
Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'
Za dwa tygodnie będą już wakacje. Ale póki co Jarosław Pytlak – zainspirowany wywiadem z Mazowiecką Kurator Oświaty – napisał kolejny post na swoim blogu, oczywiście o problemie metodologii ustalania rocznych ocen. Tekst zamieszczamy bez skrótów, wyróżnienie jego fragmentów pogrubioną czcionką lub podkreśleniem – redakcja OE:
Kłopoty ze szkolnym ocenianiem
Sezon ustalania ocen rocznych w szkołach zbliża się ku końcowi, mogę więc podjąć temat oceniania bez obawy, że komuś zaburzę proces decyzyjny. Oto właśnie, jak Polska długa i szeroka, na rozmaite sposoby łamiemy prawo oświatowe, po prostu podsumowując wcześniej wystawione stopnie zamiast „ustalać stopień realizacji wymagań edukacyjnych”. To ostatnie bywa w warunkach szkolnych trudne, nawet jeśli nauczyciel lege artis przedstawił na początku roku szkolnego uczniom i rodzicom wymagania na poszczególne stopnie. Po prostu wymagań jest zazwyczaj bardzo wiele, a stopień ich realizacji nierównomierny. Poza tym prawo każe ocenić stan osiągnięty i uczyniony przez ucznia postęp, więc kluczowe stają się rozmaite poprawy i dogrywki, wokół których na przełomie maja i czerwca koncentruje się w szkołach życie społeczne.
Temat oceniania podjęła redaktor Joanna Ćwiek-Świdecka z „Rzeczpospolitej” („Szkoła na nowo”), w rozmowie z Panią Violettą Krzyżanowską, Mazowiecką Kurator Oświaty. Naprawdę warto posłuchać, by poznać urzędową wykładnię sytuacji, uczynioną przez wieloletnią dyrektorkę szkoły, obecnie wykorzystującą swoje doświadczenie w kierowaniu nadzorem pedagogicznym. Wywiad jest próbą wskazania i wyjaśnienia najczęściej spotykanych w praktyce szkolnej deliktów prawnych, które Pani Kurator wcześniej opisała w liście skierowanym do dyrektorów szkół. Potwierdza rzecz dla mnie od lat oczywistą, że interpretacja przepisów dotyczących oceniania, nawet tak prostych, jak te, które zawarto w prawie oświatowym, w zderzeniu z życiem może rodzić wiele wątpliwości i nieporozumień. Posłużę się tutaj trzema przykładami.
Jako rzecze Pani Krzyżanowska, w przypadku poprawy przez ucznia zaliczenia jakiegoś wymagania, jeśli wychodzi ocena wyższa niż pierwotna, tylko ją należy uwzględnić, natomiast jeśli ocena jest gorsza, należy zachować tę wcześniejszą. Moim zdaniem, jeśli trzymać się litery przepisu, w ten sposób łamiemy prawo. Przecież mamy obowiązek ocenić poziom osiągnięty na końcu oraz postęp. Gorsza ocena z poprawy świadczy, że końcowy poziom jest niższy, zaś dokonany postęp ujemny! Oczywiście podejście sugerowane przez Panią Kurator ma szlachetną intencję zachęcenia uczniów do nauki, z drugiej strony jednak sprzyja ich działaniu na zasadzie „a nuż się uda”, bez odpowiedzialności za własną decyzję o podejściu do poprawy. Pochłania też czas nauczyciela, którego w tym gorącym okresie szczególnie brakuje. Używanie w tym kontekście argumentu, że ustalenie gorszej oceny z nieudanej poprawy jest wobec ucznia nie fair, wydaje mi się chybione. Najlepiej byłoby chyba pozostawić to uznaniu nauczyciela, bo tylko on zna wszystkie okoliczności dotyczące pracy konkretnego ucznia…
Na pytanie dziennikarki, czy ocena końcowa powinna być średnią wszystkich uzyskanych, pada odpowiedź, że oczywiście nie, że jest to wręcz zabronione, bo nieprzewidziane prawem, w granicach którego musi działać nauczyciel jako urzędnik państwowy. No właśnie, urzędnik… W ciągu minionego ćwierćwiecza zrobiliśmy z nauczycieli urzędników, a z oceniania misterium prawne, które musi być ściśle osadzone w przepisach, włącznie z administracyjnym prawem do formalnego zakwestionowania oceny. Jednocześnie jednak cały czas zwracamy uwagę nauczycieli na konieczność empatycznego podejścia do uczniów, brania pod uwagę wszelkich indywidualnych okoliczności, czyli jednak naginania przyjętych zasad. Tymczasem uczniowie takie odbiegające od schematu zachowania nauczycieli często traktują jako przejaw niesprawiedliwości, nierównego traktowania. A co do meritum, wiem z praktyki, że choć nauczyciel powinien kierować się swoją wiedzą o uczniu i jego osiągnięciach, to wystawienie oceny wyraźnie niższej od średniej niemal zawsze budzi poczucie niesprawiedliwości i pretensje. Stąd ucieczka w wyliczanie średnich czy nawet średnich ważonych, które dają racjonalną „podkładkę” dla decyzji niemożliwej dzisiaj do podparcia po prostu autorytetem nauczyciela. Nie w świecie, w którym jest on urzędnikiem.
Trzecia kwestia z wypowiedzi Pani Krzyżanowskiej, z pozoru oczywista: nie można ocenić negatywnie sprawdzianu, którego uczeń nie napisał. Nawet jeśli nie podszedł do drugiego czy żadnego z kolejnych wyznaczonych terminów. Nie ma sprawdzianu – nie ma oceny. Ale co zrobić, jeśli w ten sposób nauczyciel nie zdoła sprawdzić osiągnięć ucznia w zakresie konkretnego wymagania, przewidzianego w rocznym zestawie?! Pominąć? Ale to będzie nie fair wobec innych uczniów, prawda?! Pani Kurator sugeruje, że konsekwencje należy wyciągnąć w ocenie zachowania. A jeśli wszystkie nieobecności ucznia na sprawdzianach są usprawiedliwione?! Co wtedy zrobić, że tak zapytam retorycznie?
Nawiasem mówiąc, co do samej oceny zachowania, to w pełni popieram zdanie, które padło w wywiadzie, że jeśli jest ona oparta na punktacji, ma po prostu charakter nieludzki. Ten pogląd rozwinę jednak w osobnym artykule.
Intencją podzielenia się tutaj wątpliwościami, jakie nasunęły mi się podczas słuchania wywiadu, nie jest polemika z panią Krzyżanowską. Na jej miejscu mówiłbym zapewne bardzo podobnie, starając się przybliżyć rzeczywistość do przepisów prawa. Problem jest bowiem systemowy, a polega na narzuceniu nauczycielom wewnętrznie sprzecznych ról – urzędnika działającego w granicach prawa i czułego, nieobojętnego człowieka, traktującego swoich podopiecznych z niezmienną empatią. Całe życie trzymałem się tego drugiego, ale też nigdy jako nauczyciel i dyrektor szkoły nie byłem pod tak ogromną presją przepisów i równocześnie oczekiwań społecznych, jak dzisiaj. Stąd bierze się moje fatalistyczne przekonanie, że w kolejnych latach dyskusja o ocenianiu w szkołach będzie w końcu maja corocznie wracała na tapetę, bo dobrych, uniwersalnych rozwiązań nie ma. Próbują kusić się o nie twórcy szykowanej obecnie reformy, ale nie sądzę, by udało się wynaleźć coś przełomowego zamiast kolejnych przepisów, a w ogóle mam podejrzenie graniczące z pewnością, że prezydent Nawrocki nie podpisze żadnej niezbędnej w tym zakresie nowelizacji prawa oświatowego.
Abstrahując od polityki, czy widzę jakieś wyjście z sytuacji? Może likwidację ocen szkolnych, ale po wcześniejszym udzieleniu odpowiedzi na pytanie, co w zamian? Może odebranie im znaczenia przy rekrutacji do szkół podstawowych, niestety, z takim samym pytaniem. Obawiam się, że póki szkoła będzie na zamówienie społeczne wymuszała nabycie przez młodych ludzi jakiegoś zestawu wartości, kompetencji i wiedzy, póty wiara w samodzielność edukacyjną uczniów będzie tylko pobożnym życzeniem. Tego typu zmiana wymagałaby przewrotu iście kopernikańskiego – przyjęcia, że to uczeń odpowiada za swój rozwój i sposoby zdobywania wiedzy. Raczej nie do przyjęcia dla władzy państwowej, a na pewno bez szans przy obecnym poziomie wszechogarniającej opieki nad młodymi ludźmi. Dlatego sądzę, że temat zasad oceniania i rozmaitych nieprawidłowości w tym zakresie będzie cyklicznie powracał.
Aż może wreszcie ktoś kiedyś wymyśli szkołę na nowo…
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/
Po raz drugi w tym tygodniu proponujemy lekturę tekstu Danuty Sterny z jej bloga „OK. NAUCZANIE” – tym razem spod zakładki „NOWOŚCI”:
Czy zmniejsza się chęć do studiowania?
Można zaobserwować spadek chęci nastolatków do studiowania na wyższych uczelniach. Współcześni pracodawcy nie pytają o dyplomy, ważniejsze jest dla nich, co przyszły pracownik potrafi. Wiele miejsc pracy nadal wymaga dyplomu ukończenia studiów, ale nie ma już znaczenia jakich. Jak to wygląda w USA i w Polsce?
Można zaobserwować spadek chęci nastolatków do studiowania na wyższych uczelniach. Współcześni pracodawcy nie pytają o dyplomy, ważniejsze jest dla nich, co przyszły pracownik potrafi. Wiele miejsc pracy nadal wymaga dyplomu ukończenia studiów, ale nie ma już znaczenia jakich. Jak to wygląda w USA i w Polsce?
Rys. Danuta Sterna
Badania w ASA (American Student Assistance) pokazały:
>Tylko 45% nastolatków kończących szkoły średnie w 2024 roku zamierzało związać swoje plany ze studiami. Zgodnie z nowym badaniem przeprowadzonym przez krajową organizację non-profit American Student Assistance (ASA) jest to spadek z 73% w 2018 r.
>Jak wynika z badania ASA, w tym samym okresie zainteresowanie ścieżkami edukacji niekończącymi się uzyskaniem dyplomu wyższej uczelni, takimi jak nauka zawodu, rożnego rodzaju kursy i staże, wzrosło ponad trzykrotnie – z 12% w 2018 r. do 38% w 2024 r.Autorzy raportu pokazują, iż uczniowie postrzegają edukację po szkole średniej przede wszystkim jako drogę do dobrej pracy.
Jednak, wybory alternatywnych do studiów planów kształcenia nie cieszą się poparciem rodziców.
>Badanie ASA wykazało, że ponad 9 na 10 nastolatków rozmawia z rodzicami o swoich planach po ukończeniu szkoły średniej, ale prawie jedna trzecia nastolatków stwierdziła, że ich rodzice nie zgadzają się z ich planami, o ile nie zawierają one ukończenia studiów.
Problemem jest decyzja w jakim kierunku młodzi ludzie chcą się kształcić. Tu duża rola doradców zawodowych w szkołach.
>Badanie pokazały, że nastolatkowie czują się przygotowani do planowania przyszłości, przy czym 82% z nich stwierdziło, że ufają proponowanym im ścieżkom kształcenia, to stanowi wzrost w porównaniu z 59% w 2018 r.
>Raport z badania ASA zaleca rozpoczęcie konsultacji w sprawie przyszłego kształcenia w szkole średniej, aby pomóc nastolatkom ocenić ich zainteresowania i mocne strony.
W badaniu ASA wzięło udział 3057 uczniów klas 7-12.
Informacje zaczerpnięte z artykułu Briana Mendez-Padilla
Zainteresował mnie ten artykuł, gdyż sama obserwuję wśród młodych ludzi w Polsce zmniejszenie planów maturzystów zawiązanych ze studiowaniem.
Sprawdziłam jednak informacje i okazuje się, że dane polskie mówią co innego:
>W roku akademickim 2024/2025 do polskich uczelni przyjęto ponad 462 tysiące osób. To o 5% więcej niż w roku ubiegłym.
Jednak inne dane dotyczące maturzystów:
>O ile jeszcze sześć lat temu aż 95% maturzystów planowało kontynuować naukę na uczelniach, to obecnie ten odsetek spadł do 56%.
Druga część potwierdza tendencję przedstawiona w artykule.
Wygląda na to, że maturzyści w USA i w Polsce stawiają częściej na uzyskanie solidnego wykształcenia zawodowego niż na studiowanie na wyższej uczelni.
Źródło: www.oknauczanie.pl/czy-zmniejsza-sie-chec-do-studiowania
W minioną środę Justyna Mazurek zamieściła na prowadzonej przez siebie na fejsbuku stronie tekst, który – uznaliśmy – zasługuje na upowszechnienie:
NIE DA SIĘ ZMIERZYĆ WSZYSTKICH JEDNĄ SKALĄ OCEN
Drodzy Rodzice!
Gratuluję wszystkim Rodzicom, którzy nie patrzą na swoje Dziecko przez pryzmat świadectwa, a czerwony pasek – czy jest, czy go nie ma, nie jest w stanie Was zatrzymać na dłużej niż czas zakończenia roku szkolnego.
I nie chodzi mi tutaj o polityczną poprawność i podejście „dla każdego po równo”, bo życie takie nie jest. Nie jestem za tym, aby „naciągać” oceny. I nie jestem za tym, aby wszystkim dawać „po równo”. Sprawiedliwie, nie znaczy po równo.
Każdego można za coś docenić.
Jestem za tym, aby wzmacniać i wspierać Dzieciaki. Uświadamiać, że znaczenie ma cały proces, wkład, praca, to czego się nauczyli, a czego być może nie będzie widać na świadectwie.
To my – dorośli – jesteśmy od tego, aby im to mówić i pokazywać.
Oceny szkolne nie są wyznacznikiem tego, jakie jest Wasze Dziecko. Oceny szkolne nie mierzą talentów, pasji, kreatywności, rozwagi, życzliwości, ciekawości świata, odwagi, siły, poczucia humoru, empatii, wrażliwości, otwartości, uczciwości, poczucia własnej wartości, cierpliwości, autentyczności, elastyczności i wielu innych.
Każde z nich jest inne i ma inne predyspozycje.
Takie słowa często nie mają sensu dla osób, które uważają, że celem szkoły są wyniki, oceny, sprawdziany, egzaminy, bycie „naj”…
Rozumiem tych Rodziców, którzy cieszą się z czerwonego paska i są dumni ze swoich Dzieci, to naturalne. Nie negujmy tego.
Pytanie, jaką drogę przeszło Dziecko, by ten pasek zdobyć?
Uczy się, ciężko pracuje i tak ma, że jest ze wszystkiego dobre, czy czuje presję i wie, że bez paska – w oczach Rodziców – nic nie będzie znaczyć? Zapracowało na oceny, czy weszło w procedurę „naciągania” i „wypłakiwania” bo brakuje 0,3 do wymarzonej średniej Rodzica? Bierze udział w wyścigu pt. „poprawię kilka ocen z przedmiotów i zdobędę czerwony pasek, tak jak 80% Uczniów w mojej klasie”?
Wejście w taki pęd to dobry drogowskaz dla Dziecka?
Wkurzenie Rodzica, bo wychowawczyni słusznie obniżyła ocen
Zastanówcie się nad tym…
Nie ma nic gorszego niż presja Rodzica. Historii jest mnóstwo:
>Ma mieć czerwony pasek, bo musi się dostać do dobrego liceum.
>Może Ci pani naciągnie tę ocenę, żeby nie popsuć Ci średniej, nie ważne, czy masz te umiejętności teraz, ucz się.
>Moja córka ma mieć czerwony pasek, należy się jej.
>Chcę mieć wpływ na ocenę Dziecka w edukacji wczesnoszkolnej i nie zgadzam się z tym, że nauczycielka napisała na świadectwie o umiejętności x, która stale jest w treningu, a mogła napisać o umiejętności y, bo jest na wysokim poziomie. Burzy to moje wyobrażenie o Dziecku.
Czy takie podejście ma sens?
Kiedyś rozmawiałam z jedną bardzo mądrą Mamą mojej byłej Uczennicy. Opowiedziała mi, że jej córka ma same piątki i szóstki, pomimo, że nie mają parcia na oceny. Pięknie mówi swojej córce:
-ważne jest to, co potrafisz i czego się nauczyłaś,
-wiem, ile pracy Cię to kosztowało,
-czasami będzie to widać w ocenie, a czasami nie, ale tego, co potrafisz nikt Ci nie zabierze,
-cieszę się z naszej współpracy w tym roku szkolnym i wspólnej nauki (mama wie, jak istotne jest towarzyszenie Dziecku i pomoc w nauce planowania),
-jestem dumna z Ciebie i z pracy jaką wykonałaś…
Ta Mama wspiera córkę, nie ocenia, nie porównuje do kolegów i koleżanek z klasy.
Nie robi ciśnienia córce i sobie.
Docenia cały proces, a nie wynik w postaci ocen na świadectwie.
A gdyby córka przyszła z samymi dwójami i trójami?
Zapewne powiedziałaby jej to samo.
Wiem, że jej córka nigdy nie poczuje się niewystarczająca w temacie ocen na świadectwie z takim podejściem Rodziców i ich wsparciem.
Świadectwo nie świadczy o wartości Dziecka, jego zdolnościach i o tym, kim zostanie w przyszłości. Ważne, czy Dziecko będzie znało swoją wartość i mocne strony, czy będzie potrafiło komunikować się, rozwiązywać problemy, pokonywać przeszkody i osiągać postawione sobie cele…
Oto strony, na których możecie znaleźć wiele innych tekstów na ten temat:
#oceny #JednaMiara #ocenianie #świadectwo #CzerwonyPasek #doceńDziecko
Źródło: www.facebook.com/BliskoUczniowJustynaMazurek/
Drugie czerwcowe spotkanie w „Akademickim Zaciszu” poświęcone było szkolnictwu niepublicznemu w Polsce. Prof. Roman Leppert zaprosił do rozmowy na ten temat Roberta Górniaka – nauczyciela języka angielskiego oraz wicedyrektor w Zespole Szkół Prywatnych “Twoja Przyszłość” w Sosnowcu.Prowadzi stronę i grupę “Dealerzy Wiedzy”, w której zajmuje się tematami związanymi z funkcjonowaniem systemu oświatowego
Jak zwykle, także i dzisiaj, wszystkim zainteresowanym przebiegiem owej rozmowy, którzy wczoraj nie mogli jej śledzić, proponujemy jej wysłuchanie – po kliknięciu w zamieszczony poniżej link:
Szkoła (nie)publiczna – czyli jaka? – TUTAJ
Na dzisiejsze przedpołudnie proponujemy tekst Danuty Sterny, zaczerpnięty z jej portalu „OK NAUCZANIE”:
Ocena sumująca i ocena kształtująca
Niedawno 50CAN opublikował ankietę dla rodziców , która wykazała, że oceny stopniami nie są dla rodziców w USA wystarczającą informacją w zrozumieniu osiągnięć akademickich ich dzieci. Zaufanie do ocen stopniami jako miary nauki spadło.
Spadek zaufania do tradycyjnych ocen może stanowić wyjątkową okazję do stworzenie czegoś nowego lub przynajmniej czegoś, co lepiej odpowiada obecnym potrzebom rodzin.
Może w tym pomóc ocenianie kształtujące, które stanowi w następnym roku jeden z priorytetów Ministerstwa Edukacji Narodowej.
Rys. Danuta Sterna
>Informacja
Kluczowa jest informacja. Część uczniów i większość rodziców nie wie na czym polega ocenianie kształtujące. W przeszłości wszyscy byliśmy oceniani stopniami, i taki obraz oceny pozostał. Badania edukacyjne w USA pokazały, że rodziny chcą otrzymywać informacje o postępach swoich dzieci, aby lepiej je móc wspierać w nauce. Oceny stopniami (raz na pewien czas) nie dają im potrzebnej dla nich informacji. Badanie wykazało, że 69% rodzin chce otrzymywać codzienną lub cotygodniową (21%) informację na temat postępów w nauce swoich dzieci, a obecnie tylko 52% otrzymuje aktualizacje z taką częstotliwością.
Może to być stygnął dla szkół, aby przekształcić oceny stopniami w coś bardziej znaczącego dla uczniów i ich rodzin.
Dobre dla sprawy mogą być spotkania poglądowe z rodzicami i dyskusje z uczniami. Pokazywanie im, jaki jest cel oceny kształtującej, jakie korzyści uczeń może z niej mieć dla procesu uczenia się i jak z praktyki oceny kształtującej może powstać ocena sumująca na koniec roku. Warto zacytować zapisy prawa oświatowego, które wyraźnie wskazuje na to, że ocenianie ma pomagać uczniom uczyć się.
Jeśli chcielibyście uzyskać wskazówki do rozmowy z rodzicami, to zajrzyjcie TUTAJ
>Jak zacząć?
Szkoła, która chce przejść na ocenianie kształtujące może zacząć od refleksji nad obecnym systemem oceniania przyjętym przez szkołę.
-Jaką rolę spełnia ocenianie w naszej szkole?
-Co mierzy obecny system oceniania przyjęty przez szkołę?
-Jakich informacji potrzebują uczniowie i rodziny, aby lepiej wspierać ścieżkę edukacyjną ucznia?
Można te pytania zadać również uczniom i ich rodzinom.
Jeśli wszyscy zainteresowani zgodzą się, że obecny system jest dobry, to zmiana nie jest potrzebna. Jeśli jednak, któraś odpowiedź budzi wątpliwości, to warto nad pytaniami rozpocząć dyskusję. Przy czym należy skupić się na nauce, a nie na zachowaniu i stosunku ucznia do obowiązków szkolonych. Połączone oceny efektów nauczania i zachowania niepotrzebnie zaciemniają obraz. Zachowanie trzeba oceniać w inny sposób.
>Jak tworzyć zmianę?
Po odpowiedzi na powyższe pytanie można zastanowić się jak udoskonalić system oceniania w szkole, aby przekazywał lepiej i więcej dowodów na rozwój uczniów. Najlepiej, gdy szkoła wspólnie (nauczyciele, uczniowie i rodzice) określi zasady oceniania dla szkoły. System powinien być jasny dla każdego – nauczyciela, ucznia i rodzica. Trzeba zwrócić uwagę na język i terminy. Na przykład nie każdy z rodziców wie, co oznacza ocena okresowa i kiedy i w jaki sposób jest formułowana.
Trzeba wyjaśnić również, co kryje się pod na przykład terminem – biegłość.
Używane terminy powinny jasno określać postępy ucznia i pomagać rodzinom lepiej zrozumieć dostarczone informacje.
Przyjęty nowy system najlepiej, gdy jest wspólny dla wszystkich przedmiotów. Wymaga to negocjacji miedzy przedmiotowej, ale za to daje wspólny i jasny komunikat uczniom i rodzicom.
>Dla ucznia
Najważniejszą osobą w tym procesie jest uczeń. Ocena powinna służyć jemu.
Dlatego konieczne jest, aby uczeń znał cele uczenia się i kryteria sukcesu (po czym pozna, że cele osiągnął). Dzięki ustalaniu celów i kryteriów uczeń może wykorzystywać je przy wykonywaniu zadania oraz dokonać samooceny i uznać sprawiedliwość oceny ustalonej oceny jego pracy.
>Propozycje
Moim zdaniem decyzja przejścia na ocenianie kształtujące pociąga za sobą też drugą decyzję – jak ustalić ocenę sumująca na koniec roku.
Zasięgnęłam opinii nauczycieli, jak sobie radzą z tym problemem. Opracowałam 13 propozycji na podstawie ich wskazówek. Możecie o nich przeczytać na stronie OK NAUCZANIE – TUTAJ Z biegiem czasu trzy z nich wydają mi się szczególnie godne polecenia:
1.Polega na określeniu na początku semestru/roku kryteriów sukcesu z przedmiotu.
W czasie procesu uczeń oceniany jest poprzez informację zwrotną, a na koniec roku w rozmowie z uczniem ustala się stopień końcowy. Uczeń proponuje stopień i przedstawia dowody, że taki stopień, mu się należy. Z doświadczeń nauczycieli stosujący ten sposób ustalania oceny końcowej wynika, że zwykle nie występuje rozbieżność pomiędzy stopniem proponowanym przez ucznia i nauczyciela.
Wątpliwość jaką mam to: skąd uczeń ma wiedzieć, jaki stopień mu się należy.
2.Ocenia kształtująca.
Sposób polega na tym, że uczniowie w trakcie procesu uczenia się są oceniani tylko przy pomocy informacji zwrotnej, a na koniec nauki danego tematu przyprowadzany jest sprawdzian oceniany stopniem.
Sposób wymaga umożliwienia uczniom poprawy sprawdzianu podsumowującego.
3.SOK – sprawnościowy OK
Nauczyciel określa na początku roku/semestru/tematu sprawności możliwe do zdobycia przez ucznia. Uczeń uznając, że jest gotowy do zdobycia sprawności zgłasza się do nauczyciela i wykonuje krótki test. Jeśli wykona go dobrze ma sprawność zaliczoną, jeśli nie, to ma możliwość podchodzenia do sprawności powtórnie. Ocen sumująca końcowa jest wynikiem liczby zdobytych przez ucznia sprawności. Sposób wymaga od nauczyciela określenia sprawności, przygotowania testów do ich zaliczenia i umożliwienia uczniom ponownego przystąpienia do zdobywania sprawności.
Pamiętajmy, że prawo oświatowe w Polsce daje nauczycielom autonomię w sprawie oceniania. Jedynym ograniczeniem jest ustalenie oceny stopniem (od klasy IV) na koniec roku szkolnego.
Badania zaczerpnięte z artykułu Jacob Bruno
Źródło: www.oknauczanie.pl
Źródło: www.rodzice.co/cyberzagrozenia/ *
Oto obszerne fragmenty tekstu Barbary Wesołej, który został zamieszczony dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji”, z którego dowiecie się o wynikach raportu na temat skali uzależnienia dzieci od TikToka:
TikTok zamiast trzepaka. Dzieci spędzają po 2 godziny dziennie na scrollowaniu
Ponad dwa miliony dzieci w wieku 7–14 lat aktywnie korzysta z TikToka. Dziewczynki z tej grupy wiekowej spędzają w aplikacji nawet dwie doby miesięcznie. Eksperci biją na alarm: to nie tylko kwestia czasu przed ekranem, ale rozwoju emocjonalnego, społecznego i poznawczego najmłodszych. Czy zdajemy sobie sprawę z tego, co się dzieje? […]
Z najnowszego raportu Sotrendera wynika, że w Polsce z TikToka korzysta ponad 2 miliony dzieci w wieku od 7 do 14 lat. Co więcej, dziewczynki w tej grupie wiekowej spędzają na platformie średnio niemal 48 godzin miesięcznie. To oznacza, że codziennie korzystają z aplikacji ponad 2 godziny – często bez kontroli.
Dla porównania: osoby w wieku 20–34 lat spędzają na TikToku średnio ok. 16 godzin miesięcznie, czyli trzy razy mniej niż młodsze dzieci. W przypadku najstarszych użytkowników – seniorów – to zaledwie 8 godzin. Tak duży udział najmłodszych w użytkowaniu tej aplikacji nie tylko zaskakuje, ale też niepokoi.
Ponad 58% dzieci w tej grupie wiekowej korzysta także regularnie z komunikatorów, co oznacza, że ponad 1,4 miliona polskich dzieci ma do nich codzienny dostęp. TikTok, Instagram, Messenger i WhatsApp to ich cyfrowa codzienność.
Jednak dyskusja o dzieciach i mediach społecznościowych zbyt często sprowadza się do pytania: „Ile czasu dziennie mogą oglądać?”. A problem jest głębszy. Tu nie chodzi tylko o minuty, ale o jakość treści, ich tempo, tematykę, wzorce i sposób oddziaływania na wciąż rozwijający się mózg dziecka.
Media społecznościowe są zaprojektowane w taki sposób, aby tzw. scrollowania nie było końca. Angażują użytkowników i powodują uzależnienie, wykorzystując zaawansowaną wiedzę z zakresu psychologii i neurobiologii. Jednym z elementów jest m.in. efekt zmiennej nagrody, który powoduje, że użytkownicy nieustannie przewijają treści w oczekiwaniu na coś atrakcyjnego. TikTok oferuje formaty stworzone do tego, aby nie móc się oderwać od małego ekranu: krótkie, intensywne materiały wideo, dopasowywane przez algorytm do zainteresowań i emocji.
Bezrefleksyjne dopuszczanie dzieci do tych treści niesie też inne konsekwencje. To, co dla dorosłego jest rozrywką, dla dziecka może być zderzeniem z tematami, na które nie jest jeszcze gotowe: przemoc, seksualizacja, wulgaryzmy, toksyczne wzorce urody czy relacji.
Nauczyciele coraz częściej obserwują u dzieci trudności z utrzymaniem uwagi, rosnącą impulsywność i nadpobudliwość. Psycholodzy mówią wprost: wzrasta liczba diagnoz ADHD, zaburzeń lękowych i depresyjnych wśród dzieci i młodzieży. I choć nie można za wszystko winić TikToka, nie da się też udawać, że nadużywanie mediów społecznościowych nie ma nic wspólnego.
Źródło: www.strefaedukacji.pl
*Zdjęcie to pochodzi z publikacji p.t. „Wpływ TikToka i krótkich filmów na rozwój mózgu dzieci – przegląd aktualnych badań i porady dla rodziców”, zamieszczonej na portalu Fundacji Edukacji Zdrowotnej i Psychoterapii – zobacz – TUTAJ
Ostatnio często zaglądamy n fb-profil Zyty Czechowskiej. Ale są po temu merytorycznie uzasadnione powody. Oto kolejny przykład, że naprawdę warto:
Rys. Lisa Aisato
Niektóre plecaki dzieci wypełnia nie tylko zeszyt, ale i lęk, smutek, samotność.
Szkoła powinna być miejscem, gdzie można ten bagaż odłożyć choć na chwilę…
Zanim ocenisz…
Zanim ustalisz roczną ocenę, zanim zdecydujesz o pozostawieniu ucznia w tej samej klasie… zanim uznasz, że to dziecko nie zasługuje na żadną nagrodę na zakończenie roku – pomyśl, z czym przyszło do Twojej klasy i z czym z niej wychodzi.
Nie każde dziecko powie, jaki niesie bagaż doświadczeń – tych domowych, rodzinnych, osobistych, rówieśniczych.
Nie każde przyzna się, że spało dziś w kurtce na klatce schodowej.
Że nikt nie przypomniał o plecaku.
Że znowu musiało zaopiekować się młodszym rodzeństwem.
Że boli brzuch – nie z powodu choroby, a stresu.
Że opuścił je najlepszy przyjaciel.
Że znów usłyszało, że nie jest wystarczające.
>Łatwo jest ocenić brak podręcznika, brak zeszytu, zapomniane przybory
.
>Łatwo jest zirytować się, że znowu przysypia na lekcji.
>Łatwo uznać nonszalancję za lenistwo, a trudne zachowanie za brak szacunku.
Ale to może być cichy krzyk: „Zobacz mnie. Zrozum. Nie karz mnie… Pomóż mi.”
Zanim powiesz: „Nie zasługuje”, pomyśl, czy jest coś, za co możesz go docenić.
Za to, że mimo wszystko przychodzi?
Za to, że nie rezygnuje?
Za to, że stara się na swój sposób przetrwać każdy dzień?
Bo czasem jedno dobre słowo, jedna zauważona iskierka, może dać temu dziecku wiarę, że ma znaczenie.
Że ktoś je widzi.
Że nie jest przegrane.
Że może się udać.
Zanim podejmiesz decyzję…
P.S.
Tu nie chodzi o litość, żadne dziecko nie chce litości i upokorzenia. Nie chodzi też o to, by kogoś faworyzować kosztem innych. Chodzi o to, by dać szansę – i zobaczyć człowieka tam, gdzie inni widzą tylko problem.
Więcej o ocenianiu uczniów, o ocenie rocznej przeczytasz na mojej stronie Niepublicznego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli – TUTAJ
Źródło: www.facebook.com/zyta.czechowska/
W zakończeniu Felietonu nr 571 padła informacja, że „od pewnego czasu mamy z panią redaktor kontakt, a wkrótce zobaczycie nowe jego owoce.” Ową panią redaktor jest Katarzyna Stefańska – dziennikarka łódzkiej redakcji „Gazety Wyborczej”. I właśnie dzisiaj możemy tę zapowiedź zrealizować, to znaczy udostępnić zapis wywiadu, jaki jakiś czas temu przeprowadziła ona z redaktorem „Obserwatorium Edukacji” – Włodzsławem Kuzitowiczem. Mamy nadzieję, że redakcja nie pozwie nas do sądu za udostępnienie tego tekstu – wyjątkowo – w całości:
„Rodzice traktują nauczycieli, jak krawcową, która źle uszyła”. Polska szkoła do poprawy
[…]
Jak się powinna zmieniać szkoła? Przed jakimi wyzwaniami stoją nauczyciele? Rozmawiam z Włodzisławem Kuzitowiczem, 81-letnim emerytowanym nauczycielem, wieloletnim dyrektorem placówek oświatowych i publicystą edukacyjnym, który w swoim „Obserwatorium Edukacji” obnaża wady systemu.
Katarzyna Stefańska: – Gdyby dziś w MEN zapytano pana, co w szkołach powinno zmienić się jak najszybciej, to co by pan odpowiedział?
Włodzisław Kuzitowicz: Bez zastanowienia: Trzeba skończyć z tą pruską szkołą. Bo my dalej udajemy, że dzieci siedzą w ławkach, jak w 1890 roku, że wszystko można rozpisać w podstawie programowej, a nauczyciel ma być tylko wykonawcą. Świat się zmienił, dzieci się zmieniły, a szkoła udaje, że nic się nie stało. I potem się dziwimy, że nie działa.
K.S. – To co w takim razie poszło nie tak?
W.K. – Jest coraz gorzej. Przede wszystkim dlatego, że oświatą rządzą ludzie kompletnie oderwani od rzeczywistości szkolnej, którzy nie mają o niej pojęcia. I to się nie zmienia bez względu na opcję polityczną. Ostatni raz czułem, że coś idzie w dobrą stronę, kiedy wprowadzano gimnazja. A później było już coraz gorzej. Reforma za reformą, żadna nie była sensowna. Przecież likwidacja gimnazjów to było coś najgorszego, co było można wymyślić w skali Europy, a może i świata. I do tego jeszcze robiona na szybko, bez przygotowania i bez słuchania ludzi z praktyką. Najgorsze jest to, że teraz też nie słucha się praktyków.
K.S. – Przecież są konsultacje. Ministerstwo rozmawia z nauczycielami, dyrektorami. Choćby przy okazji zmian w podstawie programowej czy wprowadzenia nowych przedmiotów.
W.K. – To bzdury, bo nie ma żadnych szerokich konsultacji. To rozmowy z tymi, którzy już wcześniej kiwali głowami. A jak ktoś powie coś niewygodnego, to się go nie zaprasza.
Weźmy chociażby OSKKO, Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kadry Kierowniczej Oświaty. Tam są konkretni ludzie z konkretnych szkół. I oni nie rzucają haseł, tylko mówią, co działa, a co nie. I co postulują? Po pierwsze, żeby wreszcie unowocześnić przepisy dotyczące statusu nauczyciela i dyrektora. Żeby Karta Nauczyciela nie była jak z epoki kredy i tablicy, tylko z dzisiejszego świata. Żeby szkoły nie były sterowane z Warszawy, tylko żeby dać więcej autonomii dyrektorom. Bo teraz to dyrektor odpowiada za wszystko, ale decyduje o niewielu rzeczach. Po trzecie – żeby przestać dobijać nauczycieli dokumentacją. Naprawdę, już nie wiadomo, gdzie się kończy praca z uczniem, a gdzie zaczyna robota papierkowa dla papieru.
I jeszcze jedno – trzeba pogadać o awansie zawodowym. Bo teraz to fikcja. Służy systemowi, a nie rozwojowi nauczyciela. To są głosy ludzi z terenu. I co? I jak zawsze cisza. Tylko ładne frazy w komunikatach, że „trwa dialog”. Ani jednego konkretnego odniesienia ze strony ministerstwa. Tylko medialne zapewnienia, że „wszystko jest analizowane”.
K.S. – Jak pan zaczynał, było inaczej?
W.K. – Było inaczej. Nie chcę tu PRL-u wybielać, bo swoje za uszami miał. Ale wie pani co? Wtedy nauczyciel wiedział, na czym stoi. System był przewidywalny. Owszem, ideologia była wszędzie, ale przynajmniej było wiadomo, co można, a czego nie. A dziś? Wszystko jest płynne, niepewne. Reforma goni reformę, co władza, to nowy pomysł. I jeszcze każą wierzyć, że wszystko zmierza w dobrą stronę. W głębokim PRL-u w szkołach było łatwiej niż teraz.
K.S. -To defetystyczna wizja.
W.K. – Może i brzmi mocno, ale ja nie mam potrzeby pudrowania rzeczywistości. Wolę mówić, jak jest, niż udawać, że wszystko się jakoś ułoży. I nie chodzi o narzekanie, ja mówię z pozycji człowieka, który całe życie był w szkole. Widziałem pokolenia uczniów i nauczycieli. I wiem, że jeśli nie zaczniemy na serio rozmawiać o tym, co nie działa, to będzie tylko gorzej. Więc jak mam wybierać między optymistycznym kłamstwem a realistycznym niepokojem, to wybieram to drugie.
K.S. – A autorytet nauczyciela? Przepadł?
W.K. – Bo ja wiem… On się po prostu rozmył. Kiedyś nauczyciel miał autorytet z definicji. Nawet jeśli nauczyciel był przeciętny, to się go słuchało, bo tak wypadało. Dziś? Uczeń ma w kieszeni więcej informacji niż nauczyciel w szafie z podręcznikami. A do tego jeszcze wie, że jego nauczyciel zarabia mniej niż jego mama na kasie. Więc skąd ten szacunek ma się wziąć?
K.S. – Może ze strony rodziców?
W.K. – A gdzie tam. Rodzice dziś są jak klienci w pralni chemicznej. Oddają dziecko i mają oczekiwania: proszę odczyścić, wyprasować i najlepiej jeszcze poskładać emocjonalnie. I jak coś nie wyjdzie, to reklamacja. Z pretensją. Nauczyciele traktowani są jak krawcowa, która źle uszyła. Kiedyś rodzic przychodził na wywiadówkę z duszą na ramieniu. Dziś przychodzi i żąda: „proszę poprawić synowi ocenę”.
K.S. – Nauczyciel stał się usługodawcą?
W.K. – W oczach wielu rodziców – tak. A przecież szkoła to nie sklep, w którym można zamówić piątkę z matematyki i spokój w domu. I to jest właśnie problem. Bo jak rodzic nie szanuje nauczyciela, to dziecko też nie będzie. A jak dziecko go nie szanuje, to i nauczycielowi się odechciewa. Koło się zamyka.
K.S. – Kiedy mówi pan o relacjach, to czy w tym zawiera się też potrzeba większej podmiotowości uczniów i nauczycieli?
W.K. – To podmiotowość nie na zasadzie „róbta co chceta”. Podmiotowość to nie jest anarchia. Ona znaczy: jestem ważny, moje zdanie się liczy, mam wpływ na to, co się dzieje. Z takim przekonaniem powinien funkcjonować w szkole i uczeń, i nauczyciel. Tylko jak uczeń ma się poczuć podmiotowo, jeśli nauczyciel nie ma prawa głosu? Jak nie może nic zmienić, niczego zaproponować, a jedynie realizować krok po kroku to, co mu kazano z góry? A dyrektor też niewiele może, bo ma na głowie dziesięć arkuszy, plany, sprawozdania i kontrole. To nie jest żadna relacja, to tresura, nie edukacja.
A przecież mamy XXI wiek, mamy pluralizm – młodzi ludzie są otoczeni różnymi narracjami, poglądami, opiniami. I to jest dobre, to daje możliwość wyboru, ale jednocześnie sprawia, że wszystko, co narzucone z góry, budzi bunt. Zwłaszcza jeśli nie ma przestrzeni do rozmowy. I potem się dziwimy, że młodzi nie chcą słuchać, że się buntują, że nie mają związku ze szkołą.
K.S. – Gdzie znaleźć nić powiązania?
W.K. – W relacji. Tylko i aż tyle. Podam przykład. Kiedy byłem dyrektorem, miałem w szkole chłopaka, który wpadł w narkotyki. Wychowawczyni przyprowadziła go do mnie z oczekiwaniem, że go wyrzucę. A ja z nim usiadłem. Pogadałem. Zaproponowałem, że załatwię mu miejsce w ośrodku Monaru. I że jak wróci, to go przyjmę z powrotem. On się zgodził. Pojechał. Wrócił. I się utrzymał w szkole. To jest relacja. Bo jeśli tego nie będzie, to choćbyśmy wymieniali podstawy programowe przy każdej zmianie rządu, nic się nie zmieni.
K.S. – Rola nauczyciela też się zmienia. Kiedyś miał być ekspertem, teraz mentorem?
W.K. – Teraz to czasem nie wiadomo, kim ma być. Trochę terapeutą, trochę opiekunem społecznym, trochę informatorem, a na końcu – człowiekiem od wszystkiego. Ale jedno się nie zmienia: jeśli nie będzie sobą, jeśli nie będzie autentyczny, to nic z tego nie będzie. Bo uczniowie wyczują fałsz na kilometr.
Dlatego uważam, że rola nauczyciela dziś to nie tylko przekazywanie wiedzy. To umiejętność bycia z uczniem. W sensie najprostszym: obecność, uważność, rozmowa. I choć wszystko się zmienia – to właśnie to zostanie. Bo szkoła to wciąż ludzie, a nie tylko systemy, wykresy i procedury. Bo nawet kiedy rozwinie się technologia i AI zostanie dopuszczona do szkół jako źródła szybkiego pozyskiwania wiedzy, szkoła przyszłości stać będzie nauczycielem. Ale w roli mentora i przewodnika w drodze ku umiejętności odróżniania fałszywych informacji od faktów. W roli inspiratora zainteresowań oraz odkrywcy talentów swoich uczniów.
Źródło: www.lodz.wyborcza.pl/lodz/
Aby być wiernym deklaracji: „Zgodnie ze starymi, dobrymi zasadami rzetelnego dziennikarstwa, wydarzenia i problemy, zwłaszcza te budzące kontrowersje lub mające charakter konfliktu, będą prezentowane z możliwie wielu punktów widzenia”. złożonej w „Felietonie nadzień dobry”, jak zamieszczony został 4 września 2013 roku, czyli w dniu inauguracji naszego informatora oświatowego „Obserwatorium Edukacji”, udostępniamy dzisiaj, zaczerpnięty z portalu „Strefa Edukacji”, tekst Magdaleny Ignaciuk, będący omówieniem apelu, jaki do rządzących skierowali uczestnicy II Zjazdu Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły, który odbył się 24 maja tego roku w Warszawie.
„Nie” dla edukacji włączającej i inwigilacji uczniów. Mocny apel do rządzących
Religia, edukacja włączająca, status nauczyciela i… „inwigilacja uczniów”? Koalicja na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły, skupiająca ponad 70 organizacji społecznych, przyjęła rezolucję skierowaną do władz. Domaga się m.in. wycofania z programu edukacji inkluzyjnej, przywrócenia dwóch godzin religii lub etyki tygodniowo i sprzeciwia się gromadzeniu danych o uczniach. W dokumencie pojawił się również apel o poprawę sytuacji zawodowej nauczycieli i większą elastyczność w polityce płacowej.
[…]
Koalicja na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły, zrzeszająca ponad 70 organizacji społecznych, przyjęła 24 maja podczas zjazdu rezolucję pt. „Szkoła wiedzy – nie ideologii”, skierowaną do władz państwowych, posłów i senatorów.
„Apelujemy do Władz Rządowych, do Posłów i Senatorów Rzeczypospolitej Polskiej o przywrócenie systemu oświaty skupionego na integralnym kształtowaniu dojrzałego człowieka w procesie wychowania i edukacji oraz zawrócenie z drogi transformacji szkolnictwa polskiego według szkodliwych wzorców narzucanych przez globalne instytucje i Unię Europejską.”
W liście otwartym opisano postulaty i wizję szkoły Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły. […]
Autorzy rezolucji wyrażają stanowczy sprzeciw wobec wprowadzania tzw. „oceny funkcjonalnej” uczniów, która – ich zdaniem – wiąże się z nadmierną ingerencją w życie prywatne dzieci i ich rodzin. Podnoszą obawy dotyczące gromadzenia szczegółowych informacji o uczniach oraz ich środowisku rodzinnym w systemach informatycznych, takich jak Centralna Platforma Informatyczna. Zwracają uwagę, że dane te mogłyby być zbierane przez cały okres edukacji, co budzi ich sprzeciw wobec potencjalnej inwigilacji.[…]
W liście otwartym znalazł się postulat przywrócenia dwóch godzin religii lub – alternatywnie – etyki w tygodniowym wymiarze godzin na każdym etapie edukacji. Autorzy dokumentu sprzeciwiają się próbom usuwania tych zajęć ze szkół lub ich marginalizowania. Podkreślają, że lekcje religii i etyki powinny być traktowane równorzędnie z innymi przedmiotami – bez przesuwania ich na skraj planu lekcji ani ograniczania ich rangi.
– Sprzeciwiamy się wdrażaniu tzw. „oceny funkcjonalnej”, powiązanej z inwigilacją środowiska ucznia i jego rodziny. Nie zezwolimy na gromadzenie na Centralnej Platformie Informatycznej ani w innym podobnym systemie, szczegółowych danych o naszych dzieciach i ich środowisku rodzinnym, pozyskiwanych w całym okresie szkolnym.
– Żądamy zagwarantowania właściwego miejsca lekcjom religii. Odrzucamy wszelkie działania mające na celu ich usunięcie ze szkoły lub zdeprecjonowanie. Należy przywrócić dwie godziny religii bądź dwie godziny etyki (do wyboru) w wymiarze tygodniowym na każdym etapie edukacji. Lekcje te nie mogą być w żaden sposób różnicowane wobec innych lekcji.
Autorzy rezolucji wyrażają zdecydowany sprzeciw wobec realizowanego w Polsce modelu edukacji włączającej. Ich zdaniem prowadzi on do tworzenia klas, w których uczniowie o bardzo zróżnicowanych potrzebach i możliwościach edukacyjnych uczą się razem, co ma szkodzić zarówno dzieciom rozwijającym się w normie, jak i tym wymagającym wsparcia specjalistycznego. Podkreślają również, że taki system ogranicza rozwój uczniów szczególnie uzdolnionych.
– Żądamy wycofania polskiej oświaty z programu „edukacji włączającej” (inkluzyjnej), która pod fałszywymi hasłami grupuje w oddziałach uczniów o skrajnie różnych możliwościach i potrzebach edukacyjnych. Szkodzi to zarówno dzieciom w normie rozwojowej, jak i wymagającym kształcenia specjalistycznego, a także zaprzepaszcza szanse rozwoju uczniów szczególnie uzdolnionych
W dokumencie znalazł się postulat wycofania polskiej oświaty z programu edukacji inkluzyjnej oraz wzmocnienia roli szkół specjalnych – zarówno pod względem dostępności, jak i finansowania.
Sygnatariusze sprzeciwiają się także przekształcaniu szkół w placówki opiekuńczo-terapeutyczne i zastępowaniu nauczycieli specjalistami z zakresu pomocy psychologiczno-pedagogicznej. Ich zdaniem szkoła powinna koncentrować się przede wszystkim na nauczaniu i rozwoju intelektualnym uczniów.
– Sprzeciwiamy się czynieniu ze szkoły placówki opiekuńczo-terapeutycznej, która nie dba o dobro ucznia, a zaledwie o jego „dobrostan”. Nie zgadzamy się na zastępowanie nauczycieli rzeszą psychologów i pedagogów włączających ani na wprowadzanie w mury szkoły treningów i terapii.
W rezolucji znalazł się postulat dotyczący poprawy sytuacji zawodowej i materialnej nauczycieli. Sygnatariusze dokumentu podkreślają konieczność zagwarantowania stabilnego statusu zawodowego, ale jednocześnie postulują uelastycznienie przepisów w taki sposób, by dyrektorzy szkół lub organy prowadzące mogły prowadzić efektywną politykę płacową.
Celem takiego rozwiązania miałoby być lepsze docenianie nauczycieli, którzy – zdaniem autorów rezolucji – wyróżniają się zaangażowaniem i jakością pracy. Hasło „Niech polska szkoła prawdziwie nauczycielem stoi” ma podkreślać wagę tej grupy zawodowej dla całego systemu edukacji.
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Tekst Rezolucji II Zjazdu Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły – TUTAJ
Po kilkunastu dniach „posuchy” na blogu „Wokół Szkoły”, Jarosław Pytlak zamieścił nowy tekst. Ale warto było czekać, gdyż tym czasie napisał baaardzo długą, prognostyczną analizę sytuacji oświaty w powyborczej rzeczywistości, zakończoną konkretnymi propozycjami co należy zrobić w obszarze edukacji. Poniżej zamieszczamy jedynie wybrane fragmenty tego tekstu, odsyłając linkiem do jego pełnej wersji na blogu. Wyróżnienie fragmentów pogrubioną czcionką – redakcja OE::
Po wyborach. Co dalej z polską edukacją?
Wybór kandydata opozycji na prezydenta sprowokował wiele pytań o przyszłość naszego kraju, szczególnie tę najbliższą. Jedno z nich dotyczy edukacji, która jest takim samym polem ścierania się różnych ugrupowań politycznych, jak niemal wszystkie dziedziny życia społecznego. Niestety, partie obecnej koalicji, mimo że przed dojściem do władzy zdawały się popierać postulat wyłączenia tej sfery z bieżącego sporu politycznego, po objęciu rządów w Ministerstwie Edukacji Narodowej, tylko utrwaliły podział.
Często słyszy się, że edukacja jest niezwykle ważna, bo decyduje o przyszłości społeczeństwa/narodu/kraju. W praktyce to pusta deklaracja pięknoduchów. Każda kolejna opcja rządząca uważa ją za łup polityczny, nawet jeśli mało atrakcyjny ekonomicznie, to świetnie nadający się do krzewienia bliskiego sobie światopoglądu. Nikt nie łączy kropek, że PRL pogrzebali ludzie wykształceni w PRL-u, a Karol Nawrocki uzyskał szczególnie wysokie poparcie w rocznikach, które chodziły do gimnazjów, uznanych przez PiS za samo zło. Tendencja trwa od dziesięcioleci, znaczona nazwiskami kolejnych rządowych namiestników politycznych. Nie zerwała z nią także Barbara Nowacka, a muszę przyznać, że po „nocy czarnkowej” bardzo na to liczyłem.
Przyczyny przegranej kandydata Koalicji Obywatelskiej przeanalizowano po wielokroć w ciągu powyborczego tygodnia, z bardzo wielu punktów widzenia. Co ciekawe, wśród licznych głosów, jakie do mnie dotarły, w żadnym nie wskazano błędów ekipy z MEN. Cóż, sondaże preferencji pokazują znikomą wagę sfery edukacji dla elektoratu. Pomimo to, pominięcie jej w powyborczych analizach uważam za błąd, który postaram się tutaj naprawić. Nie tylko dlatego, by dodać kolejny element do panoramy klęski, ale przede wszystkim z myślą o dalszych działaniach. Do najbliższych wyborów pozostało jeszcze ponad dwa lata i właśnie tyle czasu ma koalicja, by ogarnąć się po porażce, wyciągnąć wnioski i… zrobić coś pożytecznego. W tym konkretnym przypadku – dla polskiej oświaty, a pośrednio także dla siebie. Co się stało, nie odstanie, ale pewne możliwości istnieją. Jeśli podjęcia próby korekty kursu nie doradzi rozsądek, to może chociaż polityczny instynkt samozachowawczy…?!
x x x
Koalicja 15 października szła do wyborów parlamentarnych z dużą niepewnością, by jednak odnieść sukces umożliwiający objęcie rządów. Jej kapitałem założycielskim w dziedzinie edukacji były dwa dokumenty: „Pakt dla edukacji” oraz „Plan 10 działań na pierwsze 100 dni rządów”, oficjalnie parafowane w czerwcu przed wyborami przez przedstawicieli wszystkich partii przyszłej koalicji. Stanowiły one efekt pracy dużej grupy działaczy społecznych, skupionych w Sieci Organizacji Społecznych dla Edukacji. Zawierały naprawdę sensowne i ambitne postulaty, za którymi nie poszła jednak polityczna praca nad projektami konkretnych aktów prawnych.
Na miesiąc przed wyborami Koalicja Obywatelska, już na własne konto, ogłosiła jeszcze jeden dokument: „100 konkretów na pierwsze 100 dni rządów”. […]
Co konkretnie wynikło z „Konkretów”?
W pierwszym możliwym terminie wprowadzono zapowiedzianą wysoką podwyżkę wynagrodzeń. Została ona bardzo dobrze przyjęta przez nauczycieli. Również bez zwłoki wymieniono kuratorów oświaty, sięgając po osoby cieszące się powszechnym uznaniem. I byłby to świetny punkt wyjścia do zdobycia zaufania środowiska oświatowego, gdyby nie cały szereg błędów i zaniechań władz MEN w dalszych działaniach. […]
Pięć grzechów ekipy Barbary Nowackiej
Z perspektywy minionych 18 miesięcy dostrzegam w działaniach MEN kilka zasadniczych błędów. Zgodnie z odwieczną tendencją podjęła ona działania nacechowane ideologicznie, bez względu na różnice poglądów dzielące nie tylko polityków, ale i całe społeczeństwo. Włożyła przy tym wiele wysiłku, by stworzyć pozory partycypacji i poparcia w środowisku oświatowym, a co gorsza, uwierzyła we własną propagandę. Wykazała się brakiem szacunku i uważności wobec ludzi, którzy na co dzień zajmują się kształceniem i wychowaniem młodego pokolenia i borykają się z problemami w tej pracy, jakie rodzą obecnie przemiany społeczne. Mimo pozytywnych deklaracji, w praktyce władze wielokrotnie okazały brak zrozumienia, a nawet lekceważenie nauczycieli. Jednym z pośrednich skutków takiej polityki było stworzenie w społeczeństwie wykrzywionego obrazu szkoły i jej pracowników, jako źródła opresji i krzywdy wobec uczniów. Wreszcie, w dążeniu do wykazania się skutecznością – zlekceważyła czynnik czasu. Zmiany w tak złożonym systemie jak oświata wymagają go bardzo dużo: na diagnozę, przemyślenie pomysłów, przygotowanie rozwiązań i wprowadzenie ich w życie. Tego całkowicie zabrakło.
Dalszą część tekstu zasygnalizujemy tytułami jego kolejnych akapitów:
Zwrot w pełni ideologiczny […]
Nauczyciele w poczuciu krzywdy […]
Wielka gra pozorów […]
A oto ostatni fragment tekstu:
Co dalej?
Wiele działań MEN, szczególnie tych związanych z reformą, wypadłoby znacznie lepiej, gdyby nie presja czasu. Wiele działań miałoby szansę przynieść dobry skutek, gdyby były na nie fundusze. Bez jednego i drugiego czeka nas raczej tylko przepychanie pewnych pomysłów i obserwacja destrukcji polskiej szkoły. Trudno spodziewać się innego scenariusza. Co warto więc zrobić w najbliższym czasie?
Po pierwsze, korzystając z planowanej rekonstrukcji rządu, zmienić kierownictwo MEN. Przykro to pisać, ale obecny skład raczej nie będzie w stanie zmienić przyjętego wcześniej kursu.
Po drugie, przeprosić się z koncepcją ponadpartyjnej Komisji Edukacji Narodowej. Powierzyć jej dalsze losy reformy, co spowoduje opóźnienie, ale otworzy szansę, że nie zostanie odwołana zaraz po kolejnych wyborach.
Po trzecie, przeprowadzić jeszcze przed 1. września przez parlament gotową już nowelizację Karty Nauczyciela. Niech nowy prezydent stanie wobec decyzji, czy ją podpisać.
Po czwarte, w równie ekspresowym trybie uchwalić likwidację „godziny czarnkowej”.
Po piąte (i doraźnie ostatnie) – zmierzyć się w końcu z problemem wynagrodzeń nauczycieli.
Powyższe sugestie są propozycją dla obecnej koalicji, jeśli zechce poszukać szansy, by za dwa lata nie przesiąść się w ławy opozycji. Są zarazem propozycją dla dowolnego ugrupowania politycznego, które miałoby objąć rządy w Polsce. Problemy edukacji są naprawdę ponadpartyjne i chciałoby się wierzyć, że ktoś to w końcu w tym kraju zrozumie.
Cały tekst „Po wyborach. Co dalej z polską edukacją?” – TUTAJ
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/












