
Z trzydniowym opóźnieniem zamieszczam (we fragmentach) ostatnie przejawy wielkiej aktywności autorsko-redakcyjnej kolegi dyrektora Jarosława Pytlaka, na którego blogu „Wokół Szkoły” w miniony piątek pojawiły się aż trzy teksty. Oto one – w kolejności ich zamieszczania:
Nie ma darmowych obiadów!
Długo oczekiwana decyzja w sprawie edukacji zdrowotnej zapadła. Przedmiot będzie obowiązkowy. W internecie zaroiło się od entuzjastycznych wpisów organizacji, a nawet pojedynczych osób, które przypisują sobie jakąś część udziału w tej wyczekiwanej przez nich decyzji. Oczywiście miło jest pochwalić się sprawczością, ale moim zdaniem w większości przypadków jest to jak z żabą, która podstawiła nogę do podkucia, gdy kuli konie. Być może realny wpływ miało stanowisko Naczelnej Izby Lekarskiej. Może. Najprawdopodobniej jednak po prostu wyszło z sondaży, że mimo hałasu ze strony opozycji większość społeczeństwa jest za. Raczej nie była to autonomiczna decyzja Barbary Nowackiej.
Przestałem już emocjonować się tym tematem, choć od początku uważałem wprowadzenie edukacji zdrowotnej równym frontem w siedmiu rocznikach za błąd, i zdania tego nie zmieniam. Po pierwsze, z racji braku odpowiednich kadr – nie takich, którym formalnie nadano prawo prowadzenia zajęć z tego przedmiotu, tylko odpowiednio przygotowanych do zmierzenia się z jego niezwykle złożoną materią. Po drugie, z oddzielenia, często na siłę, pewnych treści od ich naturalnej bazy programowej, jak choćby profilaktyki różnych chorób od podstawowego kursu biologii w liceum. Po trzecie, z powodu ogólnej niechęci uczniów do nakładanych na nich dodatkowych obciążeń, co powoduje, że skuteczność tej nauki będzie żadna. Autorytet szkoły i nauczycieli szoruje dzisiaj po dnie i wiara, że akurat w kwestiach zdrowotnych zyskają oni posłuch i będą w stanie wpłynąć na postawy młodych ludzi, jest czystej wody chciejstwem.
Doskonale spuentował to na swoim profilu fejsbukowym Tomasz Tokarz, formułując bardzo celny aforyzm, który pozwalam sobie tutaj zacytować wraz z fragmentem rozwinięcia (po całość odsyłam do profilu Pana Tomasza):
Czary mary, fika mika, nowy przedmiot, problem znika.
Myślenie magiczne to przekonanie, że sam rytuał wywołuje realną zmianę. W edukacji takim „rytuałem” staje się dopisanie nowego, obowiązkowego przedmiotu. Tak jakby sama jego obecność w planie lekcji miała automatycznie zmienić zachowania uczniów. Obowiązkowość edukacji zdrowotnej to nowy rytuał (podobny do EO czy BiZ). Taki edukacyjny kult cargo.
Mam podobną opinię, choć z drugiej strony jestem w stanie przyjąć również argument, że zetknięcie z treściami tego przedmiotu może przynieść jakiejś grupie uczniów nieco pożytecznej wiedzy. […]
Wszystkie te dodatkowe obciążenia byłyby śmiechu warte, gdyby nie fakt, że równocześnie będziemy w szkołach rozwijać edukację włączającą, wraz z nowym, jak mówią, wspaniałym narzędziem, jakim ma być kwestionariusz szkolnej oceny funkcjonalnej, okiełznywać żywioł smartfonowy, oraz wprowadzać reformę „Kompas Jutra”. Szczególnie w podstawówkach rok zapowiada się ciekawie, tym bardziej, że wszystkie te nowości, oczywiście, również będą bezkosztowe. Dodatkowa praca dyrekcji i kadry pedagogicznej nigdy nie jest traktowana w oświacie jako koszt.
Chciałbym zwrócić jednak uwagę PT Czytelników na ludową mądrość, że nie ma darmowych obiadów. Szafki i pojemniki na smartfony nie kupią się same, podobnie jak materiały do doświadczeń z przyrody i wynagrodzenia nauczycieli wychodzących na tak ważne w koncepcji reformy wycieczki. Same również nie sfinansują się zajęcia związane ze wsparciem potrzebujących uczniów, które teraz będzie miała uruchomić szkoła dużo wcześniej, niż otrzyma (jeśli w ogóle) fundusze z tytułu ewentualnego orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego. Ale to ostatnie, to temat na osobny artykuł, który będzie – zapewniam – szczególnie emocjonujący.
Jako puentę pozwolę sobie przytoczyć anegdotę, którą opowiedział mi bywały od lat w obszarze polityki oświatowej pan Sławomir Wittkowicz, przewodniczący Wolnego Związku Zawodowego „Forum-Oświata”. Otóż był on kiedyś uczestnikiem spotkania połączonych zespołów kujawsko-pomorskiej wojewódzkiej rady dialogu społecznego w Bydgoszczy. Temat: opieka psychiatryczna i psychologiczna dla dzieci i młodzieży. Dwa zespoły razem: ds. edukacji oraz ds. zdrowia. Radzono oczywiście nad usprawnieniem organizacji i kierunkami rozwoju. Specjaliści medycy konkretnie wskazali, ile potrzeba pieniędzy i jakie zmiany organizacyjne są potrzebne. Specjaliści od edukacji wszystkie swoje propozycje zaczynali od słów „szkoły zorganizują”. Słysząc tę opowieść, roześmiałem się przez łzy, bowiem taki sposób myślenia o funkcjonowaniu oświaty ma się wciąż doskonale, a obecna ekipa zarządzająca MEN twórczo dopisuje kolejne rozdziały do tej księgi absurdu.[…]
Cały tekst „Nie ma darmowych obiadów!” – TUTAJ
x x x
Pamiętnik covidowy. Część 1
W końcu marca tygodnik „Przegląd” opublikował artykuł Beaty Igielskiej „Pamiętniki covidowe. Każdy ma swoją historię. Napiszcie, jak to pamiętacie”. Czytając tytuł na okładce pomyślałem, że to zapowiedź konkursu. Okazało się jednak, że tylko materiał wspominkowy, ciekawy zresztą, bo odtwarzający panoramę wydarzeń i atmosferę pierwszego roku pandemii Covid-19. Niestety, a może „stety”, pomiędzy rzutem oka na okładkę a lekturą zdążyłem nabrać ochoty na taką własną wyprawę myślami w przeszłość. Pomimo braku konkursowej motywacji postanowiłem więc spisać swój covidowy pamiętnik. Przyszło mi to o tyle łatwo, że przez dwa lata zarazy komentowałem wydarzenia w kolejnych wpisach na blogu „Wokół szkoły”. Teraz przydały się dla odświeżenia pamięci.
[…]
Przedłużające się zamknięcie szkoły było źródłem powszechnej frustracji. Sytuacja w największym stopniu uderzyła w rodziców, którzy musieli opiekować się swoimi dziećmi, byli świadkami zmagań nauczycieli i uczniów z onlajnami, co nierzadko bardzo odbiegało od ich wyobrażenia o idealnym nauczaniu. W szkole niepublicznej, płatnej, jaką jest STO na Bemowie, doszły do tego problemy materialne. Część rodziców utraciła w całości lub w części źródła dochodów. Pojawił się temat, który znalazł się na tapecie w większości podobnych placówek – czy w sytuacji, gdy nie korzystamy z wynajmowanego budynku, gdy nie funkcjonuje świetlica, zajęcia dodatkowe, słowem, gdy część usługi nie jest wykonywana, nie powinno się obniżyć lub wręcz zawiesić czesnego?! No bo z jakiej racji – na przykład – płacić za lokal, skoro z niego nie korzystamy?! To były długie godziny narad z Zarządem, w wyniku których ustaliliśmy, że szkoła bezwarunkowo będzie regulować swoje zobowiązania finansowe. To, co rzeczywiście możliwe było do zaoszczędzenia, wyliczyliśmy na 150 złotych miesięcznie na ucznia. Równocześnie powstał jednak problem, co z opłatami tych, którzy stracili źródła dochodów. Powstał wtedy pomysł, by ogłosić obniżkę czesnego o te 150 złotych, jednocześnie zwracając się do osób, które szczęśliwie nie poniosły strat materialnych w pandemii, by kwotę bonifikaty pozostawiały w szkole z przeznaczeniem na solidarnościowy fundusz stypendialny. I to się udało!!! Darczyńców było tak wielu – ponad połowa wszystkich płatników, że zebrane pieniądze starczyły na pomoc dla wszystkich, którzy się o nią zwrócili! My ze swej strony, jako kontrahent, też nikogo nie zawiedliśmy!
[…]
Jakoś w końcu dobrnęliśmy do końca roku szkolnego. Nawet odbyły się uroczystości rozdania świadectw. U nas w szkole poziomami klasowymi, co godzinę. Uczniowie siedzieli na krzesłach rozstawionych na dziedzińcu w odległości dwóch metrów w każdą stronę od sąsiada. Mam zdjęcie takiej sceny – nawet po latach wygląda ono przeraźliwie smutno.
W wakacje wirus miał trochę wyluzować, więc była nadzieja na odrobinę wypoczynku. A od września… No, od września, podobno, mieliśmy wrócić do stacjonarnej nauki. Tak w każdym razie głosił pan minister. W związku z tym w jednym z wakacyjnych wpisów na blogu zamieściłem następującą propozycję:
Proponuję, abyśmy wszyscy: nauczyciele, rodzice i uczniowie, poszukali nadziei we wspólnej modlitwie, by pandemia do września wygasła, albo żeby naszych oświatowych władców, nomen-omen, oświeciło lepszymi i bardziej realnymi pomysłami. Wiara w cuda wydaje mi się w tej chwili najlepszym źródłem nadziei.
Nie spodziewałem się wtedy, że w nowym roku szkolnym będzie jeszcze dużo, dużo trudniej…
Cały tekst „Pamiętnik covidowy. Część 1” – TUTAJ
x x x
Jak IBE chce zmienić polską szkołę? Część 2. *
Dyskusja grona profesorów, nazwana w programie Dnia Otwartego IBE „Radą Pedagogiczną”, była jedną z atrakcji, które zachęciły mnie do udziału w tej imprezie. Ciekawiło mnie, co mają do powiedzenia przedstawiciele „wielkiego nieobecnego” reformy „Kompas Jutra”, czyli akademickiego środowiska polskich pedagogów, które znalazło się kompletnie na uboczu tej z założenia bardzo przecież poważnej zmiany w polskiej edukacji.
W debacie panelowej, którą poprowadziła prof. Inetta Nowosad, wzięli udział: prof. prof. Beata Mydłowska, Mirosława Nowak-Dziemianowicz, Stefan Kwiatkowski i Krzysztof Rubacha. Wszyscy cieszący się dużym poważaniem, w większości członkowie Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN. Hasłem przewodnim dyskusji było „Czego potrzebuje polska szkoła?”.
W pierwszej rundzie wypowiedzi pojawiło się kilka różnych wątków. Ciekawą kwestię poruszyła prof. Nowak-Dziemianowicz, prezentując zdjęcie pracy Władysława Hasiora pt. „Wyszywanie charakteru”, przedstawiającej lalkę w uścisku dźwigni maszyny do szycia. Zdaniem Pani Profesor nie potrafimy oderwać się od przekonania, że szkoła jest miejscem kształtowania ucznia. Jeśli poszukujemy odpowiedzi na pytanie, w co szkoła ma wyposażyć ucznia, to będzie właśnie „wyszywaniem go” według naszego wyobrażenia o przyszłości. Tymczasem rolą szkoły powinno być stwarzanie warunków do rozwoju.
W dyskusji wielokrotnie pojawiały się wątki polemiczne. Widać było, że poglądy dyskutantów nie są jednolite, ale nie przejawiało się to sporem, a jedynie pokazywaniem innego spojrzenia, jak choćby w wypowiedzi prof. Mydłowskiej, która zwróciła się do swojej przedmówczyni, stając w obronie znaczenia wartości uporządkowanej wiedzy i kompetencji.
[…]
Na zakończenie tej części wicedyrektor IBE, Tomasz Gajderowicz, wyraził podziękowanie gronu profesorskiemu za przybycie i podzielenie się swoimi przemyśleniami. A kiedy jeszcze wyraził nadzieję, że będzie to w przyszłości zdarzać się częściej, zapisałem w notesie: „Teraz? Teraz, gdy reforma jest już wymyślona, i nie ma w niej miejsca na żadne wizje, choćby najmądrzejszych akademików?!”. Niestety, potwierdziło się moje przekonanie, koncepcja reformy „Kompas Jutra”, jeśli nawet rzeczywiście została zaprojektowana na podstawie wyników badań, powstała bez udziału polskich pedagogów. Diagnozę wzięto z badań PISA (najkrócej: uczniowie są dobrze nauczeni, ale nie lubią szkoły i nie widzą sensu nauki). Jej wyjaśnienie, że wszystkiemu winny jest dotychczasowy model edukacji, wzięto, moim zdaniem, z sufitu (bo naprawdę nie wolno zignorować złożonego kontekstu społecznego, w jakim funkcjonuje obecnie młode pokolenie). Co do koncepcji zmiany, mogę tylko wyrazić żal, że nie poddano jej żadnej niezależnej recenzji naukowej. Może wtedy powodów do krytyki byłoby mniej?!
x x x
Ostatnim punktem programu, w którym wziąłem udział, była pokazowa lekcja przyrody, przeprowadzona przez dr. Karola Dudka-Różyckiego, przewodniczącego Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Przedmiotów Przyrodniczych, podobnie jak ja gorącego orędownika przywrócenia tego przedmiotu w polskiej szkole. Zajęcia odbyły się oczywiście w terenie – na skwerku przed siedzibą IBE, we wczesnowiosennej aurze. Zgromadziły 14 uczestników, a poświęcone były głównie obserwacjom i działaniom dotyczącym gleby, czemu towarzyszyło posadzenie w kilku miejscach sadzonek łubinu.
O samej lekcji napiszę nie wdając się w szczegóły – była udana. Prowadzący zna się na rzeczy, wprowadził nas w temat, dobrze wykorzystał mało jeszcze o tej porze roku efektowne otoczenie przyrodnicze, dał możliwość samodzielnego działania i wyciągnięcia wniosków. Trwałym efektem tych zajęć pozostaną kępy łubinu, rozsiane po całym skwerku przed IBE, w losowo wybranych przez nas miejscach, gdzie w parach kopaliśmy i prowadziliśmy glebowe obserwacje. Podzielę się natomiast refleksjami natury ogólnej, do których zainspirowały mnie te zajęcia. […]
Lekcja pokazowa w IBE, choć udana, unaoczniła jeszcze jeden poważny problem, który dotyczy wsparcia nauczycieli, nie tylko przy okazji wprowadzania „Kompasu Jutra”, ale, na przykład, edukacji włączającej. Była przeprowadzona w grupie wielkości, mniej więcej, połowy klasy szkolnej, w gronie osób dorosłych, kompetentnych w temacie. Trudno powiedzieć, jak zachowywałoby się dwudziestka czwartoklasistów, tym bardziej, gdyby była to klasa o dużym wewnętrznym zróżnicowaniu. Pół biedy, jeśli chodzi o przyrodę, ale powszechnie słychać, że w podobny sposób organizuje się zajęcia mające pokazać uczestniczącym w nich nauczycielom, jak pracować… z klasą trudną.
[…]
Dzień spędzony w Instytucie Badań Edukacyjnych był dla mnie pouczający i inspirujący. Doceniam zaangażowanie organizatorów i jest mi bardzo przykro, że nadal lokuję się po stronie oponentów instytucji, którą reprezentują. Niestety, została ona utożsamiona z reformą „Kompas Jutra”, do której – mimo wysiłków entuzjastów spotkanych podczas Dnia Otwartego – nie jestem w stanie się przekonać. To nic osobistego – po prostu kwestia doświadczenia zawodowego, którego nie da się ze mnie wydłubać propagandą, ani nawet urokiem osobistym poszczególnych współtwórców reformy.
Cały tekst „Jak IBE chce zmienić polską szkołę? Część 2.” – TUTAJ
*Jak IBE chce zmienić polską szkołę? Część 1. – TUTAJ
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/j
Zostaw odpowiedź

