Jak osobiście obserwowałem pozytywne skutki zespołowej pracy nauczycieli

 

W sobotę 19 września w „Gazecie Wyborczej” zamieszczono tekst Karoliny Słowik, zatytułowany „Reforma „Kompas jutra” wprowadzona do szkół. Dyrektorzy: Wielu nauczycieli nie rozumie tej zmiany”. Swe opinie prezentowało tam dwoje bardzo doświadczonych ekspertów edukacyjnych: dyrektorka – nieprzerwanie od 2001 roku – warszawskiej SP nr 103  im. Bohaterów Warszawy 1939 – 1945 pani Danuta Kozakiewicz oraz pan Marek Pleśniar – dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty – od chwili powstania OSKKO w 2006 roku:

 

Inspiracją dla togo eseju stała się ta oto wypowiedź Kolego Marka Pleśniara:

 

Jednym z największym wyzwań jest wewnętrzna komunikacja, gdyż nauczyciele nie preferują pracy zespołowej.

 

Zanim o tym zdecydowałem – zastanowiłem się, czy jako oświatowemu emerytowi z 21-letnim stażem wypada mi wypowiadać się „w tym temacie”. Jednak uznałem, że w konwencji „ja jako były”, też mam prawo wyrazić swój pogląd – w oparciu o osobiste doświadczenia z „Budowlanki”.

 

A właśnie one każą mi gorąco popierać postulat Marka Pleśniara, bo też objąłem funkcję dyrektora Zespołu Szkół Budowlanych w Łodzi w bardzo trudnym dla członków  rady pedagogicznej tej szkoły czasie. Było to w dwa lata po zakończeniu 18-letniego okresu, kiedy dyrektorem był tam, powołany jeszcze w 1983 roku dyrektor – co było oczywistą konsekwencją zmiany władz państwowych, powstania III RP i wejścia w życie nowej Ustawy o systemie oświaty.  Nowym dyrektorem, już z konkursu, został nauczyciel przedmiotów zawodowych (wcześniej warsztatów szkolnych) – w konsekwencji poparcia, jakie otrzymał od rozdającej karty „Solidarności”. Jednak już po kilku miesiącach przytłaczająca większość nauczycieli zaczęła obserwować coraz większe przejawy jego niekompetencji do pełnienia tej roli. W efekcie w drugiej połowie r.szk. 1992/1993 znakomita większość członków Rady Pedagogicznej wystosowała do Kuratora Oświaty (z „Solidarności” ) petycję o odwołanie tego pana – wymieniając wiele popełnianych przez niego nieprawidłowości. Przysłany przez Kuratora zespół wizytatorów potwierdził postawione w petycji zarzuty i kutator owego pana odwołał ze stanowiska.

 

I to było powodem, że w sierpniu 1993 roku został ogłoszony konkurs na dyrektora ZSB nr 2, na który wpłynęły dwie oferty: nauczyciela matematyki z tej szkoły – przewodniczącego szkolnej organizacji  SOiW NSZZ „Solidarność” – i moja – osoby w „Budowlance” nieznanej prawie nikomu.  Konkurs, przewagą 1 głosu wygrałem i po kilku dniach, z dniem 1 września, stanąłem na czele Rady Pedagogicznej.

 

Opowiedziałem o tym, aby znane było tło sytuacji, w jakiej znalazłem się jako „człowiek z nikąd”, który na dokładkę był członkiem ZNP i… w zasadzie nigdy nie pracował w szkole jako nauczyciel. Nie muszę mówić, że zostałem przyjęty „z rezerwą”, a przez zwolenników mojego rywala – głównie tych z „Solidarności”  – wręcz wrogo.

 

I wtedy przydało się moje doświadczenie wyniesione z harcerstwa oraz wykształcenie pedagogiczne, ukształtowane w kręgach pedagogiki społecznej. Nie bez znaczenia były  minione 4 lata pełnienia obowiązków dyrektora Wojewódzkiej Poradni Wychowawczo-Zawodowej i kierowanie bardzo zróżnicowanym zespołem jej pracowników. Postanowiłem przede wszystkim przekonać tę większość nauczycieli, którzy wykazali się skuteczną pracą zespołową i doprowadzili do odwołania mojego poprzednika.

 

Wiedziałem, jeszcze z obozowych doświadczeń harcerskich, że nic tak nie integruje ludzi, jak wspólny wyjazd, realizowane tam ciekawe zadania i… rozrywkowy relaks. A że przed kilkunastoma miesiącami uczestniczyłem w trzydniowej konferencji, zorganizowanej przez „Polskie Stowarzyszenie „Szkoła dla Dziecka” w przystosowanym do organizowania takich wydarzeń hotelu w Dobieszkowie pod Łodzią, postanowiłem zorganizować tam dwudniowe, szkoleniowe posiedzenie Rady Pedagogicznej. W tym celu musiałem, z sukcesem,  pozyskać z kuratorium środki na ten cel, zarezerwować termin – jedyny możliwy, czyli w Dniu Edukacji Narodowej (przypadł wtedy w piątek), czyli na 15 i 16 października, no i „wynająć” znanego i kompetentnego szkoleniowca.

 

Wszystko odbyło się zgodnie z planem, szczególnie istotny był piątkowy wieczór z uroczystą kolacją i tańcami…   Założony cel główny osiągnąłem i od poniedziałku znakomita większość nauczycielek i nauczycieli traktowała mnie już jak „swojego”.

 

I mogłem już przystąpić do wprowadzania „nowego”. Pierwszą moją decyzją było zgłoszenie szkoły do programu UPET, wspieranego finansowo przez Europejską Wspólnotę Gospodarczą (Poprzedniczka Unii Europejskiej), Jego celem było wprowadzenie do kształcenia zawodowego programów o budowie modułowej. Nie było to jeszcze kształcenie modułowe w zawodach, gdzie nie funkcjonuje podział na przedmioty teoretyczne i zajęcia praktyczne, ale gdzie budowane były moduły międzyprzedmiotowe –  w obszarze teoretycznych przedmiotów zawodowych (tpz). Było to możliwe, gdyż nie tylko nie spotkałem się z oporem nauczycieli tych przedmiotów, ale oni nie szczędzili czasu na pracę nad szczegółami programowo-merytorycznymi tego projektu. Pamiętam, że jedno spotkanie zespołu nauczycieli tpz (dziś nie pamiętam z jakiego powodu) odbyło się w mieszkaniu prywatnym jego przewodniczącej – na Retkini.

 

Dzięki temu, ze od 1 września 1994 roku rozpoczęliśmy realizację tego programu (uczestniczyły w nim jedynie 44 szkoły zawodowe z całej Polski) pozyskaliśmy środki na unowocześnienie bazy dydaktycznej. W szkole uruchomiona została pierwsza nowoczesna pracownia informatyczna, wyposażona w najnowsze na owe czasy komputery PC. Program ten po dwu latach był  kontynuowany pod nową nazwą IMPROVE – dzięki temu do naszej szkoły trafiło także oprogramowanie AutoCAD – komputerowe wspomaganie projektowania. Pozyskaliśmy także pozabudżetowe środki na zakup nowoczesnego wyposażenia dwu sal lekcyjnych w jednoosobowe stoliki i krzesła, pozwalające na prowadzenie zajęć aktywizujących w dowolnie konfigurowanych grupach uczniowskich.

 

I to były materialne owoce pracy zespołowej nauczycieli tpz naszej „Budowlanki”. Wkrótce przeszedł czas na zadania dla nauczycieli przedmiotów ogólnokształcących. A pojawiły się one  w roku szkolnym 1994/1995, w którym nasza szoła przystąpiła do kolejnego eksperymentu, który także przyniósł nowe środki pozabudżetowe na unowocześnienie bazy dydaktycznej szkoły. Tym projektem było Liceum Techniczne – koncepcja kształcenia ogólnozawodowego w 4-o letniej szkole licealnej, w której obok pełnego programu kształcenia ogólnego, realizowanego na poziomie podstawowym, uczniowie zdobywaliby wiedzę, będącą wspólną bazą dla wielu pokrewnych zawodów. I dopiero po jego ukończeniu absolwenci podejmowali decyzje, czy chcą kontynuować dalsze kształcenie w szkołach wyższych, czy też wejść na ścieżkę edukacji, prowadzącą do zdobycia tytułu technika w konkretnym zawodzie, ale w ramach krótkiego cyklu (w zależności od zawodu – od 0,5 do 1,5 roku) w policealnych studiach zawodowych.

 

I w tym przypadku nauczyciele nie zawiedli – w realizacji tego nowego zadania udowodnili, że działają „jak jedna rodzina”

 

Oto dlaczego jestem przekonany, że ma rację Marek Pleśniar,  że jednym z największym wyzwań dla naszych szkół jest wewnętrzna komunikacja w zespołach nauczycielskich, gdyż osobiście obserwowałem pozytywne skutki owej zespołowej pracy nauczycieli.

 

 

 

 

Włodzisław Kuzitowicz



Zostaw odpowiedź