
Szkoła między koszarami a nadopiekuńczością
Sformułowany powyżej tytuł tego eseju jest syntezą tego, co w minionym tygodniu najbardziej mnie pobudzało do refleksji, kiedy czytałem, a później zamieszczałem na OE te oto, dwa wybrane wcześniej, teksty.
Pierwszym był post z fb-profilu Marzeny Żylińskiej, w którym zachęcała do lektury książki Michaela Schulte-Markworta “Wypalone dzieci. O presji osiągnięć i pogoni za sukcesem”. To tam przeczytałem:
„Często słyszę, że dzisiejsze dzieci i młodzi ludzie to wydelikacone płatki śniegu, a jedyne, czego im brakuje to ODROBINA wymagań i dyscypliny. No bo kto rozsądny sprzeciwi się temu, żeby od dzieci i młodych ludzi troszeczkę, odrobinkę wymagać? Ci dorośli nie wierzą, że wiele dzieci i nastolatków całe popołudnia i wieczory spędza nad książkami, przygotowując się do sprawdzianów. Nie wierzą, że trwająca latami rywalizacja, ciągłe kontrole i porównywanie dzieci z sobą tworzy presję, której wielu młodych nie wytrzymuje.”
A ostatecznym bodźcem do napisanie na ten temat refleksyjnego eseju stal się – najpierw przeczytany przeze mnie, a wczoraj zamieszczony we fragmencie (z linkiem) post z bloga prof. Śliwerskiego „Dobrostan a rezyliencja uczniów”. Oto fragmenty, które najbardziej na mnie podziałały:
„W debacie o szkole coraz częściej pojawia się słowo „dobrostan”. Brzmi dobrze. Ciepło. Bezpiecznie. Jest niemal bezdyskusyjne, bo któż odważyłby się powiedzieć, że nie należy dbać o dobro dziecka? […] Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy „dobrostan” staje się pedagogiczną infantylizacją uczniów, a nie warunkiem ich dojrzewania, gdy zaczyna oznaczać nie tyle troskę o integralny rozwój dziecka, ile obietnicę komfortu. Szkoła, zamiast przygotowywać uczniów do życia w świecie niepewności, napięć, porażek i konfliktów, zaczyna udawać, że najważniejsze jest, aby dzieciom było miło. A przecież życie nie zawsze będzie miłe. Nie zawsze będzie wspierające. Nie zawsze będzie sprawiedliwe. Nie zawsze będzie dobrze.[…]
Szkoła przyszłości nie może być ani sanatorium dobrego samopoczucia, ani koszarami odporności. Musi być miejscem, w którym uczeń doświadcza, że człowiek rozwija się przez wysiłek, relacje, błędy, korekty, odpowiedzialność i nadzieję. Miejscem, w którym dorosły nie mówi: „masz być szczęśliwy”, ani też: „masz zacisnąć zęby”, lecz raczej: „spróbuj jeszcze raz, jestem obok, ale drogi za ciebie nie przejdę”.
Z tak zdecydowanie zaprezentowanym poglądem, jak go powyżej sformułował prof., Śliwerski, w pełni się solidaryzuję. Jednak nie mogę się powstrzymać przed przypomnieniem, ze już 8 czerwca 2025 roku, w Felietonie nr 572. zatytułowanym O szkole między „urawniłowką”, a „róbta co chceta” napisałem w jego zakończeniu:
„Chciałem w ten sposób opowiedzieć się za kompromisem miedzy szkołą zcentralizowaną i zakutą w rządowe rygory, a modelem szkoły, lansowanym rzez niektóre koncepcje alternatywne, w której – jak w szkole Summerhill – brak jest przymusu uczenia się i uczęszczania na lekcje. W moim przekonaniu nie dla wszystkich uczniów ta daleko posunięta swoboda jest dobra. Mogą się w takich szkołach uczyć tylko niektóre dzieci, ale tylko gdy są to szkoły niepubliczne, do których rodzice posyłają je na własną odpowiedzialność. Szkoły publiczne, masowe, powinny w sprawie stopnia uczniowskiej autonomii zachować właśnie ów kompromis, to znaczy – stosując podmiotowe, zindywidualizowane odejście do ucznia, pozostawić pewne formy dyscyplinowania procesu uczenia się. Bo oprócz dzieci, które mają potrzebę rozwoju i poszukiwania wiedzy, są jeszcze i tacy, którzy najchętniej wyłącznie bawili by się, albo… siedzieli w smartfonach.”
Oto co mam dzisiaj do dodania „w tym temacie”:
Byłem, jestem i do (mojego) końca będę przeciwnikiem zarówno modelu „szkoły koszarowej”, jak i prowadzonej według jednego modelu programowego, z jedną dla wszystkich podstawą programową i jednym systemem oceniania uczniów.
Nie mam nic przeciw temu, aby funkcjonowały szkoły społeczne lub prywatne, w których będzie prowadzona edukacji uczniów na zasadach wolnego wyboru treści nauczania i pełnej swobody wyboru przez nich czym i kiedy chcą się zajmować. Bo wtedy pełną odpowiedzialność za efekt takiej formuły edukacyjnej ponosić będą ich rodzice.
Ale nie zmieniłem swoich przekonań dotyczących wizji szkoły publicznej, w której realizowana byłaby zasada „róbta co chceta”, wyrażonych 7 czerwca w 22 eseju zatytułowanym „Czy szkoła bez ocen przygotuje do świata opartego na konkurencji?”. Oto co w tej sprawie napisałem tam w zakończeniu tego tekstu:
„Otóż jestem przekonany, że pozbawienie szkół wszelakich form oceny i rywalizacji sprawiłoby, że byłaby to „hodowla miękiszonów”, czyli ludzi kompletnie nieprzygotowanych do przyszłego życia w świecie, który jest oparty na konkurencji i rywalizacji. Bo czymże innym jest praca w tzw. korporacjach, gdzie obowiązuje tzw. „wyścig szczurów”, w ogóle – cała gospodarka – krajowa i światowa – to nieustanna konkurencja o rynki zbytu. A nie jest wszak niczym zaskakującym, gdy przywołam tu jeszcze świat kultury (konkursy, festiwale), sportu (ligi, zawody, mistrzostwa, olimpiady), a nawet świat nauki, gdzie uczeni ubiegają się u publikowanie w najwyżej notowanych wydawnictwach (tzw. „punktoza”).”
Pozostaje problem stanu psychicznego uczniów szkół ponadpodstawowych. Według najnowszego raportu sondażu „Diagnoza Młodzieży 2026” 60% nastolatków żyje w stanie chronicznego stresu i zmęczenia, 46% ma skrajnie niską samoocenę a 40% wykazuje objawy depresyjne.
Nie tylko ja jestem przekonany, że ten stan nie jest skutkiem systemy szkolnego, a przede wszystkim powszechnej wśród współczesnych rodziców nadopiekuńczości , a w konsekwencji ubezwłasnowolnienia ich dzieci. Podobne poglądy zaprezentował Jarosław Pytlak w zamieszczonym 5 czerwca jego blogu „Wokół Szkoły” tekście „Życie homogenizowane z myślą o młodym pokoleniu”. Oto reprezentatywne dla tej publikacji fragmenty:
„Z nadmiaru troski o dzieci za wszelką cenę chcemy oszczędzić im zmartwień, zapewnić możliwość rozwoju i zagwarantować sukces na tej drodze. Chcemy tego dla wszystkich, bo przecież wszyscy mają do tego prawo i są tego warci. W teorii wszystko się zgadza, w praktyce… niekoniecznie.[…] Przyzwyczailiśmy młodych, że całe otoczenie jest na ich usługi, a dobrostan to coś, co się po prostu należy. W efekcie obniżyliśmy poziom wrażliwości na ból egzystencjalny. To dlatego sytuacje trudne, z którymi ćwierć wieku temu młody człowiek radził sobie, choćby nawet kosztowało to dużo płaczu, dzisiaj przywodzą go do skraju desperacji i oczekiwania pomocy. Którą dorośli, sami w obawie o stan dziecka – starają się zapewnić, często z pominięciem jego niezbędnej rozwojowo autorefleksji. […] Zabraliśmy dzieciom atrybuty swobodnego dzieciństwa, wyposażyliśmy w opisujące świat pojęcia żywcem wyjęte z podręczników psychologii klinicznej, poddaliśmy totalnej inwigilacji, napiętnowaliśmy nauczycieli jako źródło zła i opresji, a nie mądrego, krytycznego wsparcia, i dziwimy się, że tej nowej odsłonie swojej roli społecznej nie czują się dobrze.”
Bo z uczeniem się jak być dorosłym jest jak z nauką jazdy na rowerze: „Jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz”.
I to by było tyle na dzisiaj. Wszak to pierwszy dzień lata, najdłuższy dzień w roku. A za tydzień wakacje!
Włodzisław Kuzitowicz
Zostaw odpowiedź

