Wczoraj na na fejsbukowej agorze wypatrzyłem post, zamieszczony przez autora, występującego pod szyldem „OKE czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora”:

 

 

Od lat wygląda to dokładnie tak samo.

 

Na fakultet z biologii przychodzi pewna grupa uczniów. Mija tydzień, drugi, trzeci i nagle część osób zaczyna znikać. Nie dlatego, że nauczyciel się zmienił, program nagle zrobił się trudniejszy albo ktoś postanowił uczniom uprzykrzyć życie.

 

Po prostu pojawia się coś, czego wcześniej nie było widać.

 

Wysiłek.

 

W szkole, w której pracuję, w pierwszej klasie, a zresztą również w kolejnych, mamy po siedem godzin biologii tygodniowo. Dodatkowo są zajęcia z anatomii. Program biologii to zajęcia z fizjologii, genetyki, biochemii, jest dużo pracy z materiałem, analizowania, rozwiązywania zadań i pisania odpowiedzi, zajęcia laboratoryjne. To nie jest godzina biologii raz na tydzień, podczas której można sobie spokojnie posłuchać ciekawostek.

 

I właśnie wtedy bardzo szybko okazuje się, kto rzeczywiście chciał tę biologię wybrać, a kto wybrał ją dlatego, że ktoś mu powiedział, że „biologia się przyda”.

 

Schemat jest zresztą bardzo podobny od lat.

 

Rodzic uznaje, że biologia będzie dobrym wyborem, bo może dziecko pójdzie na medycynę, weterynarię, fizjoterapię czy jakiś kierunek przyrodniczy. Dziecko wybiera więc biologię. Tyle że samo biologii specjalnie nie lubi, nie interesuje się nią i wcale nie planuje swojej przyszłości w tym kierunku.

 

Przez pierwsze tygodnie wszystko jeszcze jakoś działa.

 

A potem pojawia się materiał, którego nie da się już „prześlizgnąć”. Trzeba usiąść. Trzeba przeczytać. Trzeba zapamiętać, ale przede wszystkim zrozumieć. Trzeba analizować wykresy, doświadczenia, zależności, rozwiązywać zadania i nauczyć się poprawnie formułować odpowiedzi.

 

I wtedy część uczniów zaczyna się wycofywać. Bo nagle okazuje się, że fakultet nie jest dodatkową godziną ciekawej rozmowy o biologii. Jest nauką.

 

I właśnie dlatego mam do rodziców prosty apel:

 

Nie wybierajcie dzieciom fakultetów.

 

Możecie doradzać. Możecie rozmawiać o konsekwencjach wyboru. Możecie powiedzieć: „Jeżeli myślisz o takim kierunku studiów, sprawdź, jakie przedmioty będą ci potrzebne”. Możecie nawet powiedzieć, że według was jakiś wybór będzie rozsądniejszy.

 

Ale ostatecznie to dziecko powinno zdecydować.

 

Bo później bardzo łatwo powiedzieć: „Nie chce mu się uczyć biologii”, „Nie angażuje się”, „Nauczyciel za dużo wymaga”.

 

Tylko że czasami prawdziwy problem pojawił się kilka miesięcy wcześniej, kiedy ktoś wybrał dziecku przedmiot, którego ono samo wcale nie chciało.

 

I żeby nie było nieporozumienia: nie uważam, że dziecko powinno uczyć się wyłącznie tego, co lubi. Polski może kogoś kompletnie nie interesować, matematyka może być dla kogoś wyjątkowo trudna, a język obcy może być przedmiotem, za którym uczeń nie przepada.

 

Mimo to trzeba je opanować, bo są elementem obowiązkowej edukacji, a część z nich również matury.

 

Fakultet to jednak inna sytuacja.

 

To świadoma decyzja, że przez kolejne lata chcę poświęcić znacznie więcej czasu właśnie temu przedmiotowi. A jeżeli wybieram biologię, muszę się liczyć z tym, że będzie anatomia, fizjologia, genetyka, biochemia i dziesiątki innych rzeczy, których nie da się nauczyć bez pracy.

 

Nie da się wybrać dziecku zainteresowania.

 

Można wybrać mu fakultet. Można zapisać je na dodatkowe zajęcia. Można kupić korepetycje. Można nawet przez jakiś czas pilnować, żeby siedziało nad książką. Ale nie da się za nie zdecydować, że będzie chciało poświęcić kilka lat na naukę konkretnego przedmiotu.

 

Dlatego zanim rodzic powie: „Wybierz biologię, bo może kiedyś ci się przyda”, naprawdę warto zadać dziecku inne pytanie:

 

„Czy ty naprawdę chcesz się tego uczyć? Czy to cię interesuje”

 

Bo kiedy po dwóch czy trzech tygodniach pojawi się wysiłek, wymagania i konieczność systematycznej pracy, to właśnie wtedy okaże się, czy wybór był rzeczywiście wyborem dziecka.

 

I właśnie wtedy bardzo często pojawia się frustracja. Najłatwiej powiedzieć, że lekcje są nudne, że nauczyciel nie potrafi zainteresować, że „nic się nie dzieje”. Tylko że lekcja nie jest TikTokiem, na którym po kilku sekundach można przesunąć palcem i wybrać kolejną rolkę.

 

Nie każda lekcja będzie fascynująca. Nie każdy temat będzie ciekawy. Czasami trzeba po prostu usiąść i się nauczyć. Trzeba przećwiczyć zadania, zapamiętać pojęcia, zrozumieć zależności i wrócić do tego, czego nie udało się opanować.

 

A jeżeli mówimy o fakultetach przygotowujących do matury, to nie możemy realizować wyłącznie tego, co akurat jest ciekawe. Trzeba zrealizować cały materiał wymagany na egzaminie. Także ten mniej efektowny, wymagający pracy i cierpliwości.

 

Bo edukacja nie polega na tym, żeby każda minuta była atrakcyjna.

 

Czasami po prostu trzeba się trochę pomęczyć, żeby później coś naprawdę umieć.

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/permalink.php?

 

 



Zostaw odpowiedź