Prowokacja, czy utrata wiary w skuteczność idei „Budzących się Szkół”?

 

Dzisiaj postanowiłem – trochę na wzór debaty oksfordzkiej – wystąpić w roli opozycjonisty wobec tez dr Marzeny Żylińskiej przedstawionych w zamieszczonym na OE materiale „Dr Żylińska: Dla kogo obecny model szkoły jest dobry? Komu służy”.

 

Abyście nie musieli teraz klikać w link, by sobie przypomnieć co tam dr Żylińska zaprezentowała – zacytuję tu obszerny fragment zamieszczonych tam tez:

 

[…] Z systemowych szkół ucieka dziś, kto może: uczniowie i nauczyciele. Spośród tych ostatnich połowa marzy o zmianie pracy.

 

A może nie są winne dzieci, które nie chcą uczyć się przez siedzenie i słuchanie, może winni nie są również nauczyciele, którzy robią pierdylion klasówek, ani rodzice, którzy po pracy chcieliby odpocząć i mieć czas na normalne, rodzinne życie? Może winę za tę katastrofę ponosi system edukacji?

 

Opresyjny system oparty na ciągłej, wyniszczającej wszystkich rywalizacji, system, który chce, żeby wyniki były ważniejsze od człowieka, od małego człowieka? Można się dalej nawzajem oskarżać, obrzucać oskarżeniami, ale nietrudno dostrzec, że w tym coraz bardziej sformalizowanym, zbiurokratyzowany i odczłowieczonym systemie coraz większa grupa dzieci traci nie tylko chęć do nauki, wiarę w siebie, ale również wiarę w sens swojej pracy.

 

Ten system konsekwentnie wszystkich niszczy, bo ciągła presja jest niszcząca. Warto zatem zadać sobie pytanie, dla kogo obecny model szkoły jest dobry? Komu służy?

 

Zacznę od tego twierdzenia: „Z systemowych szkół ucieka dziś, kto może: uczniowie i nauczyciele”.

 

Jacy uczniowie uciekają, a może lepiej byłoby ten proces nazwać „odchodzą”, albo „nie podejmują nauki” w „szkołach systemowych”, czyli prowadzonych przez samorządy? Z moich obserwacji wynika, że do szkół prywatnych bądź społecznych, czyli pobierających czesne, są zapisywaniu lub przenoszeni uczniowie rodziców majętnych, których stać na miesięczne opłaty – w szkołach prywatnych, gdzie czesne wynosi od 1 500 zł do 3 500 zł miesięcznie a jeśli są to placówki elitarne lub międzynarodowe – nawet od 4 000 zł do 10 000 zł i więcej, zaś w szkołach prowadzonych przez stowarzyszenia non-profit – najczęściej w granicach od 700 zł do 2 800 zł miesięcznie.

 

Z nauki w „szkołach systemowych”, prowadzących tzw. „klasy integracyjne”, są przez rodziców przenoszeni do szkół specjalnych uczniowie ze zdiagnozowaną niepełnosprawnością intelektualną w stopniu lekkim, umiarkowanym lub znacznym, a także dzieci z autyzmem (w tym z zespołem Aspergera) oraz z niepełnosprawnościami sprzężonymi, którym ta szkoła nie była w stanie zapewnić odpowiedniego wsparcia i zindywidualizowanego procesu edukacji są przenoszeni do szkół specjalnych.

 

Znam także kilka przypadków, w których rodzice zdecydowali o przeniesieniu do „szkoły w chmurze” ich dziecka, z powodu jego zaburzeń emocjonalnych i trudności w nawiązywaniu kontaktu z rówieśnikami, a także będącymi obiektem przemocy rówieśniczej.

 

To tyle o ucieczce uczniów ze „szkół systemowych”. Fakt – ucieka tylko ten, kto może, albo czyi rodzice mają takie aspiracje…

 

A teraz o powodach ucieczek z tychże szkół nauczycieli. Na podstawie moich obserwacji (bo gdy byłem dyrektorem to przez tych 12 lat taka sytuacja w mojej szkole się nie zdarzyła) mam przekonanie, że podstawowym powodem porzucania pracy nauczyciela w szkołach samorządowych jest zbyt niskie wynagrodzenia

 

Drugim powodem, który także jest mi znany z relacji owych rezygnujących, jest zła relacja, czasem wręcz tzw. „uwzięcie się” na owego nauczyciela przez dyrektorkę/dyrektora szkoły.

 

Słyszałem z wiarygodnych źródeł, że z pracy w szkole – w ogóle, nie tylko publicznej – rezygnują nauczyciele, którzy po prostu pomylili się z wyborem zawodu, którzy nie mają odpowiednich do pracy z młodymi ludźmi predyspozycji i na pewnym etapie pracy w szkole uświadamiają to sobie, i którym akurat nadaży się taka okazja zmiany….

 

Bywa także iż dobry nauczyciel, którego wykształcenie (np. matematyczne, informatyczne) pozwoliło mu na zatrudnienie się w dużej firmie produkcyjnej lub usługowej, oferującej nie tylko bardzo dobre wynagrodzenie, a w przyszłości także awans na kierownicza w tej firmie stanowisko – po prostu z tego powodu rezygnuje z pracy w szkole.

 

Czyli także „kto może”, ale i kto ma gdzie…

 

A  teraz odniosę się do tego fragmentu z tekstu dr Żylińskiej: „Ten system konsekwentnie wszystkich niszczy, bo ciągła presja jest niszcząca. Warto zatem zadać sobie pytanie, dla kogo obecny model szkoły jest dobry? Komu służy?”

 

W moim przekonaniu to generalizacja opinii. Ale zacznę od tego, że zwrócę Waszą uwagę na fakt, że to nie „system wszystkich niszczy”, a jedynie stwarza takie warunki zapisane w prawie oświatowym, które na to pozwalają. A niszczą konkretne nauczycielki i konkretni nauczyciele, pracujący w takich konkretnych szkołach, które są prowadzone przez wymagających od nich tego, konkretnych dyrektorów i konkretne dyrektorki. Jako „obserwator edukacji”, co prawda  –  od kilku lat – już jedynie z perspektywy informacji zamieszczanych w Internecie, miałem okazję je czytać, a wiele z nich także multiplikować przez zamieszczanie ich na OE, które opisywały lub relacjonowały zajęcia prowadzone w „szkołach systemowych”, nie tylko nie „niszczące wszystko”, nie wywierające na ucznia i nauczyciela presji, ale wręcz przeciwnie  wyzwalające uczniowską kreatywność, zezwalające nauczycielom na daleko zakrojoną swobodę działania. Pierwszym z brzegu konkretnym przykładem takiej szkoły, znanym mi także z autopsji, jest  81 Szkoła Podstawowa im. Bohaterskich Dzieci Łodzi, od lat prowadzona przez Panią Dyrektor Bożenę Będzińska-Wosik, osobę której w tym roku nadano tytuł Honorowego Profesora Oświaty. Ale takich szkół jak ta jest w Polsce o wiele więcej, jak ta 81 SP z Lodzi, realizujące ideę „Budzących się Szkół”, któremu w Polsce patronuje dr Marzena Żylińska. Polskie środowisko edukacyjne dowiedziało się o nim podczas III Kongresu Polskiej Edukacji, który pod hasłem „Nasza edukacja – razem zmieniamy szkołę”, w dniach  29 i 30 sierpnia 2015 roku odbył się w Katowicach. Bo to tam miel miejsce panel dyskusyjny, zatytułowany „Budzące się szkoły. Jak zacząć?”, którego moderatorami były: Bożena Będzińska-Wosik –oraz Marzena Żylińska, prelegentami zaś byli: Margret Rasfeld która z prof. Geraldem Hütherem i prof. Stephanem Breidenbachem była współtwórczynią tego ruchu oraz Monia Ben Larbi – prezes niemieckiej Fundacji Schule im Aufbruch.

 

Uczestnicy panelu mogli zapoznać się z założeniami idei pedagogicznych stojących za inicjatywą nazwaną „Budzące się szkoły” oraz z praktycznymi wskazówkami dotyczącymi przekształcania polskich szkół w placówki działające w myśl idei tego ruchu.

 

Przypomnę wszystkie trzy Kongresy Polskiej Edukacji odbywały się w czasie, gdy polską oświatą zarządzał dwie ministry z Platformy Obywatelskiej: Krystyna Szumilas  (od 18 listopada 2011 do 27 listopada 2013 roku) oraz Joanna Kluzik-Rostkowska – od 27 listopada 2013 do 16 listopada 2015 roku.

 

Niestety, 25 października 2015 roku odbyły się wybory do Sejmu i Senatu i w ich wyniku za dwa i pół miesiąca – od 16 listopada 2015 roku stanowisko ministra edukacji objęła Anna Zalewska. Nie muszę ty Wam przypominać, ze nie był to czas sprzyjający nowatorskim ruchom odnowy polskich szkół.

 

Ale mimo takiego klimatu w bardzo wielu polskich szkłach idee Budzących się Szkół nie tylko zakiełkowały, ale i zapuściły solidne korzenie – jak w tej naszej łódzkiej SP nr 81. Przykładem może być  konferencja „Budzącej się szkoły” zatytułowana „Od kultury nauczania do kultury uczenia się” odbyła się w Łodzi 4 października 2016 roku – zobacz  TUTAJ.

 

A przecież nie tylko ten ruch ma swoje przyczółki w polskich szkołach. Kolejnym przykładem „rewolucji oddolnej” jest popularyzowany przez Annę i Roberta Sowińskich projekt Planu Daltońskiego ( właśnie w Łodzi zakończyła się wczoraj  kolejna konferencja przez nich zorganizowana: pod hasłem „Zmiana zaczyna się od nauczyciela””

 

Ale są także i inni oddolni „eduzmieniacze”, jak choćby Ewa Radanowicz, Anna Szulc, Zyta Czechowska, czy gospodyni bloga „OK. NAUCZANIE” Danuta Sterna. Wniosek – „system” wcale nie musi wszystkich i wszystko niszczyć – wszystko jest w rękach dyrekcji szkół i ich nauczycieli!

 

Na zakończenie tego eseju muszę jeszcze ustosunkować się do tego zdania dr Żylińskiej:

 

Ten system konsekwentnie wszystkich niszczy, bo ciągła presja jest niszcząca.

 

Zgadzam się, że ciągła presja wywierana na uczniów jest niszcząca. Ale…  Ale czy to znaczy że w szkoła powinna działać według hasła Jurka Owsiaka „Róbta co chceta”?  Wszak po wyjściu z systemu szkolnego i po ewentualnie odbytych studiów wyższych (gdzie wszak obowiązują dość twarde zasady zaliczania kolejnych lat), wiele dzisiejszych uczennic i wielu uczniów podejmie pracę „najemną” nie w firmach swoich rodziców czy dalszej rodziny, ale także w wielkich przedsiębiorstwach, zwanych korporacjami, gdzie jak panuje powszechna opinia, wpadną w tzw. „wyścig szczurów”, czyli nieustanną, toksyczną rywalizację między pracownikami o awans, prestiż i pieniądze. Czy taka luzacka szkoła jest dobrym przygotowaniem do ich przyszłego życia?…

 

Wszędzie jest potrzebna zasada „złotego środka”. Oczywistym jest, że w szkole uczniowie powinni mieć stworzone warunki do rozwijania swych kompetencji i poszerzania i pogłębuania wiedzy, ale muszą tam spotykać się także z obowiązkiem przestrzegania pewnych zadad, obowiązujących tam zakazów i reguł, a także z metodami diagnozowania ich wiedzy.

 

I to wszystko co powyżej napisałem jest uzasadnieniem tytułu tego eseju: Prowokacja, czy utrata wiary w skuteczność idei „Budzących się Szkół”?

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



Zostaw odpowiedź