Foto: www.pl.depositphotos.com/stock-photos/

 

Dzisiaj (29 listopada 22021 r.) na stronie „Dziennika Łódzkiego” znaleźliśmy artykuł Magdaleny Konczal zatytułowany „Polski uczeń „pracuje” 50-60 godzin tygodniowo. Tak wychowujemy pokolenie zestresowanych nastolatków”. Oto jego fragmenty:

 

Budzi się o 5.00 czy 5.30, bo musi dojechać do szkoły. Dzień wcześniej zarwał noc, trzeba było nauczyć się do dwóch kartkówek i jednej odpowiedzi ustnej. Kończy o 16.00, na 18.00 jedzie na dodatkowy angielski. A po powrocie prace domowe i nauka na kolejny dzień. Tym razem trzeba zrobić projekt, więc spać kładzie się chwilę przed północą. Polski uczeń „pracuje” zdecydowanie więcej niż niejeden dorosły – jest wyczerpany, zestresowany i zmęczony życiem. […]

 

–Córka w szkole jest przez 8 godzin, później co najmniej 2 godziny uczy się w domu – mówi nam Agnieszka, mama Ani* (uczennica ósmej klasy). – W weekend nad książkami spędza przynajmniej 4 godziny, a więc mniej więcej 54 godziny w tygodniu poświęca na naukę.

 

To nie jest odosobniony przypadek. Wyścig zaczyna się mniej więcej w czwartej klasie podstawówki. Już pod koniec nauczania zintegrowanego dzieci słyszą: „Pójdziesz do czwartej klasy, to zobaczysz, wtedy się zacznie”. I się zaczyna. Nieustanne straszenie egzaminem ósmoklasisty, kartkówki, sprawdziany, odpytywania i mówienie: „Ucz się, bo jak źle napiszesz egzamin, to nie dostaniesz się do dobrego liceum”.

 

A w liceum mechanizm jest podobny. Pierwsze słowo, które uczniowie słyszą, przekraczając próg budynku szkolnego to „matura”. Egzamin dojrzałości jest świętością, najważniejszym elementem życia każdego ucznia. Zdanie, które młodzież nieustannie słyszy od swoich rodziców i nauczycieli to: „Ucz się, bo jak źle napiszesz maturę, to nie dostaniesz się na wymarzone studia”. […]

 

Czytaj dalej »



Już 26 września 2021 r. „Dziennik Wschodni” poinformował:

 

„Uczniowie jednego z lubelskich liceów nie muszą się bać ocen niedostatecznych. Od początku nowego roku szkolnego nauczyciele nie wystawiają jedynek, a z pierwszych analiz wynika, że młodzież… chętniej się uczy.”

 

 

Tą szkołą, która od 1 września wprowadziło nowy system oceniania jest VI Liceum Ogólnokształcącego im. Hugona Kołłątaja w Lublinie. Oto wypowiedź jego dyrektorki – Marzeny Kamińskiej, przytoczonej w tym materiale:

 

-Na wprowadzenie zmian zdecydowaliśmy się biorąc pod uwagę towarzyszącą nam sytuację pandemiczną i przedłużające się zdalne nauczanie. Powrotowi do tradycyjnej nauki towarzyszyły silne emocje i ogromny stres uczniów. Analiza sytuacji wykazała, że powoduje go przede wszystkim obawa przed otrzymaniem oceny niedostatecznej. […] Oceniamy zdobytą wiedzę i umiejętności, a nie ich brak – tłumaczy pani dyrektor. Jeśli uczeń nie opanuje podstawy programowej, nie otrzyma złego stopnia, tylko znak „x” (oznaczający: „uczę się”). Ustali też z nauczycielem kolejny termin, w którym będzie mógł wykazać się wiedzą. – Jedynka może być wyłącznie oceną wystawioną na koniec semestru lub roku szkolnego w sytuacji, gdy w trakcie nauki uczeń nie otrzymywał ocen pozytywnych.

Źródło: www.dziennikwschodni.pl

 

 

Później jeszcze wiele innych mediów uczyniło z tej innowacji temat swojego materiału.Ostatnio, przed tygodniem (22 listopada), portal INTERIA zamieścił artykuł zatytułowany „Liceum w Lublinie wprowadziło zmianę skali ocen. „Jedynka” została wycofana”.

 

 

Ale nie ten tekst stał się powodem podjęcia tego tematu na stronie „Obserwatorium Edukacji”. Czynimy to dlatego, że dzisiaj zamieścił swój komentaż do tej zmiany w systemie oceniania uczniów VI LO w Lublinie profesor Bogusław Śliwerski. Tekst na blogu <PEDAGOG> ma tytuł „Rezygnacja z wystawiania jedynek nie jest rewolucją w szkolnej dydaktyce”. Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji – podkreślenia fragmentów tekstu – redakcja OE:

 

Rezygnacja z wystawiania jedynek uczniom VI Liceum Ogólnokształcącego im. Hugona Kołłątaja w Lublinie nie jest żadną rewolucją, a tym bardziej znaczącą zmianą w dydaktyce.

 

To jest jedynie akt „osłabienia” stopnia zewnętrznej przemocy strukturalnej nauczycieli wobec uczniów. Zniesiono bowiem wystawianie jedynek tylko w trakcie semestru szkolnego, ale zarówno na jego końcu, jak i na koniec roku szkolnego jedynka jest wystawiana tym uczniom, których wiedza i umiejętności są poniżej standardu oceny dopuszczającej.

 

Czytaj dalej »



W sobotę (27 listopada 2921 r.)mb. Późnym wieczorem Marzena Żylińska zamieściła na swoim profilu taki tekst:

 

 

Dlaczego nie powinniśmy zaczynać szkolnej nauki od czytania, pisania i liczenia.

 

Zakładamy, że celem edukacji jest głównie zapamiętywanie faktów. Aby dziecko mogło się efektywnie uczyć, rozwinąć swój potencjał i szczęśliwie żyć najpierw powinno nauczyć się, jak panować nad zmysłami, emocjami i potrzebą ruchu. To niezwykle ważne kompetencje, które często pomijamy, a szkolna nauka powinna zaczynać się właśnie od nich.

 

Stuart Shanker zwraca w swojej książce uwagę na niezwykle ważny problem. Szkolną naukę najczęściej zaczynamy od nauki czytania, pisania i liczenia, a to błąd. Powinniśmy zacząć ją od zupełnie innych rzeczy, np. od tego, że jak ktoś mówi, to inni słuchają, od tego, jak zgłaszać problemy, które się pojawią, jak się skupić na pracy, co zrobić, gdy nie można się skupić, co zrobić, gdy nie można usiedzieć bez ruchu, albo ….

 

Jest bardzo wiele dystraktorów, które mogą przeszkadzać w nauce, jest bardzo wiele kompetencji, które są niezbędne do tego, żeby móc pracować w szkole w skupieniu, ale nie powinniśmy zakładać, że wszystkie dzieci je mają. Problem w tym, że wiele dzieci ma problemy, które im w nauce przeszkadzają i z którymi same sobie nie poradzą. ale … Z pomocą nauczyciela na pewno będzie to możliwe.

 

 

W książce Stuarta Shankera „Samoregulacja w szkole”nauczyciele znajdą bardzo wiele inspiracji i pomysłów, jak rozwijać kompetencje, dzięki którym wszystkie dzieci będą mogły poradzić sobie z tym, co utrudnia im naukę.

 

 

Źródło: www.facebook.com/marzena.zylinska

 

 

 



 

Wybaczcie Wszyscy Czytający ten felieton (i zapewne wiele poprzednich), że tak świętuję zamieszczenie czterechsetnego felietonu na OE. Ale musicie, zwłaszcza ci młodsi, zrozumieć, że gdy ma się „na liczniku” taki „przebieg” jak ja (ponad 28 340 zaliczonych dni), to nie tylko każdy rok, ale każdy miesiąc i tydzień przeżyty w jakiej takiej formie, także intelektualnej, to już powód do radości. A w przypadku tej dzisiejszej okazji jest to także powód „merytoryczny”. Wszak za pisanie tekstów, w których komentuję wydarzenia dziejące się wokół mnie, wziąłem się dopiero na emeryturze, jako totalny amator, którego „zewnętrzne bodźce” uczyniły nie tylko redaktorem internetowej gazety („Gazeta Edukacyjna” – rok 2006 – Wyższa Szkoła Pedagogiczna), ale w konsekwencji tego „sieciowego” zaistnienia – także cotygodniowym felietonistą w wydawanej w Warszawie, w formie drukowanego tygodnika, „Gazecie Szkolnej”. (2007 – 2011)

 

I okazało się, że nie tylko od papierosów, alkoholu i narkotyków łatwo się uzależnić. Od cotygodniowego stukania w klawiaturę komputera „na tematy aktualne” – także.

 

I to było powodem, że „musiałem” utworzyć „Obserwatorium Edukacji”, kiedy twarde prawa ekonomii pozbawiły mnie obowiązków redaktora naczelnego „Gazety Edukacyjnej”. Przypominam, że w tym moim – tym razem na prawdę moim – „informatorze oświatowym” pierwszym zamieszczonym tekstem był felieton. Już po kilkunastu tygodniach wykształciła się „procedura” felietonów pisanych – nieomal – każdej niedzieli.

 

Dzisiaj jest to już felieton czterechsetny. Nie dziwcie się, że chcę ten fakt jakoś szczególnie podkreślić. Bo nie wiem, do ilu jeszcze „dojadę”….

 

 

x            x           x

 

 

Pierwszy „minijubileuszowy” „Felieton nr 50. O „Nauczycielu Roku”, uczniowskim przedstawieniu i nagrodzonych„ nie nastroił mnie do fetowania tej okazji. Także gdy przyszła niedziela 22 listopada 2015 roku i pisałem felieton opatrzony nr 100, któremu dałem tytuł Jubileusz felietonisty w cieniu restauracji pedagogiki „urabiającej”, też nie mogłem wypełnić go treściami „jubileuszowymi”. Oto dlaczego :

 

Los tak zrządził, że ten jubileuszowy felieton piszę w finale tygodnia, w którym działo się, oj działo w kraju w ogóle, ale też i na naszym edukacyjnym podwórku. Po wysłuchaniu exposé premier Beaty Szydło nie można już mieć wątpliwości: weszliśmy w epokę restauracji – oczywiście nie w znaczeniu gastronomicznym! Niezależnie od zasłony dymnej frazeologii prawicowo-nacjonalistycznej, jaką posługują się liderzy formacji, która – to fakt – w wyniku demokratycznych wyborów objęła i sprawuje niepodzielnie nieomal pełnię władzy w naszym kraju, tak naprawdę jest to „powtórka z rozrywki” czasów znanych starszym rocznikom z PRL!

 

Mogę dziś potwierdzić, że na fetę z własnego „dokonania” nie było wtedy atmosfery.

 

 

x           x           x

 

 

Po kolejnych pięćdziesięciu felietonach – 18 grudnia 2016 roku – także nie uczyniłem tego tekstu jubileuszowo-okolicznościowym. Miał on tytuł „O młodzieżowych Wallenrodach, czyli ich liście do Prezydenta”. I tylko w jego końcowej części napisałem:

 

Jak na „mały jubileusz” – 150. napisany i zamieszczony w OE mój felieton – akurat ta historia z owymi Konradami Wallenrodami w Radzie Dzieci i Młodzieży przy MEN w roli głównej w sam raz pasuje, aby to wydarzenie potraktować jako prezent od „nieprzewidywalnej rzeczywistości społecznej”. Bo skoro w młodym pokoleniu nie wszyscy są kolaborantami i klakierami władzy, to może ciągle ma sens śpiewanie (wraz z nimi) „Jeszcze Polska nie zginęła…”

 

I pomyśleć, że za kilka dni minie pięć lat od tego wyznania mojej wiary.

 

 

x           x           x

 

 

Dopiero 17 grudnia 2017 roku zamieściłem felieton, który już w tytule sygnalizował rozważania okolicznościowe: „Felieton nr 200. JUBILEUSZ, czyli coś się kończy, coś zaczyna…” Jego obszerną zawartością jest charakterystyka kolejnych lat pisania moich felietonów, a nawet linki do – wybranych z tej okazji – czterech felietonów z 2017 roku.Dzisiaj, po latach od tamtego dnia, bez udawania że wszystko jest OK, muszę przyznać się, że w zakończeniu tamtego felietonu złożyłem pewną deklarację:

 

Otóż podjąłem właśnie decyzję, że ten  dwusetny felieton jest ostatnim w tej formule. W nadchodzącym nowym 2017 roku będę w niedzielę zamieszczał prawdziwie felietonowe felietony, nieprzekraczające 5 tys. znaków! Natomiast dla zaspokojenia moich potrzeb pisania obszerniejszych materiałów problemowych otwieram  nową zakładkę  <Eseje>.

 

No cóż – sami wiecie, że były to takie „obiecanki cacanki”…

 

Czytaj dalej »



Na dzisiejszą sobotę proponujemy lekturę tekstu Sylwii Czubkowskiej „Czas wprowadzić do szkół edukację medialną. To ostatni dzwonek, by wychować cyfrowo świadome społeczeństwo”, zamieszczonego 4 listopada 2021 r. na portalu „SPIDER’S WEB plus”. Dla zainteresowania czytających jego treścią zamieszczamu kilka fragmentów, sugerując sięgnięcie po pełną wersję, klikając w podany link:

 

 

Edukacja medialna, cyfrowa, nauka higieny cyfrowej, digital citizenship, czyli obywatelskość cyfrowa. Nazw jest wiele. Za każdą z nich jednak stoi to samo przekonanie: dzieci wchodzące w cyfrowy świat potrzebują wskazówek i pomocy także w szkole. Jak dużej – pokazała nam pandemia i bolesny eksperyment z teleedukacją.

14 700 godzin. Tyle zajęć lekcyjnych zalicza uczeń między pierwszą klasą podstawówki a czwartą liceum. W samej szkole podstawowej przez osiem lat uczniowie spędzają blisko 9 tys. godzin lekcyjnych. I to nie licząc specjalnych godzin dyrektorskich, lekcji religii lub etyki, wychowania do życia w rodzinie czy przygotowania zawodowego. A jeszcze są przecież zajęcia pozalekcyjne, dodatkowe godziny języków obcych, piłka nożna czy inny sport, korepetycje do egzaminów, lektury, prace domowe…

Dużo.

 

Tyle że mimo ogromu zajęć i tak coś bardzo wyraźnie nie działa w edukacji. Udowodniła to teleszkoła, na którą wysłano cały kraj podczas kolejnych lockdownów. Zapewnienie sprzętu do zdalnej nauki – choć początkowo wydawało się kluczowe – było tak naprawdę najłatwiejszym zadaniem. Bo co z tego, że te laptopy czy choćby smartfony mają już i uczniowie i nauczycie, gdy zaczął się maraton problemów. E-rajdy na zdalne lekcje, fascynacja nawet 10-latków patostreamerami, świetna znajomość TikToka, ale równolegle nieumiejętność odróżniania dezinformacji od faktów, przemęczenie ekranozą, bezrefleksyjne przenoszenie modeli edukacyjnych z tradycyjnej szkoły do lekcji zdalnych. 

Wszystko to pokazało wielką lukę polskiego systemu edukacji, czyli brak przygotowania do życia w cyfrowym świecie. Ta dziura, wręcz krater, w który wpadają kolejne roczniki, a nawet już całe pokolenia uczniów, nazywa się: brak edukacji medialnej. Gdy szykujemy się teraz na wytęsknione po pandemii wakacje, to szkoły tak naprawdę mają ostatni dzwonek, by taką edukację zacząć wprowadzać. […]

 

Problem braku kompetencji w sieci wśród najmłodszych zresztą ciągnie się już od kilku lat. Według badań NASK z 2017 r. ponad jedna piąta polskich uczniów nie miała nawyku sprawdzania i weryfikowania informacji. Polskie nastolatki mają też problem z rozróżnieniem, co jest opinią, a co faktem. W badaniu przeprowadzonym przez Instytut Badań Edukacyjnych nie potrafiło tego zrobić 60 proc. gimnazjalistów.

 

A przecież w ich i nasze życie wchodzą coraz nowsze rozwiązania. – Małe dzieci używające dotykowych ekranów zaczynają wydawać polecenia głosowe botom, asystentom, którzy sterują telewizorem, tabletem, urządzeniami domowymi, a nawet wchodzą z nimi w interakcje, czego przykładem są produkty Lego Duplo tworzone we współpracy z Amazonem. Nie uda nam się w pełni przewidzieć przyszłości, ale potrzebujemy przygotowania się do niej, żeby uniknąć chaosu edukacji zdalnej, jak również żebyśmy nie przestawali radzić sobie po ludzku i zawsze byli ludźmi – tłumaczy nam dr Grzegorz D. Stunża, prezes Polskiego Towarzystwa Edukacji Medialnej i adiunkt w Instytucie Pedagogiki na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego. […]

 

Nie ma chyba nikogo związanego z edukacją i cyfryzacją, kto nie widziałby ogromnej potrzeby zmiany w polskich szkołach. Tyle że kiedy przechodzimy do szczegółów, to okazuje się, że wcale nie ma jednomyślności, czym konkretnie ta cała „edukacja medialna” powinna być.

 

Czytaj dalej »



Foto: www.krakow.wyborcza.pl/

 

Scena ze spektaklu „Dziady” w Teatrze im. Słowackiego, w reżyserii Maji Kleczewskiej

 

 

Polecamy lekturę tekstu Moniki Sewastianowicz na portalu < Prawo.pl > zatytułowanego „Opinie kuratora bywają wiążące, ale nie te o teatrze – wyjście z klasą na sztukę bez konsekwencji”. Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji:

 

Małopolska kurator stanowczo odradziła szkołom wyjście do krakowskiego teatru im. Słowackiego na „Dziady” w reżyserii Mai Kleczkowskiej, argumentując, że nie wpisują się w cele wskazane w Prawie oświatowym. Tymczasem zalecenia kuratora powinny skupiać się na kwestii realizacji podstawy programowej – a to w przypadku wyjścia na lekturę, trudno zakwestionować. […]

 

 

Prawo oświatowe nie daje „rządu dusz”

 

Równie ostre jak piękno, prawda i dobro są przepisy Prawa oświatowego, do których odnosi się stanowisko kuratorium oświaty. Według art. 1 pkt. 1-3 system oświaty zapewnia w szczególności:


1.realizację prawa każdego obywatela Rzeczypospolitej Polskiej do kształcenia się oraz prawa dzieci i młodzieży do wychowania i opieki, odpowiednich do wieku i osiągniętego rozwoju;

 

2.wspomaganie przez szkołę wychowawczej roli rodziny;

 

3.wychowanie rozumiane jako wspieranie dziecka w rozwoju ku pełnej dojrzałości w sferze fizycznej, emocjonalnej, intelektualnej, duchowej i społecznej, wzmacniane i uzupełniane przez działania z zakresu profilaktyki problemów dzieci i młodzieży.

 

–Artykuł 1 obejmuje zbiór postulatów i wytycznych, według których powinien być zorganizowany system oświaty w Polsce, a także standardów, jakie powinien spełniać (…) W istocie zatem należy rozumieć, że to nie system oświaty jako bliżej niesprecyzowany byt prawny, lecz organy państwa i j.s.t. powinny zapewnić taką organizację procesu nauczania, wychowania i opieki w szkołach i placówkach, aby warunki prawne określone w tym i innych przepisach ustawy zostały spełnione – tłumaczy dr hab. Mateusz Pilich w komentarzu do ustawy – Prawo oświatowe. Niekoniecznie więc są to przepisy, z których jasno można wysnuć zakaz pójścia z klasą na spektakl „Dziadów” – no chyba że chodziłoby np. o grupę sześciolatków, którym mogłyby się potem śnić koszmary. […]

 

Rodzi to jednak pytanie, czy nauczycielom, którzy zignorują opinię pani kurator grożą jakieś konsekwencje. Prawnicy są zgodni – poczucie estetyki urzędników i ich definicja prawdy, w tym wypadku podstawą do nałożenia sankcji być nie mogą.

 

-Ani dyrektora, ani nauczycieli, którzy wezmą klasę na spektakl, nie mogą spotkać żadne negatywne konsekwencje – mówi radca prawny Robert Kamionowski, partner w Peter Nielsen & Partners Law Office. Tłumaczy, że nadzór pedagogiczny ograniczony jest do realizacji podstawy programowej i zgodności z prawem. – Tu ta ostatnia nie zachodzi, a wyjście na spektakl, na podstawie literatury, która jest na liście lektur, trudno oceniać jako nierealizowanie podstawy programowej. Pani kurator ma prawo wyrazić swoje zdanie na temat sztuki, ale powinna być to jej prywatna opinia, wydawanie takich zaleceń i opinii oficjalnie, jako stanowiska kuratorium, może być – moim zdaniem – traktowane jako nadużycie uprawnień – mówi mec. Kamionowski.

 

Tego samego zdania jest radca prawny Maciej Sokołowski, specjalizujący się w prawie oświatowym. Tłumaczy, że nie ma realnych podstaw prawnych umożliwiających wyciągnięcie konsekwencji wobec nauczycieli organizujących uczestnictwo uczniów w spektaklu. – Traktuję list Małopolskiej Kurator Oświaty, a także medialny głos wspierającego ją w tej sprawie Ministra Edukacji i Nauki wyłącznie za nieformalne działania odstraszające, mające na celu wywołanie efektu mrożącego, zastosowane w sytuacji gdy nie ma prawnych możliwości oddziaływania na tę sferę działalności nauczycieli. Oczywiście, takie próby wpływania władzy na proces edukacyjny uczniów są niewłaściwe, jednak nie powinny przekładać się na jakiekolwiek negatywne działania wobec konkretnych nauczycieli – podkreśla. […]

 

 

Cały artykuł „Opinie kuratora bywają wiążące, ale nie te o teatrze – wyjście z klasą na sztukę bez konsekwencji”

– TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.prawo.pl/oswiata/
‚




21 października zamieściliśmy kolejną część Poradnik Wiesławy Mitulskiej – jak pracować z trzecioklasistami” Dziś kontynuujemy tą serię:

 

25 października

 

 

O odkrywaniu jesieni i o tym, że eksperymenty nie zawsze się udają

 

Od trzech dni zajmujemy się kolejnymi pytaniami z naszej tablicy projektowej. Dzieci już wiedzą dlaczego liście zmieniają kolor, ale ja chciałam jeszcze pokazać im kolory jesieni w eksperymentalnym wydaniu.

 

Znalazłam opis eksperymentu, w którym można zobaczyć jak barwy jesiennych liści rozkładają się na barwy składowe, a wśród nich powinien znaleźć się kolor zielony, na dowód, że nie cały chlorofil już się rozłożył, nawet jeśli liść jest czerwony.

 

Podczas eksperymentowania zawsze pracujemy metodą naukową, to znaczy, że stawiamy hipotezy i wyciągamy wnioski z wykonanych badań.

 

Zrobiliśmy wszystko według instrukcji.

 

Posegregowaliśmy zebrane liście według kolorów. Liście zostały pracowicie rozdrobnione, roztarte i w słoiczkach zalane alkoholem. Kiedy barwnik z liści przeszedł do alkoholu, dzieci mogły zobaczyć piękne, żywe kolory: zielony, żółty i brunatno-czerwony.

 

Zadałam uczniom pytanie:

 

Co się stanie, gdy do każdego słoiczka włożymy papierowy ręcznik?

 

Wszyscy zgodnie postawili hipotezę, że ręcznik nasiąknie i będziemy mogli zobaczyć na nim taki kolor, jaki miały liście w słoiku.

 

W tym momencie zostawiliśmy nasze laboratorium na cały weekend, a w poniedziałek, ku uciesze dzieci, których hipotezy się sprawdziły, mogliśmy zobaczyć piękne, żywe kolory na ręcznikach.

 

Tylko ja nie byłam zadowolona z efektów eksperymentu. 

 

Niestety, chromatografia nie wyszła, ale dziecięce notatki już tak

 

W okolicy szkoły mamy sporo drzew różnych gatunków, które posłużyły nam jako materiał badawczy.

 

Dzięki badaniom dzieci, dowiedziałam się, że wśród nich rośnie młody platan, którego nigdy wcześniej nie zauważyłam. 

 

Sprawdziliśmy jeszcze jak spadają liście z drzew, a potem każde dziecko wyobraziło sobie, że jest takim spadającym liściem.

 

Co liść mógłby myśleć w trakcie spadania?

 

Według dzieci, spadanie jest bardzo przyjemne, tylko lądowanie może nie być już takie miłe.

 

W tym momencie wykorzystałam okazję, do poćwiczenia z dziećmi krótkich wypowiedzi pisemnych. To przykład na to, że projekt typowo przyrodniczy może sięgać po aktywności z różnych dziedzin.

 

Nasz projekt jeszcze potrwa, bo widzę, że zainteresowanie uczniów się nie kończy, a i pytań na tablicy projektowej jeszcze sporo zostało.

 

 

 

27 października

 

 

Czy już wiem i potrafię?

 

W projekcie „Odkrywamy jesień” uczniowie osiągają różne cele. Jednym z wielu jest umiejętność rozpoznawania gatunków drzew po liściach i owocach, a żeby się tego nauczyć, trzeba najpierw zbadać drzewa, zgromadzić materiał porównawczy, wyszukać informacje w różnych źródłach i zrobić notatki.

 

Czy to już wystarczy, by móc powiedzieć, że umiem rozpoznawać gatunki drzew?

 

Trzeba to sprawdzić.

 

Ale jak? Testem? Sprawdzianem?

 

Jest znacznie lepszy sposób, by sprawdzić, co zostało w głowach po przeprowadzeniu badań.

 

Należy udać się w miejsce, w którym zadania testowe same pchają się w ręce, leżą pod nogami i wiszą nad głowami.

 

My poszliśmy do parku, by w trzyosobowych zespołach wykonać zadania sprawdzające.

 

Najpierw trzeba było zebrać liście i owoce poszczególnych gatunków drzew posługując się listą przygotowaną przeze mnie, a potem ułożyć zgodnie z kodem. To niełatwe zadanie, bo najpierw trzeba było zastanowić się, który liść należy do dębu szypułkowego, a który do jesionu albo do jawora.

 

Zgromadzony materiał wykorzystaliśmy jeszcze do kodowania liczb 50 i 100, układając je z elementów przyrodniczych zgodnie z przypisaną wartością.

 

Kiedy wracaliśmy do szkoły szurając kolorowymi liśćmi i wdychając zapach jesiennego parku (zupełnie inaczej pachniało tam, gdy byliśmy w czerwcu), wykonaliśmy jeszcze jeden test.

 

Bardzo prosty test.

 

Jak nazywa się drzewo, pod którym właśnie stoimy?

 

Dzisiaj w parku zobaczyłam jak bardzo radosne i zadowolone mogą być dzieci, które właśnie zostały poddane procesowi sprawdzania wiedzy.

 

 

4 listopada

 

 

Powoli odkrywamy jesień

 

 

Dziś uświadomiłam sobie, jak bardzo tytuł projektu pasuje do tego, co robimy.

 

Odkrywamy kolory, zapachy, smaki, powiązania i zależności. Kolekcjonujemy przeżycia, emocje i wrażenia.

 

Ten ostatni aspekt projektu uważam za bardzo ważny. Uczenie przez przeżywanie pozostawia głęboki ślad w umysłach dzieci. Chciałabym, żeby na długo zatrzymały pod powiekami magiczny obraz kolorowego parku i ciszy, która w nim wtedy panowała.

 

Chciałabym, żeby zapach parku jesienią i słodki zapach szarlotki, który dziś unosił się w szkole, przywoływały dobre wspomnienia.

 

Chciałabym, żeby zapachy i atmosfera towarzysząca nam w tych dniach, pomogły w przywoływaniu wiedzy świeżo zdobytej w projekcie.

 

Już prawie wszystkie pytania z naszej tablicy projektowej zyskały odpowiedzi.

 

Powoli kończymy, a zmieniająca się pogoda ułatwia porządkowanie wiedzy. Jeszcze niedawno słoneczny, kolorowy październik, a dziś prawdziwie listopadowa szaruga.

 

Dzieci zauważyły tę naturalną klamrę spinającą jesienne tematy, gdy dziś zmienialiśmy wystawę prac plastycznych i wesołe kolory zostały zastąpione przez szare, rozmyte obrazy wykonane techniką „mokre w mokrym”.

 

U nas dziś tak samo jak na dworze – podsumowali trzecioklasiści.

 

Na koniec projektu zostawiłam pieczenie szarlotki, jesiennej potrawy wybranej przez dzieci do wykonania. Zwykle obawiam się takich zajęć, bo gdy do akcji wkracza dziewiętnaścioro kucharek i kucharzy, a w dodatku każdy chce być szefem kuchni, to harmider i chaos jest nieunikniony.

 

Dziś zostawiłam wszystko w rękach dzieci: podział na dwie dziewięcioosobowe drużyny, przydział czynności i odpowiedzialność za całokształt. Zasugerowałam tylko, żeby w każdej drużynie był strażnik przepisu odpowiedzialny za składniki i kolejność ich dodawania.

 

To, co wydarzyło się w klasie, zdecydowanie przekroczyło moje oczekiwania.

 

Nie było kłótni. Była współpraca i podział zadań adekwatny do umiejętności. Moim zadaniem było tylko zaniesienie blachy z ciastem do kuchni i włożenie do piekarnika.

 

Tę współpracę zauważyli uczniowie, gdy podsumowywaliśmy dzień.

 

Zaskoczeniem dla dzieci było połączenie efektów działalności dwóch drużyn w jedno wspólne ciasto, które okazało się przepyszne.

 

Najlepsze było to, że dzieci mogą upiec ciasto bez pomocy dorosłych! – podsumował Marcel.

 

  • grafika w matematycznej karcie pracy pochodzi ze strony piktografia.pl

 

 

7 listopada

 

 

Matematyczne inspiracje

 

 

„Wiedza matematyczna tworzy się w umyśle uczącego się dziecka pod wpływem wykonywania odpowiednich czynności, związanych najczęściej.

 

z ruchem, oraz zastanawiania się nad celem i sensem tego, co robi. Szczególnie ważne są czynności wykonywane przez dziecko rękoma oraz rozmowa o tych czynnościach z dorosłymi i z rówieśnikami.”

 

Z. Semadeni

Matematyka w edukacji wczesnoszkolnej to działanie, czynności wykonywane rękoma, rozmawianie o nich, dostrzeganie związków i relacji, budowanie pojęcia liczby i kompetencji potrzebnych podczas rozwiązywania życiowych problemów.

 

W uczeniu matematyki ważną rolę odgrywają konkretne przedmioty, dzięki którym dzieci mogą rozwiązywać problemy, trenować umiejętności matematyczne, a także stanowią (wg Lwa Wygotskiego) naturalne rusztowanie pozwalające dziś dziecku zrobić z pomocą to, co być może już jutro zrobi całkiem samodzielnie.

 

Wszystko, co może stanowić pomoc w uczeniu matematyki mamy zwykle pod ręką. Mogą to być patyczki, miarki, kostki do gry, klamerki, kasztany, klocki LEGO, inne klocki, a także wiele innych, łatwo dostępnych materiałów.

 

Podczas wczorajszych warsztatów matematycznych we Wrocławiu, nauczycielki odkryły mnóstwo ciekawych zastosowań rozmaitych, łatwo dostępnych przedmiotów, od kasztanów, poprzez piłeczki, po metrowe miarki.

 

Być może znajdziecie w zakamarkach szaf żółte klocki, które kiedyś służyły w szkole do nauki potęgowania, a dziś można użyć ich do stymulowania myślenia.

 

Wykorzystałam ten materiał, by dać dzieciom okazję do samodzielnego odkrywania prawidłowości.

 

Jaką wartość ma każdy klocek?

 

Kiedy zapisaliśmy na tablicy wartości klocków po kolei, to dzieci same zauważyły, że powstał ciąg. Próby odkrywania kolejnych wyrazów ciągów, gdy trzeba było podwajać i potrajać wartość kolejnych liczb było okazją do ćwiczeń w rachunku pamięciowym.

 

Matematyka jest wszędzie. Czasem trzeba tylko zauważyć potencjał tkwiący w rzeczach ukrytych w szafie albo w szufladzie.

 

 

Czytaj dalej »



Foto: M.Marek/PAP[www.dzieje.pl]

 

Anna Ostrowska – rzeczniczka Ministerstwa Edukacji i Nauki

 

 

Dzisiaj (25 listopada 2921 r.) bardzo wiele polskich mediów poinformowało, że MEiN wydało nową rekomendację w sprawie nauki zdalnej i stacjonarnej. My zacytujemy fragment informacji ze strony dziennika „Rzeczpospolita”:

 

 

MEiN dał zielone światło do dzielenia klas. W szkole tylko zaszczepieni

 

Ministerstwo Edukacji i Nauki wydało nowe rekomendacje dotyczące nauki zdalnej i stacjonarnej. Dyrektorzy szkół będą mogli zdecydować, że uczniowie, którzy są zaszczepieni i nie są na kwarantannie, ani w izolacji, będą przychodzić do szkoły na zajęcia stacjonarne.

 

–Nie będzie to obligatoryjne, nie będzie to wprowadzone we wszystkich szkołach obowiązkowo. Jest to możliwość, którą dajemy dyrektorom, aby faktycznie względem swoich potrzeb i na podstawie wiedzy, o tym, jaki mają lokal, jakie mają możliwości, jak wygląda praca w tej danej placówce, aby mogli tak ułożyć plan zajęć, tak przygotować uczniów do zajęć, żeby móc wykorzystać takie rozwiązanie – powiedziała rzeczniczka Ministerstwa Edukacji i Nauki Anna Ostrowska. […]

 

Źródło: www.rp.pl

 

 

Nas zainteresowała strona formalna tej rekomendacji. Do chwili zamieszczenia tego materiału nie informowały o tym ani oficjalna strona MEiN, ani jego strona na Facebooku. Za to na tym ostatnim fanpage jest kilka materiałów o Kongresie Edukacji Klasycznej na Zamku Królewskim w Warszawie.

 

Sprawdziliśmy, czy dyrektorzy szkół mają możliwość dowiedzenia się o tej rekomendacji ze strony kuratorium oświaty. Nic o tym nie zamieszczono na stronie Łódzkiego Kuratora Oświaty, a Googl dostarczył jednego wyniku poszukiwań: ze strony Kuratorium Oświaty w Kielcach – informację o tym zamieszczono tam już 23 listopada:

 

Źródło: www.uratorium.kielce.pl/pl/nauka-zdalna/

 

 

Komentarz redakcji:

 

Naszym zdaniem to kolejny unik ministerstwa, a więc i rządu, przed braniem na siebie odpowiedzialności za decyzje w sprawie pandemii. Rekomendacja (i do tego znana jedynie z mediów) nie jest podstawą prawną – dyrektorki i dyrektorzy, którzy będą działali na jej podstawie, których decyzje w sprawie trybu pracy szkoły spotkałyby się z zaskarżeniem ich przez rodziców uczniów, nie będą mogli skutecznie powoływać się na nie, jako na podstawę prawną. [WK]



Foto: www.pracowniaintegra.pl

 

„Nastoletnia” depresja

 

 

Wczoraj (24 listopada 2021) na portalu „Juniorowwo” zamieszczono tekst Elżbiety Manthey zatytułowany „Nastolatki – czego potrzebują i jak je wspierać”. Wychodząc z zalożenia, że jest to nie tylko o uczennicach i uczniach szkół ponadpodstawowych, ale także tych, nierzadko już z klas piątych, a na pewno wyższych – w podstawówkach, zamieszczamy wybrane jego fragmenty i link do pełnej wersji:

 

Dojrzewanie jest ogromnym wyzwaniem. To wielka zmiana w życiu, złożona z wielu codziennych zmian, zaskoczeń, spotykania nieznanego. Dodatkowo pandemia spowodowała bardzo dużą reorganizację życia – kolejną ogromną zmianę, z którą wszyscy musieliśmy się zmierzyć. Nastolatki podczas pandemii muszą mierzyć się więc z dwiema zmianami: naturalnym procesem dojrzewania, zmiany samego siebie i swoich relacji ze światem oraz ze zmianą związaną z pandemią i lockdownami. A zmiana jest zawsze trudnym i stresującym procesem.

 

Pandemia uderzyła w nastolatki

 

Czas pandemii jest dla nastolatków szczególnie trudny. W okresie dojrzewania młodzi ludzie intensywnie budują swoje kontakty społeczne, uczą się bycia w grupie innej i większej niż rodzina, uczą się samodzielności w świecie. To naturalny proces, który pandemia zakłóciła zatrzymując nastolatki w domach. Nie będzie przesadą, jeśli powiemy, że młodzi ludzie z powodu pandemii mają „przerwę w życiu”.[…]

 

„Młodzi ludzie, z którymi rozmawiam w moim gabinecie często mówią, że są z tym sami. Już mają naście lat i wymaga się od nich pewnej samodzielności i odpowiedzialności, a oni nie bardzo wiedzą, jak się w tym wszystkim odnaleźć” – mówiła psycholog Marta Szydłowska w rozmowie Juniorowa (link do całego nagrania u dołu artykułu). W pandemicznej i postpandemicznej rzeczywistości trudno się odnaleźć wielu dorosłym – bardziej doświadczonym niż nastolatki. Nie powinno nas więc dziwić, że nastolatki są zupełnie rozbite i pogubione. Potrzebują wsparcia chyba bardziej, niż kiedykolwiek. Jak je wspierać? […]

 

Nastolatki bardzo często mówią „Nikt mnie nie rozumie”. Przyjrzyjmy się, jak komunikujemy się z dorastającymi dziećmi. Czy pamiętamy o tym, że one są wciąż trochę dziećmi, czy też stawiamy przed nimi wymagania, jak przed dorosłymi? „Posprzątaj swój pokój” może być dla nastolatka wciąż za szerokim pojęciem. Jeśli powiemy „ułóż książki z podłogi na półki” to może być bardziej zrozumiałe. I nie irytujmy się, że to już taki duży chłopak, taka dorosła dziewczyna, a nie rozumie, co to znaczy utrzymać porządek w pokoju. Dojrzewanie to jest proces, w dodatku nierównomierny – pewne umiejętności i potrzeby rozwijają się szybciej, inne wolniej. Jeśli do tej pory to my robiliśmy dziecku śniadanie, to nie oczekujmy, że z dnia na dzień ono przejmie ten obowiązek i od razu będzie umiało robić to idealnie.

 

Czytaj dalej »



Foto: Bartek Barczyk/Teatr im. Julisza Słowackiego[www. kultura.onet.pl]

 

Dominika Bednarczyk i Jan Peszek na zdjęciach promocyjnych spektaklu „Dziady”, reż. Maja Kleczewska

 

 

Wczoraj na stronie <dziennik.pl> zamieszczono artykuł pt. „Kurator Nowak wzywała do bojkotu „Dziadów”. Bilety wyprzedane do stycznia”. Oto jego fragment:

 

Małopolskiej kurator nie spodobał się spektakl pt. „Dziady” w reżyserii Mai Kleczewskiej, który wystawiany jest w krakowskim Teatrze Słowackiego. Barbara Nowak postanowiła m.in za pomocą mediów społecznościowych wyrazić swoją dezaprobatę. Po wpisie Nowak wyprzedano bilety na przedstawienia do końca roku. Najbliższy termin, w którym można obejrzeć sztukę Kleczewskiej wypada 15 stycznia.

 

Źródło: www.kultura.dziennik.pl/

 

 

x           x            x

 

 

W trosce o źródłowe poinformowanie naszych Czytelniczek i Czytelników o tej sytuacji – zamieszczamy Stanowisko Małopolskiego Kuratora Oświaty ws. spektaklu „Dziady” – TUTAJ

 

 

x           x           x

 

OŚWIADCZENIE

Dyrekcji i Zespołu Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

 

Czytaj dalej »