Wczorajsze spotkanie w „Akademickim Zaciszu”  odbyło się na temat tutoringu szkolnego. Gospodarz – prof. Roman Leppert zaprosił do rozmowy  dra  hab. Sławomira Krzychałę, prof. DSW, autora książki Nauczyciel – tutor. Prakseologiczna rekonstrukcja tutoringu szkolnego”.

 

Sławomir Krzychała jest rektorem Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu. Rozwija dialogiczne podejście w ramach jakościowych badań edukacyjnych. Do wywiadów, reportaży i obserwacji zaprasza zarówno uczniów, jak i nauczycieli, by wspólnie rekonstruować szkołę jako środowisko uczenia się, relacji i zaangażowania. Szczególną uwagę ogniskuje na przemianie codziennych praktyk nauczania oraz na profesjonalnym rozwoju nauczycieli. W 2021 roku został laureatem Nagrody im. Prof. Romana Czerneckiego w kategorii naukowej, za publikację pt. „Teacher Responses to New Pedagogical Practices: A Praxeological Model for the Study of Teacher-Driven School Development” .

 

Tradycyjnie zapraszamy wszystkich, którzy wczoraj nie mogli, aby dzić obejrzeli i wysłuchali tą rozmowę o – w sumie mało znanej – formie edukacji:

 

 

Jak tutoring zmienia szkołę  –  TUTAJ

 



19 marca 2023 roku Danuta Sterna zamieściła na swoim blogu tekst, który gdy go przeczytaliśmy uznaliśmy, że powinien zostać upowszechniony wśród czytających OE. Oto ten post – bez skrótów:

 

 

                                                               Zasady, czy granice?

 

Rysunek: Danuta Sterna

 

 

Ustalanie zasad i pilnowanie, aby były przestrzegane często zamienia się w walkę pomiędzy dwoma stronami. W szkole – pomiędzy nauczycielami, a uczniami. W niewytłumaczalny sposób znajdują się po dwóch przeciwnych stronach tego, co powinno być wspólnym wysiłkiem na rzecz sukcesu młodego człowieka. Jednocześnie ta walka przeciwdziała potrzebie autonomii, którą ma każdy uczący się.

 

Wydaje się, że zamiast kreować zasady, lepiej jest ustanawiać granice. Granice, które określają  bezpieczne i pełne szacunku ramy funkcjonowania. Dzięki temu mamy szanse kultywować autonomię, między innymi poprzez pozwolenie uczniom, aby sami określali granice (autonomia), mogli doświadczyć tego, że one działają (kompetencja) i ustanawianie ich wspólnie w klasie (więź).

 

Te trzy potrzeby: autonomii, kompetencji i więzi są według teorii samostanowienia niezbędne dla motywacji człowieka.

 

Każdy, który określał z uczniami zasady zauważył, że nie można objąć nimi każdej sytuacji, zawsze pojawia się coś nieprzewidywalnego. Zaś granice określają sposoby funkcjonowaniu w związku, również takim jaki istnieje w klasie szkolnej. Granice zmieniają się wraz z tym, czego w danym momencie potrzebujemy, dostosowane są do wymagań sytuacji. Na przykład czasami potrzebna jest praca w ciszy, a czasami praca w parach i rozmowy. Jeśli pracujemy w grupach, to granice powinny określać poziom hałasu, który nie będzie przeszkadzał pracy w klasie, ani pracy sąsiedniej klasy.

 

Przy określaniu granic powinniśmy kierować się dwoma wartościami: bezpieczeństwem i efektywnym uczeniem się uczniów. Jeśli uczniowie za blisko zbliżają się do granicy, to można zadać im pytania: „Czy to jest bezpieczne?” lub „Czy to pomaga ci się uczyć?

 

Te pytania są potrzebne, aby poświęcić przyjętym wartościom chwile refleksji. Chwila refleksji często nie wymaga od ucznia głośnej jej wypowiedzi, ważna jest chwila zastanowienia.

 

Można przed podjęciem jakichkolwiek działań przypomnieć, jakie granice będą dziś potrzebne, np.: „Dzisiaj mamy test, wielu z was potrzebuje ciszy, aby się skupić, dlatego przypominam o granicy hałasu”.

 

Granice nauczyciela

 

Przed ustalaniem granic warto pomóc uczniom w określeniu ich własnych granic. W tym celu warto, aby nauczyciel powiedział uczniom o własnych granicach – kiedy czuje się bezpieczny i kiedy może efektywnie pracować. Te granice są przypisane do danego nauczyciela, i nie są granicami innych nauczycieli.

 

Granice ucznia

 

Następnie uczniowie myślą nad swoimi granicami. Mogą one np. dotyczyć tego, z kim lubią siedzieć w ławce, jakich zachowań od partnera oczekują  lub jakimi pomocnymi przyrządami, chętnie się z kimś podziela. Warto, aby uczniowie zapisali kilka swoich granic we własnym zeszycie. Świetnym do tego miejscem jest OK zeszyt.

 

Jeśli uczniowie wykonują jakieś zadanie w parach lub grupach, to mogą podzielić się zapisami swoich granic. Na przykład może to być: „Nie mogę rozmawiać, kiedy czytam książkę lub artykuł”. lub „Lubię rozmawiać o zadaniu, które wykonuję, lubię je robić wspólnie”. Z biegiem czasu, gdy uczniowie się lepiej poznają zaczynają dostosowywać się do granic osób, z którymi pracują.

 

Formułowanie granic nie jest proste. Czasami zdanie zapisane może nie odzwierciedlać znaczenia granicy. Na przykład zdanie: „Nieważne, co mówisz, ważne, jak to mówisz” nie zawsze jest rozumiane tak samo. Trzeba być otwartym na wyjaśnienia.

 

Granice w klasie

 

Warto wyznaczyć ogólne granice obowiązujące w klasie, aby móc się na nie powoływać. Nie powinno być ich dużo, aby pozostawały w pamięci uczniów. Lista powinna pozostać otwarta, gdyż mogą przybywać potrzebne granice w czasie, gdy uczniowie uczą się razem pracować.

 

Reakcja na przekraczanie granic

 

Ważna jest reakcja na przekraczanie granic. Można zdecydowanie powiedzieć: „Zauważyłam, że granica X nie jest przestrzegana”. Istotny w reakcji jest komunikat „ja”, bez wskazywania osoby, która granice przekracza. Nie oskarżamy nikogo, tylko komunikujemy – jak się z czymś czujemy, np.: „Kiedy wzdychasz, gdy mówię, w mojej głowie pojawia się myśl, że ​​nie obchodzi cię, co mówię. Wiem, że prawdopodobnie tak nie jest, więc czy możesz mi powiedzieć, co masz na myśli?” Oprócz komunikatu „ja” ważne jest założenie pozytywnej intencji, jest to kluczowy element relacji i wyznaczania granic.

 

Wyznaczanie wspólnych granic i ich szanowanie leży u podstaw dobrych relacji. Granice pokazują kierunek postępowania w pełnym szacunku i troski środowisku klasowym, zamiast kontrolowania i karania w przypadku niedotrzymania zasad.

 

 

Inspiracja  artykułem  Megan Moore   z 14 marca 2023 r.

 

 

 

Źródło: www.osswiata.ceo.org.pl



Wczoraj po południu (21 marca 2023 r.) na portalu <łódź nasze miasto> zamieszczono bogato ilustrowaną relację z tradycyjnego od lat w Łodzi sposobu spędzania „Dnia Wagarowicza”.Oto ten tekst i jedna fotka:

 

Dzień Wagarowicza w Łodzi. Uczniowie z workami i w rękawicach. Sprzątali i… kręcili filmiki

 

Foto: Grzegorz Gałasiński[www.lodz.naszemiasto.pl]

 

Ponad 5 tysięcy uczniów z 75 szkół podstawowych, średnich i placówek edukacyjnych pracowicie spędziło Dzień Wagarowicza. Uzbrojeni w worki na śmieci i rękawice we wtorek 21 marca sprzątali miasto. W zależności od terenu zebrali od kilku do kilkunastu worków śmieci. […]

 

Można ich było spotkać m.in. w parku Staszica, gdzie porządki robili uczniowie Szkoły Podstawowej nr 70 oraz VIII Liceum Ogólnokształcącego. W parku Poniatowskiego – tam porządki robili uczniowie pobliskiego Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego oraz Szkoły Podstawowej nr 176. Park Na Zdrowiu sprzątali uczniowie XXVI Liceum Ogólnokształcącego, Las Łagiewnicki młodzież Szkoły Podstawowej nr 61, zaś park Boden-Powella – młodzież z Zespołu Szkół Poligraficznych. Uczniów można też było spotkać na ul. Rewolucji 1905 roku, al. Wyszyńskiego, ul. Franciszkańskiej, ul. Kusocińskiego, ul. Wierzbowej i ul. POW.[…]

 

Młodzież sama wybierała i wskazywała teren do sprzątania. W wielu wypadkach był on najbliżej szkoły, ale były też skwery, zieleńce czy po prostu miejsca zabałaganione, które zauważyli w drodze do szkoły – mówi Piotr Bors, dyrektor Departamentu Pracy, Edukacji i Kultury Urzędu Miasta w Łodzi. – Bardzo się cieszę, że tylu młodych ludzi chodzi po mieście i sprząta. Jestem przekonany, że nawyki te zaprocentują w przyszłości. Nie tylko sami nie będą śmiecić, choćby przez nieuwagę, ale zaczną zwracać innym uwagę.

 

Każda ze szkół, która wzięła udział w akcji, nie tylko pracowała, ale też świetnie się bawiła robiąc zdjęcia i kręcąc filmiki. Najciekawsze z nich zostaną nagrodzone.

 

 

 

Źródło:  www.lodz.naszemiasto.pl

 



Dzisiejsza lektura pochodzi z bloga „Co z tą edukacją”, prowadzonego przez Jarosława Blocha. Tekst ten został zamieszczony 11 marca 2023 roku, ale dopiero wczoraj wieczorem zajrzeliśmy pod ten adres. Przyznajemy się – dawno nie sprawdzaliśmy czy  jest tam coś nowego, bo do niedawna najnowszym był post z 30 grudnia 2022 roku, zatytułowany „Jedni na emeryturę, drudzy do zwolnienia”.

 

Oto ten tekst – bez skrótów – udostępniony przez nas z powodu tematu, który podjął w nim jego Autor:

 

 

 

                                                                  Dudki, dudku über alles *

 

Pojawił się pomysł aby wakacje, podobnie jak ferie, nie były w jednym terminie dla wszystkich. Rozumiem argumenty branży turystycznej, jednak pomysł uważam za niezbyt przemyślany. Koniec roku szkolnego to skomplikowany czas, gdzie kończy się nie tylko rok szkolny, ale trwają także egzaminy i toczy się proces rekrutacji. Każdy ma swoje argumenty. W mediach słychać głownie głosy przedsiębiorców związanych z turystyką. Ja wymienię kontrargumenty uczniów i nauczycieli.

 

Ferie mogą być rotacyjne. Ferie nic nie kończą, są w środku roku szkolnego. Czasem są początkiem lub końcem semestru, ale semestr to w szkołach coś czysto umownego, wirtualnego. Nie ma tam żadnych wiążących decyzji, ani konieczności przygotowania istotnych urzędowych dokumentów. Podsumowanie semestralne wypada gdzieś w połowie stycznia lub na początku lutego, niezależnie od ferii (bo województwa, które mają ferie w drugiej połowie lutego, są już w trakcie drugiego semestru.

 

Tak naprawdę koniec roku rozpoczyna się już w ostatni piątek kwietnia, gdy pracę kończą maturzyści. Potem są matury, a po nich rozpoczyna się wielka operacja logistyczna związana z ich sprawdzeniem. To w liceach. W technikach i szkołach branżowych oprócz matur przeprowadzane są egzaminy zawodowe, teoretyczne i praktyczne. Te też trzeba sprawdzić. Większość egzaminatorów to nauczyciele, którzy znajdują czas na sprawdzanie arkuszy, pomimo nawału pracy związanej z podsumowaniem roku. Są jeszcze egzaminy klasyfikacyjne. Czas egzaminów zazębia się z początkiem rekrutacji do szkół. Ta trwa do końca lipca, a gdy się skończy zaczyna się rekrutacja uzupełniająca i egzaminy poprawkowe, szkolne i maturalne. Wszystko po to by we wrześniu mieć jasność kto może przystąpić do nowego roku szkolnego. Branża turystyczna nawet nie zdaje sobie sprawy jak olbrzymi „mechanizm” chce zaburzyć. Bo przecież od lat wszystko jest ustalone pod wakacje w lipcu i sierpniu.

 

Czy nauczyciele mogliby się cieszyć z wakacji rotacyjnych? Wątpię. Bo jeśli ktoś myśli, że wyjadą na późniejsze wrześniowe, tańsze wakacje, to jest w błędzie. Dwa ostatnie tygodnie wakacji przeważnie zajmuje im szkoła, dyrektorzy wyznaczają terminy poprawek, proszą o dyspozycyjność w ostatnim tygodniu, bo przecież rok szkolny trzeba przygotować, pracuje nad tym wiele osób w każdej szkole. Niewielu udałoby się wyjechać taniej. Ci zaś, którzy musieliby pracować do połowy lipca pewnie też nie byliby zadowoleni. Bo jak tu mobilizować ucznia gdy za oknem lato w pełni? W połowie lipca trzeba by zacząć rekrutację, która trwa w lato cały miesiąc, więc część na urlop zostałaby wypuszczona… 15 sierpnia… A traf w tym wszystkim w pogodę, która jest coraz bardziej zmienna. A nawet ci, którym udał by się urlop i pogoda w pierwszej połowie września, nie mieliby taniej. Tak naprawdę tanio wyjeżdża się w maju, jeszcze do połowy czerwca, a potem od połowy września…

 

Młodzież jest sceptyczna. Chcą jej zabrać coś co od zawsze było nienaruszalne. Podkreślają, że w naszych realiach pogodowych grupa, która trafi na wakacje wrześniowe może być po prostu poszkodowana. Wrzesień to pogodowa ruletka, a do tego dzień jest już wyraźnie krótszy. Starsza młodzież zwraca uwagę na to, że w innych województwach mają znajomych, a rotacyjne wakacje skomplikowały by im wspólne wyjazdy się z rówieśnikami. Sami też zauważają, że koniec czerwca i początek lipca to nie są dobre miesiące dla nauki…

 

Jest jeszcze przygotowanie do egzaminów. Uczeń zaczynający klasę maturalną w połowie września, miałby mniej czasu na przygotowanie. Jak to się ma do rekrutacji na topowe kierunki studiów, gdzie o przyjęciu decydują niuanse, to każdy może sobie dopowiedzieć. Rok szkolny w klasie maturalnej byłby dla niektórych krótszy. Byłoby więcej pretensji, może nawet przypadków odwołania od wyniku. No chyba, że maturę także zrobimy rotacyjną… Nabór na studia także jest prowadzony w oparciu o roczny kalendarz szkół średnich, a przecież trzeba by go robić taki sam dla wszystkich, by maturzyści z każdej części Polski mieli szansę dostać się na wymarzone studia…

 

A może rozwiązanie mniej drastyczne? Nauczyciel ma dziś urlop narzucony, przeważnie w najdroższej części roku. Dajmy nauczycielowi wybrać te dwa tygodnie (10 dni roboczych) w innym terminie niż lipiec i sierpień… Świat się nie zawali, w końcu już teraz nauczyciele nie raz są na L4 po 2-3 tygodnie i szkoły funkcjonują. W zamian niech taki nauczyciel popracuje w lato przy rekrutacji lub przy innych zadaniach, których w szkole nie brakuje. Pozwólmy też młodzieży jechać z rodzicami poza czasem wakacji, to w końcu ich sprawa i ich zaległości. Komu będzie bardzo zależało to i wypocznie, i potem nadrobi. Trochę elastyczności i ludzkiego podejścia pozwoli jednym wypocząć poza sezonem, a drugim zarobić, nie zmieniając kalendarza końca roku szkolnego. Potrzeba tylko dobrej woli.

 

 

 

Źródło: www.jaroslawbloch.ovh

 

 

 

*Słowo „dutki” Autor użył  tu w znaczeniu „pieniądze”. Młodzi, nieznający języka niemieckiego, mogą nie rozumieć  drugiej części tytułu, który na język polski tłumaczy się „ponad wszystko”.

 

 

 



Foto: Vera Livchak/Getty Images[www.dziendobry.tvn.pl]

 

Nauczycielka (także nauczyciel) będzie mogła poprosić o zmniejszenie wymiaru czasu pracy ze względu na dzieci.

 

 

„Portal Samorządowy” zamieścił wczoraj (20nmarca 2023 r.) obszerny tekst, informujący o uchwalonej przez Sejm 9 marca br. Ustawie o zmianie ustawy – Kodeks pracy oraz niektórych innych ustaw i wynikających z niej zmian uprawnień nauczycieli, zapisanych w Karcie Nauczyciela. Oto obszerne fragmenty tego materiału i link do jego pełnej wersji:

 

 

Będą zmiany w Karcie nauczyciela. To już przesądzone

 

Do prezydenta Andrzeja Dudy trafiła ustawa nowelizująca Kodeks pracy, która wprowadza do polskiego porządku prawnego przepisy zapewniające równowagę między życiem zawodowym a służbowym. Te zmiany dotyczą również nauczycieli. […]

 

Zatem, gdy tylko ustawa zostanie opublikowana, jej przepisy po 21 dniach wejdą w życie. Tym samym pracownicy wszystkich branż będą mogli korzystać z nowych przywilejów, również nauczyciele placówek publicznych. Nowelizacja Kodeksu pracy zmienia bowiem przepisy Karty nauczyciela. Co konkretnie? [….]

 

Na podstawie dodanego art. 67g ust. 1 KN nauczyciel nieposiadający prawa do urlopu wychowawczego, opiekujący się dzieckiem, do ukończenia przez nie 8. roku życia może złożyć wniosek w postaci papierowej lub elektronicznej o obniżenie wymiaru czasu pracy oraz odpowiednio obniżenie wymiaru zatrudnienia do wymiaru nie niższego niż połowa pełnego wymiaru zatrudnienia.

 

Nauczyciel, który będzie chciał skorzystać z tej możliwości, musi złożyć wniosek do dyrektora na co najmniej 21 dni przed terminem rozpoczęcia wykonywania pracy w obniżonym wymiarze zatrudnienia. We wniosku zaś, obok imienia i nazwiska oraz daty urodzenia dziecka, musi wskazać przyczynę konieczności skorzystania z obniżonego wymiaru zatrudnienia oraz termin rozpoczęcia i zakończenia pracy na takich warunkach.

 

Złożenie takiego wniosku przez nauczyciela nie jest dla dyrektora placówki obligatoryjne – dyrektor może się na to zgodzić lub nie, lub też zaproponować nauczycielowi zastosowanie obniżonego wymiaru zatrudnienia w innym terminie niż wskazany.

O podjętej decyzji dyrektor szkoły informuje nauczyciela na piśmie w postaci papierowej lub elektronicznej w terminie 7 dni od dnia otrzymania wniosku.

 

Nowe przepisy wyraźnie wskazują, że skorzystanie z powyższego uprawnienia nie powoduje zmiany podstawy nawiązania stosunku pracy z nauczycielem. Ponadto, nauczyciel korzystający z obniżonego wymiaru czasu pracy i wymiaru zatrudnienia na podstawie art. 67g ust. 7 może w każdym czasie złożyć wniosek w postaci papierowej lub elektronicznej o powrót do poprzedniej organizacji pracy, gdy uzasadnia to zmiana okoliczności będąca podstawą do korzystania przez nauczyciela z tego obniżenia.

 

W takiej sytuacji dyrektor szkoły, po rozpatrzeniu wniosku, informuje nauczyciela w postaci papierowej lub elektronicznej o uwzględnieniu albo przyczynie odmowy uwzględnienia wniosku, albo o możliwym terminie powrotu do pracy, w terminie 7 dni od dnia otrzymania wniosku.

 

Siła wyższa – 2 dni w roku z zachowaniem prawa do połowy wynagrodzenia

 

Czytaj dalej »



Oto zamieszczony wczoraj (20 marca 2023 r.) post na fb profilu de Marzeny Żylińskiej:

 

 

Jaki procent prawa oświatowego powinien znać nauczyciel, aby móc pracować w szkole?

 

Proszę, nie gniewajcie się! To pytanie czemuś służy. Już wyjaśniam. Pod postem Marcina Stiburskiego  rozgorzała dyskusja (? – WK) na temat oceniania i procentów, które można przyporządkować poszczególnym ocenom. Ktoś napisał, że na dopuszczający, to chyba wystarczy … 1%. To oczywiście ironiczna wypowiedź. Jej autorka chce pokazać, że najlepiej od dzieci niczego nie oczekiwać i dawać im za nic piątki i szóstki, ale mnie zabolała. Bo ja z tą pogardliwą ironią NIEKTÓRYCH nauczycieli już sobie nie radzę. Nie radzę sobie z tym, że wymagania wobec dzieci są ogromne, CZASAMI kompletnie brakuje zrozumienia dla ich trudności czy ograniczeń, ale jeśli chodzi o wymagania wobec siebie, weźmy jako przykład znajomość prawa oświatowego i zawartych tam zasad oceniania, czy znajomość podstaw programowych, to … sprawa wygląda zupełnie inaczej.

 

Dlaczego NIEKTÓRZY nauczyciele tak wiele wymagają od dzieci, a z tak wielką pobłażliwością chcą być traktowani przez innych? Zauważyłam nawet pewną prawidłowość. Im lepsza znajomość prawa oświatowego, podstaw programowych (szczególnie pierwszej części dotyczącej kompetencji), im większa wiedza metodyczna i o rozwoju człowieka, tym więcej zrozumienia dla trudności dzieci / uczniów i więcej wsparcia.

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/marzena.zylinska

 



 Źródło: www.money.pl

 

 

 

Oto fragmenty tekstu zamieszczonego w miniony piątek (17 marca 2023 r.) na portalu  Prawo.pl:

 

 

Nauczyciel z niższą pensją, niż salowa, czyli budżetowe paradoksy

 

[…]

 

Źródłem płacowych paradoksów jest chaotyczna legislacja, mająca więcej wspólnego z gaszeniem pożarów, niż holistycznym spojrzeniem na system wynagrodzeń pracowników zatrudnionych w sferze budżetowej. W dodatku dysproporcje będą w najbliższych miesiącach rosnąć.
Paradoksy wynagrodzeń w budżetówce.

 

Salowa lub noszowy, czyli pracownik działalności podstawowej (wykonujący zawód medyczny z wymaganym wykształceniem poniżej średniego), od lipca ubiegłego roku powinien – zgodnie z ustawą o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego niektórych pracowników podmiotów leczniczych – zarabiać minimum 3680,64 zł brutto (w lipcu 2023 r. jego pensja minimalna wyniesie 4125 zł brutto). […]

 

Praca salowej jest pracą fizyczną, to praca w nocy, w święta. Ciężko ocenić, jakiej wysokości pensje minimalne byłyby sprawiedliwe. Obie te grupy zawodowe powinny być docenionemówi Krystian Krasowski, prezes Ogólnopolskiego Międzyzakładowego Związku Zawodowego Personelu Pomocniczego w Ochronie Zdrowia. – Pensja minimalna salowej co prawda wzrosła, ale salową można łatwo zdegradować do sprzątaczki i nie dać jej podwyżki. To problem, z którym się borykamy w podmiotach leczniczych, które szukają oszczędności. Nauczyciele mają Kartę Nauczyciela, czyli systemowe rozwiązania, które ich chronią. Nauczyciel, który podwyższa swój stopień, otrzyma wyższą pensję – dodaje.

 

Krzysztof Baszczyński, wiceprezes Związku Nauczycielstwa Polskiego zaznacza, że jest daleki od konfrontowania poszczególnych grup zawodowych. – Wśród nauczycieli dominuje po prostu rozczarowanie faktem, że są tak traktowani. Nie trzeba sięgać po porównania do służby zdrowia, zarobki nauczycieli niespecjalnie odbiegają od zarobków obsługi w oświacie, z każdym rokiem te różnice się zacierają – podkreśla. […]

 

Krzysztof Baszczyński zaznacza, że jedną z największych bolączek systemu wynagrodzeń w oświacie jest uzależnienie go od decyzji politycznych. – To nie politycy powinni określać kwotę bazową, od której zależy wynagrodzenie nauczycieli, najbardziej obiektywną daną jest wzrost wynagrodzeń w gospodarce i to z nim skorelowana powinna zostać waloryzacja wynagrodzeń. Nie chcemy być zakładnikami kolejnych władz – wskazuje. A te kreatywnie podchodzą nawet do teoretycznie obiektywnych mechanizmów waloryzacji poszczególnych stawek – przekonać się można o tym czytając kolejne „ustawy okołobudżetowe”. Część stawek – w odniesieniu do nauczycieli odpis na zakładowy fundusz świadczeń socjalnych, fundusze na nagrody i doskonalenie zawodowe – jest co roku zamrażanych, choć z założenia miały rosnąć wraz z wynagrodzeniami.[…]

 

 

Cały tekst „Nauczyciel z niższą pensją, niż salowa, czyli budżetowe paradoksy” – TUTAJ

 

 

 

Źródło:  www.prawo.pl/oswiata/

 



Foto: Adam Stępień/Agencja Wyborcza.pl[www.warszawa.wyborcza.pl]

 

Jarosław Pytlak – dyrektor  Zespołu Szkół STO na Bemowie

 

 

Nowy tydzień zaczynamy od najnowszego posta z bloga Jarosława Pytlaka, zamieszczonego w minioną sobotę           – 18 marca 2023 roku. Tym razem nasz „stary” znajomy dyrektor i bloger podjął problem agresji rówieśniczej i przyczyn obaw dorosłych przed właściwym zareagowaniem wobec nagannych/przestępczych zachowań obcych małolatów.

 

Poniżej zamieszczamy fragmenty tego tekstu i link do pełnej jego wersji. Wyróżnienia fragmentów tekstu pogrubioną czcionką – redakcja OE::

 

 

Nie ma przyzwolenia na brak przyzwolenia

 

W ostatnim czasie w naszym kraju kilkakrotnie doszło do ciężkiego pobicia nastolatka przez jego rówieśników. Raz nawet ze skutkiem śmiertelnym. Choć są to tylko krople w morzu raportowanych dzisiaj przez media dramatów, trudno przejść do porządku dziennego nad tymi wydarzeniami. Tym bardziej, jeśli ktoś jest nauczycielem. Odnotowuje je więc na fejsbuku niestrudzony kronikarz naszych czasów, polonista z Sopotu, Paweł Lęcki. Za każdym razem ponawia dramatyczne pytanie, jak długo jeszcze będziemy godzić się na to, co jest spektakularnym świadectwem porażki, jaką ponosimy – my, dorośli – w dziedzinie wychowania, w rodzinach i w szkołach.

Odpowiem w tym miejscu: jeszcze bardzo, bardzo długo. To tylko wierzchołek olbrzymiej góry lodowej problemów współczesnego społeczeństwa z młodym pokoleniem.

 

Głębsza analiza przyczyn takiego stanu rzeczy przekracza moje możliwości, mimo doświadczenia w pracy pedagogicznej. Pokuszę się jednak o wskazanie jednej, doskonale widocznej w codziennym życiu. W tym celu przywołam tutaj treść posta, który znalazłem na profilu fejsbukowym grupy  Ja, Nauczyciel. Jego autor postawił taki oto problem:

 

Idąc ze szkoły, poza jej terenem, spotkałem ucznia ze szkoły podstawowej, jak pali papierosa. Czy mogę wpisać mu uwagę i jakie mam podstawy prawne, by mnie kochani przyjaciele z kuratorium nie ścigali i nie kamienowali?

 

Pod spodem pojawiło się blisko 200 komentarzy, a w nich cała paleta porad. Wiele sugerowało „wzięcie na luz”, bo to przecież problem rodziców, albo banalne zdarzenie, niewarte czynienia z niego afery. Sporo było sugestii, by postąpić pedagogicznie i posłużyć się perswazją, po przyjacielsku. Propozycje, aby nadać sprawie bieg formalny, choćby zawiadomić rodziców albo zastosować jakąś karę przewidzianą w szkole, stanowiły margines.

 

Moją uwagę w poście przykuło przede wszystkim pytanie o podstawę prawną wpisania uwagi. Doszliśmy w szkołach do takiego poziomu formalizmu, że coś, co wydawałoby się naturalne w procesie wychowania, że dorosły karci młodego człowieka za wykroczenie, stało się przedmiotem administracyjnej procedury. Ba, nauczyciel najwyraźniej boi się następstw takiej interwencji, mając świadomość, że w przypadku skargi rodziców do kuratorium mogą go spotkać niemiłe konsekwencje. To odbicie powszechnej dzisiaj opinii, że nadzór pedagogiczny częściej bierze stronę rodziców. Aż się prosi w tej sytuacji, by odwrócić wzrok i udawać, że się nic nie widzi. W świetle tego rzeczony post wydaje mi się jakimś chwalebnym odbiciem resztek poczucia misji wychowawczej u jego autora. Daleko łatwiej dzisiaj o wznoszenie hasła: „Nie bądź obojętny!”, niż taką postawę w praktyce. […]

 

Paweł Lęcki pyta, jak długo będziemy się godzić na przemoc wśród młodych? Długo, bo się boimy i bać się będziemy. Nie tylko tego, że interwencja w bójce młodocianych bandytów może się dla nas skończyć nożem w żebrach. Nikt do takich działań nawet nie namawia; przejawem braku obojętności ma być po prostu wezwanie policji. Ale od najbanalniejszej nawet interwencji najskuteczniej odstręcza obawa przed oskarżeniem o… agresję.

 

Moje własne doświadczenie z warszawskiego metra: tłok niezbyt wielki, ale miejsca siedzące zajęte. Na jednym z nich, pod infografiką czerwonego krzyża zresztą, siedzi na oko dwunastoletnia dziewczynka, zapatrzona w swój smartfon. Do wagonu wchodzi mężczyzna z nogą w gipsie i staje obok niej. Młoda dama nie reaguje. Nikt ze znajdujących się obok nie zwraca jej uwagi. Sam, w pierwszej chwili, mam odruch, by poprosić ją o zwolnienie tego miejsca, ale potem przychodzi refleksja. No tak, wyjdzie, że stary dziad zaczepia nastolatkę. Jeszcze okaże się, że jestem agresorem, którego oskarży o to jakaś wzmożona moralnie osoba z otoczenia. Wiem, że to absurd, ale tak właśnie sobie pomyślałem i zanim zdążyłem wymyśleć coś innego, miejsca panu w gipsie ustąpiła… starsza pani z siedzenia naprzeciwko.

   

Nie czujemy się dzisiaj w prawie zwracać uwagę obcym dzieciom. Ba, jako dyrektor szkoły sam, wraz z nauczycielami, muszę wręcz stać na straży tej obojętności, bo wiem jak niewiele potrzeba, by interwencja któregoś z rodziców wobec nieswojego dziecka skończyła się awanturą z jego rodzicami. Znam z opowiadań przypadki, kiedy takie zdarzenia kończyły się w sądzie. Po cienkim lodzie stąpają też nauczyciele. Nie raz, nie dwa musiałem wyjaśniać sytuację, w której nauczyciel użył, zdaniem rodziców, zbyt ostrego tonu lub niewłaściwych słów. Albo „nie miał racji, panie dyrektorze!”, co jest już w ogóle nowym standardem w sytuacjach szkolnych.

 

Jedną z przyczyn problemów, jakie mamy z młodym pokoleniem jest atomizacja społeczeństwa. Ochronę dziecka podnieśliśmy do takiego poziomu, że nawet jego nauczyciele boją się podjąć interwencję. A niestety, nie każdą sprawę wychowawczą da się załatwić metodą łagodnej perswazji. W sytuacjach trudnych można oczywiście zwrócić się do rodziców. Z różnym skutkiem. Pozostaje jeszcze, ewentualnie, wezwanie policji, albo… odwrócenie wzroku. Hasło „wszystkie dzieci są nasze” przeszło już do historii. 

 

Akurat w tych dniach minister Czarnek objeżdża Polskę głosząc plan przywrócenia autorytetu nauczyciela. Jest za to słusznie krytykowany, ponieważ nikt nie zrobił tyle, co jego ugrupowanie polityczne, by ten autorytet zniszczyć. Proponuję jednak zastanowić się, czy nawet dziesięciokrotne podniesienie wynagrodzeń dałoby nauczycielom szansę skuteczniejszego wpływania na postawy wychowanków. Nie sądzę.

 

Jest ogromna potrzeba, aby nie było przyzwolenia na występki młodych ludzi. Niestety, nie ma społecznego przyzwolenia dla tego braku przyzwolenia.

 

 

 

 

Cały tekst „Nie ma przyzwolenia na brak przyzwolenia”  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/

 

 

 



 

Z tematów minionego tygodnia najdłużej trwające moje refleksje wzbudziła informacja, którą zamieściłem w wtorek  14 marca: 21 marca 2023 roku w Polsce rozpocznie się strajk uczniowski? Co Wy na to?”. Jak może pamiętacie – rzecz dotyczyła inicjatywy poparcia projektu ustawy oświatowej, nazwanej „Lex Wolność”  – w formie uczniowskiego strajku, który ma się zacząć 21 marca. Już tam napisałem, że ów dzień początku protestu to data  tradycyjnego „Dnia Wagarowicza”.

 

Ja nie mam wątpliwości, że to nie przypadek. Gdybym to ja był uczniem i dowiedział się o tym projekcie – miałbym „radochę”. Nie dość, że nie będę „w budzie”, że „kosa z matmy” nie postawi mi „bomby””, to jeszcze mogę robić za „bojownika w słusznej sprawie”!

 

Więcej o planie działania  –  TUTAJ

 

Ciekawe, jak ta strategia pomysłodawców owej formy „nacisku” sprawdzi się w praktyce …

 

A przy okazji zapoznałem się z owym projektem „Lex Wolność”. Oto wizja jego projektodawców, co dzięki uchwalonemu prawu mają z niego mieć główni „kontrahenci” systemu szkolnego:

 

 

Jeśli zostanie uchwalona prosta ustawa oświatowa  „LexWolność”. świat będzie piękny dla wszystkich.

 

Uczniowie

 

Nigdy więcej przymusu. Cała nauka napędzana pasjami. Dodatkowa kasa na naukę co miesiąc. Koniec z niemiłymi nauczycielami, nudnymi lekcjami, niechcianymi przedmiotami czy chodzeniem do szkoły niewyspanym. Koniec niewolnictwa!

 

Nauczyciele

 

Swoboda stosowania najlepszych metod pedagogicznych, własnej innowacyjności. Wolność od ucznia, który nie chce się uczyć. Potencjalna wolność od dokuczliwych rodziców (jeśli szkoła przyjmie odpowiedni statut). Potencjalnie lepsza płaca ze względu na zwiększone zapotrzebowanie na kontakty indywidualne. Efekt ten może słabnąć z czasem, jeśli prognozowane zapotrzebowanie na nauczycieli spadnie. Niekompetentni nauczyciele stracą pracę. Większy tort dla reszty. […]

 

 

Nie będę udawał i stroił się w piórka oświatowego rewolucjonisty. Jak wiecie – od powstania OE jestem propagatorem rozmontowania elementów systemu „szkoły pruskiej”, ale nie wierzę w cuda! A już w ogóle za abstrakcyjne uważam rozwiązanie zniesienia obowiązku szkolnego. Pominę tu szczegółową analizę ewentualnego okresu przejściowego, to znaczy jaki byłby status uczniów kolejnych klas na wszystkich poziomach edukacji w dniu wejścia w życie tego prawa. Zakładając, że byłby to dzień 1 września roku nn, to czy od tego dnia  wszyscy uczniowie nie będą już musieli chodzić do szkoły? A może ta zasada dobrowolności będzie obowiązywała tylko siedmiolatków, którzy ewentualnie, gdyby chcieli, nie musieliby zostać uczniami pierwszej klasy? A wszyscy pozostali na dotychczasowych zasadach realizowaliby ów obowiązek aż do ukończenia 18-u lat? A może dobrowolność kontynuowania nauki byłaby także uprawnieniem absolwentów szkoły podstawowej?

 

Już widzę oczyma wyobraźni dziewczęta i chłopców – siedmiolatków, którzy „świadomie”, z poczuciem odpowiedzialności za swą „podmiotową” decyzję, oświadczają rodzicom, że nie będą chodzić do szkoły. I czy wtedy będzie dopuszczalne użycie „władzy rodzicielskiej”, która w ostatecznym rozrachunku zadecyduje? Nawet gdy będzie odmienna od woli owej/owego siedmiolatki/ka?

 

A jak to będzie po kilku latach obowiązywania tego prawa? Jeśli komuś znudzi się chodzenie do szkoły w V klasie? A co z ewentualnymi absolwentami podstawówki, których rodzice widzieli już na uniwersytecie, którzy w wieku 15-u lat oświadczą, że mają inną wizję i inne zainteresowania niż nauka?

 

Jak bardzo „odlecieli” pomysłodawcy zarysu tego projektu, pisząc: „Cała nauka napędzana pasjami.” Nie wiem, czy były kiedykolwiek prowadzone  badania, których przedmiotem było ustalenie jaki procent populacji każdego rocznika dzieci i młodzieży ma jakąkolwiek (prospołeczną) pasję. Bo  skoro definicja tego pojęcia mówi, że pasja to wielkie zamiłowanie do czegoś, to wszak mogą być także pasje niekoniecznie pożyteczne i godne ich rozwijania. Wszak nastolatek może być „kibolem” z pasją do „ustawek”, albo pasjonatem malowania wulgarnych haseł na murach domów. Z mojego wieloletniego doświadczenia pracy z młodzieżą wiem, że pasjonatów jest w każdym roczniku jednocyfrowy procent. Znakomita większość sama nie wie co ich interesuje tak na dłużej, a co dopiero aby byli pasjonatami.

 

To jak w praktyce nauka szkolna miałaby być napędzana pasjami?

 

Na zakończenie dodam jeszcze, że generalnie taki system edukacji w stylu owsiakowego „róbta co chceta” widzę jako cofnie się do XIX wieku, kiedy to status materialny i kulturowy rodziców zapewniał ich dzieciom lepszą i realizowaną na wyższych szczeblach edukację.  Pozostali kończyliby edukację na początkowych klasach szkoły podstawowej, tak jak było to jeszcze w czasach, kiedy na początku XX wieku dziećmi byli moi rodzice. (roczniki 1906 i 1909), którzy „zaliczyli” jedynie poziom IV klasy.

 

Na tym zakończę dzielenie się  Wami moimi na ten temat refleksjami, choć mógłbym jeszcze wymienić kilka innych wątpliwości. Jednak nie będę Was zanudzał/denerwował przemyśleniami „starego praktyka”. Może to tylko takie zrzędzenie emeryta…

 

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



Na dzisiejszą sobotę (18 marca 2023 r.) proponujemy lekturę tekstu, który opublikowany został przed dwoma laty (22 marca 2021r.) na portalu <WESZLO JUNIOR> , który jest portalem adresowanym do osób zainteresowanych piłką nożną – zwłaszcza młodzieżową. Autorem tego opracowania jest  redaktor tego portalu –  Arek Dobruchowski – entuzjasta młodzieżowego futbolu.

 

Poniżej zamieszczamy jedynie pierwszą część tekstu, oraz śródtytuły, których rozwinięcie treści przeczytacie w jego pełnej wersji – link na końcu naszego materiału:

 

 

Szkoły bez ocen? Dlaczego mają więcej sensu, niż się z pozoru wydaje?

 

Rysunek: www.junior.weszlo.com

 

„Oceny zabijają radość z nauki, działania, uczą porównywania do innych, dołują, niszczą motywację społeczną, uczą cwaniactwa i kombinowania” – uważa jeden z pedagogów. Drugi dodaje: „Ocena jest do tego, żeby zaspokoić ego nauczyciela. System oceniania ułatwia im pracę. Dlaczego nauczycielom zależy na ocenach? Bo mają lekko. Gdyby nie było ocen, musieliby się strasznie napracować„. Czy dzieci w szkołach w ogóle potrzebują ocen? Czym można je zastąpić? W jaki sposób powinno się edukować i wychowywać ucznia poprzez naukę?

 

Inspiracja do napisania poniższego tekstu przyszła ze strony „Łączy nas trening”, miejsca w głównej mierze przeznaczonego dla trenerów piłki nożnej, którzy chcą rozwijać się i zgłębiać swoją wiedzę. To tam przeczytaliśmy tekst pt. „czy dzieci potrzebują ocen?”, który wywołał sporą dyskusję w komentarzach.

 

Argumenty, które padały pod tym wpisem, skonfrontowałem podczas rozmów z pedagogami. Jednym z nich jest sam autor powyższego tekstu, czyli Artur Hibner. Drugi to wychowanek prof. Tadeusza Hucińskiego, współautor książki “Współczesna pedagogika rodziców i nauczycieli w aktywności psychologicznej dziecka”, Tomasz Wilczewski. Najważniejszą rzeczą nie jest sam pojedynek na argumenty, ale spojrzenie na temat edukacji, szkoły i jej roli, w szerszej perspektywie.

 

– Moim zdaniem ocen w szkole w ogóle nie powinno być przez cały system edukacji. Tylko opisy obserwacji ucznia. Oceny zabijają radość z nauki, działania, uczą porównywania do innych, dołują, niszczą motywację wewnętrzną, uczą cwaniactwa i kombinowania, także wśród rodziców, co widać to wyraźnie podczas zajęć zdalnych, gdzie opiekunowie robią zadania za uczniów i uczą się za nich. Komu ta ocena służy? Oczywiście dziecko ma wysoką średnią, ale co z tego? Oceny z zasady są nieobiektywne i w ramach zdalnej nauki, jak i tradycyjnej, gdzie rodzice uczą się z dziećmi, czasem wręcz zmuszają do nauki. Dziecko powinno się nauczyć, że jak czegoś nie zrobi, to ono ponosi za to konsekwencje. Dziecko nie może przenosić odpowiedzialności za swoje obowiązki na rodzica. Tu nie tylko chodzi o ocenianie, ale o kształtowanie dziecka. Jeśli ono będzie miało świadomość, że ktoś za niego coś zrobi, będzie wtedy zewnątrzsterowne. My chcemy mieć w piłce nożnej, jak i w życiu, dzieci wewnątrzsterowne, które mają wewnętrzną motywację. Nie chcemy dzieci-robotów, tylko takie, które rozumieją grę i wiedzą, że coś od nich zależy – podkreśla Artur Hibner, socjolog, trener specjalizujący się w pedagogice przedszkolnej i wczesnoszkolnej.

 

Każda ocena to układ zewnętrznej motywacji. Wiele badań wskazuje na to, że ludzie oceniani przez innych, wolą pozostać w iluzji tej oceny, aniżeli podjąć kolejne własne działanie. Przytoczę jedno z badań: dwieście dzieci zostało mocno pochwalonych za rozwiązanie testów z matematyki. I druga grupa dwustu dzieci pozostała bez żadnej pochwały. Pierwsza grupa nie podjęła dalszej pracy ze względu na chęć utrzymania iluzorycznej wartości, oceny i pozytywnej emocji. Druga grupa poczuła się sama ze sobą pozytywnie i 98% z nich podjęło dalsze działania i w kolejnych testach. Ocena każdorazowo jest jakimś rozliczeniem spraw, to zamknięcie procesu odczuć, pewnego etapu, który mógłby trwać dalej w myśleniu i działaniu dziecka zaznacza Wilczewski.

 

Ocena jest do tego, żeby zaspokoić ego nauczyciela. Ona daje nauczycielowi instrument kary lub nagrody, który słabnie każdorazowo, kiedy jest przeciągnięty w jedną albo drugą stronę, bo siódma jedynka z rzędu nic nie daje i siódma piątka z rzędu też nie spełnia swojego zadania. To jest układ, w którym młody człowiek, który powinien być podmiotem szkoły, staje się jej przedmiotem. Jest poddany cudzemu programowi i cudzej opinii. Czy ocena powinna funkcjonować w szkole? Jak najbardziej, ale w kontekście samooceny ucznia dla zrozumienia siebie, swoich blasków i spraw, nad którymi należy pracować. Nie ma w procesie szkolenia postępu bez tego, że najpierw uczeń otrzymuje wiedzę, potem ocenia siebie, a w kolejnym kroku ocenia innych. Bez tego procesu, tak naprawdę, nie uczymy. Wszystko inne jest spełnianiem oczekiwań innych – dodaje pracownik Akademii Stali Rzeszów.

 

 

W dalszej części można przeczytać rozwinięcie takich tematów:

 

 

Ocena jest wywieraniem wpływu […]

 

Brak ocen a bezstresowe wychowanie   […]

 

Ludzie nie są stworzeni do uczenia się przez siedzenie i słuchanie   […]

 

Czy karty ocen po… treningu to dobry pomysł?  […]

 

Czy dzieci w szkołach w ogóle potrzebują ocen?   […]

 

 

 

Cały tekst „Szkoły bez ocen? Dlaczego mają więcej sensu, niż się z pozoru wydaje?” – TUTAJ

 

 

 

Źródło: www.junior.weszlo.com