
Dlaczego „Letnią szkołę dla rodziców” wymyślił profesor biologii, a nie pedagogiki
Z wszystkich tematów, które w minionym tygodniu zaistniały na OE najbardziej uruchomił moje szare komórki – jeden: idea szkół dla rodziców, którą przedstawił na swoim blogu prof. Stanisław Czachorowski – w tekście zatytułowanym „Letnia szkoła dla rodziców, czyli jak pomóc edukacji”. Kto z Was tego jeszcze nie przeczytał niechaj to zrobi teraz, bo wszystko co ja dalej napiszę będzie miało tam swój początek.
Refleksją, która zrodziła się już podczas pierwszego czytanie tego tekstu była myśl, że ową potrzebę wsparcia rodziców wiedzą o procesach psycho-pedagogicznych, zachodzących podczas edukacji ich dzieci, uzasadnioną przemianami cywilizacyjnymi, technologicznymi i kulturowymi, które trwale zmieniają strukturę społeczeństw, gospodarkę i codzienne życie, dostrzegł i sformułował taki wniosek nie żaden z dobrze nam znanych profesorów pedagogiki, a hydrobiolog i entomolog, doktor habilitowany i profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, specjalizujący się w badaniach nad chruścikami – niewielkimi owadami, przypominającymi motyle nocne.
Jak wiecie – nie po raz pierwszy zamieściłem tekst z bloga „Profesorskie Gadanie” – zawsze były to teksty, w których ich autor podejmował tematykę edukacji. I zawsze było w nich „coś”, co wnosiło niestandardowy punkt widzenia na te problemy.
Wszystko co prof. Czachorowski tam napisał o proponowanych przez niego „studiach rodzicielstwa”, weekendowych lub letnich szkołach wakacyjnych, prowadzonych przez uczelnie wyższe, gdzie teoria spotykałaby się z praktyką warsztatową, jest mi bliskie. I nie mam wątpliwości że to pomysł bardzo w dzisiejszych czasach potrzebny.
Ale po drugim czytaniu zaczęły się w mojej głowie rodzić pewne pytania i wątpliwości.
Jako pierwsze: Dlaczego taki projekt nie został dotąd zgłoszony przez takie tuzy zajmujące się problemami współczesnej edukacji, jak profesor Bogusław Śliwerski lub prof. Roman Leppert? Jak to się stało, że nie wpadli na to kolejni szefowie Instytutu Badań Edukacyjnych, a także nie pojawił się on na blogu Centrum Edukacji Obywatelskiej?
Przecież kiedy się czyta te wszystkie uzasadnienia tego projektu ogłoszonego przez owego biologa, to ma się wrażenie, że jedynie nazwał on dobrze nam znane i oczywiste zjawiska i procesy oraz wyprowadził z tego jedynie słuszny i praktyczny wniosek. Więc dlaczego tamci na to nie wpadli i nie zaproponowali?
Po chwili napłynęła mi myśl że on jest po prostu idealistą, który tak naprawdę nie zna codziennych realiów polskiej oświaty i mechanizmów funkcjonowania naszego systemu edukacji, a oni są nie tylko doskonale o tym poinformowani, ale mają już na to zrutynizowany sposób patrzenia.
Z takiej konstatacji zrodziła się druga myśl: Wszak takowa oferta mogłaby, z oczekiwanym skutkiem, być kierowana jedynie do dość wąskiej kategorii rodziców – tych, którzy nie tylko są świadomi swoich braków w obszarach wiedzy o wychowaniu dzieci, ale którzy są gotowi na takie szkolenie zapisać się i przeznaczyć na to swój wolny czas. Bo przecież nie do pomyślenia byłoby organizowanie obowiązkowych szkoleń dla każdego rodzica – jeszcze zanim jego dziecko zostanie uczniem. I pozostaje jeszcze jeden aspekt – czy byłoby to szkolenie płatne…
I to jest ta trzecia myśl: Czy w dzisiejszych realiach funkcjonowania wyższych uczelni, mechanizmów ich finansowania przez państwo (bo zupełnie nie wyobrażam sobie takich szkoleń prowadzonych przez uczelnie prywatne), uniwersytety i inne szkoły wyższe prowadzące kierunki psychologia i pedagogika, byłyby gotowe zaproponować – w formule bezpłatnych zajęć – takie weekendowe lub wakacyjne kursy?
Tak więc przestałem się już dziwić temu, że ów znakomity pomysł szkoleń dla rodziców ogłosił profesor biologii – specjalista od chrościków, a nie któryś z wybitnych profesor pedagogiki…
Włodzisław Kuzitowicz.
Zostaw odpowiedź

