
O tym, że edukacja obywatelska jest tak samo ważna w ogólniaku, jak i w branżówce
Nie mogę nie rozpocząć tego eseju od „rozliczenia” wiodącego tematu poprzedniego eseju „Niespodziana deklaracja Nowackiej na Europejskim Kongresie w Katowicach i jej konteksty”. Na kluczowe pytanie „odwoła czy nie odwoła do końca kwietnia?” – Premier Tusk Ministrę Nowacką, znamy już odpowiedź. Wszak jest już trzeci dzień maja i „na Szucha bez zamian”. Jednak nadal zastanawiająca jest tz zaskakująca wypowiedź Nowackiej, która zapytana podczas jej obecności na Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach o realizacię żądania ZNP powiązania wysokości wynagrodzeń nauczycieli z niezależnym wskaźnikiem przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce, po latach uników zadeklarowała, że „…doprowadzimy taki projekt do końca, tak żeby nauczyciele mieli powiązane wynagrodzenie ze wskaźnikami gospodarczymi.”
Natomiast po tygodniu doszedłem do wniosku, że powodem wygłoszenia tego oświadczenia nie był żaden z tych trzech wymienionych w tamtym eseju, lecz wykorzystanie okazji do publicznego zaprezentowania się jako „władza, która słucha suwerena”, ale bez gwarancji dotrzymania obietnicy. Wszak to nie ona jest w tej materii decydencką – to rząd i większość parlamentarna…
A teraz o tym, co dziś uznałem za warte skomentowania. Po przeglądzie wydarzeń i tematów, poruszanych w mediach wybrałem problem, unaoczniony przez Anetę Derdę w tekście „Edukacja obywatelska w szkołach branżowych”, który z bloga CEO zamieściłem we wtorek 28 kwietnia.
Dlaczego akurat o tym? Bo to jest „bliski mi tekst” – jak napisałem we wprowadzeniu do tego materiału. Znający moją biografię wiedzą, że po szkole podstawowej byłem uczniem 3-letniej Szkoły Rzemiosł Budowlanych, jak przez kilka lat nazywana była ta szkoła kształcąca murarzy i tynkarzy, przez następne dziesięciolecia określana zasadniczą szkołą zawodową. Jak wiemy – za kadencji ministry Anny Zalewskiej – od 1 września 2017 r. – zasadnicze szkoły zawodowe zostały przekształcone w 3-letnie branżowe szkoły I stopnia.
Wszyscy znający jak ten świat jest urządzony wiedzą, że zastąpienia szyldu z nazwą „Zasadnicza Szkoła Zawodowa” szyldem „Szkoła Branżowa I stopnia” nie sprawi, że ten typ szkoły przestanie być traktowany jak „szkoła ostatniego wyboru, a o jej uczniu nie będzie się mówiło jak o kimś „przegranym”. Tak jak zamiana słowa „prostytutka” określeniem „kobieta lekkich obyczajów” nie sprawi, że zajęcie którym owa kobieta się zajmuje stanie się szanowaną powszechnie profesją.
I właśnie fakt, że najpierw sam byłem takim „przegranym”, a po latach kierowałem zespołem szkół zawodowych, którego częścią była zasadnicza szkoła zawodowa, każe mi napisać o tym, jak ja widzę ten problem. A widzę podobnie jak Aneta Derda – że nic się w społecznym sytuowaniu szkół branżowych nie zmieniło. Oto cytaty z jej tekstu:
W uczniach szkół branżowych (samorządy – WK) widzą głównie pracowników lub przedsiębiorców, rzadziej aktywnych obywateli, a niemal nigdy – społeczników i aktywistów. Pomimo wprowadzania kolejnych reform edukacji takie stereotypy i autostereotypy nie znikają. Dochodzi następny – szkoły branżowe są miejscem mniej prestiżowym niż te ogólne, utarło się, że trafiają tam uczniowie uczący się słabiej. A skoro system postrzega tę szkołę jako mniej wartościową, to nie widzi potrzeby inwestowania tam w kapitał społeczny i obywatelski. […]
Kultura pracy szkoły może oscylować między mocno hierarchiczną (wręcz przemocową), a demokratyczną i opartą o partycypację uczniowską.[…] Bez właściwie podanej edukacji obywatelskiej, trudno będzie młodzieży wypracować otwartą postawę na dyskusję i różnorodność, a także na poczucie odpowiedzialności za otoczenie oraz chęć działania na rzecz innych osób i środowiska. Przełoży się to na ich dorosłe życie i obywatelskie decyzje. Także na to, jakie warunki pracy przyjmą albo sami będą stwarzać jako przyszli pracodawcy.[…]Formuła eseju nie pozwala na obszerne wywody i prezentację moich przemyśleń i wniosków dotyczących roli, jaką mogłyby ( powinny) te szkoły odegrać – nie tylko w przygotowywaniu kadr do pacy w t.zw. „zawodach robotniczych”, ale także w zdobywaniu doświadczeń w partycypowaniu w podejmowaniu decyzji o tym co i jak dzieje się „tu i teraz” – w tej ich „malej ojczyźnie”, którą w okresie owych trzech lat stała się dla nich szkoła branżowa.
W pełni się zgadzam, że nie wystarczy, nawet najdoskonalej, realizować zawartą w 47-stronicoym rozporządzeniu podstawę programową przedmiotu edukacja obywatelska, ale trzeba codziennym doświadczaniem szkolnych sytuacji tworzyć warunki do „trenowania” postaw i umiejętności funkcjonowania w demokratycznym społeczeństwie obywatelskim. Krócej to ujmując – ważniejsze od zaliczanej na stopień wiedzy z przedmiotu jest funkcjonowanie w szkole, w której, nie fasadowo, realizowane soą zasady szkolnej demokracji.
O tym że to jest możliwe, i że to się sprawdza, wiem z własnego doświadczenia. Jako dyrektor ”Budowlanki” już w połowie lat dziewięćdziesiątych zadbałem o to, aby samorząd uczniowski był współuczestnikiem decyzji, nie tylko ich dotyczących, ale także w sprawach funkcjonowania szkoły jako środowiska społecznego, oczywiście z wyłączeniem spraw zastrzeżonych do kompetencji rady pedagogicznej. Także wtedy – z inicjatywy uczniów – funkcja przewodniczącego samorządu szkolnego została nazwana „prezydentem samorządu”, a także jego wybór przebiegał na wzór wyborów prawdziwego prezydenta: ze zgłaszaniem kandydatów, prezentowaniem ich programów, powołaniem komisji wyborczej i przeprowadzeniem tajnych wyborów. A o pracy Sejmu mogli się dowiedzieć „pierwszej ręki”, bo zaprosiłem na spotkanie z uczniami łódzkiego posła, który – bez agitacji za swoją partią – opowiadał im o sejmowych procedurach stanowienia prawa. I odpowiadał na wiele uczniowskich pytań…
Że to miało sens mogłem się przekonać po latach, kiedy spotykałem absolwentów „mojej” szkoły w roli radnych Rady Miasta i Sejmiku Wojewódzkiego, także jako przewodniczących komisji, a nawet jeden z nich został komisarycznym prezydentem Łodzi, kiedy w wyniku referendum odwołany został poprzedni prezydent Jerzy Kropiwnicki.
Reasumując – edukacja obywatelska, nie zawężona jedynie do przedmiotu, jest tak samo ważna w liceum ogólnokształcącym, jak i w „branżówce”! A to nie tylko dlatego, ze nigdy nie można przewidzieć jak potoczą się dalsze losy dzisiejszych jej uczniów, ale przede wszystkim dlatego, aby w przyszłości nie stali się łatwym łupem agitatorów z populistycznych, antyeuropejskich partii, walczących „za wszelką cenę” o glosy wyborców…
Włodzisław Kuzitowicz
Zostaw odpowiedź

