Archiwum kategorii 'Felietony'

Dzisiejszy felieton będzie okolicznościowo-historyczny. I sentymentalno-wspomnieniowy – czyli w nurcie autobiograficz- nym. Choć jego pointa, lub jak kto woli – morał – będzie jak najbardziej współczesny. Ale przejdźmy do rzeczy.

 

Przed 54-ema laty trwały wakacje, które dla mnie – wówczas ucznia po X klasie XVIII Liceum Ogólnokształcącego im.      J. Śniadeckiego w Łodzi – były czasem, który spędzałem w mieście – po powrocie z pierwszego turnusy obozu harcerskiego w lasach w pobliżu miejscowości Ługi k. Dobiegniewa. Wtedy nie wiedziałem, że stojące przed wjazdem do tego miasteczka baraki, gdzie wówczas były chlewnie, to obiekty, w których hitlerowcy urządzili największy obóz jeńców wojennych II Wojny Światowej – słynny Oflag II C Woldenberg.

 

Nie tylko o tym wówczas nie wiedziałem – bo skąd miałem wiedzieć. W szkole o tym nie uczono….

 

I właśnie wspomnienie nietypowej lekcji „historii zakazanej”, udzielonej mi co prawda na terenie, wtedy już  mojego liceum, ale przez nauczyciela biologii, który wystąpił tam jako „osoba prywatna”, jest ten felieton.

 

Jak już zaznaczyłem – sierpień tamtego roku spędzałem w Łodzi i dlatego podjąłem się przychodzenia do szkoły i podle- wania zgromadzonych w pracowni biologicznej na okres ferii z całej szkoły „raslinek” – jak je nazywał nasz profesor od tejże biologii  – pan Antoni Jotko. Jakże malownicza, dziś powiedzielibyśmy „kultowa”, była to postać. Starszy pan, po sześćdziesiątce, wilnianin, absolwent Uniwersytetu im, Stefana Batorego w tymże mieście, którego kresowa polszczyzna miała ten przyśpiew i akcent, znany nam dzisiaj jedynie z unikalnego gramofonowego nagrania  Józefa Piłsudskiego „o nagrywaniu głosu ludzkiego”. [Nagranie firmy Rudzki, 5 września 1924 r.]

 

Moje relacje z profesorem Jotko od pierwszej chwili naszego spotkania przybrały charakter specjalny. Traf chciał, że po moim przejściu w półrocze r. szk. 1961/62 z Technikum Budowlanego nr 1. do XVIII LO , pierwszą lekcją w nowej szkole była biologia. Profesor wszedł do klasy, usiadł za stołem i czekał, aż klasa się uspokoi. Ale że  to nie nastąpiło zapytał: „A co wy dzisiaj dziecinki tak się chichracie, a?” Na co usłyszał odpowiedź: „Bo mamy Nowego”. Dalej dialog przebiegał następująco:

 

A pokaż no się ty – dziecinko!

    Wstałem i powiedziałem:

– To ja, panie profesorze.

– A jak ty sie nazywasz?

– Kuzitowicz .

Kuzitowicz? A z których ty Kuzitowiczów, bo ja znał rodzine Kuzitowiczów, mieszkali wedle Nowej Wilejki….

 

I tak zostałem krajanem pana profesora. Po kilku tygodniach byłem już  przewodniczącym koła biologicznego. Nie przeszkodziło tej nominacji nawet to, że ostatni raz uczyłem się biologii w szkole podstawowej, bo program mojej poprzedniej szkoły – „Budowlanki” – tego przedmiotu nie przewidywał.

 

 

Opowiadam o tym fakcie, gdyż jego znajomość pozwoli Wam zrozumieć jak mogło dojść do tego, co zdarzyło się w środę, 15 sierpnia 1962 roku, w pracowni biologicznej liceum przy ul. Perla 11.

 

Czytaj dalej »



Gazeta o tytule „Gazeta Prawna” pewnie i jest prawną, ale teza, jaką postawiła w tytule opublikowanego w czwartek artykułu „Nikt nie chce umierać za gimnazja”  jest bez wątpienia bezprawna, lub jak kto woli – nieuprawniona. Aby bez zastrzeżeń przyjąć taką informację jako obiektywnie zweryfikowaną prawdę znakomitej większości czytelników najprawdo- podobniej wystarczyło, że przeczytali tam: „Niemal połowa Polaków pozytywnie ocenia pomysł zmian w edukacji proponowanych przez resort edukacji. Ponad połowa jest za likwidacją gimnazjów – wynika z sondażu dla DGP zrealizowanego przez panel badawczy Ariadna.

 

Ale nawet biorąc za dobrą monetę te przywoływane badania sondażowe, które ponoć dostarczyły informacji, że ponad połowa (Polaków) jest za likwidacją gimnazjów (moim zdaniem – jedynie ponad połowa osób ankietowanych), jakim prawem napisano w tytule, że „nikt nie chce umierać za gimnazja”? Przecież jest jeszcze ta „mniejsza połowa”, czyli np. 49,9% badanych, którzy są przeciw likwidacji…  Nawet uwzględniając, że o tym „umieraniu za gimnazja” to tylko taka figura retoryczna, bo przecież nawet przywoływani dalej w tekście państwo Elbanowscy, choć – mówiąc językiem Papieża Franciszka – podnieśli taki raban w obronie  sześciolatków „skazanych” na szkołę, także w ich obronie umierać by nie zamierzali, to zapewne w zamyśle autorki – Anny Wittenberg – miało to znaczyć, że gimnazja nie mają obrońców. Tylko skąd ta pewność że ich nie ma? Czy naprawdę mówią o tym wyniki sondażu owej tajemniczej firmy, której pełna nazwa to Ogólnopolski Panel Badawczy Ariadna Sp. z oo, na którego badania  powołuje się w swych konstatacjach autorka artykułu?

 

Popatrzmy najpierw jakie informacje o sobie zamieściła owa firma na swej oficjalnej stronie:

 

Czytaj dalej »



Nie byłbym sobą, gdybym „odpuścił” ten temat: Wywiad minister Zalewskiej w „Kropce nad i”, jakiego ta pani udzieliła Monice Olejnik 13 lipca w TVN24. Nie ma sensu, abym powtarzał tu owego wywiadu fragmenty, dzięki którym owa pani już przeszła do historii…

 

Przywołam jedynie lapidarną i trafną opinię Wiktora Zborowskiego:Proszę nie oskarżać pani minister o brak wiedzy w kwestii Jedwabnego i pogromu kieleckiego. Pani nie wie, co wie na ten temat poseł Kaczyński, i w związku z tym co ma wiedzieć. Jak pani minister edukacji dowie się co ma na ten temat wiedzieć, wtedy będzie wiedziała co ma powiedzieć.

 

Kto jeszcze nie miał możliwości poczytania o tym bezprecedensowym wywiadzie – odsyłam do tekstu w „naTemat.pl”: Minister Ignorancji Narodowej. Po występie w „Kropce nad i” Anna Zalewska powinna się podać do dymisji.

 

Ale ja tak naprawdę nie o tym. W tym całym szumie medialnym jaki powstał po wyznaniach pani minister na tematy językowe i historyczne, prawie nikt nie zwrócił uwagi na bezczelne kłamstwa, jakie padły z jej ust w odpowiedzi na pytanie „Ile będzie kosztowała ta reforma wygaszania gimnazjów?”. Oto stenograficzny zapis jej wypowiedzi:

 

Czytaj dalej »



W miniony czwartek, 7 lipca, pani minister Zalewska podpisała dokument, w którym określiła kierunki realizacji polityki oświatowej państwa, a także kierunki realizacji zadań z zakresu nadzoru pedagogicznego. O ile cieszy, że nasze państwo będzie „upowszechniać czytelnictwo i rozwijać kompetencje czytelnicze, a także rozwijać kompetencje informatyczne wśród dzieci i młodzieży”, budzi zainteresowanie w jaki sposób to państwo zamierza „angażować pracodawców w  proces dostosowania kształcenia zawodowego do potrzeb rynku pracy”, to – przynajmniej u mnie – rodzą się poważne obawy o szczegółowe definicje tego celu i praktyczne formy realizacji trzeciego z czterech zapisanych tam kierunków: „Kształtowanie postaw. Wychowanie do wartości.”

 

Pisząc „szczegółowe definicje” mam na myśli jakie to postawy i jakie wartości ma autorka tego dokumentu na myśli, a pisząc o praktycznych formach realizacji wyrażam swój niepokój jakimi to metodami przedstawicielka „dobrej zmiany” będzie zalecała szkołom i innym placówkom realizować to „wychowanie do wartości”.

 

Odrębnym zagadnieniem jest rażący błąd posłużenia się, jako nazwami odrębnych celów, dwoma pojęciami, w przypadku których zakres definicyjny pierwszego mieści się w definicji drugiego. Mam prawo zakładać, że jeśli ktoś nie ukończył studiów pedagogicznych a filologiczne, to aby mieć prawo wykonywania zawodu nauczyciela musiał ukończyć studia podyplomowe lub przynajmniej kurs kwalifikacyjny (w wymiarze min. 270 godz.), podczas których nabył wiedzę i umiejętności z zakresu psychologii, pedagogiki i dydaktyki szczegółowej. Zastanawiające jest przeto, jak pani minister mogła wypuścić, ze swoim podpisem, tak określony kierunek polityki oświatowej państwa. Wiem że definicji wychowania są dziesiątki, ale wydaje się, że w czasach gdy pani Anna Zalewska była słuchaczką którejkolwiek z form doskonalenia zawodowego pozwalających uzyskać uprawnienia pedagogiczne, musiała spotkać się z definicją klasyka polskiej pedagogiki i autora Słownika pedagogicznego – prof. Wincentego Okonia. Oto cytat (fragmenty) tej definicji: Wychowanie to „świadomie organizowana działalność społeczna, oparta na stosunku wychowawczym między wychowankiem a wychowawcą, której celem jest wywołanie zamierzonych zmian w osobowości wychowanka. Zmiany te obejmują zarówno stronę  poznawczo-instrumentalną […], jak i stronę emocjonalno-motywacyjną, która polega na kształtowaniu stosunku człowieka do świata i ludzi, jego przekonań i postaw[…]*

 

Czytaj dalej »



Za nami pierwszy tydzień wakacji. Dla wszystkich, którzy nie zaszyli się gdzieś głęboko w lasach, w górach czy nad wodą, z dala od gazet, Internetu i TV (bo nie wierzę, że od radia – chyba że jako świadoma forma terapii), był to tydzień naznaczony nie tylko odpadnięciem polskiej reprezentacji z dalszych faz turnieju Euro 2016, ale  w naszej zawodowo-tematycznej niszy – także toruńską konferencją i estradowym występem na niej pani minister Zalewskiej. Ci którzy oglądali relację z tego wydarzenia (bo nie wierzę że czytają te felietony ci, którzy tam byli) wiedzą, że dopiero w końcowej części swej prelekcji pani minister ogłosiła tam z dawna obiecywane rzekome owoce Ogólnopolskiej Debaty o Edukacji „Uczeń – Rodzic – Nauczyciel”.  Jako że swój pogląd o tym wydarzeniu wyraziłem już w czwartkowym „felietonie nadzwyczajnym” – dziś na ten temat (znaczy pani minister i tego wiecu w toruńskim Centrum Kulturalno-Kongresowym „Jordanki”) już ani słowa….

 

Co nie znaczy, że nie będzie o tym „ jak uczynić polską szkołę jeszcze lepszą”. Bo, że można o tym rozmawiać bez ideowego zadęcia i politycznego kagańca, udowadnia wiele środowisk i społeczności nauczycielskich. Najnowszym tego świadectwem jest zakończone w piątek spotkanie, zorganizowane w warszawskiej Bibliotece Narodowej pod nazwą INSPIR@CJE 2016. Jego organizatorzy (w tym ten najważniejszy – redakcja portalu  Edunews.pl) jeszcze na etapie przyjmowania zapisów informowali potencjalnych uczestników, że INSPIR@CJE nie są konferencją naukową, są natomiast niepowtarzalnym spotkaniem edukacyjnych innowatorów, eduzmieniaczy i superbelfrów, którzy w swojej codziennej pracy nie tylko myślą, jak poprawiać edukację w Polsce, ale to faktycznie czynią.

 

Że w naszym środowisku jest wiele podobnie myślących i działających osób mogą świadczyć liczne teksty, ukazujące się na wielu portalach, stronach internetowych i fanpage’ach, będących medialnym głosem prowadzących je, pozarządowych, stowarzyszeń i fundacji, ale też niesformalizowanych społeczności nauczycielskich. Przykładem tych ostatnich są Superbelfrzy, których strona zatytułowana „Superbelfrzy RP – Blog grupy Superbelfrzy RP” jest miejscem, gdzie można znaleźć wiele wartych przeczytania tekstów. Oto przykład – pierwszy z brzegu: tekst „Święty Graal polskiej edukacji”, autorstwa Jacka Ścibora – nauczyciela informatyki w Zespole Szkół w Chrząstawie Wielkiej (k. Wroc- ławia). Jak widać nie trzeba mieszkać w Warszawie, aby robić wiele ważnych i społecznie pożytecznych rzeczy: być  założycielem i administratorem fanpage’u grupy Superbelfrzy RP i  redaktorem  naczelnym kwartalnika „IT w edukacji”. W przywołanym powyżej tekście jego autor „przejechał się” po ministerialnym podejściu do unowocześniania polskich szkół. Oto fragment tego postu:

 

Czytaj dalej »



Niedzielny felieton, pisany na dzień przed zapowiadaną nieomal jak „Dzień Objawienia” konferencją w Toruniu, na której minister Zalewska obiecała ogłosić jak zreformuje nasz systemie szkolny, zakończyłem taką deklaracją:

 

Zostawiam te tematy do czasu, gdy po poniedziałkowej konferencji w Toruniu będzie już wszystko wiadome. Jako że są już wakacje, bieżących materiałów ze szkół już nie będzie – obiecuję kolejny felieton już w połowie przyszłego tygodnia. Mam nadzieję, że odpuszczą już wtedy te obezwładniające, panujące od kilku dni, afrykańskie upały……

 

Upały odpuściły (choć nie do końca – dziś na moim zaokiennym termometrze po północnej stronie odczytałem o godz. 12-ej 29 st. C.), za to temperatura komentarzy po poniedziałkowym spektaklu w Centrum Kulturalno-Kongresowym „Jordanki” w Toruniu wyraźnie opada. Przyznam się, że świadomie dałem sobie więcej niż jeden dzień karencji w obowiązku sformułowania moich refleksji po tym wydarzeniu. W tym czasie zaprezentowałem na stronie OE echa owej konferencji ze  środowiska związków zawodowych,  i – nie przeze mnie wybranej (bo był to cytat z „rządowego” Polskiego Radia PiK)  organizacji pozarządowej – Stowarzyszenia „Rodzice w Edukacji”.

 

Zakładam także, iż Sz. Czytelnicy do dziś zapoznali się już z niejednym komentarzem  prasowym, radiowym lub telewizyjnym, których sporo się pojawiło – pomimo tego, że BREXIT i EURO 2016 we Francji zdominowały newsroomy wszystkich redakcji. Polecam jeszcze dzisiejszy artykuł w „Gazecie Wyborczej”: Reforma edukacji Zalewskiej. Jak mają żyć nieprzeciętne gimnazja?

 

Będzie to więc bardzo wybiórcza, stronnicza – bo subiektywna i zawężona do t.zw. „ogólnego wrażenia” – refleksja, nie roszcząca sobie prawa do bycia dogłębną, merytoryczną analizą wystąpienia pani minister Anny Zalewskiej.

 

Zacznę od tego, że jestem pełen uznania dla poziomu posługiwania się przez reżyserów tego spektaklu narzędziami socjotechniki – rozumianej tu jako sztuki skutecznego oddziaływania na innych. Już sam wybór takiej a nie innej sali, dającej techniczne możliwości operowania światłem i dźwiękiem, pozwolił osobom, które tam zasiadły poczuć się uczestnikami czegoś  niezwykłego, podniosłego. Także ilość około 2 tysięcy osób tam zgromadzonych stworzyła okoliczności sprzyjające zadziałaniu praw „psychologii tłumu”,  wywołaniu specyficznego klimatu znanego kibicom na całym świecie: zero racjonalizmu, maksimum emocji!

 

Czytaj dalej »



Wygląda na to, że w PiS jak w Biblii –  na początku jest słowo…  Nie wiem, czy w całej tej partii, ale wszystko na to wskazuje, że jest tak w ministerstwie edukacji. Sądzę tak po tym, co wydarzyło się w piątek, 24 czerwca, w wałbrzyskim INVEST PARK. Jak wiadomo to tam pani minister Anna Zalewska, w obecności wicepremiera i ministra od rozwoju – Mateusza Morawieckiego, ogłosiła co zostanie zmienione w obszarze szkolnictwa zawodowego. Z wszystkich jej zapowiedzi bezsprzecznie największą zmianą jest właśnie ta zmiana, zmiana w sferze słów: nazwa „szkoła zawodowa” zostanie zastąpiona nazwą „szkoła branżowa”.

 

Kto jak kto, ale pani profesor od polskiego (którą wszak drzewiej była pani Anna Zalewska) wie, że w rodzinie nauk filologicznych funkcjonuje i taka, którą „za moich czasów” nazywano semantyka, a którą współcześni uczeni tej „branży” wolą nazywać „semazjologią”. Jak ją zwał, tak zwał,  jest  to „nauka o znaczeniu i zmianach znaczeń wyrazów”, a określając to bardziej precyzyjnie  – to „dział semiotyki badający związki między wyrażeniami językowymi a przedmiotami, do których się odnoszą.

 

Sprawdźmy więc, co znaczy rzeczownik „branża”, aby właściwie zinterpretować wywodzący się od niego  przymiotnik „branżowy”. Szukamy przeto w słowniku wyrazów obcych (bo na słuch czuć, że to nie jest polskie słowo): branża  [francuskie: branche  – gałąź] – gałąź produkcji lub handlu, obejmująca  towary lub usługi jednego rodzaju.*  Czy nazwanie „branżową” szkoły, która oferuje swym uczniom ofertę dydaktyczną, pozwalającą im na uzyskanie kwalifikacji w określonym zawodzie (nie branży, czyli „gałęzi produkcji lub handlu”, w której funkcjonuje przecież kilka, kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt różnych zawodów) nie jest błędem – nie tylko językowym, ale także logicznym? Tym bardziej, że nasza  tradycja językowa każe nam przywoływać jako desygnaty pojęcia „branża” właśnie źródłosłów francuski – gałąź, czyli gałąź gospodarki, której instytucjonalizacją były i są ministerstwa. W tym znaczeniu już od dawna mieliśmy, i nadal mamy, szkoły branżowe: artystyczne, rolnicze, leśne – bo nadzorowane nie przez resort edukacji, a przez „branżowo” odpowiadające im ministerstwa.

 

Wydaje mi się, że w tym przypadku nie motywy językoznawcze  legły u podstaw tej decyzji.

 

Czytaj dalej »



Pod środową relacją z XXX Podsumowania Ruchu Innowacyjnego w Edukacji, jak nazywają organizatorzy doroczną galę rozdawania certyfikatów w coraz bardziej wyszukanych tytułach  kategorii tych wyróżnień, zamieściłem – chyba trochę pod wpływem doraźnej emocji – takową deklarację: W najbliższym felietonie podzielę się moimi opiniami o tym wydarzeniu. Dziś emocje znacznie ostygły i coraz mniej jestem przekonany o tym, że to upublicznienie moich – z natury rzeczy subiektywnych – opinii ma jakiś pragmatyczny sens. W kręgu „twardych” fanów (a głównie fanek) dyrektora Janusza Moosa i tego wszystkiego, czego jest on pomysłodawcą i inspiratorem, będzie się mówiło o tym: „Psy szczekają, karawana idzie dalej”, a pozostali, którzy patrzą na te działania z rezerwą, a niektórzy zapewne i krytycznie – powiedzą: „I co to zmieni? Tak długo, jak kolejnym władzom (raz z lewa, raz z prawa, a czasami i z centrum – bez znaczenia), będą te działania – z jakiegokolwiek powodu –  „na rękę”, tak długo będą to firmowały i – w pewnym stopniu – także finansowały.”

 

Z tych to, wyłącznie, powodów ograniczę się więc do jednego wątku moich refleksji. Są nim moje wątpliwości co do oceny stopnia spełniania przez owe gale i rozdawane tam  statuetki, certyfikaty w ramkach i te młodociane baletniczki wręczające laureatom róże, założonego przed tym wydarzeniem, głównego celu. A jest nim, że przytoczę tekst podany przez organizatorów, Upowszechnienie na forum łódzkim i regionalnym osiągnięć innowacyjnych firm, instytucji, pracodawców, liderów edukacji, szkół, twórczych nauczycieli, uczniów.” W słownikach można znaleźć takie oto synonimy słowa „upowszechnienie”: „popularyzacja, rozkrzewienie, rozpowszechnienie, spopularyzowanie, umasowienie, wprowadzenie”. Pominąwszy te dwa ostatnie określenia – wszystkie poprzednie odmiany upowszechniania owych osiągnięć mogą dziś zostać zrealizowane głównie poprzez nagłośnienie tego tematu w mediach: przede wszystkim tradycyjnych (prasa – drukowana, radio, TV), a także w różnorodnych e-mediach społecznościowych. Jak wiadomo te ostatnie, aby jakikolwiek temat w nich zaistniał i był wśród ich odbiorców powszechnie znany (i „lajkowany”), nie wymagają organizowania imprez w Salach Lustrzanych żadnych pałaców – wystarczy, że ich użytkowników zainteresuje temat, lub że osoba w tym środowisku „znacząca” nada mu odpowiednią rangę.

 

Tak więc wróćmy do prasy, radia i telewizji – w skali „łódzkiej i regionalnej”. Jak myślicie – jak szerokim echem odbiła się ta impreza w owych lokalnych mediach? Wszak opiekę medialną, jak podali organizatorzy, sprawowały: TVP Oddział w Łodzi, Telewizja TOYA, czasopisma: Głos Nauczycielski, Dyrektor Szkoły. Miesięcznik Kierowniczej Kadry Oświatowej, Gazeta Wyborcza, Dziennik Łódzki, Dobre Praktyki. Innowacje w Edukacji. Ten ostatni tytuł to wydawnictwo własne ŁCDNiKP. Zadałem sobie trochę trudu i ustaliłem, że:

 

Czytaj dalej »



Trudno jest pisać felieton w niedzielę, kiedy „Orły Nawałki” grają w Nicei swój pierwszy mecz w mistrzostwach Europy „Euro 2016”. Zakładam, że jednak nie wszyscy potencjalni czytelnicy tego felietonu mają w tym czasie „zawężone pole świadomości”, a i ja interesuję się tym karnawałem kibicowskich nacjonalizmów, tolerowanym nawet przez mainsreamowe elity, jedynie w ograniczonym zakresie.

 

Nie będę dziś podejmował żadnego tematu, który wciągnąłby mnie na kilka tysięcy znaków, a ograniczę się do niezbyt kontrowersyjnego, jakim będą moje refleksje wokół obserwowanej, od dawna  narastającej, fali wszelakich konferencji. Słownik wyrazów obcych (PWN 2004) podaje wiele znaczeń tego słowa, z których ja przytoczę tę, którą będę się posługiwał w dalszym wywodzie: Konferencja – to „spotkanie przedstawicieli jakichś instytucji lub organizacji w celu omówienia określonych zagadnień  i podjęcia uchwał; narada.”  Słownik podaje też co oznacza słowo konferować: „Obradować nad określonym problemem; naradzać się”.  Aby dopełnić te słownikowe odniesienia zacytuję jeszcze definicję kolejnego „modnego” słowa z tego obszaru, jakim jest „panel” – oczywiście nie podłogowy, ani  sterowniczy. Ten sam słownik podaje, że panel, to „publiczna dyskusja na określony temat prowadzona  przez specjalistów z różnych dziedzin, ludzi różnych zawodów i orientacji w celu przedstawienia odmiennych punktów widzenia.” I jeszcze ostatnie, szczególnie ulubione przez naszą najnowszą minister, „panią profesor od polskiego” – Annę Zalewską, słowo: Debata. To samo źródło tak ją definiuje: „Poważna i długa dyskusja na ważny temat; obrady.” Pozostaje jeszcze upewnić się czy każda sytuacja, określana mianem dyskusja jest nią w rzeczywistości. Otóż ten sam słownik nie zawiera tego słowa (czyżby autorzy uznali, że to nie wyraz obcy?), podaje natomiast definicję pojęcia „dyskurs”, które definiuje jako „dyskusję, w której poważny temat omawiany jest  w sposób uporządkowany i logiczny”.  Pozostaje sprawdzić znaczenie słowa „dyskusja” w słowniku współczesnego języka polskiego (Słownik 100 tysięcy potrzebnych słów, red. J. Bralczyk, PWN 2008), który podaje, że jest to „ustna lub pisemna wymiana zdań na jakiś temat mająca prowadzić do wspólnych wniosków.” Może jeszcze upewnimy się, co to „obrady”. Prof. Bralczyk zaakceptował taką tego definicję: „Wspólne omawianie spraw o charakterze publicznym”.

 

Po co te wszystkie słownikowe odwołania? Aby, po raz nie wiem już który, wykazać jak bardzo praktyka różni się od teorii…  Uświadamiałem to sobie podczas nieomal wszystkich moich obecności (bo nie uczestnictwa) w relacjonowanych później na stroni OE konferencjach i debatach. Ze szczególną mocą odczuwałem ten dysonans podczas opisanej obszernie11 kwietnia „Wojewódzkiej debacie oświatowej” – z udziałem wiceministra Kopcia, później także 23 maja, w pięknej auli ZSP nr 19, gdzie odbyła się, z udziałem Łódzkiego Kuratora Oświaty – także tak nazwana – debata poświęcona zebraniu opinii środowiska dyrektorów szkół i innych placówek oświatowych na temat przygotowywanych przez MEN zmian w organizacji nadzoru pedagogicznego. Ostatnio takie wątpliwości co do tego, czy nazwa tego spotkania – konferencja – jest adekwatna do obserwowanej rzeczywistości, opadły mnie w miniony wtorek, gdy obserwowałem pierwszą część konferencji „Innowacje w edukacji 2016″ – także z udziałem (niespełna godzinnym) pana kuratora Wierzchowskiego. Zacznę więc od tego eventu, bo wszystko jeszcze mam „na świeżo” w pamięci.

 

Czytaj dalej »



Dziś tematem mojego kolejnego felietonu nie będzie żadne z wydarzeń, o których w wersji „faktograficznego” przekazu „Obserwatorium Edukacji” informowało już swych czytelników, a pewna, przemilczana dotąd a zasługująca na szersze przedstawienie, kolejna „pseudodemokratyczna” inicjatywa kierownictwa ministerstwa edukacji. Nie będę uciekał się  streszczania tego tekstu – zacytuję dosłownie komunikat, jaki ukazał się na stronie MEN w Dniu Dziecka:

 

Zgłoś się do Rady Dzieci i Młodzieży!

 

Zapraszamy wszystkich uczniów szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych do zgłoszenia się do Rady Dzieci i Młodzieży Rzeczypospolitej Polskiej przy Ministrze Edukacji Narodowej.

 

Wystarczy wypełnić formularz zgłoszeniowy i przesłać go do ministerstwa edukacji. Zgłoszenia przyjmujemy do 30 czerwca. Spośród kandydatów, którzy prześlą w terminie prawidłowo wypełnione formularze zgłoszeniowe Minister Edukacji Narodowej wyłoni 16 członków Rady (po jednym z każdego województwa) i 16 zastępców członków Rady.

 

Do zadań Rady Dzieci i Młodzieży Rzeczypospolitej Polskiej przy Ministrze Edukacji Narodowej będzie należało wyrażanie opinii i przedstawianie propozycji w kwestiach dotyczących dzieci i młodzieży, w zakresie spraw objętych działem oświata i wychowanie. Kadencja Rady będzie trwała jeden rok. Pierwsze spotkanie Rady odbędzie się we wrześniu.

 

Formularz zgłoszeniowy kandydata na członka lub zastępcę członka Rady  –  TUTAJ

 

 

Źródło: www.men.gov.pl

 

 

W treści owego formularza wyróżnia się takie oto polecenie:

 

Proszę uzasadnić (maksymalnie: 4000 znaków), dlaczego Pana/Pani kandydatura powinna zostać wyłoniona do udziału w pracach Rady Dzieci i Młodzieży Rzeczypospolitej Polskiej przy Ministrze Edukacji Narodowej.

 

 

Tyle cytatów – czas na komentarz.

 

Zacznę może od końca. Wyobrażę sobie, że jestem uczniem – dajmy na to – trzeciej klasy technikum, który uczy się w … dajmy na to w Technikum Leśnym w Miliczu, albo może w Zespole Szkół Leśnych w Lesku. Mogę także uczyć się           i mieszkać w przyszkolnym internacie w Szkole Leśnej im. prof. Stanisława Sokołowskiego w Warcinie, albo też w Zespół Szkół Leśnych i Ekologicznych im. St. Morawskiego w Brynku…  Bardzo chciałbym z moich ostępów leśnych wyjechać do Warszawy.

 

Czytaj dalej »