
Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'
Portal dla rodziców i nauczycieli „Miasto Pociech” zamieścił zapis rozmowy z Jolantą Gajęcką – dyrektorką Szkoły Podstawowej nr 2 im. Św. Wojciecha w Krakowie, zatytułowany „Jolanta Gajęcka: Szkoły powinny zostać zamknięte aż do świąt”. Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji:
Foto: www.miastopociech.pl
Jolanta Gajęcka – dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 2 w Krakowie
Redakcja: – Jak wygląda obecnie sytuacja epidemiczna w pani szkole?
Jolanta Gajścka: – Jedna kwarantanna się kończy, a kolejna zaczyna. Żartujemy, że dzień bez kontaktu z Sanepidem, to dzień stracony. Praktycznie codziennie mamy nowe przypadki i nowe zgłoszenie. W tym momencie 5 klas jest na zdalnym nauczaniu. To dokładnie 107 dzieci, czyli ok. 10 proc. wszystkich uczniów w szkole.
-Z jakiego powodu najczęściej klasy kierowane są na kwarantannę?
-Do tej pory w 23 przypadkach powodem był pozytywny wynik testu u jednego z dzieci, w trzech przypadkach zachorowali nauczyciele.
-Nauczyciele byli zaszczepieni?
–Dwóch tak. Przeszli łagodnie chorobę. O trzecim nie wiem.
-Wiadomo, ilu nauczycieli z pani szkoły jest zaszczepionych?
-Mam taką listę, ale niepełną. Poprosiłam nauczycieli, zwyczajnie, po przyjacielsku, żeby każdy, kto chce, powiedział mi, czy przeszedł szczepienia, bym mogła lepiej zarządzać szkołą. Dzięki temu mam mniej pracy przy zgłaszaniu osób z kontaktu do Sanepidu. Tych zaszczepionych po prostu nie zgłaszam. W naszej szkole pracują też niezaszczepieni nauczyciele. Jeden z nich w ciągu ostatniego miesiąca jest już trzeci raz na kwarantannie.
-Czy to bardzo komplikuje pracę szkoły?
-Przy jednej takiej osobie to niewielki kłopot, po prostu robimy zastępstwa. Problem ma sam nauczyciel, bo za każdym razem, kiedy objęty jest kwarantanną, otrzymuje niższe wynagrodzenie. […]
-Pojawiają się głosy, że szkoły powinny zostać teraz zamknięte na 2-3 tygodnie, żeby uspokoić nieco sytuację epidemiczną.
Dziś proponujemy (niezależnie od naszego cyklu „Poradnik Wiesławy Mitulskiej – jak pracować z trzecioklasistami”) lekturę tekstu, który jego autorka – Wiesława Mitulska – zamieściła na swoim fejsbukowym profilu bardzo późnym wieczorem 3 grudnia 2021 r.:
„Od Julka do Juliana”, czyli laboratorium uczenia się
Planując pracę w nowym projekcie opartym na książce Agnieszki Frączek„Rany Julek! O tym, jak Julian Tuwim został poetą” zastanawiałam się, w jaki sposób przeprowadzić dzieci przez ten projekt, by był on również konsekwentnie zaplanowanym procesem uczenia się.
To nie jest trudne w przypadku projektów wynikających z dziecięcych zainteresowań. Ciekawość daje dzieciom napęd do działania i pokonywania trudności. Inaczej jest, gdy to ja przychodzę z tematem projektu.
Co zrobić, żeby zaciekawić dzieci, żeby chciało im się chcieć?
Krok pierwszy – ciekawość i uczenie się idą w parze
Właśnie zakończyliśmy projekt detektywistyczny, dlatego wiem, że moi uczniowie uwielbiają bawić się w detektywów. Przygotowałam dla nich zagadkę detektywistyczną – kilkanaście slajdów, które krok po kroku ujawniają fakty z życia Juliana Tuwima. Dzieci były bardzo ciekawe, kto będzie bohaterem nowego projektu. Rozważały i analizowały wszelkie poszlaki. Zauważyły, że bohater urodził się w dziewiętnastym wieku, że przeżył dwie wojny światowe, choć tej informacji nie było w prezentacji. Pod koniec, gdy zaczęły pojawiać się informacje o napisanych wierszach, dzieci już wiedziały, o kim mowa.
Nawet nie przypuszczałam, że ten prosty zabieg wpłynie nie tylko na zainteresowanie dzieci projektem, ale również (jak wkrótce miało się okazać) na zapamiętanie faktów (łącznie z datą urodzin i śmierci) z życia poety.
Krok drugi – wspólne planowanie
Planowanie wspólnie z dziećmi jest naszą codziennością. Świadomość celu i drogi, którą do niego zmierzamy powoduje, że dzieci rozumieją swój proces uczenia się. Podejmują kolejne wyzwania, bo wiedzą, jakie to przyjemne móc powiedzieć: „Już to umiem!”
Zapytałam dzieci, w jaki sposób mogą pokazać, że znają niektóre fakty z życia Juliana Tuwima? Co mogą zrobić, by powiedzieć: „Znam wiersze Tuwima”?
Krok trzeci – oddanie dzieciom przestrzeni na samodzielność i odpowiedzialność
W miniony wtorek (30 listopada 2021 r.) na swoim blogu „Co z tą edukacją” Jarosław Bloch zamieścił tekst, pt. „Czy leci z nami pilot?” Poniżej udostępniamy jego fragmenty i link do pełnej wersji; pogrubienia czcionek w tekście – redakcja OE:
Miałem już nie pisać o COVID-19, ale sytuacja w której pracujemy staje się tak irracjonalna, że nie sposób milczeć. Każdy dzień przynosi nowe niespodzianki, a walkę z COVIDEM zrzucono na barki dyrektorów, którzy miotają się pomiędzy butnymi deklaracjami Czarnka i Niedzielskiego, niejasnymi wytycznymi kuratoriów i Sanepidu, a sprzecz- nymi oczekiwaniami rodziców, podzielonych jak Polska. Kto nad tym panuje? Kto ogarnia problem całościowo? Raczej nikt. Gasimy lokalne pożary i widzimy wąski fragment rzeczywistości, nad którym ledwo panujemy, lub tracimy panowanie. Zostaliśmy sami, zakładnicy polityki rządu, czyli strachu przed ich własnym elektoratem. Wypada już zapytać: Czy leci z nami jakiś pilot?
Sami uczniowie mówią, że realizujemy model szwedzki, ale ja się nie zgodzę. Szwedzi panowali nad wieloma procesami. Nasz model przypomina mi raczej brazylijski, co szczególnie widać po liczbie zgonów i po paraliżu służby zdrowia. Sytuacja jest z pozoru komiczna, ale to śmiech przez łzy (łzy złości). Niby nauczycieli szczepiono, ale nie wiemy kto jest zaszczepiony. Nie wie tego nawet dyrektor. Wychowawca w klasie także nie wie, który uczeń jest zaszczepiony, a który może stać się źródłem problemów, bądź ofiarą własnych rodziców. W jed- nym miejscu są więc uczniowie zaszczepieni, tacy co to wszystko mają gdzieś i uczniowie z osłabioną odpornością oraz z chorobami współistniejącymi. Jak ich chronić? Kto odpowie za śmierć tych słabszych? Oczywiście nikt. Po prostu wykreśli się ich z dziennika…
Na przykładzie szczepień tłumaczę młodzieży czym jest wolność, która kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego, lub jego bezpieczeństwo. Niestety zbyt wielu rodziców i uczniów sądzi, że wolność to robienie tego co nam się żywnie podoba, czyli anarchia. […]
Większość dyrektorów wiedząc, że nie są specjalistami w dziedzinie zakażeń, kieruje się zaleceniami Sanepidu, ale on w tym chaosie także wydaje irracjonalne decyzje. Klasa idzie na kwarantannę, ale uczniowie, którzy mieli z tą klasą kontakt na korytarzu, w autobusie, lub na łączonych zajęciach nie muszą być na kwarantannie. Nauczyciel ma pozytywny test, klasy idą na kwarantannę, ale tylko te, które miały z nim zajęcia w dniu testu, bo ci z wczoraj już nie. Jest chaos.[…]
Podczas wczorajszej (1 grudnia 2021 r.) lustracji materiałów zamieszczonych na portalu EDUNEWS trafiliśmy na tekst Stanisława Czachorowskiego, zatytułowany „Zmienia się świat i znikają zawody, dotyczy to także nauczycieli i uniwersytetów”. Jego pierwotnym źródłem jest blog „Profesorskie Gadanie”, gdzie pojawił się już 24 listopada.
Postanowiliśmy udostępnić na OE jego fragmenty (i link do pełnej wersji), gdyż jest to interesujący wywód przyczyn procesów aktualnie zachodzących w instytucjach edukacyjnych, dla którego punktem wyjścia są globalne procesy zmian technologicznych, skutkujących zanikaniem starych i pojawianiem się nowych zawodów.
Zapraszamy do lektury:
Od wielu już lat wypowiadane są prognozy znikania starych zawodów a pojawiania się zupełnie nowych. Z tego rodzi się trudność w przystosowaniu się do tych nowych warunków, jak i wyzwanie dla edukacji – kształcić realnie do przyszłości a nie niepraktycznie z zapatrzeniem na przeszłość. To tak jak podróż – można patrzeć przed siebie i widzieć daleko, albo tylko pod nogi.
Takie zmiany występowały zawsze, może tylko nie z taką intensywnością jak obecnie. Specyfika czasów przełomu i kolejnej wielkiej rewolucji technologicznej ma swoje prawa i niewygody. Przykładem niech będzie coraz bardziej znikający szewcy. Kiedyś szewc szył buty. Ale już w mojej młodości szewc jedynie naprawia buty. Nie wytwarza a naprawia. Wyjątkowo niewielu szyje. Cześć dawnych umiejętności jak i narzędzi stała się zbędna. Rzemieślnicy zastąpieni zostali przez fabryki. Zostało im jedynie naprawianie lub zakładanie fleków. A przy nadprodukcji to i potrzeby naprawy obuwia stają się mniejsze – po prostu kupujemy nowe zamiast naprawiać stare.
Ostatnio spotkałem się z opinią, że w ciągu najbliższych 20 lat zniknie ok. 50% współczesnych zawodów. A jeśli zostaną nazwy to i tak inny będzie zakres prac. Te zmiany widać wokół, nie trzeba jakichś analiz retrospektywnych. Na przykład biblioteki i bibliotekarze. Zajmują się nie tylko gromadzeniem, katalogowaniem i wypożyczaniem książek. Biblioteki zmieniają się w bardzo potrzebne placówki kultury oraz miejsca spotkań i integracji. W jakieś części konkurują i uzupełniają domy kultury. […]
Dzisiaj udostępniamy (bez skrótów), zamieszczony wczoraj na stronie „Wokół Szkoły”, tekst Jarosława Pytlaka:
Malleus Maleficarum
Trudno mi w obecnej sytuacji uniknąć skojarzenia z dziełem dwóch inkwizytorów, które ujrzało światło dzienne pod koniec XV wieku, „Malleus Maleficarum” czyli „Młot na czarownice”. Oto bowiem projekty Lex Czarnek i Lex Wójcik trafiają właśnie pod obrady Sejmu. Jeśli parlamentarna maszynka do głosowania je zatwierdzi, a nie ma powodu żeby nie, bo kogo obchodzą jacyś dyrektorzy szkół, dopełni się proces całkowitego podporządkowania systemu edukacji władzy centralnej. Inkwizytor z kuratorium uzyska prawo bezpośredniej kontroli prawomyślności kierownictwa nadzorowanych placówek. Wątpliwa pociecha, że karą będzie co najwyżej więzienie, albo tylko wyrzucenie z pracy, bo epoka płonących stosów szczęśliwie należy już do przeszłości.
W obliczu planowanej zmiany Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kadry Kierowniczej Oświaty (OSKKO) skierowało do posłów niezwykle krytyczną opinię o obu aktach prawnych. Niestety, raczej nie słychać głosów nauczycielskich związków zawodowych, milczą również opozycyjne ugrupowania polityczne, choć projekty znane były już przed wakacjami. Zbyt dużo się dzieje, a poza tym wiara w sprawczość jakichkolwiek protestów jest dziś towarem mocno deficytowym.
x x x
Tymczasem wielki rozgłos zyskała kurator małopolska, która skrytykowała inscenizację „Dziadów” w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie i odradziła organizowanie przez szkoły wyjść dzieci i młodzieży na ten spektakl. Jej stanowisko w kręgach niechętnych rządowi uznano za kuriozalne, a pośrednim efektem stało się szybkie wyprzedanie biletów na zaplanowane spektakle.
Nie sądzę jednak, by kurator Nowak przejęła się tymi reakcjami. Co więcej, w wypowiedzi dla serwisu gazetaprawna.pl zapowiedziała, że dla „tego typu inicjatyw” (czyli udziału w odradzanych przedsięwzięciach) wsparcia nigdy nie będzie. Nawiązała tym do funduszy, jakie ministerstwo przeznaczyło na dofinansowanie wycieczek w ramach projektu „Poznaj Polskę”, a których nieprawomyślni po prostu nie dostaną.
Cóż, jak ktoś nie chce, nie musi aplikować o te pieniądze. Ale w tej samej wypowiedzi pani kurator znalazło się inne stwierdzenie, które łatwo było przeoczyć. Mianowicie, zamierza ona „przyglądać się, którzy dyrektorzy zdecydowali się na wyjście z uczniami na ten spektakl”. I zapowiada, że podczas kontroli będzie wydawała stosowne zalecenia, aby placówki nie wybierały się w takie miejsce.
W tym miejscu łączą się dwa wątki. Otóż w myśl LEX Czarnek dyrektor, który nie wykona zaleceń pokontrolnych, będzie mógł być usunięty ze stanowiska, nawet przy sprzeciwie organu prowadzącego. Czyli, działanie niezgodne z aktualną linią Partii będzie mógł podjąć tylko dwa razy: pierwszy i ostatni. Po pierwszym – otrzyma zalecenie. Jeśli wychyli się ponownie, zostanie to zakwalifikowane jako niezastosowanie się do zalecenia. Procedury zajmą mniej niż miesiąc i będzie musiał poszukać sobie innej pracy.
A wszystko w majestacie prawa.
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl
Kontynuując wątek oceniania uczniów proponujemy dziś tekst Danuty Sterny, który zamieściła w minioną środę (24 listopada 2021) na swoim blogu „Moja oś świata”:
Rysunek: Danuta Sterna
Co powinno się zmienić w ocenianiu?
Nauczyciele na ogół nie lubią oceniania. Nie mogą go uniknąć i w sumie ocenianie jest uczniom potrzebne. Każdy powinien wiedzieć, jak postępuje jego uczenie się. Jak zatem zrobić, aby ten proces był korzystniejszy dla uczniów?
W tym wpisie zajmę się trzema aspektami oceniania, które warto i można zmienić.
1.Ocena wyniku, a nie rozwoju.
Zwykle oceniamy stan końcowy, ile uczeń się nauczył. Ale uczniowie startują z różnych poziomów i po drodze mają różne doświadczenia, które wpływają na ich uczenie się. Czy zatem, nie powinniśmy oceniać wysiłku wkładanego przez ucznia w uczenie się i brać pod uwagę różnicę pomiędzy stanem początkowym i końcowym, a nie jedynie stan końcowy?
Ostatnio dużo się mówi w edukacji o nastawieniu na rozwój, a nie na zdolności ucznia (Carol Dweck). Jednak praktyki oceniania nie promują, nie zachęcają i nie nagradzają rozwoju, tak jakbyśmy go nie cenili. Uczniowie oceniani za wynik końcowy nie widzą, że ich rozwój ma znaczenie.
Jak to można zmienić?
Można wprowadzić możliwość wielu poprawek, aby każdy uczeń mógł osiągnąć po pewnym czasie oczekiwany efekt. Brać pod uwagę ocenę z pracy poprawionej, a nie średnią ocen ze wszystkich prac.
Uświadamiać uczniów, że nauka nie kończy się na ocenie, która nie powinna być ostatecznym osądem. Każdy uczeń może odnieść sukces, o ile tylko włoży wysiłek. Uczniowie powinni móc liczyć na pomoc nauczyciela, jeśli nie osiągnęli satysfakcjonującego wyniku i powinni móc go zawsze poprawić.
Za każdą poprawą pracy powinna iść satysfakcja z osiągnięcia lepszego wyniku i świadomość, że uczeń zrobił postęp.
2.Ocena nie odzwierciedla stanu faktycznego.
Już 26 września 2021 r. „Dziennik Wschodni” poinformował:
„Uczniowie jednego z lubelskich liceów nie muszą się bać ocen niedostatecznych. Od początku nowego roku szkolnego nauczyciele nie wystawiają jedynek, a z pierwszych analiz wynika, że młodzież… chętniej się uczy.”
Tą szkołą, która od 1 września wprowadziło nowy system oceniania jest VI Liceum Ogólnokształcącego im. Hugona Kołłątaja w Lublinie. Oto wypowiedź jego dyrektorki – Marzeny Kamińskiej, przytoczonej w tym materiale:
-Na wprowadzenie zmian zdecydowaliśmy się biorąc pod uwagę towarzyszącą nam sytuację pandemiczną i przedłużające się zdalne nauczanie. Powrotowi do tradycyjnej nauki towarzyszyły silne emocje i ogromny stres uczniów. Analiza sytuacji wykazała, że powoduje go przede wszystkim obawa przed otrzymaniem oceny niedostatecznej. […] Oceniamy zdobytą wiedzę i umiejętności, a nie ich brak – tłumaczy pani dyrektor. Jeśli uczeń nie opanuje podstawy programowej, nie otrzyma złego stopnia, tylko znak „x” (oznaczający: „uczę się”). Ustali też z nauczycielem kolejny termin, w którym będzie mógł wykazać się wiedzą. – Jedynka może być wyłącznie oceną wystawioną na koniec semestru lub roku szkolnego w sytuacji, gdy w trakcie nauki uczeń nie otrzymywał ocen pozytywnych.
Źródło: www.dziennikwschodni.pl
Później jeszcze wiele innych mediów uczyniło z tej innowacji temat swojego materiału.Ostatnio, przed tygodniem (22 listopada), portal INTERIA zamieścił artykuł zatytułowany „Liceum w Lublinie wprowadziło zmianę skali ocen. „Jedynka” została wycofana”.
Ale nie ten tekst stał się powodem podjęcia tego tematu na stronie „Obserwatorium Edukacji”. Czynimy to dlatego, że dzisiaj zamieścił swój komentaż do tej zmiany w systemie oceniania uczniów VI LO w Lublinie profesor Bogusław Śliwerski. Tekst na blogu <PEDAGOG> ma tytuł „Rezygnacja z wystawiania jedynek nie jest rewolucją w szkolnej dydaktyce”. Oto jego fragmenty i link do pełnej wersji – podkreślenia fragmentów tekstu – redakcja OE:
Rezygnacja z wystawiania jedynek uczniom VI Liceum Ogólnokształcącego im. Hugona Kołłątaja w Lublinie nie jest żadną rewolucją, a tym bardziej znaczącą zmianą w dydaktyce.
To jest jedynie akt „osłabienia” stopnia zewnętrznej przemocy strukturalnej nauczycieli wobec uczniów. Zniesiono bowiem wystawianie jedynek tylko w trakcie semestru szkolnego, ale zarówno na jego końcu, jak i na koniec roku szkolnego jedynka jest wystawiana tym uczniom, których wiedza i umiejętności są poniżej standardu oceny dopuszczającej.
W sobotę (27 listopada 2921 r.)mb. Późnym wieczorem Marzena Żylińska zamieściła na swoim profilu taki tekst:
Dlaczego nie powinniśmy zaczynać szkolnej nauki od czytania, pisania i liczenia.
Zakładamy, że celem edukacji jest głównie zapamiętywanie faktów. Aby dziecko mogło się efektywnie uczyć, rozwinąć swój potencjał i szczęśliwie żyć najpierw powinno nauczyć się, jak panować nad zmysłami, emocjami i potrzebą ruchu. To niezwykle ważne kompetencje, które często pomijamy, a szkolna nauka powinna zaczynać się właśnie od nich.
Stuart Shanker zwraca w swojej książce uwagę na niezwykle ważny problem. Szkolną naukę najczęściej zaczynamy od nauki czytania, pisania i liczenia, a to błąd. Powinniśmy zacząć ją od zupełnie innych rzeczy, np. od tego, że jak ktoś mówi, to inni słuchają, od tego, jak zgłaszać problemy, które się pojawią, jak się skupić na pracy, co zrobić, gdy nie można się skupić, co zrobić, gdy nie można usiedzieć bez ruchu, albo ….
Jest bardzo wiele dystraktorów, które mogą przeszkadzać w nauce, jest bardzo wiele kompetencji, które są niezbędne do tego, żeby móc pracować w szkole w skupieniu, ale nie powinniśmy zakładać, że wszystkie dzieci je mają. Problem w tym, że wiele dzieci ma problemy, które im w nauce przeszkadzają i z którymi same sobie nie poradzą. ale … Z pomocą nauczyciela na pewno będzie to możliwe.
W książce Stuarta Shankera „Samoregulacja w szkole”nauczyciele znajdą bardzo wiele inspiracji i pomysłów, jak rozwijać kompetencje, dzięki którym wszystkie dzieci będą mogły poradzić sobie z tym, co utrudnia im naukę.
Źródło: www.facebook.com/marzena.zylinska
Na dzisiejszą sobotę proponujemy lekturę tekstu Sylwii Czubkowskiej „Czas wprowadzić do szkół edukację medialną. To ostatni dzwonek, by wychować cyfrowo świadome społeczeństwo”, zamieszczonego 4 listopada 2021 r. na portalu „SPIDER’S WEB plus”. Dla zainteresowania czytających jego treścią zamieszczamu kilka fragmentów, sugerując sięgnięcie po pełną wersję, klikając w podany link:
Edukacja medialna, cyfrowa, nauka higieny cyfrowej, digital citizenship, czyli obywatelskość cyfrowa. Nazw jest wiele. Za każdą z nich jednak stoi to samo przekonanie: dzieci wchodzące w cyfrowy świat potrzebują wskazówek i pomocy także w szkole. Jak dużej – pokazała nam pandemia i bolesny eksperyment z teleedukacją.
14 700 godzin. Tyle zajęć lekcyjnych zalicza uczeń między pierwszą klasą podstawówki a czwartą liceum. W samej szkole podstawowej przez osiem lat uczniowie spędzają blisko 9 tys. godzin lekcyjnych. I to nie licząc specjalnych godzin dyrektorskich, lekcji religii lub etyki, wychowania do życia w rodzinie czy przygotowania zawodowego. A jeszcze są przecież zajęcia pozalekcyjne, dodatkowe godziny języków obcych, piłka nożna czy inny sport, korepetycje do egzaminów, lektury, prace domowe…
Dużo.
Tyle że mimo ogromu zajęć i tak coś bardzo wyraźnie nie działa w edukacji. Udowodniła to teleszkoła, na którą wysłano cały kraj podczas kolejnych lockdownów. Zapewnienie sprzętu do zdalnej nauki – choć początkowo wydawało się kluczowe – było tak naprawdę najłatwiejszym zadaniem. Bo co z tego, że te laptopy czy choćby smartfony mają już i uczniowie i nauczycie, gdy zaczął się maraton problemów. E-rajdy na zdalne lekcje, fascynacja nawet 10-latków patostreamerami, świetna znajomość TikToka, ale równolegle nieumiejętność odróżniania dezinformacji od faktów, przemęczenie ekranozą, bezrefleksyjne przenoszenie modeli edukacyjnych z tradycyjnej szkoły do lekcji zdalnych.
Wszystko to pokazało wielką lukę polskiego systemu edukacji, czyli brak przygotowania do życia w cyfrowym świecie. Ta dziura, wręcz krater, w który wpadają kolejne roczniki, a nawet już całe pokolenia uczniów, nazywa się: brak edukacji medialnej. Gdy szykujemy się teraz na wytęsknione po pandemii wakacje, to szkoły tak naprawdę mają ostatni dzwonek, by taką edukację zacząć wprowadzać. […]
Problem braku kompetencji w sieci wśród najmłodszych zresztą ciągnie się już od kilku lat. Według badań NASK z 2017 r. ponad jedna piąta polskich uczniów nie miała nawyku sprawdzania i weryfikowania informacji. Polskie nastolatki mają też problem z rozróżnieniem, co jest opinią, a co faktem. W badaniu przeprowadzonym przez Instytut Badań Edukacyjnych nie potrafiło tego zrobić 60 proc. gimnazjalistów.
A przecież w ich i nasze życie wchodzą coraz nowsze rozwiązania. – Małe dzieci używające dotykowych ekranów zaczynają wydawać polecenia głosowe botom, asystentom, którzy sterują telewizorem, tabletem, urządzeniami domowymi, a nawet wchodzą z nimi w interakcje, czego przykładem są produkty Lego Duplo tworzone we współpracy z Amazonem. Nie uda nam się w pełni przewidzieć przyszłości, ale potrzebujemy przygotowania się do niej, żeby uniknąć chaosu edukacji zdalnej, jak również żebyśmy nie przestawali radzić sobie po ludzku i zawsze byli ludźmi – tłumaczy nam dr Grzegorz D. Stunża, prezes Polskiego Towarzystwa Edukacji Medialnej i adiunkt w Instytucie Pedagogiki na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego. […]
Nie ma chyba nikogo związanego z edukacją i cyfryzacją, kto nie widziałby ogromnej potrzeby zmiany w polskich szkołach. Tyle że kiedy przechodzimy do szczegółów, to okazuje się, że wcale nie ma jednomyślności, czym konkretnie ta cała „edukacja medialna” powinna być.
21 października zamieściliśmy kolejną część Poradnik Wiesławy Mitulskiej – jak pracować z trzecioklasistami” Dziś kontynuujemy tą serię:
25 października
O odkrywaniu jesieni i o tym, że eksperymenty nie zawsze się udają
Od trzech dni zajmujemy się kolejnymi pytaniami z naszej tablicy projektowej. Dzieci już wiedzą dlaczego liście zmieniają kolor, ale ja chciałam jeszcze pokazać im kolory jesieni w eksperymentalnym wydaniu.
Znalazłam opis eksperymentu, w którym można zobaczyć jak barwy jesiennych liści rozkładają się na barwy składowe, a wśród nich powinien znaleźć się kolor zielony, na dowód, że nie cały chlorofil już się rozłożył, nawet jeśli liść jest czerwony.
Podczas eksperymentowania zawsze pracujemy metodą naukową, to znaczy, że stawiamy hipotezy i wyciągamy wnioski z wykonanych badań.
Zrobiliśmy wszystko według instrukcji.
Posegregowaliśmy zebrane liście według kolorów. Liście zostały pracowicie rozdrobnione, roztarte i w słoiczkach zalane alkoholem. Kiedy barwnik z liści przeszedł do alkoholu, dzieci mogły zobaczyć piękne, żywe kolory: zielony, żółty i brunatno-czerwony.
Zadałam uczniom pytanie:
Co się stanie, gdy do każdego słoiczka włożymy papierowy ręcznik?
Wszyscy zgodnie postawili hipotezę, że ręcznik nasiąknie i będziemy mogli zobaczyć na nim taki kolor, jaki miały liście w słoiku.
W tym momencie zostawiliśmy nasze laboratorium na cały weekend, a w poniedziałek, ku uciesze dzieci, których hipotezy się sprawdziły, mogliśmy zobaczyć piękne, żywe kolory na ręcznikach.
Tylko ja nie byłam zadowolona z efektów eksperymentu.
Niestety, chromatografia nie wyszła, ale dziecięce notatki już tak
W okolicy szkoły mamy sporo drzew różnych gatunków, które posłużyły nam jako materiał badawczy.
Dzięki badaniom dzieci, dowiedziałam się, że wśród nich rośnie młody platan, którego nigdy wcześniej nie zauważyłam.
Sprawdziliśmy jeszcze jak spadają liście z drzew, a potem każde dziecko wyobraziło sobie, że jest takim spadającym liściem.
Co liść mógłby myśleć w trakcie spadania?
Według dzieci, spadanie jest bardzo przyjemne, tylko lądowanie może nie być już takie miłe.
W tym momencie wykorzystałam okazję, do poćwiczenia z dziećmi krótkich wypowiedzi pisemnych. To przykład na to, że projekt typowo przyrodniczy może sięgać po aktywności z różnych dziedzin.
Nasz projekt jeszcze potrwa, bo widzę, że zainteresowanie uczniów się nie kończy, a i pytań na tablicy projektowej jeszcze sporo zostało.
27 października
Czy już wiem i potrafię?
W projekcie „Odkrywamy jesień” uczniowie osiągają różne cele. Jednym z wielu jest umiejętność rozpoznawania gatunków drzew po liściach i owocach, a żeby się tego nauczyć, trzeba najpierw zbadać drzewa, zgromadzić materiał porównawczy, wyszukać informacje w różnych źródłach i zrobić notatki.
Czy to już wystarczy, by móc powiedzieć, że umiem rozpoznawać gatunki drzew?
Trzeba to sprawdzić.
Ale jak? Testem? Sprawdzianem?
Jest znacznie lepszy sposób, by sprawdzić, co zostało w głowach po przeprowadzeniu badań.
Należy udać się w miejsce, w którym zadania testowe same pchają się w ręce, leżą pod nogami i wiszą nad głowami.
My poszliśmy do parku, by w trzyosobowych zespołach wykonać zadania sprawdzające.
Najpierw trzeba było zebrać liście i owoce poszczególnych gatunków drzew posługując się listą przygotowaną przeze mnie, a potem ułożyć zgodnie z kodem. To niełatwe zadanie, bo najpierw trzeba było zastanowić się, który liść należy do dębu szypułkowego, a który do jesionu albo do jawora.
Zgromadzony materiał wykorzystaliśmy jeszcze do kodowania liczb 50 i 100, układając je z elementów przyrodniczych zgodnie z przypisaną wartością.
Kiedy wracaliśmy do szkoły szurając kolorowymi liśćmi i wdychając zapach jesiennego parku (zupełnie inaczej pachniało tam, gdy byliśmy w czerwcu), wykonaliśmy jeszcze jeden test.
Bardzo prosty test.
Jak nazywa się drzewo, pod którym właśnie stoimy?
Dzisiaj w parku zobaczyłam jak bardzo radosne i zadowolone mogą być dzieci, które właśnie zostały poddane procesowi sprawdzania wiedzy.
4 listopada
Powoli odkrywamy jesień
Dziś uświadomiłam sobie, jak bardzo tytuł projektu pasuje do tego, co robimy.
Odkrywamy kolory, zapachy, smaki, powiązania i zależności. Kolekcjonujemy przeżycia, emocje i wrażenia.
Ten ostatni aspekt projektu uważam za bardzo ważny. Uczenie przez przeżywanie pozostawia głęboki ślad w umysłach dzieci. Chciałabym, żeby na długo zatrzymały pod powiekami magiczny obraz kolorowego parku i ciszy, która w nim wtedy panowała.
Chciałabym, żeby zapach parku jesienią i słodki zapach szarlotki, który dziś unosił się w szkole, przywoływały dobre wspomnienia.
Chciałabym, żeby zapachy i atmosfera towarzysząca nam w tych dniach, pomogły w przywoływaniu wiedzy świeżo zdobytej w projekcie.
Już prawie wszystkie pytania z naszej tablicy projektowej zyskały odpowiedzi.
Powoli kończymy, a zmieniająca się pogoda ułatwia porządkowanie wiedzy. Jeszcze niedawno słoneczny, kolorowy październik, a dziś prawdziwie listopadowa szaruga.
Dzieci zauważyły tę naturalną klamrę spinającą jesienne tematy, gdy dziś zmienialiśmy wystawę prac plastycznych i wesołe kolory zostały zastąpione przez szare, rozmyte obrazy wykonane techniką „mokre w mokrym”.
U nas dziś tak samo jak na dworze – podsumowali trzecioklasiści.
Na koniec projektu zostawiłam pieczenie szarlotki, jesiennej potrawy wybranej przez dzieci do wykonania. Zwykle obawiam się takich zajęć, bo gdy do akcji wkracza dziewiętnaścioro kucharek i kucharzy, a w dodatku każdy chce być szefem kuchni, to harmider i chaos jest nieunikniony.
Dziś zostawiłam wszystko w rękach dzieci: podział na dwie dziewięcioosobowe drużyny, przydział czynności i odpowiedzialność za całokształt. Zasugerowałam tylko, żeby w każdej drużynie był strażnik przepisu odpowiedzialny za składniki i kolejność ich dodawania.
To, co wydarzyło się w klasie, zdecydowanie przekroczyło moje oczekiwania.
Nie było kłótni. Była współpraca i podział zadań adekwatny do umiejętności. Moim zadaniem było tylko zaniesienie blachy z ciastem do kuchni i włożenie do piekarnika.
Tę współpracę zauważyli uczniowie, gdy podsumowywaliśmy dzień.
Zaskoczeniem dla dzieci było połączenie efektów działalności dwóch drużyn w jedno wspólne ciasto, które okazało się przepyszne.
Najlepsze było to, że dzieci mogą upiec ciasto bez pomocy dorosłych! – podsumował Marcel.
- grafika w matematycznej karcie pracy pochodzi ze strony piktografia.pl
7 listopada
Matematyczne inspiracje
„Wiedza matematyczna tworzy się w umyśle uczącego się dziecka pod wpływem wykonywania odpowiednich czynności, związanych najczęściej.
z ruchem, oraz zastanawiania się nad celem i sensem tego, co robi. Szczególnie ważne są czynności wykonywane przez dziecko rękoma oraz rozmowa o tych czynnościach z dorosłymi i z rówieśnikami.”
Z. Semadeni
Matematyka w edukacji wczesnoszkolnej to działanie, czynności wykonywane rękoma, rozmawianie o nich, dostrzeganie związków i relacji, budowanie pojęcia liczby i kompetencji potrzebnych podczas rozwiązywania życiowych problemów.
W uczeniu matematyki ważną rolę odgrywają konkretne przedmioty, dzięki którym dzieci mogą rozwiązywać problemy, trenować umiejętności matematyczne, a także stanowią (wg Lwa Wygotskiego) naturalne rusztowanie pozwalające dziś dziecku zrobić z pomocą to, co być może już jutro zrobi całkiem samodzielnie.
Wszystko, co może stanowić pomoc w uczeniu matematyki mamy zwykle pod ręką. Mogą to być patyczki, miarki, kostki do gry, klamerki, kasztany, klocki LEGO, inne klocki, a także wiele innych, łatwo dostępnych materiałów.
Podczas wczorajszych warsztatów matematycznych we Wrocławiu, nauczycielki odkryły mnóstwo ciekawych zastosowań rozmaitych, łatwo dostępnych przedmiotów, od kasztanów, poprzez piłeczki, po metrowe miarki.
Być może znajdziecie w zakamarkach szaf żółte klocki, które kiedyś służyły w szkole do nauki potęgowania, a dziś można użyć ich do stymulowania myślenia.
Wykorzystałam ten materiał, by dać dzieciom okazję do samodzielnego odkrywania prawidłowości.
Jaką wartość ma każdy klocek?
Kiedy zapisaliśmy na tablicy wartości klocków po kolei, to dzieci same zauważyły, że powstał ciąg. Próby odkrywania kolejnych wyrazów ciągów, gdy trzeba było podwajać i potrajać wartość kolejnych liczb było okazją do ćwiczeń w rachunku pamięciowym.
Matematyka jest wszędzie. Czasem trzeba tylko zauważyć potencjał tkwiący w rzeczach ukrytych w szafie albo w szufladzie.














