
W minioną niedzielę (7 listopada 2021 r.) Robert Raczyński zamieścił na swoim blogu „Eduopticum” kolejny, jak zwykle obszerny (18 825 znaków) tekst – tym razem zatytułowany „Magister doce te ipsum” [Nauczycielu ucz się sam], a poświęcony jego autorskiej diagnozie stanu gotowości nauczycieli do rzeczywistego podnoszenia swoich kompetencji w ramach doskonalenia zawodowego. Oto jego fragmenty wraz z poprzedzającym go rysunkiem i link do pełnej wersji:
Edunews.pl to z pewnością platforma prowokująca do myślenia, pokazująca, że, od czasu do czasu, poza codziennym zmaganiem z oportunistyczną ignorancją Jasia i obowiązkowym już zachwytem nad „nowym” w szkole, nauczyciele i ludzie zajmujący się edukacją profesjonalnie zdolni są do refleksji nad otaczającą ich rzeczywistością. Taką właśnie, nietuzinkową, daleką od urzędowej sztampy i kołczowskiego zadęcia refleksją jest tekst Małgorzaty Bukowskiej-Ulatowskiej – konsultantki ds. edukacji języków obcych w Centrum Edukacji Nauczycieli w Gdańsku.
O razu na wstępie uprzedzę, że, podobnie jak jego autorka, też nie czuję się na siłach odpowiedzieć na stawiane przez nią na końcu wpisu jakże istotne pytanie o właściwą formę nauczycielskich szkoleń – problem jest niezwykle złożony i nie sądzę, by mógł być rozwiązany globalnie. Myślę jednak, że rozważania nad choćby cząstkową odpowiedzią należałoby rozpocząć od dociekań przyczyny zaobserwowanego przez nią zjawiska: Dlaczego doświadczamy kryzysu doskonalenia zawodowego nauczycieli? Dlaczego oczekiwania przeciętnego nauczyciela wobec szkoleniowca rozmijają się z intuicjami tego ostatniego i bardziej są podobne niewyrafinowanym gustom klienta baru szybkiej obsługi, niż smakosza dań serwowanych w dobrej restauracji?
Żeby nie zaczynać cynicznie, będę optymistycznie udawał, że powód oczywisty w ogóle nie przychodzi mi na myśl. Kto zresztą mógłby przypuszczać, że istnieją ludzie, którzy utknęli w zawodzie nie dającym żadnych perspektyw ekonomicznych, późno to do nich dotarło, ale wiedzą już, że wyżej nerek nie podskoczą i po prostu nie widzą najmniejszego sensu inwestowania swojego czasu i resztek energii w wysłuchiwanie instrukcji, jak jeszcze wydajniej je tracić?
Podobnie, nie będę się na próżno zastanawiał nad przyczynami systemowymi – brakiem twórczego zainteresowania ze strony czynników decyzyjnych oraz merytorycznego zaplecza uniwersyteckiego – zostawię je dla bardziej zorientowanych, bo przyznaję, że poza polityką, urzędniczą dezynwolturą, nieobecnością zachęty ekonomicznej i miałkością intelektualną przekazu, nie przychodzi mi nic do głowy.
Zacznę więc z niższego poziomu, od przyczyny najogólniejszej i podstawowej – wielu nauczycieli od dawna już nie funkcjonuje w jednolitej, idealistycznej, misyjnej bańce Stasi Bozowskiej, a tym bardziej nie identyfikuje się z oderwanymi od rzeczywistości, niemożliwymi do pogodzenia założeniami i wymaganiami pełnej sprzeczności instytucji, działającej na wariackich papierach.Na co dzień funkcjonują oni w niezliczonych kołach społecznych sprzężeń zwrotnych, które jednak z rzadka zawierają potoczne, laurkowe wyobrażenia-klisze o oświacie powszechnej. Wbrew pozorom, bliżsi są w tej mierze oczekiwaniom społecznym, niż ogarnięci politycznie poprawnym chciejstwem teoretycy edukacji. Ci ostatni nie do końca trafnie odczytują przekaz płynący od klienta szkoły! Żądanie „żeby było lepiej” niekoniecznie oznacza powszechną akceptację dla ich „nowoczesnych” i postępowych koncepcji, a tym bardziej dojmującą tęsknotę za poznaniem – jest przede wszystkim wołaniem o zdjęcie odpowiedzialności i zastąpienie wszelkich wymagań wygodną świetlicą, czynną przynajmniej 12 godzin na dobę. Tak więc, nauczyciele są nie tylko adresatem teorii edukacji, ministerialnego i korporacyjnego przekazu oraz niezliczonych, opartych na powyższych szkoleń, ale przede wszystkim podlegają presji ze strony targetu swoich działań. Ten z kolei szybko i chaotycznie się zmienia w wyniku przemian społecznych i kulturowych. Tak się jakoś składa, że ostatnio jego zainteresowania oscylują raczej wokół szwedzkiego stołu, a nawet taśmociągu gotowych dań na wynos, a nie delektowania się niuansami smaku – w szkole ma być jak w McDonald’s – szybko, tanio i do syta byle czego, byle estetycznie podanego. […]
W takim klimacie, nie jest dziwne, że przeciętny nauczyciel, chcąc sprostać wymaganiom kultury nagrody „na kliknięcie”, takich właśnie rozwiązań potrzebuje i oczekuje od swojego szkoleniowca. I tu pewnie panią Małgorzatę zdziwię, ale rynek nie pozostaje obojętny wobec takiego popytu. Fast-foodowe szkolenia z cudowną ofertą leków na wszelkie szkolne bolączki są powszechnie dostępne, często oferując te panacea w aurze wtajemniczenia i ekscytacji, dużo taniej, niż cudowne garnki. Za niewygórowaną cenę kilku godzin z życia, nabyć można objawienia skompromitowanej neurodydaktyki, tajniki kinezjologii, zachwycić się głębią mindfulness i mnogością rodzajów inteligencji, jeśli własnej nie staje. Trzeba przy tym zauważyć, że zarówno szkoleni nauczyciele, jak i wynajęci przez nich kołcze są już często przedstawicielami pokoleń, które taką formą dokształtu (na poziomie uczniowskiej prezentacji, podlanej obficie sosem amwayowskiej ściemy) nie są wcale zdziwione. Pierwsi z nich łykają te wszystkie „tajemnice”, jak karmione nad stawem kaczki, drudzy, z poczuciem misji, tę żałosną, rozmoczoną bułę poradnictwa im ciskają. Postmodernistyczna oświata, zdejmująca z użytkownika wszelką odpowiedzialność i utwierdzająca go w równorzędności narracji bzdury i faktów, faworyzuje taki właśnie model i dotyczy on w tej samej mierze ludzi wpatrzonych w tablicę, co tych na ogół zwróconych do niej plecami. Śladowa skuteczność tak zdobywanej „wiedzy” (jeśli takie wskazówki sprawdzają się w szkole, to jedynie w skali jednostek, a nie ogółu) nie wywołuje u adresatów refleksji nad sensem jej pozyskania, ale głód następnej porcji fast-foodu – a nuż na następnym kursie niezadawania prac domowych, dowiemy się wreszcie jak sprawić, by na jednej godzinie w tygodniu zapewnić uczniowi wystarczającą ekspozycję na treść zajęć? […]
21 października zamieściliśmy kolejną część „Poradnika Wiesławy Mitulskiej – jak pracować z trzecioklasistami” – cz. IV”. Dziś kontynuujemy tą serię:
25 października
O odkrywaniu jesieni i o tym, że eksperymenty nie zawsze się udają.
Od trzech dni zajmujemy się kolejnymi pytaniami z naszej tablicy projektowej. Dzieci już wiedzą dlaczego liście zmieniają kolor, ale ja chciałam jeszcze pokazać im kolory jesieni w eksperymentalnym wydaniu.
Znalazłam opis eksperymentu, w którym można zobaczyć jak barwy jesiennych liści rozkładają się na barwy składowe, a wśród nich powinien znaleźć się kolor zielony, na dowód, że nie cały chlorofil już się rozłożył, nawet jeśli liść jest czerwony.
Podczas eksperymentowania zawsze pracujemy metodą naukową, to znaczy, że stawiamy hipotezy i wyciągamy wnioski z wykonanych badań.
Zrobiliśmy wszystko według instrukcji.
Posegregowaliśmy zebrane liście według kolorów. Liście zostały pracowicie rozdrobnione, roztarte i w słoiczkach zalane alkoholem. Kiedy barwnik z liści przeszedł do alkoholu, dzieci mogły zobaczyć piękne, żywe kolory: zielony, żółty i brunatno-czerwony.
Zadałam uczniom pytanie:
Co się stanie, gdy do każdego słoiczka włożymy papierowy ręcznik?
Wszyscy zgodnie postawili hipotezę, że ręcznik nasiąknie i będziemy mogli zobaczyć na nim taki kolor, jaki miały liście w słoiku.
W tym momencie zostawiliśmy nasze laboratorium na cały weekend, a w poniedziałek, ku uciesze dzieci, których hipotezy się sprawdziły, mogliśmy zobaczyć piękne, żywe kolory na ręcznikach.
Tylko ja nie byłam zadowolona z efektów eksperymentu.
Niestety, chromatografia nie wyszła, ale dziecięce notatki już tak.
W okolicy szkoły mamy sporo drzew różnych gatunków, które posłużyły nam jako materiał badawczy.
Dzięki badaniom dzieci, dowiedziałam się, że wśród nich rośnie młody platan, którego nigdy wcześniej nie zauważyłam.
Sprawdziliśmy jeszcze jak spadają liście z drzew, a potem każde dziecko wyobraziło sobie, że jest takim spadającym liściem.
Co liść mógłby myśleć w trakcie spadania?
Według dzieci, spadanie jest bardzo przyjemne, tylko lądowanie może nie być już takie miłe.
W tym momencie wykorzystałam okazję, do poćwiczenia z dziećmi krótkich wypowiedzi pisemnych. To przykład na to, że projekt typowo przyrodniczy może sięgać po aktywności z różnych dziedzin.
Nasz projekt jeszcze potrwa, bo widzę, że zainteresowanie uczniów się nie kończy, a i pytań na tablicy projektowej jeszcze sporo zostało.
27 października
Czy już wiem i potrafię?
W projekcie „Odkrywamy jesień” uczniowie osiągają różne cele. Jednym z wielu jest umiejętność rozpoznawania gatunków drzew po liściach i owocach, a żeby się tego nauczyć, trzeba najpierw zbadać drzewa, zgromadzić materiał porównawczy, wyszukać informacje w różnych źródłach i zrobić notatki.
Czy to już wystarczy, by móc powiedzieć, że umiem rozpoznawać gatunki drzew?
Trzeba to sprawdzić.
Ale jak? Testem? Sprawdzianem?
Jest znacznie lepszy sposób, by sprawdzić, co zostało w głowach po przeprowadzeniu badań.
Należy udać się w miejsce, w którym zadania testowe same pchają się w ręce, leżą pod nogami i wiszą nad głowami.
My poszliśmy do parku, by w trzyosobowych zespołach wykonać zadania sprawdzające.
Najpierw trzeba było zebrać liście i owoce poszczególnych gatunków drzew posługując się listą przygotowaną przeze mnie, a potem ułożyć zgodnie z kodem. To niełatwe zadanie, bo najpierw trzeba było zastanowić się, który liść należy do dębu szypułkowego, a który do jesionu albo do jawora.
Zgromadzony materiał wykorzystaliśmy jeszcze do kodowania liczb 50 i 100, układając je z elementów przyrodniczych zgodnie z przypisaną wartością.
Kiedy wracaliśmy do szkoły szurając kolorowymi liśćmi i wdychając zapach jesiennego parku (zupełnie inaczej pachniało tam, gdy byliśmy w czerwcu), wykonaliśmy jeszcze jeden test.
Bardzo prosty test.
Jak nazywa się drzewo, pod którym właśnie stoimy?
Dzisiaj w parku zobaczyłam jak bardzo radosne i zadowolone mogą być dzieci, które właśnie zostały poddane procesowi sprawdzania wiedzy.
4 listopada
2 listopada informowaliśmy: Już 6,7% szkół podstawowych i 6,0% ponadpodstawowych nie działa stacjonarnie
Oto aktualne dane o funkcjonowaniu szkół podstawowych i ponadpodstawowych w skali całej Polski – dane z dnia 8 listopada 2021 roku:
Źródło: www.facebook.com/ministerstwo.edukacji.nauki/
Dziś proponujemy lekturę fragmentów – tylko dla zorientowania się w temacie, ale zaraz potem kliknięcie w link do źródła z pełną wersją – najnowszego (bo z soboty 6 listopada 2021 r.) tekstu kolegi Jarosława Pytlaka, który – jak zawsze – bez ogródek, odważnie i ze znajomością (z autopsji) opisywanej sytuacji – prezentuje realia funkcjonowania dyrektorów szkół w czasie narastającej czwartej fali pandemii. Przepraszamy Autora za dokonanie znacznych skrótów, ale uznaliśmy, że naszym celem jest tylko zachęcenie czytelniczek i czytelników do wejścia na stronę „Wokół Szkoły” i przeczytanie całości:
Na jakiej podstawie prawnej?!
Jeśli ktoś zorganizowałby plebiscyt na pytanie roku, to powyższe w dobie pandemii miałoby wielkie szanse. A wśród dyrektorów przedszkoli i szkół prawdopodobnie wygrałoby bez apelacji.
Niby wszystko jest jasne. Opasłe tomy ustaw i rozporządzeń dekretują wszelkie przejawy aktywności w oświacie, od programów, przez organizację, po finansowanie. I tylko mnogość firm szkoleniowych oraz wszelkiego typu poradników świadczy, że jest tego zbyt dużo, aby prosty dyrektor placówki był w stanie wszystko sensownie ogarnąć. Ogarnia więc wycinkowo, gdy coś jest potrzebne. W normalnych czasach to zupełnie wystarcza, bo kuchnia takiego zarządzania rzadko tylko stanowi przedmiot zainteresowania szerszego grona ludzi: nauczycieli lub rodziców uczniów. Ale za sprawą pandemii czasy nie są normalne. A już podejmowanie decyzji o wysyłaniu uczniów na tzw. zdalne nauczanie budzi obecnie mnóstwo wątpliwości i emocji. Tym więcej, im więcej jest zakażeń, których jednym z głównych ognisk są przecież placówki oświatowe. […]
Kwestia kierowania uczniów na zdalne nauczanie ujęta jest w Rozporządzeniu MEiN w sprawie bezpieczeństwa i higieny w publicznych i niepublicznych szkołach i placówkach. Jego §18 ust.2a głosi:
Dyrektor, za zgodą organu prowadzącego i po uzyskaniu pozytywnej opinii właściwego państwowego powiatowego inspektora sanitarnego, może zawiesić zajęcia na czas oznaczony, jeżeli ze względu na aktualną sytuację epidemiologiczną może być zagrożone zdrowie uczniów.
I tyle. Cała reszta tego, co uznaje się w tym temacie za prawo jest radosną twórczością ministra, aplikowaną za pomocą zaleceń, komunikatów i wytycznych. Ich wartość prawna jest żadna, ale mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Poza tym, na straży realizacji owych wytycznych etc. stoją zbrojne ramiona władzy – kuratoria oświaty oraz Sanepid. Który dyrektor zechce kopać się z koniem?! […]
Kluczem do zrozumienia tego, co się dzieje jest niewinne słówko „może” z zacytowanego wyżej fragmentu rozporządzenia. Wynika z niego, że to dyrektor sam decyduje o podjęciu (lub nie) decyzji o zdalnym nauczaniu. I tylko decyzja podjęta wymaga kontrasygnaty Sanepidu i organu prowadzącego. Czy dyrektor ma obowiązek kierowania się wytycznymi, zaleceniami? Niekoniecznie, bo to do niego należy ocena zagrożenia zdrowia uczniów. A komunikatami ministra? Tym bardziej nie. To jednak teoria. Praktyka jest inna, bo prawo powielaczowe ma się w oświacie doskonale. […]
Pan minister Czarnek jeździ po kraju, nawiedza szkoły z których – zapewne z różnych powodów – nie płyną do niego trudne pytania, a tymczasem w większości szkół narasta niepokój o przyszłość jaką szykuje władza w zakresie zmian pragmatyki zawodowej, zapisanej w Karcie Nauczyciela, w tym – liczby godzin nauczycielskiego etatu. Przypomnę, że projekt – z którego pan minister jest dumny – przewiduje 22 godziny obowiązkowej pracy w tygodniu + 8 godzin do dyspozycji na terenie szkoły..
Nie zamieszczałem tego materiału na stronie OE, ale postanowiłem od niego wyjść w tym felietonie. Mam tu na myśli zapis rozmowy Katarzyny Piotrowiak z Małgorzatą Krysiak, dyrektorką Szkoły Podstawowej nr 1 w Kowarach, opublikowany w „Głosie Nauczycielskim” nr 43 z 27 października 2021r. a w Internecie – 29 października 2021 roku, który został zatytułowany: „Dyrektor Małgorzata Krysiak: Wzrost pensum może być ciosem dla edukacji wczesnoszkolnej”.
W tym miejscu zacytuję tylko dwa fragmenty wypowiedzi koleżanki dyrektor Małgorzaty Krysiak:
[…] Najważniejsze pytanie teraz brzmi: jak zostanie rozwiązany ten problem w edukacji wczesnoszkolnej? Chodzi o to, że w klasach I-III liczba godzin wynikających z ramowego planu nauczania to 18 plus dwie godziny języka obcego oraz dwie godziny religii. Łącznie to 22 godziny. Z tym, że te podstawowe godziny realizowane przez nauczyciela edukacji wczesnoszkolnej to jest 18 godzin. I tu więcej nie ma. Jeśli pensum wzrośnie do 22 godzin, to będę musiała komuś zabrać np. cztery godziny albo w ogóle jeden etat rozebrać, żeby dopełnić godziny pozostałym nauczycielom. Kompletnie nie rozumiem, po co to wszystko próbuje się wdrożyć? Po co? […]
Nie może być tak, że do klasy 1a na cztery godziny przyjdzie jedna pani, druga na kolejne cztery, trzecia znowu na cztery itd. O tym się nie mówi, a ja nigdzie nie doczytałam się rozwiązań. Mam nadzieję, że MEiN wkrótce coś przedłoży, bo zakładam, że tam są też ludzie, którzy powinni wiedzieć, jak wygląda system edukacji wczesnoszkolnej i ramówka.
[Źródło: www.glos.pl]
Jakże to brzmi prawdziwie i tragicznie! Ale to jeszcze nie koniec „próbnego strzelania” kolejnymi propozycjami ze strony ministerstwa. Oto o czym poinformowała „Gazeta Prawna” :
„Kolejna wersja wymiaru nauczycielskiego pensum i bez zmian w propozycji wynagradzania – takie informacje płyną po spotkaniu związków zawodowych z ministrem Przemysławem Czarnkiem.
Ministerstwo Edukacji i Nauki złożyło nauczycielom kolejną propozycję zmian w pragmatyce zawodowej. Ci, którzy pracowaliby do 25 godzin „przy tablicy” mieliby do wypracowania osiem tak zwanych godzin karcianych. Ci, którzy mieliby tych godzin mniej niż 25 – 3 godziny karciane. Pensum nauczycieli przedszkoli składałoby się z 25 i dwóch godzin.”
[Źródło:www.serwisy.gazetaprawna.pl]
I bądź tu mądry, człowieku… Ale cokolwiek bym miał zamiar uczynić, to nie będę z tego powodu pisał wierszy. Za to puszczę trochę wodzy wyobraźni i zaprezentuję taką oto hipotezę:
Odnoszę wrażenie, że rząd PiS, a szczególnie minister Czarnek, postanowili zastosować stary sposób pewnego rabina, o którym pamięć w narodzie – nie tylko wyznania mojżeszowego – trwa niezniszczalna w przekazywanym z pokolenia na pokolenie dowcipie:
„Mosze skarżył się rabinowi na warunki panujące w jego domu: – Rebe, jaki u mnie hałas, ciasnota, żona krzyczy, dzieci płaczą, co mam robić? Rabin poradził mu: – Mosze, ty kup sobie kozę. Mosze posłuchał rady i zrobił to, co radził mu rabin. Po kilku dniach jednak Mosze znów przyszedł do rabina na skargę: – Rebe, coś ty mi doradził? Teraz jest jeszcze gorzej, niż było, jest jeszcze większa ciasnota i hałas, żona krzyczy, dzieci płaczą, koza beczy. Na to rabin odparł: – Mosze, ty teraz sprzedaj tę kozę. Żyd znów posłuchał rady i po kilku dniach powrócił do rabina, mówiąc: – Dzięki ci, rebe, za radę, sprzedałem kozę. Jaki ja mam teraz spokój!
Obserwując kolejne fazy rozmów ministra lub jego przedstawicieli z nauczycielskim związkami zawodowymi, dowiadując się o kolejnych projektach serwowanych przez stronę rządową, odniosłem wrażenie, że cała ta eskalacja nowych obciążeń i obowiązków serwowanych nauczycielom, z cukiereczkiem rzekomych podwyżek wynagrodzeń na osłodę, to jedynie taki „teatr dla ubogich” (czytaj – naiwnych). Myślę, że rządzący zdaja sobie sprawę, że strona pracownicza nigdy tych propozycji nie zaakceptuje, wtedy oni trochę spuszczą ze swoich wyśrubowanych propozycji zwiększenia godzin pracy nauczycieli (22 „przy tablicy” + 8 tzw. „karcianych”), ale także wycofają się z dotychczas prezentowanych tabel płacowych, zmniejszając zapisane tam stawki. I będą liczyli na wdzięczność tzw. „mas nauczycielskich”, które z ulgą przyjmą ten ruch „dobrego pana”, co to „odpuścił” z wymagań, i jednak trochę do wypłaty dołożył.
Bo lud pamięta czasy, gdy mówiło się: „Dobry pan!!! Mógł zabić a tylko pobił!”
A strajku nauczycieli władza się nie boi – już przećwiczyły to obie strony przed ponad dwoma laty…
Włodzisław Kuzitowicz
Ponowna zmiana pracodawcy na IKN ODN i XXIII LO w Łodzi
O tym, że jednak udało się – mimo ponownej blokady tow. Bartosik
Poprzednią część moich wspomnień zakończyłem taką informacją:
„ Jak już wiecie […] jeszcze przed wakacjami rozpowiedziałem wśród znajomych, że chcę zmienić pracę i czekam na interesujące propozycje. I jak to w moim życiu zdarzało się już kilkakrotnie – także i w tym przypadku nie obyło się to bez zaskakujących wydarzeń...”
Przeto przechodzę już do opowieści jak to się stało, że zostałem zatrudniony w łódzkim Oddziale Doskonalenia Nauczycieli przy ul. Wólczańskiej.
Wszystko zaczęło się od tego, że odzew na moje zapotrzebowanie na zmianę przyszedł z najmniej spodziewanej strony – od wicedyrektorki łódzkiego IKN ODN dr. Grażyny Tadeusiewicz. A pośredniczyła w tym kontakcie – nie kto inny jak moja dotychczasowa dobroczyńczyni, czyli Lilka Madalińska. Obie panie znały się z czasów, gdy Grażyna Tadeusiewicz, zanim została wicedyrektorką w ODN, była także wizytatorką-metodykiem kuratoryjnym, tyle że od orientacji zawodowej. I dzięki tym koneksjom zostałem umówiony na rozmowę z panią wicedyrektor ODN.
Kiedy dr Grażyna Tadeusiewicz wysłuchała relacji o mojej dotychczasowej drodze zawodowej i towarzyszącym jej działalnościom społecznym – w tym o dorobku w TWP – pomyślała chwilę, a następnie oświadczyła: „Aktualnie poszukujemy kompetentnej osoby, która podjęłaby się obowiązków nauczyciela-metodyka, który pokierowałby wprowadzaniem do szkół programu pdż. Z tego co pan mówił, ma pan w tej dziedzinie duże doświadczenie. Czy podjąłby się pan tej roli?”
Długo się nie zastanawiałem. Przypomniałem sobie, że mam nie tylko doświadczenie jako prelegent TWP, ale także – choć niewielkie – doświadczenie z prowadzenia tych zajęć w Zespole Szkół Budowlanych nr 3 przy Kilińskiego, pomyślałem, że pojawia się kolejne wyzwanie na mojej pedagogicznej drodze i … oczywiście zgodziłem się.
Ale powstał nowy problem: podejmując się pracy na etacie nauczyciela, nawet z przymiotnikiem „metodyk”, miałbym o dużo mniejsze wynagrodzenie niż dotąd – jako wychowawca w ośrodku wychowawczym. Ale i na to pani wicedyrektor szybko znalazła sposób. Zaproponowała mi pół etatu jako wykładowcy w IKN-ODN, który prowadziłby zajęcia z pedagogiki opiekuńczej i z resocjalizacji na kursach kwalifikacyjnych dla nauczycieli. Z radością przyjąłem tą ofertę – jak wiecie – bardzo lubię rolę wykładowcy.
Po tych „roboczych” uzgodnieniach cały ów projekt musiał zatwierdzić rzeczywisty pracodawca, czyli dyrektor łódzkiego IKN – Oddziału Doskonalenia Nauczycieli, którym w tamtym czasie był dr Marian Lelonek – późniejszy (od 2001 roku) właściciel i rektor Wyższej Szkoły Humanistyczno-Ekonomicznej w Pabianicach. Ale tamtego lipcowego dnia wszedłem do jego gabinetu, wprowadzony tam przez panią wicedyrektor Grażynę Tadeusiewicz, która w zwartej i podbudowanej poznanymi wcześniej faktami formie, zarekomendowała moja kandydaturę do obu funkcji: nauczyciela-matodyka ds. pdż i wykładowcy na kursach kwalifikacyjnych. Finał tej rozmowy kadrowej był dla mnie ze wszech miar pozytywny. Pan dyrektor Lelonek w pełni zaakceptował projekt przedstawiony mu przez dr. Tadeusiewicz i poinformował mnie, że sekretariat zatelefonuje do mnie za kilka dni, abym zgłosił się w celu załatwienia formalności związanych z rozpoczęciem w dniu 1 września 1987 roku pracy. Do tego czasu zostanie ustalona która szkoła średnia będzie moją szkoła bazowa, co w praktyce oznaczało, ze będę tam zatrudniony jaki nauczyciel – z właściwą dla nauczyciela-metodyka zniżką godzin.
Minęło kilka dni. Telefonu nie było. Po nieco ponad tygodniu znalazłem w skrzynce na listy kopertę z pieczątką IKN ODN w Łodzi. Była w niej mala kartka papieru z krótką treścią, opatrzoną pieczątką nagłówkową i imienną pieczątką z podpisem dyrektora Mariana Lelonka. Jej treść cytuję z pamięci:
„Z przykrością informuję, że nasze wcześniejsze ustalenia w sprawie Pana zatrudnienia w IKN ODN w Łodzi są nieaktualne z powodu braku etatu.”
Domyślacie się zapewne mojej reakcji. Bo nie miałem cienia wątpliwości, że po raz kolejny zadziałała towarzyszka Iwona Bartosik z KŁ PZPR! Wściekłość moja była na poziomie maksymalnym – aż dziw, że nie skończyło się to udarem, wylewem lub zawałem. Ale, jak to bywa – mówiąc po dawnemu – z cholerykami, dość szybko fala bezsilnego gniewu minęła i obudziła się inna cecha mojej osobowości.
Uruchomiłem mechanizm racjonalizacji. Wściekanie się i wiązanki niecenzuralnych słów mogły spełnić jedynie funkcję terapeutyczną, jako „rozładowywacze” pierwszego wybuchu złości. Ale nie mogły rozwiązać problemu. Pierwsze co zrobiłem, to powiedziałem do siebie: „Dość! Jak dlugo jeszcze ta kobieta będzie stała na mojej drodze zawodowej? Muszę ją spacyfikować, ale metodami, które mogą być skuteczne w jej świecie”. A w świecie aparatczyków partyjnych działały te same mechanizmy jak w wojsku. Szeregowa towarzyszka będzie musiała posłuchać osoby, postawionej wyżej w hierarchii władz partyjnych.
Zacząłem zastanawiać się, czy znam kogoś, kto jest w tym systemie znacząco wyżej usytuowany od owej instruktorki Wydziału Nauki, Oświaty i Kultury KŁ PZPR. I nagle przypomniałem sobie, ze niedawno ktoś z kręgów harcerskich powiedział mi, że była komendantka Hufca Bałuty z czasów, kiedy ja byłem komendantem na Polesiu, a później w latach 1973–1978 komendantka Chorągwi Łódzkiej (to za jej czasów zostałem komendantem stanicy w Bieszczadach) – Ela Wójcikowska-Ociepa jest teraz pierwszym sekretarzem Komitetu Dzielnicowego PZPR na Bałutach. Postanowiłem po raz kolejny sprawdzić, czy i w tym przypadku zadziała zasada „druh druhowi druh” – niezależnie od czasu, który upłynął od naszej „równoległej” działalności, a przede wszystkim mimo tego wszystkiego, co aktualnie nas dzieli – na płaszczyźnie politycznej.
Nie miałem nic do stracenia. Zdobyłem do niej numer telefonu i zadzwoniłem. Nie od razu mnie z nią połączono, ale w końcu się udało. Już po pierwszych zdaniach które od niej usłyszałem po tym jak się przedstawiłem, byłem pewny, że nadal jest to kontakt „starych, dobrych druhów”. Powiedziałem jej, że mam sprawę, ale „nie na telefon” i czy możemy się spotkać. Od razu zaproponowała termin – prosiła tylko, abym przyjechał do niej, do Komitetu.
Nie będę opisywał szczegółowo dalszego rozwoju wydarzeń – powiem tylko, że podczas tego spotkania opowiedziałem jej, szczerze całą historię mojego rozbratu z PZPR, sytuacje poszukiwania pracy latem 1983 roku i o roli jaka kilkakrotnie odegrała w tym towarzyszka Iwona Bartosik. I zapytałem się Elżbiety, czy jej zdaniem tak być powinno, a jeśli nie – czy mogłaby ona wpłynąć na ową towarzyszkę, aby mi „odpuściła” i nie zabraniała dyrektorowi Lelonkowi zatrudnienia mnie w łódzkim ODN-ie.
Otrzymałem zapewnienie, że przy pierwszym najbliższym pobycie na Kościuszki będzie z nią rozmawiała i na pewno załatwi sprawę jak należy.
Nie minął tydzień od naszego spotkania, gdy odebrałem telefon z sekretariatu dyrektora Lelonka, że mam się zgłosić z dokumentami w sprawie załatwienia zatrudnienia, bo „sytuacja się zmieniła, etat się znalazł”.
Nigdy nie doszło do rozmowy między mną a dyrektorem ODN-u, podczas której ja dowiedziałbym się od niego o prawdziwym powodzie zmiany decyzji, ani ja nie przyznałem się mu, że był to efekt moich zakulisowych działań.
A – uprzedzając fakty o kilka lat – już niedługo mogłem się Elżbiecie Wójcikowskiej-Ociepie zrewanżować. Ale o tym opowiem w kolejnej części moich wspomnień.
x x x
Z dniem 1 września 1987 roku zostałem nauczycielem XXIII Liceum Ogólnokształcącego, mieszczącego się w kompleksie szkolnym im. Tekli Borowiak przy ul. Głównej (dzisiaj im. J. Piłsudskiego) – naprzeciw stadionu RKS Widzew, która stała się moją „szkołą bazową”, jako nauczyciela-metodyka ds. pdż. Jednocześnie – jak już o tym informowałem – rozpocząłem pracę na pół etatu jako wykładowca na kursach kwalifikacyjnych IKN ODN w Łodzi przy ul. Wólczańskiej 222. Jednym z pierwszych kursów jaki zorganizowałem, którym kierowałem i na którym prowadziłem zajęcia z niektórych przedmiotów, był kurs dający uprawnienia do pracy na stanowisku nauczyciela-wychowawcy w placówkach resocjalizacyjnych. Był to pierwszy taki kurs prowadzony w łódzkim ODN.
Foto:Grzegorz Galasiński [www.dzienniklodzki.pl]
Budynek w którym także w latach osiemdziesiątych XX wieku działało XXIII Liceum Ogólnokształcące (zdjęcie współczesne).
Nie pamiętam już dzisiaj dokładnie ile wynosiło obowiązkowe pensum godzin dydaktycznych, które jako nauczyciel-metodyk realizowałem w XXIII LO. Wydaje mi się, że było to 8 godzin. Pamiętam, że godziny te realizowałem w dwu dniach, chyba po 4 godziny. I pamiętam jeszcze, że obok owego pdż prowadziłem także lekcje w klasie o profilu pedagogicznym (tak, tak – takowy profil miało wtedy owe liceum w swojej ofercie) – przedmiot nazywał się (chyba) „Podstawowe wiadomości z pedagogiki”.
W sumie bardzo dobrze wspominam tych kilka miesięcy tam przepracowanych, z wyjątkiem lokalizacji owej placówki. Bo jednak dla mieszkańca Retkini, i do tego osiedla, które od niej oddzielały tory kolejowe, dojazd na Widzew był pewnym problemem.
I o jeszcze jednym fakcie pracy w tym liceum muszę wspomnieć. Otóż jego dyrektorką była Barbara Zduniak – przez wiele lat instruktorka ZHP w hufcu widzewskim. Bardzo szybko zgadaliśmy się o tym wspólnym rysie naszych biografii i miałem już zapewniony dobry klimat w nowym miejscu pracy. I jak to w mojej biografii jest już regułą – moje i Barbary Zduniak drogi zawodowe przetną się w nadchodzącej przyszłości jeszcze dwukrotnie….
x x x
Ale wracam do głównego nurtu moich wspomnień. Jako metodyk zajęć przysposobienia do życia w rodzinie działałem w zupełnie pionierskich warunkach. Na początek musiałem dokonać inwentaryzacji szkół i nauczycieli, którzy prowadzili te zajęcia. W drugiej kolejności zorganizować dla nich wsparcie merytoryczne i metodyczne: zbiorowe – w formie zebrań, oraz indywidualne – podczas dyżurów w siedzibie ODN przy Wólczańskiej. Ale aby dziś, po 35-u latach od tamtych wydarzeń, czytający mogli lepiej wyobrazić sobie owe pionierskie czasy, muszę poinformować, że przedtem nie było żadnych podręczników, które mogły stanowić wsparcie dla nauczycieli. I dopiero po wakacjach 1987 roku pojawił się w księgarniach podręcznik dla uczniów trojga autorów: Wiesława Sokoluka, Dagmary Andziak i Marii Trawińskiej, zatytułowany „Przysposobienie do Życia w Rodzinie”.
Tradycyjnie – nie z oficjalnej strony ministerstwa, a na fanpage MEiN dowiadujemy się o aktywności ministra Czarnka. Dziś zamieszczono tam ilustrowany materiał informujący o kolejnej odwiedzonej przez niego szkole – Zespole Szkół Gastronomicznych w Gorzowie Wielkopolskim:
Foto: www.facebook.com/ministerstwo.edukacji.nauki
Minister Edukacji i Nauki Przemysław Czarnek odwiedził Zespół Szkół Gastronomicznych w Gorzowie Wielkopolskim. Absolwenci tej szkoły biorą udział i zdobywają medale w największych konkursach branżowych na świecie – WorldSkills oraz EuroSkills.*
Zespół Szkół Gastronomicznych w Gorzowie Wielkopolskim wdraża innowacje i prowadzi szeroką współpracę ze środowiskiem lokalnym oraz pracodawcami. Dzięki temu uczniowie mogą sprawdzić się w warunkach pracy o najwyższym standardzie.
–Zainteresowanie szkolnictwem zawodowym będzie rosło. Będzie bardziej nowoczesne, jeśli będzie jeszcze lepiej przygotowywało uczniów do zawodu. Na to stawiamy. Gratuluję tej szkoły, tego otoczenia i tych inwestycji, które zostały tutaj poczynione – mówił minister Czarnek.
Źródło: www.facebook.com/ministerstwo.edukacji.nauki
*Oto co o owych suksesach w branżowych konkursach na świecie (nb. konkurs EuroSkills jest to europejska wersja konkursu WorldSkills) odnalazł Googl:
>Sukces Lubuszan na olimpiadzie umiejętności zawodowych – EuroSkills 2018 – TUTAJ
>Najlepsi kucharze są z Gorzowa – TUTAJ
x x x
Więcej o tej wizycie można dowiedzieć się na „Portalu Samorządowym” z materiału zatytułowanego „Czarnek: niskie bezrobocie sprzyja rozwojowi szkolnictwa zawodowego”. Oto jego fragment i zamieszone tam zdjęcie:
Wczoraj na fejsbukowym profilu dr Marzeny Żylińskiej zamieszczony został taki tekst:
Jeśli nie chcemy żyć w świecie bez empatii
Wychować człowieka mądrego, czy raczej dobrego i mądrego. Wiedza i sprawne posługiwanie się narzędziami bez empatii jest zagrożeniem dla społeczeństwa, czego właśnie doświadczamy.
Jak wygląda świat bez empatii, wszyscy dziś widzimy. Dlatego powinniśmy zastanowić się, co zrobić, żeby z dzieci, i młodych ludzi nie wyrośli dorośli, którzy z obojętnością będą patrzeć na cierpienie innych ludzi, dla których miłość bliźniego nie jest pustym frazesem.
Chcemy, żeby nasze dzieci (młodzież) dużo umiały, ale za mało dbamy o to, żeby były dobrymi ludźmi. Dziś problem obojętności na ludzkie cierpienie, problem braku empatii i zasad moralnych uderzył w nas z niesamowitą siłą. Warto zadać sobie pytanie, jak chcemy na to, co nas otacza odpowiedzieć.
Gdybym dziś pracowała w szkole, połączyłabym empatię i sposób traktowania innych ludzi z różnymi hasłami zawartymi w podstawach programowych.
Kompetencję czytania i pisania można rozwijać w oparciu o opowiadania z książek „Przyjaciele żyrafy. Bajki o empatii” (tom 1, 2 i 3). To krótkie, życiowe historyjki z dołączonymi do nich tematami do dyskusji i zadaniami. Te książki warto wykorzystać też na godzinach wychowawczych. To niezwykle mądre książki, których tematem jest dobro.
Jeśli chcecie u swoich uczniów rozwijać empatię, uczynić dobro tematem lekcji, to sięgnijcie po książkę „Co robią uczucia” Tiny Oziewicz. To też dobry pretekst do tego, by mówić o największej bolączce naszych czasów, czyli o wszechobecnym egoizmie i materializmie.
Książki znajdziecie w Księgarni Internetowej Edukatorium
Dziś we wczesnych godzinach popołudniowych na fanpage MEiN zamieszczono taką lapidarną informację:
Foto: www.facebook.com/ministerstwo.edukacji.nauki/
Minister Edukacji i Nauki Przemysław Czarnek odwiedził Zespół Szkół Salezjańskich im. ks. Bosko w Łodzi. To tutaj już wkrótce wdrożone zostaną udoskonalenia w procesie kształcenia, przy zastosowaniu nowatorskich rozwiązań programowych, organizacyjnych, metodycznych i wychowawczych.
Źródło:www.facebook.com/ministerstwo.edukacji.nauki/
x x x
O wizycie ministra w zespole szkół salezjańskich na Wodnej w Łodzi poinformowała tylko jedna łódzka gazeta – „Dziennik Łódzki”. Jest tam dużo więcej informacji, nie mówiąc o albumie 15 zdjęć:
Foto: Grzegorz Galasiński[www.dzienniklodzki.pl]
Przemysław Czarnek w Zespole Szkół Salezjańskich w Łodzi: Nie jest łatwo iść do „Katolika” w świecie zohydzania Kościoła
[…] –To nie jest łatwe: iść do „Katolika” w świecie zohydzania Kościoła – mówił do uczniów Zespołu Szkół Salezjańskich (ZSS) minister, chwaląc ich wybór. Zdaniem Przemysława Czarnka tym „zohydzaniem” zajmują się niektóre portale internetowe.
Przemysław Czarnek przyjechał do ZSS na zaproszenie tej szkoły. Wśród powodów było 100-lecie przekazania Towarzystwu Salezjańskiemu ówczesnej placówki oświatowej przy ulicy Wodnej (doszło do tego w 1922 r.), przy której i obecnie działa salezjańska szkoła.
ZSS świętuje też 30-lecie reaktywacji kształcenia u Salezjanów w Łodzi: w 1991 r. przy ul. Wodnej ruszyło salezjańskie liceum (po upaństwowieniu placówki oświatowej pod tym adresem w 1962 r.) […]
Ponadto w czwartek minister przekazał władzom ZSS akt zezwolenia na tzw. eksperyment pedagogiczny. Przy Wodnej będzie on polegał na innowacji w programie liceum. Według założeń tej innowacji, pierwsza klasa LO nie jest sprofilowana. Dopiero system sprawdzianów zakwalifikuje pierwszoklasistów do „rozszerzeń” przedmiotów, do których wykażą oni najlepsze predyspozycje. „Profilowanie” zacznie się zatem w starszej klasie. Pierwszaki zyskają też większą pomoc tzw. tutorów przy planowaniu osobistej ścieżki rozwoju. […]
Po przemowie Przemysława Czarnka minister obejrzał etiudę teatralną przygotowaną przez młodzież z ZSS. Razem z nim przy ul. Wodnej pojawili się wojewoda Tobiasz Bocheński oraz Waldemar Flajszer, kurator oświaty.
Źródło: www.dzienniklodzki.pl
Wczoraj na internetowym profilu Wojtka Gawlika znaleźliśmy – pod plakatem jak wyżej – taki oto tekst:
SZKOŁA W ZMIANIE – EWOLUCYJNA REWOLUCJA
Czy całkowita zmiana systemu edukacji pozostaje jednie w strefie naszych marzeń?
Wpływ każdego z nas na szkolnictwo w Polsce jest niewielki i pewnie można by tym stwierdzeniem, po prostu się poddać. Jednak nic bardziej mylnego. Każdy z nas ma olbrzymi wpływ na to, co się dzieje w jago najbliższym otoczeniu. A kaskadowe włączanie kolejnych osób w takie działanie, sprawia, że tworzymy ruch, który ma moc zmieniania świata.
Moc sprawcza każdego z Nas może już dziś sprawić, że ktoś poczuje się lepiej, ktoś pokocha daną dziedzinę wiedzy, ktoś zostanie zaakceptowany, a ktoś inny znajdzie przyjaciół. Z perspektywy społeczeństwa suma tych pojedynczych zmian sprawia, że świat staje się lepszy. A uczniowie, którzy wychodzą z murów szkolnych są bardziej przygotowani do tego, co ich czeka w przyszłości.
Dlatego warto mieć marzenia, bo “Jeśli chcesz dojść do celu, musisz patrzeć dokąd idziesz. Jeżeli nie będziesz patrzył dokąd idziesz, to dojdziesz tam, gdzie patrzysz.”
Ale marzenia nie wystarczą. Żeby gdziekolwiek dojść, trzeba pamiętać o tym, że każda podróż rozpoczyna się od założenia butów (no chyba, że jesteś Hobbitem – wtedy biegasz na bosaka), postawienia pierwszego kroku i wyjrzenia poza granice własnego ogródka.
Jeśli wyzwaniem jest zmiana edukacji, liczy się suma tysięcy małych kroków, wykonanych przez tysiące nauczycieli, rodziców i uczniów, w setkach szkół. Potrzebne są działania, które pozwolą nam zbliżyć się do siebie i wspólnie stawiać pierwsze kroki w ewolucji systemu nauczania. Afrykańskie powiedzenie brzmi: “Jeśli chcesz iść szybko -idź sam. Jeśli chcesz iść daleko – IDŹ RAZEM”.
Taki cel przyświecał nam podczas projektowania Świątecznego Jarmarku Edukacyjnego. Jest to przestrzeń, w której chcemy rozmawiać zarówno o wspaniałych celach naszych podróży, jak i o tym, jak dobrze zawiązać sznurowadła. Chcemy też budować wspólnotę, w której łatwiej być sobą.
Podczas konferencji nasi cudowni prelegenci będą dzielili się swoją wiedzą, doświadczeniami, upadkami i wzlotami. Będziemy rozmawiali o nas, o relacjach, o komunikacji, o sposobach, o praktyce, o osiągnięciach nauki. Temat Ewolucyjnej rewolucji poruszymy na wielu płaszczyznach, po to, żeby pomóc Wam, być jeszcze lepszymi i bardziej szczęśliwymi nauczycielami i dyrektorami.
Wspólnie z Centrum Doskonalenia Nauczycieli Razem Lepiej zapraszamy 11 i 12 grudnia 2021 r. do uczestnictwa w wyjątkowym wydarzeniu on-line – ŚWIĄTECZNYM JARMARKU EDUKACJI 2 !
Źródło: www.facebook.com/WojtekGawlikEdu













