W minioną niedzielę, na fejsbukowym profilu Leszka Olpińskiego* – dyrektora Niepublicznego Liceum Sztuk Plastycznych „Cosinus” w Poznaniu, ale aktywnego także w roli Personal Coach oraz jako  trener kompetencji społecznych, taki oto tekst, który poniżej zamieszczam bez skrótów:

 

 

„Zastanawiałem się przy okazji, czy tak nie mogłaby wyglądać nasza edukacja: że spotykamy ludzi z pasją, z którymi wspólnie coś robimy. Zamiast tego miałem poczucie, że szkoła działa tak, jak gdyby ostatecznym celem ucznia miał być dobry wynik w teleturnieju Jeden z dziesięciu.”

 

Takie zdania przeczytałem niedawno i także z tego powodu chciałbym podzielić się refleksją.

 

Na początku dwie uwagi porządkujące. Nie jestem i nigdy nie byłem teoretykiem systemu edukacji. Nie mam ambicji pozostawienia po sobie spuścizny dotyczącej nowych, alternatywnych form edukacji. Raczej krytycznie obserwuję własne doświadczenia i do nich się odnoszę. Robię to ze świadomością, że każde doświadczenie jest jednostkowe, bo każda lekcja to spotkanie konkretnych osób w konkretnej sytuacji, jest z natury niepowtarzalna.

 

Po drugie, rozumiem edukację jako system, całość, w której zmiana w jednym miejscu powoduje konsekwencje w innych, nie zawsze spodziewanych i oczekiwanych miejscach. Co więcej, jest to system dotyczący młodych ludzi w kluczowym czasie ich życia, w czasie przekraczania dzieciństwa i wchodzenia w dorosłość. Dla uczniów nie ma czasu na czekanie na zmiany, ale nie może być też czasu i miejsca na podejmowanie działań niepewnych, których skutki mogą być bardzo negatywne. Warto też przypomnieć, że efekty wprowadzanych dziś zmian zobaczymy dopiero za kilkanaście lat.

 

Zastanowiły mnie niedawno informacje o postulacie wprowadzenia egzaminu przed wejściem do zawodu nauczyciela. I widzę w tym jakąś próbę naprawienia jednego z fragmentów rzeczywistych problemów edukacji. Tylko…

 

W moim doświadczeniu zawodowym spotkałem wielu nauczycieli, choć niezbyt wielu na początku drogi zawodowej. Widzę, jak bardzo niemierzalne jest określenie, czy dany nauczyciel jest dobry. Nie chodzi wyłącznie o wiedzę merytoryczną czy pedagogiczną, o pasję nauczania, znajomość metodyki, umiejętność dostosowania pracy do grupy ani nawet o osobowość. Liczy się realny splot tych czynników oraz dopasowanie do uczniów, z którymi się pracuje. Dlatego nie wierzę, by egzamin był wystarczającym progiem wejścia, dającym gwarancję, że w szkołach będą dobrzy nauczyciele.

 

A jednocześnie trzeba w tym miejscu zastanowić się nad całym systemem przygotowania do zawodu. Nie wspominam o sprawie oczywistej, że bez zaoferowania odpowiednio wysokich zarobków nie będzie realnie kogo egzaminować lub egzamin stanie się progiem fikcyjnym.

 

Tu pojawia się moje najważniejsze pytanie: kogo w szkole potrzebujemy? Czy potrzebujemy specjalistów w dziedzinach nauki, osób z ponadprzeciętną wiedzą przedmiotową, czy raczej nauczycieli z wiedzą i umiejętnościami nauczania? A może czegoś pomiędzy lub połączenia tych cech? A jeśli odpowiemy na takie pytanie, to konsekwencją będzie przyjęcie modelu kształcenia i modelu egzaminu.

 

Z mojego doświadczenia wynika, że ważniejsze jest przygotowanie do bycia nauczycielem. Tym bardziej, im więcej w szkołach uczniów ze specjalnymi potrzebami. Nie oznacza to, że każdy nauczyciel może uczyć każdego przedmiotu. Jednak dobry nauczyciel potrafi łączyć wiedzę z umiejętnością dostosowania jej poziomu do odbiorców. Jak mówią czasem uczniowie: potrafi „wytłumaczyć”. Taki nauczyciel potrafi czerpać nie tylko z wiedzy akademickiej, ale też z doświadczenia życia, potrafi dostosowywać swoje metody do potrzeb grupy, zadba raczej o rozwój uczniów niż o przekazanie odpowiedniej porcji informacji.

 

W tym miejscu pojawia się ponownie zdanie, od którego rozpocząłem. Diagnoza stanu edukacji w Polsce, zawarta w drugiej jego części, wydaje się niestety trafna. Zdecydowanie za wiele w niej podawania faktów do zapamiętania, a zbyt mało uwagi poświęconej wspieraniu rozwoju i rozumienia. Zbyt dużo nacisku na wyniki egzaminów, rankingi i rywalizację.

 

Sprzyja temu system egzaminów zewnętrznych: wprowadzony jako narzędzie diagnostyczne, w praktyce przebudował szkoły w instytucje przygotowujące przede wszystkim do egzaminów. Zmiana dokonuje się nawet na poziomie przepisów tworzących podstawę programową oraz języka, którym opisujemy jej miejsce w szkole. Choć podstawa programowa budowana jest w języku celów, w praktyce mówimy nie o ich osiąganiu, lecz o „realizacji podstawy”. W ten sposób centrum uwagi przesuwa się z rozumienia na treści, warunki i sposoby. Podstawa tak właśnie stała się nie tym, czym być powinna. Wymagamy nie tyle osiągania celów i rozwoju młodego człowieka, ile przyswojenia określonego zasobu informacji. Nie zmieni tego wprowadzenie punktowo, jako warunku realizacji podstawy, zdania o doświadczeniu czy tygodnia projektowego.

 

Pracuję w szkole artystycznej i może dlatego widzę inne możliwości. Edukacja nie może być sprowadzona do uczenia przedmiotów, do zamkniętych kontenerów. Może dlatego w przestrzeniach edukacyjnych pojawił się model  STEM. Może dlatego pojawiła się potrzeba jego rozszerzenia o sztukę – STEAM. Choć wciąż to tylko fragment. Widzę potrzebę włączenia do tego modelu także filozofii, historii, społeczeństwa i komunikacji. A i to pod warunkiem, że zrozumiemy, że literatura jest dziedziną sztuki i dlatego nie powinna być pomijana.

 

Nie chodzi o to, by wszystko „ogarniał” jeden nauczyciel, ale o integrację nauczania, o pracę zespołową, o traktowanie edukacji jako działania podmiotowego.

 

Chodzi o to, byśmy uczyli uczniów, a nie przedmiotów.

 

Co więc powinniśmy zrobić? Przede wszystkim postarać się wyjąć edukację z bieżącej polityki. Może ustanowić Komisję Edukacji, złożoną z fachowców, działaczy edukacyjnych, przedstawicieli grup politycznych, przedstawicieli nauczycielskiego samorządu. Ustanowioną jako ciało niezależne, choć reprezentujące interes obywateli. Dać jej czas i przestrzeń do pracy.

 

Efektów nie zobaczymy od razu, lecz raczej za kilkanaście albo kilkadziesiąt lat.

 

Szkoda, że trudno dziś spodziewać się takiego działania. Od zdecydowanie zbyt długiego czasu edukacja pozostaje istotnym elementem politycznej układanki, zamiast być wspólnym dziełem dla każdego.

 

 

 

Źródło: www.facebook.com/leszek.olpinski/

 

 

 

* 18 paź 2025 r. zamieściłem Jego tekst w materiale zatytułowanym „Diagnoza systemu oświaty autorstwa nauczyciela, rozczarowanego pracą w szkole”.  [W.K.]

 

 

 

 



Zostaw odpowiedź