
Jeszcze o kolejnym przykładzie „zawoalowanego” hejtu na mnie
Przepraszam, ale dzisiaj nie będę pisał o sytuacji w oświacie, o problemach nauczycieli, uczniów i ich rodziców. Dziś mam potrzebę podzielić się z Wami moim osobistym problemem. A jest nim seria komentarzy, jakie ta sama osoba od paru miesięcy zamieszcza pod moimi testami na Fecebooku. Ktoś może powie, że to drobiazg niewarty przejmowania się nim, ale ja tę sytuację odbieram nie tylko jako źródło zaburzenia mojego dobrostanu psycho-emocjonalnego, ale przede wszystkim jako przyczynę dysonansu poznawczego, dotyczącego obszaru moich dotychczasowych przekonań o pewnej ściśle określonej kategorii osób – od lat traktowanej przeze mnie jako autorytety.
Aby ów problem przedstawić w oparciu o zaistniałe fakty – zacznę od prośby, abyście przypomnieli sobie treść mojego zeszłotygodniowego refleksyjnego eseju, zatytułowanego „.Od czego tak naprawdę zależy – w dzisiejszych czasach – sukces życiowy”.
Przeczytaliście? I – tak myślę – teraz nie macie wątpliwości, że wszystko o czym tam napisałem, jakie teksty przywołałem – uczyniłem to w celu udokumentowania końcowej tezy, która była odpowiedzią na pytanie, postawione w tytule tego eseju:
Kochani uczniowie szkół średnich i studenci! Nie przejmujcie się za bardzo formalnymi kwalifikacjami. I tak wasza kariera nie od tego będzie zależała. Wystarczy wasza pasja i zdobyta w samokształceniu wiedza i . . . a przede wszystkim – „wpadnięcie w oko” aktualnie sprawującym władzę!
No właśnie.! Ale ja na moim prywatnym fb-profilu, na którym – jak zawsze – zamieściłem link do tego eseju, jeszcze tego samego dnia ujrzałem taki pod nim komentarz:
Autorka, aż dwukrotnie posługując się słowem „niestety”, ubolewa nad tym, o czym – rzekomo – przeczytała. Z dalszej treści tego komentarza wynika, że poczuła się w obowiązku pouczyć, iż wielce błędnym jest to przekonanie, że od szkoły, od osiąganych tam „ sukcesów” czy „ porażek” zależy cokolwiek w naszym życiu…
Czy może Wy potraficie mi wytłumaczyć dlaczego to lektura mojego eseju, (czego teraz ona żałuje, że poświęciła na nią swój drogocenny czas), przez autorkę tego komentarza została odebrana, jako upowszechnianie przeze mnie takich błędnych przekonań polskich nauczycieli?
Bo ja doszedłem do wniosku, że przeczytała ona jedynie pierwszą część eseju, którym był obszerny cytat z posta, jaki Jarosław Pytlak zamieścił na swoim fb-profilu 31 stycznia.
Tylko dlaczego nie zamieściła tego komentarza pod postem kolegi Pytlaka (wszak ja podałem źródło tego cytatu), ale na moim fb-profilu, pod linkiem do CAŁEGO mojego eseju? Który przecież nie miał na celu informowania o przekonaniach konserwatywnych nauczycieli, a informację o tym co ja myślę o drodze, na której niektórzy osiągają sukcesy…
Wiem, nie macie żadnych podstaw, aby na to pytanie odpowiedzieć. Ale ja, po tygodniu od zapoznania się z owym komentarzem, nie mam już wątpliwości.
Jego autorka (danych personalnych postanowiłem i w tym tekście nie ujawniać) ma na widok mojego nazwiska potrzebę zamanifestowania swojej wrogości, deprecjonowania wartości moich tekstów.
Bo jest to ta sama osoba, o której informowałem w końcowych fragmentach zamieszczonego na OE 12 października ub. r. Felietonu nr 590., zatytułowanego „Jeszcze o prawach uczniów, ale i o niesłusznym oskarżeniu o hejt”
Nie wierzycie – przeczytajcie ten felieton. I pomyśleć, że i wtedy i teraz, autorką owych komentarzy była przedtem przeze mnie ceniona, jako pani pedagog, psycholog, profesor nauk społecznych, aktywna na licznych konferencjach i „w sieci”….
Bo chyba ten zeszłoniedzielny komentarz na moim fb-profilu nie świadczy o tym, że nawet tytuł profesora nie gwarantuje, iż osoba której został on nadany, nie posiada umiejętności czytania ze zrozumieniem.
Ja odebrałem to, jako efekt zalegającej wrogości do mnie (patrz komentarze zacytowane w felietonie nr 590) u osoby, która – z nieznanych mi przyczyn – reaguje na zasadzie „niechaj hejt (domniemany) hejtem (prawdziwym) się odciska. Smutno mi, że osoba ze świata nauki działa według starożytnych reguł sprawiedliwości: „oko za oko, ząb za ząb”…
Włodzisław Kuzitowicz
P.s,
Hejt – to obraźliwe, agresywne lub nienawistne zachowania skierowane przeciwko innym osobom, które mogą przybierać formę słów, komentarzy, memów, grafik lub nagrań. [Więcej – TUTAJ]
https://pl.wikipedia.org/wiki/Hejt_internetowy
Wczoraj, dwa nasze ulubione portale zamieściły teksty, poruszające ten sam problem:
> Strefa Edukacji – „Szkoła w transmisji na żywo. Nękanie nauczycieli stało się trendem” – TUTAJ
> Portal dla Edukacji – „Nagrywają nauczycieli bez ich wiedzy. Transmisji są dziesiątki” – TUTAJ
Jako że w obu tych materiałach autorzy przyznają, że informacje czerpali z tego samego źródła – z fanpage grupy „Protest z Wykrzyknikiem”, uznałem, że po prostu zamieszczę cały ów tekst źródłowy – bez skrótów:
Nauczycielu, nauczycielko, rozejrzyj się dobrze, bo bardzo możliwe, że właśnie jesteś nagrywany. Tak, Ty! Tak, teraz! A konkretnie – może właśnie jesteś bohaterem, bohaterką drugiego planu podczas live’a na TikToku, który w tej chwili prowadzi jeden z Twoich uczniów. Jesteś w szkole, na lekcji? Trudno. Po prostu w tym czasie pętasz się po ich życiu.
Pod wpływem sygnału na skrzynkę kontaktową wybraliśmy się w kilkudniową podróż do świata naszych uczniów i uczennic. Świata istniejącego równolegle do szkolnej rzeczywistości.
Pani Iwona przysłała nam filmik, na którym zarejestrowany jest fragment live’a. Trafiła na niego przypadkowo na TikToku. Akcja toczy się w klasie, podczas lekcji. Na filmie widać, że uczniowie podczas relacji na żywo dokuczają nauczycielce pod wpływem zachęt płynących od komentujących. W klasie panuje chaos, telefon z kamerką ukryty jest na kolanach, widać podłogę i nogi pod ławką. Nauczycielka wydaje się całkowicie bezbronna i bezradna, bo nie wie, jakie jest źródło tych chuligańskich zachowań i wulgarnych odzywek. Jak się czuje ta nauczycielka? To nękanie było jednorazowe czy powtarza się regularnie? Może po lekcji weszła do pokoju nauczycielskiego i nie podzieliła się z nikim swoim doświadczeniem, bo przecież inni sobie na pewno radzą, więc pomyślą o niej, że jest nieudolna?
Nie udało się nam ustalić szkoły, w której odbyła się ta pokazywana na żywo lekcja. Pani Iwona zgłosiła sprawę na stronę dyżurnet.pl [to zespół ekspertów NASK-a działający jako punkt kontaktowy do zgłaszania nielegalnych treści w Internecie].
Nie pokazujemy nagrań ani screenów, żeby nie promować “bohaterów” tego procederu oraz nie spowodować wtórnej wiktymizacji nauczycielki. Postanowiliśmy natomiast sprawdzić, jaka jest skala tego zjawiska, czy jest ono incydentalne, czy masowe. Pani Iwona napisała, że takich filmików widziała mnóstwo.
Instalujemy więc aplikację (przyznajemy, że dotąd omijaliśmy TikTok szerokim łukiem).
Trzymajcie się mocno! Ruszamy!
Po zalogowaniu się klikamy w przycisk “LIVE” w lewym górnym narożniku aplikacji. Jest godzina dziesiąta – czas, kiedy nauczyciele i uczniowie są w szkołach. Klik i jest! Relacja na żywo. Z klasy. Trwa lekcja geografii. Scrollujemy i są kolejne live’y. Informatyka, chemia, język polski, język angielski, religia, matematyka, lekcja wychowawcza. Co czwarty, piąty live w godzinach przedpołudniowych nadawany jest z jakiejś klasy, gdzieś w Polsce. Niekończąca się lista relacji na żywo z polskiej szkoły. W tle słychać nauczycieli prowadzących lekcje. Na ekranie twarze uczniów, uczennic – najczęściej z ostatnich klas szkół podstawowych lub początkowych klas szkół ponadpodstawowych (w odpowiedzi na pytania z czatu streamerzy mówią, z której są klasy, stąd i nasza wiedza). Szkoły podstawowe, licea, technika, szkoły branżowe.
TAPUJEMY, TAPUJEMY!
Podczas live’a na ekranie widać zazwyczaj dwie osoby, rzadziej jedną. Główną zasadą jest odpowiadanie komentującym, trzeba więc cały czas śledzić czat. Komentujący wysyłają tak zwane “gifty”, zadają pytania, wydają polecenia. Streamerzy odpowiadają, dziękują, zachęcają do “tapowania” (forma reakcji). Składają różne obietnice za określone wartości. Czasem się targują, negocjują cenę poszczególnych zachowań. Coś powiedzieć do pani? Zależy co i za ile. To wszystko półgłosem lub szeptem, w zależności od tego, na co pozwalają warunki lekcji.
Czujemy się jak Plastuś, który dyskretnie uchyla wieko piórnika i podgląda ukradkiem przez szparkę. Wtem słyszymy swój nick – prowadzący głośno zauważył, że dołączyliśmy. To nas na chwilę speszyło, ale na prowadzącym nasza obecność nie robi żadnego wrażenia – jesteśmy tylko kolejnym cennym numerkiem zwiększającym liczbę osób oglądających live’a.
TAK, ŻEBY NAUCZYCIEL NIE ZAUWAŻYŁ
Live’y są robione bardzo dyskretnie. Telefon czasem znajduje się na kolanach pod ławką, ale najczęściej leży gdzieś na ławce – można się domyślać, że bywa ukryty w torbie, w piórniku, w szaliku, w czymś maskującym urządzenie. Uczniowie siedzą w ławkach i najczęściej zachowują porządek, stosują się do poleceń nauczyciela, nawet coś notują (lub udają) w zeszytach, ale ich uwaga jest gdzie indziej. Patrzą w telefon leżący na ławce, więc trudno z pozycji nauczyciela dostrzec, że coś jest nie tak. Obserwującym odpowiadają przyciszonym głosem, żeby nauczyciel się nie zorientował, nie zauważył. Myślisz, że u Ciebie to niemożliwie, bo uczniowie odkładają telefony? Nie bądź tego pewna. Mają po dwa.
CELEM NIE SĄ NAUCZYCIELE
Nie natknęliśmy się w naszych obserwacjach na podobnie przemocowe zachowania wobec nauczycieli jak te z nadesłanego filmiku. Może po prostu mieliśmy szczęście albo pecha. Podczas live’ów komentujący co prawda zachęcają do prowokowania nauczycieli, ale prowadzący zazwyczaj ignorują te polecenia. Najwyraźniej to nie zwiększa zainteresowania, nie przynosi “giftów”. Deklarują za to darczyńcom różne nieoczywiste formy podziękowań, np. że pokażą gołe stopy czy pocałują się przed kamerą.
WAY OF LIFE
Nagrywanie live’ów wydaje się być jakby częścią ich życia, codzienną rutyną. Do południa transmisje ze szkoły, z klas, z toalet, ze szkolnych szatni i korytarzy, bo tam spędzają czas młodzi ludzie. Po południu przenoszą się do domów. Odnieśliśmy wrażenie, że to ma charakter naturalnej, życiowej czynności, koniecznej do dostarczenia niezbędnej do życia energii. Czasem ma się wrażenie, że prowadzącym live’a nie towarzyszą żadne emocje, a czasem widać wyraźne pobudzenie, nerwowe tiki i kompulsywne zachowania. Liczba viewersów ich ekscytuje. Podczas live’ów można zarabiać. Walutą są “gifty”. Być może prowadzenie takich live’ów jest też sposobem na zarabianie pieniędzy.
WULGARYZMY NIE ROBIĄ WRAŻENIA
Podczas transmisji na pytania o nic prowadzący odpowiada odpowiedziami o niczym. Bo to są live’y o niczym. Wieje nudą. Jaka lekcja? Która klasa? Kiedy ferie? Jak ma imię ten w białej bluzie? Wulgaryzmy oraz obraźliwe komentarze zdają się zupełnie nie dotykać prowadzących, spływają po nich jak po kaczce, nawet powieka im nie drgnie. Na wulgarne komentarze czasem odpowiadają w podobnie wulgarny sposób, ale najczęściej je ignorują.
LIVE’Y NIE SĄ DOMENĄ “PATOLOGII”
Bohaterami dziesiątek obejrzanych przez nas live’ów są dzieci o bardzo różnym kapitale społecznym, co widać i słychać w języku, którym się posługują, w strojach, dodatkach, po sposobie zachowania wobec siebie i nauczycieli. To również uczniowie z tzw. dobrych szkół i dobrych domów.
Streamerzy są całkowicie wyłączeni z udziału w lekcji – skupiają się na ekranie telefonu. Choć trafiliśmy też na relację, podczas której dwoje prowadzących kontroluje zarówno live, jak i lekcję, a w pewnym momencie wciągają się w rozmowę z nauczycielką, odpowiadając pełnymi zdaniami na temat podatków i płacy minimalnej – prowadzą bardzo sensowną dyskusję i używają bogatego języka. Można powiedzieć, że ten jeden live miał nawet walor edukacyjny. Trafialiśmy też na takie, przy których uszy więdły od wulgaryzmów. Pojawiały się seksualne podteksty i język przemocy. Mieliśmy więc szeroki przegląd młodych osób na różnych poziomach kapitału kulturowego i społecznego. Wszyscy zajęci tym samym – nie bardzo wiadomo czemu służącym transmitowaniem fragmentu ich szkolnego dnia.
NIEBEZPIECZNE ZWIĄZKI
Obserwującym może być każdy. Tak jak my. Zorientowaliśmy się, że częścią obserwujących są inni uczniowie w tych samych klasach, którzy najwyraźniej też potajemnie korzystają w trakcie lekcji z telefonów. Prowadzący ma też możliwość dodania na ekran osoby obserwującej i toczy z nią wówczas “pojedynek”.
Widzieliśmy siwego staruszka, który dzielnie zachęcał do tapowania. Zapytany przez prowadzące live’a dziewczynki, gdzie pracuje, powiedział, że jest emerytem. Zachichotały. Widzieliśmy milczącego gościa – na oko czterdziestoletniego – który nakładał na twarz coraz to inne przerażające nakładki i co jakiś czas pociągał łyk piwa z butelki. Notabene wielokrotnie trafialiśmy też na live’y, podczas których uczniowie i uczennice palili ukradkiem elektroniczne papierosy. Tak, na lekcji!
OSZUSTWO I BRAK WERYFIKACJI
Teoretycznie live’y na TikToku mogą robić tylko użytkownicy, którzy ukończyli 18 lat. Czyli wszystkie, które obejrzeliśmy, prowadzone są na kontach stworzonych przez młode osoby poświadczające nieprawdę. Po drugie, operator w żaden sposób nie weryfikuje informacji przy zakładaniu konta, poza identyfikacją adresu email. Młode osoby nie są więc chronione przez TikTok, co od dawna podnoszą organizacje zajmujące się ochroną praw i wizerunku młodych osób w internecie.
LIVE’Y W DOMACH
Rodzice powinni mieć świadomość, że dzieci nagrywają live’y również z domów. Że dokumentują czasem ich rodzinne życie. Takie live’y mogą być źródłem wielu informacji dla potencjalnych przestępców. Czasem to rodzice lub opiekunowie stają się tematem i obiektem live’ów. Na jednym z nich widzieliśmy scenę kręconą w kuchni. Prowadzący nagrywa z tyłu postać mamy lub babci. Gdy zachęcony przez obserwujących kłuje ją palcem w pośladki, ta przestrzega go, że zachowuje się jak “pe..ał” i może mieć z tego powodu nieprzyjemności wśród kolegów. I każdy użytkownik TikToka mógł sobie śledzić tę rodziną scenkę rodzajową odbywającą się w kuchni pewnego domu.
TO TYLKO TELEFON
Uderzający jest brak tremy, niczym nieskrępowana odwaga udziału w publicznej transmisji w roli głównego aktora, bycia jak na scenie, wystawienia się na ocenę publiczną przy tak dużym potencjalnie zasięgu. Bo jednocześnie dobrze wiemy, że nasi uczniowie mają ogromne trudności z publicznymi wystąpieniami w świecie rzeczywistym, z komunikowaniem się z innymi, nawet z rówieśnikami, jeśli komunikacja nie odbywa się za pośrednictwem elektronicznych nośników.
Zastanawia nas, czy młodym osobom towarzyszy świadomość konsekwencji wystawiania się na widok publiczny. Czy na pewno rozumieją, że każdy może to obejrzeć, nagrać i wykorzystać w różnych celach? Odnosimy wrażenie, że mają złudne poczucie bezpieczeństwa i kontroli, przekonanie o chwilowości, nietrwałości, nieprawdziwości. Wydaje się im, że w każdym momencie mogą live wyłączyć, obserwujących zablokować, dać bana, unieszkodliwić, zakończyć transmisję, wyjść z aplikacji i ostatecznie wyłączyć telefon.
ZASIĘG MIĘDZYNARODOWY?
Z ciekawości zrobiliśmy szybką próbę w innych krajach europejskich, żeby sprawdzić, czy to tylko polska domena. W Holandii, Hiszpanii, Norwegii, Szkocji i Anglii nie trafiliśmy na szkolne live’y. We Włoszech jednak młode osoby też je nagrywają podczas lekcji. Czy ma to związek z zasadami dotyczącymi używania telefonów w szkołach obowiązującymi w poszczególnych krajach? Wydaje się, że tak.
x x x
Refleksja 1.
Sprawa walki o ochronę wizerunku młodych osób nabiera w tym kontekście szerszego znaczenia. To nie jest tylko kwestia wykorzystania wizerunku dzieci przez dorosłych, ale również problem tego, że dzieci same czynią swój wizerunek (i nie tylko swój) publicznym bez wiedzy i zgody dorosłych. I z tej odpowiedzialności za brak ich bezpieczeństwa, za brak ograniczeń, za przyzwolenie na swobodne korzystanie przez młode osoby z mediów społecznościowych i pełen dostęp do platform cyfrowych – z tej odpowiedzialności nikt nas, dorosłych nie zwolni.
Refleksja 2.
Na obejrzanych filmikach rzadko kiedy nauczyciele reagują. Najczęściej zdają się robić swoje i nie wnikać. Powód? Może dyskrecja uczniów jest na tyle duża, że nauczyciele naprawdę niczego nie zauważają, nie słyszą. A może świadomie ignorują sygnały, bo niby co nauczyciel ma zrobić w sytuacji, gdy uczeń używa telefonu do bezprawnego relacjonowania lekcji albo pali elektronicznego papierosa? Odebrać nie może, bo nie można dotykać własności ucznia. Wrzucić do kosza nie wolno, bo jeszcze przypadkiem ozdobiony byłby znakiem krzyża i nauczyciel mógłby zostać oskarżony o obrazę uczuć religijnych i zawieszony w obowiązkach. Policji wezwać też nie może, bo gdyby przypadkiem policjant zadzwonił kajdankami albo i nie, to jednak nauczyciel mógłby zostać oskarżony o spowodowanie traumy. I oczywiście ze wszystkiego musiałby się tłumaczyć przed wszelkimi możliwymi instancjami od dyrektora, kuratora, po rodziców. Także z faktu, że był ofiarą nękania przez uczniów. To oczywiście skrajne scenariusze, ale -jak wiemy – wcale nie hipotetyczne. Ryzyko jest ogromne. I nauczyciele mają tego świadomość. Wiedzą też, że w kryzysowych sytuacjach nikt w systemie oświaty się za nimi nie wstawi.
Refleksja 3.
Potrzebujemy natychmiastowego wsparcia. Konieczne są pilne działania. Wewnętrzne regulacje statutowe określające zasady używania telefonów na terenie szkoły to walka z wiatrakami. W przypadku ich łamania nauczyciele i dyrektorzy są bezradni, nie mają wystarczających narzędzi, a potencjalne konflikty oznaczają dalsze pogarszanie warunków pracy i jeszcze większe zniechęcenie do wykonywania zawodu.
Można skorzystać z dobrych praktyk i rozwiązań funkcjonujących w innych krajach. Kierunek sejmowych prac nad ograniczeniem używania mediów społecznościowych do 15 roku życia jest dobry, ale pamiętajmy, że wszystkie konta, z których korzystają dziś na TiktToku osoby małoletnie, są zadeklarowane jako konta co najmniej 18-latków. Zatem bezwzględnie konieczne są regulacje nakładające na platformy cyfrowe obowiązek realnej weryfikacji wieku użytkowników i zakładające dotkliwe sankcje za niedopełnienie tego obowiązku.
x x x
Przypominamy, że działa Bezpłatny Telefon Zaufania dla Nauczycieli prowadzony przez Fundację Twarze Depresji i oferuje wsparcie psychologiczne pod numerem +48 510 338 182. Linia działa w każdy poniedziałek w godzinach 13:00–17:00. Możecie tam uzyskać pomoc i emocjonalne wsparcie w trudnych sytuacjach.
Źródło: www.facebook.com/protestzwykrzyknikiem/
Realizując wiodącą funkcję „Obserwatorium Edukacji” – rejestrowanie zaobserwowanych „w sieci” najważniejszych dla sfery edukacji wydarzeń, odnotowuję zamieszczenie w dniu dzisiejszym na stronie MEN materiału, ale jedynie we fragmencie:
Reforma26. Kompas Jutra: Kierownictwo MEN w trasie przez całą Polskę – podsumowanie tygodnia
Wiceministra Katarzyna Lubnauer w tym tygodniu odbyła aż trzy wizyty promujące „Kompas Jutra”
[…]
Tydzień konsultacji otworzyła w poniedziałek, 2 lutego, wizyta Sekretarz Stanu Katarzyny Lubnauer w Kaliszu. W Szkole Podstawowej nr 10 im. Marii Konopnickiej wiceminister spotkała się z lokalnym środowiskiem oświatowym, by omówić harmonogram wdrażania zmian. Podczas briefingu prasowego podkreśliła, że reforma ma charakter ewolucyjny i od września 2026 r. obejmie przedszkola oraz klasy I i IV szkół podstawowych.
We wtorek, 3 lutego, trasa „Kompas Jutra” dotarła do województwa lubelskiego. Wiceminister Paulina Piechna-Więckiewicz gościła w Szkole Podstawowej nr 1 im. Adama Mickiewicza w Krasnymstawie. Podczas rozmów z lokalnym środowiskiem oświatowym wiceminister akcentowała znaczenie dobrostanu i sprawczości ucznia w nowym systemie. Podkreślała, że Reforma26. Kompas Jutra stawia na budowanie bezpiecznego środowiska szkolnego oraz relacji, które są fundamentem efektywnej nauki.
W środę, 4 lutego, Sekretarz Stanu Katarzyna Lubnauer kontynuowała wizytę w Wielkopolsce, odwiedzając Szkołę Podstawową w Grzymiszewie (gm. Tuliszków). Rozmowy z lokalnym środowiskiem oświatowym koncentrowały się na autonomii nauczyciela i sprawczości szkoły.
Kolejny etap trasy miał miejsce w czwartek, 5 lutego, w Ostródzie. Wiceminister Izabela Ziętka spotkała się w Szkole Podstawowej nr 1 im. Armii Krajowej z lokalnym środowiskiem oświatowym z regionu warmińsko-mazurskiego. Wiceminister Ziętka akcentowała, że dobrostan całej społeczności szkolnej jest priorytetem resortu w procesie projektowania nowej szkoły.
Tydzień zakończyła wizyta wiceminister Katarzyny Lubnauer w województwie świętokrzyskim. W piątek, 6 lutego, Sekretarz Stanu odwiedziła Wielgusice w gminie Kazimierza Wielka, gdzie podczas spotkania z lokalnym środowiskiem oświatowym podsumowała dotychczasowe głosy płynące z regionów.
Źródło: www.gov.pl/web/edukacja/
W minioną środę na fb-profilu dr Marzeny Żylińskiej pojawił się post, którego pierwsza część jest autorstwa Doroty Rusim – nauczycielki ze Szkoły Podstawowej nr 11 w Przemyślu. Oto cały ten post:
Dzieci nie potrzebują stopni.
„Cztery lata temu zrezygnowałam z ocen cyfrowych. Chciałabym opowiedzieć, dlaczego podjęłam taką decyzję, co dzięki niej zyskały dzieci, a co zyskałam ja jako nauczycielka.
W poprzednich latach prowadziłam klasę, w której zrezygnowałam z oceniania z pomocą stopni. Moi uczniowie chętnie przychodzili do szkoły, angażowali się w to, co robiliśmy na lekcjach, aktywnie uczestniczyli w projektach, które zaplanowałam i … nigdy nie pytali o stopnie. Naprawdę nie były im do niczego potrzebne. Dzięki temu proces nauki był dla nich naturalny, był źródłem satysfakcji, a nie stresu.
Dzieci nie porównywały się z sobą, nie stresowały się ocenami, a jednocześnie nie trzeba ich było „gonić” do nauki, ani stosować metody kija i marchewki. Każdy nauczyciel, który stosuje podobne metody wie, że dzieci nie trzeba do nauki zmuszać, ONE NAPRAWDĘ CHCĄ SIĘ UCZYĆ. Co więcej, okazało się, że nie osiągały gorszych wyników niż ich rówieśnicy uczący się w systemie tradycyjnego oceniania. Dziś to dla mnie oczywiste, że dzieci nie potrzebują cyferek, ale informacji, które pomagają im w nauce. Potrzebują informacji, co robią dobrze, a nad czym trzeba jeszcze popracować, co poprawić. Po tych trzech latach wiem również, że stopnie odwracają uwagę od tego, czego dzieci się uczą, to one stają się celem. A to dla nikogo nie jest dobre.
Tradycyjne ocenianie zabiera też bardzo dużo czasu, który lepiej przeznaczyć w szkole na naukę.
Obecnie znów prowadzę klasę pierwszą. Dzieci przyszły do szkoły z przedszkola, więc nie znały ocen cyfrowych. Od samego początku chciałam im pokazać, że celem szkoły nie są stopnie, ale ich rozwój, to czego się nauczą, co zostanie im głowie. Zależało mi też na tym, żeby nauka dobrze im się kojarzyła, żeby odbywała się w dobrej, bezpiecznej i przyjaznej atmosferze. Model oceniania bez stopni jest dla uczniów klasy pierwszej naturalny i zgodny z ich dotychczasowymi doświadczeniami edukacyjnymi, ponieważ wspiera ciekawość, daje poczucie bezpieczeństwa i opiera się na motywacji wewnętrznej.
Warto podkreślić, że ocenianie opisowe często budzi wśród nauczycieli negatywne skojarzenia, ponieważ wielu osobom kojarzy się z dodatkową pracą. Dlatego w naszej praktyce wolimy nazywać je ocenianiem wspierającym rozwój albo po prostu ocenianiem bez cyferek. Takie podejście bardzo zmienia nastawienie uczniów do nauki i nie stanowi dla nauczyciela większego obciążenia. Chciałabym jeszcze dodać, że bez stopni dużo łatwiej o dobre relacje między nauczycielem a uczniami i ich rodzicami. Gdy znikają cyferki, niejako automatycznie znika wiele problemów, które wszystkim – również nauczycielom – utrudniają życie.
Stosowane przeze mnie podejście jest zgodne z pedagogiką Celestina Freineta, który podkreślał, że uczeń powinien być aktywnym uczestnikiem procesu edukacyjnego, rozwijać się poprzez doświadczanie świata, jego wielozmysłowe poznawanie, samodzielne odkrywanie i pracę twórczą. Freinet często mówił, że nauka powinna przebiegać w atmosferze współpracy i bezpieczeństwa, a nie presji i rywalizacji. Podobnie jak w moim podejściu, w pedagogice Freineta ważne jest wspieranie dziecięcej ciekawości, samodzielności i motywacji wewnętrznej oraz wykorzystanie pracy projektowej i realnych doświadczeń edukacyjnych do rozwijania różnych kompetencji. Dzieci potrzebują ciekawych lekcji i inspirujących wyzwań. Gdy ten warunek jest spełniony każde rozwija się na miarę swoich możliwości i stopnie nie są do niczego potrzebne.”
Dorota Rusin, edukacja wczesnoszkolna
To tekst Doroty Rusin, ja od siebie dodam, że stopnie nie są do niczego potrzebne dzieciom / uczniom, ale … są potrzebne wielu dorosłym (Rodzic: A skąd mam wiedzieć, jak moje dziecko wypada na tle klasy? Skąd mam wiedzieć, czy dziecko zasługuje na nagrodę, czy na karę?) Wielu dorosłych jest od stopni uzależnionych. Bo stopnie są jak cukier, tak samo jak cukier niepotrzebne, ale… uzależniają. Dlatego chciałabym mieć czarodziejską różdżkę. Wtedy mogłabym przenieść dorosłych, którzy nie wyobrażają sobie szkoły bez stopni do klas, w których ich nie ma, żeby zobaczyli, jak wygląda nauka, gdy celem jest rozwój, a nie stopnie. Bo stopnie uczą chodzenia na skróty, choć to może ich najmniejsza wada i odwracają uwagę od prawdziwego celu szkoły.
Bardzo trudno zrozumieć to dorosłym, którym nie dane było doświadczyć radości, jaką daje rozwój i którzy uczyli się tylko po to, żeby dostać nagrodę w postaci najlepszych stopni lub uniknąć kary w postaci jedynek. Kto zna tylko taką motywację do nauki, ten nie umie uwierzyć w to, że dzieci naprawdę chcą się uczyć, o ile tylko szkoła nie stanie się dla nich nieprzyjaznym miejscem, w którym są ciągle kontrolowane, oceniane i porówywane z innymi. Bo gdy tak się dzieje, to… już nie chcą.
P.S.
Jeśli chcielibyście zobaczyć na własne oczy, jak funkcjonuje Budząca Się Szkoła, może zainteresuje was nasze spotkanie inspirujące w Strzyżowicach na Śląsku?
Źródło: www.facebook.com/marzena.zylinska/
Oto najważniejsze fragmenty tekstu, zamieszczonego na stronie Radia RMF:
Wybrano najlepszych nauczycieli świata. Polka w czołówce!
Dziesiątka finalistów konkursu na najlepszego nauczyciela na świecie (po prawej Ewa Drobek); fot. Barbara Nowacka
[…]
Źródło: www.dailyexcelsior.com
Roubne Nagi – zdobywczyni tytułu „Global Teacher Prize 2026”
Roubne Nagi, indyjska artystka i pedagożka, zdobyła w czwartek w Dubaju nagrodę dla najlepszego nauczyciela na świecie (Global Teacher Prize) w wysokości miliona dolarów.
Obywatelka Indii została uhonorowana za działalność edukacyjną w slumsach i wsiach Indii, gdzie opracowała program „Misaal India”, który zapewnia ponad milionowi dzieci tanią edukację opartą na sztuce.
Stworzone przez nią inicjatywy, „Misaal India” i Rouble Nagi Art Foundation, wykorzystują sztukę jako narzędzie dostępu do nauki. Przez ostatnie 20 lat jej ruch stworzył ponad 800 ośrodków edukacyjnych, zaangażował 600 wolontariuszy i nauczycieli oraz wypracował model docierania do dzieci wykluczonych z systemu edukacji formalnej – podał dziennik „Hindustan Times”.
Emirackie media podkreślają, że metoda indyjskiej pedagożki łączy naukę czytania i liczenia, umiejętności życiowe oraz kształcenie zawodowe z projektami artystycznymi angażującymi dzieci i lokalną społeczność. „Jej klasy rzadko mają cztery ściany. Malowane przez nią ‚żywe ściany edukacji’ zmieniają podwórka i zaułki w podręczniki widoczne dla całej społeczności” – opisuje dziennik „Gulf News”.
Wielki sukces odniosła również Ewa Drobek, nauczycielka języka angielskiego i niemieckiego z XV Liceum Ogólnokształcącego w Warszawie, która znalazła się w finałowej dziesiątce konkursu.[…]
Cały tekst „Wybrano najlepszych nauczycieli świata. Polka w czołówce!” – TUTAJ
Źródło: www.rmf24.pl/fakty/
Na wypadek, gdybyście regularnie nie śledzili fanpage grupy „Nie dla chaosu w szkole” zamieszczam post, który pojawił się tam wczoraj i jest niezależną od MEN informacją, będącą syntezą obszernego artykułu Karoliny Słowik „Nowacka jeździ po Polsce i tłumaczy reformę. „Wyraz szacunku i odwagi. Ale co z tego wyniknie?”, zamieszczonego na stronie „Gazety Wyborczej” 2 lutego 2026 r.
Szefowa MEN plan ma ambitny: chce, by do końca czerwca kierownictwo resortu odbyło co najmniej 70 spotkań z nauczycielami i dyrektorami we wszystkich województwach. Szacuje, że uczestników tych spotkań ma być nawet 20 tys. – pisze Karolina Słowik. (W Gazecie Wyborczej – WK)
Nowacka podkreślała, że mają to być „konsultacje dobrej, potrzebnej zmiany„. Problem jednak w tym, że w przypadku szkół podstawowych nowe treści dla wszystkich przedmiotów są już ustalone, a konsultacje społeczne podstaw programowych zakończone.
Skoro więc podstawy programowe są już gotowe i skonsultowane, to o jakie konsultacje podczas ogólnopolskiej trasy MEN chodzi?
O sens ich organizowania na pół roku przed rozpoczęciem reformy, określanej podczas inauguracji kampanii mianem „jednej z najbardziej skonsultowanych reform w naszym państwie” pytał również na swoim blogu Jarosław Pytlak.
Chcemy szeroko informować nauczycieli o reformie. Zależy nam, aby dowiadywali się na czym naprawdę polega bezpośrednio od kierownictwa MEN. Te spotkania to przede wszystkim rozwiewanie wątpliwości, rzetelna informacja i realna przestrzeń do dialogu – wyjaśnia rzeczniczka MEN Ewelina Gorczyca.
Głosy praktyków są dla nas ważne i bierzemy je pod uwagę, choć nie wpłyną już bezpośrednio na zmiany w podstawach programowych, bo te konsultowane były społecznie. Resort jednak reaguje na potrzeby zgłaszane przez szkoły. – zapewnia rzeczniczka.
O co pytają nauczyciele na spotkaniach z MEN? Rzeczniczka wymienia:
Czy będzie więcej biurokracji? – MEN zapewnia, że nie dokłada żadnych nowych obowiązków.
Czy nauczyciel zmieni się w psychologa? – Chodzi o nowe narzędzie – ocenę funkcjonalną ucznia. Rzeczniczka MEN podkreśla, że nie będzie to rozwiązanie obowiązkowe. A pozwoli w bardziej uporządkowany i wystandaryzowany sposób formułować opinie o dziecku.
Czy tydzień projektowy będzie obowiązkowy? – Nie od razu. MEN daje rok na przygotowanie i próby. – Obowiązek wejdzie dopiero w 2027 roku – mówi rzeczniczka i podkreśla, że po kilkunastu ambasadorów reformy – nauczycielek i nauczycieli, w każdym województwie – służy radą i swoim doświadczeniem przy tworzeniu projektów.
Czy szkoły specjalne będą likwidowane? – Stanowczo dementujemy te informacje. Na tym nie polega edukacja włączająca – zaznacza rzeczniczka.
Czy pracownie przyrodnicze będą doposażone? – MEN podkreśla, że za infrastrukturę odpowiadają samorządy, ale MEN będzie je wspierać. – Powstanie program ministerialny skierowany przede wszystkim do najmniej zamożnych placówek – mówi Ewelina Gorczyca.
Czy klasy będą mniej liczne? – MEN tego nie planuje. Tłumaczy to postępującym niżem demograficznym. W tych warunkach oznaczałoby to konieczność budowy nowych placówek, co byłoby bardzo kosztowne.
Kiedy płace nauczycieli wzrosną? – MEN chce powiązać wynagrodzenia nauczycieli ze wskaźnikiem gospodarczym do końca kadencji. To deklaracja rządu, w tym premiera Tuska i ministra finansów – podkreśla Gorczyca.
Eksperci doceniają, że ministra Nowacka chce osobiście rozmawiać ze środowiskiem. Ale wątpią, czy przełoży się to na konkretne rozwiązania.
To raczej akcja promocyjna – ocenia dr Iga Kazimierczyk, prezeska fundacji Przestrzeń dla Edukacji. Ale również docenia tę akcję. – Bardzo miły gest, ludzkie oblicze urzędu. Łatają wcześniejsze niedostatki komunikacyjne. To nowość: aktywna postawa wchodzenia w środowisko. Ministra Nowacka robi to bezpośrednio, tak jak obiecała. Zdecydowanie od tego powinna zacząć reformowanie. A nie od zakazu zadań domowych. Teraz jest za późno, żeby zmienić kierunek.
Dr Kazimierczyk uważa, że MEN powinien przyjść do nauczycieli z gotową propozycją, na którą czekają od lat: z powiązaniem pensji ze wskaźnikiem gospodarczym. – Jeśli MEN z takim prezentem wyruszy do środowiska, to cel, czyli reforma, może być realizowany. Bo na razie jest tak, że nauczyciele mają wypełniać nowe założenia bez dodatkowych środków – zauważa. – Oni liczą nie tylko na pensje, ale na dodatkowe wsparcie, pracę w mniejszych klasach, wydolną formę pracy, na wsparcia w konfliktach – dodaje.
Dr Karol Dudek-Różycki, przewodniczący Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Przedmiotów Przyrodniczych: – Spotkania z nauczycielami to wyraz szacunku względem środowiska. I akt odwagi. Nie każdy ją ma, skoro są obawy, że nie zawsze będzie miło. Na przykład, że na Podkarpaciu ktoś nie poda ręki za obcięcie godzin religii w szkole. A mimo to ministra Nowacka taką odwagę w sobie ma. Miło więc, że ktoś jeździ i się spotyka. Czy coś konkretnego z tego wyniknie? Zobaczymy.
Źródło: www.facebook.com/NIEdlachaosuwszkole/
Dzisiaj postanowiłem wreszcie poinformować Czytelniczki i Czytelników OE o najnowszej, istotnej zmianie personalnej, jaka w ostatnich dniach zaszła w kierownictwie Łódzkiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego. A jest nią powołanie przez panią dyrektor Agnieszkę Ochmańską pani Agnieszki Oganiaczyk na stanowisko wicedyrektora taj placówki. Stalo się to po dopełnieniu przewidzianych w prawie oświatowym procedur poprzedzających taką decyzję, w tym – po zasięgnięciu opinii rady pedagogicznej, którą tworzą nie wszyscy pracownicy Centrum, a jedynie pracujący tam na stanowiskach nauczycielskich, kształcąc (praktycznie) uczniów szkół zawodowych i techników – ostatnio głównie w obszarze obsługi i programowania obrabiarek CNC.
Owo posiedzenie , z tego co słyszałem, odbyło się – zdalnie – w pierwszy poniedziałek po feriach świątecznych -12 stycznia. Uczestniczyło w nim 11 osób. Wyniki glosowania w sprawie wniosku o powołanie pani Oganiaczyk na stanowisko wicedyrektora były – niestety – niekorzystne dla wnioskodawczyni:
9 głosów przeciw, 1 – za, 1 – wstrzymujący się
Ale – jak wiadomo – opinia rady pedagogicznej w sprawie powołania wicedyrektora ma charakter doradczy. Nawet jeśli rada pedagogiczna wyda opinię negatywną, dyrektor może powierzyć stanowisko wskazanemu kandydatowi [Ustawa z dnia 14 grudnia 2016 r. – Prawo oświatowe, art. 64 ust. 1}
Jak można to zobaczyć na oficjalnej stronie ŁCDNiKP: pani Agnieszka Oganiaczyk pelni już obowiązki wicedyrektora ŁCDNiK
x x x
Zapewne nie tylko dla mnie osoba pani Agnieszki Oganiaczyk była do tej pory nieznana, przeto postanowiłem zebrać wszystkie dostępne informacje o jej drodze zawodowej i nabytych kwalifikacjach i upublicznić je na OE.
Zacznę od tego, że zanim została zaprezentowana jej kandydatura na funkcję zastępcy dyrektora, została ona zatrudniona w ŁCDNiKP od nowgeo roku – na stanowisku konsultanta.
O jej wcześniejszej drodze zawodowej i posiadanym wykształceniu (uczelnie i kierunki studiów) posiadłem informację u samego źródła, czyli z jej fb-profilu, gdzie 25 września 2025 roku zamieściła (aktualnie już wykasowane) ogłoszenie, iż chciałaby podjąć pracę w gabinecie/przychodni w Łodzi – w godzinach popołudniowych i w weekendy. Oto screen tego ogłoszenia:
W tym miejscu muszę poinformować (co można wyczytać także powyżej), że w tym czasie była ona zatrudniona – jako pedagog specjalny – na pełen etat (22 godz.) w III LO im. T. Kościuszki w w Lodzi oraz w wymiarze ½ etatu w Zespole Szkół Gastronomicznych w Łodzi.
A teraz, jako że na zamieszczonym zrzucie z ekranu trudno jest doczytać się podanych tam informacji, wymienię , chronologicznie, uczelnie na których pani Oganiaczyk zdobywała swoje kwalifikacje:
1996 – 1999 – Wyższa Szkoła Marketingu i Biznesu w Łodzi – kier. Zarządzanie i marketing – marketing
1999 – 2001 – Wojskowa Akademia Medyczna w Lodzi – kier. Zdrowie publiczne, zarządzanie i marketing w służbie zdrowia.
2003 – 2004 Akademia Ekonomiczna w Katowicach, Wydział Zarządzania, (studia podyplomowe) kier. Zarządzanie w oświacie i Dydaktyka przedsiębiorczości.
2007 – 2008 Uniwersytet Łódzki, Wydział Filozoficzno-Historyczny (studia podyplomowe), kier. Wiedza o społeczeństwie.
2020 – 2021 Collegium Balticum ANS w Szczecinie kier. Edukacja, wspomaganie i terapia osób z zaburzeniami ze spektrum autyzmu.
2024 – 2025 Uczelnia Korczaka, Wydział Nauk Stosowanych w Warszawie (studia podyplomowe) kier. Psychotraumatologia.
Ponadto ukończyła jeszcze dwa, wąsko specjalistyczne szkolenia:
W Centrum Wspomagania Osobowości w Warszawie (marzec 2024) gdzie zdobyła Certyfikat Wspomagania Rozwoju Osobowości
Pracownia Rozwoju Osobistego poMOC – Krzysztof Durnaś w Lodzi – szkolenie „Interwencja kryzysowa”.
x x x
Zwieńczeniem tych informacji postanowiłem uczynić link do wywiadu, jaki pewnej uczennicy udzieliła pani Agnieszka Oganiaczyk w styczniu tego roku: :
Post na Instagramie – TUTAJ
P.s.
Mając w pamięci, że przez kilkadziesiąt lat funkcjonowania ŁCDNiKP jego dyrektor/ka miał/a dwie osoby na funkcji wicedyrwktora/ki, byłoby ciekawe poznać zakres obowiązków owej nowej – jedynej – wicedyrektorki….
Dzisiaj zamieszczam tekst Danuty Sterny bez skrótów – jest stosunkowo niedługi i nie ma sensu go przycinać. A jest on ciekawy z jednego powodu: teza autorki „idzie pod prąd” głównemu nurtowi, nie tylko w przekazach resortu edukacji:
Klasa wolna od AI
Nauczycielka Chanei Bond* w Southwest High School okręgu szkolnym Fort Worth postanowiła wyeliminować sztuczną inteligencję z nauki w klasie szkolnej. Nie stało się tak z braku dostępu do Internetu, czy do laptopów, była to przemyślana decyzja, aby poprawić proces uczenia się.
Rys.Danuta Sterna
Podczas każdych zajęć prowadzonych przez Bond uczniowie zapisują notatki i refleksje ręcznie na papierze długopisem lub ołówkiem. Nauczycielka twierdzi, że przejście niemal całkowicie na technologię analogową to najlepszy sposób, jaki znalazła, aby wyeliminować sztuczną inteligencję z zajęć z literatury amerykańskiej i kompozycji.
Badania nad zjawiskiem wykorzystywania w szkołach sztucznej inteligencji pokazują, że ryzyko przewyższa korzyści. Według sondażu przeprowadzonego w lipcu 2025 roku przez EdWeek Research Center, około 60% ankietowanych nauczycieli stwierdziło, że korzysta z AI w swoich klasach tylko w niewielkim stopniu.
Wiele osób ma obawy, że nauczani bez dostępu do AI uczniowie zostaną w tyle, ale Bond uważa, że jej uczniowie są uczeni myślenia, więc zyskują. Zdaniem Bond uczniowie, którzy mogą korzystać z AI nie angażują się w uczenie się. Jeśli mają przeanalizować tekst, to często nawet się z nim nie zapoznają, tylko zlecają AI wyciąganie wniosków. Uczniowie nie zawsze potrafią ocenić, czy to, co generuje sztuczna inteligencja, jest wartościowe, czy nie, i nie zdaja sobie sprawy z tego, że muszą ćwiczyć podstawowe umiejętności, takie jak pisanie tezy i konstruowanie argumentacji.
Bond zaleca uczniom prowadzenie ręcznych notatek na każdej lekcji, co pozwala uczniom ćwiczyć pisanie i buduje ich pewność siebie w pisaniu dłuższych tekstów. Uczniowie dzięki temu uczą się własnego stylu pisania.
Na lekcjach Bond uczniowie mogą korzystać ze słowników, dzięki czemu nie polegają tylko na technologiach, które automatycznie poprawiają im błędy.
Zamiast oceniać wyłącznie ostateczną wersję eseju lub prezentacji, Bond ocenia różne części procesu, w tym osobno tezę, konspekt, bibliografię i wersję roboczą. Dzięki temu istnieje kontrola nad procesem powstawania całości.
Jedyny moment, gdy uczniowie mogą korzystać z technologii na jej lekcjach, to polecenie przepisania wypracowania do komputera.
Uczniowie na początku nie rozumieli zamysłu nauczycielki. Ale w miarę upływu czasu doszli do wniosku, że ten sposób naprawdę pobudza ich mozgi do myślenia. Na zajęciach nauczycielki można dowiedzieć się, co myślą uczniowie, a nie co myśli AI.
Jeden z uczniów Bond apeluje do uczniów wykonujących pracę domową: „Zastanów się chwilę. Czy wolałbyś naprawdę rozwijać się dzięki doświadczeniu wykonywania jakiejś pracy i krytycznego myślenia o tym, o czym piszesz lub mówisz, czy po prostu wolisz korzystać z robota?”.
Nie wszyscy nauczyciele w szkole Bond postępują tak samo. Niektórzy starają się jedynie ograniczyć korzystanie ze sztucznej inteligencji, poprzez pokazanie uczniom, jak odpowiedzialnie z niej korzystać, pokazują uczniom różnicę między wykorzystywaniem technologii w celu oszukiwania, a wykorzystywaniem jej w celu wspierania własnej nauki.Inni zezwalają na wykorzystanie sztucznej inteligencji w niektórych zadaniach — pod warunkiem, że uczeń jasno wyjaśni, w jaki sposób z niej skorzystał.
Choć Bond i wielu jej uczniów dostrzegają wartość klas wolnych od sztucznej inteligencji, rząd federalny i niektóre stany oraz okręgi szkolne chętnie korzystają z technologii. W Polsce jest też dość silna tendencja do wyposażenia każdego ucznia w laptop z dostępem do Internetu i możliwością korzystania z AI. Warto przed podjęciem decyzji wziąć po uwagę badania edukacyjne na temat korzyści z używania AI w procesie uczenia się.
Inspiracja artykułem Lee V. Gaines
Źródło: www.oknauczanie.pl/klasa-wolna-od-ai
* Nauczycielka języka angielskiego i literatury amerykańskiej w Southwest High School w Fort Worth w Teksasie (USA)
Taka sytuacja jeszcze nigdy od czasu funkcjonowania „Obserwatorium Edukacji” nie zaistniała, aby dzień po dniu były tu zamieszczane teksty tego samego autora, pochodzące z tego samego źródła. Ale mam bardzo przekonujące uzasadnienie: oba teksty na to zasługują, bo oba traktują o ważnych sprawach.
Tym autorem jest prof. Bogusław Śliwerski, tym dzisiejszym jego wpisem zamieszczonym na blogu „Pedagog” jest tekst, którego „dwa fragmenty dla zachęty” zamieszczam poniżej – wierząc, że temat uznacie nie tylko za aktualny, ale sposób jego przedstawienia przez Profesora jest na tyle intrygujący, że skłoni to Was do zapoznania się – po kliknięciu w zamieszczony link – z jego pełną wersją
„Reforma26 – Kompas Jutra” to ukryta adaptacja w polityce oświatowej „strategii OECD Learning Compass 2030”
Rys. www.oecd.org/en/data/tools/oecd-learning-compass-2030.html
Jeśli ktoś twierdzi, że IBE-PIB wraz z MEN realizują polską reformę edukacji, to jest w głębokim błędzie. Nie jest ani oryginalna, ani nie wynika z ogólnopolskich badań naukowych stanu polskiego szkolnictwa, nie uwzględnia też polskiej kultury, tradycji, nędzy kapitału ludzkiego i ekonomicznego. Mamy tu do czynienia z ukrytą przez władze IBE-PIB polityką adaptacji w kraju strategii OECD Learning Compass 2030.
Nie przypominam sobie, by w polskim Sejmie, w Komisji Edukacji analizowano ten dokument i uznano, że ma być fundamentem rzekomo polskiej reformy szkolnej. A szkoda, bo przynajmniej mielibyśmy do czynienia z rzeczywistą konsultacją, a nie ukrytą formą indukcji programu globalnej korporacji, która znakomicie zarabia na międzynarodowych badaniach oświatowych.
Nie mam nic przeciwko temu dokumentowi, ale fakt ukrywania tego podejścia przez władze IBE-PIB świadczy o tym, że wykorzystuje się środki unijne do wdrażania rozwiązań, które mają charakter globalny, naruszający częściowo autonomię państwa członkowskiego UE w sferze oświaty i wychowania. Zobaczmy zatem, czego nie ujawniło IBE-PIB:
OECD Learning Compass 2030 to globalna wizja edukacji przyszłości opracowana w ramach projektu Future of Education and Skills 2030 przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju. Określa ona kompetencje, jakie uczniowie powinni rozwijać, by radzić sobie w niepewnym świecie (agency, well-being, kompetencje poznawcze, społeczne, etc.). Ramy są globalne i ogólne, toteż mają być „lokalnie kontekstualizowane” przez poszczególne systemy edukacji.
OECD tytułuje swój program metaforą kompasu po to, by przesunąć myślenie o edukacji z „realizacji instrukcji” na nawigowanie w niepewności; punktem dojścia jest tu dobrostan indywidualny i zbiorowy.
[…]
„Reforma26-Kompas Jutra” jest funkcjonalną kopią Learning Compass 2030. IBE-PIB nie opracowało własnego projektu reformy, tylko przetłumaczono i zaadoptowano strategię OECD Learning Compass 2030 jako podstawę krajowej reformy, a uczyniono to w sensie paradygmatycznym, dydaktycznym, architektonicznym i implementacyjnym.
Dyrekcja IBE od lat współpracuje z OECD, toteż traktuje język tej globalnej organizacji jako rzekomo neutralny język profesjonalny, a to jest klasyczny objaw hegemonii prywatnego konsorcjum i jego krajowych beneficjentów. Mamy zatem deformę wdrażaną technokratycznie w ramach globalnego paradygmatu.
Rzekome konsultacje pełnią tu funkcję jedynie amortyzacji społecznego oporu. IBE niczego nie stworzyło, tylko zarządza narracją tak, aby nie otworzyć sporu paradygmatycznego, nie ujawnić zewnętrznego źródła rdzenia modelu i utrzymać wrażenie krajowej suwerenności projektu.
Kompas Jutra jest krajową repliką paradygmatu Learning Compass 2030, z lokalną aksjologią i lokalnym opakowaniem normatywnym, ale bez zmiany rdzenia teoretyczno- dydaktycznego. Ważny jest zatem spór o to, „czy jest to kopia?”, bowiem kluczowe pytanie brzmi:
Czy kadra IBE-PIB świadomie przyjęła paradygmat kompetencyjno-agencyjny OECD jako swój paradygmat dydaktyczny?
I na to pytanie – patrząc na dokonania głównie translatorskie pracowników IBE-PIB – odpowiedź brzmi: TAK. Szkoda, że nie poinformowała o tym posłów, społeczeństwa i tych, którzy to legitymizują a ponoć reprezentują naukę.
Zmiana w szkolnictwie powinna być oparta na jawnych przesłankach, poddana naukowej debacie oraz osadzona w pluralizmie tradycji pedagogicznych i dydaktycznych. Społeczeństwo, nauczyciele i środowisko akademickie mają prawo wiedzieć, jaki model edukacji jest przyjmowany jako fundament polskiej szkoły i z jakich źródeł on pochodzi.
Cały tekst „Reforma26 – Kompas Jutra” to ukryta adaptacja w polityce oświatowej „strategii OECD Learning Compass 2030” – TUTAJ
Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com
x x x
Także dzisiaj na fanpage grupy „Nie dla chaosu w szkole” odnotowano tekst prof. Śliwerskiego, a także zamieszczono korespondujący z nim tekst Jaroslawa Pytlaka – TUTAJ
Zgodnie z przyjętą wczoraj zasadą – dzisiaj prezentuję obszerne fragmenty(i link do pełnej wersji) tekstu prof. Boguslawa Śliwerskiego, zamieszczonego wczoraj na blogu „Pedagog”. Jest to swoistą recenzją książki Karola Pietrzyka.
Foto:www.facebook.com/photo/
Karol Pietrzyk – nauczyciel j. angielskiego w IV Liceum Ogólnokształcącym im. Bolesława Prusa w Szczecinie
Szkoła, która żyje wbrew sobie, czyli jak niektórzy nauczyciele ratują sens edukacji mimo ministerialnych deform
Szkoła widziana oczami nauczyciela, który nie przestał być uczniem, wyrasta z podwójnego doświadczenia i podwójnej wrażliwości. Jest efektem dwoistej autorefleksji – tej zawodowej i tej rodzicielskiej. Karol Pietrzyk pisze bowiem o szkole zarówno jako pedagog z wieloletnim stażem, jak i jako ojciec dziecka ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, zanurzonego w tej samej rzeczywistości, którą on sam współtworzy.
Już we wstępie autor uczciwie uprzedza czytelnika, że jego książka nie rości sobie prawa do obiektywizmu. Jest zapisem osobistego oglądu świata, w którym funkcjonuje od ponad ćwierćwiecza:
„Moja książka to naturalnie bardzo subiektywne spostrzeżenie człowieka działającego wewnątrz szkolnego systemu, przyglądającego się szkole od ponad ćwierćwiecza i próbującego wyciągać samodzielne wnioski”
(s. 7).
Ta deklaracja szczerości budzi zaufanie. Tym bardziej że Pietrzyk nie próbuje swoich obserwacji absolutyzować ani zamieniać w program ideologiczny. Raczej zaprasza do rozmowy – do „merytorycznej dyskusji o kluczowych dla polskiej szkoły sprawach” (s. 8). W jego pisaniu czuć potrzebę podzielenia się doświadczeniem, ale i świadomość ograniczeń własnej perspektywy.
Autor nie ukrywa ambiwalencji. Szkołę jako środowisko społeczne lubi – za ludzi, relacje, drobne sukcesy i sens, jaki potrafi się w niej wydarzyć. Szkoły jako elementu państwowego systemu często nie znosi – za biurokrację, pozorność zmian i marnowanie energii. Dostrzega istnienie szkół niepublicznych, edukacji domowej, oddolnych innowacji w placówkach samorządowych czy pracy progresywnych dyrektorów, lecz mimo to formułuje gorzką diagnozę:
„A jednak cały czas jest to przede wszystkim szkoła straconych szans, szkoła zmarnowanego potencjału, szkoła bez głowy, szkoła będąca polem walki. (…) ta szkoła ‘po polsku’ po prostu nie może być inna, bo jest odbiciem kolektywnych wad i zalet naszego narodu oraz dziejowej spuścizny” (s. 8).
[…]
Paradoksalnie najsłabszym fragmentem książki pozostaje właśnie wstęp. Zasadnicza część to już żywa, publicystyczna narracja, spleciona z autoobserwacją i opisem codziennej praktyki. I tu autor wypada najciekawiej. Jawi się jako nauczyciel zorientowany na ucznia – na jego potrzeby, emocje, możliwości i ograniczenia – bardziej niż na tabele wyników czy mechaniczną realizację podstawy programowej. Można tylko pozazdrościć uczniom, którzy trafili na jego lekcje języka angielskiego i godziny wychowawcze.
Nie wszystkie jego stanowiska są wolne od uproszczeń. Ulega na przykład popularnej narracji o szkodliwości smartfonów w szkole, powołując się na autorów, którzy nie prowadzili badań w realnych warunkach szkolnych. Jednocześnie stawia pytanie kluczowe: czy młodzi ludzie potrafią korzystać z telefonów świadomie i odpowiedzialnie – a jeśli nie, czy szkoła posiada narzędzia, by ich tego uczyć? Odpowiedzią staje się opis jednego dnia pracy i jednej lekcji.
[…]
Szczególnie cenne są fragmenty, w których autor pokazuje, że mobilna elektronika może stać się narzędziem uczenia się, a nie wyłącznie przeszkodą. Uczciwie jednak dodaje, że taka praca wymaga ogromnego zaangażowania i przygotowania, a „po czterech takich lekcjach nauczyciel jest zupełnie wypompowany” (s. 23).
W gruncie rzeczy Pietrzyk intuicyjnie dotyka granic systemu klasowo-lekcyjnego, choć nie nazywa ich wprost. Próbuje uprawiać pedagogikę sensu w przestrzeni, która często przypomina „więzienną celę”. Uszlachetnia to, co da się uszlachetnić. Pozostaje pytanie: jak długo można w takich warunkach być sobą – refleksyjnym, profesjonalnym, uważnym, ludzkim?
Być może odpowiedzią jest zdanie, które brzmi jak osobiste credo autora: „Bycie nauczycielem to jedna z najważniejszych prac na świecie – i nie dopuść, żeby ktoś lub coś odebrało ci to przekonanie” (s. 53).
Warto tę książkę przeczytać właśnie jako akt samoobrony zawodu. I jako cichy, uparty głos kogoś, kto mimo wszystko nadal wierzy, że szkoła może być miejscem sensu.
Cały tekst „Szkoła, która żyje wbrew sobie, czyli jak niektórzy nauczyciele ratują sens edukacji mimo ministerialnych deform” –TUTAJ
Źródło:www.sliwerski-pedagog.blogspot.com
















