O szkodliwości listy lektur obowiązkowych – pod wpływem Roberta Sowińskiego

 

 

Po tym jak na fb-profilu Roberta Sowińskiego obejrzałem i wysłuchałem jego wypowiedź w sprawie zmuszania przez system szkolny uczniów do czytania lektur obowiązkowych, nie miałem wątpliwości: ja także podzielę się z Wami co o tym myślę. Zacznę jednak od propozycji, abyście także wysłuchali Roberta:

 

 

KLIKNIJ  –  T U T A J

 

 

Wypowiedź ta pozwala z zupełnie innego punktu widzenia spojrzeć na problem –  nie tylko na listy lektur szkolnych:  obowiązującą aktualnie i  tę zawartą w nowej podstawie programowej, ale w ogóle – na „odwieczną” zasadę lektur obowiązkowych (i jakie są jej „owoce”), ale w ogóle – na skuteczność „zmuszania  konia aby napił się wody”.

 

Zacznę od  oświadczenia, że nie tylko nie będę polemizował z Robertem, ale że mam taki sam jak on pogląd na efektywność metody zmuszania uczniów do czytania tzw. „lektur obowiązkowych”. Każdy, kto nie ma zaników pamięci i jest uczciwy, może sam z własnej biografii przytoczyć przykłady na zastępowanie samodzielnego czytania nakazanej książki przeczytaniem tzw. bryku, czyli jej streszczenia. Współcześnie każdy uczeń ma nieograniczone możliwości znalezienia takiej „protezy” czytelnictwa

 

Nawet ja, który maturę zdawałem w łódzkim XVIII LO w 1963 roku, pamiętam taką sytuację, kiedy – z dziś już nieznanych mi powodów – nie potrafiłem zmusić się do przeczytania trzytomowej powieści Elizy Orzeszkowej  „Nad Niemnem”, ale zdobyłem gdzieś broszurkę z jej streszczeniem, i klasówkę sprawdzającą jej znajomość napisałem na piątkę! A całą powieść przeczytałem dopiero ćwierć wieku później – po obejrzeniu filmu pod tym samym tytułem. I bardzo żałowałem, że dopiero wtedy…

 

Myślę, że pora nareszcie spojrzeć prawdzie w oczy: dzisiejsi uczniowie to nie ci sprzed półwiecza, dla których zbudowano system szkolny. Zresztą i wtedy przymus robienia czegoś nie wywoływał potrzeby czynienia tego, tyle tylko, że ówczesna młodzież była bardziej „wytresowana” w posłuszeństwie wobec żądań dorosłych. Dzisiaj dzieci w ogóle są bardziej „autonomiczne”, a i trend w domowym wychowaniu jest raczej pajdocentryczny.

 

I w tym momencie przypomniałem sobie pamiętną nazwę telewizyjnego programu Jurka Owsiaka „Robta co chceta, czyli rockandrollowa jazda bez trzymanki”. Hasło stało się nieformalnym mottem WOŚP, oznaczającym zaufanie do ludzi i działanie z sercem. A może to jest właściwy trop, nie tylko w sprawie lektur, ale w ogóle – w szkolnej edukacji drugiej „ćwierci” XXI wieku?

 

I tak doszedłem do pytania pryncypialnego: Czy edukacja w systemie szkół państwowych ma być indoktrynacją światopoglądowo-polityczna, czy stwarzaniem optymalnych warunków do rozwoju każdego ucznia – na miarę jego możliwości, predyspozycji, zainteresowań i chęci?

 

Nie będę teraz i tutaj podejmował się odpowiedzi na nie, a zawężę się jedynie do sformułowania mojego poglądu na problem lektur szkolnych w tej właśnie, wspierającej rozwój, wersji edukacji.

 

Wiem, wiem – nie jestem dla nikogo z decydentów z MEN żadnym autorytetem a i w szkole ostatni raz podejmowałem decyzje ponad dwadzieścia lat temu. Jednak jestem przekonany – nie tylko w oparciu o własne doświadczenia życiowe, ale także na podstawie  – wkrótce dwudziestoletniego – okresu obserwowania polskiej oświaty z pozycji dziennikarza internetowego, że w XXI wieku, w czasach e-kultury powinniśmy uczniów zachęcać, a nie zmuszać do zdobywania wiedzy i umiejętności. A więc także do czytania tradycyjnych książek.

 

W miejsce listy lektur obowiązkowych powinna byś sformułowana lista lektur zalecanych (proponowanych), natomiast rolą nauczycielki/nauczyciela j. polskiego powinno być takie zaprezentowanie ich fragmentów, aby wzbudzić ich ciekawość i zmotywować do wzięcia tej książki do ręki i jej przeczytania.

 

Że ta metoda może zadziałać wiem, bo miałem, w „Budowlance”, w której byłem uczniem Szkoły Rzemiosł Budowlanych (odpowiedniczki dzisiejszych branżówek) taką właśnie polonistkę – Panią Wiktorię Kupisz. To ona wobec mnie i trzech moich przyjaciół z tej klasy stosowała daleko idącą indywidualizację procesu dydaktycznego. Polegała ona nie tylko na tym, że stawiała przed nami dodatkowe zadania i wymogi, ale przede wszystkim stosowała pozaszkolne bodźce, stymulujące nasz ogólnokulturalny rozwój, inicjując nasze wizyty w teatrze, filharmonii, muzeum…

 

Dziś trudno w to uwierzyć, ale to Pani Wiktorii ja i moi koledzy zawdzięczamy, że na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ub. wieku, byliśmy na przedstawieniu Teatru 13 Rzędów Jerzego Grotowskiego, gdy ten przyjechał do Łodzi i dał przedstawienie w pałacyku przy Piotrkowskiej. W czasach, kiedy jeszcze niewielu wiedziało kto to Henryk Tomaszewski – my widzieliśmy pierwsze etiudy jego Teatru Pantomimy… Do dziś mam w domowym archiwum program z koncertu w Łódzkiej Filharmonii, z autografem Wandy Wiłkomirskiej…

 

Dziś nie zdołam wymienić wszystkich tytułów książek, które przynosiła nam ze swojej domowej biblioteki Pani Profesor. Ale pamiętam, ze to z tego źródła czytałem książki Sartre’a („Drogi wolności”), jego żony Simone de Beauvoir („Mandaryni”) i wiele, wiele innych, niebędących przecież w wykazie lektur, zalecanych uczniom SRB…

 

 

Wniosek oczywisty:

 

Zmuszanie młodego człowieka do czegokolwiek rodzi naturalny odruch sprzeciwu, zachęcanie – rozbudza ciekawość i rodzi autonomiczną decyzję – „zobaczę, spróbuję”…

 

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



Zostaw odpowiedź