Po 20 dniach doczekaliśmy się wczoraj nowego tekstu Jarosława Pytlaka. Wyjaśnił w nim związki między interesami przedwyborczymi polityków a ciągle beznadziejną sytuacją nauczycieli w kwestii podwyżki ich wynagrodzeń. I jakie z tego wnioski powinni wyciągnąć rodzice polskich uczniów, gdy będą musieli stanąć przed decyzją: iść czy nie iść na wybory, a jeśli pójdą (a powinni) – na kogo oddać głos:

 

 

Przedwyborcze technikalia dla nauczycieli (i rodziców!)

 

Jeden ze stałych czytelników bloga „Wokół szkoły”, zainteresowany edukacją jako rodzic, w rozmowie o zasięgu mojej publicystyki zwrócił uwagę, że spora jej część dotyczy oświatowych technikaliów, które niespecjalnie interesują odbiorców takich jak on. Chodziło konkretnie o zagadnienia związane z pracą i sytuacją zawodową nauczycieli, odległe od kwestii pedagogicznych.

 

Istotnie, owe „technikalia” mogą rodzicom wydawać się niezrozumiałe albo nieciekawe, zdecydowanie jednak powinny ich interesować. Z jednej prostej przyczyny – stanowią fundament, na którym stoi polska edukacja. Jeśli jest on zmurszały, a o tym właśnie ostatnio często piszę, to najpiękniejsze nawet koncepcje pedagogiczne stają się tylko zbiorem baśni z tysiąca i jednej nocy. Łatwo (i jakże miło) uwierzyć ich złotoustym głosicielom, a jeśli nie zmaterializują się w praktyce, nabrać mylnego przekonania, że to nauczyciele „nie dowieźli” świetnej przecież koncepcji. Tymczasem w naszej oświacie doskonale sprawdza się ludowa mądrość, że tak krawiec kraje, jak materii staje. Brak tej materii objawia się, między innymi, w postaci licznych bolączek zawodu nauczyciela.

   

Niskie wynagrodzenia frustrują i skłaniają do brania na siebie nadmiernych obciążeń, albo rozważania odejścia z zawodu. Zbyt liczne klasy, w połączeniu z rosnącą lawinowo liczbą uczniów wymagających indywidualnego wsparcia, uniemożliwiają poświęcenie każdemu wystarczająco dużo czasu. Brak materiałów niezbędnych do prowadzenia lekcji i funduszy na zajęcia rozwijające zainteresowania dodatkowo utrudniają indywidualizację nauczania. Ciągłe zmiany programowe i organizacyjne, wywołują wrażenie chaosu i odciągają uwagę od pracy z uczniami. Wzmocniona do trzeciej potęgi narzędziami elektronicznymi biurokracja pożera czas i utwierdza w przekonaniu, że liczy się tylko dokumentacja, a nie realne działania i ich efekty. Tak właśnie wygląda ów kruchy fundament, na którym coraz słabiej wygląda też reszta oświatowej budowli. Targają nią wichry ludzkich emocji, wynikające z niezaspokojonych oczekiwań społecznych oraz powszechnego braku zaufania. To ostatnie władze sumiennie utwierdzają kolejnymi posunięciami, typu ingerencji w czysto metodyczną kwestię prac domowych, albo wskazywaniem konieczności dodatkowej ochrony praw uczniów, bez realnej możliwości egzekwowania ich (i rodziców) obowiązków.

 

W efekcie mamy to, co mamy: wciąż rosnące niezadowolenie ze stanu narodowej edukacji praktycznie wszystkich jej interesariuszy. A że jest to ogromna rzesza ludzi, trudno się dziwić, że ministra Nowacka bywa wskazywana jako jedno z najsłabszych ogniw rządu. Niewiele to jednak zmienia, bowiem problem nie jest personalny, ale systemowy.

 

Jeśli ktoś miał jeszcze nadzieję na to, że dobry car Donald Tusk wpłynie na złych bojarów: Domańskiego, Nowacką, czy Lubnauer, i spowoduje radykalną poprawę warunków pracy nauczycieli, to po wystąpieniu premiera z okazji Dnia Edukacji Narodowej powinien ją ostatecznie porzucić. Usłyszeliśmy bowiem, że wydajemy na obronność aż 7% budżetu państwa, bo taka jest potrzeba chwili. Oczywiście nie oznacza to lekceważenie potrzeb edukacji, ale, no, jednak oznacza. Lepiej będzie w przyszłości, nie wcześniej niż za dwa lata. Proponuję nie zastanawiać się, dlaczego akurat za dwa, a nie trzy czy pięć, tylko przyjąć do wiadomości rzeczowy komunikat, że realnych podwyżek dla nauczycieli nie będzie.

 

Boleśnie szczera wypowiedź premiera Tuska wywołała standardowy zestaw reakcji w bańce nauczycielskiej – od wyrazów głębokiego zawodu działaniem obecnej koalicji, którą z nadzieją, trzy lata temu, poparła duża grupa wyborców-nauczycieli, po głosy wskazujące, że przecież i tak jest lepiej niż za Czarnka, i chyba nie o to chodzi, by do władzy powróciła prawica.

 

W tym miejscu pozwolę sobie na omówienie technikaliów wyborczych, ważnych z punktu widzenia nauczycieli. Może kogoś zdziwi, że nie nawiążę przy tym do polityki oświatowej obecnej koalicji, ale zwrócę uwagę na fakt, który przeżył w przestrzeni medialnej bodaj tylko jeden albo dwa dni, wywołując zresztą bardziej rozbawienie niż rzetelną analizę. Oto 3 października, podczas kongresu programowego zorganizowanego przez PiS pod hasłem „Gospodarka – nasz plan na uzdrowienie sytuacji w finansach publicznych”, Mariusz Andrzejewski, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie i były wiceminister finansów, zaproponował dobrowolne zwiększenie pensum nauczycieli z 18 do 22 godzin tygodniowo w zamian za wzrost wynagrodzenia zasadniczego.

 

Mniejsza o zaproponowane kwoty, choć wielu komentatorów wyliczyło, że nie byłaby to podwyżka, a jedynie niepełne wyrównanie zwiększonej liczby obowiązkowych zajęć. To co najważniejsze, wskazał w tej samej wypowiedzi sam projektodawca – zmiana miałaby być bezkosztowa dla budżetu.

 

Sporo mówi się dzisiaj o perspektywie przyszłorocznych wyborów. Sam snułem dywagacje, że kierownictwo MEN czyni wszystko, by zniechęcić nauczycieli do głosowania na obecnie rządzących. Niestety, akcentująca bezkosztowość propozycja, dobiegająca z kręgów największej partii opozycyjnej, jednoznacznie świadczy, że na żadną przedwyborczą ofertę poprawy sytuacji ekonomicznej nauczyciele liczyć nie mogą. Nie ma tu sporu pomiędzy politykami. Możemy więc obrazić się na nich i po prostu pozostać w domach podczas wyborów, albo jednak zagłosować, kierując się przesłankami innymi niż swój własny interes ekonomiczny, nawet jeśli jest on – jak sam uważam – tożsamy z interesem narodowej edukacji. Niestety, tego ostatniego w butiku z obietnicami wyborczymi po prostu nie ma i raczej nie będzie.

 

Wybór należy do każdego z nas.

 

 

Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/



Zostaw odpowiedź