Oto co wyłowiłem na dzisiaj podczas moich ostatnich połowów internetowych: To tekst, zamieszczony w środę na fb-profilu Artura Szymanka, występującego na fejsbuku pod szyldem „OKE czyli Okiem Krytycznego Egzaminatora”:

 

 

Czasami mam wrażenie, że ten świat naprawdę zwariował.

 

Ostatnio dowiedziałem się o skardze rodzica na nauczyciela wychowania fizycznego. Powód był tak absurdalny, że początkowo trudno mi było uwierzyć, że ktoś potraktował sprawę poważnie. Otóż nauczyciel dał uczniom do gry w siatkówkę zbyt twardą piłkę.

 

Pracuję w szkole prawie trzydzieści lat i wydawało mi się, że słyszałem już niemal wszystko. A jednak okazuje się, że rodzice nadal potrafią mnie zaskoczyć.

 

Najbardziej interesuje mnie jednak to, co wydarzyło się w domu tego dziecka. Wyobrażam sobie, że wróciło ze szkoły i podczas rozmowy z rodzicem wspomniało, że na WF-ie piłka była za twarda. Być może bolały je ręce podczas odbijania. I teraz chciałbym wiedzieć, w którym momencie taka zwyczajna informacja staje się dla dorosłego człowieka powodem do składania skargi na nauczyciela.

 

Gdzie w tym wszystkim podział się zwykły zdrowy rozsądek?

 

Jestem ojcem trojga dzieci i przez lata słyszałem od nich najróżniejsze historie ze szkoły. O trudnych sprawdzianach, wymagających nauczycielach, niesprawiedliwych ich zdaniem ocenach czy sytuacjach, które im się zwyczajnie nie podobały. Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, że każda taka opowieść wymaga mojej interwencji. Najpierw trzeba przecież ustalić, co właściwie się wydarzyło, a później zastanowić się, czy w ogóle istnieje jakiś problem.

 

Mam wrażenie, że część rodziców zupełnie straciła tę umiejętność. Przyjmują każdą relację dziecka jako wystarczającą podstawę do pretensji wobec szkoły. Nie próbują nawet zastanowić się, czy ich reakcja jest adekwatna do sytuacji. Dziecko jest niezadowolone, więc nauczyciel musiał zrobić coś niewłaściwego.

 

Zastanawiam się również, czego taki rodzic właściwie oczekuje od szkoły. Że nauczyciel wychowania fizycznego będzie przed każdą lekcją konsultował z rodzicami twardość piłek? Że jeżeli uczeń uzna ćwiczenie za zbyt wymagające, to należy natychmiast z niego zrezygnować? A może najlepiej ograniczyć wychowanie fizyczne do spacerów, chociaż i tutaj pewnie znajdzie się ktoś, komu będzie przeszkadzało zbyt szybkie tempo.

 

Najgorsze jest jednak to, że takie zachowanie rodziców ma swoje konsekwencje. Dziecko otrzymuje bardzo wyraźny sygnał, że nawet w najbardziej błahych sprawach nie musi sobie radzić samodzielnie, ponieważ zawsze może liczyć na interwencję mamy lub taty. Trudno później oczekiwać od niego samodzielności, odporności na niepowodzenia czy umiejętności radzenia sobie z trudnościami.

 

Od lat słyszę, że nauczyciele powinni lepiej rozumieć potrzeby uczniów, bardziej indywidualizować nauczanie, wykazywać się większą empatią i cierpliwością. Zgoda, ale może wreszcie warto zacząć mówić również o oczekiwaniach wobec rodziców? O ich odpowiedzialności za wychowanie dzieci, o konieczności uczenia ich samodzielności i o zwykłej umiejętności oceny sytuacji.

 

Bo naprawdę trudno mówić o partnerskiej współpracy szkoły z domem, kiedy nauczyciel musi tłumaczyć się z tego, że na lekcji siatkówki uczniowie grali piłką, która jednemu z nich wydała się zbyt twarda.

 

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że zanim zaczniemy po raz kolejny reformować szkołę i pouczać nauczycieli, jak powinni pracować, należałoby poważnie porozmawiać o postawach części współczesnych rodziców.

 

Bo szkoła nie jest w stanie nauczyć dziecka samodzielności, jeżeli w domu każda najmniejsza niedogodność urasta do rangi problemu wymagającego interwencji dorosłych.

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/permalink.php?story

 



Zostaw odpowiedź