
Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'
Screen z pliku filmowego na You Tube [ www.youtube.com]
Portal EDUNEWS zamieścił dziś materiał „z archiwum” – informację o wygłoszonej podczas lutowego webinarium Akademii Cyfrowego Edukatora przez Edytę Borowicz-Czuchrytę – nauczycielkę w Szkole Podstawowej w Szczekarkowie – pogadance, która mówiła o opowiadała o tym, jak organizować życie szkoły w czasie edukacji zdalnej – jak integrować uczniów i nadal realizować szkolne wydarzenia choćby zdalnie.
Oto fragmenty tego tekstu z EDUNEWS i link na Yoy Tube z wystąpieniem Edyty Borowicz-Czuchryty:
Możemy mieć w szkole wszystko – każdą najwspanialszą technologię, doskonałe narzędzia i pomoce dydaktyczne, piękne sale i innowacyjne przestrzenie zachęcające do spotkań i uczenia się, a mimo to pozostać szkołą, która nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału i która nie daje uczniom tyle, ile mogłaby dać. Musimy cały czas poszukiwać i uczyć się wykorzystywać możliwości, aby rozwijać się jako nauczyciele i rozwijać naszych uczniów. Nie tylko pod kątem pogłębiania wiedzy i umiejętności, ale też budowania dobrych relacji w społeczności szkolnej. […]
Nauczycielka podzieliła się także ciekawą myślą, która towarzyszy jej od kilku lat pracy w szkole: nie jest ważne, co szkoła ma, ale co robi, z tym, co ma.
Jak mówiła – To jest moje motto, które jest dla mnie ważne każdego dnia. Teraz mamy szczególny czas, czas online edukacji. Wyzwanie dla wszystkich edukatorów. Wiele osób, rodziców dostrzega liczne problemy w związku ze zdalnym nauczaniem. Słyszy się, że nauczanie online jest nudne, bywają trudności techniczne, zbyt wiele czasu spędzamy przed ekranami, ponieważ uczniowie po lekcjach siedzą drugie tyle odrabiając prace domowe przy komputerach. W tym cały szaleństwie najważniejsze, żeby uczeń był w centrum naszego (i całej szkoły) zainteresowania. Powinniśmy pamiętać, jak wiele dzieje się w naszych szkołach w „normalnym czasie” także poza lekcjami. Dlatego nie możemy w edukacji online skupiać się tylko na przekazywaniu wiedzy, ale także jako nauczyciele powinniśmy robić coś więcej. Spotkajmy się online po południu, po lekcjach, zróbmy coś razem, wspólnie – żeby szkoła w edukacji zdalnej nie ograniczała się tylko do lekcji online – apelowała.
W trakcie swojego wystąpienia prelegentka dzieliła się wspaniałymi przykładami działań nauczycieli i uczniów z kilku szkół, opowiadając jak organizowali poetyckie wieczorki klasowe, wspólne budowanie w grze Minecraft – nocowanie z Minecraftem, a przede wszystkim niekończące się pogaduchy w nocy podejmując wspólne wyzwania na polu Minecraft. Bo szkoła to także relacje i na nie musimy szczególnie zwracać uwagę w tym trudnym czasie.
Zapraszamy do obejrzenia nagrania z super energetycznego webinarium – TUTAJ
Źródło: www.edunews.pl
Portal OKO.press zamieścił w ubiegłym tygodniu podcast, wzbogacony o promujący go tekst, zatytułowany „Szkoła jak w Norwegii. Czy to możliwe w Polsce?”. Poniżej zamieszczamy obszerny jego fragment oraz link na stronę portalu, pod którym można wysłuchać nagrania dyskusji, w której wzięły udział trzy dziennikarki: Hanna Zielińska, Justyna Suchecka z TVN24.pl i Agata Kowalska z OKO.press oraz słuchaczki i słuchacze „Powiększenia” [Nagranie trwa 54’44”]
[…] „Panuje tu wysokie zaufanie do ucznia, ale i do rodziców. Wywiadówki w Polsce to kurczenie się w ławce i obawa przed wyborem do trójki klasowej. W Norwegii nauczyciel w połowie zebrania wychodzi, a jeden z rodziców dalej prowadzi dyskusję. Rodzice sami decydują o sprawach klasy i rozwiązują część problemów, np. niewłaściwego zachowania jednego dziecka wobec drugiego” – opowiada Hanna Zielińska, dziennikarka i mama trójki dzieci, mieszkająca obecnie w Norwegii. „W szkole pracuje pielęgniarka, która nie tylko pomaga w sprawach medycznych, ale pełni też funkcję pielęgniarki środowiskowej. Regularnie umawia się z uczniami i ich rodzicami na indywidualne spotkania edukacyjne. Rozmawiamy wtedy o diecie, śnie, higienie cyfrowej, poziomie satysfakcji z życia, relacjach w klasie i w rodzinie” – opisuje Zielińska.
„Co czwartek moja piątoklasistka robi w formie pracy domowej prasówkę norweskich mediów i przygotowuje notatkę z wybranej wiadomości. Następnego dnia może się przekonać, dla ilu osób ten sam news był równie ważny, podyskutować o tym, jak zweryfikować jego źródło. Największym hitem wśród dzieci okazało się niedawne lądowanie na Marsie” – śmieje się dziennikarka.
„Niezależnie od pogody dzieci spędzają przerwy na dworze. Przez cały rok. A raz w tygodniu lekcje dla młodszych prowadzone są na zewnątrz. Oglądają rośliny, badają okolicę. Łażą po skałach, błocie, czasem któreś wlezie do rzeki” – opisuje.
Czy taka szkoła możliwa jest w Polsce? Które elementy skandynawskiego modelu nauczania już w niej znajdziemy? A dla jak wielu z nas nowoczesna szkoła to taka z tabletami i multimedialną tablicą, a nie szkoła bezpieczna, ciekawa i radosna? Posłuchaj dyskusji, w której wzięły udział trzy dziennikarki: Hanna Zielińska, Justyna Suchecka z TVN24.pl i Agata Kowalska z OKO.press oraz słuchaczki i słuchacze „Powiększenia”.
OKO.press – „Szkoła jak w Norwegii. Czy to możliwe w Polsce?” – TUTAJ
Źródło: www.oko.press
Okładka książki Jarka Szulskiego „Nauczyciel z Polski”
Na stronie „Krytyki Politycznej” zamieszczono artykuł Ewy Narożniak, zatytułowany „Kłopoty z „Nauczycielem z Polski”. Jest to warta poznania opinia o książce znanego nam Jarka Szulskiego „Nauczyciel z Polski„. Poniżej zamieszczamy fragmenty tego materiału i link do jego pełnej wersji.
[…] Piszę o tej książce, będąc w podwójnej roli. Jestem byłą wychowanką Szulskiego z jego pierwszej klasy wychowawczej, jeszcze w gimnazjum im. Stefana Batorego. W książce autor porusza kwestie i przywołuje wspomnienia, które dotyczą mojej klasy gimnazjalnej. Z drugiej strony sama jestem krytykapolityczna.pl nauczycielką − jedenasty rok uczę w Wielokulturowym Liceum Humanistycznym im. Jacka Kuronia, czyli w szkole, w której wiele przywoływanych przez Szulskiego nowatorskich rozwiązań czy pomysłów jest po prostu normą.
Część z tego, o czym pisze autor, jest mi szczególnie bliska i głęboko wierzę, że powinna być w szkole stałą praktyką. Indywidualne traktowanie osób uczniowskich, zwracanie uwagi na ich samopoczucie, składanie życzeń urodzinowych, rozmowa jako najważniejsza metoda wychowawcza, wykształcenie u osób uczniowskich sprawczości przez oddawanie im kontroli nad wspólnymi inicjatywami itd.
Jarek Szulski rezygnuje lub próbuje rezygnować, z wielu narzędzi władzy nad osobami uczniowskimi. Nie krzyczy, tylko rozmawia. Nie stawia stopni, oceny śródroczne służą tylko informacji zwrotnej dla ucznia czy uczennicy, nie decydują o ocenie końcoworocznej. Zresztą na koniec roku wystawia wszystkim to samo. Rezygnuje też z władzy przy organizacji wycieczek, oddając całą inicjatywę w ręce uczniów i uczennic. Jest z uczniami i uczennicami dużo bliżej niż przeciętny nauczyciel w szkole i w tych relacjach wykracza poza budynek szkoły – zaprasza ich na spotkania w mieście, dzwoni, dodaje do znajomych na Facebooku. Mówi często o swoich niedoskonałościach i stara się być autentyczny.
Świadoma rezygnacja z przemocy w relacjach szkolnych jest w polskiej edukacji bardzo potrzebna. Tyle że nie likwiduje ona relacji władzy, a jedynie ją zmienia i wprowadza inne jej mechanizmy.[…]
W książce poruszył też inną trudną kwestię – czułości i dotyku w relacji nauczyciela z uczniami i uczennicami. Szulski dowodzi, że dotyk w tej relacji może być pożądany przez obie strony i stanowić wyraz wzajemnej sympatii. Problemem i zagrożeniem jest jednak to, w jaki sposób dotyk jest inicjowany. Szulski zaś pisze tak: „Podczas jednej z pierwszych lekcji z nową klasą jeden z uczniów ciągle gadał, no to go chwyciłem za szyję i nieco przydusiłem. Zapadła cisza. Zreflektowałem się i ja, przecież jeszcze nie znałem tych młodych ludzi ani oni nie znali mnie. Wytłumaczyłem więc, że tak mam, że muszę kogoś czasem zdzielić, bo inaczej się zapowietrzam, ale oczywiście jeśli tego nie lubią lub im to przeszkadza, to nie będę tego robił”.
Po dłuższej przerwie zajrzeliśmy na fejsbukowy profil Tomasza Tokarza. Oto jeden z najnowszych tekstów, który zwrócił naszą uwagę – mamy nadzieję, że jego zamieszczenie (bez skrótów) na stronie OE spotka się także z zainteresowaniem naszych Czytelniczek i Czytelników. Fragmenty tekstu wyróżnione pogrubioną czcionką lub podkreślone – redakcja OE:
Słowo tresura – odniesione do praktyki szkolnej – budzi spore emocje. Dlaczego? Być może wynika to z faktu, że przywykliśmy słowo tresura utożsamiać z oddziaływaniem na zwierzęta. To jednak kwestia jedynie przyzwyczajenia, bo zakres znaczeniowy jest szerszy.
Pomijając już nawet fakt, że człowiek jest także gatunkiem należącym do królestwa zwierząt, musimy pamiętać, że etymologicznie słowo tresura nie zawiera w sobie nic, co odnosiłoby się bezpośrednio do zwierząt.
Pochodzi od francuskiego „dresser” (układać), a to od łacińskiego „directaire” czyli ustawiać, naprostowywać, stawiać do pionu. Stąd też dyrektywy. Tresura pierwotnie znaczyła po prostu kształtowanie/formowanie według narzuconych instrukcji, przycinanie do ustalonej formy, oddziaływanie na dany obiekt mające na celu dopasowanie go do matrycy.
W słowniku języka polskiego słowo tresura ma dwa znaczenia:
1.«uczenie zwierząt rozumienia i wykonywania poleceń»
2.«uczenie kogoś za pomocą nakazów, zakazów i surowych kar»
Nietrudno uznać, że właściwie chodzi o to samo i spokojnie można tę definicję połączyć w jedno: uczenie istot żywych rozumienia i wykonywania poleceń za pomocą nakazów, zakazów i kar.
Tresura odbywa się najczęściej poprzez skłanianie innych istot do wielokrotnego powtarzania określonych czynności w jednakowych okolicznościach, co ma wykształcić w nich pożądane przez tresującego odruchy (zadanie — rozwiązywanie, ćwiczenie — siedzenie po nocach, sprawdzian — kucie). Mamy tu do czynienia ze stymulacją poprzez bodźce wywołujące określone reakcje.
Ważnym elementem tresury jest przemoc mająca na celu złamanie woli tresowanego oraz techniki manipulacyjne oparte na warunkowaniu karami i nagrodami.
Istota wytresowana wykonuje określone działania na znak tresującego. Rzucamy patyk – pies biegnie. Mówimy siad – pies siada. Mówimy zrób zadanie – uczeń robi. Wyznaczamy test – uczeń rozwiązuje. Nie jest tu potrzebne tłumaczenie jaki jest sens tych działań, reakcja musi być automatyczna.
Istotę dobrze wytresowaną poznaje się po tym, że bezkrytycznie wykonuje polecenia. Gorliwie robi to, czego się od niej wymaga. Słucha się. Nie zadaje zbędnych, trudnych pytań (typu: „Po co mam to robić?” czy „Do czego mi się to przyda?”). Pomaga treserowi w wykonywaniu jego obowiązków. Cieszy się, kiedy treser jest zadowolony.
Tresowany realizuje zadania, których nie rozumie, do celów, których nie ustalił, a wszystko polega na posłuchu — rozliczany jest głównie z tego, jak skrupulatnie wykona zachcianki tresera. „Hop, hop, skacz przez obręcz, bądź w tym najlepszy, mama będzie dumna”.
Tresura odbywa się najczęściej w specjalnie do tego przeznaczonych budynkach, odizolowanych od pozostałej przestrzeni siatką lub murem. Tresowani muszą przebywać tam kilka godzin dziennie, aby działania zakończyły się powodzeniem.
Tresur przebiega zgodnie ze szczegółowym programem. Efektywność mierzona jest zgodnością ze starannie zaplanowanymi procedurami.
Wczoraj (22 marca 2021r.) Robert Raczyński – anglista, tutor, nauczyciel chyba nie tylko angielskiego, ale z dystansem do misji, metodyki i nauczania masowego, dydaktyczny oportunista, jak przedstawiono go na portalu EDUNEWS, po trzech tygodniach pauzowania, zamieścił na swoim blogu „Eduopticon” nowy tekst, zatytułowany „(Nie)oczywistości”.
Jako że post ten ma 13 127 znaków – zaprezentujemy tylko, jako „rozbiegówkę”, czyli jego początkowe fragmenty, gdyż nie chcemy być posądzeni, że prezentowane „kawałki” zostały, stronniczo, wyrwane z kontekstu. Ale gorąco namawiamy każdego, kto po przeczytaniu tego co zamieściliśmy poniżej zainteresował się/zdenerwował/oburzył (odpowiednie wybrać), aby kliknął w link jaki na dole tego materiału zamieściliśmy i dał prawo autorowi zaprezentowania całości jego poglądów.
Pogrubienia i podkreślenia fragmentów przytoczonego tekstu – redakcja OE. Zapraszamy:
Muszę przyznać, że gdyby nie było to niestosowne, a temat poważny, ryczałbym ze śmiechu, czytając doniesienia o klęsce zdalnej edukacji. Najzabawniejsze wydaje mi się ogólne zdziwienie i zaskoczenie obserwowaną rzeczywistością. Do znudzenia powtarzam wszystkim zdumionym, że to, co wreszcie widzą, nie zaistniało rok temu i nie jest konsekwencją spożywania mięsa nietoperzy. Zamiast się irytować i ciskać gromy na Microsoft i lekcje on-line, powinni raczej być wdzięczni wirusowi, że pozwolił im na wgląd w coś, co działało, jak widać, poza ich świadomością. Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego nie rozumieją, że niezależnie od swej niedoskonałości, kształcenie zdalne ma tę zaletę, że skupia jak w soczewce całą prawdę o szkole, która na co dzień w ogóle nikomu nie przeszkadza. Wszystkie detale, które raptem ich bulwersują, są emanacją bardziej podstawowych i przyjętych za ogólną (bierną) zgodą zasad funkcjonowania całej oświaty.
Niestety, jestem głęboko przeświadczony, że, jak zwykle, na olśnieniu i oburzeniu się skończy, bo do naprawy sytuacji potrzebne jest rozumienie przyczyn problemu, a na dodatek pogodzenie się z ich pochodzeniem. Z doświadczenia wiem, że akceptacja prawd z różnych przyczyn niewygodnych przychodzi większości bardzo ciężko i z reguły łatwiej jej jest znaleźć kozła ofiarnego, niż jakiś problem rozwiązywać.* Gwałtowne olśnienie, bez zrozumienia stało się znakiem firmowym współczesności, więc wiem, że to, co piszę i tak spłynie po owej większości, jak po przysłowiowej kaczce, a mniejszość i tak nic nie może z tym fantem zrobić, poza wołaniem na puszczy. Właśnie takie wołanie usłyszałem ostatnio od redaktora naczelnego edunews.pl, którego wpis wywołał wśród czytelników portalu spore poruszenie.
Zacznę od zacytowania jego apelu, który, po przeczytaniu tego bardzo potrzebnego tekstu, wszystkim czytelnikom jeszcze dźwięczy w uszach:
„Ten tekst powstał też z tego powodu, że takich nauczycieli [dających radę nauczaniu on-line] jest ciągle za mało. A może być ich więcej!”
Bardzo mi przykro, ale nie może i nie będzie. Przynajmniej tak wielu i tak szybko, aby zaradzić problemom, trapiącym obecnie edukację zdalną. Podkreślę tu także z całą mocą, że to nie medium jest złe, a jedynie ich użytkownicy niedojrzali i mam tu na myśli ludzi po obydwu stronach łącza. Zgodnie z diagnozą red. Polaka, obydwu stronom brakuje kompetencji. Diagnozę należy jednak rozszerzyć o etiologię. Uczniom (całym ich pokoleniom) brakuje kompetencji, bo ktoś im od lat wmawia, że niewiele muszą, żadna wiedza nie jest dość praktyczna, by się nią kalać, a nauczyciel ma im zastąpić grę komputerową, której jak na złość na lekcji nie wolno im odpalić (na marginesie, warto zastanowić się, czy nie czas już wreszcie zagospodarować to medium). Nauczycielom, bo… Tu lista przyczyn jest długa, ale przytoczę tylko te najbardziej (nie)oczywiste:
Po pierwsze, nikt nie wie, a jak wie, to nie określił (w postaci oficjalnych i, co jasne, stale uaktualnianych wymagań), jakie to mają być kompetencje. Nie, że miękkie, albo lekko pół-twarde, ale konkretnie jakie. Wszystkie rozwodnione zapisy z KN i innych przewodników dla niewidomych dzieci we mgle nadają się do chrzanu tarcia i sprawozdawczych tabelek „nadzoru pedagogicznego”, bo mają więcej wspólnego z chciejstwem i ad hoc przyjętymi założeniami ideologicznymi, niż z rzeczywistością. Nie wystarczy napisać, że „nauczyciel posiada umiejętność posługiwania się komputerem”, bo ukończył szkolenie z umieszczania folderu na pulpicie. Tam ma stać, jak wół, że ktoś chcący uczyć w szkole musi w tym konkretnym roku szkolnym umieć posługiwać się takimi, a takimi programami i takim, a nie innym sprzętem. A jeśli powinien znać język obcy, to w mowie i w piśmie, na poziomie określonym ogólnie przyjętym certyfikatem, a nie świadectwem szkółki niedzielnej. Itd., itp.
Po drugie, precyzyjnie już określone kwalifikacje, przyszły nauczyciel powinien w większości wynosić ze studiów, a nie z przygodnych dokształtów, za które płaci odciskami na tyłku, wysiedzianymi po fajrancie. Z oczywistości uczenia się przez całe życie, uczyniono w tym kraju parodię zdobywania kompetencji, uwiarygodnianą dyplomami niewartymi na ogół papieru, na którym je wydrukowano. Jest oczywiste, że nauczyciel zawsze będzie miał się czego uczyć, bo kiedyś studia skończyć musi – problem w tym, że szkolenia później mu oferowane muszą mieć realną, wymierną i weryfikowalną wartość merytoryczną, odróżnialną od papki na poziomie śp. gimnazjum, którą wszyscy doskonale znamy z wypełniaczy czasu pracy (bo przecież wszyscy wiedzą, że nauczyciel pracuje za mało). Poza tym, owo zdobywanie kwalifikacji musi kończyć się egzekwowaniem ich w praktyce, a nie wpisem w sprawozdaniu z realizacji planu rozwoju zawodowego. […]
Cały tekst „(Nie)oczywistości” – TUTAJ
Źródło: www.eduopticum.wordpress.com
Screen z pliku na You Tube „Lekcja:Enter – Świat nowej edukacji”
W ubiegłym tygodniu, na portalu „Wirtualna Polska” zamieszczono tekst Agnieszki Jarosz zatytułowany „Lekcja: Enter, czyli o nauczycielach, którzy zmieniają lekcje w ciekawą przygodę”. Oto jego obszerne fragmenty i link do pełnej wersji:
[…] Ubiegłoroczny lockdown zaskoczył wszystkich – w tym uczniów, rodziców i nauczycieli. Tych ostatnich postawił wręcz pod ścianą. No bo jak w ciągu kilku dni zamienić czarną tablicę, kredę i zwykły zeszyt – w wirtualne zajęcia prowadzone za pośrednictwem komputera? Był więc i strach, i setki dylematów. Skutek był taki, że lekcje ograniczały się do wysyłania przez nauczycieli zadań i tematów do przeczytania. Robiło tak aż 70 proc. z nich. Ci bardziej obeznani z technologiami, spotykali się z uczniami za pośrednictwem komunikatorów lub programów do wideokonferencji. Wychodziło to różnie, bo i uczniowie niespecjalnie spieszyli się do takich lekcji.
Szkoła nie była przygotowana na zmiany nauczania. Przyspieszyła to w ekspresowym tempie zupełnie nieoczekiwana pandemia. I nie chodzi tylko o samą technologię, ale zmiany systemowe w edukacji. Okazało się, że lekcje od wielu lat prowadzone były i są w ten sam sposób. Brakuje wciąż nowoczesności, za dużo jest teorii, za mało doświadczeń. A i uczeń nie stoi w samym centrum nauczania, bo najważniejsza staje się podstawa programowa. Istotą nie jest to, że nauczyciel potrafi przeprowadzić lekcję onliNudne lekcje? Trzeba to zmienić. Istotne jest to, żeby nauczyciel potrafił przeprowadzić w taki sposób lekcję ciekawą. Pandemia uwypukliła i spotęgowała te problemy. Bo choć z wykorzystaniem nowoczesnych technologii lekcje wciąż mogą pozostać nudne.
Nudne lekcje? Trzeba to zmienić
Pomogą w tym zajęcia z wykorzystaniem cyfrowych narzędzi i e-zasobów. Celem „Lekcji:Enter” jest dostosowanie lekcji do potrzeb młodych ludzi i tego, jak uczą się w czasach, kiedy dostęp do informacji jest tak szybki. Bez umiejętności korzystania z technologii, wykorzystywania ich w procesie nauczania nic się nie zmieni. Ba! Będzie jeszcze gorzej. A przecież, bez względu na to czy pandemia trwać będzie krótko, czy długo – nie uciekniemy przez cyfrową rewolucją*.
Przed tygodniem (13 marca 2021r.), w materiale zatytułowanym „Profesor Śliwerski krytycznie o raporcie „Poza horyzont – Kurs na edukację”, prezentowaliśmy opinię autora bloga PEDAGOG o publikacji, w której o przyszłości polskiej edukacji wypowiadali się uczeni, nie będący pedagogami. Dziś, po zapoznaniu się z informacją o pewnej konferencji online, która odbyła się z inicjatywy bardzo nietypowego organizatora, proponujemy lekturę kolejnych postów z bloga PEDAGOG – tym razem prezentujących wypowiedzi profesorów pedagogiki:
3 marca [2021r.] w auli biblioteki Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie odbyła się międzynarodowa konferencja online pt. „Edukacja w pandemii. Nowe zjawiska, zagrożenia i szanse. Perspektywa edukacji (nie tylko) służb państwowych”. Tym razem przedsięwzięcie zostało zorganizowane przez Instytut Nauk Społecznych Wydziału Bezpieczeństwa i Nauk Prawnych. Patronat honorowy nad konferencją objął Mariusz Kamiński — Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, natomiast Komendant Główny Policji, gen. insp. dr Jarosław Szymczyk, objął funkcję przewodniczącego komitetu honorowego.
Tematyka konferencji dotyczyła pandemii koronawirusa SARS-CoV-2, który stał się jednym z zasadniczych zmiennych kształtujących różne wymiary egzystencji człowieka we współczesnym świecie, a jej wpływ na wszystkie sfery życia człowieka jest oczywisty i niepodważalny. Dostrzegane są jej następstwa w obszarze społecznym, prawnym, edukacyjnym i kulturowym. W dynamicznie zmieniającej się pandemicznej rzeczywistości, jedną z tych przestrzeni, która wymaga większego wysiłku adaptacyjnego i akomodacyjnego, jest przestrzeń edukacyjna podlegająca od wielu miesięcy dynamicznym przeobrażeniom. Pojawiają się jej nowe formy, ale również zagrożenia, ryzyko i – nie zawsze – pozytywne następstwa. Już w pierwszej fazie pandemii działalność edukacyjna konfrontowała się z wieloma ograniczeniami, później z niepewnością, aby następnie przejść do etapu podjęcia trudu wdrażania zmiany koniecznej dla utrzymania jakości m. in. takich procesów, jak: wychowania, uczenia się czy nauczania.
[…] Wśród prelegentów znaleźli się znani i cenieni w świecie nauki specjaliści z dziedziny pedagogiki, socjologii i resocjalizacji, z polskich i zagranicznych ośrodków naukowych m. in.: prof. dr hab. Bogusław Śliwerski z Uniwersytetu Łódzkiego, doktor h.c. multi; prof. dr hab. Zbyszko Melosik z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, doktor h.c. Uniwersytetu Szczecińskiego; prof. dr hab. Marek Konopczyński z Uniwersytetu w Białymstoku. W konferencji uczestniczyli także przedstawiciele uczelni zagranicznych m. in. prof. Zoryana Kovalczuk i dr Yuriy Nazar z Państwowego Uniwersytetu Spraw Wewnętrznych Ukrainy; Tille Maurer z Akademii Policyjnej Dolnej Saksonii (Niemcy); prof. Martins Sprindzas z Wyższej Szkoły Straży Granicznej Republiki Łotewskiej w Rezekne. […]
Celem konferencji była próba zdiagnozowania stanu współcześnie funkcjonującej w dobie pandemii edukacji, a w szczególności zmian w niej zachodzących czy nowych zjawisk pojawiających się w jej przestrzeni. Nie sposób nie zauważyć już zachodzących w jej zakresie przeobrażeń organizacyjnych czy wdrażania innych niż dotychczas sposobów pracy dydaktycznej, wychowawczej i resocjalizacyjnej — zazwyczaj powiązanych z narzędziami komunikacji elektronicznej. […]
Więcej – na stronie WSP w Szczytnie: „Edukacja w pandemii. Nowe zjawiska, zagrożenia i szanse” – TUTAJ
x x x
O konferencji tej nie wiedzielibyśmy, gdyby nie blog prof. Śliwerskiego. Treści dwóch wygłoszonych tam wykładów poświęcił on dwa posty na blogu PEDAGOG: „Edukacja w dobie pandemii” – 17 marca i „Edukacja w dobie pandemii – klęska czy szansa?” – 18 marca. Oto fragmenty obu tych tekstów wraz z linkami do ich pełnych wersji:
Edukacja w dobie pandemii
[…]
Inspirujące było wystąpienie prof. Zbyszko Melosika z UAM w Poznaniu, który mówił o pandemii, edukacji i tożsamościowych problemach współczesnej młodzieży. Każdy z nas mógł bowiem odnieść treść tego wystąpienia do różnych raportów z badań naukowych i własnych doświadczeń.
Prof. Z. Melosik zwrócił uwagę na następujące kwestie:
Foto: www.pl.freepik.com
Wczoraj (18 marca 2021r.) na portalu EDUNEWS.PL zamieszczono obszerny artykuł Marcina Polaka, zatytułowany „Szkoła schodząca na manowce. Nowe wyzwanie dla nauczycieli”. Jego autor mówi o sobie: „Nie jestem nauczycielem […] Jako rodzic doświadczam właśnie silnego buntu nastolatki, która zmuszona jest siedzieć na tzw. lekcjach online i chłonąć tą wiedzę ogólną, która podobno jest tak bardzo nam wszystkim potrzebna do szczęścia w pełnym wymiarze ustalonym w podstawie programowej”.
Mając tego świadomość warto zapoznać się z jego spostrzeżeniami i poglądami. Poniżej prezentujemy pierwszą część tego tekstu i dwa końcowe jego akapity, odsyłając do pełnej wersji – do źródła – do portalu EDUNEWS.PL
Szkoła schodząca na manowce. Nowe wyzwanie dla nauczycieli
Czas pandemii dostarcza wiele dowodów na to, że duża część nauczycieli cały czas tkwi głęboko w pułapce pruskiego drylu (stylu) nauczania. I nawet tak wielka zmiana warunków uczenia się, jakiej doświadczamy w covidowej rzeczywistości, nie jest w stanie wyrwać ich z tych okowów. Zamiast pomyśleć, jak w tych warunkach uczyć inaczej, jak przewartościować swoje metody nauczania, powielamy masowo to, co najgorsze i najmniej efektywne. Głównymi poszkodowanymi są nasze dzieci, ale jak wiadomo, dla systemu oświaty mają one znaczenie tylko w tabelkach, z których wynika, że wszystko jest w porządku.
Ten post narodził się z codziennych obserwacji, ale i pewnej bezsilności (rodzica widzącego, jak dziecko „uczy się” zdalnie w szkole podstawowej).
Postawię dwie tezy:
1.Tak, polskie szkoły są coraz lepiej przygotowane do edukacji zdalnej, tj. mają środki, procedury i narzędzia do tego, żeby móc realizować swoje ustawowe i społeczne funkcje.
2.Bardzo duża część nauczycieli, z przyzwyczajenia albo wyrachowania, nadal uczy głównie metodą wykładu, tak, jak w szkolnej klasie, nie dostrzegając, że tryb edukacji zdalnej wymaga innej metodologii i rozłożenia innych akcentów, ba, nawet zupełnego przewartościowania dotychczasowej praktyki pedagogicznej.
Dziś zapraszamy do lektury tekstu, który na swoim fejsbukowym profilu zamiesił wczoraj wieczorem Marcin Stiburski. Tekst poprzedzony był takim oto obrazkiem:
Dziś w mojej szkole był próbny egzamin ósmoklasisty z języka polskiego, a mi przypadła funkcja członka opiekującego się jedną z sal, w której pisali ten egzamin uczniowie. Nie napiszę tu jednak o samym egzaminie, a o wspaniałej innowacyjnej INTERDYSCYPLINARNOŚCI w polskim systemie edukacyjnym.
Zastanowicie się o co mi chodzi. Przecież był dziś jedynie egzamin z języka polskiego.
Ale dlaczego zilustrowałem ten wpis wymienianymi liczbami naturalnymi?
Otóż siedząc na sali miałem za zadanie obserwować uczniów. Czynność trochę nudnawa.
Ale…Gdzieś pod koniec czasu egzaminu najpierw jedna osoba, później druga, trzecia, czwarta zaczęły wykonywać na egzaminie z języka polskiego dziwne ruchy, czynność, która kompletnie z językiem polskim nie ma nic wspólnego.
Otóż uczniowie co najmniej pięciu na dziesięciu piszących LICZYLI SŁOWA w napisanym tekście. Co ciekawe liczyli dość nerwowo, bo zaobserwowałem powtórne liczenie w przypadku pomyłki wywołanej stresem. Widać było, że liczenie się coś poprzestawiało i uczeń zaczął liczyć od początku. Samo liczenie zajmowało także cenny czas egzaminu i trwało minutę lub dwie.
Uwzględniając pomyłkę to może i cztery minuty były poświęcone utrwalaniu LICZB NATURALNYCH.
Wszystko przez to, że w poleceniu była podana liczba słów, które należy zapisać, aby egzamin był uznany za prawidłowy.
Dlatego jak napisałem na początku – mamy w Polsce system egzaminacyjny nastawiony na INTERDYSCYPLINARNOŚĆ.
Przy okazji wykazywania się znajomością Balladyny można udokumentować znajomość liczb naturalnych.
Ale co się stanie, gdy w tym liczeniu potknę się i pomylę.
Na zdjęciu ilustrującym wpis też celowo się pomyliłem.
Co się stanie gdy uczeń napisze 89 słów, a w instrukcji będzie napisane 90, a podczas dokumentowania swojej znajomości liczb naturalnych się pomyli i zliczy, że napisał 91 słów i uzna tym samym, że spełnił wymagania egzaminu?
Czy zadanie będzie nieważne, albo mniej punktowane?
Ale pomyślmy także o egzaminującym. On także musi te słowa zliczyć. Czy uderzając w kolejne słowa długopisem nie rozproszy go cokolwiek i zliczy, zamiast 91, 89 słów i uzna niesprawiedliwie zadanie za błędne?
Czy interdyscyplinarność zadań jest w tym przypadku pożądana? Czy nie wystarczyłaby instrukcja aby napisać co najmniej jedną stronę?
Dzisiejszy widok liczących pod nosem uczniów, którzy w chwili stresu musieli ponowić liczenie tych słów, ukazał cały absurd testowych egzaminów, gdzie człowiek nie jest człowiekiem, a jedynie trybem w jakimś chorym systemie.
Tylko dlaczego robimy to naszym dzieciom?
Źródło: www.facebook.com/profile.
Jako że dziś rozpoczynają się próbne egzaminy dla uczniów klas ósmych – proponujemy lekturę tekstu Elżbiety Manthey, zatytułowanego „Próbny egzamin ósmoklasisty w lockdownie – to powinniście wiedzieć”. Artykuł zamieścił portal <Juniorowo>. Poniżej zamieszczamy fragmenty tego tekstu i link do pełnej wersji:
Gdyby to było zadanie matematyczne, mielibyśmy takie oto dane: próbne egzaminy ósmoklasisty zaplanowano na środę, czwartek i piątek w tym tygodniu. Jest to tydzień, w którym lockdown objął kolejne województwa, zamykane są znów galerie handlowe, kina, teatry, baseny. Lockdown jest spowodowany rekordową liczbą zachorowań na COVID-19. Rozprzestrzenia się nowa odmiana wirusa, która jest bardziej zakaźna. Próbne egzaminy w formie stacjonarnej zgromadzą w szkołach grupy młodzieży. W niektórych szkołach ósmych klas jest kilka, w każdej ponad dwudziestu uczniów, co daje całkiem spore zgromadzenie. Pytanie w tym zadaniu jest jedno: jak dostosować zaplanowane próbne egzaminy do sytuacji? Czy i co można jeszcze zrobić?
Kiedy planowano egzaminy próbne, trudno było przewidzieć, że w tym samym czasie będziemy się mierzyli z kolejną falą pandemii o rekordowych statystykach zachorowań. Centralna Komisja Egzaminacyjna wykazała jednak sporą przezorność. Z komunikatu, jaki wydała 17 lutego wynika, że szkoły mają dużą swobodę jeśli chodzi o sposób przeprowadzenia egzaminów próbnych, a nawet tego, czy w ogóle je przeprowadzą. Dyrektor CKE dr Marcin Smolik przypomina o istotnych sprawach, o których powinni wiedzieć uczniowie i rodzice i które mają wpływ na przebieg egzaminu i jego konsekwencje dla uczniów.
Oto najważniejsze fragmenty tego komunikatu i co z nich wynika:
Próbny egzamin jest dobrowolny. O tym, czy szkoła go przeprowadzi decyduje jej dyrektor. […] Czyli: egzamin próbny jest po to, żeby uczniowie oswoili się z taką formą i okolicznościami sprawdzania wiedzy oraz sami dla siebie sprawdzili, co wiedzą, a czego jeszcze muszą się douczyć. Egzamin próbny nie jest na ocenę, nie powinien być traktowany jak kolejna klasówka, z której uczniowie dostaną stopnie, jego wynik nie powinien w żaden sposób wpływać na ocenę końcową z danego przedmiotu. […]
To propozycja, a nie wymaganie. A to oznacza, że szkoły mają sporą swobodę w przeprowadzeniu próbnych egzaminów. Mogą nawet rozdać arkusze uczniom i pozwolić każdemu na wypełnienie ich w domu, nie sprawdzając, czy kto ściąga, czy nie ściąga. Oczywiście próbny egzamin zorganizowany w sposób jak najbardziej zbliżony do egzaminu właściwego ma tę dodatkową wartość, że nie tylko pozwala sprawdzić przygotowanie merytoryczne, ale też oswaja z okolicznościami, egzaminacyjnym stresem, presją czasu, przestrzenią. Ale przypominam: mamy kolejną kulminację pandemii, może więc warto porozważać chwilę, co w tej sytuacji jest dla kogo priorytetem. I pewnie inne będą priorytety w rodzinach, które już covid przechorowały i są już odporne, a inne w rodzinach, które odporne nie są. […]
Oczywiście wprowadzenie zmian na ostatnią chwilę w już zaplanowanych próbnych egzaminach w szkole to jest pewne wyzwanie organizacyjne. Tym większe, im bardziej szkole zależy na utrzymaniu wysokiego poziomu kontroli nad przystępującymi do egzaminu uczniami. Można jednak odpuścić kontrolę i potraktować ten próbny egzamin tak, jak to zaleca CKE – informacyjnie i diagnostycznie. Powiedzieć uczniom: „Czekamy na was w szkole. Naradźcie się z rodzicami i jeśli uznacie to za bezpieczne i potrzebne – przyjdźcie na egzamin. Jeśli uznacie, że tak będzie lepiej – zróbcie sobie egzamin w domu”. Jeśli odpuścimy kwestię pilnowania uczniów, żeby nie ściągali (a skoro ten próbny egzamin ma być przede wszystkim informacją dla ucznia, to ściąganie nie ma żadnego znaczenia), to jedyne, co trzeba zorganizować to dostęp każdego zainteresowanego ucznia do arkuszy egzaminacyjnych oraz sposób dostarczenia wypełnionych arkuszy do sprawdzenia (próbne egzaminy sprawdzają nauczyciele w szkole).
Rodziców ósmoklasistów oraz nauczycieli i dyrektorów szkół mocno namawiam do lektury całego komunikatu. Nie jest długi. Odsyła też do źródeł i materiałów, które mogą być pomocne w przygotowaniach przed egzaminem.
Komunikat znajdziecie – TUTAJ
Cały tekst „Próbny egzamin ósmoklasisty w lockdownie – to powinniście wiedzieć” – TUTAJ
Źródło: www.juniorowo.pl










