
Dziś udostępniam (niech mi, wolontariuszowi, redakcja GW wybaczy) bez skrótów tekst Katarzyny Stefańskiej, będący zapisem jej rozmowy z Romanem Lorensem o dramatycznej sytuacji jaka jest w szkołach z edukacją włączającą:
Edukacja włączająca wymknęła się spod kontroli. „Praktykujemy szkołę krzywdzenia”
Nauczyciele mówią o pladze wydawania uczniom orzeczeń o kształceniu specjalnym. Ekspert edukacyjny: – Doskonale wiemy, choć to tajemnica poliszynela, że ich posiadanie stało się swoistą modą.
Edukacja włączająca miała być odpowiedzią na wykluczenie. Bo zakłada kształcenie wszystkich uczniów, niezależnie od ich zdolności, potrzeb czy niepełnosprawności, w jednej szkole. Bo ma tworzyć przyjazne środowisko i równe szanse rozwoju. Tyle że się nie sprawdza. Dlaczego system rozmija się z rzeczywistością szkolnych korytarzy? Rozmawiamy z Romanem Lorensem*, ekspertem edukacyjnym.
Katarzyna Stefańska: Na początku roku opublikował pan krytyczny tekst na temat edukacji włączającej. „Skala problemu jest porażająca” – tak mówią nauczyciele o rosnącej liczbie uczniów z orzeczeniami.
Foto: archiwum prywatne
Roman Lorens, ekspert edukacyjny: Wiedziałem, że jest problem edukacji włączającej, ale nie sądziłem, że urósł do takiej rangi. Byłem bardzo zszokowany skalą reakcji. Nauczyciele mają w tej sprawie bardzo krytyczne podejście, natomiast nie widzę żadnej woli ze strony ministerstwa, aby problem zauważyć. MEN ma ogromne parcie, żeby edukacja włączająca w szkołach była. Mamy więc dwugłos między praktykami a rządzącymi.
Ja nie jestem przeciwnikiem edukacji włączającej, ale uważam, że należy podejść do niej zdroworozsądkowo.
K.S. – To znaczy?
R.L. – Powiem, jak wygląda to teraz. Nauczyciele mają po 35 osób w klasie. Praca z tak dużą grupą – wiem, bo tego doświadczyłem – to ogromy wysiłek. Wśród tych uczniów kilku ma różne orzeczenia – o niepełnosprawności intelektualnej, niedowidzeniu czy niedosłyszeniu, o autyzmie, Zespole Aspergera, ADHD… Do tego dochodzą dzieci z zaburzeniami, ale niezdiagnozowane. I dzieci w normie. A nauczyciel musi się z tym wszystkim mierzyć, realizować podstawę programową i zadbać o bezpieczeństwo wszystkich uczniów.
A co, jeśli w klasie są uczniowie agresywni? Nauczyciele boją się reagować, bo zaraz zostaną oskarżeni o naruszenie nietykalności cielesnej – jest przecież ustawa Kamilkowa. Nie mamy narzędzi, żeby sobie z tym poradzić. Ostatnio rozmawiałem z nauczycielką, która opowiadała mi, jak cała klasa patrzyła na jednego z uczniów, który rzucił się na podłogę, krzyczał, przeklinał. Ona miała zareagować, ale nikt jej nie przeszkolił, w jaki sposób. Mówiła: „Przecież nie obezwładnię tego dziecka. Nie wyjdę z klasy, żeby go uspokoić, bo nie mogę zostawić innych bez opieki”.
Tak wygląda życie szkolne. Możemy prowadzić ograniczone działania, ale bez współpracy z rodzicami nie zrobimy nic. Jesteśmy pozbawieni szczególnej mocy sprawczej. Nauczyciele są przestraszeni i bezradni. Niestety, obraz polskiej szkoły to obraz strachu. Za nami nikt nie stoi, nie ma rzecznika praw nauczyciela. Kiedy zapytałem o to przedstawiciela ministerstwa, odpowiedział, że nie ma takiej potrzeby. Nauczyciele są więc pozostawieni sami sobie.
K.S. – Wyczuwam gorycz.
R.L. – Raczej pragmatyzm. Każdy mniej więcej wiedział, w jakich warunkach będzie pracował, ale obecna sytuacja przerosła wszystkich.
Dzieci neuroatypowych i z orzeczeniami trafia do szkół bardzo wiele. Nie wiem, czy to jest mierzone w skali kraju. Doskonale wiemy, choć to tajemnica poliszynela, że posiadanie opinii lub orzeczenia stało się swoistą modą.
K.S. – Rodzice załatwiają je, żeby dzieci miały łatwiej? Choćby na egzaminie ósmoklasisty i maturze – wydłużony czas, odrębna sala, a w przypadku niektórych orzeczeń – uproszczone zadania.
R.L. – Nie chciałbym tego tak ująć. Ale w czasach, kiedy chodziłem do szkoły, były bardzo proste zasady. Matura: trzy błędy ortograficzne, jedynka, koniec kropka. Dzisiaj liczba dzieci, które mają wydłużony czas pracy na maturze, z dysgrafią, dysortografią, dyskalkulią, jest ogromna. Nie wiem, czy ktoś prowadzi ewidencję na szczeblu krajowym. Wiem, co się dzieje w szkołach, w których 50-60 procent dzieci ma wydłużone egzaminy.
Nie twierdzę, że nie ma dzieci, które ich potrzebują. Są, oczywiście, i powinny być zdiagnozowane. Ale coś się zadziało nie tak z systemem, jeśli chodzi o wydawanie orzeczeń i opinii.
K.S. – Może to wynika ze strachu przed szkołami specjalnymi: Lepiej, żeby dziecko miało orzeczenie w „normalnej szkole”, bo specjalne wydają się gorsze.
R.L. – To prawda, stygmatyzujemy szkoły specjalne. Rodzice nie chcą tam wysyłać dzieci. Też się z tym spotykam: „A, to jest ten człowiek, który skończył szkołę specjalną”. Czyli człowiek gorszego sortu.
Trzeba zacząć inaczej patrzeć na te szkoły – jak na centra eksperckie, które skupiłyby dzieci ze specjalnymi potrzebami. Może przeorganizujmy cały system szkolenia specjalnego, zdejmijmy z niego łatkę „niedobre”? Przecież w szkołach ogólnodostępnych nie ma nauczycieli z takimi kwalifikacjami, jak w specjalnych. Zróbmy z nich nowoczesne szkoły. Nie musimy ich nazywać specjalnymi, bo rzeczywiście to się źle kojarzy, ale niech to będą centra, które będą wspierały dzieci poprzez siłę wysoko wykwalifikowanych nauczycieli.
Na razie mamy połowiczne rozwiązanie problemu – wysyłamy dzieci do szkoły ogólnodostępnej, narażając je na szereg problemów.
K.S. – O edukacji włączającej mówi pan jeszcze: „Praktykujemy szkołę krzywdzenia”. Mocno.
R.L. – Ale to fakt! Krzywdzimy tutaj wszystkich. Po pierwsze dzieci, które mają orzeczenia i nie powinny być w warunkach szkoły masowej. Powinny mieć zapewnione więcej uwagi. Jeden nauczyciel wspomagający nie wystarcza na kilkoro uczniów w klasie, a często taki nauczyciel jest dzielony między kilka klas, a często w ogóle go nie ma. Po drugie krzywdzimy dzieci, które orzeczeń nie mają, bo więcej czasu poświęcamy tym z orzeczeniami. Jak jednocześnie realizować program z dziećmi z orzeczeniami i bez? To wymaga ogromnej wiedzy, wysiłku, żeby wszystko pogodzić.
Rodzice dzieci bez orzeczeń mówią coraz częściej: „Nasze dzieci na tym cierpią”. Bo dlaczego nauczyciel ma skierować całą uwagę na te dzieci, które mają orzeczenia, a nie na innych uczniów, którzy też mają swoje potrzeby i wymagają uwagi?
K.S. – O edukacji włączającej mówi pan jeszcze: „Praktykujemy szkołę krzywdzenia”. Mocno.
R.L. – Brzmi dobrze i modnie. Możemy tak skonstruować prawo, żeby wszystkie dzieci poszły do szkoły masowej. Tylko co dalej? Trafiają tam ze względu na tendencje inkluzywności, oczekiwania rodziców. Resort powinien zauważyć problem, a idzie w drugą stronę.
K.S. – Nie każdy uczeń z orzeczeniem musi trafić do szkoły specjalnej, a nie każdy ze szkoły specjalnej nadaje się do masowej.
R.L. – Pełna zgoda. Dlatego pozostaje wiarygodny i rzetelny system weryfikacji, którego nie ma. Dziecko też się zmienia, może warto to weryfikować? Może działania nauczycieli pomogły i obecna pomoc już jest potrzebna? A my mamy taką praktykę, że jeśli uczeń zostaje zdiagnozowany i ma orzeczenie, to idzie z nim przez wszystkie etapy edukacji. Mam wrażenie, że nikt potem się nim nie zajmuje.
K.S. – I uczniowie są „przepychani” przez kolejne etapy szkoły?
R.L. – Oczywiście, że tak. Chociaż nie chcę generalizować i mówić, że każde dziecko z orzeczeniem w tym kraju jest przepychane, ale jest taka praktyka: „Niech ono już idzie, bo my nie chcemy mieć problemu, nich inni się martwią”. Jeśli prześledzić problem, to on zaczyna się w przedszkolu, mówią o tym nauczycielki wychowania przedszkolnego. Bo jak reagować w sytuacji, kiedy dziecko rzuca się na podłogę, zaczyna kopać i krzyczeć? Wszyscy tego problemu chcą się pozbyć.
K.S. – Do wspomnianej przez pana rzetelnej weryfikacji potrzebna jest współpraca z rodzicami.
R.L. – Muszę smutno skonstatować, że z rodzicami nikt nie pracuje. Poradnie działają w myśl: „Chcesz orzeczenie, dostaniesz orzeczenie”. A trzeba pokazywać możliwości rozwojowe ucznia. Jeśli szkoła masowa nie jest odpowiednia, tłumaczyć, że w szkołach specjalnych są specjaliści, którzy bardziej pomogą twojemu dziecku.
Kolejny problem jest taki, że orzeczenia, które „przychodzą” z uczniami z poradni są oderwane od realiów. Każda szkoła pracuje w określonych warunkach, nie zawsze uda się zapewnić odpowiednią opiekę dziecku z niepełnosprawnością. Nie ma ani ludzi, ani sprzętu. A powinno to wyglądać tak: zespół ze szkoły współpracuje z poradnią i mówi, czy są w stanie dziecku pomóc, czy też nie.
Kolejna propozycja: w przypadku agresywnego dziecka szkoła powinna mieć prawo wysłać ucznia na obligatoryjną diagnozę kliniczną poza szkołę. W obecnym stanie prawnym szkoła nie może tego zrobić bez zgody rodziców.
K.S. – Czy to nie pobożne życzenia?
R.L. – Oczywiście, że tak. Wszystkie moje postulaty to pobożne życzenia. Ale jeśli mamy mówić o poprawie, musimy zacząć od zmiany prawa.
Źródło: www.lodz.wyborcza.pl/lodz/
Zostaw odpowiedź


