
Archiwum kategorii 'Artykuły i multimedia'
Dzisiejsze propozycje inspirujących lektur zaczynamy od przywołania tekstu z profilu dr Marzeny Żylińskiej:
13 czerwca
Oczywistość czy herezja? Moje refleksje w trakcie lektury książki Anny Szulc.
Wiele zjawisk jest dla nas przezroczystych. Widzimy je codziennie i nie wywołują w nas żadnych refleksji. Po prostu są, mijamy je obojętnie i idziemy dalej. Z Anną Szulc jest inaczej. Na to, co znane i wydawałoby się, oczywiste, patrzy refleksyjnie, wyciąga wnioski i zmienia to, co uznaje za warte zmiany.
Takie na przykład czekanie przed klasą na nauczyciela. Czyż to nie jest normalne, że uczniowie stoją w czasie przerwy przed zamkniętą salą, albo siedzą pod ścianą, jedzą swoje śniadania i czekają na nauczyciela, by móc wejść do klasy?
Żeby zmienić szkołę, najpierw musimy zacząć inaczej na nią patrzeć. Myślę, że książka Anny Szulc może nam pomóc otworzyć oczy na to, co wydaje się oczywiste, ale … oczywiste wcale nie jest. Jak to stanie pod klasą.
„Dostrzegłam, jak wielu uczniom coraz mniej służy to, co oferuje szkolna edukacja, zwłaszcza że stopniowo tracił na znaczeniu sens przygotowywania ich wyłącznie do egzaminów. W miarę zdobywania doświadczenia odkrywałam, że szkoła modelowana pruskim drylem pozostawia dużo do życzenia. Wystawiane oceny niekoniecznie oddawały poziom wiedzy ucznia, a raczej pokazywały jego umiejętność dostosowania się do wymagań nauczyciela bądź warunków egzaminów. Ponadto wprowadzały klimat rywalizacji ze względu na prowadzone rankingi ocen, średnie i porównania. Efektem było uczenie się dla ocen i bycia lepszym od innych, a nie zdobywanie wiedzy i kształcenie kompetencji.”
Anna Szulc, Nowa szkoła.
Źródło:www.facebook.com/marzena.zylinska
Foto: www.sklep226747.shoparena.pl
Więcej o tej książce w tekście Agnieszki Nuckowskiej, zatytułowanym „Nowa szkoła” to książka dla gotowych na zmianę polskiej szkoły – TUTAJ
Poniżej zamieszczany fragmenty informacji prasowej Centrum im. Adana Smitha z 30 maja 2019 roku, zatytułowanej „Koszty wychowania dzieci w Polsce 2019”:
Centrum im. Adama Smitha szacuje, że koszt wychowania jednego dziecka w Polsce w roku 2019 (do osiągnięcia osiemnastego roku życia) mieści się w przedziale od 200 do 225 tys. złotych, a dwójki dzieci od 370 do 400 tys. złotych. W roku 2018 koszty te odpowiednio wynosiły od 190 do 210 tys. złotych i od 350 do 385 tys. złotych.
Koszty wychowania dzieci, mierzone jako stopień pogorszenia standardu życia wynikający z wychowywania i utrzymania dziecka, są stosunkowo wysokie i sięgają od 15 do 30 proc. budżetu rodziny. Koszty te zmieniają się w tym przedziale w zależności od liczby dzieci, ich wieku i etapu edukacji.
Wzrost kosztów wychowania dzieci wynika z ogólnego wzrostu kosztów życia w Polsce, które między 2015 a 2018 rokiem zwiększyły się o ok. 61 procent.
Wydatki związane z utrzymaniem dzieci w rodzinach zwiększały się w wyniku wzrostu kosztów życia jako takich; były też rezultatem przekazywanych pieniędzy z programu Rodzina 500 plus.
Zmiana w programie 500 plus, w tym jego odformalizowanie i objęcie programem także pierwszego dziecka w rodzinie, sprawia, że 500 plus ma charakter powszechny, w którym rodzina, niezależnie od statusu materialnego, otrzymuje co miesiąc w tej samej wysokości zryczałtowaną kwotę.
Program 500 plus stał się tym samym, co usługa cash-back, czyli zwrotem części wcześniej wydanych przez rodziców pieniędzy. […]
,
Przed tygodniem, 5 czerwca, na swoim blogu „Profesorskie Gadanie” dr hab.Stanisław Czachorowski zamieścił tekst, który zatytułował „Nie ma jednej, poprawnej odpowiedzi – rozważania o szkole”. Nie ukrywamy, ze trafiliśmy na niego dzięki portalowi EDUNEWS.PL, na którym tekst ten zamieszczono wczoraj, podając jego źródło.
Foto: www.czachorowski1963.blogspot.com
Dr hab. Stanisław Czachorowski
W dobrej wierze, nie dla zysku a pro publico bono, pozwalamy sobie na kolejne udostępnienie, także i na naszej stronie, tego tekstu – i to bez skrótów, które uczyniłyby ten wywód niezrozumiałym:
Każda odpowiedź jest dobra, o ile zostanie sensownie uzasadniona. Zdanie i zdarzenie wyrwane z całościowego kontekstu trudne jest do jednoznacznej interpretacji. Poprawnych odpowiedzi może być wiele. Uzasadnienie tworzy kontekst, czasem zupełnie nowy (potrzebna więc kreatywność).
Ot na przykład taki wycinek ze szkolnego podręcznika. Widzimy tylko fragment, ukazany na ilustracji niżej.
W szkole (i uniwersytetach?) uczymy odpowiadać, by trafić w klucz? Bo ustalamy jedną, właściwą odpowiedź, a wszystkie inne automatycznie są złe? Czy raczej uczymy myśleć i uzasadniać? Wolę to drugie, mimo że sprawdzanie wymaga znacznie większego wysiłku i czasu. Wymaga czasu na wysłuchanie, wysiłku podążania za argumentacją, myślenia. Nie da się sprawdzić „poprawności”, przyrównując szybko do klucza testowych odpowiedzi. Szybko i dużo (sprawdzonych testów, zadań) nie oznacza dobrej edukacji. I postaram się to uzasadnić, korzystając z kreatywności dyskutantów na Facebooku. Niniejszy tekst jest tylko uporządkowaną i rozszerzoną wersją dyskusji, która się odbyła w przestrzeni wirtualnej na Facebooku.
Zamieszczony fragment pochodzi z ćwiczenia lub podręcznika szkolnego. Umieszczony został w mediach społecznych, już nie pamiętam dokładnie gdzie (w której grupie). Może przez jakiegoś rodzica? Dostrzegając bzdurę, słusznie, publicznie się zastanawia nad poprawną odpowiedzią (bo jak pomóc dziecku w odrabianiu lekcji?). Ale czy znamy zamiar i kontekst?
Foto:www.facebook.com/jaakko007/
Jacek Ścibor
Wczoraj na portalu „EDUNEWS.PL” zamieszczono tekst Jacka Ścibora, zatytułowany „Nauczycielem być…”. Jest to tekst polemiczny wobec artykułu Danuty Sterny pt. „Dlaczego warto zostać w zawodzie nauczycielskim?”. Zalecamy, aby przed lekturą tekstu Jacka Ścibora przeczytać artykuł Danuty Sterny – TUTAJ
A teraz czas na poniższy tekst polemiczny – zamieszczamy go bez skrótów:
Nauczycielem być…
Dlaczego warto zostać w zawodzie nauczycielskim? – ten artykuł wygląda jak zamówione przez MEN – piewcę propagandy sukcesu – dzieło „ku pokrzepieniu nauczycielskich serc”. Pozwolę sobie wlać łyżkę dziegciu do beczki miodu tak cudownego postrzegania edukacyjnej rzeczywistości.
Z ROKU NA ROK JESTEM LEPSZY/LEPSZA
Owszem, ale o tym wie tylko nauczyciel. Reszty nauczycieli z zespołu – i często dyrekcji – to nie interesuje. Podwyższanie umiejętności w żaden sposób nie wpływa na uposażenie, a eksperckość w jakiejś dziedzinie jest często postrzegana jako walor kompletnie nieprzydatny szkole (a szczególnie, jeśli kłóci się z wizją szkolnych władz). Studia wyższe NIGDY nie miały przygotowywać do jakiegoś zawodu – od tego są technika i szkoły zawodowe. Studia wyższe powinny dawać solidną naukową podstawę do samoświadomości zawodowej, samokształcenia i ewaluacji własnych działań – i tego faktycznie nie robią…
CIĄGLE COŚ NOWEGO
To prawda – zaskoczenie przeżywamy każdego roku. Dzieci z coraz większymi problemami, coraz więcej niepełnych rodzin, rodzice coraz mniej wydolni wychowawczo, coraz większe oczekiwania od nauczycieli w każdej dziedzinie. Oczywiście za coraz mniejsze (relatywnie! + inflacja!) pieniądze. Brak nudy = natłok zdarzeń, do których nie jesteśmy przygotowani: zabójstwa w szkole, używki, a właśnie idzie podwójny rocznik zafundowany przez deformę Anny Zalewskiej. Fakt, brak nudy…
Foto: www.mysliszewice.edu.pl
Uroczyste zakończenie roku szkolnego 2017/2018 w Publicznej Szkole Podstawowej im. H. Sienkiewicza w Myśliszewicach.
Dzisiaj „premierowe” cytaty z fejsbukowego profilu doktora Jakuba Andrzejczaka – profesora Wielkopolskiej Wyższej Szkoły Społeczno-Ekonomicznej. Na tekst ten trafiliśmy przypadkiem – dzięki „sztafetowemu” udostępnianiu go według zasady „znajomy – znajomym”… Uznaliśmy, że choć jego autor adresował swą wypowiedź do rodziców uczniów naszych szkół, powinni przeczytać to także nauczyciele.
Zapraszamy do lektury tego wpisu, który jego autor – odwołując się do wspomnień swoich szkolnych lat – zatytułował: „Przeciętniak”:
7 czerwca
Zakończenie roku szkolnego zbliża się wielkimi krokami. Już za kilkanaście dni uczniowie i ich rodzice usiądą w aulach, salach gimnastycznych i klasach. Kiedy padnie już zwrot „po hymnie”, rozpocznie się oklaskiwanie tegorocznych zwycięzców: czerwone paski, najwyższe średnie, olimpiady, frekwencja. Aplauz, gratulacje, uścisk ręki, odbiór nagród i koniecznie zdjęcie ze świadectwem na fejsa z hasztagiem #DumnaMama, #NajlepszaCórka). Tak, jakby bez paska pierwsza nie była dumna, a druga najlepsza.
Foto: www.przeglad.olkuski.pl
Istnieje duże, statystyczne prawdopodobieństwo, że czytasz ten tekst jako rodzic, którego dziecko ani razu nie będzie musiało ruszać się z miejsca podczas tej uroczystości. Nie przyniesie do domu ani książki, ani dyplomu uznania. Istnieje więc prawdopodobieństwo, że jesteś rodzicem „średniaka”, „przeciętniaka”, „dostatecznego”, „dobrego”, „miernego” …
Foto: www.mamadu.pl
Istnieje też zdecydowanie mniejsze prawdopodobieństwo, że jesteś rodzicem dziecka, które podczas zakończenia roku szkolnego nie będzie podgrzewać krzesła, a oklaski na jego cześć zostaną w tych murach na wieki.
Nawet nie wiem, do kogo bardziej skierowany jest ten tekst. Do tych, którzy przyglądają się, jak ich dzieci dumnie kroczą w stronę mikrofonu, czy do tych rodziców dzieci, których wysiłek fizyczny podczas tej gali ograniczać się będzie wyłącznie do oklaskiwania innych. A może do nikogo z Was. Może jest do dzieci. A może jest do wszystkich.
Przez całą moją edukację w szkole podstawowej i liceum udało mi się zgromadzić dwie książki za konkursy z wiedzy historycznej. Przez całą moją edukację byłem „przeciętniakiem”. W siódmej klasie szkoły podstawowej, na moim świadectwie dumnie prezentował się mierny z fizyki. Dziś z sentymentem wspominam moją nauczycielkę języka polskiego z liceum, która niejednokrotnie kierowała do mnie takie oto słowa: „Andrzejczak! Orłem w tej klasie nie jesteś. Jak będziesz miał piątki, to będziesz mógł na lekcji rozmawiać”. Dziś wiem, że te rozmowy były tak samo ważne, jak nauka. Tyle tylko, że w systemie masowej, zbiurokratyzowanej edukacji nie możesz być orłem koleżeństwa, orłem empatii, orłem życzliwości, orłem własnego sposobu myślenia, orłem własnych zainteresowań, myślenia pod prąd, kreatywności … orłem samostanowienia.
Ta sama szkoła, w której od dziecka oczekuje się, by było jednocześnie najlepsze ze wszystkiego, ma przygotować je do życia, w którym wszyscy oczekiwać będą od niego, aby wyróżniało się w jednej dziedzinie. To jeden z wielu paradoksów systemu. Pamiętaj jednak. Twojego dziecka nie określa żadna ocena szkolna, lecz praca nad sobą i wysiłek, jaki musiało włożyć, by być w miejscu, w którym jest obecnie. Bez znaczenia czy kończy ten rok ze średnią 5,0 czy 3,0. Jego oceny nie określają, kim był, kim jest, ani kim będzie. Życie nie jest olimpiadą, a świat nie jest aulą szkolną. Życiem kierują relacje, emocje i pasje. Te ostatnie rodzą się z nauki i doświadczania rzeczywistości. Na próżno jednak szukać ich w ocenach szkolnych, dlatego Twoja duma z posiadania dziecka nie może być nimi warunkowana. Po latach, Twoje dziecko nie będzie pamiętać, że dostało jedynkę. Bez wątpienia jednak zapamięta Twoje rozczarowanie, złość czy brak wiary.
Podczas ceremonii zakończenia roku szkolnego mojego starszego syna, nie będę miał okazji do oklaskiwania go. I wiecie co? Będę z niego niezmiernie dumny. Tak samo dumny, jak każdego dnia. Wiem bowiem, że jest koleżeński, empatyczny, że ma szacunek do ludzi, że jest kreatywny, że zadaje wiele pytań, że interesuje go świat … że nie stał się tym, czego oczekuje od niego system numerków, tabelek i ewaluacji. Będę z niego dumny, ponieważ to te rzeczy określą, kim będzie w przyszłości. Przyszłości, w której będzie miał do zrobienie o wiele więcej, niż zapisano w jakiejkolwiek podstawie programowej.
W poniedziałek 10 czerwca dr Jakub Andrzejczak zamieścił taki aneks to cytowanego powyżej tekstu:
Szanowni Państwo!
Publikując mój post „Przeciętniak”, nie spodziewałem się takiego, lawinowego odzewu z Państwa strony. Tekst skomentowało prawie 7 tysięcy osób. Przeczytałem wszystkie wpisy, te pozytywne i negatywne. Za wszystkie konstruktywne uwagi serdecznie Państwu dziękuję.
Mój wpis nabrał też – dla pewnej grupy – innego znaczenia. Nie patrzyli oni na swoje dzieci, lecz na siebie z przeszłości. Otrzymałem mnóstwo wiadomości prywatnych. Z niemal wszystkich wyłania się bardzo ponury obraz, ukazujący wpływ systemu edukacji na dalsze losy ludzi. Nie mogę się z Państwem nimi podzielić, jednak proszę mi wierzyć. Są to bardzo poruszające historie osób, których ten system „prześladuje” do dziś, mimo dorosłego wieku. Niezwykle to przygnębiające.
Źródło: www.facebook.com/drandjakub/
Wierni naszej nowej poniedziałkowej tradycji proponujemy kolejny wybór zeszłotygodniowych tekstów dr Tomasza Tokarza, zamieszczanych w minionym tygodniu na jego fejsbukowym profilu:
5 czerwca
Jak może wyglądać ewolucja zawodów w przyszłości. Zróbmy krótką analizę na przykładzie trzech profesji.
LEKARZ (kontaktowy, nie zabiegowy)
Przychodzi pacjent. Lekarz uruchamia specjalny skaner, który skanuje mu źrenicę i pobiera próbkę potu (ewentualnie krwi). Skaner łączy się z siecią. Dane są szybko przetwarzane i porównywane z tysiącami innych danych. Na podstawie analizy formułowana jest diagnoza i zalecenia.
Jaka będzie w tym wszystkim rola lekarza?
Przekazanie diagnozy pacjentowi w spokojnej, empatycznej rozmowie.
Wspieranie go w procesie leczenia.
Pożądane kompetencje: empatia, komunikacja, intuicja
PRAWNIK (radca prawny)
Przychodzi klient. Prawnik w rozmowie z nim wprowadza do specjalnego komputera zapytanie (wg słów kluczowych). Ten przetwarza zapytanie, analizuje szczegóły problemu. Łączy się z siecią. Dane są szybko przetwarzane i porównywane z tysiącami innych danych. Na podstawie analizy formułowana jest interpretacja problemu i możliwe rozwiązania.
Jaka będzie w tym wszystkim rola PRAWNIKA?
Przekazanie zaleceń, rozwiązań, interpretacji KLIENTOWI w spokojnej, empatycznej rozmowie.
Wspieranie go w procesie osiągania celów.
Pożądane kompetencje: empatia, komunikacja, intuicja
NAUCZYCIEL
Przychodzi uczeń. Nauczyciel w rozmowie z nim wprowadza do maszyny słowa kluczowe. Skaner pobiera próbkę potu i skanuje źrenicę. Maszyna przetwarza dane, analizuje szczegóły. Łączy się z siecią. Dane są szybko przetwarzane i porównywane z tysiącami innych danych. Wyskakuje propozycja indywidualnej ścieżki kompetencyjnej (predyspozycje, zainteresowania), źródeł informacji oraz metody uczenia się (co może się sprawdzić przy określonych zasobach psychoficznych, a co nie)
Jaka będzie w tym rola NAUCZYCIELA?
Rozmowa z uczniem na temat proponowanej ścieżki kompetencyjnej. Rozpoznanie, jak się z tym czuje.
Wspieranie go w procesie osiągania celów.
Bycie z nim.
Motywowanie do pracy.
Pożądane kompetencje: empatia, komunikacja, intuicja.
Gdybym miał powiedzieć, który z tych zawodów będzie wymagał jak największej odpowiedzialności, elastyczności, otwartości, autonomii i kompetencji, który będzie najmniej uzależniony od zaleceń maszyny – pewnie postawiłbym na nauczyciela. Bo będzie on miał do czynienia z najbardziej zmiennym odbiorcą – człowiekiem w procesie rozwojowym.
Dziś naszą uwagę zwrócił nieduży artykuł na 5. stronie „Gazety Wyborczej” zatytułowany „Irena nie Tymek”. Szybko odnaleźliśmy jego obszerniejszą e-wersję, zatytułowaną „Irena, a nie Tymek. Uczniowie stanęli w obronie transpłciowej koleżanki i napisali petycję do dyrekcji”. Oto fragmenty tego materiału, ilustrowanego fotokopią uczniowskiej petycji:
Uczniowie podstawówki w Jeleniej Górze nie zgodzili się, by zdjęcie ich transpłciowej koleżanki Ireny na szkolnej tablicy pamiątkowej podpisano imieniem Tymek. Napisali w tej sprawie petycję dyrekcji, ale szkoła na razie milczy. […]
Foto:www.wroclaw.wyborcza.pl
Oo fragment listu do dyrekcji integracyjnej Szkoły Podstawowej nr 8 w Jeleniej Górze, który podpisali uczniowie klasy 8 B. Udostępniła go na Fb mama Ireny, Magdalena Kalinowska z podpisem: „Czasami (często) dzieci są mądrzejsze, niż dorośli. Dziękuję Amelce za inicjatywę i reszcie klasy za wsparcie. Jesteście wspaniali”. Amelka to jedna z trzech najbliższych przyjaciółek Ireny, która urodziła się jako Tymek.
„Nasza koleżanka, Irena, jest z nami od pierwszej klasy i nie wyobrażamy sobie, aby została usunięta z grona uczniów (…). Irena codziennie zmaga się z wieloma trudnościami, łącznie z nietolerancją. Czy nie można zrobić jej chociażby takiej przyjemności, aby szkołę podstawową ukończyła z imieniem takim, jakie jej odpowiada? Wszyscy uczniowie naszej klasy od kilku lat zwracają się do Ireny tak, jak ona sobie tego życzy. Większość nauczycieli akceptuje ją taką, jaka jest”.
Niektórzy nauczyciele w szkole specjalnej, do której z powodu autyzmu chodzi Irena, wciąż wyczytywali ją z dziennika jako Tymka. Magdalena Kalinowska chciała więc zaprosić do szkoły specjalistę, by wyjaśnił im, co to jest transpłciowość. Na takie szkolenie zgody nie wyraziła dyrektorka.
Na sobotnie poczytanie proponujemy dziś wczoraj zamieszczony na jego blogu tekst Jarosława Pytlaka, inspirowany najnowszą zmianą na stanowisku ministra edukacji:”Refleksje wokół ministerialnego fotela”. Oto fragmenty tego posta i link do całego tekstu:
Foto: www.www.youtube.com
Jarosław Pytlak
Po przedstawieniu swoistego przeglądu prasy, podejmującej temat szykujących się – w wyniku konsekwencji wygrania przez wielu ministrów wyborów do Parlamentu UE – zmian w rządzie, Jarosław Pytlak stwierdził:
[…] Wspomniane artykuły tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że oświata jest w gruncie rzeczy najmniej ważną dziedziną życia społecznego. Sądzę, że politycy też tak uważają, znajdując uzasadnienie tego poglądu w wynikach badań opinii publicznej. To zapewne sondaże podpowiadają władzy, że strajkującym nauczycielom nie warto ustępować, bo poważanie dla nich w szerokich kręgach społeczeństwa jest żadne, a pokazanie im pośledniego miejsca w szeregu wręcz obiecuje uznanie wśród własnych sympatyków. Z kolei opozycja z (innych) sondaży dowiaduje się pewnie, że fatalne skutki reformy Zalewskiej, choć źle odbierane, nie rokują mobilizacji znaczącej części wyborców przeciw obecnym rządom. Najwyraźniej szerokie kręgi społeczeństwa mniej lub bardziej świadomie hołdują przekonaniu, że nigdy w szkolnictwie nie było, żeby jakoś nie było, a przeciętny Kowalski oświatą interesuje się tylko wtedy, gdy szkoła, do której chodzi jego dziecko, nadepnie mu na odcisk. […]
Osobiście odczuwam zero emocji w kwestiach personalnych, więc nie zrobiło na mnie wrażenia ostateczne namaszczenie na ministra edukacji narodowej długoletniego działacza partii rządzącej, Dariusza Piontkowskiego, ongiś nauczyciela licealnego, potem polityka średniego szczebla, wreszcie posła, raczej z drugiego szeregu. Nawiasem mówiąc, trudno oprzeć się wrażeniu, że pod względem biografii mamy do czynienia z Anną Zalewską bis, a sądząc z jego pierwszych publicznych wypowiedzi w nowej roli – w dziedzinie poglądu na świat również. Reforma potoczy się zatem dalej, wytyczonym już torem, a nowemu ministrowi przypadnie rola administratora masy spadkowej po poprzedniczce. Bez żadnej intencji skorygowania obecnego kursu, bo przecież sam manifestuje przekonanie, że jest świetnie. Co może dziwić tylko politycznych marzycieli.
Niewesołe są moje refleksje, ale taki właśnie mamy klimat. Chociaż słowo minister pochodzi od łacińskiego ministrare, czyli służyć, to wcale nie musi oznaczać służenia całemu społeczeństwu. Jak uczy historia, swoich ministrów mieli też despoci; może ich mieć również partia posiadająca w danej chwili monopol na rację. Póki co, wciąż jednak żyje cała rzesza ludzi skażonych miazmatami obywatelskiego podejścia do polityki, którzy skłonni są oczekiwać od ministra edukacji narodowej zdolności do samodzielnej refleksji, a nie tylko bezkrytycznego wcielania w życie anachronicznej wizji, powstałej w zaciszu gabinetów. Myślę, że to spośród tak „skażonych” rekrutują się Czytelnicy, którzy w komentarzach pod moimi publikacjami wpisują czasem hasła w rodzaju „Pytlak na ministra!”. Miłe te sugestie traktuję w kategoriach żartu, ale widzę w nich również wyraz marzenia o normalności w oświacie. Skorzystam więc z okazji, by wzbogacić swoje dzisiejsze refleksje wyjaśniając, dlaczego zupełnie nie widzę siebie w roli głównego lokatora MEN. Nawet gdyby warunki społeczno-polityczne były nieco bardziej normalne. I bardzo proszę nie traktować tego jako wyrazu mojej megalomanii, a jedynie wygodny dla publicysty pretekst, by zaprezentować problemy, które staną przed każdym poważnym kandydatem na ministra edukacji.
A zatem, dlaczego nie widzę siebie na tym stanowisku?
Prof. dr hab. Jacek Fisiak – 1936 – 2019
Punktem wyjścia dla zamieszczenia poniższego materiału była informacja – zamieszczona przez prof. Jarosława Płuciennika na jego profilu fb – o tym, że 3 czerwca 2019 roku zmarł prof. zw. dr hab. Jacek Fisiak, który w latach 1985–1988 był rektorem Uniwersytetu im. Adam Mickiewicza w Poznaniu. Był on filologiem angielskim, historykiem języka angielskiego, profesorem nauk humanistycznych, nauczycielem akademicki, a w okresie 14. października 1988 – 1. sierpnia 1989 – ostatnim ministrem edukacji narodowej PRL. Profesor Jacek Fisiak urodził się w 1936 roku w Konstantynowie Łódzkim.
Poniżej zamieszczamy fragmenty postu z fejsbukowego profilu Beaty Zwierzyńskiej, zainspirowanego informacją o śmierci prof. Jacka Fisiaka:
Czytając biografie osób biorących udział w obradach Okrągłego Stołu w podstoliku Nauki, Oświaty i Postępu Technicznego, jedna zwróciła moją szczególną uwagę, i chyba od niej wszystko się zaczęło… Dokładniej z biografią prof. Fisiaka zapoznałam się po kilkukrotnej lekturze wystąpienia otwierającego obrady tego podstolika, a potem odsłuchaniu tego jak to mówił. […]
Pamiętam, że kompletnie mi to wszystko do siebie nie pasowało. To co wypowiadał 30 lat temu wydawało mi się bardzo aktualne – szczególnie gdy opisywał warunki pracy nauczycieli, ich potrzeby, gdy bił się w pierś opowiadając, że zgadza się z druzgocącą opinią naukowców przygotowujący tzw. raport Kupisiewicza, i gdy wymieniał to, co już zrobił i co zamierza zmienić w szkolnictwie jeszcze przed zakończeniem obrad. […]
W środowisku akademickim i w obecnym klimacie politycznym wcale nie jest popularne wspominanie ludzi PRL. Właściwie jest pewna luka, dyskontynuacja i milczenie o tamtych czasach – a co dopiero mówienie czegoś pozytywnego? […] Postanowiłam podzielić się z Wami materiałem, do którego mam dostęp dzięki Archiwum Sejmu i Senatu – tam były szpule z nagraniem, a archiwiści zdigitalizowali je. Oto ważny fragment – szczególnie w dzisiejszym kontekście politycznym i oświatowym. Posłuchajcie sami.”
Fragment przemówienia prof. Fisiaka w podstoliku Nauki, Oświaty i Postępu Technicznego z 22 lutego 1989 roku – TUTAJ
Źródło: www.facebook.com/beata.agnieszka.zet
Dziś, z kilkudniowym „poślizgiem”, promujemy zaczerpnięty ze zbiorów portalu „Juniorowo” artykuł Wojciecha Musiała „Kiedy dzieci odkrywają swoje pasje i jak możemy im w tym pomóc”. Oto jego fragmenty;
Foto: BTA Kompas
Niektórzy juniorzy szybko odkrywają swoją pasję i rozwijają ją wiernie, nie zbaczając z raz obranej drogi. Inni „skaczą z kwiatka na kwiatek” próbując natrafić na coś, co spodoba im się najbardziej. Obie drogi są w porządku – dzieciństwo właśnie po to jest, aby próbować różnych smaków i odkrywać te najpyszniejsze. Wakacje to czas, który szczególnie sprzyja odkrywaniu pasji dziecka. To dwa miesiące wolne od szkolnych obowiązków i stresu. Budowaniu zainteresowań sprzyjają też podróże. Poza tym mamy do dyspozycji wakacyjne obozy tematyczne, które mogą pomóc juniorom w wyborze życiowej pasji.
Dzieciństwo to czas odkrywania pasji
Jazda konna? Fotografia artystyczna? Wspinaczka? Może aktorstwo? A może coś zupełnie innego? Dzieciństwo to czas odkrywania pasji. To czas wypróbowania różnych możliwości i zdecydowania, co się dziecku podoba, co je wciąga, do czego ma talent i co budzi w nim silne emocje, oraz tego, co zupełnie mu się nie podoba.
Jest to również czas doskonalenia się w wybranym hobby. Czas na popełnianie błędów, na zadawanie pytań, na sprawdzanie, gdzie leżą granice możliwości dziecka i w jaki sposób można je przekroczyć.Na ogół poszukiwanie własnej pasji odbywa się na dwa sposoby. Większość dzieci przez pewien czas „skacze z kwiatka na kwiatek”, czyli próbuje jednego, potem porzuca zajęcia na rzecz innych, którym znów poświęca cały wolny czas. A potem znów dochodzi do wniosku, że nowe hobby mu się nie podoba i chce spróbować czegoś zupełnie innego. Tak zachowywała się moja Zośka, która spróbowała tańca nowoczesnego, baletu klasycznego i karate, a od niedawna jeździ konno i jest całkowicie zajawiona na tym punkcie. Wygląda na to, że to hobby na dłuższy czas, ale zupełnie pewnym być nie mogę, bo może znów jej się odmieni? […]














