
Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'
Gdyby nie to, że od czasu do czasu odwiedzamy fejsbukowy profil Koleżanki Dyrektor Ewy Morzyszek-Banaszczyk, nie wiedzielibyśmy o istnieniu w Łodzi Instytutu Spraw Obywatelskich, nie dowiedzielibyśmy się, że jest on wydawcą internetowego „Tygodnika Spraw Obywatelskich”, ani nie mielibyśmy szansy zapoznania się z jego kolejnym Nr 66/(14) 2021 z 6 kwietnia tego roku, w którym opublikowano tekst, tak oto zapowiedziany:
Z prof. Bogusławem Śliwerskim rozmawiamy o społeczeństwie bez szkoły, postulatach Ivana Illicha i edukacji domowej.
Rozmówcą Profesora był Max Fojtuch – absolwent filologii rosyjskiej na Uniwersytecie Gdańskim, a także kierunku wschodoznawstwo na UAM w Poznaniu oraz rozwoju międzynarodowego na University of Birmingham (Wielka Brytania).
Poniżej publikujemy tylko kilka początkowych fragmentów zapisu tej rozmowy, zachęcając Czytelniczki i Czytelników OE, którzy tego tekstu jeszcze nie poznali (dzięki Fecebook’owi), aby kliknęli zamieszczony link i przeczytali cały wywiad. Naprawdę warto:
Panie Profesorze, jakie były główne założenia przez Ivana Illicha kontrowersyjnej koncepcji „odszkolnienia szkół”?
Prof. Bogusław Śliwerski: Illich już 60 lat temu stwierdził, że szkoły na Zachodzie muszą zostać wymyślone na nowo – szkoła nie może być taką, jaką była wtedy i jaką jest dzisiaj. Istniały trzy przesłanki takiego myślenia.
Pierwsza przesłanka to zapewnienie wszystkim, którzy chcą się uczyć, prawa do korzystania z dostępnych zasobów edukacyjnych w każdym momencie ich życia. […]
Drugi postulat to upoważnienie i stworzenie narzędzi dla wszystkich, którzy chcą się dzielić swoją wiedzą i umiejętnościami, by wyszukiwali tych, którzy chcą się od nich uczyć. […]
Trzeci postulat zakładał, żeby ci, którzy chcą przedstawić jakąś kwestię społeczeństwu, mogli ją w prosty sposób podać do publicznej wiadomości. Ta arcyutopijna w czasach Illicha wizja zrealizowała się na naszych oczach, wymiana wiedzy trwa dziś mikrosekundy. Zatem również ten postulat doczekał się realizacji. […]
A jaki to ma związek z edukacją w Polsce?
Nieprawdopodobnie bliski, gdyż wizja Illicha dotyczyła osób, które mogą i chcą dzięki „odszkolnieniu szkoły” uczyć się lepiej i lepiej funkcjonować w otaczającym świecie, być zwyczajnie szczęśliwymi ludźmi, osiągającymi sukcesy na miarę swoich potrzeb, zainteresowań i możliwości. […]
Proszę sobie wyobrazić, że w latach 1989 -1991, kiedy Polska wchodziła w okres transformacji gospodarczo-polityczno-kulturalno-społecznej, trwała debata w środowiskach nauczycielskich i akademickich o potrzebie odrzucenia indoktrynacyjnego systemu edukacyjnego z czasów PRL i jego owocu w postaci tzw. homo sovieticusa.
Tym razem proponujemy temat, który – mamy nadzieję – wprowadzi odmianę w dominujące od dawna problemy zdalnego nauczania i konsekwencje wielomiesięcznej izolacji uczniów od środowiska – w tym od środowiska społecznego. Przedsta- wiamy fragmenty artykułu Elżbiety Manthey, zatytułowanego „Patron szkoły – autorytet, czy ściema?” i zachęcamy do przeczytania jego pełnej wersji na portalu „Juniorowo”:
Kim jest patron szkoły dla jej uczniów? Może być odklejoną od rzeczywistości postacią, coś symbolizującą, może mającą jakiś związek z jakimiś wartościami, ale daleką i niezbyt obecną w uczniowskiej świadomości. Może być też postacią z apeli i akademii, czczoną obowiązkowo deklamacjami poezji na jej cześć. A czy patron szkoły może być kimś inspirującym, autorytetem, wzorem? Czy może być postacią, którą uczniowie znają nie tylko z nudnych akademii, ale z codziennego doświadczenia szkolnego, postacią, do której w jakiś sposób się odnoszą? Czy patron może być… kimś bliskim? A patronka?
Szkolny patron – (stracona?) szansa na inspirację i autorytet
Z mojego szkolnego życia wspomnienia związane z patronami szkół, do których chodziłam mam dwa. Pierwsze z podstawówki – to była nowa szkoła na nowym osiedlu, rozpoczęła działalność, gdy byłam w piątej klasie. Niedługo później uznano, że nie może pozostać bezimienna i należy znaleźć jej godnego patrona. Znaleziono Jana Kilińskiego. Pamiętam obowiązkowe wkuwanie życiorysu, apele ku czci, nudne wycieczki do Trzemeszna – rodzinnego miasta naszego bohatera. I ogólne poczucie nudy i odklejenia. Odklejenia od szkolnej rzeczywistości tej postaci, która niczym nie trafiała do naszych uczniowskich umysłów czy serc. Nikt z nas bowiem nie myślał, ani nie chciał wzniecać powstań z szablą w dłoni, raczej mieliśmy nadzieję, że wzorce reprezentowane przez Jana Kilińskiego, nigdy nam się nie przydadzą.
Druga przygoda z patronem zdarzyła mi się w liceum. Tym razem szkoła patrona miała i to całkiem zasiedziałego. Jego płaskorzeźba (tablica przedstawiającą popiersie, niezmiennie kojarząca się nam z płytą nagrobną) witała nas każdego ranka w głównym holu szkolnym. Lucjan Szenwald, bo on to był, okazał się postacią niepasującą do zmian ustrojowych, jakie wtedy następowały i zdecydowano, że trzeba go zdetronizować. Dziś ani nie pamiętam dobrze, kim był ów Szenwald, ani czy ktoś go zastąpił na stanowisku patrona, czy może miejsce po płaskorzeźbie w holu głównym zostało na dłużej puste. […]
Prawie 11 tysięcy szkół w Polsce nie ma jeszcze patrona. Inicjatywa Banku BNP Paribas zachęca do wyboru patronki i wspiera szkoły w tym procesie. Szkoły, które chciałaby mieć patronkę mogą zgłaszać się do programu. Każda placówka, która weźmie udział w naborze, będzie mogła też starać się o grant na promocję nowej patronki. O jego przyznaniu dla szkoły zdecyduje komisja złożona m.in. z przedstawicieli banku oraz fundacji BNP Paribas.
Okładka książki Marka Budajczaka „Edukacja domowa”
Na dzisiejsze przedpołudnie proponujemy lekturę „jeszcze ciepłego” (bo zamieszczonego dziś w nocy) posta z bloga prof. Śliwerskiego, zatytułowanego „Jak pandemia pomogła edukatorom domowym”. Odsyłając do bloga „PEDAGOG”, dla zaciekawienia, poniżej zamieszczamy jedynie trzy jego fragmenty:
Wiele osób myli edukację domową z kształceniem na odległość. Nawet dziennikarze zaczynają posługiwać się tą kategorią jako tożsamą z realizacją obowiązku szkolnego przez dzieci szkół publicznych w warunkach domowych na skutek zamknięcia szkół.
Różnice jednak są kolosalne między tymi rozwiązaniami oświatowymi, a fundamentalna sprowadza się do tego, że EDUKACJA DOMOWA w ścisłym tego słowa znaczeniu jest realizowana przez środowisko rodzinne dziecka w wieku obowiązku szkolnego z własnej, nieprzymuszonej woli. W Polsce jest to prawnie dopuszczalne od nowelizacji ustawy oświatowej w 1991 r. […]
O ile pod koniec 2015 r. dane resortu edukacji wskazywały na wzrost liczby rodzin wyłączających swoje dzieci z uczenia się w szkole, by mogli zapewnić im edukację domową, a było i nadal jest możliwe dzięki wsparciu pozarządowych podmiotów (fundacji, stowarzyszeń oświatowych), o tyle z dniem 1 września 2016 r. zaczęło maleć zainteresowanie tym rozwiązaniem edukacyjnym z dwóch powodów: po pierwsze nowa minister edukacji prawicowego rządu Anna Zalewska obniżyła subwencję oświatową dla podmiotów prowadzących edukację domową do 40 % oraz wprowadziła jej rejonizację, tzn. nie można było rejestrować dziecka w szkole z innego województwa niż miejsce zamieszkania, a mającej za zadanie eksternistyczne sprawdzanie wiedzy i umiejętności dziecka edukowanego domowo, by można było mu wydać świadectwo ukończenia odpowiedniego poziomu kształcenia.
Prawicowa prasa grzmiała, że było to uderzeniem w interesy własnego elektoratu, bowiem zgodnie z Konstytucją i naturalnymi prawami rodziców do podejmowania decyzji w sprawie wychowania i kształcenia przez nich dzieci, rola państwa ma mieć jedynie charakter pomocniczy, a nie zawłaszczający. Jednak krążyły w środowisku władzy tłumaczenia powyższych obostrzeń, w świetle których ponoć chodziło tu o uderzenie (zemstę) w biznes b. ministry edukacji Katarzyny Hall. Ta bowiem po swojej kadencji rozwinęła Stowarzyszenie Dobra Edukacja, które świetnie prosperowało od 2013 r. dzięki finansowemu wsparciu z budżetu państwa dla prowadzonej przez to Stowarzyszenie edukacji domowej. […]
W politycznym klimacie i decyzji finansowych obecnej władzy – „RODZINA NA SWOIM” szef resortu P. Czarnek ogłosił, że podwyższa się subwencję dla edukatorów domowych do 60% oraz uwalnia przymus rejonizacji. […]
Cały tekst „Jak pandemia pomogła edukatorom domowym” – TUTAJ
Źródło: www.sliwerski-pedagog.blogspot.com
Foto: www.prawo.pl
Dr hab. Małgorzata Żytko, prof. UW, członek ATEE, PTP oraz ekspert OECD od wczesnej edukacji.
Portal <Prawo.pl> zamieścił zapis rozmowy, jaką Beata Igielska przeprowadziła z dr hab. Małgorzatą Żytko, prof. UW – kierownikiem Zakładu Wczesnej Edukacji i Kształcenia Nauczycieli Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego. Oto obszerne fragmenty tego tekstu:
[…]
Beata Igielska: – Ma pani dość krytyczne zdanie na temat nowej podstawy programowej dla klas I-III. Dzieci otrzymują od nauczyciela paczkę wiedzy, mają ją wchłonąć, a nauczyciel z tego rozliczy. Pracują z podręcznikami, wypełniają karty pracy, które nie angażują intelektualnie.
Prof. Małgorzata Żytko: – W szkole jest dominacja podejścia transmisyjnego, czyli przekazywania wiedzy. Nauczyciel w komunikacji z uczniami usiłuje uzyskać konkretną odpowiedź, jaką on uważa, że dzieci powinny udzielić. To rodzaj zabawy: zgadnijcie, drogie dzieci, co pani ma na myśli. Takie podejście uniemożliwia wejście z dziećmi w prawdziwy dialog. Proces uczenia się powinien być spotkaniem nauczyciela z dziećmi, próbą nawiązania dialogu, a przede wszystkim zainteresowania się nauczyciela, co ma do powiedzenia, jak myśli dziecko. Dialogowe podejście, ciekawość, jak dziecko buduje pewne rozumienia pojęć, jak odbiera świat, jakie ma doświadczenia, jaki ma rodzaj wiedzy potocznej, intuicyjnej, to charakteryzuje podejście konstruktywistyczne. Dziecko jest konstruktorem wiedzy, którą zdobywa o świecie. Nauczyciel stwarza mu warunki, żeby do tej konstrukcji doszło. W Polsce, niestety, przestrzeń szkolna jest zdominowana przez podręczniki i podstawę programową interpretowaną w wąski sposób. Twierdzę, że jeśli ją się czyta na poziomie celów i zadań, jest do zaakceptowania. Natomiast jeśli nauczyciel zaczyna się szczegółowo wczytywać i na dodatek realizować treści i traktować podstawę programową jako sufit, a nie jak sama nazwa wskazuje jako podstawę, wówczas szkoła nie stwarza możliwości, aby duży potencjał dzieci ujawniać, a co więcej rozwijać.
B.I. – Czyli mówiąc krótko: dzieci w klasach I-III mają często zbyt mało rozwijające treści, w dodatku jest to traktowane jako sufit, a nie podstawa?
Foto:depositphotos.com [www. deon.pl]
Portal <łódź naszemiasto> zamieścił w ubiegłym tygodniu artykuł Leszka Rudzińskiego, zatytułowany „Raport: Młodzi ludzie nie wierzą w oczyszczenie Kościoła. Ufają natomiast papieżowi Franciszkowi”. Oto jego fragmenty:
59 proc. młodych ludzi twierdzi, że ich religijność osłabła w ostatnich dwóch latach. Co piąty przyznał, że przestał chodzić na niedzielne msze św. – wynika z wynika z badania Centrum Profilaktyki Społecznej, którego wyniki opublikowała „Rzeczpospolita”. Ponadto aż 62 proc. z badanych uważa, że Kościół afery pedofilii chce zamieść pod dywan.
Centrum Profilaktyki Społecznej zapytało 1051 nastolatków od 14 do 18 lat z całego kraju o kwestie religijne i problemy społeczne, w tym o patologie w Kościele katolickim.
Odpowiedzi młodych ludzi posłużyły do publikacji raportu „Młodzi uciekają z Kościoła”
.
Źródło: www.rp.pl
Badanie pokazało, że ponad 62 proc. młodych uważa się za osoby religijne, ale jedna trzecia – nie. Przy tym 59 proc. z nich twierdzi, że ich religijność osłabła w ostatnich dwóch latach. Co piąty ankietowany przyznał, że przestał chodzić na niedzielne msze św. – i nie przez pandemię.
Młodych do Kościoła zniechęca głównie rozdźwięk między tym, „co mówi religia, a co robi Kościół” oraz „brak właściwej reakcji Kościoła na pedofilię w jego szeregach” – to wskazało 65 proc. i 63 proc. osób. […]
Cały artykuł Leszka Rudzińskiego „Raport: Młodzi ludzie nie wierzą w oczyszczenie Kościoła….” – TUTAJ
Źródło: www.lodz.naszemiasto.pl
„Rzeczpospolita” – Sondaż: Co młodzi Polacy sądzą o Kościele? – TUTAJ
Komentarz redakcji:
Zastanawia nas ta sytuacja, w której wiele mediów już 17 marca podało informację o raporcie z badań przeprowadzonych przez Centrum Profilaktyki Społecznej, powołując się na artykuł w „Rzeczpospolitej”, ale tekstu tego raportu, który pono ma tytuł „Młodzi uciekają z Kościoła”, do dziś nie zamieściło na swojej stronie Centrum Profilaktyki Społecznej .
Screen z pliku filmowego na You Tube [ www.youtube.com]
Portal EDUNEWS zamieścił dziś materiał „z archiwum” – informację o wygłoszonej podczas lutowego webinarium Akademii Cyfrowego Edukatora przez Edytę Borowicz-Czuchrytę – nauczycielkę w Szkole Podstawowej w Szczekarkowie – pogadance, która mówiła o opowiadała o tym, jak organizować życie szkoły w czasie edukacji zdalnej – jak integrować uczniów i nadal realizować szkolne wydarzenia choćby zdalnie.
Oto fragmenty tego tekstu z EDUNEWS i link na Yoy Tube z wystąpieniem Edyty Borowicz-Czuchryty:
Możemy mieć w szkole wszystko – każdą najwspanialszą technologię, doskonałe narzędzia i pomoce dydaktyczne, piękne sale i innowacyjne przestrzenie zachęcające do spotkań i uczenia się, a mimo to pozostać szkołą, która nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału i która nie daje uczniom tyle, ile mogłaby dać. Musimy cały czas poszukiwać i uczyć się wykorzystywać możliwości, aby rozwijać się jako nauczyciele i rozwijać naszych uczniów. Nie tylko pod kątem pogłębiania wiedzy i umiejętności, ale też budowania dobrych relacji w społeczności szkolnej. […]
Nauczycielka podzieliła się także ciekawą myślą, która towarzyszy jej od kilku lat pracy w szkole: nie jest ważne, co szkoła ma, ale co robi, z tym, co ma.
Jak mówiła – To jest moje motto, które jest dla mnie ważne każdego dnia. Teraz mamy szczególny czas, czas online edukacji. Wyzwanie dla wszystkich edukatorów. Wiele osób, rodziców dostrzega liczne problemy w związku ze zdalnym nauczaniem. Słyszy się, że nauczanie online jest nudne, bywają trudności techniczne, zbyt wiele czasu spędzamy przed ekranami, ponieważ uczniowie po lekcjach siedzą drugie tyle odrabiając prace domowe przy komputerach. W tym cały szaleństwie najważniejsze, żeby uczeń był w centrum naszego (i całej szkoły) zainteresowania. Powinniśmy pamiętać, jak wiele dzieje się w naszych szkołach w „normalnym czasie” także poza lekcjami. Dlatego nie możemy w edukacji online skupiać się tylko na przekazywaniu wiedzy, ale także jako nauczyciele powinniśmy robić coś więcej. Spotkajmy się online po południu, po lekcjach, zróbmy coś razem, wspólnie – żeby szkoła w edukacji zdalnej nie ograniczała się tylko do lekcji online – apelowała.
W trakcie swojego wystąpienia prelegentka dzieliła się wspaniałymi przykładami działań nauczycieli i uczniów z kilku szkół, opowiadając jak organizowali poetyckie wieczorki klasowe, wspólne budowanie w grze Minecraft – nocowanie z Minecraftem, a przede wszystkim niekończące się pogaduchy w nocy podejmując wspólne wyzwania na polu Minecraft. Bo szkoła to także relacje i na nie musimy szczególnie zwracać uwagę w tym trudnym czasie.
Zapraszamy do obejrzenia nagrania z super energetycznego webinarium – TUTAJ
Źródło: www.edunews.pl
Portal OKO.press zamieścił w ubiegłym tygodniu podcast, wzbogacony o promujący go tekst, zatytułowany „Szkoła jak w Norwegii. Czy to możliwe w Polsce?”. Poniżej zamieszczamy obszerny jego fragment oraz link na stronę portalu, pod którym można wysłuchać nagrania dyskusji, w której wzięły udział trzy dziennikarki: Hanna Zielińska, Justyna Suchecka z TVN24.pl i Agata Kowalska z OKO.press oraz słuchaczki i słuchacze „Powiększenia” [Nagranie trwa 54’44”]
[…] „Panuje tu wysokie zaufanie do ucznia, ale i do rodziców. Wywiadówki w Polsce to kurczenie się w ławce i obawa przed wyborem do trójki klasowej. W Norwegii nauczyciel w połowie zebrania wychodzi, a jeden z rodziców dalej prowadzi dyskusję. Rodzice sami decydują o sprawach klasy i rozwiązują część problemów, np. niewłaściwego zachowania jednego dziecka wobec drugiego” – opowiada Hanna Zielińska, dziennikarka i mama trójki dzieci, mieszkająca obecnie w Norwegii. „W szkole pracuje pielęgniarka, która nie tylko pomaga w sprawach medycznych, ale pełni też funkcję pielęgniarki środowiskowej. Regularnie umawia się z uczniami i ich rodzicami na indywidualne spotkania edukacyjne. Rozmawiamy wtedy o diecie, śnie, higienie cyfrowej, poziomie satysfakcji z życia, relacjach w klasie i w rodzinie” – opisuje Zielińska.
„Co czwartek moja piątoklasistka robi w formie pracy domowej prasówkę norweskich mediów i przygotowuje notatkę z wybranej wiadomości. Następnego dnia może się przekonać, dla ilu osób ten sam news był równie ważny, podyskutować o tym, jak zweryfikować jego źródło. Największym hitem wśród dzieci okazało się niedawne lądowanie na Marsie” – śmieje się dziennikarka.
„Niezależnie od pogody dzieci spędzają przerwy na dworze. Przez cały rok. A raz w tygodniu lekcje dla młodszych prowadzone są na zewnątrz. Oglądają rośliny, badają okolicę. Łażą po skałach, błocie, czasem któreś wlezie do rzeki” – opisuje.
Czy taka szkoła możliwa jest w Polsce? Które elementy skandynawskiego modelu nauczania już w niej znajdziemy? A dla jak wielu z nas nowoczesna szkoła to taka z tabletami i multimedialną tablicą, a nie szkoła bezpieczna, ciekawa i radosna? Posłuchaj dyskusji, w której wzięły udział trzy dziennikarki: Hanna Zielińska, Justyna Suchecka z TVN24.pl i Agata Kowalska z OKO.press oraz słuchaczki i słuchacze „Powiększenia”.
OKO.press – „Szkoła jak w Norwegii. Czy to możliwe w Polsce?” – TUTAJ
Źródło: www.oko.press
Okładka książki Jarka Szulskiego „Nauczyciel z Polski”
Na stronie „Krytyki Politycznej” zamieszczono artykuł Ewy Narożniak, zatytułowany „Kłopoty z „Nauczycielem z Polski”. Jest to warta poznania opinia o książce znanego nam Jarka Szulskiego „Nauczyciel z Polski„. Poniżej zamieszczamy fragmenty tego materiału i link do jego pełnej wersji.
[…] Piszę o tej książce, będąc w podwójnej roli. Jestem byłą wychowanką Szulskiego z jego pierwszej klasy wychowawczej, jeszcze w gimnazjum im. Stefana Batorego. W książce autor porusza kwestie i przywołuje wspomnienia, które dotyczą mojej klasy gimnazjalnej. Z drugiej strony sama jestem krytykapolityczna.pl nauczycielką − jedenasty rok uczę w Wielokulturowym Liceum Humanistycznym im. Jacka Kuronia, czyli w szkole, w której wiele przywoływanych przez Szulskiego nowatorskich rozwiązań czy pomysłów jest po prostu normą.
Część z tego, o czym pisze autor, jest mi szczególnie bliska i głęboko wierzę, że powinna być w szkole stałą praktyką. Indywidualne traktowanie osób uczniowskich, zwracanie uwagi na ich samopoczucie, składanie życzeń urodzinowych, rozmowa jako najważniejsza metoda wychowawcza, wykształcenie u osób uczniowskich sprawczości przez oddawanie im kontroli nad wspólnymi inicjatywami itd.
Jarek Szulski rezygnuje lub próbuje rezygnować, z wielu narzędzi władzy nad osobami uczniowskimi. Nie krzyczy, tylko rozmawia. Nie stawia stopni, oceny śródroczne służą tylko informacji zwrotnej dla ucznia czy uczennicy, nie decydują o ocenie końcoworocznej. Zresztą na koniec roku wystawia wszystkim to samo. Rezygnuje też z władzy przy organizacji wycieczek, oddając całą inicjatywę w ręce uczniów i uczennic. Jest z uczniami i uczennicami dużo bliżej niż przeciętny nauczyciel w szkole i w tych relacjach wykracza poza budynek szkoły – zaprasza ich na spotkania w mieście, dzwoni, dodaje do znajomych na Facebooku. Mówi często o swoich niedoskonałościach i stara się być autentyczny.
Świadoma rezygnacja z przemocy w relacjach szkolnych jest w polskiej edukacji bardzo potrzebna. Tyle że nie likwiduje ona relacji władzy, a jedynie ją zmienia i wprowadza inne jej mechanizmy.[…]
W książce poruszył też inną trudną kwestię – czułości i dotyku w relacji nauczyciela z uczniami i uczennicami. Szulski dowodzi, że dotyk w tej relacji może być pożądany przez obie strony i stanowić wyraz wzajemnej sympatii. Problemem i zagrożeniem jest jednak to, w jaki sposób dotyk jest inicjowany. Szulski zaś pisze tak: „Podczas jednej z pierwszych lekcji z nową klasą jeden z uczniów ciągle gadał, no to go chwyciłem za szyję i nieco przydusiłem. Zapadła cisza. Zreflektowałem się i ja, przecież jeszcze nie znałem tych młodych ludzi ani oni nie znali mnie. Wytłumaczyłem więc, że tak mam, że muszę kogoś czasem zdzielić, bo inaczej się zapowietrzam, ale oczywiście jeśli tego nie lubią lub im to przeszkadza, to nie będę tego robił”.
Po dłuższej przerwie zajrzeliśmy na fejsbukowy profil Tomasza Tokarza. Oto jeden z najnowszych tekstów, który zwrócił naszą uwagę – mamy nadzieję, że jego zamieszczenie (bez skrótów) na stronie OE spotka się także z zainteresowaniem naszych Czytelniczek i Czytelników. Fragmenty tekstu wyróżnione pogrubioną czcionką lub podkreślone – redakcja OE:
Słowo tresura – odniesione do praktyki szkolnej – budzi spore emocje. Dlaczego? Być może wynika to z faktu, że przywykliśmy słowo tresura utożsamiać z oddziaływaniem na zwierzęta. To jednak kwestia jedynie przyzwyczajenia, bo zakres znaczeniowy jest szerszy.
Pomijając już nawet fakt, że człowiek jest także gatunkiem należącym do królestwa zwierząt, musimy pamiętać, że etymologicznie słowo tresura nie zawiera w sobie nic, co odnosiłoby się bezpośrednio do zwierząt.
Pochodzi od francuskiego „dresser” (układać), a to od łacińskiego „directaire” czyli ustawiać, naprostowywać, stawiać do pionu. Stąd też dyrektywy. Tresura pierwotnie znaczyła po prostu kształtowanie/formowanie według narzuconych instrukcji, przycinanie do ustalonej formy, oddziaływanie na dany obiekt mające na celu dopasowanie go do matrycy.
W słowniku języka polskiego słowo tresura ma dwa znaczenia:
1.«uczenie zwierząt rozumienia i wykonywania poleceń»
2.«uczenie kogoś za pomocą nakazów, zakazów i surowych kar»
Nietrudno uznać, że właściwie chodzi o to samo i spokojnie można tę definicję połączyć w jedno: uczenie istot żywych rozumienia i wykonywania poleceń za pomocą nakazów, zakazów i kar.
Tresura odbywa się najczęściej poprzez skłanianie innych istot do wielokrotnego powtarzania określonych czynności w jednakowych okolicznościach, co ma wykształcić w nich pożądane przez tresującego odruchy (zadanie — rozwiązywanie, ćwiczenie — siedzenie po nocach, sprawdzian — kucie). Mamy tu do czynienia ze stymulacją poprzez bodźce wywołujące określone reakcje.
Ważnym elementem tresury jest przemoc mająca na celu złamanie woli tresowanego oraz techniki manipulacyjne oparte na warunkowaniu karami i nagrodami.
Istota wytresowana wykonuje określone działania na znak tresującego. Rzucamy patyk – pies biegnie. Mówimy siad – pies siada. Mówimy zrób zadanie – uczeń robi. Wyznaczamy test – uczeń rozwiązuje. Nie jest tu potrzebne tłumaczenie jaki jest sens tych działań, reakcja musi być automatyczna.
Istotę dobrze wytresowaną poznaje się po tym, że bezkrytycznie wykonuje polecenia. Gorliwie robi to, czego się od niej wymaga. Słucha się. Nie zadaje zbędnych, trudnych pytań (typu: „Po co mam to robić?” czy „Do czego mi się to przyda?”). Pomaga treserowi w wykonywaniu jego obowiązków. Cieszy się, kiedy treser jest zadowolony.
Tresowany realizuje zadania, których nie rozumie, do celów, których nie ustalił, a wszystko polega na posłuchu — rozliczany jest głównie z tego, jak skrupulatnie wykona zachcianki tresera. „Hop, hop, skacz przez obręcz, bądź w tym najlepszy, mama będzie dumna”.
Tresura odbywa się najczęściej w specjalnie do tego przeznaczonych budynkach, odizolowanych od pozostałej przestrzeni siatką lub murem. Tresowani muszą przebywać tam kilka godzin dziennie, aby działania zakończyły się powodzeniem.
Tresur przebiega zgodnie ze szczegółowym programem. Efektywność mierzona jest zgodnością ze starannie zaplanowanymi procedurami.
Wczoraj (22 marca 2021r.) Robert Raczyński – anglista, tutor, nauczyciel chyba nie tylko angielskiego, ale z dystansem do misji, metodyki i nauczania masowego, dydaktyczny oportunista, jak przedstawiono go na portalu EDUNEWS, po trzech tygodniach pauzowania, zamieścił na swoim blogu „Eduopticon” nowy tekst, zatytułowany „(Nie)oczywistości”.
Jako że post ten ma 13 127 znaków – zaprezentujemy tylko, jako „rozbiegówkę”, czyli jego początkowe fragmenty, gdyż nie chcemy być posądzeni, że prezentowane „kawałki” zostały, stronniczo, wyrwane z kontekstu. Ale gorąco namawiamy każdego, kto po przeczytaniu tego co zamieściliśmy poniżej zainteresował się/zdenerwował/oburzył (odpowiednie wybrać), aby kliknął w link jaki na dole tego materiału zamieściliśmy i dał prawo autorowi zaprezentowania całości jego poglądów.
Pogrubienia i podkreślenia fragmentów przytoczonego tekstu – redakcja OE. Zapraszamy:
Muszę przyznać, że gdyby nie było to niestosowne, a temat poważny, ryczałbym ze śmiechu, czytając doniesienia o klęsce zdalnej edukacji. Najzabawniejsze wydaje mi się ogólne zdziwienie i zaskoczenie obserwowaną rzeczywistością. Do znudzenia powtarzam wszystkim zdumionym, że to, co wreszcie widzą, nie zaistniało rok temu i nie jest konsekwencją spożywania mięsa nietoperzy. Zamiast się irytować i ciskać gromy na Microsoft i lekcje on-line, powinni raczej być wdzięczni wirusowi, że pozwolił im na wgląd w coś, co działało, jak widać, poza ich świadomością. Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego nie rozumieją, że niezależnie od swej niedoskonałości, kształcenie zdalne ma tę zaletę, że skupia jak w soczewce całą prawdę o szkole, która na co dzień w ogóle nikomu nie przeszkadza. Wszystkie detale, które raptem ich bulwersują, są emanacją bardziej podstawowych i przyjętych za ogólną (bierną) zgodą zasad funkcjonowania całej oświaty.
Niestety, jestem głęboko przeświadczony, że, jak zwykle, na olśnieniu i oburzeniu się skończy, bo do naprawy sytuacji potrzebne jest rozumienie przyczyn problemu, a na dodatek pogodzenie się z ich pochodzeniem. Z doświadczenia wiem, że akceptacja prawd z różnych przyczyn niewygodnych przychodzi większości bardzo ciężko i z reguły łatwiej jej jest znaleźć kozła ofiarnego, niż jakiś problem rozwiązywać.* Gwałtowne olśnienie, bez zrozumienia stało się znakiem firmowym współczesności, więc wiem, że to, co piszę i tak spłynie po owej większości, jak po przysłowiowej kaczce, a mniejszość i tak nic nie może z tym fantem zrobić, poza wołaniem na puszczy. Właśnie takie wołanie usłyszałem ostatnio od redaktora naczelnego edunews.pl, którego wpis wywołał wśród czytelników portalu spore poruszenie.
Zacznę od zacytowania jego apelu, który, po przeczytaniu tego bardzo potrzebnego tekstu, wszystkim czytelnikom jeszcze dźwięczy w uszach:
„Ten tekst powstał też z tego powodu, że takich nauczycieli [dających radę nauczaniu on-line] jest ciągle za mało. A może być ich więcej!”
Bardzo mi przykro, ale nie może i nie będzie. Przynajmniej tak wielu i tak szybko, aby zaradzić problemom, trapiącym obecnie edukację zdalną. Podkreślę tu także z całą mocą, że to nie medium jest złe, a jedynie ich użytkownicy niedojrzali i mam tu na myśli ludzi po obydwu stronach łącza. Zgodnie z diagnozą red. Polaka, obydwu stronom brakuje kompetencji. Diagnozę należy jednak rozszerzyć o etiologię. Uczniom (całym ich pokoleniom) brakuje kompetencji, bo ktoś im od lat wmawia, że niewiele muszą, żadna wiedza nie jest dość praktyczna, by się nią kalać, a nauczyciel ma im zastąpić grę komputerową, której jak na złość na lekcji nie wolno im odpalić (na marginesie, warto zastanowić się, czy nie czas już wreszcie zagospodarować to medium). Nauczycielom, bo… Tu lista przyczyn jest długa, ale przytoczę tylko te najbardziej (nie)oczywiste:
Po pierwsze, nikt nie wie, a jak wie, to nie określił (w postaci oficjalnych i, co jasne, stale uaktualnianych wymagań), jakie to mają być kompetencje. Nie, że miękkie, albo lekko pół-twarde, ale konkretnie jakie. Wszystkie rozwodnione zapisy z KN i innych przewodników dla niewidomych dzieci we mgle nadają się do chrzanu tarcia i sprawozdawczych tabelek „nadzoru pedagogicznego”, bo mają więcej wspólnego z chciejstwem i ad hoc przyjętymi założeniami ideologicznymi, niż z rzeczywistością. Nie wystarczy napisać, że „nauczyciel posiada umiejętność posługiwania się komputerem”, bo ukończył szkolenie z umieszczania folderu na pulpicie. Tam ma stać, jak wół, że ktoś chcący uczyć w szkole musi w tym konkretnym roku szkolnym umieć posługiwać się takimi, a takimi programami i takim, a nie innym sprzętem. A jeśli powinien znać język obcy, to w mowie i w piśmie, na poziomie określonym ogólnie przyjętym certyfikatem, a nie świadectwem szkółki niedzielnej. Itd., itp.
Po drugie, precyzyjnie już określone kwalifikacje, przyszły nauczyciel powinien w większości wynosić ze studiów, a nie z przygodnych dokształtów, za które płaci odciskami na tyłku, wysiedzianymi po fajrancie. Z oczywistości uczenia się przez całe życie, uczyniono w tym kraju parodię zdobywania kompetencji, uwiarygodnianą dyplomami niewartymi na ogół papieru, na którym je wydrukowano. Jest oczywiste, że nauczyciel zawsze będzie miał się czego uczyć, bo kiedyś studia skończyć musi – problem w tym, że szkolenia później mu oferowane muszą mieć realną, wymierną i weryfikowalną wartość merytoryczną, odróżnialną od papki na poziomie śp. gimnazjum, którą wszyscy doskonale znamy z wypełniaczy czasu pracy (bo przecież wszyscy wiedzą, że nauczyciel pracuje za mało). Poza tym, owo zdobywanie kwalifikacji musi kończyć się egzekwowaniem ich w praktyce, a nie wpisem w sprawozdaniu z realizacji planu rozwoju zawodowego. […]
Cały tekst „(Nie)oczywistości” – TUTAJ
Źródło: www.eduopticum.wordpress.com











