 roku przeżywałem w… Centrum Szkolenia Specjalistów Marynarki Wojennej w Ustce, gdzie po wezwaniu do odbyciu obowiązkowej służby wojskowej i przejściu szklenia unitarnego oraz złożeniu w ostatnich dniach czerwca przysięgi wojskowej, byłem w tym czasie „kursantem” na tzw. „cyklu” dla przyszłych operatorów radiolokacji w jednostkach Marynarki Wojennej. Więcej o tym możecie przeczytać w eseju wspomnieniowym „Od kandydata na murarza do marynarza – wątek „marynarski” – TUTAJ
x x x
50 lat temu – w 1975 roku – byłem już w zupełnie innej sytuacji życiowej, rodzinnej i zawodowej. Po wyjściu do cywila w kwietniu 1968 roku zdążyłem już być „zawodowym harcerzem” (zastępcą, a później komendantem Hufca ZHP Łódź-Polesie, wychowawcą w domu dziecka i wicedyrektorem d.s. domu dziecka w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym. Zdążyłem także (w latach 1970- 1975) ukończyć – z tytułem magistra – pedagogikę na UŁ. Byłem – od maja 1972 – roku mężem Krystyny i od marca 1973 ojcem synka Kubusia. Lipiec tego roku, całą naszą rodziną spędziliśmy w Bieszczadach, gdzie ja byłem komendantem łódzkiej Stanicy Harcerskiej w ramach Operacji „Bieszczady 40”. Obóz ten rozbity został w miejscu, gdzie przed wojną była wieś Przysłup Caryński, ktorą spalono podczas akcji wysiedlania Łemków – w ramach „Akcji Wisła” . O tym obozie i o kolejnych tygodniach tych wakacji przeczytacie w końcowej części eseju wspomnieniowego „Moje trzy lata pracy w opiece nad dzieckiem” – TUTAJ
x x x
Przed 40-oma laty, czyli w okresie wakacji 1985 roku, czyli gdy od wcześniej opisanych wakacjach miałem za sobą 8-u lat pracy jako starszy asystent w Zakładzie, a od 1981 roku Katedrze, Pedagogiki Społecznej na UŁ, z której to pracy zrezygnowałem w 1983 roku i powróciłem do praktyki, kiedy od dwu lat pracowałem jako wychowawca w II Państwowym Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym dla dziewcząt w Łodzi, tego lata, tak jak i przed rokiem, zorganizowałem i poprowadziłem dla grupy wychowanek naszego ośrodka, które nie miały możliwości bycia w tym czasie u rodziny, dwutygodniowy obóz wędrowny. Nie był to taki obóz, którego obraz pojawił się zapewne Wam przed oczami, czyli wędrującej po górach i lasach, z plecakami i namiotami, grupy młodzieży – bo na taki nie byłoby chętnych. Jego przymiotnik „wędrowny” uzasadniony był tym, że wędrowaliśmy po wybranych regionach Polski, przemieszczając się od wybranej wcześniej bazy do bazy, do których dojeżdżaliśmy pociągami i autobusami PKS, a namioty, materace i śpiwory przewożone były bagażówkami typu „Nysa”.
Tego roku załatwiłem, że naszymi bazami były dwa zgrupowania obozów harcerskich: w lesie nad jeziorem Bielsko koło Białego Boru (obozy Hufca Łódź-Śródmieście) oraz nad morzem kolo Jarosławca, gdzie obozowali harcerze z Hufca Łódź-Górna. Ostatnią bazą był wyludniony w miesiącach wakacyjnych budynek Państwowego Domu Dziecka im. J. Korczaka, usytuowanym niespełna kilometr od sopockiego „Monciaka” – po przeciwnej stronie torów SKM-ki.
Na obozie w Trzmielewie atrakcją był sam obóz i jezioro. Mieszkaliśmy w przywiezionych namiotach, rozbitych w pobliżu obozu harcerskiego. Udało mi się wcześniej załatwić, że mogliśmy, za odpowiednią opłatą, stołować się (wszystkie trzy posiłki) w obozowej kuchni. Stworzyło to jeszcze większy komfort dla relaksu, wędrówek po lesie, opalaniu się i kąpieli w jeziorze.
Zaś na obozie pod Jarosławcem, gdzie także byliśmy zaprowiantowani w obozowej kuchni, dziewczyny mogły do woli używać rozkoszy plażowania i morskich kąpieli. Tylko nieliczne uczestniczki obozu miały w swym życiorysie wakacje nad morzem.
Kulminacją atrakcji były ostatnie dni, kiedy zamieszkaliśmy w Sopocie. Tym razem już nie pod namiotami, a w budynku domu dziecka, pięknie położonym na wzgórzu, w niedalekiej odległości od sopockiego deptaka – ulicy Bohaterów Monte Cassino, gdzie dziewczyny mogły spacerować na równi z innymi bardziej „kasiastymi” urlopowiczkami i urlopowiczami. A to było „coś” – samo w sobie. A do tego doszły spacery po sopockim molo i opalanie na plaży z widokiem na sławny Grand Hotel.
Prywatny urlop spędziłem z rodziną w naszej stałej bazie urlopowej, także nad morzem, w miejscowości Dębina k/Rowów.
x x x
Przed 30-oma laty, w 1995 roku, znajdowałem się w jeszcze innej sytuacji. Tym razem ponownie te dwa miesiące były dla mnie wakacjami od zajęć szkolnych, ale teraz byłem od dwu lat dyrektorem dużego Zespołu Szkół Budowlanych nr 2 w Łodzi. Przyznam się, że nie mogę sobie odtworzyć w pamięci w jakim okresie wakacji dostałem urlop, czy były to dwa tygodnie czy więcej, ani sposobu i miejsca jego wykorzystania. Jedyne co mogę, to – hipotetycznie, odwołując się do pamięci realiów tamtego okresu – uznać, że urlop na pewno nie rozpoczął się przed zakończeniu egzaminów wstępnych do technikum (do dwu klas: „technik budownictwa” i „technik technologii drewna”) oraz rekrutacji do zasadniczej szkoły zawodowej, i nie mógł trwać dłużej niż do 16 sierpnia, kiedy dyrektor musiał zająć się przygotowaniami do rozpoczęcia nowego roku szkolnego.
Najprawdopodobniej ów urlop spędziłem we wspomnianej już Dębinie k/Rowów, ale najpewniej sam – żona w tym czasie zapewne nie miała urlopu (pracowała w Rejonowym Urzędzie Pracy), a syn – już dwudziestodwulatek, miał własne towarzystwo i plany wakacyjne.
x x x
I ostatnie z wspominanych tu wakacji sprzed 20-u lat – te w 2005 roku. O dziwo – także i to co działo się zaledwie przed dwudziestoma laty nie jest tak latwe do odtworzenia. Choć zachował się w moim domowym archiwum mój ostatni „Kalendarz Nauczyciela 2004/2005”, to jest tam niewiele zapisanych informacji. Jak to już napisałem – 31 sierpnia 2005 roku byłem ostatni dzień w pracy w ”mojej Budowlance” i dzień później stałem się – formalnie – emerytem. Te dwa, poprzedzające ową znaczącą datę miesiące, z wielu powodów, nie mogły być zwykłymi miesiącami wakacji. I to z kilku powodów.
Po pierwsze dlatego, ze był to czas przygotowania się do przekazania kierownictwa szkoły następcy – w tym całej dokumentacji dydaktycznej, finansowej i majątku szkoły. Ale miałem wtedy także i inne obowiązki, wynikające z prowadzenia przeze mnie równołegłej pracy w dwu prywatnych szkołach wyższych: od lutego 2000 roku w Wyższej Szkole Informatyki, która prowadziła także kierunki pedagogiczne, oraz od 2003 roku – w Wyższej Szkole Pedagogicznej. W obu tych uczelniach miałem wykłady i ćwiczenia dla studentów „zaocznych” (w weekendy) i tzw. „dziennych”. Z notatek w owym kalendarzu wiem, że w początku lipca miałem wpisanych jeszcze kilka terminów na egzaminy. Także ostatnie dwa tygodnie na pewno byłem jeszcze w pracy – był to czas, kiedy żegnalem się nie tylko z moimi pracownikami, ale także z przełożonymi – w tym z łódzkim Kuratorem Oświaty, który zaprosił mnie do siebie i wręczył dyplom pożegnalny oraz pamiątkowy album z dedykacją.
W kalendarzu znalazłem także kartkę, na której są notatki z pobytu – w dniach od 12 do 27 lipca – we wspomnianej już raz Dębinie k/Rowów. Pamiętam, że pojechałem tam sam – syn w wieku 32 lat miał własne plany na życie, a żona, żona musiała zostać w domu, bo od pięciu lat był w naszym domu drugi pies – Ares, znajda z ulicy, dość niesforny i wymagający nadzoru osoby, która miała u niego autorytet. Nie można go było ani zabrać tam, ani pozostawić pod opieką obcych mu ludzi. Czas ten pozwolił mi na swoisty reset wszystkich problemów związanych z tą radykalną decyzją o rezygnacji z funkcji dyrektora szkoły – na trzy lata przed upływem trzeciej kadencji, zapewnionej w wyniku wygranego w roku 2003 konkursu. Spędzałem go głównie na plaży, odwiedzając w dnie niepogody Słupsk.
x x x
Jak widzicie, żadne z opisanych wakacji nie spędzałem na zagranicznych wczasach, żadne z nich nie były w jakimkolwiek krajowym ośrodku wczasowym.
x x x
Co wynika z tych sześciu, bardzo różnych, wspomnień moich wakacji? Że nie ma czegoś takiego, jak jedna formuła wakacji. Są one zawsze takie, w jakiej sytuacji życiowej się znajdujemy, jaki jest nasz status finansowy, jakie są nasze uwarunkowania zawodowe.
A o miesiącach wakacyjnych 2015 roku opowiem w felietonie, który zamieszczę 31 sierpnia.
Włodzisław Kuzitowicz
Dzisiaj rano, na portalu „Strefa Edukacji” zamieszczono tekst Magdaleny Konczal, w którym autorka dokonała syntezy aktualnej sytuacji, w jakiej znajdują się dyrektorzy szkół i nauczyciela na nieco ponad trzy tygodnie przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Oto jego obszerne fragmenty i link do pełnej wersji:
Likwidacja godzin czarnkowych pod znakiem zapytania. A to dopiero początek chaosu
Na niespełna miesiąc przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego dyrektorzy szkół i nauczyciele wciąż nie wiedzą, jak będą wyglądały podstawowe zasady organizacji pracy. Brakuje podpisów pod kluczowymi rozporządzeniami, a część regulacji wprowadzana jest w środku wakacji – bez szansy na spokojne wdrożenie. W centrum tego chaosu znalazły się również tzw. godziny czarnkowe, które miały zniknąć. Ale nie wiadomo, czy tak się stanie. Potrzebny jest jeszcze podpis prezydenta. […]
Jak alarmują szefowie placówek oświatowych, sytuacja przed nowym rokiem szkolnym jest wyjątkowo trudna. – Wciąż mamy wiele projektów rozporządzeń i ustaw czekających na podpis prezydenta – zwraca uwagę Marek Pleśniar z OSKKO w Dzienniku Gazecie Prawnej. Bez nich nie można legalnie planować szkoleń, układać planów zajęć ani wdrażać zmian w programach. Jedną z najbardziej oczekiwanych decyzji jest likwidacja obowiązkowych godzin konsultacyjnych, zwanych potocznie „czarnkowymi”. Obowiązek organizowania jednej godziny tygodniowo na spotkania z rodzicami i uczniami od początku budził sprzeciw nauczycieli – i to niemal jednogłośnie.
Z danych ZNP wynika, że aż 96 proc. pedagogów opowiada się za rezygnacją z tego rozwiązania. – Spotkań jest mnóstwo, ale odbywają się wtedy, gdy rzeczywiście są potrzebne – przyznaje jedna z nauczycielek. – Ta godzina to sztuczny twór. Ale likwidacja tzw. godzin czarnkowych czeka jeszcze na podpis prezydenta. Czy Karol Nawrocki się na to zdecyduje?
Niepewność potęgują zmiany w podstawach programowych i planowana reforma edukacji. Ministerstwo organizuje konsultacje w samym środku sezonu urlopowego, co wielu nauczycieli odbiera jako brak szacunku dla ich pracy i prawa do wypoczynku. – Czuję, że wymusza się na nas gotowość do działania przez cały rok – mówi Magdalenie Ignaciuk jedna z nauczycielek. – To nie jest w porządku. Reforma ma być „dla nauczycieli i z nauczycielami”, ale większość z nas nawet nie ma możliwości w niej uczestniczyć, bo właśnie odpoczywamy po bardzo trudnym roku.
Lipcowe i sierpniowe konsultacje zbiegają się z okresem rekrutacji, egzaminów poprawkowych i rad pedagogicznych. Na spokojny urlop często brakuje miejsca. […]
Nowy rok szkolny 2025/2026 może rozpocząć się w atmosferze zamieszania, niepewności i poczucia braku kontroli nad rzeczywistością edukacyjną.
Cały tekst „Likwidacja godzin czarnkowych pod znakiem zapytania. A to dopiero początek chaosu” – TUTAJ
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Oto informacja o kolejnym projekcie rozporządzenia, zamieszczona dzisiaj na stronie MEN:
1 sierpnia 2025 r. do konsultacji społecznych i uzgodnień międzyresortowych trafił projekt rozporządzenia Ministra Edukacji, który kompleksowo zmienia zasady wydawania orzeczeń oraz opinii przez zespoły orzekające w publicznych poradniach psychologiczno-pedagogicznych. Nowe rozwiązania stanowią odpowiedź na zgłaszane przez rodziców, nauczycieli i ekspertów problemy związane ze zbytnią czasochłonnością obecnych procedur.
Celem zmian jest podniesienie jakości orzeczeń i opinii, które stanowią podstawę do organizacji kształcenia dzieci i młodzieży oraz udzielania im wsparcia adekwatnego do indywidualnych potrzeb, a tym samym zwiększenie dostępności i jakości pomocy udzielnej dzieciom i młodzieży. Szczególną uwagę położono na skuteczność wsparcia uczniów i uczennic z niepełnosprawnościami, a także objętych leczeniem w związku z problemami w zakresie zdrowia psychicznego.
Wśród kluczowych rozwiązań projektu znalazły się m.in.:
-Uproszczenie wzorów orzeczeń i opinii oraz doprecyzowanie wymaganej dokumentacji i informacji o funkcjonowaniu uczniów, co usprawni pracę zespołów orzekających
-Wzmocnienie roli i decyzyjności zespołu orzekającego, który swoje rozstrzygnięcia będzie opierał na rzeczywistych trudnościach ucznia – dokumentacja medyczna będzie miała charakter pomocniczy.
-Obowiązkowe przekazywanie przez szkoły informacji o funkcjonowaniu ucznia, z uwzględnieniem jej w diagnostyce, by zapewnić trafniejsze rozpoznanie potrzeb i dostosowanie form wsparcia.
-Elastyczny skład zespołu orzekającego – lekarz nie będzie uczestniczył w nim obligatoryjnie, a decyzję w tej sprawie podejmie przewodniczący zespołu w zależności od indywidualnych potrzeb ucznia. Dopuszczono także udział członka zespołu leczącego (przy dzieciach pod opieką psychiatryczną), asystenta międzykulturowego czy tłumacza.
-Dookreślenie, jakie dokumenty stanowią podstawę do wydania orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego ze względu na niepełnosprawność.
-Możliwość przekazania orzeczenia bezpośrednio do szkoły, przedszkola czy placówki – po uzyskaniu zgody rodzica. Brak zgody oznaczać będzie brak wydania orzeczenia.
-Od kwietnia 2026 r. orzeczenia i opinie dla dzieci z wadami słuchu, wzroku, autyzmem (w tym zespołem Aspergera) będą wydawały poradnie właściwe terenowo. Specjalistyczne poradnie będą dalej mogły wydawać dokumenty dla tych dzieci – ale po określeniu rejonu ich działania przez organ prowadzący.
-Wydłużenie czasu na rozpatrzenie odwołania przez kuratora oświaty do 21 dni zamiast dotychczasowych 14 dni.
-Doprecyzowanie procedury wnioskowania, w tym obowiązek złożenia oświadczenia przez rodzica o sprawowaniu władzy rodzicielskiej lub opiece.
-Wyeliminowanie zbędnych formalności i dublujących się dokumentów zgodnie z rekomendacjami środowiska poradni oraz szkół.
Warto podkreślić element cyfryzacji – w nowym roku szkolnym zostaną udostępnione narzędzia informatyczne wspomagające sporządzanie dokumentów i przeprowadzenie oceny funkcjonowania uczniów. Na wdrożenie nowych przepisów szkoły, placówki i poradnie będą miały czas do 1 kwietnia 2026 r., a nauczyciele i specjaliści skorzystają z bogatej oferty szkoleniowej przygotowanej m.in. przez Ośrodek Rozwoju Edukacji oraz Akademię Pedagogiki Specjalnej.
Projekt rozporządzenia jest efektem szerokich konsultacji i rekomendacji środowiska dyrektorów poradni i szkół, nauczycieli, kuratorów oświaty oraz rodziców. Proponowane zmiany mają przede wszystkim służyć dzieciom i młodzieży, ułatwiając im dostęp do wsparcia oraz upraszczając drogę do uzyskania adekwatnej pomocy edukacyjnej i psychologicznej.
Rozporządzenie wejdzie w życie po 14 dniach od ogłoszenia. Jednak część przepisów – tych dotyczących nowych zasad przekazywania informacji o dziecku przez szkołę lub przedszkole oraz oceny jego funkcjonowania w poradni – zacznie obowiązywać dopiero od 1 kwietnia 2026 r. Dzięki temu szkoły, przedszkola i poradnie będą miały czas, żeby dobrze przygotować się do zmian. Nauczyciele i specjaliści będą mogli w tym czasie skorzystać ze specjalnych szkoleń przygotowanych przez Ośrodek Rozwoju Edukacji, Instytut Badań Edukacyjnych – Państwowy Instytut Badawczy oraz Akademię Pedagogiki Specjalnej. W nowym roku szkolnym zostaną także udostępnione w systemie teleinformatycznym zapewnianym przez Ministra Edukacji nowe, bezpłatne narzędzia diagnostyczne, które ułatwią rozpoznawanie potrzeb dzieci i przygotowywanie informacji, o których mowa w projekcie rozporządzenia.
Projekt Rozporządzenia Ministra Edukacji w sprawie orzeczeń i opinii wydawanych przez zespoły orzekające
działające w publicznych poradniach psychologiczno-pedagogicznych – TUTAJ
Źródło: www.gov.pl/web/edukacja/
Pierwszy miesiąc wakacji – obfitujący bardziej w pogodowe, nietypowe dla lipca, niespodzianki – już minął. Za 28 dni, nauczyciele i uczniowie spotkają się, aby zainaugurować uroczyście kolejny rok szkolny. Dzień później, w większości polskich szkół zabrzmią pierwsze dzwonki, uczniowie zasiądą w ławkach, a nauczyciele… nauczyciele – w znakomitej większości kolejny raz – podejmą swoje obowiązki/swoją misję/realizację swojej pasji – (niepotrzebne skreślić). Zapewne będą także tacy nauczyciele, dla których będzie to debiut – pierwszy dzień pracy w tej roli.
Ale to za 4 tygodnie. A teraz, decydując się co będzie tematem tego felietonu, postanowiłem, że będzie to problem edukacji domowej. Skąd mi to, akurat w środku wakacji, przyszło na myśl? Bo zawsze felietony zaczynam pisać już w sobotę, a właśnie 2 sierpnia przeczytałem na portalu „Strefa Edukacji” tekst Katarzyny Mazur „Dziwne oszczędności i kruszenie kopii o ucznia. Edukacja domowa może stać się kosztownym luksusem”. Jest to zapis rozmowy na ten temat z posłem Marcinem Jozefaciukiem, a tekst podzielony zostal na następujące fragmenty:
– Kto korzysta z edukacji domowej i dlaczego potrzebuje do tego szkoły?
– Edukacja domowa jest alternatywą dla systemu, ale nie działa poza nim
– Radykalne cięcie finansowania jest niejasno uargumentowane
– Edukacja domowa okaże się płatnym luksusem. Albo skończy się na kombinowaniu
– Projekt jest dyskutowany. MEN na razie się nie udziela
Abyśmy byli w tym samym punkcie startu – zanim przejdziecie do dalszego czytania tego felietonu – przeczytajcie ów tekst także – TUTAJ
Nie będę przeto streszczał jego treści, ani przytaczał wybranych fragmentów. Od razu przejdę do moich refleksji:
Zacznę od tego, ze „za moich czasów” , czyli kiedy ja byłem uczniem, edukacja domowa było prawie nieznana. Także kiedy po 1993 roku zostałem dyrektorem szkoły ponadpodstawowej, częściej można było spotkać formę „nauczania indywidualnego”, co było możliwe wyłącznie po uzyskaniu orzeczenia poradni psychologiczno-pedagogicznej, której specjaliści wydawali ten dokument wyłącznie w przypadku, kiedy stan zdrowia ucznia utrudniał lub uniemożliwiał mu uczęszczanie do szkoły. Zdarzały się, choć rzadko, przypadki, gdy powodem takiego orzeczenia były wybitne uzdolnienia ucznia, których nie mógł on realizować w sztywnych ramach systemu klasowo-lekcyjnego.
Co prawda Ustawa o systemie oświaty z dn. 7 września 1991 roku, w art. 16.8 umożliwiła, za zgodą dyrektora szkoły – ale wyłącznie podstawowej – realizację obowiązku szkolnego poza szkołą, to nie była to forma, na którą rodzice uczniów decydowali się w takiej skali jak dzisiaj. Jak można dowiedzieć się z przywołanego powyżej tekstu Katarzyny Mazur – w styczniu tego roku uczyło się w ten sposób niemal 63 tysiące uczniów – z czego większość, bo 34 tysiące, stanowili uczniowie szkół ponadpodstawowych. Na zakończenie roku szkolnego liczba ta wzrosła do około 64 tysięcy, czyli nawet od stycznia widać przyrost. Dla porównania: w roku szkolnym 2021/2022 było to zaledwie 22 tysiące uczniów.
Dlaczego to mnie na tyle zaniepokoiło, że postanowiłem się tymi przemyśleniami podzielić z Wami?
Bo widzą, że teraz ta decyzją rodziców jest łatwiejsza niż przed laty, gdyż dziś rodzice mogą „odpuścić sobie” bycie p.o. nauczyciela, bo powstała Szkoła w Chmurze – niepubliczne liceum ogólnokształcące i szkoła podstawowa w Warszawie, założone w 2015 roku przez przedsiębiorcę Mariusza Truszkowskiego, specjalizujące się właśnie w edukacji domowej. Szkoła ta ma kilkanaście regionalnych placówek: w Lublinie, Nysie, Olsztynie, Ostrołęce, Płocku, Pułtusku, Szczecinie, Tarnobrzegu, Wrocławiu, Poznaniu, Katowicach, Gorzowie Wielkopolskim i Kutnie. Ciekawe, że w Łodzi takiej „macki” nie ma….
Dodatkową okolicznością sprzyjającą podejmowaniu przez rodziców decyzji o przejściu ich dziecka na edukację domową jest powstanie Centrum Nauczania Domowego.
Nie piszę o tym dlatego, że jestem przeciwny takiej możliwości realizowania obowiązku szkolnego w ogóle. Zapewne są tacy uczniowie i takie sytuacje rodzinne, kiedy edukacja domowa – z różnych powodów – jest optymalnym rozwiązaniem. Ale…
Ale czy powinno to stać się „modą”, „szpanem”, czy po prostu wygodnictwem? Warto w tym miejscu przywołać, jako przykład, że bycie uczniem szkoły „klasycznej”, a nie tej „w chmurze” prowadził do sukcesów. Bo są nim – tak licznie w ostatnich tygodniach publikowane w mediach informacje – o zdobywanych przez polskich uczniów medalach na międzynarodowych olimpiadach przedmiotowych. We wszystkich tych informacjach podawane jest, której szkoły są uczniami lub absolwentami.
I to, co dla mnie, pedagoga społecznego z wykształcenia i praktyki, najważniejsze: rezygnacja z bycia uczniem szkoły – „de facto”, a nie „de jure” – to nie tylko ucieczka od codziennego rannego wstawania, pokonywania – na wyznaczoną godzinę – drogi do szkoły, od rutyny godzin lekcyjnych, bycia nieustannie ocenianym, ale także rezygnacja z posiadania koleżanek/kolegów „z klasy”, w ich gronie – z przyjaciółek/przyjaciół, z nawiązywania więzi, które często stają się relacjami na całe życie.
To w szkole, w gronie klasowych koleżanek i kolegów zdobywamy pierwsze doświadczenia w pracy w w grupie, w rozwiązywaniu konfliktów, we wspólnym przeżywaniu radości z sukcesów i radzeniu sobie w chwilach porażek. Tego wszystkiego nie ma, gdy się siedzi w domu, zazwyczaj przed laptopem, nawet, gdy a się rodzeństwo, kochających rodziców i życzliwych sąsiadów…
Dlatego nie jestem zwolennikiem dalszych ułatwień w rezygnacji z nauki w szkole i przechodzeniu na edukację domową.
Włodzisław Kuzitowicz
Foto: www.be.edu.pl/
Tekst, którego obszerne fragmenty zamieszczamy poniżej, został dzisiaj opublikowany na stronie tygodnika „Newsweek”. Jednak z powodu konieczności wykupienia dostępu do jego treści, odsyłamy linkim do jego pełnej wersji na stronę portalu „Onet”. Autorką tej publikacji jest znana nam jeszcze z czasu, gdy była dziennikarką „Gazety Wyborczej” Aleksandra Pezda. Zapraszamy do lektury:
Awantura o nową listę lektur. MEN wypiera się pracy własnych ekspertów
[…]
Wakacje w pełni, ale to nie przeszkoda, żeby się awanturować o lektury szkolne. Poloniści zatrudnieni przez MEN postanowili zostawić wolną rękę w wyborze książek nauczycielom i uczniom. Na prawicy zawrzało, że będzie „odmóżdżanie”. Zaatakowany rząd Donalda Tuska odciął się od własnego projektu. A MEN ze strachu przed polityczną awanturą – wypiera się własnej pracy.
Nowa lista lektur to „systemowe odmóżdżanie”?
Chodzi o nową podstawę programową, która ma wejść do szkół podstawowych od września 2026 r. (najpierw w klasach 1-4). Ma obowiązywać każdego nauczyciela, w każdej szkole w kraju. Dotyczy też naturalnie języka polskiego, w tym – kanonu lektur. Tym razem eksperci MEN naprawdę postanowili zrobić rewolucję. To nauczyciele, wspólnie z uczniami, mieliby sami wybierać, co będą czytać. Z grubsza – bo nawet reformatorzy zostawili wyjątki. Ale o tym za chwilę.
W żadnym innym kraju lista lektur nie urasta do rangi kryzysu państwowego. Ale u nas? Nic bardziej nie rozgrzewa polskich polityków jak kanon literatury narodowej. Szkoda tylko, że politycy jak dzieci. Czytają tylko tytuły.
I tak – szefowa zespołu pracującego nad nową podstawą programową z języka polskiego, dr Kinga Białek, pochwaliła się w środę „Gazecie Wyborczej”. Mariusz Błaszczak musiał czytać do śniadania, bo już przed godz. 10 ubolewał na platformie X, że „To będzie to krok w stronę społeczeństwa, które czyta coraz mniej, rozumie coraz mniej i daje się prowadzić byle sloganom. A może o to chodzi Platformie Obywatelskiej?”. Natychmiast po nim przyłożył Mateusz Morawiecki: „Wiele można wybaczyć lekkomyślnym politykom, ale – tego systemowego odmóżdżania, które chce zafundować młodym Polakom Barbara Nowacka, wybaczyć nie można„ grzmiał były premier.
Do obiadu była już gotowa replika rzecznika rządu Donalda Tuska: „Kanon lektur pozostaje bez zmian. Ministerstwo edukacji nie wykreśla żadnych tytułów z listy lektur” – napisał Adam Szłapka.
Reakcja ministra edukacji Barbary Nowackiej była wobec tego do przewidzenia: „Co się zmienia w kanonie lektur? Nic” – napisała po rzeczniku na platformie X. I odcięła się od własnych ekspertów: „Propozycje ekspertów, nawet te najbardziej emocjonujące, pozostają propozycjami ekspertów, a nie działaniem MEN” – napisała. […]
Od środy MEN tłumaczy się z cięć w lekturach na wszelkie sposoby. W przekazanym PAP stanowisku czytamy: „Nie jest prawdą, że eksperci wśród swoich recenzowanych propozycji postulują likwidację obowiązkowości lektur lub całych list lektur, włącznie z kanonem polskiej literatury (…) Eksperci (…) wskazują na konieczność obowiązkowych pozycji i tekstów – w tym fragmentów Biblii, wybranych mitów greckich (…) . Ponadto każdy uczeń musiałby poznawać klasyków polskiej literatury”.
W Radiu TOK FM wiceministra edukacji Katarzyna Lubnauer również zapewniała, że MEN nie wprowadziło żadnych zmian na liście lektur. Przyznała jednak, że nad zmianami pracują zespoły ekspertów. „Te propozycje nawet do nas jeszcze nie trafiły” – mówiła. Jednak już w następnym zdaniu – odpowiadając na pytanie prowadzącej – wymieniała szczegóły propozycji i ich broniła. „Zależy nam, aby młodzi ludzie czerpali nie z bryków, nie ze skrótów tylko z prawdziwych źródeł” – mówiła. „Naszym celem jest wyrobienie nawyku czytania” – podkreślała.
Wszyscy komentatorzy odnoszą się do medialnych wypowiedzi dr Białek. Nikt nie cytował projektu. Jeszcze wczoraj, gdy drążyłam w MEN, jaki jest jego status, usłyszałam, że projektu jeszcze nie ma, że dopiero powstaje. W końcu go jednak znalazłam.
Prezentacja projektu jest dostępna – całkiem oficjalnie – na stronie Instytutu Badań Edukacyjnych, który nadzoruje prace nad nową podstawą programową. Był już nawet webinar dla nauczycieli, podczas którego autorzy przedstawiali szczegóły propozycji. I – co tu kryć – są w nim założone cięcia na liście lektur.
Co zniknie z listy lektur w podstawówce?
Poloniści zatrudnieni przez MEN zostawili na liście lektur obowiązkowych w szkole podstawowej tylko kilka pozycji, w tym raptem trzy większe utwory: „Balladynę”, „Kamienie na szaniec” i „Dziady” (do czytania w klasach VII-VIII). Nie licząc drobniejszych tekstów czy fragmentów innych dzieł (np. „Pana Tadeusza”) – ale o tym za chwilę. Z listy obowiązkowej na tym etapie edukacji wypadną w gruncie rzeczy tylko: „Zemsta”, „Mały książę” i „Opowieść wigilijna”.
Z kolei w klasach IV-VI zniknie lista obowiązkowa, na której były: „Akademia Pana Kleksa”, „Kajko i Kokosz”, „Opowieści z Narnii”, „Chłopcy z Placu Broni” i „Hobbit”, a z mniejszych form: „Mikołajek”. Znikną – bo na tym etapie miałoby nie być w ogóle listy lektur obowiązkowych. Co nie znaczy, że tych książek nadal nie będzie się w szkole czytało.
Eksperci zalecili, by na każdym etapie – w klasach IV-VI i VII-VIII – uczniowie czytali co najmniej cztery dłuższe teksty literackie w każdym roku. Co daje w sumie minimum 20 książek przez całą drugą część podstawówki (bez edukacji I-III).
To sporo – biorąc pod uwagę nastawienie polskich uczniów do czytania. Według badania PIRLS 2021 (Międzynarodowe badanie osiągnięć czwartoklasistów w czytaniu), emocje polskich uczniów wobec czytania plasują ich na 50 miejscu, wśród rówieśników z 57 krajów.
„Chcemy przeciwdziałać temu, że dzieci zamiast lektur czytają bryki (…) Ale do tego potrzebna jest rezygnacja z liczby lektur na rzecz jakościowej edukacji czytelniczej” – mówiła dr Kinga Białek na stronie IBE.
Lista lektur do podstawówki już teraz nie jest obszerna. Wiele tytułów jest właśnie na liście do wyboru. Czy w nowej podstawie też znajdzie się lista lektur do wyboru? – Będzie, ale w odrębnym dokumencie, wraz ze wskazówkami metodycznymi – odpowiada mi jedna z osób, które pracowały przy projekcie.
Co ciekawe, na odchudzonej liście lektur pozostały pozycje, o które zazwyczaj bije się prawica. Jest „Reduta Ordona”, w której obronie stoczono bitwę już w maju ubiegłego roku. Nadal więc przeciętny polski uczeń będzie w stanie rozpoznać cytat „Nam strzelać nie kazano”. Została też „Śmierć Pułkownika” – jeden z nielicznych przykładów kobiecej bohaterki narodowej. No i zostały „Kamienie na szaniec” – formacyjne teksty, które „każdy Polak znać powinien”. Jest oczywiście „Pan Tadeusz” – choć we fragmentach. I również obowiązkowe fragmenty Biblii.
Projekt jest już gotowy. W najbliższych dniach miał zostać poddany tzw. konsultacjom społecznym. Czy tak się stanie? Nie wiadomo – właśnie wybuchła polityczna awantura.[…]
Jakie będą dalsze losy projektu? Na razie MEN wypiera się faktów, a podlegający mu IBE na swoich platformach, w osamotnieniu broni MEN-owskich ekspertów.* „Apelujemy o zaufanie polonistom” – pisze dr Białek. I tłumaczy, co stoi za ideą wolnego wyboru lektur: „Dzieci muszą przede wszystkim zrozumieć, że literatura może opowiadać o ich życiu, że książki są blisko nich„.
Rozmawiam z dwoma ekspertkami, które pracowały przy projekcie.
– Czuję się wykorzystana, bo słyszę, że nasza praca nie ma znaczenia, a decyzje i tak są polityczne – mówi jedna z nich. – Za PiS-u przynajmniej było wiadomo, kto jest wrogiem – mówi.
Druga podkreśla, że nie chodziło o to, który tytuł jest ważniejszy. – Celem było, aby pozostawić nauczycielom jak najwięcej autonomii a uczniom dać sprawczość. Ścisłego kanonu lektur nie ma w krajach, na których edukacji chcielibyśmy się wzorować, jak np. Finlandia. Zdecydowaliśmy w końcu, żeby kilka kanonicznych tekstów i tylko z literatury polskiej zostawić. A to i tak nie wystarczyło – mówi rozgoryczona.
Nad nową podstawą programową do szkoły podstawowej pracuje powołany przez MEN zespół 200 ekspertów i praktyków, zebranych w 22 zespołach przedmiotowych. Za całość odpowiada ministerialny Instytut Badań Edukacyjnych. MEN reformą się chwali, na stronie ministerstwa jest dedykowana jej zakładka, z przesłaniem: „Wyniki międzynarodowych badań wskazują, że w ostatnich latach polska szkoła znalazła się w poważnym kryzysie, dlatego potrzebne są mądre i odpowiedzialne działania naprawcze„. Według MEN, dzięki tej reformie, „absolwenci polskich szkół będą przygotowani do życia w zmieniającym się świecie”. Finalne wersje 22 projektów przedmiotowych mają być opublikowane we wrześniu tego roku. […]
Cały tekst „Awantura o nową listę lektur. MEN wypiera się pracy własnych ekspertów” – TUTAJ
Źródło: www.onet.pl/informacje/newsweek/
*Zamieszczony 30 lipca na stronie IBE tekst, zatytułowany „Nowa podstawa programowa z języka polskiego: dzieci mają czytać chętniej” – TUTAJ









