
Jacek Suliga – twórca stowarzyszenia i prezes Stowarzyszenia 2Piny, mający w swym dorobku zawodowym 13 lat pracy w gimnazjum jako nauczyciel wspomagający, zamieścił w miniony poniedziałek na swoim fejsbukowym profilu wart zapoznania się z nim tekst:
Jacek Suliga
Słowa „a nie mówiłem” aż cisną się na usta, ale w oświacie nie ma miejsca na tanią satysfakcję. Jest za to gorzka rzeczywistość.
Likwidacja gimnazjów była jedną z najbardziej bezmyślnych decyzji systemowych ostatnich dekad – i dziś płacimy za niego gigantyczną cenę w postaci zdrowia psychicznego dzieciaków.
Kiedy wprowadzano gimnazja, rzeczywiście nie było różowo. Początki były trudne, korytarze bywały poligonem, a media grzały tematykę skandali. Ale system dojrzał. Przez lata wykształciła się tam kadra ludzi, którzy wiedzieli, jak rozmawiać z nastolatkiem w najbardziej burzliwym, hormonalnym okresie życia. Nauczyciele nauczyli się ogarniać ten trudny wiek, a procedury po prostu zaczęły działać. I nagle ktoś uznał, że to wszystko trzeba zaorać pod hasłem nostalgicznego powrotu do „starej, dobrej podstawówki”.
Sam kilkukrotnie spotykałem się z groźnymi zapowiedziami z podstawówek: „Ooo, jak do Was przyjdzie Iksiński, to dopiero zobaczycie! Zobaczymy, jak go tam okiełznacie!”I co? I nic.
Iksiński może i nie był aniołem, ale kiedy trafił do nowego środowiska i spotkał nauczycieli, którzy od pierwszego dnia wyraźnie ustalili zasady, a potem konsekwentnie je egzekwowali – okazywało się, że chłopak potrafił się dostosować i całkowicie poprawić swoje zachowanie.
W gimnazjum nawet nie pokazał ułamka tego, co odwalał w podstawówce! Dlaczego? Bo zrzucił gębę „szkolnego łobuza”, którą przypięto mu w pierwszej klasie, i wreszcie dostał szansę, by zacząć z czystą kartą wśród ludzi, którzy nie patrzyli na niego przez pryzmat starych grzechów.
Gimnazjum miało dokładnie tę jedną, absolutnie kluczową zaletę, o której architekci reformy w swojej ignorancji całkowicie zapomnieli: nowe rozdanie.
Po sześciu latach w podstawówce – gdzie układ sił w klasie był już dawno zabetonowany, role rozdane, a etykiety przylepione na stałe – trzynastolatek dostawał szansę na reset. Trafiał w nowe środowisko, do nowych klas, między nowych nauczycieli. Jeśli w podstawówce był „tym cichym”, „tym dziwnym”, celem docinków albo – jak Iksiński – wiecznym łobuzem, w gimnazjum mógł to wszystko zresetować. Mógł zbudować siebie na nowo, znaleźć inne grono znajomych i wyrwać się z toksycznej roli, w którą wciśnięto go w wieku siedmiu lat.
I była jeszcze jedna, gigantyczna różnica: współpraca z rodzicami.
Wtedy grało się z rodzicami do jednej bramki. Matka czy ojciec nastolatka mieli już świadomość, że ich ukochane dziecko wchodzi w trudny wiek i ma swoje za uszami. Nie łykali bezkrytycznie każdej wersji wydarzeń sprzedanej im przy obiedzie. Gdy przychodziło do trudnej rozmowy, dorośli rozmawiali ze sobą jak dorośli – szukali rozwiązania, stawiali granice, współpracowali ze szkołą. Dziś? Dziś rodzic ósmoklasisty traktuje czternastolatka jak słodkiego, niezdolnego do winy bobasa z pierwszej klasy. Jakby minęło tylko kilka lat, a różnica jest taka, jakby dzieliły nas całe wieki.
Wydłużenie podstawówki do ośmiu lat ten mechanizm ratunkowy i relacyjny całkowicie zniszczyło.
Dziś, jeśli grupa w trzeciej czy czwartej klasie uwzięła się na jednego słabszego Jasia, to ten Jaś nie ma dokąd uciec. Zamiast nowego otwarcia po szóstej klasie, dostaje wyrok skazujący na kolejne dwa lata w tym samym, osaczającym go środowisku. Dwa lata dodatkowej, codziennej katuszy z tymi samymi oprawcami, pod czujnym okiem tych samych nauczycieli, którzy zdołali już przyzwyczaić się do korytarzowych układów i zrezygnowani rozkładają ręce.
To nie są daleko idące wnioski, to jest prosta zależność: ta permanentna, wieloletnia matnia i brak drogi ewakuacji bezpośrednio karmią dzisiejszą falę młodzieńczej depresji, wykluczenia i eskalacji rówieśniczej przemocy.
Kiedy dziecko wie, że ma przed sobą jeszcze dwa lata w piekielnej ławce z ludźmi, którzy go nienawidzą, jego psychika po prostu pęka.
Zabraliśmy nastolatkom bufor bezpieczeństwa i szansę na zmianę, zlikwidowaliśmy wyspecjalizowane pod nie placówki, a w zamian upchnęliśmy dojrzewające, kipiące hormonami czternastolatki na jednym korytarzu z przerażonymi siedmiolatkami. I udajemy zaskoczonych, że korytarze płoną, psychiatria dziecięca leży na łopatkach, a statystyki hejtu biją rekordy.
Gimnazja nie były idealne, ale dawały młodym ludziom to, co w wieku nastoletnim jest najważniejsze: drugą szansę. Dziś tej szansy nie ma. Jest za to ośmioletnia ścieżka zdrowia, której coraz więcej dzieci po prostu nie ma siły ukończyć.
Źródło: www.facebook.com/jacek.suliga/
Zostaw odpowiedź

