
Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'
Dziś portal EDYNEWS.PL zamieścił tekst Joanny Krzemińskiej, zatytułowany „Nauczyciel jako edukacyjny prowokator”. Jest to jej wprowadzenie i zachęta do obejrzenia filmu z wystąpienia, które miała podczas konferencji INSPIR@CJE 2020, jaka w dniach 26-27 września odbyła się w Warszawie. To ta sama konferencja, w której Jarosław Pylak zabierał głos jako ostatni mówca drugiego dnia jej trwania, a gdzie koleżanka Krzemińska otwierała ten dzień swoim wystąpieniem na ten wwłaśnie temat. Oto ten tekst – bez skrótów:
Foto: www.edunews.pl
Joanna Krzemińska podczas wystąpienia na konferencji INSPIR@CJE 2020
Prowokacyjny, czyli jaki? Przez lata przyzwyczailiśmy się, że to, co nazywamy prowokacją nosi w sobie jakieś znamiona niestosowności. Nie było dobrze przyjmowane, gdy młodzi ludzie prowokowali. Czy to wyglądem czy zachowaniem. Za taką prowokacją, w myśl ustalonych w świadomości społecznej zasad, powinny pójść konsekwencje… Najczęściej związane z czymś nieprzyjemnym, ukaraniem za to, że ktoś śmiał mieć własne zdanie i je manifestuje…
Na początku mojej drogi nauczycielskiej takie rozumienie prowokacji było mi bliskie. Również dla mnie, jako nauczyciela, prowokacja łączyła się z wyrażeniem własnego buntu. Choć byłam już przecież osoba dorosłą, nie widziałam powodu, dla którego miałabym postępować tak, jak się zwyczajowo przyjęło. Choć początkowo były to niewielkie gesty, mogłoby się zdawać, że tylko ja dostrzegałam ich znaczenie. To, co raziło mnie w postawie ucznia, brałam za swój atut. I zaskakujące, że potrzebowałam czasu, by dostrzec, że takie działanie jest nieco pozbawione sensu. Warto było jednak czekać, by dojrzeć do tego, jak dziś widzę i swoją i młodych ludzi rolę w edukacji.
Przez lata pracy w szkole nauczyłam się dostrzegać, że cenne jest to, że nastolatek chce i potrafi wyartykułować swoją opinię. Przestałam widzieć w takich przypadkach atak na to, czego i w jaki sposób uczę. Staram się raczej docenić to, że mamy różny światopogląd (co oczywiste). Dziś wiem, że czasownik „prowokować” łączy się znaczeniowo z dopełniającym „do czegoś”. Do czego chcę prowokować i kogo? Początkowo wzięłam za cel stymulowanie moich uczniów do myślenia. Później pomyślałam, że warto działać na większą skalę i spróbować pobudzić także innych nauczycieli do tego, by zechcieli inaczej spojrzeć na edukację. Dziś stoję na stanowisku, że najważniejsze jest, aby prowokować samego siebie do nieustannego rozwoju. I o tym pragnę przekonać innych.
Przyznajemy – od kilku dni – czekamy na post prof. Śliwrskiego, w którym przedstawiłby swoją – znanego od lat recenzenta polityki edukcyjnej kolejnych rządów – ocenę najnowszej decyzji, Prezesa, nie tylko kadrowej, ale i strukturalnej, w obszarze szkolnictwa, uczelni wyższych i nauki. Niestety, na swoim blogu <Pedagog> już trzeci dzień publikuje on swoistą trylogię o szkolnictwie Republiki Federalnej Niemiec:
>wtorek, 29 września: Czym wyróżniają się najlepsze szkoły w niemieckich Landach? cz.1 – TUTAJ
>środa, 30 września: Wyjątkowe szkoły za zachodnią granicą Polski cz.2 – TUTAJ
>czwartek, 1 października: Alternatywne szkoły publiczne w Niemczech – cz.3 – TUTAJ
W oczekiwaniu na głos eksperta – zapraszamy do lektury poglądów przedstawicielki „edukacyjnej struktury pozarządowej”:
Wczoraj (30 września) na stronie Fundacji „Przestrzeń dla Edukacji” zamieszczono tekst autorstwa Igi Kazimierczyk – prezeski Zarządu Fundacji, zatytułowany „Nowe rozdanie w MEN – stare problemy”. Poniżej przytaczamy go bez skrótów:
Zasadą rekrutacji jest dopasowanie doświadczenia i kompetencji kandydata do zakresu zadań, przewidzianych dla danego stanowiska. Niestety obserwujemy, że ta zasada nie ma zastosowania przy powoływaniu na stanowiska ministra edukacji.*
Osobą, o której mówi się w kontekście przejęcia sterów resortu edukacji jest poseł Przemysław Czarnek.
Jak ustaliła dziennikarka Justyna Suchecka, w obecnej kadencji poseł Czarnek złożył jedynie 5 interpelacji i żadna z nich nie dotyczyła tematu edukacji. Pan poseł nie zasiadał także w sejmowej komisji edukacji. Żadna z jego aktywności jako zawodowego posła nie była także związana ze szkolnictwem i nauką.
Foto: www.facebook.com/mikolaj.marcela
Mikołaj Marcela z „papierowym” wydaniem „Wysokich Obcasów”, otwartych na stronie, na której wydrukowano jego tekst pod tytułem „Sięgnij po właściwą pigułkę”
„Choć burza huczy wkoło nas, Do góry wznieśmy skroń…”. Jeszcze polska edukacja nie zginęła, póki my, nauczyciele – przekonani o konieczności jej zmieniania – żyjemy!
W tym duchu postanowiliśmy, co prawda z tygodniowym „poślizgiem” zaprezentować tekst Mikołaja Marceli, który opublikowany został przed tygodniem w „Wysokich Obcasach”. Oto jak promował go sam Autor na swoim profilu:
O tym, jak rodzice i nauczyciele mogą wybrać lepszą przyszłość dla młodych ludzi. Jednak, by to zrobić, muszą wybrać, że chcą się obudzić z dotychczasowego snu o edukacji. Bo szkoła jest dla bardzo wielu młodych ludzi (ale także nauczycieli i rodziców) właśnie jak zły sen albo koszmar. Z drugiej strony, sposób, w jaki podchodzimy do edukacji, przypomina „Matrixa”.
System szkolnictwa najczęściej tkwi w XIX wieku, choć poza murami szkół w najlepsze trwa wiek XXI ze swoimi problemami i wyzwaniami, do których zupełnie nie przygotowuje się młodych ludzi… A ten system będzie tak długo trwał, jak długo będziemy żyć w dotychczasowej iluzji i podtrzymywać ją naszymi przekonaniami i działaniami. Jednak jest jedna dobra wiadomość: jeśli już się przebudzimy z tego snu – jak Neo w „Matrixie” – nie będzie odwrotu i już zawsze będziemy widzieli, czym on jest naprawdę.
Od dłuższego czasu bardzo wiele osób, na czele ze zmarłymi niedawno Jesperem Juulem i Kenem Robinsonem, przekonuje, że inna droga jest możliwa. Pytanie tylko, kiedy większość z nas podejmie decyzję, by usłyszeć ich słowa i dostrzec tę inną drogę. A o najważniejszy drogowskazach do niej wiodących piszę w dzisiejszych „Wysokich Obcasach”.
Punktem wyjścia i dojścia jest dla mnie „Matrix”. I nie jest to przypadek. Dla mojego pokolenia to film kultowy, ale dla mnie osobiście jest szczególnie ważny. Ryszarda Koziołka, mojego przyszłego promotora, po raz pierwszy spotkałem w trakcie wspaniałego wykładu poświęconego właśnie „Matrixowi”. A miało to miejsce na lekcjach polskiego Krystyny Koziołek, której zajęcia były dla mnie pierwszym doświadczeniem tego, że ta inna, lepsza droga w edukacji jest możliwa. Dzięki temu doświadczeniu jakoś łatwiej jest mi iść tą drogą od lat. […]
Źródło: www.facebook.com/mikolaj.marcela
Cały tekst, zatytułowany w wersji elektronicznej „Szkoła oblałaby z kretesem egzamin z wiedzy o funkcjonowaniu ludzkiego mózgu. Jak możemy uratować dzieciaki – TUTAJ
Foto: www.pistacja.tv
Wczoraj na portalu EDUNEWS.PL zamieszczono artykuł Danuty Sterny zatytułowany „Siedem ogólnych wskazówek dla nauczania hybrydowego”. Oto ten tekst – zamieszczamy go bez skrótów:
Hybryda jest bardzo prawdopodobna, dlatego warto się do niej przygotować. Stosuj mini projekty i odwrócone zasady odwróconej lekcji, postaraj się, aby lekcje wspierały społeczność klasy, poświęcaj czas na rozmowy z uczniami, nie rób rewolucji, nawiązuj do realnego życia, ucz się od innych.
1.Wykorzystuj metodę projektu. Właściwie mini projektów, które realizują cele lekcji, ale nie są wielkimi przedsięwzięciami.
2.Stosuj zasady odwróconej lekcji. Informuj uczniów o czym będzie następna lekcja i zadawaj im inspirujące pytania na ten temat, sugerując materiały, które mogą ich do lekcji przygotować.
3.Oferuj działania, które wspierają społeczność (np. wyznaczanie wspólnych celów, wybór projektów, działania w grupach itp.)
4.Rozmawiaj z uczniami o ich obecnej sytuacji, o pandemii i o tym co ich martwi i jak się odnajdują w tej wirtualnej rzeczywistości. Warto rozmawiać nie tylko o sytuacji osobistej, ale o sytuacji na świecie.
5.Nie odkrywaj na nowo koła. Warto wykorzystywać to, co do tej pory dawało efekty i to co umiemy dobrze robić. Ten czas nie jest odpowiedni na rewolucyjne zmiany. Już samo nauczanie zdalne jest wielką zmianą.
6.Nawiązuj do rzeczywistości. Motywacja do nauki jest dużym problemem współczesnej edukacji. W zdalnym nauczaniu jest on jeszcze większy. Jedną ze spraw, które angażują uczniów jest pokazanie im, że wiedza, którą zdobywają może im się przydać w życiu.
7.Ucz się od innych nauczycieli. Wielu nauczycieli wypróbowało już różne sposoby, trzeba się nimi dzielić, aby nie tracić czasu na nieefektywne pomysły. Pamiętaj, nie jesteś sam.
Źródło: www.edunews.pl/
Więcej o nauczaniu hybrydowym w tekście Zespołu Katalyst Education „Nauczanie hybrydowe – poradnik” – TUTAJ
Polecamy także na stronie Khan Academy film „Co to jest nauczanie hybrydowe?” – film z polskimi napisami – TUTAJ
Wczoraj kolega dyrektor Jarosław Pytlak zamieścił na swoim blogu tekst, zatytułowany „Piramida potrzeb nauczyciela”. Oto fragmenty tego posta – z jedną ilustracją wywodu:
Po raz kolejny wystąpiłem w roli prelegenta podczas konferencji z cyklu „Inspiracje”, organizowanej przez Edunews.pl i personalnie Marcina Polaka. Odbyła się ona tym razem w formule hybrydowej, tzn. w obecności mniejszej niż zazwyczaj liczby uczestników na miejscu, za to z widzami korzystającymi z transmisji online.
Przypadło mi niewdzięczne zadanie wystąpienia pod sam koniec imprezy, po wielu prelegentach prezentujących konkretne pomysły nowych i/lub sprawdzonych rozwiązań. Temat, który podjąłem: „Pandemia – bodziec dla rozwoju czy epitafium dla systemu edukacji” nie miał zbyt optymistycznego wydźwięku, co zresztą – stwierdzam to samokrytycznie – stało się ostatnio znakiem firmowym moich wypowiedzi. Niestety, czasy są takie, że nawet człowiek sukcesu na niwie edukacji, za jakiego z pewnością mogę się uważać, więcej energii poświęcać musi chronieniu dotychczasowego dorobku, aniżeli snuciu planów i poszukiwaniu pomysłów na przyszłość. A przynajmniej ja tak to odczuwam.
Po z górą półroczu zmagań z pandemią można już kusić się o ocenę jej znaczenia dla polskiej edukacji. Ku pokrzepieniu serc powinienem napisać, że oczywiście, doświadczenie obecnego czasu jest bezcenne i z pewnością uruchomi nieznane dotychczas pokłady ludzkiego zaangażowania i kreatywności, a kiedy kryzys minie, zachowamy na zawsze bezcenny dorobek tych trudnych dni. Niestety, obawiam się, że tak pięknie nie będzie. A jak będzie? Aby poszukać odpowiedzi na to pytanie, proponuję przyjrzeć się potrzebom najważniejszych (oczywiście poza uczniami) udziałowców naszego systemu edukacji. […]
Pytanie, czy pandemia stanie się bodźcem rozwojowym najłatwiej odnieść do nauczycieli. Stanowią oni tę część systemu, która ma szansę stosunkowo najłatwiej poddać się zmianom. Ich potencjalne zaangażowanie ma wszak wymiar osobisty – to, jak funkcjonuje ich placówka oświatowa bezpośrednio przekłada się na ich dobrostan. Wreszcie – nadal są wśród nich entuzjaści. Czy to jednak wystarczy, by w tej grupie zawodowej znaleźć potencjał rewolucyjnej zmiany? I to w wyjątkowo trudnym okresie pandemii?!
Aby poszukać odpowiedzi na powyższe pytanie proponuję przyjrzeć się piramidzie potrzeb nauczyciela, którą pozwoliłem sobie opracować na wzór piramidy potrzeb Maslowa. Ta ostatnia stanowi jeden z ikonicznych elementów dorobku psychologii. Układa rozmaite ludzkie potrzeby w kolejności od tych bardziej fundamentalnych, do najbardziej wyrafinowanych, najwyższego rzędu.[…]
Piramida potrzeb nauczycieli, którą za chwilę zaprezentuję pod jednym względem piramidalnie różni się od tego, co zaproponował Maslow. Mianowicie posiada fundament. Otóż każdy wybierający w Polsce zawód nauczyciela musi z góry założyć, że nie uzyska wysokiego statusu materialnego. Nawet po długiej i udanej karierze osiągnie co najwyżej średni poziom zarobków, a przez większość czasu pozostanie w dolnej części drabinki dochodowej. To zresztą żadna nowość – nauczyciele w Polsce zawsze byli biedni i mieli nad głową szklany sufit możliwości awansu materialnego. Tyle, że za czasów PRL podobny sufit miała większość innych inteligenckich zawodów. W obecnym naszym ustroju ów szklany sufit wyróżnia zawód nauczyciela w sposób szczególny wśród innych wymagających dobrego wykształcenia.
Źródło: www.szkoladobrejrelacji.pl
Dziś zabieramy Nasze Czytelniczki i Czytelników na stronę bloga „Szkoła dobrych relacji”, prowadzonego przez Natalię Boszczyk – nauczycielką j. polskiego w Społecznej Szkole Podstawowej nr 13 z Oddziałami Dwujęzycznymi w Warszawie, psychoedukatorkę i trenerkę pomagającą ludziom budować wspierające relacje, ale także mamę trójki dzieci. Można ją znaleźć także na stronie „Szkoła jutra już dziś”. Naszą uwagę przyciągnął tam jej najnowszy post, zatytułowany „Szkolne życie bez spiny, czyli: co wspiera nasze relacje?”
Oto wybrane fragmenty tego tekstu i link do jego pełnej wersji:
W jednej z nauczycielskich grup na facebooku zobaczyłam grafikę, na której widać było górę lodową. Na jej czubku widniało słowo „sukces”, a pod spodem hasła takie jak: „poświęcenie”, „nieprzespane noce”, „zmęczenie”, „stres”, „krytyka” i „samotność”. Jest we mnie duży sprzeciw dla takiego ujmowania pojęcia „sukcesu”. Czy naprawdę, żeby osiągnąć „sukces”, trzeba wypruć sobie żyły…? I jaki to wszystko ma związek ze szkolnymi relacjami…?
Nie zajeżdżam siebie
W komentarzu do tej grafiki zgodziłam się, że sukces wymaga naszego uporu i wysiłku, ale że chcę go widzieć (i widzę) w kategoriach pozytywnych, radosnych, chcę, by drogę do sukcesu kojarzyć z lekkością i szczęściem. Oczywiście – każdy z nas ma za sobą doświadczenia, że musieliśmy się wytężyć, zwiększyć obroty, coś poświęcić, żeby wejść na kolejny poziom. Ale gdy przykładamy zbyt dużą wagę do haseł „wysil się”, „zaciśnij zęby”, „wytrzymaj”, to zamieniamy nasze życie w ciągłą walkę…
Czy tylko ja mam z tym problem? Nie sądzę. Słucham opowieści nauczycieli – przekazywanych mi bezpośrednio i tych, które „czytam” między wierszami. Wyłaniają się z nich tego typu przekonania: „żeby coś osiągnąć, trzeba się wysilić”, „nie marudź, rób”, „zepnij cztery litery”, „nikt nie mówił, że będzie lekko”. Te przekonania drenują z energii, sprawiają na przykład, że zapominamy o swoich podstawowych potrzebach – nauczyciel, który nie ma czasu zjeść, pójść do toalety – to jest zupełna norma w tym zawodzie. Zajeżdżamy się i stosujemy przemoc wobec siebie na różne wyrafinowane sposoby.
Jak budować relacje w takim stanie? Z takimi przekonaniami i takim nastawieniem? Jak mówić o dobrostanie, gdy sukces kojarzymy z tym, że dobrostan trzeba odstawić na bok i cisnąć…?
A dalej blogerka dzieli się swymi poglądami na takie tematy:
Nie zajeżdżam innych
Foto:123RF[www.wyborcza.pl/magazyn]
W minioną sobotę (19 września) Jarosław Pytlak zamieścił na swoim blogu „Wokół Szkoły” tekst, zatytułowany <„Piątka” dla uczniów>. Jest to jego autorski projekt, inspirowany „piątką” dla zwierząt innego Jarosława – Kaczyńskiego. Poniżej zamieszczamy nieomal cały ten post, skrócony jedynie o dwa akapity z początkowej części „wprowadzającej w temat”:
No i bach! Któż by przypuszczał, że obóz rządzący pokłóci się wokół sprawy tak marginalnej z politycznego punktu widzenia, jak dobrostan zwierząt hodowlanych i domowych. Z perspektywy etycznej, owszem, rzecz jest niebagatelna, ale politycznie – mało istotna, a przy tym ryzykowna. Trzeba bowiem czuć wielkie wzmożenie moralne, żeby w najszlachetniejszej nawet intencji zaorać ważną dla części wyborców gałąź produkcji rolnej. […]
Niech Czytelnik wybaczy mi zestawienie tutaj losu zwierząt i uczniów – są to oczywiście dziedziny nieporównywalne. Ale już polityczna metoda działania „piątkami” nadaje się do obu tych tematów, podobnie jak do wielu innych. Trzeba tylko skorzystać z okazji.
Działań potrzebnych w systemie edukacji jest bardzo, bardzo wiele*. Problem w tym, że nawet w łonie opozycji, a także wśród takich jak ja specjalistów, nieuwikłanych w działalność polityczną, istnieje wiele poglądów odnośnie priorytetów. Nie ułatwia sprawy obecne kierownictwo Ministerstwa Edukacji Narodowej, utrzymując po prostu, że wszystko jest w najlepszym porządku. Mało kto podziela tę opinię, ale wrażliwość na krzywdę zwierząt Prezesa Kaczyńskiego nie rozciąga się raczej na młodocianych przedstawicieli Homo sapiens. Kwestię więc powinna drążyć opozycja.*
„Piątka” dla uczniów, którą poniżej zaproponuję*, obejmuje działania możliwe do przeprowadzenia w krótkim okresie czasu. Nie wybiegam w wieloletnią przyszłość i nie postuluję nagłego pojawienia się politycznego konsensusu wokół spraw edukacji. Wskazuję to, co można (by) zrobić, żeby ad hoc choć trochę zwiększyć dobrostan młodego pokolenia Polaków.
1.Wprowadzić subwencję oświatową dla całej edukacji przedszkolnej. Zanim dziecko stanie się uczniem mija pierwszych 6-7 lat jego życia. W dużej mierze decydujących dla rozwoju. Jest udowodnione, że edukacja przedszkolna ma ogromny pozytywny wpływ na karierę szkolną; służy też wyrównywaniu szans edukacyjnych dzieci ze środowisk o niższym kapitale kulturowym. Obecnie państwo wypłaca subwencję jednostkom samorządu terytorialnego tylko na ostatni, obowiązkowy rok edukacji przedszkolnej. Utrzymywanie grup młodszych przedszkolaków jest zadaniem własnym, finansowanym przez gminy – odległym na liście priorytetów, gdy kołdra lokalnych finansów jest zbyt krótka.
2.Określić obowiązujące minimalne normy etatowe zatrudnienia psychologów i pedagogów w przedszkolach i szkołach, wraz z zapewnieniem funduszy na ten cel (w ramach subwencji oświatowej lub w inny sposób, który zagwarantuje, że dodatkowe pieniądze zostaną wydatkowane zgodnie z przeznaczeniem). Mamy rozporządzenie, które określa, w jaki sposób świadczona jest pomoc psychologiczno-pedagogiczna, ale kwestię, kto miałby tę pomoc świadczyć pozostawia dyrektorowi. Oczywiście o ile ten dogada się z organem prowadzącym, jednak wobec braku norm powstaje ogromna pokusa by na pomocy psychologiczno-pedagogicznej poczynić oszczędności.
Foto: screen z relacji wideo na Yoy Tube [www.youtube.com]
Anna Sowińska, Agata Baj i Robert Sowiński podczas nagrywania podcastu.
Dawno nie proponowaliśmy naszym Czytelniczkom i Czytelnikom materiału ze strony Fundacji Plan Daltoński. Ale podcastu zatytułowanego „Co to jest myślografia? – rozmowa z Agatą Baj” nie mogliśmy przeoczyć. Rozmówczyni Anny i Roberta Sowińskich nie jest osobą nieznaną w środowisku „eduzmieniaczy” – od wielu już lat, choćby na portalu „Superbelfrzy RP”, można było śledzić jej aktywność, także jako osoby prowadzącej webinaria na temat myślenia wizualnego.
Oto jak rozmowa ta została zapowiedziana przez redaktora strony:
Zapraszamy na spotkanie autorskie z Agatą Baj, która napisała i samodzielnie wydała książkę o której mówi, że nie jest o rysowaniu. To o czym w takim razie jest książka, której tytuł to „Myślografia”?Jeśli nie znacie tego pojęcia, które Agata zastrzegła w Urzędzie Patentowym, to pewnie kojarzycie sketchnoting albo myślenie wizualne. W tej rozmowie dużo ciekawostek, o których nie dowiecie się nawet z internetów.
Podcast „Co to jest myślografia? – rozmowa z Agatą Baj” – TUTAJ
Rozmowę z Agatą Baj można nie tylko wysłuchać, ale także obejrzeć, na You Tube – TUTAJ
Wczoraj (17 września) prof. Bogusław Śliwerski zamieścił na swoim blogu post, zatytułowany „O propagandowej polityce pozorowania zmian w edukacji”. Już ten tytuł budzi u potencjalnego czytelnika „apetyt” na lekturę tego kolejnego odcinka profesorskiej „polit-pedagogiki stosowanej”.
Na zachętę zamieszczamy kilka (subiektywnie wybranych) fragmentów tego tekstu i sugerujemy zapoznanie się z jego pełną wersją „u źródła”:
Zastanawiałem się, od którego roku zacząć rekonstrukcję polityki oświatowej Ministerstwa Edukacji Narodowej, które rzekomo zatroskane jest o edukację dzieci i młodzieży. Żaden z dotychczasowych ministrów tego resortu nie wykazywał iedzy na temat zmian w dydaktyce szkolnej na świecie, bo prawdopodobnie sam – o ile był kiedyś (jakimś) nauczycielem – reprodukował kształcenie oparte na jednokierunkowym przekazie wiedzy i egzekwowaniu jej od uczniów. […]
Zacznę jednak od XXI wieku. Wprawdzie wcześniej też ministrowie traktowali polską edukację jako dojne środowisko dla własnego aparatu władzy, ale reforma ustrojowa otworzyła dla nich nowe perspektywy.
Co ciekawe, każdy następny minister edukacji narzekał na poprzednika twierdząc, że nic albo niewiele uczynił dla efektywnej edukacji. W ostatnim wywiadzie prof. Andrzej Walicki trafnie ocenił pseudosolidarnościowe elity władzy po 1989 r., które przypisywały i nadal przypisują sobie fałszywe zasługi:
Z liberalnych wolności wzięliśmy tylko wolny rynek i przedstawialiśmy to jako liberalną demokrację. Dlatego została tak znienawidzona. To nas intelektualnie i moralnie cofnęło do połowy XIX w., zanim John Stuart Mill stworzył demokratyczny liberalizm, przeciwstawiający się nierównościom ograniczającym korzystanie z wolności („Polityka” nr 28/2020 s. 21).
Przejdźmy do faktów, których prezentację zacznę od wprowadzenia reformy ustrojowej M. Handke, bo przecież to „jego” reforma miała być powiewem nowoczesności.
Przed dziewięcioma dniami – 7 września – Robert Raczyński zamieścił na swoim blogu „Eduopticum” post „Uwaga! Tekst zawiera lokowanie produktu”. Z tak sformułowanego tytułu niewiele można się domyśleć o czym ten tekst będzie. Więcej można dowiedzieć się z dwu pierwszych akapitów:
„Pomyślałem, że, dla odmiany i higieny psychicznej, dobrze byłoby trochę odpocząć od poletka nieudolnie uprawianego przez MEN i jego błyskotliwych przywódców. Myślę, że wielu czytelnikom przyda się także wytchnienie od namolnej, choć nieskutecznej propagandy „szkoły wymyślanej na nowo”, oraz dylematów dotyczących mycia rąk i noszenia maseczek.
Być może nie wszyscy są tego świadomi, ale oświaty wcale nie trzeba bez końca reformować, ani na siłę wymyślać nowych jej paradygmatów i zasad jej działania. Wystarczy dać wolną rękę i nauczycielom, i uczniom oraz zapewnić im odpowiednie zaplecze. Okazuje się także, że do prawidłowego jej działania nie są wcale potrzebne zawsze niewystarczające miliardy z państwowej kasy. Skąd to przekonanie? Jeśli nie z belferskiego doświadczenia, które może być kwestionowane przez obowiązującą wykładnię i politykę, to z obserwacji prawie uczestniczącej – moja córka, zniechęcona klimatem naszej oświaty (i nie tylko), wybrała edukacyjną wolność… w Tanzanii (UWC East Africa). Jak się okazuje (z jej i jej kolegów relacją można zapoznać się tutaj), zdarza się, że z własnej edukacji można być zadowolonym.”

Foto: www.uwcea.org
Uczennice i uczniowie Międzynarodowej Szkoły Moshi (Kilimandżaro) w Tanzanii.
Dalej pan Robert Raczyński wykłada swoje poglądy o dobrej szkole, do czego pretekstem są opowieści o edukacji jego córki, która już przed rokiem (jak pochwalił się na blogu 14 września 2019 w poście „Karibu u stóp Kilimandżaro”) została stypendystką UWC (United World Colleges) – fundacji, której polski oddział nosi nazwę Towarzystwo Szkół Zjednoczonego Świata im. prof. Pawła Czartoryskiego. Dzięki temu została uczennicą jednej z 17 rozsianych po całym świecie szkół, a konkretnie International School Moshi (ISM) w Tanzanii.
A teraz proponujemy jeszcze kilka, subiektywnie wybranych z obszernej całości przez redaktora OE, fragmentów tego posta.
Najpierw o tym jak wygląda edukacja w szkole UWC:
„Nauka w tym systemie to naprawdę ciężka i odpowiedzialna praca, a uczniowie nie są w nim wolni od związanego z nią stresu. Zdarzają się niepowodzenia i zawody, nikt nikomu nie wmawia, że edukacja nie jest częścią życiowej konkurencji i nie podlega regułom obowiązującym wszędzie poza nią. Materiału jest dużo, a terminy gonią. Trzeba oddawać prace i zdawać egzaminy. Wymagania są spore – kto sobie z nimi nie radzi i/lub niewłaściwie gospodaruje czasem, musi zarywać noce i godzić się z niższymi ocenami, bo nikt tam nie zamierza prostować krzywej rozkładu normalnego. Może więc wszystko to dzieje się za sprawą cudownych metod aktywizujących, twórczych projektów, zajęć z dramy i kojących okoliczności przyrody? No cóż, z pewnością fajnie jest mieć za oknem wieczną wiosnę, ale muszę Państwa rozczarować – biologii nie uczy się tam przez obserwację małp fikających po kampusie, a matematyki, licząc banany na okolicznych palmach. Poza tym, choć szkoły UWC (18 placówek) rozsiane są po całym świecie, nie wszystkie mają tak malownicze lokalizacje. Jak mogliście Państwo zauważyć, siedzi się tam w normalnych ławkach, na normalnych krzesłach, a kiedy trzeba je przestawić, to ma to swój cel i nikt nie robi z tego pedagogicznej innowacji. […]








