
Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'
Oktawia Gorzeńska* – ekspertka ds. innowacji i zmiany w szkołach, była dyrektorka gdyńskich gimnazjum i liceum, współinicjatorka ogólnopolskiego ruchu „Wiosna Edukacji”, należącej do społeczności Microsoft Innovative Educator Expert (MIEE) – podczas wystąpienia na konferencji INSPIR@CJE 2020
Wczoraj Oktawia Gorzeńska zamieściła na portalu EDUNEWS.PL materiał, w którym zachęca czytelników do obejrzenia filmowej relacji z jej wystąpienia podczas konferencji INSPIR@CJE 2020. Odbyła się ona – w formule hybrydowej – w dniach 26-27 wrześniu w biurowcu INTRACO II w Warszawie oraz – online – w Internecie. Oto wybrane fragmenty tego tekstu i link do filmowej relacji na Yoy Tube:
W pracy z nauczycielami i dyrektorami często słyszę: „Czy może Pani przyjechać i pomóc nam zlikwidować dzwonek w szkole?” „Powinniśmy w tym roku zrezygnować z ocen, jak to zrobić?” „Wprowadziłam przerwę pod chmurką i nauczyciele nie chcą dyżurować na dworze. Co robić?” Jak Polska długa i szeroka, w wielu szkołach kadra dyrektorska, z reguły z dyrektorem na czele, chce wprowadzać innowacje. Niestety, często ta zmiana jest sama w sobie mało nowatorska, co więcej – często kończy się porażką. Powstają tony dokumentów, frustracja wszystkich rośnie, a „nowe” rozwiązanie nie sprawdza się lub zostaje wstrzymane.
Po co chcecie zmieniać? W czym ma to pomóc?
Foto: www.innowacyjnaedukacjablog.files.wordpress.com
Tomasz Tokarz – nauczyciel, mediator, trener kompetencji społecznych, kompetencji cyfrowych, coach, wykładowca akademicki. Powadzi blog „Innowacyjna Edukacja”.
Dawno nie zamieszczaliśmy „wypisów z fejsa Tomasza Tokarza”. I dziś jest ten czas – oto (nasz, subiektywny) wybór Jego wpisów z ostatnich dni:
5 października, godz. 10:14
Czasem mam wrażenie, że uczymy uczniów w taki sposób, jakby każdy z nich miał być nauczycielem przedmiotu jaki prowadzimy.
Czyli skupiamy się na tym, żeby po prostu dobrze opanowali zestaw danych z określonej dziedziny. Żeby mieli dużo informacji z naszego przedmiotu, bo jak ich nie będą mieli… to nie będą mogli ich przekazać innym. Problem polega na tym, że oni wcale nie będą musieć przekazywać tych danych innym.
Zamiast tego warto skoncentrować się na tym, żeby dopasować elementy naszego przedmiotu do tego, co preferują i lubią. Tak żeby np. na historii mógł się odnaleźć i przyszły fryzjer, i adwokat, i specjalista od marketingu.
Co z tego, czego uczę, może okazać się przydatne różnym ludziom, niezależnie od profesji? Jakie kompetencje potrzebne w każdej branży mogę rozwijać za pomocą mojego przedmiotu?
Co specyficznego oferuje mój przedmiot, co może wnieść uniwersalną wartość w działania ludzi o różnych potencjałach? To powinny być podstawowe pytania refleksyjnego nauczyciela
7 października, godz. 7:29
Czytam często, że nastolatek musi być przymuszony do uczenia się pewnych rzeczy, ponieważ jest utopią zakładać że przeciętny 15 latek ma jakiekolwiek wyobrażenie o tym co chce robić w życiu.
Otóż moim zdaniem jeśli 15-latek (po 8 latach regularnego kształcenia a nawet 11 jeśli liczyć przedszkole) ,rzeczywiście nie ma zielonego pojęcia o tym co go interesuje i w jakim kierunku powinien zmierzać to jest to najlepszym dowodem na potężny kryzys szkoły i niespełnianie przez nią swojej podstawowej funkcji: czyli przygotowania młodego człowieka do dojrzałego życia.
Można się zastanawiać, co on do tej pory właściwie w tej szkole robił poza bezkrytycznym wykonywaniem poleceń według narzuconych instrukcji. Oczywiście zdaję sobie sprawę że pytanie co chcę robić w życiu być może nie jest naturalnym i automatycznym pytaniem 15-latka, bowiem działa on przede wszystkim w krótkiej perspektywie.
właśnie po to jest szkoła według mnie żeby pomóc młodemu człowiekowi zadać sobie pytanie którego bez szkoły mógłby sobie nie zadać, pobudzanie do myślenia i wykraczania poza instynkty.
Te wszystkie lata powinny być podporządkowane przede wszystkim trzem pytaniom: skąd przychodzę, kim jestem i dokąd zmierzam. W pogoni za wynikami praktycznie nie ma przestrzeni by sobie to pytanie zadać a co dopiero na nie odpowiedzieć.
Wniosku z tym szkoła pozostaje miejscem totalnie oderwanym od potrzeb jednostkowych i społecznych. Staje się po prostu kuźnią posłuszeństwa. Miejsce które służy głównie przechowaniu dzieci w czasie kiedy ich rodzice pracują i zagospodarowanie ich czasu monotonnym i schematycznymi aktywnościami bo takie jest po prostu łatwiej kontrolować.
7 października, godz. 16:00
Większość warsztatów przesiedziałem. Prosta instrukcja, jasne zadanie, wykorzystanie bliskich młodzieży narzędzi.
Foto: www.wykop.pl
:
Aleksandra Rasz
Wczoraj na portalu „Juniorowo” zamieszczono zapis rozmowy, jaką Elżbieta Manthey przeprowadziła z Aleksandrą Rasz – prywatnie mamą trójki dzieci, doświadczoną certyfikowaną edukatorką, autorką kursu edukacji psychoseksualnej „Z sensem o dorastaniu”. O czym panie rozmawiały? – Odpowiedź zawarta jest w tytule zamieszczonego materiału: „Edukacja seksualna z sensem – mądre rozmowy o dojrzewaniu”.
Oto kilka fragmentów tego wywiadu i link do pełnej jego wersji:
[…] Elżbieta Manthey: Edukacja seksualna wielu rodzicom kojarzy się z instruktażem uprawiania seksu i zachętą do wczesnej inicjacji seksualnej. A to nie o to chodzi. O czym tak naprawdę są takie zajęcia z młodzieżą?
Aleksandra Rasz: „Z czym kojarzy wam się seksualność człowieka?” – to pierwsze pytanie, które zadaję na początku warsztatów z edukacji seksualnej. I niezależnie od tego czy prowadzę zajęcia z dziewięciolatkami czy z siedemnastolatkami odpowiedzi są podobne. Seks/współżycie, dorastanie, miesiączka, chodzenie ze sobą, zakochanie, pocałunki, miłość, ciąża, podrywanie, lubienie/nielubienie swojego ciała, rosnące piersi, zarost na twarzy, pryszcze, bycie mężczyzną/kobietą, orientacja seksualna, płeć, założenie rodziny, anatomia, antykoncepcja, nadużycia, filmy dla dorosłych – efekty burzy mózgów zapisujemy wspólnie na tablicy i za każdym razem od razu widać, że w tych zajęciach chodzi o coś zupełnie innego niż namawianie do wczesnej inicjacji seksualnej czy demonstrowanie pozycji współżycia.
Młodzież rzeczywiście potrzebuje takich zajęć w szkołach?
Młodzi ludzie potrzebują rozmów o dorastaniu. To emocjonujący, ale i trudny czas, gdy wiele się dzieje. Zmienia się ciało. Pojawiają się huśtawki nastrojów, gwałtowne reakcje na błahe zdarzenia, większa skłonność do podejmowania ryzyka związana z rozwojem mózgu. Wzrasta potrzeba akceptacji, a co za tym idzie – odrzucenie przez grupę rówieśników boli mocniej niż wydaje się to dorosłym. Zaczynają się pierwsze miłości, dylematy związane z przekraczaniem kolejnych granic intymności, pierwsze fascynacje erotyczne, rozpacz, gdy związek nie wyjdzie. Takie rozmowy nie zawsze są możliwe w domu z rodzicami. A dzieci dojrzewają niezależnie od tego, czy my jesteśmy na to gotowi, czy nie. Potrzebują o tym rozmawiać, potrzebują w tym niełatwym procesie wsparcia. Zajęcia z edukacji psychoseksualnej są właśnie po to.
Brak rozmowy na „te tematy” to także edukacja seksualna. Uczy ona, że o pewnych uczuciach i tematach się nie rozmawia, a skoro się nie rozmawia, to pewnie są one „złe”. Dorastając z takim przekonaniem dziecko nie zwróci się do rodziców z poważnymi pytaniami dotyczącymi swojego ciała i związków, gdy będzie miało naście lat. Poszuka odpowiedzi w sieci, a wierzcie mi – żaden dorosły nie chciałby, żeby jego dziecko zetknęło się z większością porad, jakie można tam znaleźć.
Dlaczego rodzice nie rozmawiają z dziećmi o seksualności?
Foto: www.pl.freepik.com
Wczoraj wieczorem trafiliśmy na blogu Anny Konarzewskiej – „Być nauczycielem…” – polonistki w XIV Liceum Ogólnokształcącym w Gdańsku, która jest autorką książki „Być (nie)zwykłym wychowawcą” na tekst, zamieszczony tam w sobotę, 3 października.
Nie ukrywamy, ze naszą uwagę podczas codziennego research’u portali, blogów oraz fejsbukowych fanpejdżów i profili prowadzonych przez nauczycieli i pedagogów zwrócił tytuł tego tekstu: „O potrzebie czułości w edukacji…”.
Z konieczności musimy dokonać wyboru i zaprezentujemy jedynie wybrane (subiektywnie) fragmenty tego tekstu, ale bardzo zachęcamy do przeczytania go w całości:
[…] W naszym społeczeństwie zauważalny jest „międzyludzki chłód” spowodowany m.in. brakiem bezpieczeństwa i sprawiedliwości. Wiele problemów sami jako ludzie stwarzamy. Wiedza w ujęciu tradycyjnym nam tu nie pomoże, musimy patrzeć szerzej, dalej niż czubek własnego nosa. Nasze wizje przyszłości decydują o tym, jak postępujemy tu i teraz. Co widzimy w tej chwili?
Do dzisiejszego wpisu zainspirował mnie post Moniki Rokickiej. Za zgodą autorki publikuję jego treść:
x x x
„[…] Wczoraj nie miałam siły pisać. Musiałam odreagować. Od 3 tygodni widzę jak sylwetka jednego z uczniów z dnia na dzień blaknie. Zupełnie jakby człowiek miał możliwość rozpłynięcia się w przestrzeni. Chłopak nie patrzy na rozmówcę, nie odzywa się, nie oddaje żadnych prac. Jest jakby go nie było. Czasem po lekcji łapałam się na tym, że nie mogłam sobie przypomnieć, czy uczestniczył w zajęciach. Odpuściłam i obserwowałam – jak pracuje w grupie, samodzielnie, czy robi to, o co proszę w domu. I widziałam, że chociaż na polskim nie ma stopni za każdą pierdołę, chłopak coraz bardziej się zapada.
W ramach testowania nowego systemu oceny, każdy uczeń raz w miesiącu ze mną rozmawia. Ten nie przychodzi na umówione spotkanie. Nie mam czasu się tym zająć – wpadam do szkoły na kilka godzin, tylko do tej klasy i lecę dalej. Na styk. Dopadam gościa następnym razem. Liczył, że nie zauważę. Przyparty do muru przychodzi. Kaptur naciągnięty na spuszczony łeb, dłonie kurczowo zaciśnięte na okładce pustego zeszytu. Nie zaczynam od rozliczeń edukacyjnych. Pytam po prostu: Jak się czujesz? Chłopak podnosi na mnie wzrok i łzy zaczynają mu lecieć strumieniem. Daję czas. Płacze jak małe dziecko, spazmatycznie. Kiedy się uspokaja, o nic nie pytam. Czekam. Spotkanie nieoczekiwanie się przedłuża. W pizdu, że spóźnię się do drugiej pracy. Trudno. Chłopak wreszcie przemawia. „Ja przepraszam…ale jest pani pierwszą osobą, która zainteresowała się mną a nie ocenami”. Rozmawiamy. Dzieciak opowiada o „metodach wychowawczych” w domu, o samotności, o tym, że nikt się NIM nie interesuje, że ważna jest tylko szkoła i oceny. Wywala z siebie cały strach i bezradność wobec zapisów z Librusa (najbliższy tydzień to 3 duże sprawdziany, 7 kartkówek, jakieś projekty i prace domowe). ”Nie jestem zdolny. Mam zaległości. Tego jest tak dużo, że nie wiem, od czego zacząć. Jak zajmuję się jednym, nie zdążam z innymi rzeczami. Przepraszam, że zawaliłem polski… Ten pani system jest dobry. Daje przestrzeń, a ja z tego nie skorzystałem”. Próbujemy rozłożyć słonia na mniejsze części. To trudne, gdy nie ma przestrzeni na błąd, odpuszczenie czegoś, negocjacje, bo co krok wisi nad głową jedynka, którą później trudno poprawić. A poza tym, kiedy poprawiać, jeśli następny tydzień wygląda podobnie…
Pytam chłopaka, czy mam porozmawiać z rodzicami / psychologiem szkolnym. Znów widzę napięcie i strach na twarzy. „A mogłaby pani nie rozmawiać? Mogłoby to zostać między nami? Postaram się lepiej uczyć” Pytam, czego się boi. Mówi, że boi się „cichych dni” w domu i tego, że nic się nie zmienia po rozmowach rodziców z nauczycielami. A psycholog? Rozmawiał z nim raz, w zeszłym roku…znów tylko o problemach z nauką, rodziną, ale nie o NIM. „Wie pani, nie zapytał, co ja czuję”. Ustalamy, że przemyśli moją propozycję i da mi odpowiedź w poniedziałek.
Od wczoraj mam takie myśli, jak bardzo jest źle ze szkołą, skoro od miesiąca nikt nie zauważył znikającego chłopaka. A nie jest on jedyny w tej klasie. Gdzie jest wychowawca? Matematyk? Anglista? Gdzie są nauczyciele dyżurujący i mijający codziennie na korytarzu ucznia patrzącego w ziemię, skulonego, z nerwowo zaciśniętymi dłońmi? Jestem nauczycielem, który wpada do szkoły na 2 godziny i wypada do drugiej pracy. Nie mam czasu na rozmowy z uczniami poza lekcją, na obserwowanie, a jednak widzę. Widzę gościa w kapturze. Widzę „pajaca” ze sznytami. Widzę arogancką dziewczynę z tipsami na kilometr i rysunkami w zeszycie od matmy, które powinny zaniepokoić nauczyciela przedmiotu. Widzę i zgłaszam – wychowawcy, pedagogowi. I cisza. Cisza jest „dobra”. Nie budzi ze snu lawin”.
Na portalu EDUNEWS.PL, w niedzielę 4 października, zamieszczona została publikacja, zatytułowana „Umiejętności cyfrowe – potrzeba głębszej edukacji”. Tekst ten jest promocją raportu, który podsumowuje duży międzynarodowy projekt badawczy – Youth SKILLS (ySKILLS) – realizowany w ramach programu HORYZONT 2020. Jego celem było zebranie informacji, które pozwoliłyby na zrozumienie, jakiego rodzaju umiejętności są potrzebne dzieciom i młodzieży, aby można było zmaksymalizować długoterminowy pozytywny wpływ środowiska cyfrowego na ich życie.
Oto fragmenty tego artykułu, link do jego pełnej wersji, a także do raportu – w oryginalnej, angielskojęzycznej wersji:
[…]
Eksperci europejscy podkreślają znaczenie umiejętności cyfrowych
Dostęp do edukacji, a także niezbędnych narzędzi i zasobów umożliwiających zdobycie umiejętności cyfrowych jest bardzo zróżnicowany nie tylko w kontekście indywidualnym, ale także społeczno-kulturowym. Różnie przedstawia się w zależności od kraju i jego doświadczeń edukacyjnych. Według europejskich ekspertów kluczowe znaczenie ma opracowanie strategii zmniejszania istniejących nierówności, które zostały wzmocnione przez proces cyfryzacji. Eksperci zastanawiali się, co sprawia, że dana osoba posiada „umiejętności cyfrowe”, jaka będzie rola umiejętności cyfrowych w przyszłości oraz w jaki sposób umiejętności cyfrowe są rozwijane w ich krajach: Estonii, Finlandii, Niemczech, Włoszech, Polsce i Portugalii.
Wywiady z ekspertami zostały przeprowadzone w maju 2020 roku, kiedy to kryzys związany z COVID-19 w bezprecedensowy sposób wpłynął na cały świat. Eksperci przyznali, że ta sytuacja może zadziałać jak „sygnał ostrzegawczy” dla rządów, dzięki któremu ponownie ocenią potrzeby cyfrowe w danym kraju i rozpoczną inwestowanie w edukację w tym zakresie. Eksperci zgodzili się, że rozwój umiejętności cyfrowych i ich propagowanie nie dotyczą tylko formalnego systemu edukacyjnego, ale także osób starszych, bezrobotnych czy – ogólnie – obywateli i stają się priorytetem w czasach, gdy coraz więcej codziennych czynności ma związek z korzystaniem z technologii informacyjno-komunikacyjnych. W tym kontekście eksperci do spraw edukacji, jak i rynku pracy podkreślają potrzebę współpracy w różnych sektorach (np. środowisko akademickie, sektor prywatny, społeczeństwo obywatelskie, rządy, decydenci itp.), aby skoordynować i uspójnić politykę oraz środki promujące skuteczny wzrost umiejętności cyfrowych.
Edukacja w szkole to dopiero początek
Uczenie się przez całe życie, podnoszenie wcześniej zdobytych umiejętności i przekwalifikowywanie mają kluczowe znaczenie dla nadążania za szybkim rozwojem cyfrowym. Jak zauważono w raporcie, poglądy te są zgodne z europejskim programem na rzecz umiejętności służącym zrównoważonej konkurencyjności, sprawiedliwości społecznej i odporności, zainaugurowanym przez Komisję Europejską w 2020 r.: „Edukacja w młodym wieku pozostaje fundamentalna, ale jest dopiero początkiem życia, w którym ciągle trzeba się uczyć”. […]
.
Warto wsłuchać się w głos ekspertów z sześciu krajów. Wskazują oni, że o umiejętnościach cyfrowych młodych ludzi powinniśmy myśleć inaczej niż to zwykle robimy. Warto pamiętać, że ten sposób myślenia warunkuje to jakie umiejętności i w jaki sposób pomagamy im rozwijać – mówi prof. Jacek Pyżalski.
Portal INTERIA zamieścił dzisiaj zapis rozmowy, jaki z ustępującym ministrem Dariuszem Piontkowskim przeprowadził młody dziennikarz, znany głównie jako dziennikarz sportowy, Łukasz Szpyrka. Oto fragmenty tego wywiadu:
Foto: www.fakty.interia.pl
[…]
Łukasz Szpyrka, Interia: Ma pan świadomość, że jest to wywiad pożegnalny?
Dariusz Piontkowski: – W roli ministra edukacji na pewno. Można powiedzieć, że jestem ostatnim ministrem edukacji samego resortu jako takiego. Bo w tej chwili mamy już do czynienia z połączonymi ministerstwami edukacji narodowej oraz nauki i szkolnictwa wyższego.
–Cieszę się, że udało się zapanować nad sytuacją w okresie pandemii. Zarówno w pierwszym okresie, kiedy zdecydowaliśmy się na kształcenie na odległość, jak i później, kiedy udało nam się przywracać stopniowo zajęcia w szkołach. Nie poddaliśmy się naciskom, nie opóźniliśmy rozpoczęcia roku o dwa tygodnie, co sugerowali niektórzy. Jak się okazuje, wszystko funkcjonuje. Nie ma paniki, a w razie konieczności szkoły zawieszają działalność na krótki okres i potem wracają do nauki stacjonarnej. Udało się więc stworzyć system, który reaguje na zagrożenia.
Cieszę się też, że nieco udało mi się uspokoić nastroje w oświacie po strajku nauczycieli, bo przejąłem resort w tym trudnym okresie. Zorganizowaliśmy nabór do szkół średnich, w okresie wygaszania gimnazjów i jednoczesnego wchodzenia do tych placówek absolwentów nowych klas ósmych. Wszyscy znaleźli miejsce w szkołach, chociaż przeciwnicy rządu straszyli wielkim chaosem i tym, że wielu uczniów nie będzie mogło kontynuować nauki. W tych sytuacjach mieliśmy zresztą także do czynienia z napięciem również w naszym środowisku. Mam satysfakcję, że doprowadziłem skutecznie do wprowadzenia kolejnej, potrzebnej moim zdaniem, podwyżki wynagrodzeń nauczycieli we wrześniu tego roku o 6 proc., chociaż był to już okres epidemii oraz znacznie trudniejszej sytuacji budżetu państwa.
Czuję niedosyt, że nie udało mi się przeprowadzić niektórych zmian. Sytuacja po strajku, pandemia, a także kampanie wyborcze nie pozwoliły na przeprowadzenie szerszych zmian, które planowałem, czyli zwiększenia roli wychowania patriotycznego, w tym wprowadzenia obowiązkowych egzaminów z historii, uporządkowania rynku podręczników, a także powrotu do rozmów ze środowiskiem oświatowym na temat pragmatyki zawodowej nauczycieli, systemu wynagradzania i finansowania oświaty.
Czyich oczekiwań pan nie spełnił?
-Zapewne samorządy chciałyby, żeby minister edukacji przywiózł furę pieniędzy, był kolejnym ministrem finansów, który zapisuje w budżecie państwa pieniądze przede wszystkim na ogromne zwiększenie subwencji oświatowej. Podobnie związki zawodowe – od każdego ministra oczekują, że załatwi wielkie pieniądze, by w gigantyczny sposób można było podnieść wynagrodzenia nauczycieli. A przecież minister edukacji nie jest dysponentem całego budżetu państwa. Nie spełniłem oczekiwań pewnie wielu innych środowisk, ale są one jednak tak często sprzeczne, że nie da się ich pogodzić. Przypomina mi się choćby sprawa organizacji pracy szkoły po powrocie ze zdalnego nauczania. Z jednej strony mieliśmy oczekiwania, że to MEN załatwi wszystko i zdecyduje, które szkoły mają być zamknięte. Z drugiej, ci sami ludzie oczekiwali chwilę później, by to sam dyrektor decydował, bez konsultacji z kimkolwiek, czy szkoła ma przejść na nauczanie zdalne lub system mieszany. Musieliśmy to wypośrodkować i przyjąć takie rozwiązania, aby to specjaliści z Sanepidu współdecydowali. Widać, że mieliśmy rację. Podobnie było z przeprowadzeniem egzaminów w okresie epidemii, gdzie mieliśmy do czynienia z gigantyczną propagandą strachu, naciskami, aby ich nie przeprowadzać.[…]
A dalej Dariusz Piontkowski odpowiada jeszcze na takie pytania:
W oczekiwaniu na scjentologiczną analizę zaistniałej sytuacji kadrowej w obszarze edukacji (całej) i nauki na blogu „PEDAGOG” – zajrzeliśmy na dawno nieodwiedzany blog Jarka Blocha. I tam się nie zawiedliśmy. Już w środę 30 września zamieścił on tekst, którego tytuł ujawnimy „na deser”, aby nie zepsuć Wam apetytów. Oto najbardziej smakowite „kawałki” tego posta:
[…] Czasem jednak wypada zabrać głos, szczególnie gdy ministrem zostaje gość, którego wypowiedzi pasują bardziej do ustawki kibolskiej, aniżeli do połączonego ministerstwa edukacji i nauki.* Ale jaka władza – tacy ministrowie, jakie standardy – taki poziom. Nieistotne. Po demolce Zalewskiej wiele już nie zdziała. Strukturę łatwiej zniszczyć niż ludzi.*
A przecież ludzi brakuje. Jeśli nowy minister zdecyduje się na kolejną ofensywę przeciwko zbyt liberalnym i nieprawomyślnym nauczycielom, to może się na tym przejechać. Nauczyciele to nie górnicy, nie wyjdą na ulice, nie zapalą opon. Szkoda. Oni po prostu odejdą, tak jak robią to od kilku lat.[…]
Minister może mówić co chce, nawet największe głupoty, w czym jak pokazał jest dobry. Ale kasy nie wyczaruje. Pensją na poziomie sprzątaczki nie ściągnie młodej kadry, nie zatrzyma starzenia się tej grupy zawodowej. Nie ma już z czego dawać.[…]
Pan minister choćby dwa razy dziennie pluł jadem na nienormalnych ludzi, w czym jest najlepszy, nie dopnie planów zajęć. Nie znajdzie nauczycieli do tysięcy miejsc, gdzie wciąż brakuje nauczycieli na dwie, pięć lub siedem godzin, a często na więcej. Nie zapewni dzieciom opieki tam, gdzie jej nie ma. Nie zapewni jakości tam, gdzie nauczyciel wpada na parę godzin w swej wędrówce po kilku szkołach. Nie zorganizuje zajęć dodatkowych tam, gdzie nikt nie ma na nie czasu.
Pan minister, choć złotousty, nie zatrzyma fali zakażeń w szkołach. Pustosłowiem nie rozwiąże realnych problemów dyrektorów, których plan zajęć w placówkach już teraz wygląda jak ser szwajcarski.[…]
Pan minister radykał zderzy się z murem uczniów, dla których jego partia staje się powoli szczytem obciachu. Nie pokona połowy rodziców, którzy nie akceptują tego co mówi. Nie przekona uczciwych, wykształconych i przedsiębiorczych, którzy z pogardą spoglądają na jego szybką i łatwą ścieżkę partyjniackiej kariery. Widać pan minister nawet nie potrafi pojąć, na co się właśnie zapisał… Ale co weźmie, to jego. Tacy ludzie myślą tymi kategoriami.
Po co więc pan minister tu przyszedł? To proste. Aby zatrzeć ślady po poprzednikach, aby rozmyć odpowiedzialność za nieudane zmiany. Zalewska uciekła do Brukseli, bo musiałaby się zmierzyć ze skutkami własnych decyzji. Musiałaby się przyznać do porażki, a to politycznie niedopuszczalne. Teraz czas przyszedł na Piontkowskiego, który nie może z siebie zrobić większego pajaca, bo życie mówi sprawdzam. Wizerunkowo mniej kosztuje odejście, niż trwanie w śmieszności. Czas nadejdzie też na pana krzykacza, a co napsuje to zobaczymy. Ile wytrwa na stołku? Ciężko powiedzieć. Ale mam wrażenie, że chaos w oświacie sprawi, że ministrowie zmieniać się będą teraz często. Nowe otwarcia i nowe koncepcje odsuwać będą odpowiedzialność za całokształt.
Rozmywanie odpowiedzialności sprawi, że cuchnąca gnojówka jaką stała się oświata będzie rozrzedzać się z każdym nowym ministrem. Będzie śmierdzieć, ale mniej i nikt nie będzie pamiętał tego, kto ją rozlał.
Cały tekst „Rozrzedzanie gnojówki” – TUTAJ
Źródło: www.jaroslawbloch.ovh
*Podkreślenia i pogrubienia fragmentów cytowanego tekstu – redakcja OE
Dziś portal EDYNEWS.PL zamieścił tekst Joanny Krzemińskiej, zatytułowany „Nauczyciel jako edukacyjny prowokator”. Jest to jej wprowadzenie i zachęta do obejrzenia filmu z wystąpienia, które miała podczas konferencji INSPIR@CJE 2020, jaka w dniach 26-27 września odbyła się w Warszawie. To ta sama konferencja, w której Jarosław Pylak zabierał głos jako ostatni mówca drugiego dnia jej trwania, a gdzie koleżanka Krzemińska otwierała ten dzień swoim wystąpieniem na ten wwłaśnie temat. Oto ten tekst – bez skrótów:
Foto: www.edunews.pl
Joanna Krzemińska podczas wystąpienia na konferencji INSPIR@CJE 2020
Prowokacyjny, czyli jaki? Przez lata przyzwyczailiśmy się, że to, co nazywamy prowokacją nosi w sobie jakieś znamiona niestosowności. Nie było dobrze przyjmowane, gdy młodzi ludzie prowokowali. Czy to wyglądem czy zachowaniem. Za taką prowokacją, w myśl ustalonych w świadomości społecznej zasad, powinny pójść konsekwencje… Najczęściej związane z czymś nieprzyjemnym, ukaraniem za to, że ktoś śmiał mieć własne zdanie i je manifestuje…
Na początku mojej drogi nauczycielskiej takie rozumienie prowokacji było mi bliskie. Również dla mnie, jako nauczyciela, prowokacja łączyła się z wyrażeniem własnego buntu. Choć byłam już przecież osoba dorosłą, nie widziałam powodu, dla którego miałabym postępować tak, jak się zwyczajowo przyjęło. Choć początkowo były to niewielkie gesty, mogłoby się zdawać, że tylko ja dostrzegałam ich znaczenie. To, co raziło mnie w postawie ucznia, brałam za swój atut. I zaskakujące, że potrzebowałam czasu, by dostrzec, że takie działanie jest nieco pozbawione sensu. Warto było jednak czekać, by dojrzeć do tego, jak dziś widzę i swoją i młodych ludzi rolę w edukacji.
Przez lata pracy w szkole nauczyłam się dostrzegać, że cenne jest to, że nastolatek chce i potrafi wyartykułować swoją opinię. Przestałam widzieć w takich przypadkach atak na to, czego i w jaki sposób uczę. Staram się raczej docenić to, że mamy różny światopogląd (co oczywiste). Dziś wiem, że czasownik „prowokować” łączy się znaczeniowo z dopełniającym „do czegoś”. Do czego chcę prowokować i kogo? Początkowo wzięłam za cel stymulowanie moich uczniów do myślenia. Później pomyślałam, że warto działać na większą skalę i spróbować pobudzić także innych nauczycieli do tego, by zechcieli inaczej spojrzeć na edukację. Dziś stoję na stanowisku, że najważniejsze jest, aby prowokować samego siebie do nieustannego rozwoju. I o tym pragnę przekonać innych.
Przyznajemy – od kilku dni – czekamy na post prof. Śliwrskiego, w którym przedstawiłby swoją – znanego od lat recenzenta polityki edukcyjnej kolejnych rządów – ocenę najnowszej decyzji, Prezesa, nie tylko kadrowej, ale i strukturalnej, w obszarze szkolnictwa, uczelni wyższych i nauki. Niestety, na swoim blogu <Pedagog> już trzeci dzień publikuje on swoistą trylogię o szkolnictwie Republiki Federalnej Niemiec:
>wtorek, 29 września: Czym wyróżniają się najlepsze szkoły w niemieckich Landach? cz.1 – TUTAJ
>środa, 30 września: Wyjątkowe szkoły za zachodnią granicą Polski cz.2 – TUTAJ
>czwartek, 1 października: Alternatywne szkoły publiczne w Niemczech – cz.3 – TUTAJ
W oczekiwaniu na głos eksperta – zapraszamy do lektury poglądów przedstawicielki „edukacyjnej struktury pozarządowej”:
Wczoraj (30 września) na stronie Fundacji „Przestrzeń dla Edukacji” zamieszczono tekst autorstwa Igi Kazimierczyk – prezeski Zarządu Fundacji, zatytułowany „Nowe rozdanie w MEN – stare problemy”. Poniżej przytaczamy go bez skrótów:
Zasadą rekrutacji jest dopasowanie doświadczenia i kompetencji kandydata do zakresu zadań, przewidzianych dla danego stanowiska. Niestety obserwujemy, że ta zasada nie ma zastosowania przy powoływaniu na stanowiska ministra edukacji.*
Osobą, o której mówi się w kontekście przejęcia sterów resortu edukacji jest poseł Przemysław Czarnek.
Jak ustaliła dziennikarka Justyna Suchecka, w obecnej kadencji poseł Czarnek złożył jedynie 5 interpelacji i żadna z nich nie dotyczyła tematu edukacji. Pan poseł nie zasiadał także w sejmowej komisji edukacji. Żadna z jego aktywności jako zawodowego posła nie była także związana ze szkolnictwem i nauką.
Foto: www.facebook.com/mikolaj.marcela
Mikołaj Marcela z „papierowym” wydaniem „Wysokich Obcasów”, otwartych na stronie, na której wydrukowano jego tekst pod tytułem „Sięgnij po właściwą pigułkę”
„Choć burza huczy wkoło nas, Do góry wznieśmy skroń…”. Jeszcze polska edukacja nie zginęła, póki my, nauczyciele – przekonani o konieczności jej zmieniania – żyjemy!
W tym duchu postanowiliśmy, co prawda z tygodniowym „poślizgiem” zaprezentować tekst Mikołaja Marceli, który opublikowany został przed tygodniem w „Wysokich Obcasach”. Oto jak promował go sam Autor na swoim profilu:
O tym, jak rodzice i nauczyciele mogą wybrać lepszą przyszłość dla młodych ludzi. Jednak, by to zrobić, muszą wybrać, że chcą się obudzić z dotychczasowego snu o edukacji. Bo szkoła jest dla bardzo wielu młodych ludzi (ale także nauczycieli i rodziców) właśnie jak zły sen albo koszmar. Z drugiej strony, sposób, w jaki podchodzimy do edukacji, przypomina „Matrixa”.
System szkolnictwa najczęściej tkwi w XIX wieku, choć poza murami szkół w najlepsze trwa wiek XXI ze swoimi problemami i wyzwaniami, do których zupełnie nie przygotowuje się młodych ludzi… A ten system będzie tak długo trwał, jak długo będziemy żyć w dotychczasowej iluzji i podtrzymywać ją naszymi przekonaniami i działaniami. Jednak jest jedna dobra wiadomość: jeśli już się przebudzimy z tego snu – jak Neo w „Matrixie” – nie będzie odwrotu i już zawsze będziemy widzieli, czym on jest naprawdę.
Od dłuższego czasu bardzo wiele osób, na czele ze zmarłymi niedawno Jesperem Juulem i Kenem Robinsonem, przekonuje, że inna droga jest możliwa. Pytanie tylko, kiedy większość z nas podejmie decyzję, by usłyszeć ich słowa i dostrzec tę inną drogę. A o najważniejszy drogowskazach do niej wiodących piszę w dzisiejszych „Wysokich Obcasach”.
Punktem wyjścia i dojścia jest dla mnie „Matrix”. I nie jest to przypadek. Dla mojego pokolenia to film kultowy, ale dla mnie osobiście jest szczególnie ważny. Ryszarda Koziołka, mojego przyszłego promotora, po raz pierwszy spotkałem w trakcie wspaniałego wykładu poświęconego właśnie „Matrixowi”. A miało to miejsce na lekcjach polskiego Krystyny Koziołek, której zajęcia były dla mnie pierwszym doświadczeniem tego, że ta inna, lepsza droga w edukacji jest możliwa. Dzięki temu doświadczeniu jakoś łatwiej jest mi iść tą drogą od lat. […]
Źródło: www.facebook.com/mikolaj.marcela
Cały tekst, zatytułowany w wersji elektronicznej „Szkoła oblałaby z kretesem egzamin z wiedzy o funkcjonowaniu ludzkiego mózgu. Jak możemy uratować dzieciaki – TUTAJ










